31 lipca 2008

We dwoje raźniej

Wtorek.

Martwię się bardzo kwestią samochodu, dodatkowych wydatków, ponadprogramowych kłopotów, nierozwiązanych kwestii komunikacyjnych oraz brakiem urlopu. W efekcie snuję się jak snuj i nic nie mówię. Prezes zabiera mnie do sklepu po ciastko, bo cukier dobrze robi na poprawę humoru. W sklepie snuję się milcząc. Prezes za to gada jak najęty, zabawia mnie i odwraca moją uwagę. W pewnym momencie irytuje się moim snujstwem i wypala:
- Przestań, do diaska! Przeciez od tego nie umrzemy. Jakoś sobie damy radę.
Patrzę na niego wzrokiem snuja i rozwlekle podsumowuję:
- I co? Wyluzowałeś się, jak na mnie naryczałeś?

Środa.

Snuję się nadal. Prezes dzwoni i mówi:
- Postanowiłem, że zabiorę cię gdzieś na obiad, a potem gdzieś indziej na kawę. Wrzeszczenie na ciebie nie odpręża mnie tak bardzo, jak sądziłem, więc spróbuję czegoś innego.

Czwartek.

Nadal nikt nie chce się podjąć naprawy samochody.
Nie rozmawiamy o tym. Ale za to we dwoje.

29 lipca 2008

Wszystko diabli wzięli

Niestety najczarniejszy scenariusz zdaje się nas nie opuszczać. Westchnąwszy zrezygnowaliśmy z wyjazdu, zrezygnowaliśmy z urlopu, zrezygnowaliśmy z jedzenia i innych uciech. To przedostatnie akurat mi się przyda, to bez dwóch zdań.
Zawieszeni w próżni kombinujemy, co w tej sytuacji począć, żeby obciążyć się jak najmniejszymi kosztami oraz wysiłkiem. Póki co, nie wymyśliliśmy niczego konkretnego, w końcu jeśli mogła Scarlett O’Hara, to i ja mogę pomyśleć o tym jutro.
Na zewnątrz wściekły upał, co za szczęście, że mieszkanie mamy chłodne. W pracy wściekły upał i nie można liczyć na polepszenie. Coś się ludziom popsztrykało w głowach, wszak sezon urlopowy, a większość dostała wścieklizny na okoliczność pracy. Jutro mam spotkanie w Gliwicach, znowu stracę pół dnia. W czwartek tzw. roboczo kierownictwo, czyli naradę pt: co jeszcze szef jest w stanie z nas wycisnąć. W piątek jeden z zastępców wymyślił sobie naradę z dyrektorami naszych jednostek podległych, która – niech sczeznie – nie może się odbyć beze mnie.
A w poniedziałek nie idę na urlop.
Ech…

28 lipca 2008

Voila!

Mieczysław Mruczysław Okazjonalny.

Że co? Owszem, żyję.

Ja bardzo Szanownych Państwa przepraszam, ja się zgłaszam, potwierdzam – żyję. Dość intensywnie, nie można powiedzieć.
Więc impreza się udała, przynajmniej solenizantom, bo mnie jakby mniej. Miałam zupełnie inne plany, w których nie figurowało towarzyszenie staremu w ramach przydupasa od rana do wieczora. Decyzja zapadła bez mojego udziału. Odstawiłam więc liczne biegi w szpilkach na czas pomiędzy miejscem świadczenia pracy a wynajętą knajpą, by w tej ostatniej suszyć zęby, witać gości, pilnować porządku, zabawiać znudzonych i tym podobne. Zakończyłam koło 18.oo, więc nie było AŻ TAK źle. Nikt się nie spił, poza jednym kolegą i to na sam koniec. W związku z tą okazją postanowił złożyć swoje serce u moich stóp, co ta wódka robi z ludźmi. Dziś spotkaliśmy się na korytarzu i nie powróciliśmy do tematu, zwłaszcza, że sercem wzgardziłam i podeptałem je w sposób podły. Jeszcze czego, niech się ustawi w kolejce.

Potem weekend bezdzietny – to na plus.

Dziś rano zadzwonił do mnie miły pan z warsztatu samochodowego i powiedział, że przy okazji montażu radia zerknął na podwozie (iech go piekło pochłonie) i jest mały problem, bo się zrobiło kuku i auto nie przejdzie przeglądu.
A już się nastawiliśmy na tydzień w Łebie.
Informacja dla tyczki: istnieje poważne podejrzenie, że ze względów kosztowych urlop szlag trafił. Więc i podróż przez Uć.

23 lipca 2008

Ciężki dzień

Mam dziś ciężki dzień. Pogoda o obniżonym ciśnieniu, głowę mi ściska narzędziem kowalskim od rana. Klient mi się trafił wrzeszczący – nie mam siły do tych ludzi. Trochę kultury na co dzień, troszeczkę…
Korzystając z nieobecności szefów wyskoczyłam nabyć prezent. Mówiłam, że organizacja imprezy to nie wszystko? Otóż reszta kierownikostwa uznała, że skoro jestem organizatorem, to powinnam się zakręcić wokół ściepki, wymyślić prezent, zakupić go i dostarczyć.
(przerwa na zgrzytanie zębami)
Lokal znalazłam na poziomie, to i prezent w miarę przyzwoity oraz neutralny i do wykorzystania nawet, jeśli ktoś nie jest fanem.
Udałam się do specjalistycznego sklepu winiarskiego, gdzie zawinszowałam sobie kosze win. Panie się lekko podnieciły, słysząc ile zamierzam im zostawić forsy, po czym grupowo oświadczyły, że nie mają koszy i nie mogą kupić, bo szef jest na urlopie. Za późno już dziś dla mnie na sytuacje bez wyjścia. Poleciłam paniom głęboko się zastanowić nad asortymentem i udałam się do obłaskawionej kwiaciarni, gdzie przedstawiłam problem, uzyskałam akceptację i deklarację woli walki. Natychmiast powróciłam do specjalistycznego sklepu winiarskiego, gdzie w około pół godziny dokonałam wyboru 10 butelek wina (standardowo tokaj Aszu musiał się pojawić, a jakże). Panie zapakowały wino w kartony, zgodnie z moimi wskazaniami, kartony zapakowały w siatki, udzieliły mi stosownej zniżki w wysokości 10% (jestem bezlitosna), wręczyły mi kartę stałego klienta, odebrały zapewnienie, że jeszcze tu wrócę (warto!), uwiesiły na mnie siaty i otwarły drzwi.
BA!
Dociągnij się, babo, z balastem dziesięciobutelkowym do kwiaciarni.
Doszłam, ale było strasznie.
Butelki zdałam, uzyskałam zapewnienie, co do wartości usługi, poinformowałam, że przybędę samochodem jutro po pracy i zapytałam, czy zapłacić z góry. Obsługa z przebiegłym uśmiechem uświadomiła mnie, że ma zastaw i w razie czego skorzysta. Pokazałam obsłudze język i ruszyłam do pracy.
Po drodze, na środku ulicy, spotkałam pewnego dyrektora z pewnym kierownikiem, którzy na mój widok zaczęli dziwnie podstakiwać i machać jak wiatraki. Spokojnie się do nich doczołgałam (ręce do kostek).
- O! A my właśnie do ciebie – wykrzyknęli unisono.
- Jeśli do mnie, to czemu na ulicy i w zupełnie inną stronę? Ja urzęduje tam – wskazałam palcem.
- Byliśmy tam – wskazali palcem – ale cię tam – wskazali palcem – nie było, więc postanowiliśmy cię znaleźć tu – wskazali palcem.

Zrobiłam sobie drugą kawę, bo dwie tabletki przeciwbólowe to za mało.

22 lipca 2008

Matecznik

Potomstwo wyjechało w niedzielę na obóz nad morze. Wsiadając do autokaru wyznało, że nie zabrało kurtki. Trzeba mi było sięgnąć do filozofii Wschodu, żeby nie rozszarpać człowieka własnej produkcji na kawałki przed wyjazdem, bo w końcu jest już opłacony.
- Tylko mi się tu nie drzyj – powiedziało ze stoickim spokojem, obserwując czerwień, pełznącą od szyi w górę – To i tak niczego nie zmieni.
Uszło mi powietrze.
Kurtkę wysłałam wczoraj kurierem, mamrocząc pod nosem niesłychanie karkołomne konstrukcje stylistyczne. Do kurtki dołączyłam krótki liścik:
„Córko! Kocham Cię nad życie. Niemniej cudem będzie, jeśli dociągniesz do pełnoletności”.
Odbiór ma nastapić dzisiaj, mam nadzieję, że ma na tyle rozsądku, by się wokół tego zakręcić. Tymczasem milczy jak głaz, standardowo kompletnie lekceważąc istnienie protoplastów, choć babcia pochwaliła się, że do niej dzwoniła, krótko informując ją o zastanych realiach. Dobre i to. Od zawsze jest tak, że moje dziecko, wyzwalając się spod rodzicielskiej kurateli, bimba sobie okrutnie, wychodząc z założenia, że skoro milczy, to znaczy, że wszytko jest w porządku. Ja staram się podążać za jej tokiem myślowym, ponieważ uważam, że skoro nie ma czasu na kontakty z bliskimi, to znaczy, że dobrze się bawi.

Zrezygnowaliśmy z urlopu letniego, ponieważ i tak nie mieliśmy żadnych planów, natomiast w kark dyszą nam potężne wydatki. Przeczekamy to lato w pracy, a potem się zobaczy. Zawsze można w listopadzie skoczyć w ciepłe kraje, jeśli zawartość portfela pozwoli.

A dziś rano, jeszcze przed kawą, zostałam wezwana na dywanik do derekcji, która niezbicie wykazała mi, że wyniki, osiągnięte przez mój pion w pierwszym półroczu, są do dupy i nakazała docisnąć zespół. Teraz muszę trochę poćwiczyć, bo docisnąć ponad osiemdziesiąt osób nie jest łatwo. Może mi wysiąść biceps.
Zwłaszcza, że mój najnowszy nabytek stawia się coraz bardziej, a ja nie chcę doprowadzić do sytuacji, żeby mu wytłumaczyć, kto jest tutaj szefem, ponieważ nie mam skłonności do stawiania sprawy na ostrzu noża. Dam mu jeszcze szansę, żeby sam się zorientował.

21 lipca 2008

Obostrzenia

Prezes rozsiadł się wygodnie w fotelu naprzeciw mnie, łyknął sobie kawki i zrujnował mi życie.

- Jakbyśmy ten dom teraz kupili, to byłoby znakomicie, bo jest idealna koniunktura. Kredyt się weźmie w złotówkach.
- Zgadzam się z łaskawym przedmówcą, sęk jedynie w tym, że trzeba mieć CO kupić.
- Niby racja. Ale gdybyśmy ten kredyt, co go teraz mamy, obecnie spłacili, to by było znakomicie, bo jest idealna koniunktura.
- Zgadzam się z łaskawym przedmówcą, środki możemy posiadać, tylko zastanówmy się, czy jest sens zamrozić tyle środków.
- Niby racja, ale coś zróbmy, bo jest idealna koniunktura.
- Zgadzam sie z łaskawym przedmówcą, ja ciagle oglądam ogłoszenia. Normalnie już mam oko na Maroko.
- To ja ustapię nieco. Szukajmy tego domu spokojnie, ale zachowujmyż się jak dorośli. Ja cię bardzo proszę, żebyś zaczęła odkładać pieniądze, zamiast je wydawać jak opętana.
- Zgadzam się z łaskawym przedmówcą z jednym atoli zastrzeżeniem, że ja mnóstwo pieniędzy, na które zresztą haruję jak wół, wydaję na szanownego przedmówcę oraz dziecię nieletnie, które posiadamy wspólnie. Że o gromadzie czworonogów nie wspomnę.
- Niby racja, ale musisz coś zrobić, bo jest idealna koniunktura.
- No to ja się zobowiązuję całą premię kwartalną odkładać na lokatę.
- To mi się podoba.
- I jeszcze proponuję odłożyć na lokatę obie trzynastki, które w tym roku otrzymamy. Niestety – prawdopodobnie ostatnie będąż ci one.
- Ja się zgadzam. I jeszcze pragnę ogłosić, że zaprzestajemy kupowania szmat poza wyprzedażami.
- Wyprzedaże są dwa razy do roku.
- I wystarczy. Ja ci kwotę przeznaczę, a ty pójdziesz i wydasz. Zaznaczam, że mówimy również o butach. I torebkach.
- I o biżuterii?
- Też.
- Jesteś nieludzki.
- Bądź dorosła. Kupię ci dom.
- No już dobrze, to ja się poddaję windykacji. A wiesz, że jeszcze trzeba wydać 1.600 zł na te okna?
- Nie ustąpię.
- Jesteś nieludzki. W sierpniu mamy dwa ubezpieczenia samochodów, dwa przeglądy techniczne.
- Nie ustąpię ani o piędź.

I tak, moi drodzy… Po co żyć?

PS Prezes nazwał Kota. Źle. Bardzo źle.

20 lipca 2008

Wróbel to jest, panie, durne zwierzę

Siada taki na rynnie tuż przy naszym oknie kuchennym i zjada robaka. Czynność ta świadczy o wysokim stopniu nieprzystosowania wróbla, że już o zapadaniu na amnezję nie wspomnę. Bo zaledwie wczoraj…

… rozmawiałam sobie pysznie z Krysią przez telefon, aż tu nagle pisk, wrzask, szamotanina. Całe towarzystwo napuszone, dostało regularnego kręćka. Z tego kręćka rozbiegło się po mieszkaniu jak oszalałe, wskoczyło na fotel, wskoczyło na stół, wskoczyło na parapet, wazon potłukło i poleciało na górę. Przeprosiłam kulturalnie interlokutorkę, a tu Potomstwo jak nie wrzaśnie:
- Ptaka ma!!! Ptaka!!!
- Wybacz, Krysiu – powiedziałam – muszę z interwencją.
Ruszyłam na górę, patrzę: rudy spiernicza chyłkiem do sypialni, a za nim kocice, jak za panią matką. Musi coś jest na rzeczy. Zaglądam… a ten kretyn siedzi na środku łóżka i w pysku trzyma wróbelka! Musiał przez omyłkę wpaść przez okno. Podchodzę bliżej, kretyn warczy jak opętany, a wróbel oko wytrzeszcza, że mu mało z orbit nie wyskoczy, dziobek rozdziawia i wyraźnie żyje. To ja: łaps! kretyna za szmaty i do gabinetu z nim. Zgłupiał kompletnie, niechcący rozluźnił chwyt, wróbelek wypadł na podłogę, leży sztywny, nogi podkurczone i ani zipnie.
- Chodź tu prędko!!! – ryczę w dół do Prezesa, poprawiając klęk na gardle kretyna.
Wróbel ani piśnie, a serce mu tak wali, że aż podskakuje. Prezes przybył i usiłuje wróbla złapać przez ręczniczek, zakładając, że ledwie dycha. A na to wróbel… smyrg! i już jest na parapecie. Oboje zostaliśmy z rozdziawionymi buziami i mięśnie mi się niechcący rozluźniły, z czego skorzystał krwawy łowca i dalejże na wróbla! Łapsnął go, ale chyba nie ma doświadczenia, bo jakeśmy się na niego we dwójkę rzucili i siłą rozwarli mu szczęki, to wypuścił*, chociaż starał się nogę przytrzymać językiem. Nie było litości. Noga została delikatnie uwolniona, wróbla złapałam w garść, żeby mi się nie wysmyrgnął, Prezes okno otworzył i delikwent frrrrr… wyleciał.
Tak to uratowaliśmy nędzny i małoznaczący żywot ptaszyny i strasznieśmy z tego dumni…

