5 lutego 2008

Kobieta domowa prowadzi obserwacje

Rano przyjechali panowie i rżną. Bez skojarzeń, proszę. Gałęzie rżną. Najpierw urżnęli trochę zaraz niedaleko moich okien.

O:

Photobucket

A potem się, cholera, rozkręcili. Przerzucili się na drzewa rosnące kawałek dalej i rżną je tak po kawałeczku od jakichś 5 godzin. Melduję posłusznie, że drzew jest coraz mniej i zaczyna wyglądać, że znikną w całości. Panowie mają jakby werwę.

O:

Photobucket

I normalnie mnie to martwi, bo nie jestem fanką wycinania drzew w mieście.
Tak, wiem: trzeba podcinać gałęzie.
Tak, wiem: Śląsk jest bardzo zielonym miejscem.
Ale, do diaska – bez przesady!!! Ja okropnie lubię to, że mam drzewa ze wszystkich stron, że patrzę na laseczek, że zielono i intymnie. Tymczasem od frontu stan zadrzewienia uległ całkowitej anihilacji, bo okazało się, że teren był prywatny i firma wytła. Potem się dowiedziałam, że mój laseczek nie jest mój, tylko miasta i miasto go wytnie, bo sprzeda teren pod zabudowę.
Przepraszam bardzo… Czy ja sobie kupiłam mieszkanie pod laskiem, czy pod blokiem? AAA??? Jak się tu wprowadzaliśmy, to zaczynało wyglądać, jak w bajce o śpiącej królewnie, co to ją las nieprzebyty zarósł ze wszystkich stron. A dziś się zdecydowanie pogorszyło.
I ja, proszę państwa, protestuję! Ze wszystkich sił.
Póńdę i zadzwonię do Prezesa, żeby mi kupił domeczek. Najlepiej pod laskiem. Albo w lasku. Z kawałkiem lasku. Żeby mi nie wytli.

Widzicie? Muszę wracać do roboty, bo bycie kobietą domową mi nie służy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz