30 kwietnia 2014

1638

- Przeprowadzasz się? - zapytała w SMSie martuuha.
- W poniedziałek - odpowiedziałam.
- Znaczy zwyczajnie zapierdalasz?
Ano, zwyczajnie. Od dzwona do dzwona. Patataj.

Moje panie sąsiadki z obecnej lokalizacji zrozpaczone. Albo dobrze udają. Wezwałam do utworzenia komitetu i urządzenia manifestacji pożegnalnej. Zobowiązały się.
Manifestacji powitalnej nie będzie, ale odbijemy sobie, witając wszystkich chlebem i solą. Gdyż zasiedlać będziemy jako pierwsi. Gdy nikt nie będzie patrzył, możemy rąbnąć coś z wyposażenia. O ile będzie co.

Dostałam nowy laptop. Wzięłam do domu, żeby dokonać personalizacji, gdyż nie cierpię niespersonalizowanych komputerów. U mnie działa pamięć mięśniowa i wszystko musi być na swoim miejscu. Oraz by wysłać mail ze zgłoszeniem na szkolenie, gdyż dyrekcja (w ramach głasków) mię skierowała. Naturalnie okazało się, że wysłanie poczty jest niemożliwe. Przecież wszystko nie mogło działać! Poza tym nie mam zaimplementowanej książki adresowej. I to mnie minimalnie... eee... irytuje.

Wracając do dyrekcji - smród się zwiększa. Umowy przedłuża, podwyżki daje, laptopy kupuje, pracowników dokłada, pomieszczenia przydziela, na szkolenia kieruje... Coś za tym stoi, za stara jestem, by uwierzyć, że odczuwa zachwyt mym zaangażowaniem.
Z drugiej strony - uporczywie usiłuje mnie na czymś złapać, co jest cholernie trudne, gdyż - jak wiadomo - mam syndrom prymuski. Hitem było żądanie okazania treści rozdziału, którą już wytreściowałam. A termin jest za dwa miesiące. I nie ma w fabryce nawet jednego człowieka, który tknie się roboty dwa miesiące przed deadlinem. Okazałam piętnaście stron (na planowanych góra 25), zaznaczając, że część planu jeszcze niezrealizowana i wersja jest robocza. Był zaskok.
Zapytałam również uprzejmie, czy życzy sobie, by mu przynieść to, co napisał Grzesiek. Nie życzył sobie (bo i też nie było czego, więc przewidujący) - czyli akcja w pełni wymierzona we mnie. PUDŁO.

Przegrupował się i zawezwał mnie po dwóch godzinach, wytykając stary layout strony internetowej. Akuracik zjebałam usługodawcę, więc przedstawiłam mu pokrótce działania własne oraz złożyłam doniesienie na nienależyte wykonywanie umowy, zreferowałam planowaną zawartość, powołując się na założenia, które kiedyś z nim poczyniłam (zapomniał, buchacha), zobowiązałam się w przyszłym tygodniu przedstawić przynajmniej pięć projektów wyglądu strony oraz roztartego na obuwiu człowieka od wykonu. Nie wiem, czy to nie było zbyt wiele, jak na jego wytrzymałość.
- Na koniec ja to zatwierdzam! - wyrzucił z trzewi rozpaczliwie.
- Nie wyobrażam sobie innej sytuacji - odpowiedziałam spokojnie.
Milczał przez pięć minut.

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego mu się wydaje, że jak nade mną nie stoi ekonom z batem, to ja nie pracuję. Zwalam to na karb niezadzierzgniętej jeszcze znajomości. Ale ma zagwozdkę, to się rzuca w oczy. Operowanie konkretami bez ozdobników chyba go przerasta. Niedomaganie się niczego chyba go przerasta. Słuchanie, notowanie i umiejętność powiedzenia "dziękuję" chyba go przerasta. Jakoś tak czuję, że dostarczę mu jeszcze wielu emocji. Biedaczek.

A w Lidlu stałam dziś do kasy 20 minut. I nie było gdzie zaparkować. Nigdy do tego szału nie przywyknę. Ludzie mają jednak ała.

29 kwietnia 2014

1637

Gdyż ponieważ wstałam dziś o 4. 45

!!!

powinnam już znajdować się w niebycie. I byłabym się znajdowała, gdyby nie fakt, że w sklepach wciąż jeszcze są jakieś wina do wypicia. Musujące.

Chciałam w tym miejscu zaprzeczyć, jakobym była alkoholiczką. Otóż nie. Alkoholik bowiem tym się różni, że musi. A ja lubię. Okresowo, niestety. Gdyż albowiem wszystko łatwiej przetrwać w stanie nieważkim, co zdarza mi się nader rzadko. Tak, też żałuję. Myślę, że żałuje również silna grupa, ponieważ w nieważkości jestem wesolutka.

Zapomniałam powiedzieć matce, że od pierwszego nadal świadczę pracę. Karygodne. I ona teraz ma żal. Z powodu stresu pourazowego. W sumie to nie ma się co dziwić i nawet posiadłam wyrzut sumienia. Matka (jest tylko jedna) sądziła bowiem, że zasilę szeregi marginesu społecznego, jak to mam w zwyczaju. A tu, panie, figa. Nie dość, że umowę przedłużyli, podwyżkę dali, to jeszcze gustowny kabiniecik mi się trafił. Niebędący (przypadkowo) schowkiem na mopy. No nie wiem.

Czy ktoś może orientujesie, gdzie jest, do cholery, moje dziecko?!
Odczuwam dojmujący brak w lokalu mieszkalnym.
Prezes też nieobecny.
Zdałoby się jakąś imprezę, ale mam hedoniczne podejście i nie sprzątam po gościach. Tedy koncepcja upadła. Ja, wino musujące (butelek dwie), matka biologiczna mego syna chrzestnego. I wszystko byłoby cudownie, gdyby nie fakt, że po powrocie do domu stwierdziłam aromat alternatywny, dobywający się z łazienki. Ile - pytam się, ILE kup mogą zrobić dziennie koty w silnej grupie sztuk 3 (słownie: trzy)?!

I poszła posprzątać.

1636

- W TAKICH butach do pracy! Do pracccccyyyy!!!

Zza pleców dobiegł mnie syk pani w wieku silnie postbalzakowskim. Zdecydowanie silnie. Tak około dwukrotnie. Z hakiem.

I teraz będę musiała udać się dokądś z pielgrzymką przepraszającą*. I rodziców o wybaczenie na kolanach prosić. Oni tak się starali. Ile troski, ile uwagi, ile pasków skórzanych, zawieszonych na klamkach, choć silnie przykurzonych. Lecz wymownych. Ile moralniaków, lektur dobieranych z klucza, wzorców Prawdziwych Polaków, Co Polegli Za Ojczyznę. A "Pierwszą brygadę" to śpiewam, obudzona o drugiej nad ranem, nawet po silnie zakrapianej imprezie. "LEliśmi krew" śpiewam, bo babcia śpiewała "lEliśmy". I  nikt nie wiedział dlaczego. W końcu, ile trudu, czasu, skupienia przy wpajaniu skomplikowanego słownictwa typu: honor, odwaga, poświęcenie, godność, sprawiedliwość, uczynność. Kurtura osobista.

NA NIC.

- Buty, jak buty, szanowna pani - szepnęłam konfidencjonalnie, jednym płynnym ruchem obracając się na dziesięciocentymetrowej, krwistoczerwonej szpilce. - Ale te kolczyki! Nie zdaje pani sobie sprawy, ile one kosztowały! Z ambony powinni to wykląć. FE!


Update
Hieny. Tylko by się gorszyć chciały.
Voila!




* Na przykład do Matki Boskiej Piekarskiej. To nieopodal, zważywszy na obwodnicę. A przecież w TAKICH butach to ja nie mogę daleko chodzić.

1635

I zrobiła się taka kłopotliwa sytuacja. Dyrektor jest dziś dla mnie od rana miły. Nie wiem, co z tym począć.

Nie dość, że przyszedł (sam!) na poranne spotkanie, żeby mi powiedzieć, że chciałby się ze mną spotkać później, jeśli mam czas (sic!).
Nie dość, że mi podyktował całą stronę do rozdziału - w zakresie, w którym miałam problem z uwagi na brak danych.
Nie dość, że wskazał konkretną osobę, która przekaże mi materiały i nadmienił, że jeśli pojawi się jakikolwiek problem, to mam mu dać znać.

To jeszcze...

Uznał, że przydzielił mi na gabinet niefajne pomieszczenie i zaproponował wymianę na duże, słoneczne i ładne. Z umywalką (to nie jest wcale takie głupie - nie trzeba nigdzie latać myć kubków i łap). Czyli to, w którym mieli siedzieć moi pracownicy. Im natomiast dał pokój obok mnie - większy, przestronniejszy i rozwojowy.

- Chodź - powiedział. - Pójdziemy to obejrzeć. Jakby ci nie odpowiadało, to jeszcze pomyślimy.

I teraz nie wiem, czy zrobić sobie kawę, czy lecieć po wódkę. Mam też w szafce melisę. Może to będzie rozwiązanie? Normalnie strach się bać.

28 kwietnia 2014

1634

Oczywiście, zgodnie z Waszym życzeniem, usunęłam weryfikację hasłową zamieszczanych komentarzy. Rozumiem Wasz wstręt doskonale i sama nie znoszę, więc nie dyskutowałam. I przeżywam atak botów. Czy ktoś zna powód, dlaczego dziką popularnością cieszy się post 1412? Że Bilbo?!

Poza tym wypiłam pół wina i dostałam ataku. Na mięso. Ja? Na mięso?! Normalnie wyciągnęłam z lodówki (osoby o słabych nerwach proszę o odwrócenie wzroku) boczek. Nawet nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego go kupiłam! A co dopiero, że zjadłam. Szał.
Zasadniczo mięso to ja rzadko. Czasem dziecko przyjdzie i chce rolady. Czasem wypłynie jakiś drób. Ale żeby świnka? Chrum, chrum? Mały, kochany, uroczy prosiaczek i ja go... ZJADAM?! Co się ze mną dzieje...

Na swoje usprawiedliwienie... eeee... nic nie mam. Ani to zdrowe, ani etyczne, ani lekkostrawne, ani mi nie idzie w biodra koleżanek. Przeciwnie. Idzie mi w pulpet. Ja mam pulpet pod brodą. Choć wcale nie chcę. Ale mam. Uporczywy taki.

Nie, nie będziemy rozmawiać o odchudzaniu. Nie, bo mi się nie chce. W ogóle to chciałam się usprawiedliwić, że to nie jest tak, że ja tu ciągle tkwię. Nawet nie tak, że na okrągło oglądam seriale. Nie. Nadgoniłam czytelnictwo. I wiecie co? Jakoś wcześniej mnie to nie uderzyło, ale ta "Achaja" to mocno stereotypowa i antyfeministyczna. Ja nie wiem, co się dzieje z tymi facetami. Problem jakiś mają czy co? Czy ja ciągle piszę, jacy mężczyźni są beznadziejni? Otóż nie. Nawet lubię. Może to dlatego, że nie mam problemu.

Panowie, no co Wy? Macie jakiś problem? Boicie się czy co, do cholery? Coś Wam amputu... yyy... imputujemy? Ostatnio to już nawet reagować mi się nie chce. Nudzi mnie to. Nuży. Głupota mnie męczy.
- Bo kobiety to są takie pracowite - powiedział do mnie dyrektor w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej.
I wtedy po raz pierwszy pomyślałam do niego per "głupi, mały chuju". A potem trudno zmienić takie nastawienie. Nawet jeśli się człowiek stara. A ja się nie staram. I on się też nie stara. Więc już prawdopodobnie na zawsze zostanie dla mnie... tego.

A zresztą, kicham na to. Pójdę, się położę, bo Prezes wyjeżdża o szóstej. Taki ma pociąg. I ja że niby macham mu chusteczką na peronie. Boszszsz... to jakiś horror! Wrócić, namalować sobie na twarzy coś na kształt twarzy i wyjść. I być produktywną. Gdzie ten długi weekend? Widział ktoś?!

1633

Koniec.
(Chwilowo, bo pewnie niebawem wymyślę coś innego). Nie będzie mi tu Kaczka przeżywać alternatywnych emocji (nie napisałam "się denerwować", "pienić", "wrzeć", "stresować", czy to zostało dostrzeżone?). Są bowiem ludzie, których nawet ktoś taki, jak ja, nie chce wyprowadzać z nastroju kątęplacyjnego. Szczególnie że dekątęplacja Kaczki wpływa na dekątęplację Biskwita. Bezpośrednio.

Ponieważ, co było do okazania, temat damsko-mięski mi nie wychodzi, powracam do opisu wydarzeń w fabryce. Do wydarzeń w domu nie mogę powrócić, bo się na mnie krzyczy i plwa, że pierdnąć nie można, żeby łoteplotek o tym nie napisał. No cóż... jak się jest taką gwiazdą...

Na szczęście Szef nie ma pojęcia, że o nim pisuję, więc możemy do syta i bez grzechu. Gdy się dowie, znów będę zasilać szeregi lumpenproletaryatu. W czym mam wszakże nieliche doświadczenie. Tymczasem korzystajmy, póki nie gruchnie.

Mianowicie Szef się wydalił. Rzekłabym: o, chwilo cudowna - wreszcie popracuję w spokoju. Ale nie. Już w piątek wieczorową porą począł słać do mnie tęskne maile z pierdyliardem poleceń z terminem do wykonania na tydzień temu. Gdyż doznał eskalacji sił twórczych. Działo się to bez mała między wódką a zakąską, albowiem skądinąd wiem, że miał w domu imprezę.

Obecnie jestem obiektem koszmarnym drwin ze strony całego personelu, gdyż rzecz musiała wypłynąć, zważywszy na konieczność pozyskania stosownych materiałów. NIKT nie zachował się z godnością. Co i rusz, mijając mnie bądź obcując, zadają mi to samo pytanie: "szef pisał?". A potem wiją się w konwulsjach. Och, jacy ludzie potrafią być podli! Nie wystarczy im, że sami pławią się w zen.

Tedy biegam sobie, jak za dobrych czasów, gdy sekretarka pytała: "czy ty jesteś tu może dziś nareszcie po raz ostatni?". Jakbym co najmniej na ochotnika bywała. Ech, życie.

Z zabawnych uwag. Aby zarejestrować się na tę (drażliwą ostatnio) końferęcję, trzeba skorzystać z formularza na stronie. Siadłam, myślę - zarejestruję ich wszystkich. Zaczęłam od Szefa. Kliknęłam, poszło. Przeszłam do kolejnej osoby. Kliknęłam, a tam... następnym razem możesz skorzystać za pół godziny. Popłakałam się ze szczęścia. Czternastu uczestników - to daje siedem godzin. Potem trzeba wysłać streszczenia wykładów, których jest przeszło dwadzieścia. Tej opcji nawet nie wypróbowałam, albowiem wyraźnie widzę miejsce na jeden załącznik.

To żart jakiś?

Zadzwoniłam do pani, która niby że zawiaduje tym wszystkim. I usłyszałam moje ulubione, magiczne słowa: "ja się tym nie zajmuję, tylko koleżanka, a jej nie ma". Przezabawna historia.
W każdym razie hotel mają klepnięty. Pan recepcjonista przyjął hurtem.

W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak tylko in vino veritas.

1632

Otagowuję: #zadługienieczytam, #nudanudanuda, #będzietruć.

Pasjami uwielbiam Pratchetta. Jak mało kto potrafi on podać czytelnikowi konstrukcję pudełkową (matrioszkową). Przypisom do przypisów nie ma końca, a im dalej w las, tym śmieszniej. Też tak chcę, choć zdecydowanie za wysokie to progi. Jednak "wierny naśladowca" (wierny nie od kunsztu, ale od uporczywości w działaniu) to już wystarczający komplement. Będą więc przypisy do przypisów. Dojrzałam.

Ucząc pewnych wartości na podstawie "Dzikiej kaczki" (nomen omen) Ibsena*, nauczyciel rozpoczyna zwykle od zadania uczniom wiekopomnego pytania. Brzmi ono:

CZY ZAWSZE NALEŻY MÓWIĆ PRAWDĘ?

Najczęściej uczniowie, nie przewidując podłego podstępu ze strony kogoś tak prostego w budowie, jak nauczyciel, odpowiadają zgodnie z tym, co podpowiada im wieloletnie, uczniowskie doświadczenie**: tak, zawsze należy mówić prawdę. I tu się właśnie zaczyna.

Wobec powyższego serdecznie Was wszystkich przepraszam, bo zachowałam się jak rasowy nauczyciel - czyli zgodnie ze zdobytym wykształceniem - podrzucając temat chodliwy, na podstawie którego pragnęłam dojść do tego miejsca, w którym się właśnie znaleźliśmy. A więc do rozmowy o wartościach w ogóle***.

Gdybym zaczęła z grubej rury, podrzucając tak niedefiniowalne pojęcia, jak: prawda, sprawiedliwość, równość społeczna itp., notka przeszłaby bez echa. I bez wrzenia Kaczki, którą dzięki temu kocham jeszcze bardziej****. Bez trzaśnięć drzwiami, które z całą pewnością miały miejsce wśród pewnej grupy czytelników. I w końcu - bez wzrostu poczytalności, który skrzętnie odnotowałam. Albowiem ludzkość po kokardę ma moralizatorstwa. Oraz trucia. Od tego jest telewizor. A dzisiejsze telewizory mają spory gabaryt. Liczony w calach. Nie mam ambicji.

Relatywizm.
Oto magiczne pojęcie, o które potykamy się co rusz. Nie istnieje ani czarne, ani białe - wyłącznie odcienie szarości. To, co w jednej sytuacji wydaje się dobre, w innej może stać się karygodnym nadużyciem. Państwo pozwoli, że zrobię unik i spadnę z hukiem z wyżyn tematyki damsko-mięskiej. Weźmy inny chodliwy temat: świadczeń zdrowotnych dla osób, cierpiących na choroby rzadkie.

Jak wszyscy wią, jestem silnie zaangażowana w Macierzyństwo bez lukru, którego naczelnym celem jest zbieranie pieniędzy dla Mikołajka, chorego na SMA1. Jestem też czule zakoleżankowana z Preclową - wierzcie lub nie: w realu jeszcze fajniejszą niż w wirtualu*****. Różne tam w życiu robiłam i robię rzeczy z tej półki. A mówię o tym nie dlatego, byście nagle zaczęli odczuwać podziw, lecz by uzmysłowić, że trudno mnie podejrzewać, jakobym sądziła, że komuś coś trzeba odebrać.
Ale.

Z pustego i salamandra nie naleje jak z cebra. Tedy przy dyskusjach o świadczeniach dla obarczonych chorobami rzadkimi, niezmiennie pojawia się dylemat: komu zabrać. Czy ratować garstkę (rozpatrujemy każdą z chorób z osobna, a nie kupą - bo wtedy wyjdzie, że wcale nie takie rzadkie), tnąc w miliony? A może poświęcić mniejszość dla dobra ogółu?
Nie mam zamiaru odpowiadać na to pytanie, gdyż ono leży na półce "co nie zrobisz. będzie źle". To jest półka znajdująca się zaraz obok tej z napisem "ograniczmy liczbę posłów o połowę" i "wywalmy połowę urzędników"******.

Chciałam po prostu pokazać schemat. Przecież nikomu przy zdrowych zmysłach nie przyszłoby do głowy, by odłączyć Precla albo Mikołajka od respiratorów (ale czy na pewno?!). Zwłaszcza, gdy przestając być kimś obcym, nieznanym, twarzą z tłumu. Jednakże gdyby akuracik nasze osobiste dziecko miało jakiś wypadek i nie udzielonoby mu pomocy, na którą zabrakło prawych środków płatniczych, to kto wie? Kto wie...
Przykłady można by mnożyć.

Takoż i ma się do wyznaczania granic.
Większość komentatorek pod poprzednim postem wpadło w pułapkę relatywizmu. Kaczka przemilczała rzecz ze wzgardą, choć może po prostu Biskwit dał jej popalić i nie miała kiedy tu przyleźć. W każdym razie - jeśli przyjdzie i się wypowie tam, po przeczytaniu tu - to już nie będzie to samo*******. Co prawda kolorki przyłożyła, że się brzydzi, a pacia finalnie również trąciła struny dwunastopasmówki, ale nikt, NIKT!, nie spróbował nawet gdzieś jej (tej autostrady) na mapie wyznaczyć. Mimo że o to właśnie wnioskowałam.

Bo to jest niemożliwe. Granica istnieje - ale lekko rozmyta. Trudno ją określić słowem czy na papierze (w sensie prawnym). Jednej z nas przeszkadzać będzie wszystko (czy uśmiech ma podtekst erotyczny?), innej to, co zawiera się w słowach, jeszcze innej - gesty. Znajdzie się w końcu taka, której to ryro lub nawet pasuje. Dziewczyny dobrze napisały: INDYWIDUALNA WRAŻLIWOŚĆ.
Ale co to, do diaska, jest?!

Drodzy Panowie, gorąco Wam współczuję. Weźcie se odpowiedzcie na pytanie, jaka jest indywidualna wrażliwość każdej z Waszych koleżanek. Polecę cytatą:

Z babami źle. A bez babów jeszcze gorzej********!







* Ciekawe, swoją drogą, czy "Dzika kaczka" stanowi jeszcze pozycję w kanonie lektur. Pewnie nie - a szkoda^.
** Doświadczenie to mówi: odpowiedz, jak oczekuje nauczyciel, a będziesz mieć święty spokój^^.
*** I tu nam wyszło na jaw, że Oisaj instynktownie (zdaje się) polecił na swoim blogu mój post. Albowiem ma się znakomicie do literatury, która - było nie było - często podkręca do tego typu rozważań. Gratuluję. Przyszłość rozbuchaną w dziedzinie książkowej wieszczę^^^.
**** O ile to w ogóle możliwe^^^^.
***** Wróć do przypisu ****. Oraz otwórz kolejne pudełko.
****** A potem zastanawiajmy się, skąd brac na zasiłki dla bezrobotnych^^^^^.
******* A nawet jeśli przed przeczytaniem, to i tak będziemy ją podejrzewać^^^^^^.
******** "Rzeczpospolita babska". Pyszności^^^^^^^.


^ Niedługo będą mieli w kanonie lektur wyłącznie elementarz. Ważne, by nam wzrósł odsetek osób z wyższym wykształceniem. Nikt wszakże nie mówi, że magister ma posiadać jakąś wiedzę.
^^ Przykład ilustrujący teorię.
^^^ Bez mojego wieszczenia radzi sobie znakomicie. Ale też chce mieć coś z tego sukcesu. Jestem wszakże powszechnie znana z tego, że - sama nic nie osiągnąwszy - znam różnych ludzi. Obarczonych sukcesem. Wymieniać?
^^^^ Dotąd klęczałam. Teraz, odkrywszy w niej ludzką świętą, mniej się boję wspólnego picia wódki.
^^^^^ Gdzie, pytamsie, pisałam, że będzie lekko, łatwo i przyjemnie?
^^^^^^ Polak - naród podejrzliwy i niełatwowierny.
^^^^^^^ Jeśli istnieje ktoś, kto nie widział... Migusiem!

27 kwietnia 2014

1631

Co prawda obiecywałam sobie, że dziś się tutaj nie pojawię, ale onegdaj ustawiłam informowanie mailami o nowych komentarzach. A skrzynkę mam stale otwartą. W telefonie. I nadszedł niedawno komć Torebki na ramię, która - zupełnie niechcący (biedaczka) - stanowi dla mnie ostatnimi czasy inspirację. Torebko! Moja MUZO!
Toteż postanowiłam kontynuować wątek.

Torebka napisała w komentarzu pod sporną notką 1627:

Choć moje słowa stały się inspiracją do tej notki, to jednak niezupełnie zgadzam się z jej treścią, zaś popieram to, co napisała Kaczka. Nie przepadam za sprośnymi żartami, a już na pewno nie w pracy i nie cierpię obleśnych facetów (do tej pory te przymiotniki nie padły, ale czemu nie nazwać spraw po imieniu). Krępuje mnie całowanie po rączkach i wędrujący wzrok. Znałam faceta, którego panie zazwyczaj omijały szerokim łukiem i takiego, który o grubości linii dyskutuje teraz z prokuratorem. To nie jest fajne ani zabawne, niewinne też nie, zwłaszcza, gdy dotyczy kobiet młodych, które nie potrafią się bronić przed podobnymi zachowaniami.

Chciałabym się skupić na tej granicy, o której pisałam jako trudnej do jednoznacznego określenia, a Kaczka i osoby, potwierdzające słuszność jej osądu, wyznaczyły za pomocą amerykańskiej dwunastopasmówki. Pisze bowiem Torebka nie cierpię obleśnych facetów (do tej pory te przymiotniki nie padły, ale czemu nie nazwać spraw po imieniu). Tak, rzeczywiście takie słowo nie padło. Specjalnie nie padło. Albowiem byłoby to słowo, którym zamknęłabym jakąkolwiek dysputę. Jeśli facet jest obleśny i założymy to z góry, to nie ma o czym w ogóle dyskutować.

Ale.

Wyobraźcie sobie, moje ulubione komentatorki, a także wszyscy milczący świadkowie płci żeńskiej, że w Waszej fabryce łazi za Wami jeden ze współpracowników. Natykacie się na niego co rusz. Uśmiecha się na Wasz widok promiennie i w dodatku każdorazowo. Wykorzystuje sytuacje, żeby znaleźć się jak najbliżej. Niby przypadkowo i niezobowiązująco dotyka Waszego ramienia przechodząc. Widząc, że toczycie dyskusję w grupie, podchodzi, popiera Wasze zdanie, obejmuje Was w pasie i oświadcza, że stanowi z Wami front jedności. Jest uroczy, inteligentny, pomocny, ma poczucie humoru, umie Was rozbawić do łez. Przysiada się, jest przemiły i mówi komplementy, zerkając Wam przy tym zalotnie w dekolt. A czasem szepnie do uszka coś nie do końca cenzuralnego.

I wygląda tak:


Opcjonalnie, bo są gusta i guściki, na przykład tak (przyznaję - mój typ):


No co? Tacy ludzie przecież istnieją! I nie chodzi mi o to, żeby wybrać pomiędzy przykładem nr 1, a przykładem nr 2. Zapytajcie Wójka Gógla, a on podrzuci Wam taki typ, jaki Was interesuje.
A teraz wysilcie się i wyobraźcie sobie, że to jest facet, do którego ślinią się wszystkie Wasze koleżanki. I właśnie umierają z zazdrości, że wybrał właśnie Was.

Całkowicie odmiennie, jak podejrzewam, rzecz ma się, gdy te wszystkie rzeczy robi...


Tu bez kozery walimy przymiotnik "obleśny" i żądamy sprawiedliwości w postaci wydalenia z roboty za molestowanie seksualne.

Interesuje mnie teraz kilka spraw. Po pierwsze: czy aby na pewno jesteśmy za rzeczoną Road to Hell, gdy do naszych cycków wzdycha Sean Connery (ach, zrobiłabym dla niego wszystko!)? Po drugie: czy jednaką miarą mierzymy obleśność w przypadku powalającego przystojniaka (Sean Connery - mówiłam, że zrobiłabym dla niego wszystko?) i niedomytego, niechlujnego kurdupla w garniturku z lat siedemdziesiątych*? Po trzecie: co to jest, ale tak naprawdę, ta obleśność - czy to nie czasem tak, że ona dotyczy zachowań faceta, który całkowicie na nas nie działa? No i w końcu: gdzie jest granica i co ją wyznacza?

Czy przekracza ją kolega Mariusz, taki wesoły, dowcipny, sympatyczny, który na mój widok, choćby nie wiem jak zaangażowany w dysputę, milknie i rozpromienia się niczym stuwatowa żarówka?
Może Mały Piotr - zawsze pomocny i serdeczny, uważny i w sytuacjach kompletnie odrealnionych porywający mnie do tanga, choć to nie ma absolutnie nic wspólnego z pracą?
Co z Dużym Piotrem, którego wydłużony czas reakcji znamy choćby z tego, że zastyga w drzwiach, gapi się jak cielę na malowane wrota, a odwieszony - eksploduje życzeniami miłego dnia?
A co z Kierownikiem Sześciu, co to rzęzi o nagich mężczyznach, gdy wpadam do niego służbowo, ale w chwilę później, poznawszy mój problem, zupełnie poważnie oświadcza: ja ci pomogę, zrobię to za ciebie, nie martw się, to żaden kłopot?

Czy rzeczywiście ta szeroka, asfaltowa autostrada jest taka sama dla wszystkich? Gdzie ona przebiega? Między uśmiechem a nieopatrznym słowem? A może pomiędzy słowem a gestem? Ujmującym wyglądem a rozchełstaną i niedomytą niedbałością? W którym miejscu znajduje się granica komplementu i molestowania? Ale tak konkretnie. Czy w pracy całkowicie przestajemy być ludźmi i zamieniamy się w roboty?
Jak to naprawdę jest?!

Wiecie co? Nie miałam pojęcia, że ta Torebka - jednym nieopatrznym zdaniem - aż tak mnie wciągnie!



* Chłopaki, nie obrażajcie się. Specjalnie przejaskrawiam, ja tu badania prowadzę.

26 kwietnia 2014

1630

W niedzielę albo w poniedziałek Prezes poinformował mnie:
- W środę i czwartek jestem w Warszawie. W piątek idę z kolegami (tu zawiesił głos)... na kawę. Niczego sobie nie planuj, żebyś mogła mnie zawieźć do Katowic. I tego, hmmm, odebrać.
Warszawę zapisał mi w kalendarzu, kawy nie. Co w związku z tym? Oczywiście - zapomniałam. I umówiłam się do fryzjera.
Rzecz wybuchła w czwartek wieczorem po jego powrocie ze stolicy. Na szczęście przypomniało mi się, że mamy dorosłe dziecko z prawem jazdy i samochodem, więc mogę spokojnie dać się ostrzyc.

Nieco się martwiłam, że - wzorem poprzednich kaw - będę zmuszona kiblować o suchym pysku do północka albo i czwartej nad ranem. Chłopcy po prostu lubią kawę, piją jej dużo i szczebioczą przy tym o najnowszych trendach w przemyśle obuwniczym do upadłego. Nie jestem temu przeciwna. Odwrotnie - uważam, że dla zdrowia psychicznego powinno się od czasu do czasu lądować w towarzystwie wyłącznie własnej płci, bo to pozwala zachować higienę. Zresztą Prezes pija niezwykle rzadko, a potem jest tak zabawny, że wożenie go po pijackich imprezach kawiarniach nawet dość mnie rozśmiesza.

Opisywanie zachowań Prezesa po nadużyciu... kawy przerasta moje możliwości. Owszem, opowiadam znajomym, ale mam wtedy możliwości dźwiękowe oraz gimnastyczne. W tekście o to trudno. Faktem jest, że nigdy niczego nie obrzygał nasączył aromatem ziaren i nie wykazał agresji - wręcz przeciwnie: po spożyciu większej ilości wódy kofeiny doznaje ataków afektów i to zdecydowanie skierowanych do mnie. Opowiada też takie farmazony, że wspominamy latami. A już szczytem jest pisanie SMSów. Anegdoty rodzinne tworzą się same.

Kiedy więc zadzwonił o 21.00 i, po zaledwie trzech halaniach, milusim głosem klasowego lizuska zapytał, czy mogę po niego przyjechać, oniemiałem ze szczęścia, wbiłam się w obuwie i już wypadałam z domu, gdy w drzwiach zatrzymała mnie refleksja, że niezwracanie treści może jednak nie być regułą, przyjętą do końca świata. Niewiele myśląc cofnęłam się do przedpokoju i wymieniłam dokumenty oraz kluczyki. Jestem pragmatyczna: jakby co, śmierdzieć będzie jemu.

Jedyna trudność pojawiła się pod knajpą, ponieważ odbieranie telefonu to było już zbyt wielkie wyzwanie. Pomyślałam więc, że znajdę jakieś miejsce do parkowania (w centrum Katowic nawet po 21 to nie jest łatwe) i dyskretnie wyłuskam go spośród rozbawionej gawiedzi. Jakież było moje zaskoczenie, gdy spostrzegłam Prezesa, grzecznie oczekującego na chodniczku przed samymi drzwiami! Wcześniej zabroniłam mu ruszać się stamtąd na krok, bo wiadomo powszechnie, że się zgubi i, zamiast spać snem sprawiedliwego, będę go musiała szukać, tęsknie nawołując, a echo niekoniecznie chce mieć robotę w porze nocnej. Posłuchał sugestii!

Wtarabanił się do samochodu bardzo ucieszony, ucałował mnie solennie, miażdżąc zalewie połowę twarzy i zaproponował dziarsko:
- To jedźmy do domu!
Po czym zamilkł.
Jestem koszmarnie podła i lubię pozyskać radość z każdej możliwej sytuacji. Wyczuwszy koniunkturę, postanowiłam rozpocząć serię pytań prowokacyjnych.
- A co tak krótko?
- Emeryci! - rzucił. - Najlepszy czas minął. Nawet wypić nie mogą. Tragedia.
W tej nabrzmiałej boleścią sytuacji nic ciekawego nie przyszło mi do głowy, więc zamilkliśmy, oddając się rozmyślaniom.
- Michał w ogóle nie pił - stwierdził Prezes w pewnej chwili smutno.
KE?! Znam Michała od dziesięciu lat z górką i nigdy się nie zdarzyło, żeby nie pił. Zaszył się, czy co?
- A Bartek...
Zastrzygłam uchem. Bartek generuje niepowtarzalna rozrywkę.
- Szukał frajera, który odwiózłby go do Częstochowy. Nie znalazł. Wypił piwo i poszedł na pociąg.

Taaaa...

Moi Drodzy!
Pijcie, póki możecie. Dobrze Wam radzę.
Ja na przykład tak się zorganizowałam, że biorę wino pod pachę i udaję się do klatki obok. ZAWSZE mam blisko do własnego łóżka.

1629

Kiedy ja wybieram się do fryzjera, to jest zawsze moralnie podejrzane.

- Mogę wyjść wcześniej? - zapytał mnie wczoraj jeden z pracowników jakieś 40 minut przed czasem odlotu.
- A idź! W ogóle idźcie. Co wy? Bezdomni jesteście? Jest piątek, siedzenie tutaj powinno być zakazane - odpowiedziałam.
- A ty?
- Ja też idę, bo mam umówionego fryzjera.
I teraz to wiekopomne pytanie:
- Będzie większa zmiana?!
No tak... Jeśli masz włosy długości połowy zapałki, to wizyta u fryzjera MUSI być zapowiedzią zielonego irokeza.

Choć kiedyś tak zrobiłam. Terapia szokowa. Właściwie to nawet dwa razy. Raz w piątek wyszłam z pracy rudą rusałką z loczkami do pasa, a w poniedziałek powróciłam ścięta na krótko, wyprostowana i z borsukiem (pamiętacie modę na borsuki?). Drugi raz: w piątek wyszłam blond menedżerem w sukience, żakiecie i szpilach, a w poniedziałek pojawiłam się brunetką w dżinsach i glanach.
Mnie jest ciągle mało. Nie dość, że nie daję ludziom przysnąć, albowiem jak coś powiem, to już powiem, to jeszcze wprowadzam im agresywne bodźce wizualne. Życie nie jest, nie powinno być kopalnią nudy.

Obecnie moja fryzjerka na propozycję: "może coś zmienimy", odpowiada niezmiennie:
- Na glacę czy na wściekły róż?
W różu wyglądam jak Miss Piggy. Z zastrzeżeniem, że mam (pobożne życzenie) może połowę tej klasy oraz samozaparcia w realizacji życiowych planów. Na glacę jeszcze nie próbowałam, ale koncepcja jest kusząca.

A wczoraj Prezes poszedł z kolegami na... kawę. O czym w kolejnym odcinku. Albowiem wysoce mnie bawi obsługa pijaka - i nie ma w tym zdaniu krzty sarkazmu.

1628

Pamiętacie Busia?

Miałam Wam wcześniej powiedzieć, ale jakoś się nie złożyło. Bo Busia już nie ma. Od niedzieli. I Matce Chrzestnej jest bardzo, bardzo smutno. I mnie też jest bardzo smutno. W dodatku z dwóch powodów: braku Busia i smutku Matki Chrzestnej.


Sakar. Za miesiąc skończyłby 13 lat.
Śmierć jest przereklamowana. Zwłaszcza z punktu widzenia tych, którzy zostają.

25 kwietnia 2014

1627

W pewnym sensie do tej notki natchnęła mnie Torebka na ramię. W pewnym sensie, bo jej komentarz był dość odległy, ale ludzkie myśli krążą dziwnymi ścieżkami. Szczególnie u kogoś z bruzdą.

Dygresyjka

Oisaj miał do mnie sprawę, więc zastukał na fejsie. Zapytał, wyjaśniłam, a on na to, że dziwne, że ja jakaś inna jestem. Toć tłumaczę od dawien dawna, że ja jakaś inna jestem! Czy Państwo byłoby łaskawe przyjąć to na wiarę? Po prostu... nie wiem, jak to wytłumaczyć i nazywam bruzdą, która się pojawiła w miejscu, gdzie każdy ma wypiętrzenie. Albo odwrotnie (znaczy ja mam wypiętrzenie, a ludzkość bruzdę, ale "bruzda" łatwiej wypowiedzieć niż "wypiętrzenie"). Wszystko jedno. Fakt faktem - impulsy elektryczne obiegają zupełnie inaczej. Skojarzenia mam od czapy na ten przykład. Może martuuha lepiej to wyjaśni. Drugi-tata mógłby również spróbować to wyjaśnić. Bo on też ma bruzdę (i dlatego druga-mama dostaje w naszym towarzystwie ataków duszności) albo nawet Aspergera. Może ja mam Aspergera?!

Koniec dygresyjki

A chciałabym nadmienić, że bruzda ciut utrudnia mi życie. Prowadzi do licznych zadziwień. Mało tego - chyba również do konfliktów. Nawet tak sobie myślę, że to moje przepraszanie też może wynikać z bruzdy. Z góry zakładam, że mój rozmówca idzie w lewo, a ja w prawo, więc bardzo przepraszam, nie chcąc go urazić. Ale ja przecież nie o tym. Bo nadal chodzi mi o mężczyzn (lubię).

Mianowicie: jak bardzo przeszkadza mi to gawędziarstwo, o którym pisałam TUTAJ? Otóż... nie bardzo. Czasem mnie to trochę irytuje (z zupełnie innego powodu, o czym później), ale nie biorę do siebie, a poza tym zwykle myślę o czymś innym (bruzda). Swoje odpowiedzi na ataki kolegów traktuję raczej jak rodzaj gry. Naszej codziennej planszówki.