… więc dlaczego ten idiota nie przemyślał całego zdarzenia i znowu tu przylatuje?
No dobra – może to nie ten. Ale w takim wypadku trzeba było opowiedzieć kolegom!

* Nie myślcie, że to takie proste. Jak kot złapie ptaka, to szczęki ma jak zdrutowane. Myślę, że to rozwarcie było wyłącznie wynikiem braku doświadczenia.

18 lipca 2008

Przesada we wszystkim

Głównie w pracy.
Padam na pysk. To przesada nr 1.
Mój nowy pracownik, kiedy wydaję mu polecenie, robi minę i mówi: „Jestem przeciwny, jednak zrobię to, ale tylko dla ciebie”. Przesada nr 2.
Nie ma kolegi kierownika w organizacyjnym i muszę wyłapywać knoty jego pracowników. To przesada nr 3.
Szef mnie ciąga na narady służbowe o 7.30, zanim zdążę zapalić i napić się kawy. Absolutna przesada nad przesadami. Robi za numer 4, 5 i tak do 16.
Muszę wciąż nadzorować sławetną imprezę, a w dodatku pilnować ludzi, którzych wyznaczyłam do niektórych zadań. Przesada nr 17 i niech sami się pilnują.
Kot przyszedł za wcześnie i nie dostał śniadania – przesada nr 18.
I w końcu – Zocha się czymś zadławiła, jest osłabiona, wymiotuje, się smutno snuje i trzeba z nią jechać do lecznicy – to numer 19 i 20.
Prezes uznał, że już mu się nie chce robić i zakończył pracę o 13.30, udając się do domu - przesada numer 21 do 1.000. Nie ma sprawiedliwości na tym łez padole.
Od jutra weekend, ale trwa tylko dwa dni – to jest cała masa przesad, a w dodatku Potomstwo wyjeżdża na obóz w niedzielę o 6.oo rano.
Tak właśnie – też myślałam, że się pomylili.

17 lipca 2008

A wczora z wieczora

Ryk zerwał całą dzielnicę z uśpienia wieczornego przed telewizorem. Mnie znad książki w sypialni, bo przyznać musze, że mam ten obleśny zwyczaj czytania w łóżku. Nagminnie i namiętnie. Tym razem na brzuchu, pod okienkiem dachowym, korzystając z obecnego jeszcze światła dziennego.
Przybył na kolację.
Wyjrzałam przez okno. Ciekawe – słychać, a nie widać.
Wychodząc z założenia, że źródło dźwięku musi przeciez istnieć, dokonałam szczegółowego przeglądu asortymentu budowlanego i… bardzo zabawne, ale się drań usadowił. Sąsiedzi wokół swojego domku mają piękny płotek, z kolumienkami z cegły klinkierowej. Usiadł, łobuz, na kolumience, niczym pomnik na postumencie i drze japę.
Zaapelowałam do miękkiego serca Potomstwa, które, sarkając na czym świat stoi, w zwyczajowy ręcznik papierowy zawinęło karmę i poszło. Kotek zmienił już podejście do ludzkości o 180 st. i oczekiwał na Potomstwo z miną wielce zadowoloną, nie okazując ni krzty zaambarasowania. Nie był uprzejmy nawet zleźć z postumentu, tylko pochłonął posiłek tam, gdzie siedział, potem przeciągnął kota w całości, a następnie wszystkie tylne nóżki i rozpoczął wyglądanie na zadowolonego. Kiedy Potomstwo powróciło na łono, kot obwieścił całej dzielnicy, że własnie spożył i ogólnie życie jest znośne. 10 minut tak obwieszczał i o mało nie zaczęliśmy żałować zakupu tej karmy, w miejsce której być może powinniśmy nabyć wiatrówkę. Wreszcie prawdopodobnie spłynęła na gada refleksja, bo się zamknął i poszedł sobie.

Wygląda na to, że dostosowuje rytm swojego życia do naszego, bo przybywa dopiero wtedy, kiedy już na 100% jesteśmy w domu. Spróbuję mu dziś zrobić zdjęcie i wam pokażę.

