28 lutego 2008

Dlaczego?

Oto pytanie, które nigdy nie daje mi spokoju. Nie wiem czy ja – jako osoba szczególnie uwrażliwiona na absurdy, częściej ich doświadczam, czy też właśnie one mnie jakoś szczególnie lubią, a co za tym idzie – doświadczają.
Zorganizowani w kwestii „kto z kim i o której”, wyruszyliśmy z domu o 10.00. Bez większych przeszkód dotarliśmy do kościoła w Bielsku na 11.30. I wtedy się zaczęło. Bo rozumiecie, nie może być tak, żeby moja rodzina mogła w sposób tradycyjny przeżywać jakąś żałobę. Np. moja matka musi… zatrzasnąć kluczyki w samochodzie pod kościołem.
W Bielsku.
Wieniec w bagażniku.
Trzy osoby do upchnięcia w innych przewozach.
Po mszy rzuciłam się na telefon w celu zlokalizowania jakiejś miejscowej firmy awaryjnie otwierającej samochody. Ponieważ cały czas: to odbierałam telefon, to rozmawiałam, to nawiązywałam połączenia, zgubiłam szwagra, który jechał przed nami i prowadził na cmentarz. W pewnym momencie zauważyłam, że jestem w pacie negocjacyjnym z firmą oraz w bliżej nieznanym punkcie miasta. Zamiast wydzwaniać do firm, rzuciłam się wydzwaniać do rodziny, przy jakiej (do cholery) ulicy jest impreza, bo sto razy tam byłam, ale nie od tej strony miasta i nigdy mi do głowy nie przyszło zerknąć na adres.
Wszyscy, naturalnie, mieli powyłączane telefony.
W końcu ustaliłam adres, ponownie podjęłam negecjacje telefoniczne z otwieraczami i na niuch trafiłam na cmentarz.
W samą porę na koniec imprezy…
Niestety okazało się, że nie ma szans na „włam”, bo jedyna firma, która zajmuje się tym profesjonalnie, nie ma, że się tak wyrażę, mocy przerobowych. Prezes bez słowa wyjął mi z ręki kluczyki i pojechał do Katowic po zapasowy zestaw do samochodu moich rodziców. Po czym wrócił do Bielska. W samą porę, byśmy wszyscy wrócili na Śląsk.
Irytujące?

Na dziś zaplanowano kolejne zebranie „Klubu Nastolatków”, który od lat prowadzili wujek z ciocią. Nie od rzeczy były imprezki. Wyłudziliśmy od cioci przygotowany na dziś protokół i zaśmiewaliśmy się nad nim, dopóki nie dotarliśmy do zdjęć.
Nie wiem czy zebrania będą się jeszcze odbywały. Z ostatniej strony albumu patrzył na mnie uśmiechnięty wujek, grający na swoim nieodłącznym, imprezowym bębenku. Wyraźnie nadawał rytm jakiejś zbiorowej, pijackiej śpiewce, bo wielce był z siebie zadowolony. Trochę mi popuściło przy tym jego spojrzeniu.
I trudno nam było nie zerkać od czasu do czasu na drzwi w oczekiwaniu jego wejścia.
Czuję się okropnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz