1981
Przypomniała mi się owa sławetna zupa cebulowa, więc piszę z rana, może ktoś ma wolne moce przerobowe i zapragnie miąchać łyżką w garze. Bo widzicie - z cebulą jest tak, że można uzyskać niezwykłą głębię smaku, a jej sekret tkwi właśnie w wolnym, spokojnym gotowaniu. Trzeba mieć cierpliwość i czas. Oraz trochę miłości. Żeby nie było zniecierpliwienia, bo to szkodzi jedzeniu. Ja się naturalnie nie upieram i nie mówię, że inna cebulowa jest gorsza. Żeby była jasność. No to bierzemy tę cebulę i kroimy w cienkie wiórki. Im cieńsze, tym lepsze, bo miksowania nie będzie. No co? Nie zawsze skłaniam się ku najważniejszej zasadzie kuchennej - lubię gotować i gdy mnie zbierze, mogę to robić godzinami. Rzadko mnie zbiera, ale jednak. Więc wiórki są najlepsiejsze. Lepsiejsze niż siekanina. Nie wiem czemu, ale to trochę jak z czosnkiem - można przez praskę i robię to w 99. przypadkach na 100. Ale ten jeden, jedyny raz - siekam drobniutko i tak jest bardziej. Potem dusimy cebulę na maśle,...