16 lipca 2008

A w nagrodę dostaniesz…

Szef powrócił z wojaży afrykańskich i jest natchniony, bo nie miał roboty przez dwa tygodnie. Wezwał mnie już około 10.oo celem okazania szabadziesięciu filmików z małżonką w roli głównej. A następnie umaił mnie organizacją imienin własnych oraz kolegi. Przepraszam bardzo! Czy ja się starałam o stanowisko kierownika działu organizacyjnego? Otóż nie starałam się. Wywęszyłam, że pewne działania rzeczony dział organizacyjny już podjął, przeanalizowałam je, doznałam załamania nerwowego, natychmiast odrzuciłam knajpę, która została zarezerwowana, wywaliłam w powietrze menu, dokonałam błyskawicznego przeglądu miejsc, które wchodziłyby w rachubę, wybrałam takie, które uważam za najlepsze z różnych względów (np. bo prestiżowe), doszukałam się znajomości, dostarczyłam szefowi zdjęcia, poleciałam do knajpy, ustaliłam nieustalalne i z wywieszonym ozorem porwóciłam do miejsca świadczenia pracy.
Stary ani pisnął.
Jeszcze by tego brakowało, żeby mi wyusterkował knajpę prowansalską, którą ja wybieram.
Nie będziemy się spierać o to, kto ma lepszy gust.
Zdałam relację: jaki rozkład pomieszczeń, gdzie sala bankietowa, że zmieniłam koncepcję właścicieli co do ustawienia szwedzkiego stołu, że proponuję bemary, gdzie jest tzw. gabinecik, żeby sobie mogli politycznie pospiskować bez czujnych uszu, że kazałam knajpę zamknąć.
Stary uśmiechnął się pod wąsem i powiedział:
- Wiedziałem, kogo wybrać.
Oczywiście on nie udziela żadnych informacji, bo sam nie wie, czego chce.
Nie wiem na ile osób, nie znam kwoty granicznej, preferencji żywieniowych, gości z zewnątrz. Normalnie NIC. Weź i stwórz z niczego, czuję się jak bozia.
Wszyscy wiemy, że zawsze się znajdzie ktoś niezadowolony, więc podchodzę do tego na luzie.

PS A praca normalnie się toczy, nie wiem dziś gdzie ręce wsadzić. Oprócz tego zostałam doceniona – bardzo delikatnie, niespodziewanie i z wdziękiem. Bo oprócz tego magla i normalnych czynności, uczestniczę jeszcze w tzw. procesie planistycznym.
- Jak sądzisz – wyszeptał do mnie czule szef planistów – robimy plany standardowo, czy próbujemy od ogółu do szczegółu.
- Ja ci radzę standardowo, bo inaczej jednostki cię pożrą.
- Raz spróbowałem inaczej i poległem. Sam byłem jeden, bo ciebie jeszcze wtedy nie było. I mnie zeżarli.

Nie ma jak to cię kolega kerownik doceni, że jak jesteś, to jest lepiej niż było.

15 lipca 2008

Wiadomości z pola walki

Moi rodzice nie użytkują komputera. Ich argumenty „przeciw” są trudne do obalenia.
Mama: ja jestem ślepa i nic nie widzę.
Tata: ja mam Parkinsona i nie mogę trafić myszką w ikonkę.
Na nic w tej sytuacji moje argumenty, że ustawię taką rozdzielczość, że będzie widać oraz taki przebieg myszy, że się trafi. Nie ma to jak użyć atutu zdrowotnego, bo w życiu nie udowodnię mamie, że nie ma AMD, a tacie, że nie ma Parkinsona. Zwłaszcza, że Parkinson jest modny, bo to (z przeproszeniem) papieska choroba. Ostatecznie ojciec jak zechce, to i tak do informacji dotrze, ponieważ - jak jest uprzejmy twierdzić – po 54 latach pracy ma od tego ludzi, a mama po 48 latach macierzyństwa ma od tego dzieci i wnuki. A zwłaszcza córkę (choć ta z kolei ma sporo mniej niż 48 lat – na szczęście i póki co).
Jednakowoż pewne zjawiska i tak człowieka dogonią, więc Protoplastka przybyła i zawnioskowała o ustanowienie jej profilu na „naszej klasie”. Wspomniana córka natomiast, nienawykła do prowadzenia sporów w sytuacjach skrajnie dla niej nieopłacalnych, gdzie z góry można założyć przegraną, bez słowa usiadła przy komputerze, darowując sobie nawet jakże pożądane „a nie mówiłam?”. Życie towarzyskie mojej mamy nabierze wkrótce rumieńców, jak sądzę.

Tymczasem Potomstwo powraca dziś z wojaży, by wkrótce wyruszyć w kolejną podróż. Jej niespełna tygodniowa obecnośc w domu jest wprost idealnym czasem, ponieważ zdażę się nią nacieszyć i nie zamordować. Jakoś to tak jest, że człowiek ma chęć nieco sobie od potomstwa odpocząć, ale kiedy wyjedzie, to tęskni. Zwłaszcza, jeśli potomstwo jest już nastolatkiem i człowiek sobie uświadomi, że ma jedno, a ono wkrótce się usamodzielni i wyniesie na stałe, pozostawiając po sobie pustkę, której za cholerę niczym się nie zatka. Prawdopodobnie będziemy wtedy mieli 30 kotów i może nawet tego psa, cośmy go sobie ostatnio wybrali, że już nie wspomnę o świni.
A propos świni – znalazłam odlotowy dom, którego jedyną wadą jest odległość od miejsca świadczenia pracy. Poza tym same zalety – stoi w lesie, na zadupiu, z okien widać zalew, a bank powiedział, że nie musimy brać nowego kredytu, bo oni nam zrobią takie fiku-miku, że będzie pani zadowolona. I weź tu, człowieku, wykaż się rozsądkiem, żeby cię dojazdy nie zeżarły.

