25 lutego 2015

2053

Długo czekać nie było mi trzeba. Już o poranku Szef poinformował cały świat, iż pragnie się ze mną spotkać. Przyjęłam to chłodno i nadal stosowałam uporczywe unikanie. Zechce to wezwie, a dopóki nie wezwie, to się nie pcham. Niestety - zechciał.

Wkroczyłam do jego gabinetu z otwartym mentalnym zamrażalnikiem. Powiało Arktyką, ą, ę, kultura, żadnych zbędnych ruchów, się nie rozsiadam. W ułamku sekundy wypruł zza biurka, żebym nie fatygowała się dotykaniem klamki, a także celem uściskiwania prawicy. Niespecjalnie się do tego przyłożyłam, przechodząc natychmiast do rzeczy - żadnych pogaduszek i spychania w niepamięć, merytoryka, panie, merytoryka, ą, ę, kultura jak na brytyjskim dworze.
Rozpoczęliśmy uzgadnianie spraw służbowych, ale nie wytrzymał. Zerwał się od biurka i…
- Mam taką prośbę. Może zechciałabyś mówić mi po imieniu?
W środku eksplodowała mi supernowa dzikiego chichotu, ale ą, ę, kultura, żadnego zbędnego wydatkowania energii. Wizyta u angielskiej królowej. Uśmiechnęłam się krótko i enigmatycznie, za to nie udzieliłam odpowiedzi. Na tę okoliczność Szef rzucił mi się do rączek - spracowanych, co uporczywie podkreślam - gdyż wyraźnie mu się zdało, że mnie olśniewa. Nie z takimi Scholastykami byłam po imieniu!

Finalnie jest nieźle. Wręczył mi niniejszym kolejne narzędzie, którego nie zawaham się użyć. Pierwszym jest foch. Ja focha nie mam w zwyczaju oraz organizmie, ale cieszę się, że działa. Co prawda muszę się na niego napiąć, wypiąć, nadąć i wysilić, ale czego się nie robi ze szwagrem po pijoku. Po wtóre - sytuacja idealna. Gdy będzie grzeczny, będę się do niego zwracać per "drogi Franiu", płynnie przechodząc do "panie profesorze", jeśli na Frania nie zasłuży.
Boszesztymój, jestę suko. I dobrze mi z tym.

***

Pozostaje do przybliżenia pewna kwestia, którą najwyraźniej niewprawnie przedstawiłam, co wnoszę po komciach. Mianowicie nie jest mą ambicją, by mnie wszyscy lubili. Wdupietomam. Owszem, są ludzie, na których mi zależy. Ja się dla tych ludzi staram. Lubię ich, szanuję, wspieram i wspierać się daję. Ale to jest jednak nieprzesadnie wielka grupa. Reszta jest mi uprzejmie obojętna i rzadko się zdarza, żebym zapałała do kogoś uczuciem negatywnym. Trzeba się postarać, przy czym raz nie wystarczy. Trzeba postarać się uczciwie. Zasadniczo, gdy się zastanowię, to wyłuskuję z głębin pamięci jednego człowieka. Nie. Dwóch. Ale nie katuję się tymi emocjami, bo od dawna ludzi nie spotykam. W związku z czym mam wyjebane. Z minimalną czujnością na okoliczność ewentualnego tete a tete, gdyby się zdarzyło i zmusiło mnie do okazania.

Cały czas mówimy o realu. Was wszystkich kocham płomiennie. Możecie już odetchnąć.

Moja uwaga o nielubieniu (z poprzedniej notki) miała charakter badawczy. Gdyż okazuje się, że nielubiaczy jest jednak spora grupa. Problem męczył mnie przez lata nie z powodu liczby członków bądź rodzaju emocji, lecz na okoliczność niemożności rozsupłania tego węzła gordyjskiego. Ja bardzo lubię wiedzieć - od tego jestem wiedźmą.
A teraz wiem i to mnie głęboko satysfakcjonuje. Nie zamierzam niczego zmieniać, bo nie widzę takiej potrzeby. Jestem miła i grzeczna, tylko inna. I w ogóle nie wymagam, żeby się ktoś rzucał ku mnie z pocałunkami. Obrabia mi państwo nadal dupę za plecami, jest mi z tego powodu bardzo wszystko jedno. Nie konweniuje nam poczucie humoru? Trudno. Są w życiu większe problemy. Nie wydano w tym kraju edyktu, na mocy którego wszyscy musieliby mnie lubić lub też ja musiałabym się o coś takiego starać. Gdyby, mianowicie, takie państwo wiedziało, jak niewiele uwagi mu poświęcam*, pewnie byłoby rozczarowane.
No, taka już jestem, jakże mi… wszystko jedno ;o)


* Od razu mówię, że mam na myśli jakieś pojedyncze państwo, a nie grupę jako zjawisko. Bo ludzie jako zjawisko to mnie całkiem interesują. Gdybym była bogiem, też czerpałabym nieustającą radość z obrzucania ich żabami i zalewania potopem, żeby zobaczyć, jak biegają w kółko i wrzeszczą. Albo - jak się cieszą, gdy im podkręcę temperaturę i obrodzę straganem warzywnym. Fascynująca historia.

24 lutego 2015

2052

A wiąc było tak.

Najpierw Szef uwziął się, żeby mnie zdenerwować. Zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam, że on posiada potencjał. Muszę przyznać, że się opierałam, gdyż na większość spraw mam, jak wiadomo,  wyjebane, ale uporczywość działań i mnie w końcu zmogła. W czwartek szlag mnie trafił, w piątek wstałam z postrzałem życia. Ludzie, co to był za postrzał! Normalnie odstrzelił mi głowę.
Płakałam, gdy wstawałam.
Płakałam, gdy sikałam.
Płakałam, gdy jechałam.
Płakałam w pracy, nawet na korytarzach, czego nie mam w zwyczaju, gdyż nieszczególnie się obnoszę. Tak mnie bolało. I nic nie chciało pomóc.

Przyznaję - zrobiłam głupio. Bo należało zadzwonić z łóżka, wziąć urlop na żądanie i zgnić. Ale nie. Poczucie obowiązku zwyciężyło. Szef przez cały tydzień "nie miał czasu", żeby odebrać ode mnie pracę, więc wiedziałam, że trzeba. Jakże niemądrze! Ale nie ma co narzekać - wyciągnęłam wnioski i zastosuję je w przyszłości. To powlokłam się do fabryki, a ten, zamiast odnieść się z szacunkiem do sytuacji, doprowadził mnie do wrzenia. Nie ma to jak być zbolałą szmatą, która siedzi po godzinach i łupie, bo komuś się nie chciało działać systematycznie. Na szczęście w sobotę przyszli goście. Zasadniczo uwaga ta może wydawać się idiotyczna, ale dałam w czajnik, co mnie odprężyło, zasnęłam jak dziecko i w niedzielę obudziłam się w znacznie lepszym stanie, bo mięśnie puściły. Jeszcze nie w dobrym, ale postęp był dostrzegalny.

No to w poniedziałek poszłam do pracy i Szef… przesadził. Ja tam nie mam zwyczaju się nakręcać, ale, do cholery, nie jestem z kamienia. W związku z powyższym powiało chłodem i jesteśmy POKŁÓCENI. Na tę okoliczność rozmawiamy za pomocą sekretariatu. I Państwo sobie wyobrazi, że zatrybił. Doszły mię dziś słuchy, iż dopytuje za moimi plecami, o co mianowicie pani magister jest obrażona. A pani magister z lubością pielęgnuje sytuację. Pani magister się nie stawia, podrzuca wszystko sekretarkom lub przesyła mailem, unika spotkań jak diabeł święconej wody, a w sytuacjach krytycznych błądzi wzrokiem po suficie.

Jutro pani magister będzie kontynuowała ów proceder, a w czwartek i piątek Szef jest nieobecny, co pozwoli pani magister nadrobić w spokoju kilka rzeczy. Luz w szarawarach. Dziękujemy uprzejmie za wręczenie narzędzia, teraz mam i nie zawaham się używać. Akuracik koniec miesiąca, więc sprawdzę, jak mi to wpłynie na premię. Bo już bez przesady. Pani magister ma syndrom prymuski, ze wszystkich zadań musi wywiązać się śpiewająco i nie oczekuje fali meksykańskiej. Ale ludzkiego traktowania, owszem. Bo może sobie Kiełbasińska opowiadać, ale dopóki pani magister tam nie było, to nie było też porządku ani wielu innych rzeczy. Tako rzecze Zaratustra.

***

Poza tym dokonałam wiekopomnego odkrycia i przeżyłam tzw. efekt AHA. Mianowicie dziś przeżyłam. Tak około czternastej. Nie wiem doprawdy, jak to się stało, że nie wpadłam na to przez 41 lat, ale lepiej późno niż wcale.Albowiem całe życie borykam się z problemem: "dlaczego tyle osób mnie nie lubi". Kombinuję, jak koń pod górkę, staram się dostosować (co dla posiadacza bruzdy nie jest wcale łatwe), obdzielam świat uśmiechami oraz emanuję byciem sympatyczną. I nic. A tu okazało się, że wcale nie trzeba być miłą! Ludzi wkurwia, bo ja się zachowuję niekonwencjonalnie!!!

Przypomniało mi się na tę okoliczność, jak to koleżanka - psycholog kliniczny zabroniła mi być taką normalną i niestwarzającą żadnego problemu. Problem tkwi w konwencjonalności zachowań. Nie pasuję do schematu.
I nie chodzi tu wcale o fakt bycia lepszą - po prostu, podrygując, zmuszam ludzi do wybicia się z wygodnych, ustalonych odgórnie torów funkcjonowania. Niechcący łamię różne tabu, dlatego że one dla mnie tabu nie są. I jak to. Zawsze tak było, a ja psuję kontekst.
Kamień z serca.

Wcale nie znaczy to, że teraz będę zachowywała się inaczej. Ale ROZUMIEM. To ważne, bo nie wywołuje poczucia pokrzywdzenia. Państwo wybaczy, że ekskjuzelemo, ale chuj wam w dupę, ludzie, i kawałek szkła (żeby nie było za przyjemnie). Jeśli nie ogarniacie, to wasz problem. Nie wykraczam poza żadne normy, po prostu jestem spokojna, pozytywnie nastawiona do świata, uśmiechnięta i nie narzekam. Cenię, co mam. Szanuję. Nie uważam, że mi się należy, że ktoś mi coś, że to oczywiste. Przyjmuję z wdzięcznością i pokorą. I dalej tak będzie. Bo - sorry - taka jest rzeczywistość. Trzeba się na nią otworzyć, przyjąć, dostosować się i pruć dalej. Można palić w piecu fortepianem, tylko ja się pytam: "PO CO?".

Wezne se magnez, gdyż wyszło na jaw, że postrzały oraz elektryzowanie się wynika z braku rzeczonego pierwiastka. Wezne se, dalej będę życzliwa i uśmiechnięta, a jak komuś przeszkadza, to niech nie bierze magnezu. Co mi w końcu.

Niesamowicie bardzo oraz wyjątkowo lubię sobie coś uświadomić.
Piękne.
Och, wiedza… to wielki dar. Jak cudownie, że jej nabywanie zależy tylko od nas. Mogę czerpać z nieskończonej krynicy, ile tylko będę chciała. Pyszności.
Moje.
Każda z tych rzeczy, jeśli tylko zechcę, będzie moja.
MNIAM.

18 lutego 2015

2051

Sama już  nie wiem, o czym najpierw opowiadać.

Bo miało być o Mamie (i to w poprzedniej notce), ale przyjechał nowy maczek.
Miało być o koncercie, ale nie sił mi brakło.
Miało być w końcu o maczku.
I chciałabym jeszcze dodać, że pragnę nowego telefonu, a tu ni huhu.

Może więc połączę jakoś przyjemne z pożytecznym, a mama zostanie na deser. O niej można w nieskończoność.

