27 marca 2013

1132

No zeżarła mi cały sos do tortilla chips (by Lidl). I teraz muszę z majonezem. Kieleckim. I winem. O 23. Dieta taka.

Ostatnio ciągle zostawiają mnie samą w domu. Znaczy prawie samą. Bo koty jakoś nie kwapią się do opuszczania. Ędward nawet chce się podczepić pod tortilla chips. O wino nie pytałam. Może niesłusznie. Miałabym wymówkę, że nie piję sama. Jakby to miało jakieś znaczenie, oczywiście.

A tak w ogóle, to muszę się napić, bo znów się naczytałam o kobietach w islamie i tak cholernie jest mi smutno, że ojej. A najsmutniej, jak czytuję blogi Polek, co to chcą oswajać. Pojechały i oswajają. Moim zdaniem tego się oswoić nie da. I z jednej strony lektura mnie wciąga, a z drugiej budzi niepokój i złość. Nie mam pomysłu na złoty środek.
Oprócz wina, ma się rozumieć.

25 marca 2013

1131

Bardzo przepraszam, ja cierpię na niezwykle spowolnioną reakcję. Tak, wiem, nikt by nie podejrzewał. Ludzkość bowiem sądzi, że jestem jak błyskawica. Otóż nie. Refleksja mnie, zdarza się, nachodzi z dużym opóźnieniem. Pocieszające, że jednak w ogóle.

Przeczytałam bowiem w świątecznym wydaniu GW, jedynej gazecie papierowej, jaką kupuję (w weekendowym wydaniu pojawia się sporo interesujących felietonów, które studiuję potem przez cały tydzień), artykuł pod tytułem "Mimo afer dobro czyń". Nie, nie znalazłam w sieci, więc nie linkuję. O co mi jednak.
"...skandale wokół fundacji Maciuś i Kidprotect wydarzyły się w najgorszym momencie - wtedy, gdy przekazujemy 1 proc. podatku na organizacje. I podsyciły mity odstraszające od dobroczynności..."

Więc gdyby mnie ktoś spytał, co ja robię z moim jednym procentem, to odpowiedziałabym, że to samo, co każdego roku. Nic mnie nie podsyca, nic mnie nie odstrasza. Robię to od początku, teraz i zawsze, i na wieki wieków. W dodatku mam bezpośrednią informację od zainteresowanej, że pieniądze docierają, są, idą na rehabilitację.

Proszę, nie dajcie się wkręcić. Nie dajcie się odstraszyć. Nie pozwólcie, by obudziły się w Was wątpliwości. Na naszą pomoc czekają te same dzieciaki, co zawsze, te same zwierzaki, co zawsze, ci sami chorzy, potrzebujący, poszkodowani. Owszem, zdarzają się nieuczciwi ludzie, którzy chcą budować swoje wygodne życie na krzywdzie innych. Ale tacy byli jak świat światem. I to nas nie powinno zniechęcać. Absolutnie.
Więc jeśli nad PITem zadrżała Wam ręka, porzućcie tę wątpliwość. To tylko chwilowa słabość, każdemu może się przytrafić. Nie przejmujcie się tym. I śmiało! Potrzebujących jest MNÓSTWO.

A komu ja? Córeczce mojej koleżanki.
Fundacja Iskierka
Z dopiskiem: dla Kamili Ligęza.
Jak zawsze.

24 marca 2013

1130

Kilka tygodni temu.

Beneficjent: Te buty trzeba wyrzucić.
Sponsor: Te buty trzeba odczyścić.
Beneficjent: Ich się nie da odczyścić. Trzeba je wyrzucić.
Sponsor: Buty są pełnowartościowe. Ja jestem bezrobotna.

Dzisiaj.

Beneficjent okazuje odczyszczone buty w idealnym stanie.
Sponsor: Jak dokonałaś niemożliwego?
Beneficjent: Mydłem.
Sponsor: Magia mydła. Brawo. Zapewniłaś sobie posiłki na najbliższy tydzień.

Cierpliwość. Niezwykła zaleta. I bardzo praktyczna.