13 lipca 2008

Realne zagrożenie

Przychodzi na dach naszego garażu chyba od tygodnia i wyje, jakby go ktoś obdzierał ze skóry. Wczoraj już nie wytrzymałam, oderwałam jeden listek ręcznika papierowego, nasypałam do niego karmy i wlazłam na ten garaż. Początkowo zamierzał dać nogę, ale zapach karmy przekonał go, że nie każdy człowiek ma złe zamiary.
Jest potwornie chudy, na oko może siedmio-, ośmiomiesięczny. Ma zabawny pyszczek z szerokim noskiem. Szary, pręgowany. Dał się pogłaskać, ale tylko raz.

Dziś rano stawił sie na śniadanie, zawiadamiając o tym fakcie całe osiedle. Wychodząc z domu z symbolicznym ręcznikiem papierowym, powiedziałam do Prezesa:
- Wiesz oczywiście, że to niebezpieczne.
- Zdaję sobie sprawę. Pewno uzna, że do wyżywienia przynależny jest nocleg.

Tymczasem Potomstwo dostarczyło tęskny e-mail, a w nim jedno zdanie i jedno zdjęcie:
„Czwarta miseczka?”



Zaczynam się naprawdę niepokoić.

11 lipca 2008

O żesz ty

Nie udało nam się wczoraj obejrzeć „Ożenku” z powodu, że zadzwoniłam z pytaniem czy kupić pieczywo. Dzięki tej podstępnej insynuacji wywołałam u Prezesa stan napięcia wraz z zakłopotaniem. Dojechawszy do domu, dalejże ciągnąć za język, że czemu nie kupić pieczywa, jak pieczywo stanowi składnik konstytutywny mojej porannej twórczości pt. „Nie kupuj pożywienia koło pracy, bo jest drogo”? No, nie kupuj, bo on się wybiera do sklepu. Do sklepu, powiada… W myślach pojawił się ostrzegawczy błysk. A do jakiego i czy kupi bułki? Kupi, bo jedzie do empiku. Aha. W empiku bułki na brzegu każdej półki, jak wiadomo. Drąż, drąż kobieto, a część pieniędzy z pewnością zostanie w domu, bo czego nie da się wydać cichaczem, nie zawsze można upłynnić oficjalnie.
Więc okazało się, że jedzie po bułki do empiku oraz Media Marktu, bardzo ciekawe. To ja postanowiłam towarzyszyć (czyt.: trzymać rękę na pulsie wydarzeń), co jakoś mało entuzjastycznie zostało przyjęte, budząc we mnie erupcję samozadowolenia z własnej przebiegłości.
To pojechaliśmy.

No i kupiłam mu ten prezent na urodziny, co to je ma jutro, niech już będzie, w końcu dostałam premię, po co mi premia, w końcu mam w cholerę ciuchów, a szafa nie jest z gumy, a i tak prezent kosztuje mniej niż wymiana okien w małym mieszkaniu, n’est – ce pas? Okna i tak wymienimy, niech się cieszy, ja go kocham, ja rozumiem, że mężczyźni też muszą mieć jakieś zabawki i te buty, co je sobie kupił w Venezii, to były naprawdę tanie, są przeceny, to trzeba korzystać, nikt tego nie wie lepiej ode mnie, oprócz mojej córki, ale ona krew z mojej krwi, to i nie ma się czemu dziwić. Zresztą rodzice postanowili partycypować, bo oni tak wolą, barek nam pęka w szwach, bo wstydliwie mało popijamy, to nie będą musieli lecieć do Le Passion du Vin, to są starsi ludzie, to co będą latali, jak jakaś, z przeproszeniem, podfruwajka.
I jeszcze weszłam do Zary, bo mi się przypomniało, że kiedyś widziałam tam śliczne buty, a teraz te przeceny, to może będzie mój rozmiar. Był, ale tylko jeden but i Prezes powiedział, że trzeba się zapytać, o ile mi przecenią, ale ja mu mówię, że może jak baleriny to tak, ale jak szpilka ma 10 cm, to się w jednej źle chodzi, bo człowieka znosi, w tym wypadku na prawo, chociaż to i tak żadna różnica.
A potem pojechaliśmy do rodziców, ale był tylko tatuś, bo mama się udała na plotki do koleżanki i on się zapytał, o której mają w sobotę przyjechać i Prezes powiedział, że on się budzi o 7.oo, to żeby już byli i mu ten prezent przynieśli do łóżka, bo on będzie gotowy do świętowania, a w ogóle to się bardzo cieszy, że teściowie mają taki dobry gust, znaczy zbieżny z jego gustem, że mu taki prezent kupili, co on o nim marzył. Bo nie ma to jak dostać na urodziny coś, o czym się marzy albo na inną okazję. A tato powiedział, że jesteśmy chorzy umysłowo, bo w sobotę o 7.oo rano to on tego i zabrał ten prezent, bo jest zdania, że jak partycypuje, to będzie wręczał, a w ogóle to się zastanowi, jak to obejrzy, czy nie kupić Prezesowi jednak tego wina, w końcu mają samochód, to sobie podjadą do centrum handlowego, bo nie są jeszcze tacy starzy, jak my sobie myślimy.
My tam sobie nic nie myślimy.
I wróciliśmy do domu po 21.oo, o którejż to godzinie ja się już nie nadaję do oglądania. Ani mię, ani niczego.

10 lipca 2008

Nie żałuj róż

Jestem już po dwóch seansach Teatru Telewizji i powiadam wam, że nie żałuję złamanej złotówki, wydanej na te cztery płyty. „Zapomnianego diabła” wzięliśmy na pierwszy rzut, chichocząc radośnie nad Maciejem Plajznerki, cudownie zagranym przez Janusza Gajosa. Sam smak. Czekam ciągle na, upolowane na allegro, „Igraszki z diabłem”, w podobnej obsadzie i równie smakowite.
Wczoraj „Kolacja na cztery ręce”, z Gajosem w roli Bacha, Wilhelmim w roli Haendla i Trelą w drugoplanowej. Kiedy na ekranie pojawiły się napisy, westchnęłam z emfazą:
- Majstersztyk!
Prezes podsumował:
- Patrzajta: stół, dwa krzesła i klawesyn. Co to można z tego wyciągnąć.
Och, Telewizjo Polska, gdzieżeś przepadła? Jeszcze w latach 90-tych (przedstawienie równiutko z roku 1990) potrafiłaś coś pokazać. A teraz?
Klęczę przed cudownym aktorstwem, przed tymi drgnieniami mięśni twarzy, przed przewracaniem oczu, jednym słowem wypowiedzianym w taki sposób, że się człowiek musi trzymać siedzenia, żeby z niego nie spaść. Ta ewolucja postaci, zmiany postaw, wrzaski i szepty – powalające. Co to znaczy: warsztat. Gdzie się podziali ci wielcy aktorzy? Gdzie się podziały te znakomite teksty, odgrywane w taki sposób, że człowiek we własnym domu przed telewizorem ma ochotę wstać i bić brawo na stojąco?
Gratuluję sobie dociekliwości oraz poskromienia skąpstwa i wydania tej stówy. Oj, wesprę cię jeszcze, Telewizjo Polska, wesprę. W końcu przedstawień ze złotej setki TVP pozostało w twoich magazynach jeszcze trochę.

Precz z masówką!
Precz z durnymi SHOW!
Precz z serialami – mózgotrzepami!

A dziś sobie obejrzymy „Ożenek” Gogola. Już możecie szczeznąć z zazdrości!

Z innej beczki.
Przyłapałam wczoraj Karolka na grzebaniu w moim kuferku z biżuterią. Natychmiast przekazałam informację Prezesowi:
- Karol grzebie mi w pierścionkach i kolczykach! Zrób coś natychmiast!
- Tak, tak, wiem – doleciał mnie z dołu głos Prezesa – Widziałem, jak się przegląda w lustereczku.
- Ale on miesza mi w biżuterii i wyciąga sobie co lepsze egzemplarze!
- Trzeba kiedyś zaakceptować fakt jego odmienności seksualnej…

9 lipca 2008

Tyle radości, ile w rybie ości

Odbierłam z płac paski z premii kwartalnej, więc trwa powszechna radość, związana z nadwyżką, którą wywalczyłam dla ludzi krwią Y blizną. W powszechnym użyciu jest korektor oraz niszczarka, operacje którymi mają na celu ukrycie przez mężami niezaplanowanych dochodów.
- Idźcie i już się nie rozmnażajcie, a za to kupcie sobie coś fajnego! – ogłosiłam rozdawczo.
- TA ES PANI KIEROWNIK!!! – wrzasnął w odpowiedzi podejrzanie zgrany chór głosów damskich.
- Będzie pani zadowolona – wymruczała jedna z pracownic, łzą w oku kręcąc.
- Uprzejmie informuję, że mam zamiar zrobić ten sam myk przy kolejnym kwartale – dodałam, powodując powszechne wzdychanie i ciamkanie – Nie cieszyć się przesadnie, bo drugi raz może nie przejść, ale popróbujemy.

Tymczasem przed nami jeszcze rozdawanie dekretów z podwyżki. Co prawda już nie mam na to wpływu, gdyż propozycje wraz z uzasadnieniem przedstawiłam i teraz tylko naczelny da głos, ale żywię nadzieję, że łzom szczęścia nie będzie końca. Zwłaszcza, że w „Pulsie Biznesu” ostatnio napisali: „Dostałeś podwyżkę? To już ostatnia”. Co byłam uprzejma odczytać gronu w ramach prasówki.

8 lipca 2008

Dyskusje z Archwum X

Osoby:
zastępca dyrektora
prezesowa

Miejsce akcji:
kabiniecik prezesowej

Czas akcji:
11.00

1.
prezesowa (waląc się uczciwie w obfity biust): Mam jeszcze potencjał, ze mnie można jeszcze wiele wycisnąć, tylko trzeba mi stworzyć odpowiednie warunki!
zastępca dyrektora (z głupawym uśmieszkiem): Ja nie wątpię.
prezesowa: No tak, tylko jak ty mi tu coś stworzysz, jak nie stworzysz, bo się nie da stworzyć.

2.
prezesowa: Jest bowiem istotna różnica pomiędzy coachingiem a mentoringiem.
zastępca dyrektora: Jaka?
prezesowa: Mentor nie babrze się w twoich uczuciach, on ci mówi, że jest źle i jak masz zrobić, żeby było dobrze. A to budzi sprzeciw. Coach natomiast tak cię wkręci, że nie dość, że zrobisz to, co on uważa za właściwe i dołożysz sobie pracy, to jeszcze się będziesz głupawo cieszył, że tak to pięknie wymyśliłeś.
zastępca dyrektora: Ciekawe.
prezesowa: No. Wymarzona praca dla mnie. Na drugie mam Manipulacja.

2 lipca 2008

I pracownik przeżywa czasem miłe chwile

Przyszło mi podzielić między ludzi środki. Po naszemu – są podwyżki. Nieźle się nagimnastykowałam, bo mam dramatyczne kominy płacowe, sięgające nawet 1.000 zł na zasadniczej. A naczynia są, jak wiadomo, połączone.
Dostałam pulę i musiałam się w niej zmieścić. A to oznacza, że podwyższenie stawki jednemu pracownikowi zakłada, że drugi dostaje mniej. Oczywiście, że ludzie są różni. Obowiązki są różne. Obciążenie jest różne. Ale, do cholery, jak mam zniwelować różnicę 1.000 zł, w dodatku tak, żeby ten zarabiający więcej nie poczuł się ukarany? To, że ma więcej, wynika z różnych okoliczności i zaszłości. Ale pracuje dobrze, sumiennie, uczciwie i nie może zostać pominięty.
A z drugiej strony jest naturalnie ta osoba ze stawką najniższą. No, mówię wam, siwy dym.

Dzieliłam, dzieliłam, aż się spociłam. W końcu doszłam do wniosku, że jakąś decyzję podjąć trzeba i musi być ona mocno uzasadniona, bo moja propozycja pójdzie do szefa, więc jeśli chcę, żeby się do niej przychylił, to argumenty niepodważalne są nieodzowne.
Bezpośredni przełożony wpłynął mi do pokoju natychmiast po tym, jak przeczytał moje pismo.
- A teraz się wytłumacz – powiedział.
No to się wytłumaczyłam. Po 35 minutach uznał, że mam rację.
- Jej to chciałabym jeszcze dołożyć parę złotych – podsumowałam, wskazując palcem nazwisko na kartce – Namów szefa, żeby mi dorzucił coś ponad pulę. Bo już nie wiem, z kogo zdjąć.
- Ba… – westchnął bezpośredni przełożony.

Ech, rozterki…

1 lipca 2008

Poranne wstawanie winno być zakazane

Prezes dostał tydzień L4 ze względu na odniesione obrażenia wojenne. To naprawdę trudne, tak się cicho ubrać, obserwując, jak on sobie smacznie śpi. I wyjść.
Niektórzy nie wychodzą (Karol), lecz za to szaleją ze szczęścia, że Prezes pozostaje w łóżku. Szaleństwo objawia się w skokach na twarz leżącego i mruczeniu z siłą silnika odrzutowego. Przynajmniej tyle. W tych warunkach jest oczywiste, że nie będzie się przesadnie wylegiwał (Prezes), kiedy ja pracuję na chlebek.

Wczoraj po południu przyszedł mail, że dyrekcja powołuje mnie do zespołu (pieśni i tańca), którego celem jest opracowanie szczegółowych wytycznych do jednego z rodzajów kontroli funkcjonowania oddzialików Archiwum X. Ponieważ wraz z tą radosną wieścią przybyło 8 ton materiału do przyswojenia, uznałam, że mam czas do przyszłego tygodnia i poszłam do domu.
Dziś rano przyszedł drugi mail – pierwsze spotkanie zespołu (pieśni i tańca) w czwartek.
Z okrzykiem „Jeronimo!” rzuciałm się do zgłebiania wiedzy.
O 11.oo stwierdziłam, że nie muszę być najlepiej poinformowaną osobą na terenie dwóch województw (odpuszczam, co?) i wystarczy, że odniosę się do tematu w zakresie merytorycznym moich obowiązków.
Umiejętnie przetrzepawszy pracowników z wiedzy na temat oraz upewniwszy się w założonych przez siebie założeniach, odfajkowałam sprawę. Potem powróciłam do swojego kabineciku i uśmiechając się pod miejscem na wąsa uświadomiłam sobie, że niniejszym dokonałam kontroli funkcjonalnej we własnym dziale. Powinnam to gdzieś odnotowywać, jakby kto kiedy zapytał. Się głupio.

Tymczasem dyrekcja w całości udała się na jakieś tam obchody, więc idę i wszcznę jakieś życie towarzyskie.
Zwłaszcza, że po powrocie do domu muszę… popracować.