No więc przybył nowy maczek i to dzień przed terminem. Nie ukrywam, że dokonaliśmy pewnej malwersacji, gdyż poniekąd kupiła go Matka Dzika, która jest nauczycielem akademickim, na okoliczność czego posiada w Cortlandzie 10% zniżki. Zniżkę tę oddała mi ochoczo, gdyż sama nigdy w tym sklepie niczego nie kupi. Zaoszczędzona w ten sposób kwota weszła w dodatkową kartę pamięci. Czyli się nie zmarnowało.

Nowy maczek wygląda prawie identycznie jak stary. Co jest źle? Ano grafika, w którą Apple tnie, jak opętany. Zamiast pięknych, trójwymiarowych ikon, dopracowanych do ostatniego szczegółu, poszli w 2D i to jest kupa. Wiedziałam, że tak będzie, bo zrobili mi to już w iPhonie, niestety. To rozciąga się na cały design, bo wszystko to, co w starym maczku było lekko zaokrąglone, w nowym jest lekko kanciaste. No i fragmenty, wykończone na biało, zamienili na kolor czarny. Zło. Zlikwidowali mi też mój ukochany on/off button, włączając go do standardowej klawiatury. I trochę skopali rozdzielczość. Prezesowi to pasuje. Mnie mniej. Pewnie przywyknę.

Poza tym wszystko jest cudowne. Sunie jak burza. Stary maczek jest już emerytem i człapie, podpierając się laseczką. A niektórych worów po prostu nie uciągnie. I już. Tak to jest w pewnym wieku. Dodali port SD, drugi USB i jeden taki, co nie wiem, jak się nazywa, ale jest takim małym USB. Z gładzika zniknął pojedynczy klawisz (maczki nie mają tzw. prawej myszy - tzn. maja, ale inaczej) - sam gładzik jest przyciskiem. Klik, klik. Póki co, roztkliwiam się głównie nad prędkością - biegam za moim nowym maczkiem po całym domu i nie doganiam. Absolutnie wyrywa z kapci.

No i oczywiście to, co jest przedmiotem mojego nieustannego uwielbienia. Stawiasz maczki koło siebie (oczywiście niekoniecznie, byle w zasięgu jednego WiFi), a one się widzą. Nowy maczek zapytał tylko czy chcę skopiować sobie wszystko ze starego. I już. Ustawienia, pliki, wszystko. Płakałam. Płakałam na klęczkach. Gdyż albowiem każde dziecko o tym wie, że ja mam jakieś spektrum autyzmu i bez pełnej personalizacji nie umiem pracować. A tu NIC nie trzeba było robić. Zrobiły to za mnie.

Nowy maczek nie wie, co to grzanie. Staruszek już się pocił, niestety, a ten nietknięty celsjuszem. I bateria! Jak ona czyma! Ze szczęścia chyba kupię mu nowe ubranko. Niech ma. Józiowe. A stare oddam Prezesowi, któren podstępnie porwał maczka - emeryta. Ciekawe... A mówił, że trup.
I jeszcze iTunes mi się zsynchronizował z telefonem bez pytań. I w dźwięku wreszcie stereo.
Jestem wzruszona.

A propos! Zbieram na nowego iPhona, gdyby ktoś odczuwał nadmiar posiadanych środków. Stary oddam Prezesowi. Buchacha! Ech... może za rok. Wszystkiego naraz się przecież nie da.
Lubimy Japka, co za to mogę. Nic nie mogę.

A na koncert dziś nie poszłam, bo nie miałam siły. Zmarnowałam złotówkę. (Naprawdę). Za to pójdę do łóżka i odreaguję dzisiejszy dzień. Bo mi się krzywa "Ale mi się nie chce" przecięła z krzywą "Deadline". Masakra. W dodatku tak będzie prawdopodobnie do końca marca.
No, nic. Byle do wiosny.

17 lutego 2015

2050

Przebiegając.

CZYNNIKI donoszą uprzejmie.
Nowy (w sumie) kot, nowy komputer.
Kolorystycznie do siebie pasują, prawda?

 

16 lutego 2015

2049

No więc kupiłam mu ten makowiec, co to miał na niego ochotę. Wiadomo, że jak się zapcha czymś słodkim, to bodźce mają dalej od mózgu do ust. Zresztą wszystko i tak przez Matkę Dzika, po co ma te urodziny w Walentynki, ja muszę przez nią ciągle prezenty kupować, a po prezenty trzeba jeździć do centrum handlowego, gdzie na człowieka czyha wiele pokus. Normalnie nie używam, żeby tego nie widzieć. Wszystko przez nią.


On mówi, że pendrive kosztuje 30 zł, to odpowiadam:
- I pacz, jak tanio, no za darmo po prostu, trudno było nie wziąć.
A że był osłabiony przez cukier, to nie miał siły odpowiedzieć niczego z sensem. I tak się sprawy załatwia.

Poza tym wiadomo, że raz w roku trzeba adoptować misia, to po co czekać do grudnia. Takiemu misiu na pewno smutno, gdy nikt go nie kocha, jest niczyj, nie ma imienia ani do kogo się przytulić. Dokonałam więc korekty zamierzeń oraz planów. Poza tym mam okres, brzuch mnie boli i ktoś powinien mi to zrekompensować. To sobie zrekompensowałam.

***

Jeśli zaś chodzi o Tego Kota, Co Nam Wszystko Niszczy (no, dobra, przesadzam trochę dla potrzeb efektu, ale wszędzie gada pełno), to dziękuję, rośnie. I go rozpiera. I się rozpościera. Jak basza, nie przymierzając.


Weźnie, siędzie, ogląda "Glee" i co mu zrobisz. Nawet argumentów żadnych nie mam, bo to serial dla młodzieży, a on przecież młodzież. Nóżką sobie kiwa. Na zdjęciu tego nie widać. Aha! Pyskuje do tego. Mówię:
- Cześku, idź stąd. Kto cię zapraszał?
A on, nie odrywając oczu od monitora:
- Mua.
- Spojrzałbyś na mnie chociaż, gdy do ciebie mówię.
- Mi.
- Ale wiesz, że zasugerowałam, byś opuścił to zebranie?
- (Sap). Miał.
Odcinek był z napisami.

Ja to mam klawe życie.

***

Natomiast Nowy Maczek przybędzie w środę. HU, HA!

