23 maja 2008

Formatowanie prawie nie rabotajet

Nie wiem naprawdę, dlaczego tak się dzieje i nie chcę wytykać nikomu niczego palcem, ale najwyraźniej jesteśmy na takim zadupiu, że tu mało internetu dowożą i formatowanie tekstu mi się rzadko ładuje. I tak cud, że w ogóle udaje mi się otworzyć pocztę, bo w Katowicach mój dział pracuje, aż się kurzy, a ja potrzebuję oglądać efekty tej pracy.
Więc bez poczty ani rusz.
Choć czasu i cierpliwości wkładam w to wszystko sporo – dotarcie do gmaila staje się karkołomne. Wobec powyższych okoliczności, wnoszę o sformułowanie podziwu na okoliczność pisania notek.

Za każdym razem, kiedy tu przyjeżdżam, targają mną w pewnym sensie sprzeczne uczucia. Z jednej strony znakomicie się bawię, bo moi teściowie są wyjątkowymi ludźmi i nieraz zdarza mi się popłakać ze śmiechu, wsłuchując się w te ich rodzinne pogwarzania. Z drugiej strony włos mi się jeży na samą myśl o tym, że moglibyśmy być sąsiadami.
Sądzę jednak, że się na to nie zanosi.
Prezes, w czasie dzisiejszego rytualnego przejazdu przez jego rodzinne miasteczko, westchnął:

- Nie podejrzewam, abyśmy kiedykolwiek spędzili tu więcej czasu, o zamieszkaniu nie wspominam.

Oto właśnie, jak szybko człowiek przywyka do życia w aglomeracji.

Zawsze zastanawiam się, na ile skażona jestem byciem z wielkiego miasta. A teraz widzę, że niektórzy (Prezes) z radością porzucają małomiasteczkowość. Naturalnie nie mówię tu o posiadaniu domu pod miastem (w tzw. sypialni) i dojeżdżaniu do pracy do centrum. To właśnie mi się marzy. Ale żyć na stałe gdzieś… jak trudno nie użyć słów „na zadupiu”…

Już kiedyś pisałam o tym, że jestem z miasta i koniec. Nic za to nie mogę i nie jestem w stanie tego zmienić. Bardzo lubię ciszę i cenię ją sobie niezmiernie. Jednak trudno mi się pogodzić z mentalnością ludzi.
Proszę np. Prezesa, żebyśmy się gdzieś zatrzymali, to ja sobie spokojnie zapalę.

- Mowy nie ma – odpowiada – Nie damy ludności pożywki do plotek. Przecież oni to od razu zauważą.

Dla ludzi z dużych miast tego typu problem nie istnieje. Jesteśmy w dużej części anonimowi. Tutaj anonimowaści po prostu nie ma i już.

Sąsiad dziś przybył na okoliczność zwąchania, co jest na rzeczy – przecież nasz samochód zaparkowany jest koło garażu, więc nie da się ukryć, że tu jesteśmy.

Przejechaliśmy samochodem w minutę całe centrum. Prezes, dla którego to centrum było przecież kiedyś całym światem, zdziwił się:

- To już?

Ano już.

On to zna, a ja nawet bałabym się spróbować. Pewnie dlatego, że słabo nawiązuję szeroko pojęte stosunki sąsiedzkie. Od razu byłabym na indeksie i nie ma się co dziwić.
Nie zmienię swojej mentalności.
Choć może kiedyś… Kiedy już nie będę pracowała, kiedy już na wiele rzeczy nie starczy mi sił. Może wtedy sąsiad zza płotu będzie mi niezbędny do życia.
Ale póki co – dobrze, że w niedzielę wracamy do domu.

PS Ale żeby nie było, że tylko narzekam – kupiłam sobie wyjątkowo pięknie zrobione sztuczne kwiaty. Do samej idei sztuczności nie mam zamiłowania, ale nauczyłam się ostatnio zagospodarowywać wnętrze w pracy tymiż: świetnie się nadają. Aż dziw bierze, skąd się tutaj biorą takie małe dzieła sztuki.

I książki.

Zostawiłam w księgarni 54 zł. A książek wyniosłam 6.
Prezes nie pozwolił mi kupić „Kwiatów polskich”. Wobec czego jesteśmy pokłóceni.

Krysiu – mam dla ciebie biografię Michaliny Wisłockiej. Ze zdjęciami. Chcesz?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz