31 marca 2016

2272

Oto naga prawda. Aż dziw, że tylko Monika mnie wezwała do tablicy. Przygotujcie się na wstrząs. Jeśli kto ma słabe nerwy, proszę natychmiast zamknąć przeglądarkę.

NIC JUŻ NIGDY NIE BĘDZIE TAKIE SAMO.




2271

O poranku sinym, jeszcze przed wyjściem do pracy (czyli z sypialni do gabinetu) Pan Architekt odział się zgrzebnie, pobrał z kotłowni narzędzia oraz psa marki Lesio, któren to pies przebywał tam, gdzie Pan Architekt, więc łatwo go było pobrać i ruszył do ogrodu, by sadzić metasekwoje.
Metasekwoja wygląda tak:


Oczywiście nasze wyglądają znacznie bardziej ubogo, na oko mierząc około półtora metra. Pracowali obaj bardzo uczciwie.


Rzec by można, że pies był szczególnie zainteresowany. Wykopać, porwać, uciec, rozedrzeć na strzępy, wykonać precla, okazać brzuszek, że piesek niewinny i niczego nie zmalował. Taki standard.

Tak, spory mamy ogródeczek przydomowy, a to tylko kawałek.

***

A propos pies.
Otóż jesteśmy pokłóceni. Niestety mam niebywale słabą silną wolę i gdy wczoraj powróciłam na, że tak powiem, łono po 14. godzinach nieobecności, nie potrafiłam odepchnąć gada we wzgardzie, żeby wiedział, że to nie przelewki. Ale sobie wyrzucam.

Było tak.
Wychodziłam do pracy. Już odziana skromnie acz ze smakiem, wyciągnęłam sobie buciki z szafy, postawiłam w wiatrołapie i jeszcze gdzieś się kopnęłam. Jakież było moje zdziwienie, gdy powróciwszy ujrzałam tylko jeden bucik. Wiedziona złym przeczuciem udałam się galopkiem ku psiemu legowisku, by ujrzeć rozczulającą scenę: oto mój malutki szczeniaczek ze schroniska, z absolutnie rozbrajającym wyrazem twarzy rąbał co sił w zębach obcasik mego obuwia.
Mego obuwia Irregular Choice...

Pękła mi błona bębenkowa.

Z charkotem na ust koralach rzuciłam się ku przeklętemu.


Niestety było już za późno. Fala zniszczenia pochłonęła obciągnięty tkaniną w różyczki obcasik i tkanina ta zwisła w smętnych strzępach.
- Szatanie!!! (Wrzeszczałam).
- Jestem mamusi malusieńkim sceniackiem ze schloniska - odpowiedziały niewinne oczęta połączone z łysawym w pachwinach podwoziem. - Kochas.
- Zabiję!!! (Wrzeszczałam).
- A tiu, tiu, tiu, jaki ślicny bzusio, plawda? - zasugerował intensywnie merdający ogonek. - Jestem twoim syneckiem, uska klapniete mam*.
Wydarłam obuwie z psa i ryknęłam niczym Metatron:
- Nie odzywaj się do mnie do końca świata**!!!

I teraz myślę, jak ratować to, co pozostało.


* Standardowa pozycja niszczyciela to: klapnięte uszka, ciało wygięte w precel, intensywne merdanie i na koniec RYMS! Brzuszek.
*** Świat skończył się tuż po dwudziestej pierwszej, gdy dowlokłam własne, nieświeże zwłoki do domu.

29 marca 2016

2270

Gdy wyjdzie słońce, Państwo ma wyjebane na wszelkie dramaty tego świata. Niektózy mają w łóżku...

Miszczostfo drugiego planu
a niektórzy wezno sobie łóżko i zaniosą gdziebądź.

Zdobył na wrogu świeżuśko uprane.
Natomiast Eduś ma wyjebane do tego stopnia, że umyka fotografowi.

***

Meble ogrodowe zamówione, opłacone, jutro mają być nadane kurierem. Istnieje poważne zagrożenie, że w najbliższy weekend nasze zwłoki zalegną w słońcu na tarasie. A kto będzie chciał, ten zalegnie na ławce w cieniu za domem.

Patrzy Państwo, jak się okopaliśmy. Nie mogę się doczekać.
Kto chce mi kupić poduszki na krzesełka?

28 marca 2016

2269

- Warunki wreszcie się poprawiły i mamy wyjątkowo sprzyjające okoliczności przyrody - mruknął Pan Architekt zapatrzony w dal przez okno tarasowe.
- Tak. W związku z czym pies ciągał worek z zużytym żwirkiem z kuwety wokół domu, następnie go rozdarł, rozwlókł obszczany pelet po trawniku i nawet upstrzył go gównem. Kocim. A dziurawy worek porzucił w bliżej nieznanym miejscu - odpowiedziałam pełna optymizmu.
- Ale gdyby tak nie myśleć o psie - próbował nadal Pan Architekt - to przyjemne okoliczności przyrody?
- Przyjemne. Dopóki nie wyjdziesz z domu. Bo wtedy wdepniesz w torcik z obszczanego żwiru z gówienkiem w ramach wisienki na czubku.

Niech mi ktoś przypomni, dlaczego kocham zwierzęta.

W piątek było tu idealnie czysto.

24 marca 2016

2268

Osoby:
Łoterloo
Zuzanna

Czas akcji:
15:00

Miejsce akcji:
Przestrzeń telekomunikacyjna - pole tekstowe.

Wykupiłam Ci receptę. Wisisz mi 225 zł. Dowóz gratis.
To po co tyle płaciłaś?
Płaciłam, bo mi kazywałaś!!!
Ale już nie chcę. Rezygnuję.
Po odejściu od kasy reklamacji nie uwzględnia się, ale objęła dziś Panią PROMOCJA! W ramach naszej wyjątkowej akcji otrzyma Pani swoje leki... OD ZAJĄCZKA!!!
Cóż za oszustwo! Chciałabym złożyć reklamację.
Pani reklamacja została rozpatrzona pozytywnie.
Ale jeszcze jej nie złożyłam.
Zgodnie z Pani oczekiwaniami, produkt zostanie dostarczony w pierwszy dzień świąt. Drapanie gratis.
Szczekam.
Poleć naszą wyjątkową usługę swoim znajomym. Za chwilę otrzymasz ankietę satysfakcji. Można wybrać więcej niż jedną odpowiedź.
Rozkręciłaś się, jak widzę.
Czy uważasz, że nasza usługa jest: A. absolutnie wyjątkowa, B. bezwzględnie wspaniała, C. cudowna?
Mamo? Halo, tu ziemia.

2267

Przychodzi Lesiek do sypialni, gdzie zdobył na wrogu drugie legowisko, a tam...

ZAJĘTE
I niech się uczy moresu, bo nie znasz dnia ani godziny, nie przywiązuj się do przedmiotów, wszystko płynie, panta rhei, nikt nie wie, co go szczeka.

Miłego wpół do piątku.

23 marca 2016

2266

Facebook przypomniał mi dziś historię sprzed roku i wyobraźcie sobie, że znów mnie coś w tym guście spotkało, tylko jeszcze gorzej.

To była jakieś trzy tygodnie temu, nawet miałam opowiedzieć, ale pomyślałam, że znowu na idiotkę wyjdę. A czy ja lubię? Otóż nie lubię. Ale ta notka... i włączył mi się strumień świadomości. Co gorsza - samoświadomości. Więc myślę: co mi tam, gorzej nie będzie.

Ten urlop mieliśmy z Panem Architektem. On ma ciśnienie okresowo i musi do IKEI, w sumie lubię takie klimaty, szczególnie w dzień powszedni przed południem, gdy ludzkość kultywuje zdobywanie prawych środków płatniczych na masełko do chlebka, to się zabraliśmy. Ja ze wsi jestem, więc odziałam się światowo, w gacie z dresu i inne szlafmyce. W końcu dzień powszedni przed południem, ludzkość kultywuje zdobywanie prawych środków płatniczych na masełko do chlebka, to mi zwisa smętnym kalafiorem.

Łaziliśmy sobie bez związku, po godzinie wyszarpał mnie z działu akcesoriów kuchennych chociaż się opierałam, bo uwielbiam te wszystkie chocheleczki, przykryweczki, sitka i inne szklanki, mogłabym tam mieszkać. Oderwałam się bez przekonania (a właściwie oderwał mnie siłą, a ja tupałam i krzyczałam, że jeszcze chcę tu być, bo jest tak fajnie, ale poszłam, gdyż mianowicie wszyscy zaczęli się gapić) i ruszyliśmy do kasy. Wbrew moim oczekiwaniom ludzkość wcale nie oddawała się kultywowaniu zdobywania prawych środków płatniczych na masełko do chlebka i była kolejka. Dla mnie nie ma problemu, ja się osobliwie zawieszam w takich sytuacjach i kontempluję, czyli emigracja wewnętrzna.

Za nami stała kobitka i gadała przez telefon. Zawiesiłam się na na niej, bo była przyjemna wizualnie, szczupła, wysoka blondynka z pazurem, trochę młodsza ode mnie. Jak ja się zawieszę, to zapominam, że nie wypada się na ludzi gapić. No to mnie przyłapała. Zarzuciłam przepraszający uśmiech, przenosząc zainteresowanie na taśmę przy kasie. I tu mogłaby się zakończyć cała historia, dodatkowo w sposób całkowicie nudny. Ale nie.

Po jakichś dziesięciu sekundach poczułam, że ktoś stuka mnie w ramię. Obróciłam się, a kobitka szczerzy do mnie zęby.
- Wiesz - wali bezpośrednio - przepraszam, że tak się na ciebie gapię, ale chodziłyśmy razem do szkoły.
Pustka, kompletna pustka. I mogłabym przecież skłamać, udać zaskoczenie, wymusić plastikowy uśmiech, ale BRUZDA NIE MOŻE. Bruzda, zaskoczona, zawsze musi prawdę. Bezmierny debilizm najwyraźniej wydostał się z komórki, w której na co dzień go zamykam i wypłynął na twarz.
- Do podstawówki - podpowiedziała. - I chyba do liceum. Do którego ogólniaka chodziłaś?
- Do Nowoty - odpowiedziałam automatycznie, a przecież mogłam skłamać, ale bruzda.
- O! No to do liceum też.
Ożeszfak.

Odchrząknęła w taki specyficzny sposób.
- Wygląda na to, że ty się nie zmieniłaś, a ja się postarzałam, więc mnie nie poznajesz.
- Skąd - odpowiedziałam zgodnie z prawdą w kompletnej panice. - Musisz wiedzieć, że jestem upośledzona. Na pierwszy rzut oka to może nie być widoczne, ale nie ma się co okłamywać.
- Jasne.
Czułam się jak idiotka. Jak Bajkał kretynizmu. Morze. Ocean Spokojny niezmierzonego zakłopotania. Ja pierdolę.

Uśmiechnęłam się przepraszająco po raz wtóry i ruszyłam pakować nabyte dobra, bo akuracik przyszła nasza kolej. Pan Architekt dryfował po wyżynach świadomości. Chciałam umrzeć. Finalnie pożyczyłam dziewczynie wszystkiego dobrego i nerwowo zawlokłam PATa do chłodni, koncentrując jego zainteresowanie na kulkach oraz borówkach w słoiku.

Tak, że wiecie. Jak kogoś nie poznam na ulicy, to nie brać do siebie. Kiedyś matki rodzonej nie poznałam i to jest bolesny fakt. Jak kogoś nie zauważę, to też nie brać do siebie, bo emigracja wewnętrzna i to w dalekie krainy, gdzieś tak na koło podbiegunowe. Nawet jeśli chodziliście ze mną do szkoły.
Ania, której przy okazji marcowej notki rocznicowej przypomniało się, że zna moją matkę, może się w ogóle nie przejmować. Tak, jest w grupie najwyższego ryzyka, bo (haha) chodziłyśmy razem do szkoły, ale okresowo siedziałyśmy też w jednej ławce, więc po pierwsze primo - jej szanse wzrastają, a po drugie primo - przypuszczalnie nie powstrzyma się od kopnięcia mnie w kostkę. Tudzież inny goleń. Myślę, że umi, bo ćwiczy. Wiem, że ćwiczy, bo ma słitfocie z sali na fejsie.

Ja ćwiczę głównie biceps brachii. On odpowiada za podnoszenie do ust kieliszka z winem.
To mi pomaga zapomnieć.

22 marca 2016

2265

Jest mi bardzo przykro i smutno z powodu tego, co dzieje się w Belgii. Tak samo czułam się podczas wydarzeń we Francji. Identyczne emocje budzi we mnie wojna w Syrii czy zamachy terrorystyczne w krajach Bliskiego Wschodu. Przy tym wszystkie te trudne uczucia mają kilka poziomów.

Po pierwsze jest mi źle z powodu tego, że życie i zdrowie tracą niewinni ludzie. Ot, taki statystyczny Kowalski obojętnej narodowości, obywatelstwa, pochodzenia czy miejsca zamieszkania. Szedł do pracy lub z niej wracał, a może wyskoczył po bułki, na które ktoś się nie doczekał. Przykładam to do własnej rodziny i ból staje się niewyobrażalny. Głupia, niepotrzebna śmierć wywołana do tablicy nienawiścią. Nienawiść jest zła.

Po drugie czuję się fatalnie z tym wszystkim, co powstaje wokół zamachów. Europa jest obecnie w trudnej sytuacji i potrzebujemy wiele dobrej woli, siły i rozwagi. Nie potrzebujemy natomiast samonakręcającej się spirali nienawiści, skierowanej w całkowicie idiotyczną stronę. Nie potrzebujemy ksenofobii i rasizmu. Nie-ludzkiego (łącznik zamierzony) zachowania i takichż przekonań, głoszonych wrzaskiem, kijem i butelką z benzyną.

Rozwaga to jest dobre słowo. Bardzo jej potrzebujemy, by nie zwracać się przeciw ludzim, którzy nie są sprawcami tych tragedii, ale ich ofiarami. Strach pędzi nas w złą stronę. Internet znów pęka w szwach od gróźb - realnych gróźb śmierci - kierowanych w stronę niewinnych ludzi. Proszę: za każdym razem, gdy coś podejdzie Wam do gardła, pamiętajcie, że...


Tym wszystkim morderstwom nie są winni wyznawcy islamu, żydzi, zielonoświątkowcy, czarni, beżowi, śniadzi, zieloni, homoseksualiści, ateiści, lewaki, pokraki, wysocy, niscy, łysi, rudzi, kulawi, garbaci, cykliści, wegetarianie czy jak tam strach kusi Was, by ich nazywać. Winni są

TERRORYŚCI.

Li i jedynie, tylko i li. Powtarzajcie za mną: terroryści. To są źli ludzie. Wszyscy jesteśmy przeciwni temu, co robią. Jesteśmy jednością, morzem ludzkich głów, oceanem woli i mówiemy nie! Wy, terroryści, nie macie prawa krzywdzić naszych bliskich, przyjaciół, znajomych, a nawet zupełnie obcego pana Mietka, który akurat pił piwo pod sklepem. NIE! I przeciwko temu się zwracamy.

Bo oni wiedzą, że jako zwarta, zjednoczona siła jesteśmy nie do pokonania. Ale w chwili, gdy trwamy w sporze, stając przeciwko sobie nawzajem, mają wielkie szanse - to osłabia. Nie idźcie tą drogą, bo zrobicie dokładnie to, czego oczekują terroryści. Nie pozwalajcie, żeby w Waszych głowach doszła do głosu nienawiść. Wyciągajcie rękę do drugiego człowieka i środkowy palec w kierunku zamachowców. To jedyne słuszne postępowanie.

21 marca 2016

2264

Stoimy z Zuzią w korkach. Znaczy w dwóch różnych korkach, ale w tym samym kierunku. Ustalamy swoje pozycje telefonicznie.
- Wygląda na to, że dojedziemy do domu w tym samym czasie - oznajmia.
- Nie, bo ja jeszcze muszę na stację benzynową. Chociaż mam poważne wątpliwości czy dociągnę. Jadę na oparach.
- Pieśni.
- Co: pieśni?
- Pieśni pomagają. Wiesz, coś w guście: Pozwól mi dojechać do staaaacjiii, tralalalalala.
- I co? Dojechałaś?
- Żebyś wiedziała. Czyli skuteczne.

Dowcipne mi to dziecko wyrosło.

***

Zośka jak zwykle wykazała się intelektem. W dobie okratowania znalazła sposób na wyjście z wizytą do sąsiadów. Mianowicie odchyla łapą siatkę i idzie. Dla Leśka taki wyskok intelektualny jest nieosiągalny. Może tylko stać na dwóch łapach po naszej stronie płotu i patrzeć tęsknie. A Zofia? Podnosi ogon w górę i pokazuje mu Oko Saurona.

19 marca 2016

2263

17 marca moja Mama obeszła kolejne osiemnaste urodziny.

Doprawdy nie wiem, jak ona to robi. Kiedy pojechała do sanatorium w Busku, które specjalizuje się w kąpielach siarkowych, żartowaliśmy, że to odpowiednie dla niej miejsce - w tym, jak wygląda, szatan musiał maczać palce. A właściwie ciągle macza. Moja Mama całe swoje życie była (i nadal jest) najpiękniejszą kobietą na świecie.

Nie wyobrażajcie sobie w bezpiecznych zakątkach Waszych domów, że tylko ja tak uważam - mam na to dowody.
Oglądałam film z pięćdziesięciolecia jej matury. Każda z absolwentek opowiadała coś o sobie, a kiedy miała wstać Mama, koleżanka zapowiedziała: A teraz Helena - najpiękniejsza w klasie.
Moi znajomi zwykli mówić: Pozdrów piękną Helenę.
Ma niezaprzeczalny styl i klasę, której mnóstwo osób zazdrościło jej przez całe życie.
W czasach zgrzebnego socjalizmu sąsiedzi nazywali ją panią kapeluszową - na tle tych wszystkich szarych, smutnych mieszkańców robotniczego Śląska moja Mama była jak paw. Zawsze nienagannie elegancka, dopracowana w każdym calu i - TAK - w zamawianych u modystki kapeluszach!
Codziennie patrzę też na jej dziedzictwo w twarzy i ruchach mojej córki, nieodrodnej wnuczki swojej babci, prawnuczki pięknej prababci...


i praprawnuczki praprababci, obdarzonej niesłychaną wprost urodą.


(I jeszcze jedno z moich ulubionych zdjęć, bo nie mogłam się oprzeć - wiem, było, ale jest takie cudne, że ojej).

Zwróćcie, proszę, uwagę na regularność rysów ich twarzy. Zdjęcie pierwsze może być zrobione w drugiej połowie lat trzydziestych. Drugie, jak podejrzewam, powstało w roku 1914. Nie potrafię się na nie napatrzeć.

Jak zwykle poszłam w dygresje i nikt mnie nie upomniał. Już wracamy do tzw. adremów.

Mama jest zachwycającą i niezwykle skomplikowaną osobą. Zanim nauczyłam się rozumieć jej zachowania, doprowadzała mnie nieomal do szaleństwa. Teraz wiem już, co nią kieruje - ona zupełnie nie myśli o sobie. Chce, żeby bliskim jej ludziom wiodło się jak najlepiej i angażuje w to wiele sił i środków. Przy czym kategoria bliscy jest dla niej dość płynna i dostosowuje ją do okoliczności. Czasem bliscy mogą być zupełnie obcy.

Nigdy nie gada po próżnicy, tylko działa. Kogoś bieda przyciśnie? Ludzie radzą, jak pomóc, a moja Mama już stoi ze spakowanymi artykułami pierwszej i drugiej potrzeby. Potrafi wlec jakieś absurdalnej wielkości wory przez całe miasto i nigdy nie narzeka. Umie zaangażować i wciągnąć w działanie mnóstwo ludzi. I zawsze pamięta, żeby dorzucić coś zupełnie od czapy, bo uważa, że życie nie składa się wyłącznie z prozy. Stąd w pomocowych paczkach Mamy można znaleźć czasem najdziwniejsze i absolutnie rozczulające rzeczy. Bo dla niej to zupełnie oczywiste, że dzieci potrzebują nie tylko ubrań, ale też kredek. Albo zabawek do kąpieli. A kobiety - torebek, apaszek, biżuterii. Myśli o wszystkim. Troszczy się o wszystkich.