12 lutego 2015

2048

Po moim rozdzierającym wezwaniu, na fejsbuniu sypią się lajkerzy. Dziękuję uprzejmie, robicie mi dzień. Tydzień. Miesiąc, rok, całe życie. Z serca zachęcam. Aby Was uczcić, Moi Ulubieni Fani, zarówno ci, co od zarania dziejów, jak i ci dopiero co ujawnieni...


Państwo zrobi ze trzy nawroty i wyobrazi sobie, że to ja jestem wszystkimi tymi człowiekami naraz. Dla Was. Od nas. Jupi! Jak będę duża i dojrzała, to sfotomontażuję cały film, w którym role główne (oraz wszystkie inne) zagram ja. I nie będziecie musieli wyobrażać już sobie niczego, a może nawet niezbędne okażą się leki. Nie lękajcie się leków. Podobno po Prozaku życie jest bardzo kolorowe.

***

Zuzanna ukończyła kolejną sesję z wynikiem pozytywnym i gramy dalej. Na normalnych studiach osiągnęłaby niniejszym półmetek, ale u niej dołożono jeden semestr, żeby było łatwiej. I taniej, ma się rozumieć. I żeby nie było debilnej półrocznej przerwy między licencjackimi a magisterskimi. Uczelnia po prostu dba. Liga rządzi, Liga radzi, Liga nigdy cię nie zdradzi. Siedem semestrów w miejsce sześciu, po których płynnie przechodzi się na drugi stopień, jest niezbędną innowacją.

Na cześć Zuzanny znów klikamy w zamieszczony powyżej link. Jupi.

***

Prezes dokonał spustoszeń w mojej homeostazie oraz został słuchaczem jednoosobowego kursu na temat komunikacji wewnątrzrodzinnej. Na tę okoliczność posiadł prawdopodobnie jakieś wyrzuty sumienia, gdyż odwiedził Cortland, zebrał stosowne informacje i wyasygnował zaskórniaki.
Dostanę.
Nowy.
Komputer!!!

(Tu klikamy w ten link, co wcześniej i robimy 45678067898765346543 nawrotów). (Jupi).

Co prawda nie wyszkoliłam go jeszcze w komunikowaniu się na tyle dobrze, żeby czegoś na koniec nie spieprzył i nie oznajmił, że niniejszym wyczerpuję limit prezentów na rok 2015, ale zrobię sprawdzian wiadomości (niezapowiedziany) i może chapsnę coś na urodziny. Znaczy, konkretnie, mam pomysł na adopcję kolejnego misia.
A misio wygląda tak:


Nie mam jeszcze pomysłu na kolczyki, ale to nie problem, gdyż jestem pomysłową i dam radę. (Doniosę w kwietniu czy jupi).

O, przyszedł, zajrzał mi przez ramię i powiedział, że czas na adopcję przyjdzie wtedy, gdy firma zakończy produkcję. Prawda, jakie ma poczucie humoru? Normalnie sensofjumor.

Cha.

Cha.

Cha.

Czas przygotowania się do klasówki został skrócony drastycznie.

11 lutego 2015

2047

Normalnie... możecie się śmiać, ale odkryłam Vafini. Nie wiem, od jak dawna są dostępne, ale ja poznałam je dzisiaj. Istnieją dwie wersje:

- jajeczka


- i yin - yang


Odkryłam i przepadłam. Wpycham do nich różne rzeczy i obżeramy się bez przyzwoitości. Jejku, jakie to fajne. Tych drugich mi nie starczyło, a chciałam zostawić nafaszerowane w lodówce i zobaczyć, jak długo wytrzymają przed rozmięknięciem. Na opakowaniu stoi, że godzinę. Zakładam margines bezpieczeństwa, który dał sobie producent, żeby mu ktoś potem oczu nie wykłuwać na okoliczność rozciapciania. Więc pewnie ze dwie godziny.

To badanie jest mi niezbędne z powodu dzikiej chęci podania rożków waflowych przy okazji najbliższej imprezy. Bo w domu, to wiadomo. Zuzia przyjęła bez większych wzruszeń, pochłonęła i udzieliła cennych uwag, związanych z jakością farszu. Prezes pochłonął z niebywałym entuzjazmem, on uwielbia takie rzeczy (i, oczywiście, w niczym nie pomógł - w sensie wybierania fajnych kompozycji), pewnie by jeszcze chciał, żebym mu to podawała w jakimś filuternym fartuszku, ale boi się powiedzieć, bo ja się głośno śmieję.

Coby tam nie gadać - fajniusie te wafelki. Nie są słodkie, gdyby kto pytał.

***

Poza tym Prezes chciał mnie dziś zamordować i to w wyjątkowo perfidny sposób, bo podszywając się pod Wzorowego Pana Domu. Zaspałam trochę i nie zdążyłam niczego wypić, więc zaoferował napełnienie kubka termicznego. Wlał tam nieomal wrząca herbatę i ja się napiłam.
Za wszystko pozostałe zapłacisz kartą Mastercard.

Tak, wargi są bardzo wrażliwe.
Tak, zrobił mi się pęcherz, a potem pękł.
Tak, w tym samym miejscu zrobił mi się kolejny pęcherz.
Tak, oparzony język bardzo boli.

Chwilowo go nienawidzę i chcę, żeby wpadł pod walec. Owszem - drogowy.

9 lutego 2015

2046

Zamiast notki - kopia wpisu na fanpejczyku. Gdyż nie mogę niczego pisać, bo leżę w kącie. W milczeniu.

Osobo, która odlubiłaś mój blog!

Nie, żebym coś do Ciebie miała. Ja to oczywiście szanuję. Akceptuję. (Zachłystuje się). Ale chcę, żebyś wiedziała, osobo, że ten nóż, co mi go wbiłaś w samo serce i przekręciłaś osiemnaście razy, był zardzewiały. I rana mi się jątrzy. Być może stanę się przez to bardzo zgryźliwa. Albo zacznę pisać pamflety.
A przecież nikt normalny nie wie, co to jest pamflet.
Kiedyś napisałam rapsod.
Serio.
Ojciec powiesił go na ścianie w ramach wyrzutu sumienia.

Idę skonać z żalu koło tego kurzu, co go właśnie zauważyłam w kącie. I jeszcze okno otworzę, żeby mnie zawiało. Zapadnę na płuca, wdadzą się suchoty i, być może, umrę.
Ale nie, nie czyń sobie wyrzutów.
Przecież można się nudzić na moim blogu.
Można.
‪#‎łkarozpaczliwie‬
‪#‎konwulsje‬

PS A koty wtedy skisną z zaniedbania. Albo położą się obok i będziemy mieć suchoty grupowe. I jeszcze wyłysieją. Plackowato, żeby było bardziej dramatycznie. Ja, łyse koty i ten kurz.
Jego najbardziej szkoda.

8 lutego 2015

2045

Zrobiłam mu wczoraj zdjęcie, bidusiowi. O, proszę, jaki pokrzywdzony. Biedny, malutki kotecek, którego nikt nie kocha, z domu wywożą, oddają w ręce oprawców i ogólnie się znęcają.


Nieomal zemdlał z przepracowania.

Takie są realia, Proszę Szanownego Państwa. Weźnie się rozwali, ale najpierw napcha kałduna i ma wysokie poczucie własnej wartości. Edka wygryzł z jego półeczki na drapaku, Zośkę wygryzł z jej pudełka na mikrofalówce, Karola wygryzł z koszyczka. Wszystko to z uśmiechem na twarzy oraz "paczy państwo jaki jestem cudowny".

Fakt, że inteligentna bestia, jak mało kto. Łapie wszystko w lot, znakomicie rozumie, co się do niego mówi, a gdy coś spsoci, to pada na plecy u stóp i całym swym jestestwem daje do zrozumienia, że nie będziemy się przecież denerwować na kotecka, to wszystko przypadkiem, samo się stłukło, urwało, zarwało, spadło i wyszło z koszyczka. Karol w ogóle tam nie leżał, a Edek ugryzł się w brodę, bo ma długie zęby. Natomiast Zośka... ona się denerwuje, bo jest nerwowa i niech sobie pójdzie na jakąś terapię. Czesław niczego w tym nie maczał, jest ideałem grzeczności, można go ustawić w Sevres po Paryżem przy wzorcu metra i kilograma.

Całusy rozdaje na prawo i lewo, nie ma z tym żadnych problemów, on kocha cały świat i ten powinien mu się w te pędy odwdzięczyć. Absolutnie oczywista oczywistość. Ale mieliśmy szczęście, że się nam taki Czesław trafił. Wybacz, że cię olśniewam.
Są chwile, że miałabym chęć urwać mu ogon.
Na szczęście do zwierząt mam anielską wprost cierpliwość.
No to se taki pożyje.

PS Nie mam pomysł, jak to zrobić, ale muszę kiedyś nagrać jego spożywanie posiłków. Chodzi o ścieżkę dźwiękową. Zuzia mawia: chciałaś świnię, to masz. Ano mam. Jedyną w swoim rodzaju.

6 lutego 2015

2044

Biedny, biedny Czesław, jajka mu odpadły.
(Jeszcze nie wie).

Rano był niepocieszony.
- Dlaczegóż, ach, dlaczegóż zamykasz mię w samotni, mateczko, gdy inni ją śniadanie?! - dochodziło zza drzwi łazienki.
Wypuszczony, pogalopował do misek i z rozczarowaniem stwierdził, że są nieobecne. Ot i zagwozdka. Nie ma śniadania. A przecież wykupił opcję bed & breakfast. Oraz pierdylion milion innych posiłków i co tam uda się ukraść.

Tym razem przemyślałam dogłębnie rzecz całą i postanowiłam nie być winna kataklizmowi. Wiadomo nie od dziś, że komplet kotów jest głęboko przekonany, kto odpowiada za wszelkie niepowodzenia. Wywozi do tej okropnej lecznicy. Zmusza do różnych nieprzyjemnych zabiegów (top: lewatywa). Wciska prochy. Obcina pazury. Nie pozwala łazić po stole. ONA! No to się wychytrzyłam i kazałam jechać Prezesowi, porzucić kota Prezesowi, pozostawić na pastwę losu Prezesowi. Sama natomiast wystąpiłam w roli oswobodzicielki, co to odbija syneczka z rąk oprawców.

Zanim to jednak nastąpiło, Czesław nie opuszczał mnie na krok, całował po stopach, dłoniach i twarzy, bezustannie komentując:
- Nie jesteśmy chyba pokłóceni? Czesio to taki grzeczny syneczek. Patrz, jak cię kocham. Wydaj śniadanie...
Zawinęłam się szybciutko i zniknęłam z pola widzenia, zmykając do fabryki. Niech będzie na Prezia. (Zemścił się - musiałam uiścić).

Zośka się chyba starzeje, bo nawet nie ofuczała Nowego Czesława. Owszem, obwąchała go dokładnie, kichnęła i poszła. Nowy Czesław plącze się po chałupie, nawalony w trzy dupy. Przecież w kontenerku nie utrzymasz, bo wykopuje sobie drogę do świata. Na fotelu, otulonego kocysiem nie utrzymasz, bo ma misję. Musi iść, ciągle iść w stronę słońca. Sprawdził czy coś wpadło do misek (nie wpadło). Skontrolował wodopój (jest na miejscu). I kontynuuje wędrówkę.

Porzucam Was tedy - może uda nam się poleżeć we dwoje w łóżku. Zawsze to mniejsze prawdopodobieństwo, że się jakoś uszkodzi.
W domu pozostały tylko dwa jajka.
Ale ja bym się przesadnie na ich miejscu nie cieszyła.
Bo kastracja kosztuje tylko osiem dych.
No.

4 lutego 2015

2043

#zadługienieczytam

Robię to naprawdę ostatni raz, bo mi się really nie chce. Proszę ten tekst traktować jako flagowy. Postaram się używać jak najmniej trudnych słów (ale wykluczyć się nie da), żeby nikt nie musiał się kopać ze słownikiem. Odpowiem na każde pytanie i na życzenie przypnę rzecz na górze strony. Ten jeden raz.

Całymi dniami tkwię w publikacjach naukowych, obrabiając temat na wszystkie strony. Czytam, piszę, redaguję, kręcę filmy (wyobraża Państwo sobie?!), odmawiam wciągnięcia mnie w proces montażu, czyham na przełomowe możliwości zdobywania powyższych dóbr, użeram się z różnymi tam i, kiedy wrócę do domu, lubię sobie napisać coś o kocie, cyckach, relacjach damsko-męskich oraz co Prezes ugotował dziś na obiad (makaron z brokułami i serem gorgonzola pod beszamelem). Nie chce mi się ponad poziomy wylatać, bo w robocie wylatam bez przerwy. Darujcie więc, że nie będę tykać pewnych spraw, które wydają mi się oczywiste bądź też wylatają w moim czasie prywatnym. Mam prawo do nieprzekładania z polskiego na nasze rzeczy, które robię za pieniądze. Gdyż albowiem nie mam misji. Nie tutaj. Poza tą jedną razą, kiedy to uczynię z pożytkiem doczesnym i wiecznym.

Wczoraj nadbiegł Przypadkowy Przechodzień (notka 1928) i, wychodząc z nieprawidłowego pierwotnego założenia [1], dalejże udowadniać mi skrajny debilizm. Właśnie dlatego, że [1] było błędne, a ja nie mam rzeczonej misji, nie wdałam się w dyskurs na argumenty, bo zaprowadziłoby nas to donikąd. Albowiem zasady logiki mówią, że jeśli zaistnieje [1], wnioski nie mogą być poprawne. Nie chce mi się dociekać czy autorowi trafił się paralogizm czy sięgnął po sofizmat - whatever, mam to w dupiu. Cytatam (bo cycatam) i tłumaczę.

Komć nr 1
Trafiłem tu przypadkiem i zbaraniałem. Jak można leczyć kotki wankomycyną ? To jest często dla ludzi antybiotyk ostatniej szansy. Jak będzie używany do różnych fanaberii to bakterie oporne na niego staną się powszechne. I tak lecząc swoje kotki, myszki itd spowodujecie śmierć ludzi, którym wankomycyna już nie będzie mogła pomóc. Dla mnie dramat, jak można być tak bezmyślnym !

Pandemia stanęła u wrót!!!
Do granic możliwości rozdęliśmy używanie różnych leków, w tym antybiotyków. Karmimy nimi ludność od narodzin, pchamy w trzodę chlewną oraz też i drób, jemy pośrednio i bezpośrednio. Wciąż istniejemy. Niektórzy nieprzesadnie mądrze i z sensem, ale przecież krzywa Gaussa wyraźnie wskazuje, że takich jednostek w świecie pełne szafy. W przeciwieństwie do tych wybitnych lub kompletnych idiotów. Bakterie oraz wirusy uodparniają się na różne substancje, a my ciągle swoje, nie kijem go, to pałką i lecimy dalej. Od wielkiego wybuchu upłynęło wszakże kilka lat.

Komć nr 2 (napięcie narasta)
Wbrew pozorom staram się Ciebie zrozumieć ale . . . nie potrafię. Rozumiem, że można traktować zwierzę jak przyjaciela. Ale to "zwierzęcy" przyjaciel. Z jakiegoś powodu wankomycyna jest dopuszczona tylko w lecznictwie zamkniętym. Aby zachować jej skuteczność ogranicza się jej dostępność NAWET dla ludzi. To, że jakiś lekarz dał Ci ten antybiotyk to tylko dowód na jego ignorancję i wiarę, że "przecież nic się nie stanie". Też myślę, że prawdopodobnie tym razem nic się nie stanie ale jednak wg mnie ryzyko (bardzo niewielkie jak sądzę) jest za duże by je podejmować. Ryzyko jest niewielkie ale nie zerowe ! A dla mnie jest zasadnicza różnica w rotowaniu życia zwierzęcia (nawet najbardziej kochanego) i człowieka. Nigdy, świadomie, nie zaryzykowałbym nawet potencjalnej śmierci człowieka aby ratować "kota, myszki oraz psa".

A propos Clostridium to może Cię to zainteresuje https://nicprostszego.wordpress.com/2013/01/17/przeszczep-kupy/ może ten pomysł pomoże w przyszłości rozwiązać Twoje problemy bez narażania ludzi :)


Nie prosiłam o zrozumienie i przyjmuję do wiadomości, że ktoś nie potrafi mnie zrozumieć. Całkiem spory odsetek to nawet jest. Zwalam na bruzdę, bo to najłatwiejsze, i nie muszę tłumaczyć, jak nietypowo dyga impuls w mojej siatce poznawczej. Natomiast wankomycyna jest dostępna głównie (bo nie wyłącznie) w lecznictwie zamkniętym nie dlatego, że jeśli się wymknie i siedem osób ją weźmie, to wymrzemy, tylko z dwóch powodów (jak u większości leków o ograniczonej dostępności): 1. sposób jej podawania - wlew dożylny - predysponuje do leżenia w szpitalnym łóżku, 2. przyjmowanie tego leku obarczone jest mnogością bardzo poważnych skutków ubocznych, więc lepiej mieć na wyciągnięcie dzwonka kogoś z kwalifikacjami. Lekarz może bez problemu wypisać wankomycynę do użytku ambulatoryjnego lub nawet domowego (a apteka ściągnie i wyda za stosowną odpłatnością), ale to on podejmuje decyzję i on bierze za tę decyzję odpowiedzialność. Jeśli się pacjent na tę przystojną okoliczność przekręci, to medyk będzie miał grube nieprzyjemności. Dla porównania - jeszcze niedawno mieliśmy respiratory wyłącznie w szpitalach, a teraz mamy Precla (PS Preclu można podarować 1% podatku, polecam). Lekarz, jako pierwsze ogniwo, decyduje czy rodzice dziecka obarczonego np. SMA1 mogą przejść na wentylację domową. To samo z lekami.

W naszym przypadku czynnik pierwszy nie zaistniał, gdyż dla uzyskania stosownego efektu musiałam podać kotom antybiotyk, a właściwie dwa, wprost do niechętnych i opornych na me wysiłki oraz czar i urok osobisty brzuszków. Oraz... bo są kotami. I szpitalik im nie przysługuje. Z powyższych powodów czynnik nr 2 musiałam wziąć na własne, kaprawe i dziurawe sumienie. Mogły tej interwencji nie przeżyć i do kogo pretensje. A czwartej alternatywy nie było. Albo koktajl z dwóch wyjątkowo paskudnych antybiotyków (nie polecam), albo powolne konanie łamane przez koszty uśpienia sztuk trzech. U naszych kotów na szczęście leczenie chwyciło, nawrót nie nastąpił, o ewentualnych konsekwencjach dowiemy się (oby nie) za czas jakiś. Ergo sugestia, bym napompowała je kałem jest kompletnie od czapy. Po pierwsze, bo tego nie potrzebują. Po drugie, bo terapia jest w fazie testów. Po trzecie, bo nikt dla mnie preparatu odzwierzęcego nie wykona (no, chyba że jakiś hobbysta w garażu). Po czwarte, bo nie ma dawcy spokrewnionego - my się nie liczymy. Po piąte, bo nawet gdyby punkty 2, 3 i 4 udało się jakoś ogarnąć, to prawdopodobnie na tego typu wybryk nas nie stać.

I jeszcze jedno. Istnieje grupa ludzi, która sądzi, że pomoc człowiekowi i zwierzęciu się wyklucza. To są osoby, które przy okazji przeróżnych debat o ochronie praw zwierzą grzmią, że w Afryce umierają małe murzyniątka, a wy się przejmujecie psem. Otóż z mojego punktu widzenia to jest kompletny idiotyzm. Co ma piernik do wiatraka? Przy tym warto nadmienić, że osoby obdarzone wrażliwością, która każe im ratować zwierzęta, najczęściej pomagają również ludziom i wcale się z tym nie obnoszą. Te dwie pomoce nie są osobnymi bytami. Pomagamy słabszym, bo czujemy się za nich odpowiedzialni. Ideą fixe mego bytu nie jest wsparcie kulejących blondynek z garbem, tylko każdego, kto akurat potrzebuje (w tym zwierząt, z naciskiem - co oczywiste - na własne). Naturalnie w miarę możliwości.

Komć 3 (tremolo)
Może mieć i sto tytułów i zostać ignorantem (w odniesieniu do znajomego profesora medycyny, który udostępnił rzeczone wanko - przyp. mój). Ufaj tytułom o rób jak robisz. Mam to gdzieś. Uważam, że robisz źle i nie przedstawiłaś żadnych argumentów abym zmienił zdanie. A jakbyś jednak przeczytała podany link (ale po co, przecież Ty wiesz lepiej) to może dotarłoby do Ciebie, że New England Journal of Medicine to jednak dość szacowne czasopismo ....ale może poziom trochę za wysoki ?? Mnie uczono spierać się na argumenty a nie obrażać rozmówcę więc spadam stąd gdyż zgadzam się ze zdaniem "Nie kłóć się z głupim bo ludzie mogą nie zauważyć różnicy" Bum

Można być papieżem i ignorantem, ale jakoś bardziej ufam rzeczonemu profesorowi, co to z niejednego pieca chleb jadał, kupę (nomen omen) lat tyra w fachu i wielu ocalił marny żywot niż anonimowemu komentatorowi, którego niezmiernie wzburzyła wycieczka osobista ku wykształceniu kierunkowemu, a to jednakowoż dość bezpośrednio wskazuje na pewne kompleksy. Uchylając rąbka tajemnicy: profesor ów nie widział żadnych przeciwwskazań (prócz owych skutków ubocznych, o których mnie powiadomił), do dziś jest żywo zainteresowany samopoczuciem kotecków i przy okazji ewentualnych spotkań zawsze o nie dopytuje, kocha zwierzęta miłością wielką i niezbywalną oraz, sprawnie podpuszczony, potrafi opowiedzieć przecudowne historie o ratowaniu chorych braci mniejszych, uprawianym od lat. Nie przytaczam szczegółów, gdyż co słabsze jednostki mogłyby nie szczymać. Lekarze to jest jednak specyficzna grupa, balansująca na skraju absolutnej obrzydliwości. Ale skutki wzruszające.

Nie chciało mi się wyprowadzać Zdegustowanego z błędu, choć i artykuł przeczytałam, i czasopismo New England Journal of Medicine znam (są rzeczy, które większość ludzi, parających się nauką, po prostu wie), i nawet słyszałam ze dwa razy (czuć ironię?), co to jest impact factor, index Hirscha, system Web of Science, że o Scopusie nie wspomnę. Przez grzeczność. Nawet podzielam opinię, że New England Journal of Medicine to dla mnie za wysoki poziom. I konia z rzędem temu, kto może się pochwalić, że to czasopismo coś mu opublikowało. Osobiście nie znam. A byłaby gratka, bo mają taki impact factor, że robi człowiekowi cały dorobek naukowy. Po prostu złoty strzał (byłby to).

Jednak trudno pominąć fakt, że cycowany artykuł mówi o próbie badawczej rzędu 41. osób, z czego zaledwie 17 potraktowano bakteriami kałowymi. I nie wszystkie wyleczono za pierwszym podejściem. Natomiast preparat rePOOPulate (urocza nazwa, ujęła mnie) podano 2. (tak, dobrze widzicie, DWÓM) pacjentkom. Prawdopodobnie nie tylko moim zdaniem od tych 19. osób do upowszechnienia metody jeszcze daleka droga. Bo próba rzędu 2 to jest żadna próba. I nawet NEJM to potwierdza, dostrzegając w badaniu jedynie punkt wyjścia do setek testów, które trzeba będzie wykonać, żeby móc zaistnieć na rynku farmaceutycznym. Ale NEJM się cieszy i nawet ja - zwykły nikt - się cieszę. Bo uważam, że dotarliśmy na skraj obłędu, jakim jest ładowanie jednych antybiotyków za drugimi, co donikąd nie prowadzi. Więc ja pewnie nie, ale moja córka lub jej (hipotetyczna) córka będą, daj Boże, bezpieczniejsze.

Teraz mamy wyłącznie wankomycynę. Dzięki i za to. Hallelujah.



PS Czy Państwo zrozumiało, dlaczego nie wdaję się w niektóre dysputy? Otóż nie najęłam się do prostowania zakręconych. Wolę zarobić stówę pisząc o pierdołach, bo mi to zajmuje mniej czasu. Oraz cieszyć się Waszą miłą obecnością, gdy - całkiem darmowo - piszę o muzyce, kuchni, kotach, cyckach i facetach. Których, jako etatowa feminazistka, uwielbiam.

3 lutego 2015

2042

Weszłam ostatnio w spór z Pewną Osobą. Dotyczył on, nie uwierzycie, podstawowych pojęć matematycznych. Otóż odważyłam się twierdzić, że pomiędzy narastającą robotą a lenistwem istnieje związek wprost proporcjonalny, a Osoba Ta uważała, że odwrotnie proporcjonalny.
Otóż ja się nadal upieram, że miałam rację. Im więcej mam bowiem roboty, tym bardziej mi się nie chce. I to są idealnie współgrające ze sobą sprawy.

Jak się jednak okazuje, nie upadłam jeszcze na samo dno, gdyż perspektywa dorobienia paru groszy okazała się silniejsza niż leniuch, na okoliczność czego narodziłam w boleściach cztery teksty. Czekają mnie jeszcze dwa. Wierzę, że odnotowanie wpływu na konto wynagrodzi mi obrzydzenie, związane z szukaniem materiałów i stukaniem w klawiaturę. Myślę nawet, że pisanie za uczciwe pieniądze mogłoby mi się spodobać. W przeciwieństwie do pisania za nieuczciwe pieniądze lub za darmo. Za darmo tylko w sytuacjach, gdy się czymś podjaram albo z przyzwyczajenia*. To ma się również do korekt oraz redakcji.

Tymczasem okazało się, że...


A konkretnie to Marta Frej (tak, znowu). Bo oto odkryłam kolejną grafikę, która zrobiła mi dzień i, tak!, jest o mnie!


Co mi przy okazji uprzytomniło, że nowego stanika sto lat świetlnych nie oglądałam, a przecież uwielbiam ładną bieliznę. I chcę! Już, teraz, natychmiast!
Jak będę duża i dojrzała, to se pójdę do bieliźnianego z koszykiem z Tesco.
Nie chcecie czasem ufundować mi kilku komplecików? Oraz również i haleczek? Moje znakomite samopoczucie powinno Wam zrekompensować ten wydatek, naprawdę.

Ach, od kiedy świat odkrył przede mną właściwości dobrze dobranego biustonosza, wszystko się zmieniło. Nic tak kobiecie życia nie umili jak porządny i filuterny stanik. W miarę możliwości z majtasami do kompletu. I pończochy. I szpilki. I torebka. I kiecka. I...
No coooo?!
Na ewentualne wąty ze strony Prezesa zawsze odpowiadam bystrym hasłem, podsłuchanym u znajomej: "Chciałeś panią, to rób na nią!".

O, właśnie! Musze iść do kosmetyczki i fryzjera.
Bardzo lubię być kobietą, wiecie?

* Tak, o blogu mowa.

2 lutego 2015

2041

Czy nie uważacie - i tu zwracam się do Pań - że mężczyźni mają jakiś gen, którego my nie posiadamy, a w dodatku muszą go bezustannie trenować, żeby im nie zanikł?

Taka sytuacja.
Z wrodzonego, niczym nieuzasadnionego lenistwa, wsiadam do windy na pierwszym, żeby pojechać na drugie. Drzwi się zamykają i czuję, że (psia kostka) ktoś mnie ściąga. Jak się okazuje - do piwnicy. Dojeżdżam, dosiada się chłopiec w wieku mojej córki. Nie powiem, jest na czym oko zawiesić, a fabryka nieprzesadnie przepełniona tym dobrem.
- No, a chciałam na drugie - informuję, wzdychając.
Drzwi się zamykają, on błyska do mnie hollywoodzkim garniturem bieli.
- Na które? - pytam, bo stoję koło guziczków, a on nie wykonuje żadnych ruchów.
- Na parter - odpowiada odruchowo, wciąż się szczerząc. Swój człowiek, też leniwy.
Pstrykam w zero, nim zdąży przebrzmieć jego głos. Podnoszę głowę, a on patrzy jak spaniel.
- Dlaczego?! - pyta dramatycznie.
- Co, dlaczego?
- Dlaczego to pani zrobiła?! Ja chciałem chociaż na to drugie z panią pojechać!
Ludzie... Ja jestem dla niego przynajmniej 20 kilo za stara! Naturalnie rozumiem kolegów, którzy są dziesięć lat starsi ode mnie. Oni podświadomie czują, że muszą się spieszyć, bo im prawidłowego działania rozrusznika już niewiele zostało. To jest biologicznie uzasadnione. Ale taki szczyl?
- I teraz mi przykro - informuje niezadowolony, gdy kilka sekund później otwierają się drzwi.
- W najbliższym czasie nigdzie się nie wybieram - oświadczam i, sterczącemu tuż za ruszającą przegrodą, macham ręką. Pa, pa.

Ale o co chodzi? Żeby nie stracić żadnej okazji?! Co ja mam takiemu powiedzieć? Że krępowałabym się zabrać go na lody, żeby nie wyjść na stręczycielkę? (Zaraz przyleci martuuha i zacznie mi od ejdżyzmu wyrzucać, bo ona ma kompleks, że jest sto lat świetlnych młodsza).

Relacje damsko-męskie są zaprawdę skomplikowane i chyba mnie przerastają. Albo to wina bruzdy, bo ja się zupełnie nie umiem znaleźć w takich sytuacjach. Choć skłamałabym, gdybym powiedziała, że zmarszczki mi się trochę nie rozprostowały. I kiecka jakby lepiej leży.

Od jutra chodzę piechotą.
W moim wieku nie można się narażać na tego typu emocje. Niewiele brakowało, a zapomniałabym, po co ja na to drugie.