23 marca 2013

1129

Prezes wraz z Zuzanną, a właściwie całkiem oddzielnie, doznali dziś ataku wściekłej sprzątaczki. W pokoju na dole odbywało się masowe wywalanie pamiątek z dzieciństwa. W pokoju na górze natomiast - wywalanie pamiątek z wszystkiego. Trzy kursy na śmietnik z maksymalnie obciążonym dorosłym mężczyzną słusznych rozmiarów. W ostatniej chwili ocaliłam:
- kapciuch (legowisko kocie z gąbki, powleczone tkaniną) - Karol zainteresował się nim natychmiast,
- nosidło kocie (z gąbki, powleczone tkaniną) - mamy 2 pojemniki: plastikowy i wiklinowy, ale koty 3, więc gąbkowe w razie czego może być niezbędne,
- ikonkę Matki Boskiej Częstochowskiej (nie, żebym była z nią związana emocjonalnie z uwagi na boskość, ale dostałam od mamy),
- ozdobne ramki do obrazków (przydadzą się),
- chyba stuletnią kościaną szpilkę do kapelusza z turkusami, silnie wybrakowaną (no, ludzieeee...).
Na resztę machnęłam ręką.

Przywiązuję się do przedmiotów w sposób umiarkowany. Ale są takie, których ruszyć nie pozwolę. Wiatr w szafce cenię - wyleciało przynajmniej 15 pustych opakowań po badziewiu. Ja nie kolekcjonuję, żeby była jasność.

Muszę dokonać dzieła, jak będę sama w domu. I tak nikt nie zauważy.

19 marca 2013

1128

- Ciocia A* ina! - nieletni na mój widok zameczał jak koza i czmychnął do swojego pokoju.
- Byłaś u fryzjera - stwierdziła matka nieletniego, studiując moją fryzurę. - I ściągnij okulary.
Z pokoju dochodziły histeryczne wrzaski, przeplatane rozpaczliwymi komunikatami na temat mojej inności. Trzeba się było widowiskowo dostosować. Włosów nie zamierzałam zmieniać, wyjęłam więc z torebki etui na okulary i udałam się w kierunku. Na mój widok nieletni podkręcił decybele.
- INAAAAAA!
Ostentacyjnie okazałam etui, ściągnęłam okulary i schowałam je. Nieletniego minimalnie przytkało. Podniósłszy brew, w nieoczekiwanej ciszy zapytałam:
- Teraz dobrze?
- Ta.
- A kto ty jesteś?
- Gangsta.
W pełni się zgadzam. Gangster jak malowanie.



* Uparty potwór nie chce powiedzieć "Asia". Że nie umie? A HIPOPOTAM  to umie?!

16 marca 2013

1127

Otóż gdy jestem sama w domu, kocięta dziwnym trafem całkowicie zaprzestają obnoszenia się ze wstydem, że maminsynki. I córeczka też. Nikt się nie krępuje, że niby dorosły, a lubi z mamunią, najlepiej cały czas. Naturalnie gdy dom się wypełnia, porzucają mię ze wzgardą, udając, że absolutnie nie, NIC nie mamy ze sobą wspólnego i - coś takiego! mieszkamy na tym samym piętrze? Co też pani opowiada. Poza Ędwardem, który się wziął przypisał do mamuni, więc nie musi odczuwać skrępowania, może na mnie wisieć przez 24 godziny, a jeśli nawet nie pozostaje w kontakcie organoleptycznym, to przynajmniej werbalnym bądź wzrokowym (niepotrzebne skreślić).

Ale.
Otóż, drodzy słuchacze, omawiamy dziś przecież nie tyle sam fakt, co sposoby jego realizacji.

Taki Karol na przykład, on się nie krępuje w sposób rozpasany. Zalega, dajmy na to, na parapecie kuchennym, na kocysiu - a jakże - od dołu grzeje, od boku wieje. I mruczy jak zdefektowana wiertara z udarem albo i też młotowiert. Jeśli nie zareaguję na to wezwanie właściwie (w jego mniemaniu) i nie przylecę natychmiast, by miźnąć tam i owam, za uszkiem podrapać, w ostateczności pod bródką, ćwierkanie z siebie wydobywając (a cio tam, mój ślicny synecku, najpiękniejsy na świecie kotecku) - mobilizuje swe tłuste zwłoki i przybywa, by lizać mnie w łokieć. Teraz, uwaga, ironia i sarkazm: uwielbiam. Kot ma język trący, po ślinie robi mi się gęsia skórka i z ryja mu jedzie, że daj pan spokój. To idę i ćwierkam.

Z kolei Ędward przetruchtuje mimo mnie boczkiem, na paluszkach, zezując z lekka oczkiem od strony. To jest manifestacja. Że niby niezainteresowany. Przypadkiem przechodził. Powinnam przecież wiedzieć, że niepojęte, czemuż to, ach, czemuż nie rzucam się szczupakiem na glebę, by za ogon ciągnąć (no coooo? on tak lubi), futerko miętolić i między opuszkami łaskotać, ćwierkając radośnie (a cio tam, mój ślicny itd.). W razie mojej porażającej tępoty, która nie pozwala mi zrozumieć intencji twórcy, kładzie się w odległości maksimum 150 cm i paczy z wyrzutem. Dziecko z bidula.

Zocha natomiast wykazuje troskę o mój kręgosłup, usadawia się na wysokości "nie rób sobie kłopotu i się nie schylaj", uchyla otwór gębowy i pcha mi twarz w dłoń. Pilnuje przy tym, by rzeczona szczelnie przylegała, szczególnie w okolicach nosa. Oddycha w tym czasie przez uchyłek lub też uszami, nie mam pewności. Zdarza się również, że mnie obłazi - prezentując przy tym godny podziwu upór - zwala się na mnie całym kotem wagi ciężkiej i mućka. Gdy się jej znudzi, pozostaje mi odrętwiała noga oraz ośliniony rękaw.

I tak się zabawiamy przy sobocie, gdy chata wolna. I pomyśleć, że jeszcze 20 lat temu rwałabym w noc lub w najgorszym razie nadużywała napojów alkoholowych. Tymczasem wino przegrało dziś z lenistwem. Do czego to doszło.

14 marca 2013

1126

Córka moja Zuzanna zgubiła dziś telefon. O, ironio! Powtórka z rozrywki. Sama przerabiałam to w grudniu po południu. Oczywiście dramat, oczywiście brak kopii zapasowej. Gdyż uczymy się zasadniczo wyłącznie na własnych błędach i mądry Polak po szkodzie, bo tak ma w dowodzie.

Jeśli ktoś chce spytać, czy mam kopię zapasową - otóż mam. Frakcja Jabłka* ma w pakiecie Chmurę - cudowny wynalazek. Już było o tym u Be (nieco sceptycznie), a właściwie w komentarzach (bardziej entuzjastycznie).

Oszczędzę szczegółów w postaci łez, chlipania, rozmazanych makijaży, leżenia na podłodze pod wezwaniem "chcę mój telefon z powrotem", telefonów do operatora "zablokuj", telefonów do operatora "odblokuj", wizyt w salonach, wizyt w sklepach z telefonami, finansowych załamań nerwowych, Salomonów, co i z pustego nie.
Kiedy siedziałyśmy u operatora, odbierając duplikat karty oraz sondując, czy coś da się ukręcić taniej i tym podobne, zadzwonił telefon. Nie wiem, czemu odebrałam, bo ja zwykle w takich sytuacjach - wiadomo.
Młody głos damski poinformował mnie, że telefon odnaleziono, pragnie się zwrócić i jakie są znaki szczególne. Oddałam telefon ofierze. Po chwili wróciła z adresem i wiadomością, że po 19.
O 20 zadzwoniłam do S.
- Byłeś z Zuzią po telefon? - zapytałam prześladowana wizją krwawych morderców tudzież stręczycieli.
- Byłem.
- I?
- I mamy.
Szczegóły poznałam nieco później.
Telefon wypadł na ulicy. Podniósł go starszy pan i zabrał do domu. Oboje z żoną nie potrafili "dobrać się" do niego, żeby do kogoś zadzwonić i powiadomić o odnalezieniu. W związku z tym pojechali do wnuków, bo - wiecie państwo - wnuki lepiej się znają na tych technologiach. Chciało im się pojechać, mój Boże... I wnuczka się włamała. I zadzwoniła do mnie, bo w końcu nazywam się w tym telefonie Mamusia. Ze swojego zadzwoniła, bo ten już był zablokowany.

I chciałam tylko powiedzieć, że to takie krzepiące. I nieprawda, że świat jest zły, a ludzie podli.
Więc piszę o tym, bo dobra nie wolno zatrzymywać dla siebie. Niech leci dalej. Niech wiedzą.
A ja jutro kupię kwiaty i pojadę podziękować. Jak mama.


Matka Chrzestna opowiada.
- U nas są dwie frakcje. Frakcja Jabłka (panie) i Frakcja Szajsunga (panowie). Obie nie przyjmują argumentów strony przeciwnej.

Moja opinia: Jabłka są lepsze i koniec. Wiecie, że one się widzą? Wiecie, że pomiędzy można za darmo? O różnicach pomiędzy Jabłkami a PeCetami nawet nie wspominam, bo żenada.

13 marca 2013

1125


Dorenka wyróżniła mnie nagrodą The Versatile Blogger.


Naprawdę lubię dorenkę. Jest niesłychanie interesującym zjawiskiem - skupieniem w jednej, smukłej niczym trzcina osobie cech i przymiotów, których by się człowiek w takiej konfiguracji nie spodziewał. A najbardziej by się nie spodziewał, że ta młoda, wiotka, uśmiechnięta artystka powiła szczęśliwie sześcioro dzieci. I ogarnia! Nie tracąc przy tym poczucia humoru oraz zdrowego rozsądku. Pozazdrościć.

Sama sobie dorenkę znalazłam (tak to piszę, bo jestem z siebie bardzo dumna). Wzięła bowiem udział w pewnej burzliwej dyskusji na tematy MbL-owe. Wraz z Chudą uczestniczymy w tym niejako "z urzędu" - moderować nie możemy, ale wystawiamy miękkie tyłki na różne kopniaki. (Mój ulubiony: pocośtedziecirodziła?!). Zasadniczo bierzemy na siebie odium bełkotu i nienawiści niektórych osób, więc każdorazowo bardzo się cieszymy, gdy któraś z autorek zechce nam towarzyszyć.

I, rozumiecie, wystawiam ten tyłek, a tu patrzę... głos rozsądku (przechodzi ludzkie pojęcie). Mało tego! Ładną polszczyzną, z uzasadnieniami, bez zaperzania i zamykający kilka wrzeszczących gąb. Od razu mi w oko wpadła. Z początku tylko obserwowałam, jak zręcznie wybija niektórym tumanom oręż z rąk, a potem oczywiście nie wytrzymałam. I tak dorenka dołączyła do moich blogowych i facebookowych znajomych. Bardzo sobie chwalę.

Dlatego traktuję te dorenkową nominację jako wyróżnienie. Zwłaszcza że uroczo ją uzasadniła. A nie mogła przecież wiedzieć, że apopleksji dostaję na widok łańcuszków. Więc z sympatii i szacunku postanowiłam tym razem odłożyć swoje zasady na półkę i... wykonać połowę łańcuszkowych poleceń. Właściwie większą połowę, bo odpuszczam ostatnie - zatrzymam to szaleństwo na sobie i dalej nominować nie będę. Mam nadzieję, że mu wybaczysz, Mamo Szóstki?

Czyli tak:
A. Podziękować nominującemu bloggerowi na jego blogu (done).
B. Pokazać nagrodę u siebie (done).
C. Ujawnić 7 faktów o swoim życiu (nie wiem, czy się uda coś oryginalnego stworzyć, bo wszystko o mnie wiecie).

1. Jestem nastawiona na odbiór i raczej małomówna. Oczywiście wiedzą to tylko ci, którzy są ze mną naprawdę blisko, ponieważ gadatliwość, głośność i pajacowanie jest moim mechanizmem obronnym w sytuacjach stresowych. Ale staram się nad tym pracować, by móc sobie milczeć, ile dusza zapragnie.
2. Często bywam spięta i zestresowana, bo się bardzo martwię, żeby komuś czymś przypadkiem nie wyrządzić krzywdy. W większości sytuacji są to naturalnie moje urojenia. Co nie zmienia faktu.
3. Kompletnie nie potrafię kłamać i ubolewam nad tym straszliwie. Automatycznie udzielam odpowiedzi zgodnych z prawdą, a potem mam ochotę kopnąć się w głowę.
4. Marzę o domu nad morzem. Bałtyckim. I żebym mogła mieć swój kawałek plaży, na który nikt nie włazi, nie mówi do mnie, nie zmusza do jakiejkolwiek aktywności (nawet do powiedzenie mu, żeby spie... yyy... poszedł sobie precz). Cisza. Szum. Sama. Cudowne - nierealne.
5. Od dziecka uporczywie śnię o tym, by obudzić się pewnego ranka i... być piękna. Przez 24 godziny. Bardzo chciałabym się dowiedzieć, jak to jest, kiedy jest się piękną kobietą.
6. Chciałabym móc nie pracować. Lubię prowadzenie domu i wzdychanie nad światem, który dokądś gna. Zupełnie niepotrzebnie.
7. Mój mózg chadza zupełnie innymi ścieżkami niż mózgi większości ludzi. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Coś chyba mam z połączeniami nerwowymi. Nie mówię 90% rzeczy, o których myślę, bo nie konweniują i boję się, że mnie w końcu zamkną w psychiatryku. Akceptuję to u siebie, ale boję się, że inni nie zaakceptują tego za cholerę.

D. Nominować 15 blogów, które na to zasługują.
No to pas. Mam nadzieję, że dorenka mi wybaczy, że tego jednego nie wypełnię. Proszę, abyś spojrzała na to od drugiej strony: z czterech zrealizowałam trzy :o)

PS Pamiętacie skecz Laskowika i Smolenia o sklepie warzywnym?
- Tjaktoj się zepsuł.
- Ile traktor ma kół?
- Cztery.
- A ile się zepsuło?
- Jedno.
- To trzy są dobre!

12 marca 2013

1124

Bieżę płacić dziecku za komórkę, patrzę, a tu jakaś dziwna kwota. Otóż wysoka, jak się można było domyślić. Ściągam rachunek szczegółowy - jest. 2 smsy specjalne na kwotę brutto 22,14 zł. Wrzeszczę przez całe mieszkanie (nie wrzeszczcie do mnie przez całe mieszkanie):
- Doładowywałaś "chomika" w lutym?
- Nie.
Hmmm...
Ani chybi wysyłała coś bez sensu i teraz mamy. Z kieszonkowego potrącę. Na wszelki wypadek sprawdzam numery na "chomiku". Inne.
- Gdzie słałaś smsy specjalne?
- Nigdzie.
Jasne. Święty turecki słał.
Lekka awanturka wisi w powietrzu.
- Na jaki numer? - napływa z drugiego końca chałupy.
- 7928.
- Sprawdź se w góglu.
Sprawdzam. Mnóstwo wątków. Zasadniczo przebijają się dwie koncepcje. Jedna to firma Creative Team, do której nie tyle się pisze, co otrzymuje od niej smsy. Za 11,07 zł. Zgadza się.
- Korzystasz z Creative Team?
- Nie wiem nawet, co to jest.
Druga opcja to gry, które obsługują się same, pobierając opłatę za sms, wysyłany automatycznie, poza skrzynką. Każdy za 11,07 zł.
- To gry!
Z pokoju napływa cisza, bo w końcu gra.
Na forach mnóstwo postów o odrzuconych reklamacjach. Obawiam się tego samego, ale dzwonię do BOK. I... coś jest na rzeczy. Miła pani wysłuchuje mojej prośby o przyjęcie reklamacji oraz zablokowanie smsów specjalnych i informuje od ręki, że reklamacja jest niezasadna, ale... zwrócą mi te pieniądze w kolejnym rachunku. Oraz natychmiast blokują smsy specjalne wychodzące i nadchodzące. Na koniec pyta, czy takie rozwiązanie mnie satysfakcjonuje. Owszem. Dziękuję jej uprzejmie, biorę nazwisko, proszę o potwierdzenie mailem i życzę miłego wieczoru.