Życie mojej Mamy nie było łatwe.
Urodziła się w czasie okupacji i ma wiele przykrych wspomnień z tym związanych. Powiedzmy sobie szczerze, że słowo przykre jest bardzo wysublimowanym eufemizmem.
Artystycznie uzdolnionej - rodzice nie pozwolili studiować na Akademii Sztuk Pięknych, choć o tym marzyła. Wybrali dla niej przyziemny zawód księgowej (z całym szacunkiem dla księgowych).
Bardzo młodo trafiła w małżeństwo, które okazało się kompletną porażką.
- Czułam się głupia - opowiada mi. - Brałam różne artykuły i czytałam je wielokrotnie, sprawdzając znaczenie słów, których nie rozumiałam. A potem następne i następne. Tak uczyłam się świata.
- Prowadziłam tacie księgowość, bo nie miał zamiaru nikomu za to płacić.
- Zrobiłam prawo jazdy na motor w tym czasie, co tata, bo jemu nie chciało się robić na kursie notatek.
- Nigdy nie miałam żadnych własnych pieniędzy. Ani nawet klucza do domu. Moje życie było kontrolowane w stu procentach.
- Marzyłam o tenisówkach i harcerskiej spódnicy, bo wszyscy je wtedy mieli. Kiedy udało mi się je w końcu zdobyć, trzymałam u koleżanki, żeby rodzice się nie zorientowali.
- Rodzice wydali mnie za mąż za człowieka, który od początku miał drugie życie. Bo tata chciał robić z nim interesy.


Nikt mnie tak w życiu nie wkurzył, jak Mama.
Nikt mi tak w życiu nie pomógł, jak Mama.

Zbierałam się do tej notki przez dłuższy czas. Relacje między matkami a córkami są tak skomplikowane, że mężczyźni, dajmy na to, nie są w stanie pojąć nawet ich ułamka. 
Całe szczęście, że moja Mama jest nieśmiertelna - to jedna ze sprawności, którą na pewno posiada. Świat bez niej byłby bowiem całkowicie pozbawiony sensu.

Na koniec oddamy głos Tacie. Mam nadzieję, że nie pogniewa się o odzieranie go z prywatności, bo zamówienie opiewało na głośne czytanie.


16 marca 2016

2262

No, niestety. Taka jest prawda. Jestem wykorzystywana i systematycznie brukana! Co więcej - nie dostrzegam perspektyw na lepsze jutro.


2261

U dentysty byłam.

- Poka, poka ten notes! - zamachałam paluchem.
- Ale ten od umawiania pacjentów?
- No...
- A co tam zauważyłaś?
- O, patrz. Jan Pomidor. Kto to jest? Dzień przed moją wizytą umówiony.
- Pacjent, a kto?
- Ale ile ma lat?!
- Starszy od ciebie. Czekaj! On się tu przeprowadził z Katowic! Chyba z tej dzielnicy, w której ty mieszkałaś!
- Dawaj PESEL!!!

Poleciałyśmy do kasy celem łamania Ustawy o ochronie danych osobowych.

- I co? Ten?
- Yhy.
- Chodziłaś z nim? - ekscytowała się moja pani stomatolog.
- Phi! Chodziłaś! Oświadczył mi się.
- No nie gadaj!!! I co?!
- No jak "co"?! Leczysz mi zęby z piętnaście lat i nie zauważyłaś, że nie nazywam się Pomidorowa? A już nie wspomnę o drobnym szczególe, że tyle samo leczysz zęby Panu Architektowi.
- Ale czaaaaad! Umówić ci wizytę dzień wcześniej?
- Oszalałaś?! Nie chciałam wyjść za niego za mąż wtedy i wcale nie potrzebuję spotykać go teraz. Jezu, jak on na mnie wrzeszczał...
- Że co?
- Że mu dwa lata życia zmarnowałam i mogłam powiedzieć, psiakrew.
- No, mogłaś, psiakrew.
- Tak, mogłam. "Cześć, jestem Łoterloo i nie wyjdę za ciebie za mąż. A ty jak się nazywasz?".
- Cha, cha. Faktycznie.
- Ale w sumie to cię zaskoczę, powiedziałam. Na samym początku mu powiedziałam, ale oczywiście nie słuchał. Faceci nigdy nie słuchają. A już na pewno nie czegoś takiego.

- Ty, ja nie wytrzymam. Teraz muszę wiedzieć czy to ten. Przecież go nie zapytam czy cię zna!
- Jak będzie płacił, to zawołaj do asystentki czy pamięta, na kiedy jestem umówiona i obserwuj reakcję.
- Genialne!
- Nie zapomnij mi powiedzieć. Świat jest mały, nie?

***

W zaistniałej sytuacji kwestia, że znowu się na mnie rzuciła hurtowo jak wściekła, zeszła na plan dalszy. Ale faktycznie - chwilowo wszystkie zęby mam zdrowe. I dostanę wkładkę, która ma łagodzić skutki zaciskania szczęk. Bo ja zaciskam i ścieram. Za nieprzytomności też. Każdy niesie swój krzyż.

***

Jak donoszą Źródła, przedpołudniami Leśniewski...


Za to wieczorami dostaje pierdolca.

15 marca 2016

2260

Wiem, że ja ciągle o tym psie i o tym psie, ale jeszcze nigdy nie miałam psa. Poza takim psem, który wpadł, zadzwonił, powiedział: Przyszedłem na obiadek, zeżarł, przekimał się i ruszył w dalszą drogę. Więc nie liczę. W dodatku Lesiek, pomijając chwilunie, gdy wkurwia mnie do białości, jest osobą sympatyczną, radosną, pozytywnie nakręconą, nieźle powaloną (czyli w moim typie), to i pisać się chce. I tylko trochę śmierdzi, ale mu wybaczam, bo nic za to nie może. Zresztą rekompensuje to grzaniem stópków czy też innych podróbków.

A powiem Wam, że najwięcej postów na facebooku publika ukrywa, gdy piszę o psie właśnie. Zaraz po psie idą buty. Czyli w ciemno możemy obstawić, że te drugie to mi tu banują panowie!!! Oprócz Oisaja, bo ten jest fetyszysta (zawsze lepiej niż faszysta, c'nie?). Pozostali faceci oczywiście też, tylko nie mają odwagi cywilnej, żeby się przyznać i żeby zaciemnić obraz, to mi ukrywają (ja wszystko widzę, uważajcie se). Co ciekawe, nikt nie wywala postów z filozofowaniem, choć jestem obrazoburcza, wszystkich obrażam i uporczywie się sprzeciwiam. To też podniecające - od razu widać, że lubicie się kłócić. A niby tacy milutcy, niu, niu, niu.

Zauważyłam również szalenie porywającą zależność, której za nic nie potrafię wytłumaczyć. Mianowicie jeśli piszę na fejsie post, który jest tylko wstępem do notki na blogu i do niej odsyła, to jest on zdecydowanie mniej popularny niż taki post dla postu. A już gdy napisałam o chlaniu wódy, to półtora tysiąca ludzi śmigło, nie nadążałam drzwi otwierać. (Kto nie ma zalajkowanego fanpejcza, te nie wie, o czym się rozprawia, bo nie czytał). Ktoś to umie wyjaśnić?

W każdym razie uprzejmie wszystkich informuję, że nie zamierzam się ugiąć, nie będę pisała o firankach szydełkowych, seksie pozamałżeńskim ani nic z popularnych tematów. Byłem blogiem niszowym, jestem blogiem niszowym i bendem blogiem niszowym i co mi zrobicie.

A tu pies. Uśmiecha się i mu błogo. Zdjęcie z wczoraj. ZANIM SPADŁ JEBANY ŚNIEG!!!


14 marca 2016

2259

- Brakuje nam tylko świnki - śmiało stwierdził Pan Architekt. - W nocy Lesiek by tupał pazurami, skakał na prosiaka, prosiak by kwiczał i uciekał, stukał raciczkami, budził koty, które warczałyby i prychały. Sam miód, za to zero snu.
- I wszyscy by SRALI. Na potęgę. A my byśmy tylko chodzili i sprzątali - rozmarzyłam się.
- I przepychaliby się w drzwiach tramwaju.
- Myślisz, że ktoś nam w takiej sytuacji przepisze leki?

Is the doctor in the house?

Miłego dnia, Moi Drodzy. Miłego dnia.

13 marca 2016

2258

Napalilim w kominku. Jak się okazało - psu.
Zdjęcia zrobione w przeciągu pięciu minut. Rozważam wykonanie z nich takiej książeczki, której szybko przerzucane strony symulują ruch. Kojarzycie, o co mi chodzi?









2257

- Mamooooo!!!


A to pomietło robaczywe!

(Urósł, nie?).

12 marca 2016

2256

Wczorajsza data winna odcisnąć się w historii (co najmniej) Polski złotymi zgłoskami. Zapamiętajmy ją, przekażmy tę wiedzę dzieciom. 11 marca 2016 roku - ruszono z posad bryłę świata, więc zmienił się na zawsze. Nic już nigdy nie będzie takie samo.
Oto nadszedł dzień, gdy zniesiono Leśku zakaz wchodzenia na piętro*.

Wydarzyło się to natychmiast po wyjściu na jaw okoliczności związanych z przyłapaniem Leśku i Ędwardu na wspólnej okupacji łóżka w pokoju gościnnym**.

Pies miał za zadanie zająć kanapę i dwa fotele (oraz podgrzewaną podłogę) w konfiguracji dowolnej na okoliczność ratowania biednego Edusia - który jest fajtłapą, ostatnią, bezbronną sierotą, przyjacielem świata, łagodnym barankiem, melepetą i dupą wołową - przed furiacką ekspansją śmierdzącego kmiota ze schroniska, więc w aspekcie zaistniałych okoliczności cała operacja straciła sens, a nasza dobra wola upadła i z hukiem roztrzaskała się o podłogę. Podgrzewaną. My tu kota ratujemy, chronimy, hołubimy, a on idzie na górę wylegiwać się w łóżku i woła psa, żeby go grzał.

Hau. Miau.

I to by było na tyle w kwestii wtrącania się w zwierzęcy świat.
To niech już śpi w łóżku, byle nie w moim, bo mu nogi śmierdzą.




* Który łamał z godnym podziwu zapałem i uporem.
** Drodzy Goście Przyszli i Hipotetyczni! Nie mamy pewności, że to jeszcze ciągle jest pokój gościnny. Być może jest to już folwark zwierzęcy.

11 marca 2016

2255

Za stodołą w fabryce toczy się rozmowa o środkach do mycia okien. Dyskretnie milczę.
- A ty czego używasz? - pada w końcu pytanie, które paść musi.
Wzdycham.
- Ja myję okna Zuzią, więc się nie wcinam.
Cisza. Boję się, że to już nienawiść*.

***

- Zuziu, ale tego nie wrzucaj do pralki. To trzeba czyścić chemicznie!





* Dlaczego ludzie zachowują się nienawistnie, kiedy wychodzi na jaw, że u nas sprząta Zuzia, a gotujemy z Panem Architektem na zmianę? Przecież ja nikomu nie zabraniam stosowania spersonalizowanych rozwiązań.

10 marca 2016

2254

Nie lubię Rzeplińskiego.

Nie mogę mu zapomnieć, że w styczniu ubiegłego roku przyjął papieskie odznaczenie Pro Ecclesia et Pontifice. W lutym 2015 roku felietonista Tygodnika Powszechnego pisał o tym wydarzeniu: "Teza, że człowiek wierzący nie jest w stanie bezstronnie interpretować zapisów konstytucji, to absurd". I ja się z tą opinią zgadzam, ale chodzi przecież o coś zupełnie innego.

Prezes Trybunału Konstytucyjnego w czasie swojej kadencji nie może przyjmować żadnych nagród ani obnosić się z preferencjami, w tym wyznaniowymi. Zajmuje bowiem jedno z najważniejszych stanowisk w państwie, a nie mam tu na myśli trzymania żyrandola lub, jak obecnie, długopisu. Podkreślam: to jest jedno z najważniejszych stanowisk w naszym kraju i to SPRAWCZYCH. Kryształowy życiorys, absolutna bezstronność, nieokazywanie skłonności do żadnej grupy są w moim rozumieniu świata niezbędne, by piastować taki honor.

Wierzę, że kościół katolicki nagrodził Andrzeja Rzeplińskiego nie bez powodu i to na dwóch płaszczyznach*. Po pierwsze, bo jest przyzwoitym człowiekiem. Po drugie, bo hierarchowie tego kościola nigdy niczego nie robią bez powodu ani w przypadkowym momencie. Nagrodzenie Rzeplińskiego na poczatku 2015 roku i przyjęcie przez niego odznaczenia było manifestacją - poglądów i wpływów. Pamiętajmy, że to jest medal głowy obcego państwa! Jeśli pomyśleć o całej sytuacji w taki sposób - człowiek nie czuje się komfortowo.

Dodatkowo należy pamiętać, że każda organizacja o uregulowanym statusie prawnym może w naszym kraju korzystać z prawa do inicjowania kontroli konstytucyjności prawa w Trybunale Konstytucyjnym. Czy nie budzi Waszego niesmaku myśl, że czynny sędzia przyjmuje jakąś nagrodę od firmy, a potem orzeka w sprawie pracownika przeciwko tej firmie właśnie? Nie, to nie jest zbyt daleko idąca analogia. Takie zachowanie budzi po prostu moje wątpliwości, co do bezstronności tego sędziego.

Nie lubię więc Andrzeja Rzeplińskiego (Andrzej Dupa). Ale...



Chciałabym, żebyście spojrzeli z uwagą na zdjęcie i dobrze zapamiętali tę twarz.


Oto twarz człowieka, który w zaistniałej w naszym kraju sytuacji stał się symbolem praworządności, przyzwoitości i demokracji. Naprawdę nie potrafię sobie wyobrazić, jak on to wszystko wytrzymuje, skąd czerpie siłę niezbędną, by wytrwać przy jedynym słusznym stanowisku. Jak odpoczywa i odreagowuje człowiek, którego jakiś ćwok nazywa ajatollahem z Iranu?! Ludzie! Odpowiedzialność sędziego jest czymś absolutnie wyjątkowym - on niejednokrotnie odpowiada za ludzkie życie i musi to nieść. Nie będę dyskutowała na temat: sędzia lepszy - gorszy, kompetentny - niekompetentny, bo nie rozmawiamy o konkretnych osobach, tylko o etosie. Sędzia to nie jest byle kto**. A już szczególnie nie jest byle kim przewodniczący najważniejszego sądu w kraju - filaru demokratycznego społeczeństwa.

Walczą więc we mnie sprzeczne uczucia do tego człowieka, ale jedno jest pewne: bardzo mu współczuję. Tak, współ - czuję. Odpowiedzialność, którą wziął na siebie, to, że nie poszedł na łatwiznę, nie ugiął się, jest po prostu przytłaczająca. Te ataki, szlam i ściek wylewany mu na głowę, naciski różnego rodzaju - bo nie mam ni krzty wątpliwości, że są i to bezustanne...
Z całego serca mam nadzieję, że wytrwa. Bardzo mocno trzymam za niego kciuki. I za jego zdrowie - w końcu dobiega siedemdziesiątki.

Przyjrzyjcie się dobrze tej twarzy, bo ona przejdzie do historii.


* No, tak... Troszkę jestem złośliwa. Jak to ja.
** W przeciwieństwie do większości ministrów.

8 marca 2016

2253

Zabić drozda.
A właściwie żyrafkę.

Kto to zrobił?!
Ja tu cały czas leżałem! Z kosteczką.

Łoterloo: Myślisz, że on się kiedyś uspokoi?
Pan Architekt: Mam nadzieję. Inaczej nas wykończy.

7 marca 2016

2252

Oto jak popełnia się zbrodnie. I opieprz tu takiego, że mu nie wolno wchodzić na górę.


Łaskawej uwadze polecam spojrzenie. Wie dziad, że działa na granicy prawa.


Nie mogę przestać się śmiać z tych zdjęć.

5 marca 2016

2250

Nauczyłam Zuzię wielu rzeczy, jak to matka. Jedne były bardzo przydatne (np. jak sobie radzić w najbardziej absurdalnych warunkach czy żeby nie pić na pusty żołądek), inne przydatne lub nie (np. że auto jadące tyłem jest bardziej sterowne, a ser pleśniowy dobrze smakuje z konfiturą), jeszcze inne na pierwszy rzut oka zupełnie nieprzydatne (tu wymieniłabym chowanie butów do szafy, czego uporczywie nie robi). Są takie umiejętności, z których przyswojenia jestem zadowolona, bo uważam, że prędzej czy później mogą stać się użyteczne, są wreszcie takie, których posiadanie przez moją córkę jest powodem do dumy.

Co jest najważniejsze? Moim zdaniem - żeby starać się być dobrym człowiekiem. To jest pojemny worek i obejmuje całkiem sporo zachowań. Wiodącym jest szacunek do innych i omijanie szerokim łukiem pogardy. Istotne dla osiągnięcia celu wydawało mi się zawsze powstrzymywanie się od ocen.
Co? Że łatwo? Nic bardziej mylnego. Choć jeśli zaczniesz wcześnie, jest szansa, że takie zachowanie wkoduje się w system raz na zawsze i będzie łapało z automatu.

- Niedobre - mówiła malutka Zuzia, wykrzywiając buzię z obrzydzeniam nad talerzem eksperymentu kulinarnego.
- Nie mów "niedobre" - reagowałam natychmiast. - Powiedz, że ci nie smakuje. Mnie smakuje, więc nie może być takie całkiem niedobre. Nie smakuje ci?
- Nie smakuje - potakiwała, zadowolona, że ją pytam o opinię.
- Skoro ci nie smakuje, to zabiorę i możesz zjeść coś innego.
W ten oto zgrabny sposób w jednej chwili uczyła się wielu rzeczy:
- żeby słowami nie krzywdzić innych,
- jak wyznaczać granice, a więc ma prawo do własnego zdania, które inni powinni uszanować,
- że warto spróbować czegoś nowego, bo to nie wiąże się z obowiązkiem pozostania przy tym na stałe, a nie ma sensu zamykać się na każdą inność.

Ta sama reakcja obowiązywała w każdej sytuacji. Nie mówiłyśmy, że Jola ma brzydka sukienkę - tylko, że nie w moim typie. Ani że Staś jest głupi - raczej, że nie przepadamy za jego zachowaniami. Rzeczy, zjawiska, zachowania nie są bowiem jednowymiarowe i jednoznaczne. Zuzia zrozumiała, o co chodzi niezwykle szybko i zostało jej to do dziś. Co wcale nie jest ani łatwe, ani oczywiste, bo mój tato wciąż feruje wyroki.
- Paskudne - oświadcza i nie przewiduje dyskusji.
- Nie, tato - reaguję. - Ale rozumiem, że ci się nie podoba.
- Jest paskudne.
- Nie musi ci się podobać, ale na pewno nie jest paskudne.
- Jest.
- No, popatrz: dwuletnie dziecko rozumiało różnicę pomiędzy ocenianiem a wyrażaniem własnej, niekrzywdzącej opinii, a stary, uparty chłop nie. Mnie by było głupio.

O wyroki potykam się nieustannie. Niesłychanie łatwo jest wyrzucić z siebie pogardliwie negatywną ocenę, znacznie trudniej powstrzymać się od tego, a najtrudniej wyrazić opinię w taki sposób, by nikogo nie zabolało. Natomiast szczytem wtajemniczenia stało się coś przemilczeć.

Miłej soboty Wam życzę.

4 marca 2016

2249

Nie wiem, jak Wy, ale ja uwielbiam gotować. Nie znoszę tylko jednej rzeczy i na pewno już o tym pisałam* - konieczności codziennego wymyślania nowych potraw. Bo moja rodzina dwa razy z rzędu nie zeżre tego samego, takie rozpasanie. W związku z powyższym już dawno tupnęłam nogą i podzieliliśmy się obowiązkami: Zuzia sprząta, a gotujemy z Panem Architektem tydzień na tydzień.

Reguła ta lekko zluzowała, gdy przeprowadziliśmy się do domu. PAT wykonuje bowiem wiele czynności, których ja w ogóle nie tykam**, a nawet nie zaprzątam nimi swojej ślicznej główki. Przynajmniej nie wtedy, gdy koniecznie nie muszę***. Na tę okoliczność gotuję częściej niż on bądź też olewam temat i nie jemy obiadu. W końcu mieszkają tu trzy dorosłe osoby, a zwierzyniec wciągnie chrupasy.

Ale do rzeczy. Najbardziej więc męczy mnie konieczność wymyślania dań, a także brak pomysłów na coś szybkiego i smacznego. Oczywiście korzystam z podpowiedzi internetów, ale jestem w tym względzie okrutnie kapryśna, mało co mnie przekonuje. (Polecam Wam jedno z nielicznych miejsc, gdzie zawsze i z przekonaniem, czyli Dwie Chochelki). Finalnie dostaję wścieku, bo późno, mało czasu i pustka w głowie.

Wszystko piszę po to, żeby wrzucić jeden z moich ulubionych przepisów na szybkie danie, którego przygotowanie zajmuje pięć minut. Naprawdę. Słownie: pięć.

Biere się pierogi - ja biere z mięsem. Garmażeryjne, kupuję w Biedrze. Jak ktoś woli, to można ruskie albo inne, byle nie na słodko. Pierogi wykłada się na żaroodporne naczynia, ale nie do jednego dużego, bo potem trudno wyjąć, tylko po małym na łeb. Robi się sos pomidorowy wedle uznania. Zalewa pierogi. Na wierzch lu! po cienkim plasterku szynki, a na to ser żółty. Do piekarnika. Koniec.

Nie mówiłam, że pięć minut? Ciepłe, smaczne, inne, u mnie lubio. Można fantazjować z nadzieniem, sosami i nawet na słodko. Zapiekane pierogi są bardzo dobre, tylko nie kupujcie mrożonych, bo nie są wstępnie gotowane. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie napisała, że to się znakomicie komponuje z winem.
Na zdrowie.


* Podejrzewam, że osobą, która najsłabiej zna treść tego bloga jestem ja sama.
** Np. palenie w piecu czy prace w ogrodzie.
*** Bo, dajmy na to, kopnął się do Lądka Zdroju czy innych Paryżew.

3 marca 2016

2248

A kto to wpadł do nas z wizytą?


Państwo zwróci uwagę, jak się paczy niczym w Matkę Boską...

To jest Axel, nasz sąsiad. Ma już swoje latka i sporą nadwagę, więc tym bardziej doceniamy, że chciało mu się do nas zajrzeć. Lesiek oszalał ze szczęścia, trudno mi było zrobić zdjęcie, bo na każdym widniała tylko biała smuga. Co ciekawe, mimo takiego zaangażowania, przychodził na wołanie i nawet grzecznie siadał! (Axel też). (Chrupy są wszechmocne).

Axel jest bardzo dobrze wychowanym psem. Lubi zajrzeć, by sprawdzić, co tam u nas, czy nie potrzebujemy jakiegoś wsparcia, obwąchać kąty i nie ryje się przesadnie intensywnie do domu. Przychodzi, gdy go wołam, z chęcią udostępnia powierzchnię głaskalną, jeszcze chętniej częstuje się leśniewskim chrupkiem. Dziś wykrzesał z siebie po prostu maksimum - dwa razy po siedem sekund biegał i skakał z oszalałym ze szczęścia Leśkiem! Rozstaliśmy się z pewnym niedosytem (niektórzy z większym i musieli płakać przy furtce).

Tak - odpowiadam na niezadane pytania - Axel jest bez obroży. U nas wszystkie psy są bez obroży, z wyjątkiem Leśniewskiego. Większość ludzi ma też otwarte na oścież bramy i furtki, a podejrzewam, że i domy (choć nie sprawdzałam). Wiem, że tak nie powinno być, ale nie wchodzę w konflikt. Wejdę, jeśli mnie któryś ugryzie. Nie dom, oczywiście.
Kury też chodzą luzem i muszę krzyczeć na PATa, żeby wolno po wsi jeździł.
Szkoda żywego.

PS Sarny, lisy, jeże też chodzą luzem. A krety biegają stadami.

2247

Niewiarygodne, ile można uzyskać w ciagu jednego dnia. Potwierdza się teoria, że dzieci same z siebie nie są bachorami - po prostu nikt ich nie wychowuje. Od chwili, gdy zmieniliśmy nastawienie, Lesiek chodzi jak po sznurku. Wystarczy, że uśmiechnę się na ganku, a już do mnie gna. Siatka jest w tym pomocna.

Nauczył się już siadać na komendę, nie rzuca się na miskę, przychodzi na wezwanie. Fakt - mamy to nieprzećwiczone w terenie poza działką, ale na wszystko przyjdzie czas. Jest bardzo chętny do nauki, cieszy się całym psem ze swoich osiągnięć, a ja cieszę się całym człowiekiem, że tak dobrze nam idzie. Ponieważ Lesio jest ofiarą wszystkich błędów wychowawczych, które popełniliśmy, popełniamy i popełnimy, to jego pogoda ducha, pozytywne nastawienie i intelekt wydają się nie od rzeczy.

Podsumowując: od kiedy zostałam Królową Chrupek, mam w domu psa idealnego, co to - być może - i w balecie zatańczy. Żeby była jasność: staram się do Leśkowych wyczynów podchodzić z rozsądkiem. Nie mam do niego pretensji o poszatkowaną gąbkę, rozczłonkowane szelki czy ogryziony koci drapak. To jest szczeniak, swoje musi zniszczyć. Dbam jedynie o to, żeby nie zniszczył przedmiotów, na których mi zależy, więc skrzętnie chowam do szafy buty i zaraz przewieszę trochę wyżej te pięć torebek, do których mógłby dosięgnąć.

Utrzymanie porządku nie jest dla nas specjalnym wyzwaniem, bo przez te wszystkie lata koty już nas wiele nauczyły. Nawet najbardziej odporna na wiedzę osoba po trzydziestu siedmiu latach (to ja) obcowania z różnymi kotami zrozumie, że każdy z domowników idzie na ustępstwa. One też.
Przy psie trzeba po prostu chować inne przedmioty.
Wyznam Wam, że ja niespecjalnie przepadam za twórczym nieładem (dlatego drażni mnie niezabudowana garderoba, ale na brak forsy nie poradzisz - musi poczekać), więc jest mi po prostu łatwiej. Nie syfię - zwierzęta nie sprzątają. Nikomu nie jest przykro, nikt nie jest obrażony.

