30 maja 2010

Po imprezie

Świeżo po czterdziestce syna pewnej naszej wspólnej znajomej na K (nie piszę, że chodzi o Krynię, bo po co miałaby się przyznawać, że ma czterdziestoletniego syna) jesteśmy wszyscy bardzo zadowoleni. Organizacja przyjęcia niespodzianki zajęła nam sporo czasu i energii, ale – zaprawdę powiadam wam – było warto.
Jubilat wyglądał na wielce usatysfakcjonowanego. W miarę upływu alkoholu satysfakcja rosła.

Była knajpka tylko dla nas, przyjęcie pierogowe (tak! I wszystkim się podobało), prezentacja multimedialna i muzyka live. Wyjątkowo dobra muzyka, zaznaczam.
A cała organizacja to opowieść na osobną notkę. W życiu się tyle nie nakłamałam, co przez ostatni miesiąc! Nawet nie podejrzewałam, że potrafię. Wyrzuty sumienia, jeśli jakieś były, zniknęły za dotknięciem czarodziejskiej różczki na widok podrygującego jubilata. Lekko rozklochmalonego – dodam.

Winszuję sobie więcej takich chwil w życiu.
Oby.

17 maja 2010

Rodzina Addamsów

Poczułam się wezwana przez drugą-mamę do odpowiedzi.

Z cyklu „Rodzina Addamsów”



Z cyklu „Moje najlepsze zdjecia”

3 maja 2010

Waterlowe reminiscencje

Ponieważ druga-mama zamieściła już swoją notkę na temat komunii (ma pierszeństwo), więc teraz pora i na mnie. Zwłaszcza, że pracę zadaną na długi weekend już łopatą przerzuciłam.

Ćmoje boje o ratowaniu w ekstremalnej sytuacji, opisane przez tę panią, dementuję. Po prostu byłam pod ręką, wielkie mi mecyje. Przejeżdżałam, to się zatrzymałam i zabrałam ocucone zwłoki Syna Nr 2 wraz z matką do domu, bo mi się miejsce w samochodzie marnowało. Zresztą w ramach rekompensaty, zostałam potem przekarmiona do rozpuku.

Było naprawdę fajnie, jak to zawsze u drugich. Szum, ruch, śmiechy i grupowe potrącanki. Szczęśliwie zjechała również siostra drugiej-mamy z potomstwem sztuk 2 (słownie: dwie), z czego jedno było chłopcem bardzo grzecznym (choć chodzą plotki, że czasem bywa inaczej), drugie natomiast dziewczynką trzymiesięczną, nieustannie przechodzącą z rąk do rąk. Tak, przyznaję się, również do moich, co zostało przez drugą-mamę już obśmiane, więc wszyscy mogą sobie darować. Tak, uprzedzam, że niańczyłam również Mańkę, a w dodatku uważam taką sytuację za zupełnie naturalną, skoro Córce Nr 1 noga ścierpła pod śpiącą Maniusią. Oczywiście, że nie lubię dzieci, co nie znaczy, że pożeram je bez gryzienia lub nie zbieram z podłogi, jak sobie nos rozkwaszą. I wystarczy już tych uśmieszków. Zresztą dzieci u drugich są wyjątkowe, nawet zastępcze. W ten czy inny sposób.

Syn Nr 1 był uprzejmy wykonać niewielki koncercik beatboxowy specjalnie dla mnie. W kuchni zresztą. Wesolutko się natomiast zrobiło, gdy do szalejącego przy pianinie Syna Nr 1 dosiadł się drugi-tata z gitarą. Na grupowe wycie spuśćmy zasłonę milczenia. Pocieszające jest jedynie to, że na moją skromną uwagę:
- Jak ja zaśpiewam, to pożałujecie!,
Syn Nr 1 spokojnie odparł:
- Daj spokój, jesteśmy przyzwyczajeni do mamy.
I to mnie nieco podniosło na duchu.

Niewątpliwą atrakcją dnia były dwie wizyty tzw. wzdychulców: jedna zaplanowana (narzeczony Córki Nr 1) i druga znienackowa (narzeczony Córki Nr 2). Obaj przeszli ciężkie chwile – chyba nikt sobie nie wyobraża, że nie rzuciliśmy się na świeże mięsko jak zgraja wygłodzonych wilków. Obu trzeba przyznać, że znieśli to mężnie, co jednoznacznie kwalifikuje ich przydatność. Zwłaszcza tego drugiego, gdyż nie miał biedaczek ani chwili na psychiczne przygotowania, a wpadł w samo oko cyklonu, gdy teściowa in spe dopadła go radośnie kwicząc:
- Rosołku???
Zaznaczam, że to było już przy torcie.

Druga-mama jest oczywiście całkowicie wydolna wychowawczo, na co posiada liczne dyplomy. Nie pozwala wycierać nosów w rękawy ani bród w obrusy (tak, tak, były – białe), ale konkurs na najgłośniejsze siorbanie nieźle nam poszedł. Że już o propozycjach wciągania makaronu nosem nie wspomnę. Odbrązawiam niniejszym: drudzy są po prostu fajnymi, normalnymi ludźmi, dla których drobiazgi nie są problemem, a dzieci w ich domu są po prostu szczęśliwe. Bo kogo nie zachwyciłaby matka, demonstrująca przy komunijnym stole, jak się wciąga do buzi makaron za pomocą pociągania za uszy. Nawet mojemu Potomstwu się podobało, co bynajmniej nie oznacza, że my jesteśmy drętwi.

Drugiej-mamie żal było, że nie udało się jej z powodu kosmicznej ulewy prowadzać pod kościołem z eleganckim gościem (no co??? kazała mi się wystroić, to się wystroiłam), mnie natomiast – jak zawsze – żal było wyjeżdżać. Pocieszające jest jedynie, że o cykliczność spotkań wystąpiło do mnie potomstwo drugich, co znakomicie rokuje. No to czas ustalić jakieś cykle.
Że już nie wspomnę o fakcie, że tego lata nie odpuszczę sobie jakiegoś weekendu pod drzewkiem w ogrodzie. W końcu drugiej-mamie przy stole przypomniało się, że drugi-tata ma wobec mnie niespłacony dług (podpowiadam: ten od drinków z parasolką i piórka w d.pie). Może więc dam mu w końcu szansę.

Trwające w oczekiwaniu moje-waterloo.