Posty

1981

Obraz
Przypomniała mi się owa sławetna zupa cebulowa, więc piszę z rana, może ktoś ma wolne moce przerobowe i zapragnie miąchać łyżką w garze. Bo widzicie - z cebulą jest tak, że można uzyskać niezwykłą głębię smaku, a jej sekret tkwi właśnie w wolnym, spokojnym gotowaniu. Trzeba mieć cierpliwość i czas. Oraz trochę miłości. Żeby nie było zniecierpliwienia, bo to szkodzi jedzeniu. Ja się naturalnie nie upieram i nie mówię, że inna cebulowa jest gorsza. Żeby była jasność. No to bierzemy tę cebulę i kroimy w cienkie wiórki. Im cieńsze, tym lepsze, bo miksowania nie będzie. No co? Nie zawsze skłaniam się ku najważniejszej zasadzie kuchennej - lubię gotować i gdy mnie zbierze, mogę to robić godzinami. Rzadko mnie zbiera, ale jednak. Więc wiórki są najlepsiejsze. Lepsiejsze niż siekanina. Nie wiem czemu, ale to trochę jak z czosnkiem - można przez praskę i robię to w 99. przypadkach na 100. Ale ten jeden, jedyny raz - siekam drobniutko i tak jest bardziej. Potem dusimy cebulę na maśle,...

1980

Uprzejmie informuję, że niniejszym stałam się posiadaczką czterech par irregularków. HA! Tak, zrobię zdjęcie, ale za dnia, bo dziś wróciłam dopiero przed osiemnastą, co - jak wiadomo - jest już porą nocną. A oświetlenie w większości domu to my mamy do przyjmowania gości, szczególnie płci przeciwnej i urodziwych. Nie, nie przyjmuję, ale pomarzyć miło. W każdym razie dyskretne oświetlenie, jakby co, posiadam. Teraz trzeba znaleźć jakąś płcię, co to nie ucieknie, gdy ją oblezą cztery koty. I Zuzia. I Prezes - to najtrudniejsze. Ale, ale. Wyobraźcie sobie, że w poniedziałek dzwoniłam do mamy, żeby zaproponować kawę - nie było jej w domu. We wtorek dzwoniłam, że oboje wypilibyśmy kawę z nimi obojgiem - wychodzili. Myślę sobie dzisiaj: do trzech razy sztuka, podejmę próbę, jeśli odmówią, to ich nie znam, nie jeżdżę, koniec z nami. Matka chyba wyczuła temat, bo odebrawszy telefon, wrzasnęła: TAK! BĘDĘ! A nawet nie wiedziała, o której. I była. Potem wyszło, że mieli do mnie interes. A już...

1979

Wietrznie. Chłop pod bramą zakładu produkcyjnego naprzeciwko zmiata liście, co jest czynnością godną Latającego Cyrku Monty Pythona. Naigrawamy się z niego z bezpiecznego wnętrza osobistej lokalizacji, gdy wtem! Dostrzega nas - nie mamy firan, firany we wzgardzie - posyłając mordercze spojrzenie i wraca do swej syzyfowej pracy, a wiatr mu w tym pomaga, ile sił w płucach. Oprócz tego słońce. I bardzo. Zważając na święto, postanowiliśmy zaoszczędzić na kawie lub też i herbacie, więc wykonaliśmy połączenie telefoniczne z Protoplastami. A tu, panie, zawód, nic się nie oszczędzi, postanowili ruszyć z manifestacją narodowowyzwoleńczą do swego przyjaciela (wraz z małżonką). Cały misterny plan w gruzach. Chciałam przy tym podkreślić, iż umknąwszy wczoraj z fabryki na półtorej godziny przed czasem (Szef powiedział: miłego świętowania wam życzę, więc poszłam świętować), również postanowiłam zubożyć Twórców o odrobinę kofeiny. I co? Byli absolutnie, idealnie i całkowicie nieobecni. Zatrważaj...

1978

Obraz
Przepraszam. Wsiąkłam chwilowo, gdyż Tak, znacznie lepsza niż część uprzednia. Aż muszę sprawdzić, kto tamtą redagował. Owszem, dostrzegam, że maniera językowa Musierowicz nieco się rozbuchała i jakby nie miał jej kto przyhamować, a także znajduję błędy, w tym w nazwie łacińskiej (sic! - zabawnie zresztą wyszło), co już jest jakąś ironią, ale mimo wszystko dobrze się czyta. A poprzednią to raczej ze skłonności niż uczucia. Poza tym, och!, muszę przyznać, że te słuchawki, co to za pół ceny, jednak niezłe są. Prezes mnie podszedł i puścił mi Floydów, a przecież wiadomo, że mam słabość. Uważam, że można ich lubić lub nie, ale nie da się przejść obojętnie. I jeszcze... wyraźnie chciał mnie przekupić ten Prezes, bo w końcu naprawił PSP i, niestety, niestety, przycinam w Loco Roco. Konkretnie w dwójkę, bo ją - z trzech części - lubię najbardziej. Pierwsza jest zbyt prosta, a w trzeciej wszystko pokonuje się skakaniem - nie bardzo mnie satysfakcjonuje takie tempo. Czuję się rozpieszc...

1977

Obraz
Nie udało nam się wczoraj zjeść obiadu w restauracji, bo zamiast jednej książki kupiliśmy cztery, a Prezes niechcący zabłądził do SONY i wszedł w posiadanie słuchawek. Podobno nie wolno mówić, ile kosztowały, tylko: za pół ceny. No więc kupił je za pół ceny i ja teraz nie mam nawet krzty wyrzutów sumienia, szczególnie że nie słyszę, o co chodzi. Określenie "głębia dźwięku" jest dla mnie całkowicie martwe, choć słuch mam jak pies gończy, o węchu nie wspomnę. I nie jest to uwaga bez związku, bo gdy Prezes wyrywa sobie włosy z głowy, pokrzykując: "Jak to nie słyszysz?!!!", ze stoickim spokojem odpowiadam, że w kuwecie leżą trzy kupy, smród przewraca na podłogę, a on nie czuje. Skoro już przy kuwetach jesteśmy, to pragnę donieść, iż wytworzyła się bardzo ciekawa sytuacja. Mianowicie gdy Czesław zaczyna się wydzierać, że coś poszło nie tak, to Zośka leci z końca chałupy, żeby go bronić i zrobić porządek. Dzisiaj wlazł mi znowu pod nogi i został nadepnięty, więc Edkowi ...

1976

Dzisiejszą notkę sponsorują KRUSZYZNA, ANGE76, ABA i AMELIA (oraz 2 koty i 26 kur). Chała im! Znaczy... chwała! Wyobraźcie sobie, że znów dziś byłam u szewca. To już trzecie podejście, w tym drugie po odbiór. Pierwszy raz, czyli oddawczy, jest znany. Później pan zmienił podejście i był sympatyczny, ale butów nie zrobił, choć wyznaczył termin. Zaproponował, żebym wpadła dzisiaj. To wpadłam. Buty nienaprawione. Trochę się zmierzwiłam. Delikatnie zasugerowałam, że ja do niego przyjeżdżam ekstra, bo nie mieszkam w tej dzielnicy, i chętnie znałabym jakąś datę, kiedy te buty rzeczywiście odbiorę. Na co pan szewc, w nastroju wyraźnie filuternym, odparł: - Po prostu chciałbym panią częściej widywać. I jestem gotów dać zniżkę na paliwo. Taaaaa... Wychodząc, wpadłam na pomysł, żeby nie przyjeżdżać do niego wprost z roboty, gdzie akuracik była duża impreza, więc suknia bez plec - krótki rękaw (jak to mawia mój znajomy), dekolt i szpile. Należy powrócić do dżinsów, laci i nienamalow...

1975

Dziś notka nieco przewrotna, w sam raz, by poświęcić ją KACZCE, CHUDEJ i FRANCZESCE. Wróciłam do pracy. Właściwie jeszcze wczoraj sądziłam, że to okropne, tak skończyć urlop i ruszyć do prac polowych, ale kiedy dziś osiemnasta osoba ucieszyła się na mój widok, a wręcz wyraziła to słowami, przypomniało mi się, że lubię tę robotę i tych ludzi lubię, w ogóle lubię. Koleżanki czekały przed drzwiami, koledzy machali z drugiego końca konferencyjnej, ktoś tam mnie uściskał, ktoś przyniósł cudem zdobyty kupon zniżkowy do mojego ulubionego sklepu i nawet Szef był w dobrym humorze, upewnił się, czy wypoczęłam, zażądał szczegółów adopcyjnych, popartych zdjęciami, oraz ucieszył się, że przypomniałam o sprawie, do której nie miał głowy, a ja pomyślałam, mimo że miałam wolne. Do tego odkryłam, że dał mi premię, choć dyndałam nóżką. Poza tym w domu czekało 16 łap i 4 ogony, a wszystko to zadowolone z mojego powrotu. Gdybym zaczęła zrzędzić - przypomnijcie mi numer tej notki. Ale ja nie o tym...