Mam inną życiową tragedię: ekspres w naprawie. Kawa, kawusia, kawulka, trzeba gdzieś pojechać, bo w szafce tylko napój kawopodobny (czyli rozpuszczalna). Pan z serwisu przed chwilą dzwonił, może wyrobią się na jutro - trzymta kciuki.

2 marca 2016

2246

Zniszczyliśmy Leśkowi jego małe, smutne, psie życie.


W dodatku napawaliśmy się tym małym zwycięstwem, zapraszając go do oglądania. Cierpiał dość rozgłośnie - wprost proporcjonalnie do naszej satysfakcji. Nie wiem, ile ona potrwa, bo na pewno zacznie szukać dziury w całym, ale było warto.
Prócz tego zasubskrybowałam sobie kanał na YT, mówiący o wychowaniu psów. A także włożyłam w kieszeń chrupki i nachrupkowuję psa przy każdej okazji.

W rozpaczy Leśniewski rozłożył swoje szelki na części pierwsze. Może nawet zerowe.


Udaliśmy się zatem do sklepu zoologicznego celem nabycia kolejnych. Cóż to było za wydarzenie! Sklepik wielkości zuzinego pokoju, w całości będący szwedzkim stołem. Pies oszalał ze szczęścia, próbując dobrać się do wszystkich otwartych paczek z karmami równocześnie. Wyszedł w nowych szelkach, z dwiema kośćmi i wędzonym uchem. Ja z uszczuplonym portfelem i numerem telefonu do pana obsługującego, który obiecał ściągnąć mi w przyszłym tygodniu najbardziej pancerne szelki, jakie tylko uda mu się zdobyć. Oglądałam takie w rozmiarze XL i mam nadzieję, że Leśniewskiemu zajmie trochę czasu ich anihilacja.

Poza tym czuję się niewyraźnie. Zdaje się, że bieganie boso w śnieżycy nie jest jednak moim powołaniem.

2245

Był wczoraj bardzo niegrzeczny. Bardzo. Trzy razy uciekał z posesji, przy czym raz przegonił mnie po połowie dzielnicy - w płóciennych balerinach i bawełnianej bluzie. Bo topniejącym śniegu. W intensywnie padającym śniegu. I nie udało mi się go złapać. Wodził mnie na pokuszenie, uskakiwał, wpadał pod samochody, do rowu z wodą, szczekał na wszystkich przechodniów, gonił dziecko - jednym słowem: skończyliśmy BARDZO pokłóceni. Do tego stopnia, że musiałam przyjmować liczne delegacje z transparentami o treści:

WYBACZ PSU!

Został skrzyczany, zwymyślany od najgorszych kundli, złożyłam mu solenną obietnicę, że skończy w schronisku i to w najlepszym wypadku. Rozsnułam przed nim również wizję konania w krwawej kałuży, spędzenia reszty życia w śniegu i o głodzie - nie zważając na porę roku, przyspawania wraz z łańcuchem do płotu do ostatka dni.
Wyobraźcie sobie, że nawet zniecierpliwiony sytuacją pies sąsiadów ruszył się ze swojego legowiska i przyprowadził tego parszywego kundla do domu. Naprawdę! I co? I gnój zwiał sprzed furtki.
Sąsiedzki labrador spojrzał na mnie przeciągle, wzruszył ramionami, pożegnał się i poszedł do siebie.

Lesiek za karę spędził sporo czasu w swojej kropkowanej budzie oraz we wzgardzie. Oświadczyłam, że będę go głodzić, nie wpuszczę do chałupy i szklanki herbaty na łożu śmierci nie podam.
- Są takie chwile, że go nie lubię - oświadczyłam Zuzi w kuchni.
- Ja cały czas.
- Tak cały, calutki?
- Prawie. Bo jak on potem paczy...


W końcu się zmęczył, świnia jedna, zgubił zęba trzonowego, nażarł się szynki, polędwicy, pościelił sobie pod główkę i pod nóżki i padł. Człowiek chciałby go znienawidzić i nie może, cholera jasna.

A przy obcinaniu pazurów dostaje ataków histerii. No, kretyn.

PS Dziś też już mi uciekł, żeby obszczekać sąsiadkę w jej własnym ogrodzie. Miarka się przebrała - jedziemy po siatkę i zniszczymy mu koncepcję. Na pewno będzie się podkopywał pod płotem, ale to też mu zniszczymy.

1 marca 2016

2244

Słuchajcie, Kochani.

Zanim ruszy kolejna edycja Macierzyństwa bez lukru, tym razem do trzymania na półce i w dodatku z gołymi babami w środku, możecie raz jeszcze wesprzeć Mikołajka. Na blogu MBL znajdziecie wskazówki, jak zadbać o swój kręgosłup, jak wykupić kurs z pięćdziesięciozłotową zniżką oraz informacje, jak 120 zł z wpłaconej przez Was kwoty trafi na konto Mikołajka w fundacji. Nie muszę pewnie tłumaczyć, że to kupa szmalu.

Przyjmiemy każdą pomoc, również z udostępnień i poleceń. Wiem, że umio, bo jeszcze nigdy się na Nich nie zawiodłyśmy. Zainwestujcie w zdrowe plecki i w różne artykuły pierwszej potrzeby dla naszego podopiecznego.

O, jak nam chłopak urósł!
Pamiętajo również, że Mikołajkowi można (a nawet należy) przekazać swój 1% podatku. Taka uwaga na czasie. W odpowiednich rubryce wybranego z czułością formularza PIT wpisujemy: KRS: 0000037904, a w „Informacjach uzupełniających - celu szczegółowym 1%”: 13401 Kamiński Mikołaj.

Oczywiście wolne datki równie mile widziane. A już za czas niedługi pobieżymy wszyscy do kioseczków, kupimy Macierzyństwo bez lukru 4 i będziemy się jarać. Zwłaszcza tym, co tam napisałam. Wszystkim Wam, którzy razem z nami pomagacie Mikołajkowi, serdecznie dziękujemy! Zważcie, że ulegam presji i zamieszczam tu zdjęcia swoich zwierząt (wliczając krety), szaf, a nawet twarzy. Wszystko to oczywiście z nadzieją, że Was zwabię i wciągnę. Bez tej myśli przewodniej, na okrągło bym się tylko wymądrzała i nie przyjmowała krytyki, jak to mam w zwyczaju. I nikt by tego nie czytał.

2243

Harpie.


Tak, buty stoją w dwóch rzędach. Siedem marnych półeczek i o co sprawa.
Półki ucięte na dole należą do Zuzi.
W promocji kapeć z uszkami i pies z uszkami. Przyjrzyjcie się uszkom, bo to już niedługo. Urwę uciekinierowi i koniec zabawy.