Kompletnie nie mam problemów z asertywnością (w domu nazywaną osratywnością). Gdyby nadszedł moment, że poczułabym się źle, rozwiązałabym ten problem jednym zgrabnym cięciem. Nie, na nikogo bym się nie darła, żadnych wyzwisk ani scen, nic publicznie. Po prostu na stronie powiedziałabym jednemu czy drugiemu:
- Nie rób tego. Sprawiasz mi ból. Źle się z tym czuję.
O ile zakład, że zadziałałoby? Zawsze działa. Myślę, że to ten Sławetny Ton*.

Tymczasem warto przybliżyć, jak to się dzieje, że ja nie biorę do siebie. Otóż mam wieloletnie nawyki, które nie tak łatwo zmienić. O tych nawykach pisałam już wcześniej dość barwnie (nawet mnie samą to rozśmieszyło). W związku z powyższym, odruchowo nie biorę do siebie. Po prostu nie zakładam, że ktoś jest mną zainteresowany, bo to wydaje mi się dość mało prawdopodobne.

Oczywiście gdy się nad tym głębiej zastanowię, to dochodzę do wniosku, że jestem w końcu dorosłą kobietą (z dużym biustem), a na świecie bywa tak, że mężczyźni interesują się kobietami (na ten przykład z dużym biustem). I kiedy w kolejnym kroku od wizji dorosłej kobiety (z dużym biustem) odczepię "ja", to wpadam na trop, że być może jakiś dorosły facet interesuje się tą kobietą (z dużym biustem) z odczepionym "ja". Finalnie po dłuższej analizie, nieomalże matematycznej, wychodzi mi wynik, że jakiś facet może być zainteresowany znajomością ze mną i to niekoniecznie na płaszczyźnie intelektualnej. Trywializując: istnieje możliwość, że ktoś zwyczajnie chciałby mnie dmuchnąć**.

Ale ja na to potrzebuję sporo czasu. I to za każdym razem, kiedy, dajmy na to, ów czas mam i chce mi się zastanowić. To się nie dzieje automatycznie. Również, co ciekawe, automatycznie myśl ta nie przechodzi mi w regułę***. Każdy przypadek jest absolutnie i doskonale odosobniony****. Co to oznacza? Otóż ja nie biorę do siebie. Nigdy. Przepraszam, ale działanie mózgu jest sprawą wielce zagmatwaną i nie ogarniam.

Może inaczej. Właściwie to ja nawet zakładam, że ktoś może być mną zainteresowany, ale wyłącznie na poziomie intelektualnym bądź towarzyskim. Albowiem nie mam problemu z przyjęciem do wiadomości, że bywam błyskotliwa oraz wesoła, wyluzowana i sympatyczna*****. A przecież ludzie lubią porozmawiać z kimś inteligentnym. I pobyć ze skórzanym workiem na kawały. Lubią? No, lubią. Sama lubię. Więc ten aspekt całkowicie mnie nie dziwi. Ale nie ma wszakże zabarwienia erotycznego.

Zdaję sobie sprawę, że to jest dziwactwo. Ale czy nerwica natręctw, objawiająca się niemożnością zaśnięcia, gdy drzwi szafy są uchylone, nie jest dziwactwem? Może jest jednostką chorobową. No to może tamto też jest jednostką chorobową? Nie wiem. W każdym razie dzięki tej domniemanej dolegliwości, ja nie biorę do siebie. A skoro coś mnie nie dotyczy, to mi nie przeszkadza. W dużym uproszczeniu. I większość takich sytuacji, jak słynne wepchnięcie do windy napełnionej testosteronem, (z początków w fabryce), traktuję wyłącznie w kategoriach humorystycznych. Dopóki nie poświęcę czasu na dokonanie szczegółowej analizy. A w pracy, jakby to ująć... moje myśli krążą wokół pracy. Tak mam.

A więc: czy ja się czuję upokorzona? Nie. Źle traktowana? Nie. Dotknięta? Nie. Pewnie akuracik myślałam o zjeździe naukowym. Albo coś. I gdzieś mi przeleciało przez wyżyny świadomości - jako akcent humorystyczny. Czasem, owszem, to mnie irytuje, bo... wybija mnie z myślenia o pracy******.

Przykład*******.

Dorwałam dziś w końcu Małego Piotra i wygarnęłam mu, że:
a. nie odbiera od mnie od wczoraj telefonów,
b. w części przypadków ma telefon wyłączony,
c. nie odbiera ode mnie maili, w których chcę mu wcisnąć w tyłek kasę,
d. nie odbiera ode mnie maili, w których proponuję mu zużycie tej kasy na mnie.
Po czym okazałam wydruk z treścią, która bardzo go rozbawiła. Nie wiedzieć czemu (pewnie ze względu na nagłówek). Spojrzał mi w oczy z pewną dozą czułości i powiedział:
- Jesteś cudna. Ubóstwiam cię.
A następnie ucałował mnie... w łokieć. Trzykrotnie.
I co ja zrobiłam? Czy spłonęłam niewinnym (buchacha) rumieńcem? Doznałam jakichś skojarzeń? Dołożyłam teorię? NIE! Ja powiedziałam:
- Idź do siebie, zadzwoń do mnie i podaj mi, na Boga, swój numer konta.
Po czym oddaliłam się odebrać ten telefon, pozostawiając go w przejściu z jego konsternacją.

I, owszem, coś gdzieś mi zadzwoniło.
W chwili, gdy uznałam, że teorię należy poprzeć jakimś przykładem.
Tak, teraz można pozwolić opaść rękom. A nawet cyckom. Jeśli ktoś posiada.


WIELOLETNIE NAWYKI NAPRAWDĘ TRUDNO ZMIENIĆ.


* Co to jest Sławetny Ton, wyjaśnia Dziecko albo i też Prezes. Gdyż najczęściej padają ofiarą.
** Ludzie przecież robią takie rzeczy. Co nie?
*** I teraz też mi nie przejdzie, choć dokonuję szczegółowej analizy na piśmie.
**** Bruzda.
***** Pani psycholog mi powiedziała.
****** Proszę bardzo. Jeśli ktoś chce się załamać, a jeszcze tego nie zrobił, to teraz jest dobry moment.
******* Każda teoria powinna być poparta przykładem.

Update
Znalazłam przed chwilą wielce interesującą ilustrację. Wypisz - wymaluj do tej notki.


1626

Gdy jechałam do pracy, tknęła mnie myśl, by koniec zwieńczył dzieło. I już miałam napisać jednozdaniową notkę podsumowującą wczorajsze barwne rozważania, ale Ojciec Wwwirgiliusz to przebił. Zatem Panowie:

RÓBCIE ALBO NIE GADAJCIE.

Gadanie po próżnicy niepotrzebnie rozhuśtuje nam, kobietom, libido.
Cha, cha.

24 kwietnia 2014

1625

Ponieważ jesteśmy tu sobie w damskim gronie, a przynajmniej w przeważającej większości, pogadajmy o facetach. Panowie nie powinni traktować moich wynurzeń jako ataku - raczej przemyśleć i wziąć sobie do serca. Bo, wbrew pozorom, to będzie notka pełna życzliwości. Choć może nie głasków. Pozwolę sobie oczywiście na pewne generalizacje. Niemniej (i chciałabym to podkreślić z całą mocą) przedstawiam własny punkt widzenia. I proszę go uszanować. Nie mówię przecież, że w milczeniu.

Każda kobieta lubi czuć się atrakcyjna. Ba! Zaryzykuję twierdzenie, że każdy człowiek lubi czuć się atrakcyjny. Pożądany, akceptowany, budzący zainteresowanie i inne miłe emocje. Jednakowoż kota można zagłaskać na śmierć. W ten sposób pozytywne wibracje da się zamienić w coś odrzucającego. Naprawdę.

W fabryce otaczają mnie mężczyźni. Nie, oczywiście że nie pracuję w firmie budowlanej. Nie mówię przecież, że kobiet nie ma. Są. Nawet dużo. Ale tak się składa, że ja współpracuję głównie z facetami. Nie z wyboru przecież - w taki układ trafiłam. Nie, nie mogę tego zmienić. Są wszędzie - to moi szefowie, podwładni, koledzy. Nie mogę się wymiksować. Ale czasami uciekam w poszukiwaniu odrobiny estrogenu i lgnę do przysłowiowych spódniczek, jak kot do szynki.

Szefowie i pracownicy są całkowicie poza moim zasięgiem mentalnym. Nie będę analizowała tych relacji, ponieważ nie wyobrażam sobie, aby ewoluowały w stronę pozasłużbową. To prawda, że jestem osobą otwartą, łatwo nawiązuję kontakty i wchodzę w relacje (a przynajmniej otoczenie tak sądzi), jednak doświadczenie życiowe nauczyło mnie, by nie przekraczać pewnych granic, bo to się prędzej czy później zemści.
Z częścią szefów jestem po imieniu. Z pozostałą (czyli moim własnym i naczelnym) chyba nie chcę, choć - jeśli zaproponują - trudno mi będzie odmówić. Żartujemy, przekomarzamy się, ale dystans istnieje. Gdzieś w środku mnie.
Z pracownikami również się tykamy. Mogę z nimi poplotkować, opowiadamy sobie kawały, ale chronię swoją strefę prywatną i tak pozostanie. Tak wolę. Tak jest zdrowiej.

Osobną kategorią pozostają więc koledzy - między nami nie istnieją zależności służbowe. Lubię większość z nich. Są inteligentni, nawet błyskotliwi, otwarci i obdarzeni poczuciem humoru. Dystans, jeśli na początku istniał, zmalał zdecydowanie w bardzo krótkim czasie. Chadzamy razem zapalić, co rusz któryś do mnie wpada, służbowo lub pogadać, czasem ja odwiedzam ich. I tu zaczyna się problem. Ponieważ mężczyźni to w większości erotomani. GA-WĘ-DZIA-RZE.

Owszem - bardzo lubię czuć się atrakcyjna. Jest mi miło, kiedy okazują mi zainteresowanie, szukają pretekstu, żeby koło mnie stanąć lub usiąść, wpadają znienacka do mojego pokoju, żeby pobyć w aurze, zabawiają żartami. Akceptuję nawet te niby przypadkowe muśnięcia lub kiedy niektórzy obejmują mnie w pasie, szepcząc coś do ucha. Nawet jeśli to wszystko grubymi nićmi szyte. Ale jestem bardzo zmęczona wszechobecnym gawędziarskim erotyzmem, który wypada mi ze wszystkich szaf.

Nie należę do eterycznych panienek, które płoną rumieńcem na samą sugestię. Ale z uwagi na stężenie gawędziarstwa, zaczęłam zachowywać się identycznie wobec nich, bo tego się nie spodziewają i na to nie są przygotowani. Czyli udaje mi się uzyskać zamierzony efekt - chwilę błogosławionego spokoju. Szczególnie cennego w takie dni, jak dziś. Zaczynam się niepokoić, czy za kilka miesięcy nie będę rozpoczynała dnia od uszczypnięcia kogoś w tyłek. Albowiem, wierzcie lub nie, posuwam się ostatnio naprawdę daleko.

Pamiętacie kolegę ze słynnej szóstki, któremu w kluczowym momencie Wielkiego Wejścia Do Sali zaczął dzwonić telefon? Otóż ja go lubię. BARDZO go lubię. Jest wyluzowany, obdarzony ponadnormatywnym poczuciem humoru, całkowicie nienadęty, choć bardzo mądry. Często proszę go, żeby coś mi wytłumaczył, bo jest znakomitym fachowcem i znajduje dla mnie czas, mimo że grafik ma napięty. A potrafi trudne rzeczy wyłuszczyć krótko i wyjątkowo przystępnie, nie głaszcząc sobie przy tym ego ani przez chwilę. Niestety - gawędziarz.

I doszło do tego, że w chwili, gdy pochylał się nade mną, szepcząc komentarze, nienadające się do publikacji, wypaliłam prosto w nos:
- Słuchaj... Masz może w planie mnie stuknąć? To proponuję przejść do czynów, bo z tego gadania żadne z nas nie ma przyjemności.
Dzięki tej wiekopomnej wypowiedzi zyskałam dwa dni świętego spokoju. Nie, nie unikał mnie. Ale też nie komentował. I już się cieszyłam, że "załapało". Przedwcześnie.

To samo z Małym Piotrem. Wszyscy lubimy Małego Piotra, prawda? Naprawdę trudno go nie lubić. Jest po prostu uroczy. Dopóki mu jakaś klapka w mózgu nie zatrybi.
Kolega Kierownik Grupy Sześciu? To samo.
Mogłabym długo wymieniać. Wniosek zawsze ten sam.

I nie - nie jestem przeciwna flirtowaniu. Okazywanie zainteresowania jest naprawdę fajne i znakomicie się z tym czuję. Ale do pewnych granic. Bezustanne świntuszenie powoduje u mnie ból zawiasów w szczękach. Od ziewania z jednej i irytacji z drugiej strony.

Cienka linia.
Dość trudno ją wyznaczyć precyzyjnie.



Nie mrucz do mnie, człowieku. Podobam ci się? Uśmiechnij się, kiedy przechodzę, pogadaj, bądź miły, nawet powiedz mi o tym po ludzku - to kształtuje dzień. To mi robi na poczucie własnej wartości. Uskrzydla. Nastraja pozytywnie do całego świata. Jestem inteligentna i spostrzegawcza, słowo. Odbiorę ten sygnał. Może nawet odwzajemnię. 
Ale nie mrucz, nie dysz i nie gawędź, bo sprawiasz, że zaczynam... pożądać kobiet.

1624

W zasadzie chciałam napisać notkę o treści:

JA PIERDOLĘ

i na tym zakończyć. Ale za bardzo Was szanuję, by kazać się domyślać kogo, gdzie i za co. Powiem więc tak...
Kogo: wszystkich, wliczając siebie. To jest zachowanie autoerotyczne.
Gdzie: gdziebądź - jestem elastyczna.
Za co: ich za mówienie, siebie za słuchanie.

O godzinie 13.15 popadłam w katatonię z powodu braku kofeiny w organizmie. Brak nikotyny zdążyłam zaspokoić 5 minut wcześniej. Masakra jakaś teksańska - piłą mechaniczną.
Ze spotkania porannego wyrwał mnie dyrektor. Był przygotowany do rozmowy o pieniądzach, pewnie całą noc nad tym myślał. Zaczął od opierdolenia mnie na czym świat stoi, co stawia wnioskującego w niekorzystnym położeniu. Żeby była jasność - zarzuty tak absurdalne (typu: podpisałam umowę ściśle wg jego wskazówek - ŹLE), że nawet nie dyskutowałam. Bo z czym. Po chwili mojego milczenia przeszliśmy do konkretów. Dobrze nie jest, ale tragicznie też nie. Parę stów wpadło i wrócimy do rozmowy o funkcyjnym. Znaczy: ja wrócę, niech sobie nie myśli.

A później zaczęła się jazda bez trzymanki. Oto dzień historyczny, kiedy WSZYSCY pożądali tylko mnie. Powodzeniem tym odbija mi się boleśnie. Przed chwilą drzwi się otwarły i doznałam ataku paniki, że znów ktoś coś, ale na szczęście był to mój pracownik, więc mogłam go spławić. Chciejstwa przesunięte na jutro.

Później zadzwonił znany Wam pan redaktor naczelny, oferując wynagrodzenie za artykuł. Przytomnie zapytałam "ile?" i uzyskawszy odpowiedź bardzo kulturalnie go nie wyśmiałam oraz zasugerowałam, żeby zapłacić wyłącznie pierwszemu autorowi. Natomiast do pierwszego autora wysłałam mail informujący o przychodzie wraz z zapytaniem, dokąd mnie zabiera. Uważam, że jest mi to winien i wyegzekwuję bez litości. Przezornie nie odbiera ode mnie telefonów. Naiwniak.

Mam zakwasy od tego zapieprzu!

PS Umowa na okres próbny chyli się ku upadkowi i niektórzy przestali wypierać mojej istnienie. Po prostu nader gwałtowanie się zakoleżakowywują. Np. tzw. Kierownik Sześciu (od Mission Imposible). Wciągnął mnie dziś do swojej nory, mamiąc:
- Chodź, pokażę ci nagiego mężczyznę. Albo dwóch.
- Trzeba przyznać - westchnęłam - że ja i dwóch nagich mężczyzn w zamkniętym pomieszczeniu z kanapą to jest jakaś fantazja erotyczna. Ale dzisiaj, kochany... Dzisiaj możesz jedynie liczyć, że na was popatrzę. I nie mogę przysiąc, że nie zasnę.
- Wrócimy do tej rozmowy - zripostował, obniżając głos. - W samochodzie. W drodze na sympozjum.
- To już nie będzie ta sama fantazja. Bo ja jedna, a was trzech. I wokół szyby. Czyli szybowiec. A ja mam lęk wysokości.

Czy teraz rozumiecie, że przez ten testosteron to ja muszę być stale czujna?! Bardzo wyczerpujące. Bardzo. Nie tylko w takie koszmarne dni, jak dziś.

23 kwietnia 2014

1623

Jestem wyczerpana.

Tak sobie siedzę w fotelu - Prezes wyjechał na dwa dni do Warszawy, a dziecko poszło robić prezentację - owinięta kocykiem i nie mam siły wstać, żeby przynieść sobie dzbanek z herbatką. Jednak się trochę martwię. No bo się okazało, że tych danych statystycznych to się nie da przetworzyć. Podejrzewałam od dawna, ale teraz mam pewność. Naszłam tego ekonomicznego, posiedzieliśmy sobie razem pół godziny, nawet po jednej stronie biurka, tej z widokiem na laptop.
- Ja wiem, czego ty oczekujesz, ale to niemożliwe. To znaczy właściwie możliwe, w Berlinie na konferencji widziałem, jak to się robi, ale... - zawiesił się.
- Nie aluj. Zrób - zachęciłam bez zbędnych ceregieli.
- W zasadzie mogę zrobić. Mogę zrobić z tego doktorat. Wpadnij za dwa lata.
- Musimy oddać materiał do końca czerwca.
- Nie ma opcji. Naczelny przecież o tym wie.
- Nie wie.
- No co ty?
- Powiedział mi, że mam pójść do ciebie, a ty przygotujesz wszystkie potrzebne informacje.
- Żartujesz sobie?
- A wyglądam? Mamy podpisaną umowę na tę książkę, a ty mi mówisz, że albo się z niej nie wywiążemy, albo wyjdziemy na idiotów. Powiedz mu to. TY mu to powiedz. Jesteś dyrektorem.
- Eeee, nie. Aż takim dyrektorem nie jestem.
- Właśnie że jesteś. Finansowym. I ekonomicznym. Widziałam tabliczkę na drzwiach i sekretarka mówiła o tobie "pan dyrektor". Więc pójdziesz tam ze mną, powiesz mu to, a potem wymyślicie, jak wybrnąć z bagna.
- Jesteś dość wymagająca.
- A ty jesteś dyrektorem. To dyrektoruj.
W międzyczasie naczelny nam zbiegł. Nadal jestem w punkcie wyjścia.

Za to wcześniej, nim posiadłam Wiedzę, przyszedł do mnie we własnej, naczelnej osobie. I przywiódł nowego pracownika. Zgaduj - zgadula, jakiej płci. Testosteron zaczyna mi wywalać uszami. Nie powinno tak być, żeby spokojnej kobiecie przyznawać ciągle pracowników płci intruziej. To męczące i irytujące. Ecce homo w wersji z cyckami. W dodatku jest brzydki. I nierozgarnięty, co udało mi się złapać w pierwszej rozmowie. To mnie zmartwiło najbardziej, bo za tym pracownikiem pójdą nowe obowiązki. Gdyby choć był ładny, to starałabym się myśleć, że co prawda kretyn, ale jest przynajmniej na czym oko zawiesić, a tak?

Że co? Że jestem seksistką? A kto mi zabroni? Tylko facetom wolno? Mężczyźni nader często cedzą złośliwie przez zęby, że: przecież mamy równouprawnienie, więc o co ci chodzi? No, skoro mamy równouprawnienie, to ja też mogę komentować wygląd czyjegoś tyłka. A żałość ogarnia.
Właściwie to nawet nie popatrzyłam. Zatrzymałam się na twarzy i mi się odechciało.

Do tego dałam sobie wyciąć zbędny pieprzyk. I teraz mam porażającą dżunglę sterczących szwów. Taki mały pieprzyk, a tyle supełków. I swędzi jak diabli.

1622

Święta cierpliwość połączona z uporem, pewną dozą samozaparcia oraz szczyptą lizusostwa zwykła mnie prowadzić ku szczęśliwym zakończeniom. Jak mawiali starożytni czy jacyś tam żytni: quidquid agis prudenter agas et respice finem. Wobec powyższego oświadczenia staram się nie zagotowywać, w czym wybitną pomocą służą mi miś i przyjaciele. Albowiem dzisiejsza trudność z kontaktem była rzeczą zwykłą i do pokonania. Za to natychmiast pojawiły się kolejne dwie - co to do porządku dziennego nie przejdziesz, a przeskoczyć się nie da. Już brałam w dłoń portfel, by udać się do pobliskiego monopolowego celem stracenia przytomności, gdy napatoczył się był kontakt z moją ulubioną koleżanką - psychologiem klinicznym, co pozwoliło mi wylać gorzkie żale.

Pięciominutowa terapia z doskoku znakomicie zrobiła mi na poczucie winy. Na koniec powtórzyła swe zwykłe memento: i za nic nie przepraszasz. Tak na wszelki wypadek powtarza mi to każdorazowo.

Wobec powyższych sensacji udam się do dyrekcji, przedstawię jeden z problemów i zapytam, co ON zamierza z tym zrobić. Albowiem zatrudniono mnie tu do różnych rzeczy, aczkolwiek nie wspominano o zdolnościach cudotwórczych. Których nie posiadam, nie wykazuję w CV i takiego wała, jak Polska cała. Masz pan pomysł? No to masz pan problem. I se pan teraz myśl.
(No co? Mówiłam, że terapia skuteczna).

Poza tym zostałam silnie zmotywowana na okoliczność walki o własne, czyli pieniądze. Jak zwykle wypłynęła kwestia "nie przepraszaj, dopóki nie uderzysz", wobec czego nieśmiało zaproponowałam, że może dyrekcji nie uderzę (no i nie przeproszę). A przynajmniej nie przed wyłuszczeniem swoich oczekiwań.
- Dlaczego nie? - zachichotała koleżanka. - Jeśli powie "nie", to lutnij go zdrowo i powiedz, że psycholog zabronił ci przepraszać, więc go nie przepraszasz.
Azymut wyznaczony.
Podanie zaopiniowane.
Trzeba się jedynie "wbić".
Czego mi Państwo pożyczą.



Update

Ledwo zacznę marudzić, ledwo kliknę "opublikuj", a już na komórkę dzwoni do mnie Szef. Z drogi.
- Idź do niego jutro. Umowę masz przedłużoną, dostaniesz podwyżkę. Nie wiem o ile, powalcz.
I jak tu go nie kochać.

1621

A NIE MÓWIŁAM?!

Oczywiście dziś środa, oczywiście środy to moje ulubione dni, oczywiście wstał lewą nogą, oczywiście wkurwiony, oczywiście nie-ma-cza-su. FAK.
Od rana łażę jak za panią matką... Co za mną łazisz, nie mam czasu, ten też idzie za nami - śledzi mnie i chce gdzieś wciągnąć, patrz tylko - już ktoś siedzi pod sekretariatem, znowu czegoś ode mnie chcą, ty też ciągle czegoś ode mnie chcesz, ja się znowu wszystkim zajmuję, cholera co za dzień.
Środy są topowe. Jestem fanką śród.

A czas leci.

Chyba ze złości pójdę i napiszę ten rozdział do książki albo przynajmniej przejrzę dane statystyczne. Czemuś mam wrażenie, że one będą w układzie rachunku zysków i strat, dzięki czemu na nic mi się nie przydadzą lub też będzie je trzeba mocno przetworzyć, więc znowy stanie nad dyrektorem, tym razem ekonomicznym, i poganianie, bo tu bez poganiania nic nie działa.

Dlaczego ludzie nie są dorośli?!

Jak mnie jeszcze raz zapyta, czy jeszcze nie mam dość, czy się nie rozmyśliłam i czy chcę tu nadal pracować, to mu powiem:
- A pocałujcie wy mnie wszyscy w dupę. I vice versa.

22 kwietnia 2014

1620

Zabawne. Ostatnio moje słowa mają nieomal moc sprawczą.

Wyszłam z tej pracy, bo już mi się naprawdę nie chciało. Szef wspomniał po południu, że chce bardzo ze mną rozmawiać, ale jutro. Jutro to jutro. Poszłam sobie. No, doooobra, kwadransik przed czasem. Przecież z tego się nie strzela. Oczywiście, że zadzwonił. ZAWSZE, gdy popełnię jakieś przestępstwo, to natychmiast wychodzi na jaw.
- Jesteś jeszcze? - zapytał.
- Nie - westchnęłam zgodnie z prawdą, bo i tak nie ma sensu kłamać. - Ale jestem w spożywczym koło fabryki, więc nie ma sprawy, wrócę.
- No co ty. Słuchaj, mówiłem, żebyś napisała pismo do dyrektora, żeby cię przyjął na stałe. I nie mam go.
- Napisałam. Nawet zaawizowałam się u pana sekretarki - wypuściłam jadowitą strzałę, bo mam wrażenie, że małpa zarządza jego czasem bez konsultacji. - Ale mnie nie zawołała. Pewnie nie było czasu. Niemniej jest gotowe.
- Aha - mruknął, gdyż wyraźnie pojął aluzję. - Ale zapomniałaś o wysłaniu streszczenia na alternatywne sympozjum.
- Bynajmniej. Przypomniałam o tym dzisiaj twórcy streszczenia i uzyskałam obietnicę, że jutro mi prześle.
- Czyli nie zapomniałaś?
- W życiu.
- Przypilnuj tego, co?
- Trzymam rękę na pulsie. Na wszystkich pulsach.
- Zauważyłem właśnie. Ale wiesz co? Chciałbym, żeby on wygłosił jednak dwa wykłady. Napisz do pani profesor maila o treści: szanowna pani profesor...
- Szefie?
- Tak?
- Pan wie, że ja umiem napisać pismo?
- No tak. Faktycznie. To napisz rano, co? Nie zapomnisz?
- Czy o czymś kiedyś zapomniałam?
- Nigdy. Ty wszystko pamiętasz.
- Czyli mamy ustalone. Ale ja bym jednak wróciła, jeśli pan jeszcze siedzi.
- Tak? A po co?
- Bo jutro napięty program, a jeśli pan ma teraz czas, to chętnie ustaliłabym, które wykłady pójdą na TYM sympozjum.
- Hmmmm... Muszę wyznać, że jestem nieprzygotowany...
- OK. W takim razie jutro. Ale wie pan co?
- No co?
- Musi pan napisać recenzję.
- Jaką znowu, do cholery?!
- Do "Wiadomości".
- Ale ja nie mam artykułu!
- Ma pan.
- Nie mam!
- Ma pan. Leży na skrajnej kupce po prawej stronie na pana biurku. Z moją adnotacją, dotyczącą terminu. Żółta karteczka. Sztywna koszulka.
- Nie mam! - zaszeleścił papierami. - Eeeee... mam. Wszystko pamiętasz, co?
- Do tego mnie pan zatrudnił.
- Burczysz na mnie?
- Burczę.
- Do tego cię zatrudniłem?
- Owszem.
- Skandal. Nikt na mnie nie burczy. Nawet żona.
Przemilczałam to taktownie. Westchnął.
- No tak... To dobrze, że burczysz. Przypilnujesz mnie jutro?
- Od rana. Nie opędzi się szef ode mnie.
- Całe szczęście. To jedź do domu, co?
- A mogę zrobić zakupy?
- Żarciki się ciebie trzymają - zaśmiał się. - Zrób, zrób. I nie zapomnij mnie przypilnować, żebym zaopiniował twoje podanie, że jesteś mi nie-od-zow-na.

Mam nadzieję, że zaopiniuje: podwyżka jest jej nie-od-zow-na.

1619

Och, jak to czasem przyjemnie się spotkac w grupie.

Szef był ogłosił 2 maja dniem wolnym od pracy. Jak to miło i wesoło, szczególnie że Prezes szczuje mię od jakiegoś czasu. Konkretnie to od chwili, gdy się dowiedział, że ma wolne. Podle mię szczuje, podlec. To ja mu dziś pokażę. Figę. Też mam wolne. HA!

Natomiast ja zepsułam na rzeczonym spotkanku humor większej grupie, przypominając, że piszemy wszakże podręcznik i 30 kwietnia mają oddać plany rozdziałów. A oni chcieli bez planów. Tedy im mówię, a róbta, co chceta, najwyżej bedzieta pisać na nowo. To im zważyło. I mają zważone. Szef za to sie ucieszył, że pamięć zewnętrzna RAM działa bez zarzutu i zawołał na głowami (a ma fizyczne możliwości):
- Mam nadzieję, że słyszycie, co Asia mówi.
Asia! Czyli nie pani magister, pani Joanna, a nawet nie Joanna. Taki rozradowany ostatnio.

Nawiasem mówiąc wcale się nie dziwię, albowiem w ubiegłym tygodniu zrobiłam mu dobrze i nawet bez dotykania. Oralnie wręcz. Taką mam budowę, że z natury usuwam pojawiające się problemy, tedy usłyszawszy, jaki Szef ma problem, usunęłam mu go bez wzywania. Był zadziwion wielce, ale tak mu się przydała moja podpowiedź, że mało nie eksplodował łez strugą. I trwa w tym stanie nabożnego podziwu dla mej mądrości i użyteczności. Mój ulubiony grypsik: ręka w górę, kto się spodziewał.

Plan maksimum mam osiągnięty. Brzmiał on: na koniec kwietnia doprowadzić do sytuacji, by Szef nie mógł sobie przypomnieć, jak w ogóle beze mnie funkcjonował. Hallelujah. Dlatego jestem zwolenniczką konstruowania planów. Dobrze się potem realizuje. Co Było Do Okazania. Jak w matematyce. Pyk - pyk.

1618

Powroty zawsze są trudne.

Na tę okoliczność wlałam już w siebie trzy kawy i wypaliłam cztery papierochy. Oraz przejrzałam wirtualną gazetkę z Rossmanna. Gdyż promocja. Jeśli któraś pani pragnie sobie namalować urodę - to dobry moment. Zameldowałam się też w sekretariacie szefa na tzw. ochotnika, co zostało przez ów sekretariat odnotowane na tajnej liście.

O poranku sinym zadzwonił telefon i natychmiast zaczęłam się zastanawiać, któren popił. W punkt. Głos, silnie zaspany, wniósł prośbę o tzw. kacówkę. Wyraziłam zgodę nader chętnie, ponieważ przynajmniej w przypadku jednego pracownika nie będę miała problemów z zaległym urlopem.Choć on z kolei nie ma problemu z braniem zwolnień lekarskich. Powiadam Wam, życie nie przyzwyczaiło mnie do takich osób. Na poczcie system premiowania odgryzał złotóweczki za każdy dzień L4, a co za tym idzie - ludzkość korzystała jedynie w ostateczności. Zawsze powtarzam, że kieszeń to organ leżący najbliżej mózgu.

Poza tym w fabryce zadziwił mnie też plan urlopów, gdyż w poprzednich fabrykach było niemile widziane planowanie wolnego w polskim systemie długoweekendowym. Mało kto się odważał na 2 maja, piątek po Bożym Ciele i takie tam. A już na stanowiskach kierowniczych - mowy nie było. Żodyn kierownik weekendów sobie nie przedłużał. Żodyn. No, może z wyjątkiem Pani Dyrektorowej, ale cóż począć - noblesse oblige. Tymczasem pierwszym, o co się potknęłam po przyjściu tutaj, była permanentna nieobecność całego działu w tzw. dniach dyskusyjnych. I od razu musiałam rozganiać towarzystwo oraz tłumaczyć, że urlopy bierze się na zakładkę, celem zachowania ciągłości pracy. Tedy niech się wystukają z "na żądanie". Chętnie. Wszakże uporczywa chorowitość predystynuje do przebywania na stałe poza zakładem.

Co zabawne, mam pracownika, którego muszę od biurka odkuwać kilofem. Podejrzewam, że stosunki małżeńskie ma napięte. Bez powodu tu uporczywie nie przebywa.

Za to mój najbliższy urlop przypada w dwóch ostatnich dniach roboczych maja. Z tym, że nie do końca, gdyż ruszam w stronę martuulandu. A ruszam przecież z koleżeństwem, udającym się na sympozjum. Wobec powyższego podróż spędzę zamknięta w samochodzie z minimum trzema kolegami. Ostatnie słowo wciąż nie padło, bo miejsc wszakże pięć, więc ktoś może się jeszcze dosiąść, n'est-ce pas? Oddychaj, Asiu, oddychaj. (Plus: kierowca oraz jeden pasażer są palący, więc będą robić przerwy).

A co tam u Was po świętach?

21 kwietnia 2014

1617

Święta mijają leniwie, a ja znów nie pracuję, choć powinnam. Czyli standard. Poza tym najwyraźniej byłam niegrzeczna, ponieważ zauważyłam, że ubyło mi obserwatorów. Nie wiem jeszcze ilu, bo na stronie głównej pokazuje się 16., a jak sprawdzam od administratora, to jest 17. Już myślałam, że martuuha się wyałtowała, ale przypomniało mi się, że piecze punkowe* baranki u rodziców, więc nie ma zasięgu. Czyli nie zdążyła. Zerknęłam - nadal jest. I to mnie poniekąd dziwi, gdyż byłoby naturalne zerwanie wszelkich stosunków, zważając na fakt lekkomyślnego zaproszenia mnie do siebie. Kiedyś musiało nadejść opamiętanie. Pewnie nadejdzie za 2, 3 tygodnie.

Tymczasem nie pochwaliłam się Wam, że czytacie polecany blog. Też bym nie wiedziała, ale zajrzałam w statystyki, co tak ludzkość tu biega, przeciąg czyniąc. I zaskoczenie! Kruszyzna o mnie napisała! Jak ładnie w dodatku... Wcale nie zasłużyłam. Chciałam przy okazji rozwiać Wasze przypuszczenia, jakoby ten lans był po znajomości. Owszem, Kruszyzna przykłada swe palce do Macierzyństwa bez lukru, ale nie miałyśmy dotąd przyjemności, gdyż zawsze "obskakuje" ją Chuda. Powiem Wam jedynie, że Kruszyzna prowadzi strasznie fajny, parentingowy portal Dzieciowo.

Tak więc wzruszyłam się szczerze i nawet zapragnęłam to jakoś skomentować. (Nie wspominałam, że mam braki w uzębieniu i język mi wylata?!). Komentarz się ukazał, co widziałam na własne, nieśmiałe oczęta, a potem wordpress kazał mi coś potwierdzić, to potwierdziłam. I został usunięty. Znaczy się, był pewnie obrazoburczy, co mnie absolutnie nie dziwi. Należy rozważyć bowiem, czy w ogóle nie powinnam siedzieć w jakiejś kozie. Bez możliwości zatruwania młodych, chłonnych umysłów.

Tedy okazuje się, że pochwalono mnie już w życiu parokrotnie. Był Oisaj, wyrażający podziękowania za mą harówkę redakcyjną, była Kruszyzna i nawet Wam zdradzę, że za czasów Blogowych kilka razy polecano mnie na stronie głównej. Raz sobie nawet printscreena zrobiłam - w sam raz na niepogodę i gorsiejszy dzień. We samym środku - jakby ktoś uporczywie nie dostrzegał.


Piszo, że blog o pracy, co jednak definiuje mnie jako pracoholiczkę. Obecnie inna fabryka, a gadka ta sama.

No i nie zapominajmy, że każden se może zobaczyć, jak wyglądam oraz posłuchać, jak gadam. W tefałenach. Jestę celebrytkom. To zupełnie nowa dla mnie rola i muszę się z tym oswoić. Potrwa. Jakieś 50 lat, jak sądzę.



* Przysłała mi MMSa. Klasyczny baranek z irokezem. Słowo, słowo.

20 kwietnia 2014

1616

Uwielbiam patrzeć, jak kotu się śni.

Ile tam się dzieje! Łapki podrygują. Czasem przednie, czasem tylne, zdarza się, że wszystkie. I nawet ogon. Wyraźny galop. A więc biegnie - ucieka lub goni.
Bywa - drżą same paluszki. Ani chybi: polowanie. Skrada się, bezdźwięczny i giętki, na paluszkach, na paluszkach, coraz bliżej...
Pracują wszystkie mięśnie mimiczne. Przeczytałam gdzieś, że kot nie ma mięśni mimicznych. Ten tekst pisał ktoś, kto kota na oczy nie oglądał. Kot ma pierdylion mięśni mimicznych i we śnie one pracują niczym dobrze naoliwiona maszyna.

Najpierw skupienie. Brwi wyraźnie zbliżają się do siebie. Znaczy: ptaszek na celowniku. Potem dołączają wąsiska, podrygują rytmicznie z dużą częstotliwością. Bywa że z pyszczka wydobywają się śmieszne dźwięki.
- A. A. A - mówi Edek do wyśnionego ptaszyska. - Nie uciekniesz mi, niecnoto. Zaraz cię dorwę.
Uszy napięte, ogonek się prostuje i zastyga w bezruchu. Mięśnie wędrują pod skórą. Czai się do skoku. Wyraźnie widzę, że to już. Za ułamek sekundy. Wybije się, poleci iiiiii...

Uchyla powiekę. Prostuje przednie łapy, przeciąga mięśnie. Wstaje. Robi koci grzbiet. Obraca się w kółko, układa w wygodniejszej pozycji, nakrywa nos łapą, na górę kładzie ogon i wraca do swojego wyśnionego polowania. Skoro ma chęć wrócić, to chyba znaczy, że to był fajny sen, prawda?

Uwielbiam patrzeć, jak kotu się śni.


1615

Ruskie wyszli.

Jest taka koncepcja, żeby się przeprowadzić i nie podać nikomu adresu, tym samym myląc pogonie. Prezes powątpiewa, jakoby rzecz się mogła udać. Mało tego - stawia śmiałą teorię, że grunta zielone wokół lokalizacji mogą przywabiać nieprzeliczone rzesze Hunów. No to może kupimy jakieś agresywne bydlę, by latyfundia zostały dopilnowane, i raz niechcący dopuścimy do ugryzienia kogoś w rejony, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.

Wszystko zeżarli i jeszcze zabrali na drogę. Emeryci. Wolno się poruszają i potrzebują do tego mnóstwa kalorii. Moja okresowo zrzędna protoplastka pochłonęła pół kaczki. Jeszcze raz usłyszę coś o diecie, to padnę malowniczym trupem w miejscu czasowego pobytu. Dobrze że choć wina nam starczyło, może i mamy skłonność do marginalizacji społecznej, ale na wino... Na wino wciąż nas stać. Z Lidla. Na etykiecie nie stoi, a pochodzenie frącuskie, ergo można produkować lansik.
Poszli, w drzwiach zapowiadając, że jutro Lany Poniedziałek, co zamierzają uświęcić, zalewając się w trupa. Człowiecze, przybądź! Nie możesz tego przegapić!

Swoją drogą - winszuję sobie ich kondycji, zarówno fizycznej, jak i umysłowej za lat trzydzieści z hakiem (hak góralski*). W międzyczasie dzwoni druga-matka, perfidnie pozdrawiając mnie spod brzózki. Ja się zemszczę. Nasadzę las brzózek i wtedy zobaczymy!!!

Usunęli Śmy wszelkie ślady pobytu gości w tempie ekspresowym. Mamy z Preziem tę zdolność rozwiniętą do perfekcji. Współdziałamy w idealnej synchronizacji i milczeniu, on znosi, ja pakuję zmywarę, rosętale (owszem, mam - zabrońcie mi), nieco nadgryzione zębem czasu, umywam dłońmi i szlus. A następnie rozpoczynamy wypieranie. Każdy udaje się do siebie, czyli Prezes do wyremontowanego gabinetu, a ja do kuchni, gdzie moje miejsce, i stwarzamy wrażenie, że to się nie wydarzyło. Ja nawet ekspresyjnie, bo opisuję. A on maluje z rozmachem. Figurki. Im więcej gości, tym armie szczurów bądź elfów liczniejsze. Po wizycie Dzika artyleryi ruskiej ciągną się szeregi, prosto, długo, daleko, jako morza brzegi.

Jutro natomiast dzień święty uświęcę pracą z dawna odkładaną. Fuj.



* Państwo zna ten stary żarcik, jak to się turysta pyta bacy, ile jeszcze do schroniska.
- A będzie kilometr z hakiem.
I już po dziesięciu kilometrach turysta przybywa na miejsce.

19 kwietnia 2014

1614

Przerwa. W piekarniku sernik, który musi mieć spokój. W "Chirurgach" umiera Meredith. Misterium nieomalże wielkanocne.

Tymczasem urlopowany Prezes donosi, co tu się wyrabia pod moją nieobecność. Łóżka są, proszę ja Was, niepościelone. Znaczy nasze łóżko, bo zuziowe jest niepościelone z natury. Na szczęście znajduje się na antresoli, więc mogę udawać, że tego nie widzę. Przez blisko 20 lat macierzyństwa (nie wliczając ciąży), wyrobiłam sobie kilka odruchów warunkowych. Np. klapusia w mózguniu zamyka mi się na widok... eeee... yyyy... nieporządeczku w pokoiku mojej córuni. Normalnie klapa wielkości muszli klozetowej wali mi w łeb i tracę wzrok. Nie tylko z okazji świąt.

Ale my nie o tym.
Szanowne Gremium! Przed Państwem... TADAAAAM! Ruja i Poróbstwo!

Na ten przykład - w czwartek Edward wchodzi w bliski kontakt z Karolem.


Ale to mu nie wystarcza. Więc wchodzi na Karola.


 Z kolei w piątek Edward usiłuje ocieplić swoje relacje z Zofią.


A Karol nie odpuszcza, gdyż nie lubi czuć się odrzucony.


A w sobotę... W sobotę nikt już nie chce z nim niczego ocieplać. W związku z tym Edward ociepla sobie stopę. Nic to, że tylną. Po prostu nie powinna się marnować.


Czyli mamy wyjaśnione, co się tu odbywa, gdy ja...


I nawet...


A teraz niech każdy rozważy we własnym sumieniu, co robił, gdy ja tyrałam!!! NIE! Cisza! Nie oczekuję odpowiedzi :)

Wesołych Świąt, Kochani. Co się tam będziemy. Miłości Wam życzę. Miłość wiele upraszcza, choć zdarza się, że i komplikuje. Ale zawsze wychodzimy z niej lepsi. Więc... kochajmy siebie i kogo tam damy radę. Damy radę?

(Bo tymczasem w serialu happy end).

1613

Zuzanna objeżdża na szmacie całą chałupę, a ja w kuchni. Wcześniej tonem dobitnym oświadczyłam Prezesowi, czego od niego oczekuję. I nawet bez szemrania zostało wykonane. Po czym Prezes zanikł, żeby nie wchodzić pod nogi. I dobrze. Jutro się go umai w wożenie dziadków.

Dora upomina się o jadłospis, więc proszę bardzo. Jednakowoż ostrzegam lojalnie, że nie robię niczego wywrotowego. Raczej Was nie natchnę.

Na przystawkę patera serów. Jakichś mega śmierdziuchów nie kupuję, bo nie mam ochoty zemdleć przy stole. Mam takie drewniane kółko z IKEI z zamontowanym kręciołkiem. Na kółko sery, winogrona, trochę suchych wędlin. Muszę uważnie dobierać produkty, bo każdy z domowników nie jada czegoś innego. Najbardziej zgodne jesteśmy my z córką.
No i jajka, bo "staropolskim zwyczajem trąćmy się jajem".

Później francuska zupa babska (jak ją nazywamy w domu). To może być poruszające dla czytelników, nie wiem, czy już kiedyś o niej pisałam. Zupa bazuje na porach z gałką muszkatołową i ziemniakach w bardzo cienkich plasterkach. A zupą w zupie jest... mleko. Naprawdę pyszna, też nie wierzyłam, dopóki nie spróbowałam.
Na drugie kaczka, produkowana w stylu lekko orientalnym. Ponieważ wciąż nie nauczyłam się luzować drobiu - w całości. Z chrupiącą, lekko słodkawą skórką. W pomarańczach. Do tego pieczone ziemniaczki (myję, kroję razem ze skórką, przyprawiam, do piekarnika), dwie surówki z marchewki - jedna na słodko, czyli z jabłkiem, cukrem i cytryną, a druga z czosnkiem, śmietaną i prażonym słonecznikiem. I mizeria.
Na deser sernik i babka. Może sałatka owocowa, jeśli mi się zachce zrobić.
Kolacji nie przewiduję, ponieważ sądzę, że nikt by jej nie tknął po takiej akcji.

Kupiłam czerwone wytrawne, chociaż nie pasuje do drobiu, ale ja lubię. W razie czego i białe się znajdzie, bo zwykle mam zmagazynowaną butelkę. Białego używam wyłącznie do potraw, jako składnika. Np. do eskalopków cielęcych w estragonie (pycha, polecam). Dla mamy kupiłam taką małą buteleczkę półsłodkiego Zifandela, bo ona nie pija wytrawnych win, a nikt z kolei nie pija innych. Starczy na dwa kieliszki - jak znam życie, połowa zostanie. Do ciast zawsze znajdziemy jakieś nalewki. Nawet się nie przygotowuję pod to jakoś specjalnie, bo i tak kończy się na ilościach śladowych. Ktoś i tak nie pije, bo odwozi dziadków - losowanie się odbędzie między Prezesem a Zuzanną. Siebie wykluczam, skoro gotuję.

Jeśli Państwo życzą jakiś przepis - służę.

18 kwietnia 2014

1612

Prezent dla Dzika skręcony. Włala. Hulajnoga pod egidą Strażaka Sama rządzi.


Jeszcze tylko kokarda. Bo: mamuniu, marzę, żeby ciocia Asia dała mi prezent z kokardą. Rozumiem, kokarda jest niezwykle ważna. Trudno było zdobyć stosowną, ale mam. Liczę, że będzie usatysfakcjonowany. A potem machnie rozpierduchę i będzie można kupować kolejny prezent.
Co to jest za potwór.... mówię Wam.

Ze wszystkich ksyw, nadanych Dziku przez okoliczną ludność zaraz po narodzinach, moja zaprogramowała mu przyszłość. Normalnie Jeźdźcy Apokalipsy w jednym. No i do tego gęba mu się nie zamyka. Klepie jak opętany (jelonek z niesamowicie atrakcyjnej dżungli). Zestaw porażający. Co za szczęście, że karierę zakończyłam na jednej sztuce. Ufff.

Poza tym zrobiłam zakupy. A Zuzia umyła okna. Więc jest całkiem nieźle. Tak przynajmniej uważam.

1611

Zdążył! I wyprodukował hasło roku.

- Sprawdziłem wykład, który dla mnie przygotowałaś. Mój Boże... Ty mądra jesteś!

Wielkanoc w pełnym rozkwicie. Alleluja.

1610

Jeszcze dwie godzinki i do widzenia się z państwem.

Szef w swej łaskawości postanowił wypuścić nas westernowo. Całe szczęście, bo nawet zakupów nie mam zrobionych. W lodówce pingwin, a rodzice wpadną na świąteczny obiad, to trzeba coś więcej niż risotto z warzywami.

Wracając do szefa - o poranku wspomniał, niestety, że zamierza dziś jeszcze ze mną porozmawiać, lecz trzymam się myśli, że nie będzie miał czasu. Natomiast z powodu "nie warto się niczego chwytać" - napiszę prośbę o przyjęcie mnie do fabryki, gdyż ponieważ jestem zatrudniona do środy. To nie wiadomo, czy mam tu jeszcze po co przychodzić. Zwłaszcza że po majowym weekendzie mam się przeprowadzać na górę. Szkoda by było generować pot.

Idę. Coś tam skrobnę.

17 kwietnia 2014

1609

W jednym z moich ulubionych ostatnio wątków pojawi się anegdota. Do tej anegdoty chciałam się wymądrzyć, bo wszystko wydarzyło się wiele lat temu. W związku z powyższym udałam się na pięterko, odszukałam w burdlu mój podręcznik do nauki języka łacińskiego, wyrzuciłam z siebie w przestrzeń wiekopomne zdanie, że każdy inteligentny człowiek powinien mieć w domu podręcznik do nauki języka łacińskiego, po czym zrozumiałam, że ostatnio uczyłam się języka łacińskiego 20 lat temu i... mam problem. Albowiem nie potrafię dopasować sobie rzeczownika do deklinacji. Których kilka jest. Oraz nie mogę sobie przypomnieć, czy aby na pewno sine używa się z ablativem.
To się zdenerwowałam. Więc nie wiem, jak wyjdzie*.

Mawia się, że co powiedziane po łacinie, wydaje się mądre. (I nawet jest to powiedziane po łacinie, ale oczywiście zapomniałam**). Jednakowoż okazuje się, że nie zawsze.

Miałam onegdaj koleżankę, naonczas studentkę medycyny. Podejrzewam (bo nie wiem na pewno), że pierwszymi słowami łacińskimi, które słyszy student medycyny, a także takimi, które słyszy najczęściej są: Nulla est medicina sine lingua Latina. Takoż i słyszała rzeczona koleżanka.
Jako że student jest naród dowcipny, tuż przed zajęciami lektoratu łacińskiego grupa koleżanki wypisała wołami na tablicy własną sentencję na ten temat, która brzmiała: Nulla est medicina sine penis et vagina. Po czym zastygła w bezruchu, oczekując na magistrę.

Rzeczona przybyła, zadziwiła się w oddrzwiach panującej ciszy, po czym zauważyła wiekopomną mądrość. Nie myśląc wiele, wstawiła wszystkim obecnym lufy. Po czym wzięła w dłoń gąbkę, kredę i bez słowa dokonała poprawki: Nulla est medicina sine penE et vagina.

I tak to się okazało, że... grammatica magistra vitae est!



* Synafia niezbędnie potrzebna.
** Synafia, Synafia!!!

1608

W związku z przykrym zajściem, w wyniku którego jedna z moich koleżanek - kierowniczek została zawieszona w pełnieniu obowiązków, rozmawiam z pracownikami, informując, kto ją zastąpił - ergo, do kogo należy się udawać w celu załatwienia spraw z zakresu.

- A wiesz, dlaczego tak się stało? - pyta M.
- Ogólnie - odpowiadam i przybliżam kontekst, przynajmniej w zakresie oficjalnym.
- Ona się nigdy nie umiała dogadać z szefem - wzdycha M.
- Oboje wiemy, że ma pewne trudności komunikacyjne i to się potem obraca przeciwko niej - stwierdzam, bo i mnie czasem włos się jeży, gdy muszę coś z tą dziewczyną załatwić.
- Asiu - podsumowuje M - ja tam przez pół roku pracowałem. I wierz mi, tutaj jest niebo, a ty jesteś aniołem.

Patrzajta Państwo: świąteczna atmosfera się wkradła.

1607

Setnie się ubawiłam za stodołą, ponieważ jeden z kolegów przybliżył mi swoją sytuację rodzinną.

Otóż ma on starszego brata, który jest synem jego mamy z pierwszego małżeństwa. Taka studencka miłość. Po przyjściu na świat rzeczonego brata, jego ojciec wyszedł z tej radości po papierosy i odnalazł się po trzydziestu latach w sąsiednim województwie. Mamusia przeprowadziła zgrabny rozwód i po jakimś czasie była poszła za tatusia, czego owocem jest miły kolega. Minęło lat zaledwie kilka i okazało się, że nie konweniują. Wobec powyższego rozeszli się - każdy w swoim kierunku - a tatuś pozyskał nową małżonkę, z którą był powołał na ten piękny świat kolejną parę potomstwa.W tym czasie mamusi smutno było w pojedynkę, tedy zapoznała* pana i odbył się ślub numer trzy. Pan był wdowiec, z pierwszego małżeństwa posiadający dwoje pacholąt.

- A teraz? - zapragnęłam wiedzieć.
- Teraz mamusia jest regularna gdowa - poinformował.
- Ale po kim? - drążyłam.
- Wyobraź sobie: po wszystkich - oświadczył z ulgą.

I tak sobie staliśmy, najpierw w słoneczku, a potem w cieniu, bo usiłowaliśmy zakończyć ten barwny dyskurs, ale nam nie wychodziło. Zrobiło się chłodno i nadeszła jedna z koleżanek.
- A co wy tak w cieniu stoicie? - zapytała.
- Bo on mi nakreśla swoją sytuację rodzinną i jakoś nie możemy się rozstać.
- No to na drugą nóżkę - skwitowała, sięgając po magiczną paczkę.
Wobec takiego oświadczenia, przesunęliśmy się z powrotem w miejsce nasłonecznione, by snuć dalej barwne opowieści o koligacjach i genealogii.

Na szczęście jutro szef, co oświadczył srana, zamierza wypuścić nas z fabryki wcześniej.


* Na pewno już pisałam, że słowo "zapoznać" znajduje się na szczycie mych ulubionych.

16 kwietnia 2014

1606

Wczoraj na dobranoc był post, bijący rekordy popularności, z czego wnioskuję, że temat butów jest nośny. U zmorki z kolei podobnie sprawa ma się ze zmywarką. No to dzisiaj niszowo. Bo się wkurzyłam.

Za pośrednictwem FB natrafiłam w portalu naszemiasto.pl na artykuł, po przeczytaniu którego po raz kolejny odczułam poważną przykrość z powodu wzgardy, jaką otoczony jest mój zawód. Którego, było nie było, jestem amatorką - dla rozwiania wątpliwości podaję źródłosłów łac. amo, amare - kochać.

Nie jestem nawiedzona. Nie poprawiam ludzi na każdym kroku, nie śledzę niczyich błędów, chyba że się mnie o to poprosi, w relacjach międzyludzkich, nawiązywanych w formie pisemnej, cenię sobie głównie interakcję. Ale kocham mój język ojczysty, z mojego punktu widzenia jest on czymś żywym. I boli mnie, kiedy ktoś uporczywie mnie gwałci za jego pomocą. Najbardziej, gdy jest to osoba (lub zespół - tu: gwałt zbiorowy), która z natury powinna ów język szanować na równi z odbiorcami generowanych przez siebie komunikatów*.

Artykuł, będący dla mnie punktem wyjścia, można znaleźć TUTAJ. Poniżej, dla przejrzystości analizy, przytaczam jego treść.

Pedofil w Katowicach. Uprawiał seks oralny z dzieckiem w Dolinie Trzech Stawów
Pedofil w Katowicach. Na trzy miesiące aresztu został skazany 37-letni mieszkaniec Mysłowic, który uprawiał seks oralny z 4-letnim chłopcem. Został zatrzymany w Dolinie Trzech Stawów w Katowicach.

Pedofil w Katowicach 

Do zdarzenia doszło kilka dni temu. Jak podaje serwis gazeta.pl. na spacer do Doliny Trzech Stawów przyszła kobieta z 4-letnim synem, przyjacielem i dwójką znajomych. Matka oddaliła się od dziecka wraz z przyjacielem, chłopiec został pod opieką jej znajomych, gdy powiedział, że chce iść siku jeden z mężczyzn zaproponował, że będzie mu towarzyszył. Gdy nie wracali, znajoma matki dziecka poszła sprawdzić co się dzieje, gdy ich znalazła, zobaczyła, że mężczyzna uprawia seks oralny z 4-latkiem. Zaczęła krzyczeć. Na miejsce przybiegła matka. Wezwano policję. 


- Zatrzymany 37-latek trafił na trzy miesiące do aresztu – przyznaje Jacek Pytel, rzecznik katowickiej policji.

Ten krótki tekst obfituje w tyle błędów, zarówno językowych, jak i merytorycznych, że włos się jeży. Mało tego - jego autor nie porusza się choćby średnio wprawnie po otaczającej nas rzeczywistości. Myli pojęcia: skazany - aresztowany. Używa formy "pedofil", choć brak przesłanek dla stwierdzenia tego faktu. I, jakby tego było mało, operuje tak perfidną manipulacją, że człowiekowi się odechciewa.

W 13. zaledwie zdaniach (koszmarnych - piszę o budowie) trzykrotnie używa sformułowania "pedofil", co jest oczywistą podpuchą, mającą na celu wytworzenia atmosfery taniej sensacji. Przywołuje wyraz "skazany", choć średnio inteligentna małpa powinna wiedzieć, że tym zajmuje się sąd, o którym nie ma w ogóle mowy. No i przedstawia sytuację w taki sposób, że ów sąd już w ogóle nie jest potrzebny. Żałosna namiastka dziennikarza wraz z żałosną namiastką redaktora przeprowadziły cały proces bez potrzeby fatygowania wymiaru sprawiedliwości. Pewnie mając na względzie oszczędzanie pieniędzy podatników.

Przypomina mi się od razu pewna anegdota.
Spotyka się dwóch Rosjan i jeden mówi do drugiego:
- Wiesz, że w Moskwie na Placu Czerwonym samochody rozdają?
- Słyszałem. Tylko że nie w Moskwie, ale w Leningradzie. Nie na Placu Czerwonym, tylko na Bulwarach nad Newą. Nie samochody, lecz rowery. I nie rozdają, tylko kradną.

Dlaczego, Drodzy Czytelnicy, do których żywię nabożny niemal szacunek, każdemu człowiekowi wydaje się, że gdy ma pióro, to umie pisać? Dlaczego byle łachmyta sądzi, że umie cokolwiek zredagować? I dlaczego w końcu wydawnictwo Polskapresse tak bardzo ma nas wszystkich w dupie, że zatrudnia takich szmaciarzy, żeby psuli nam dzień?!

Nie dawało mi to spokoju, więc sprawdziłam, jakich pracowników poszukuje rzeczony wydawca. I znalazłam! Poszukuje redaktorów! Co prawda do Wrocławia, ale może pracują zdalnie?
I czytam to ogłoszenie:

Polskapresse, wiodący koncern medialny, właściciel m.in. portalu Naszemiasto.pl, ponad 30 serwisów informacyjnych, portalu ogłoszeniowego Gratka.pl oraz 9 największych dzienników regionalnych w Polsce, w związku z dynamicznym rozwojem działalności internetowej, poszukuje kandydatów na stanowisko:

Wydawca/Redaktor online
Data publikacji: 2014-03-24
Miejsce: Wrocław
Obowiązki:

- redagowanie regionalnych serwisów informacyjnych oraz obsługa ich profili w social media,

Wymagania:

- doświadczenie dziennikarskie (preferowane doświadczenie w mediach lokalnych lub regionalnych),
- nienaganna znajomość języka polskiego,
- znajomość systemów CMS oraz narzędzi do obróbki zdjęć i filmów,
- znajomość SEO i umiejętność wykorzystania tej wiedzy w praktyce,
- umiejętność pracy pod presją czasu,
- szybka reakacja na zaistniałe sytuacje,
- duże zaangażowanie w wykonywane zadania i doskonała organizacja pracy,
- umiejętność pracy w zespole,
- podejście proaktywne i otwarcie na nowe zadania,
- kreatywność, dyspozycyjność, komunikatywność, systematyczność, sumienność

Oferta:

Jeżeli chcesz pracować w miejscu, gdzie …
nigdy nie jest nudno i jesteś w sercu ważnych wydarzeń,
będziesz współpracował z profesjonalistami o dużym doświadczeniu i umiejętnościach,
 zdobędziesz stabilne zatrudnienie i dostaniesz dobre wynagrodzenie
 …dołącz do nas i razem z nami osiągaj sukces!

Informacje dodatkowe:

Oferty zawierające cv oraz list motywacyjny prosimy przesyłać drogą elektroniczną na adres: mgigolla@gazeta.wroc.pl 

Kontakt
Polskapresse Sp. z o.o.



NIENAGANNA ZNAJOMOŚĆ JĘZYKA POLSKIEGO?!
BĘDZIESZ WSPÓŁPRACOWAŁ** Z PROFESJONALISTAMI?! 
Jakimi profesjonalistami? T A K I M I ? ! ! !

Nie. Mówię temu procederowi STANOWCZE NIE! Żądam szacunku! Cholera jasna, psiakrew!!!

I tu, Moje Państwo, dochodzimy do karkołomnej konkluzji. Otóż są różne sposoby okazywania szacunku. Można to zrobić za pomocą stroju (- Asiu - mawiała mama - do teatru ubieramy się elegancko), postawy, mowy ciała, zachowania i... języka. Tak, również. Sposób wypowiadania się świadczy o nas. A także o naszych rodzicach - bo o kindersztubie.

A ty, Polskopresse, zdychaj. Oto moje dla ciebie życzenia świąteczne.



* Prawda, jak obrazowo i niejednoznacznie wyszła mi ta metafora?
** Jeśli jesteś kobietą, to wypierdalaj.

1605

Już wcześniej miałam, ale mi jakoś uciekło. Bo takeśmy się zaawansowali w tej wiośnie, że - odnoszę wrażenie - przestaliśmy odczuwać radość. A ja sobie szłam korytarzami kilka dni temu i przez okna patrzyłam. A tu, panie, wiosna. Przed fabryką.


Wiosna jest, to się trzeba cieszyć.

Ta piłka, co ją ktoś może w gałęziach dostrzeże, to nie jest piłka. Tylko latarnia.
Kiedyś tu były takie ładne latarnie, więc Urząd Miasta zdecydował, że trzeba je wykopać i zamienić na inne. Mniej ładne. A o tej chyba zapomnieli, bo stała na uboczu i przykryła się drzewkiem. Cwana. No to została. Niewysoka, ale za to bardzo kulka. Tylko nie wiem czy świeci, bo jestem spełna rozumu i wieczorami w fabryce nie bywam. Aczkolwiek jeśli świeci, to daje efekt gorejącego krzewu i zapraszamy serdecznie, drogi Mojżeszu. Herclisz wilkomen.

Awansowałam. Przenoszę się na trzecie. Ręka do góry, kto się spodziewał.
Otóż mianowicie siedziałam całą zimę w klimatyzowanych pomieszczeniach, to na lato mnie przesadzą do góry. I bez klimatyzacji. Hu, ha! Aż cud, że pracowników pozwolili mi zabrać, bo to trzecie, to nie jest takie trzecie, jak myślicie, że niby dwa piętra nad pierwszym. Otóż owszem, w pewnym sensie, ale jeszcze silnie lewo - skos. Czyli w zupełnie innym budynku. I jakbym nie zabrała pracowników, to wszyscy mieliby do siebie daleko, jak cholera.

Dyrektor o mnie dba, bo znów dostałam gabinet. Na tym trzecim. Okno jest niewielkie i wysoko, tedy nie popełnię samobójstwa przez wyskok, bo się z tym zadem nie wdrapię. Żeby potem dokonać zrzutu, ma się rozumieć. Prawda, jaki opiekuńczy? To trochę się nawet rozczuliłam.
Za to pracownicy dostaną naprawdę ładny pokój i z oknami na dwóch ścianach, żeby mieli nasłonecznienie. Nasłoneczniony pracownik nie może powiedzieć, że jest  nienasłoneczniony i nie może pracować. W dodatku mają tam umywalkę, w tym pomieszczeniu, to się mogą utopić. Albo walnąć sobie plażę. Piasku naniosą (na to trzecie), wodę puszczą, by szemrała, słońce ich oślepi bez proszenia. A niech wią.

- No to tu się przeniesiesz - oznajmił mi dyrektor. - Może być?
- Oczywiście. Będzie tak, jak pan sobie życzy - odpowiedziałam grzecznie, szczęśliwa, że nie każe mi siedzieć pod schodami w komórce na mopy.
- Ja sobie nic nie życzę!!! - podskoczył, jakby go coś w tyłek ukłuło.
Czyli udzieliłam niewłaściwej odpowiedzi. Następnym razem odpowiem:
- Chuja. Zmuś mnie.

On jest chyba trochę na mnie obrażony. Bo ostatnio sobie przypomniał, że trzeba dwa rozdziały do książki napisać. I startuje do mnie w te słowa:
- To siądziemy razem, co? I napiszemy.
- Proszę sobie nie robić kłopotu - zripostowałam. - Dostanie pan gotowce na biurko.
- Ale może ja chciałbym coś napisać!!!
- Ależ proszę uprzejmie, prześlę panu plik mailem i dopisze pan wszystko, co pan tylko zechce.
I tyle w kwestii siedzenia razem i pisania. Niech se z Grześkiem siedzi - jeszcze nie zauważył, że on nie ze mną ten rozdział dzieli, takam przebiegła. Przewidziałam to.

Bo tu straszny przemiał.
A królowa jest tylko jedna.