Czyli niby niezasadna reklamacja, ale rozpatrzona pozytywnie. Pewnie jakby poszperać na stronach UKE, to coś się na ten temat znajdzie, co?
No to uważajcie na nigdy niewysłane smsy specjalne. Najlepiej zablokować cholerstwo od razu i z głowy.

7 marca 2013

1123

Stało się.

Stary blog odszedł w niebyt. Opuścił nas po wsze czasy. Werble.
Troszkę dziwnie się czuję, choć już raz to robiłam. Palec pod budkę, kto pamięta, że zaczynałam od blogu "donoszę uprzejmie"? Niedługo tam byłam: od 17.11.2006 do 17.02.2007. A potem się dziecko na podwórku pochwaliło i sąsiedzi zaczęli mi pod kołdrę zaglądać. Długo się dziecko nie dowiedziało, jaki jest nowy adres. A ti, ti!
Teraz jest łatwiej, bo moje poczynania interesują Córkę w mniejszym stopniu. Ech, życie, życie...

6 marca 2013

1122

Rozpacz po oblanym egzaminie na prawo jazdy odrobinę opadła. Zmieniła się też wersja przyszłych wydarzeń z: nigdy więcej nie będę zdawała, na: będę tam siedziała aż się jakieś miejsce zwolni. To dobrze.
Stres ją zjadł, niestety - ręce się trzęsły i samochód zgasł.
Bywa.

Tymczasem wciąż nie zostałam alkoholiczką.

3 marca 2013

1121

Włos się nas ostatnio nie trzymał. W moim przypadku to jeszcze pół biedy, bo fryzura przy czaszce, więc gdy sierść linieje, to nie zatyka wszystkich odpływów i nie wypych poduszek. Ale Córka? Boszszsz... Wszędzie te kudły. Na podłodze kudły. W łóżkach kudły. W żarciu kudły. W łazience kudły. W mojej szafie jej kudły. I nie da się ich "wyodkurzać" z dywanu. Masakra.
Rozważałam skok nocny z maszynką i na zero.

Okazuje się jednakowoż, że jest sposób. Nie wierzyłam, że to się uda, bo niezliczone próby używania różnych specyfików mam za sobą, więc rozpoczęcie kuracji przemknęło mi jedynie przez wyżyny świadomości. Dwa tygodnie później zastygłam niczym współczesna żona Lota, taka z rurą od odkurzacza w garści. Czegoś mi brakowało. Wpadłam na to dopiero po dłuższej chwili. Nie ma kudłów! Wcale! Ożeszty...

Po zakończeniu sprzątania czem prędzej pognałam na najbliższego Rossmanna i znalazłam 5 produktów. Jak się okazuje - firma oferuje 20. Mamy wypróbowany ten:


A do kompletu szampon i mgiełkę z czerwonej serii. Nie do wiary, ale różnicę zauważyłam już po pierwszym użyciu. To takie rzeczy są w ogóle możliwe? Za 15 zeta?

Bardzo polecam, naprawdę. Super sprawa. Coraz bardziej lubię tę krakowską Farmonę. Muszę chyba przetestować kosmetyki, które do tej pory mijałam obojetnie.

1 marca 2013

1120

Już zaczęłam się obawiać o zdrowie psychiczne mojego koteczka Edeczka, który jakby nieco spochmurniał, skapcaniał, rozwalił się na fotelu i przybrał filozoficzny wyraz twarzy. On się na takie wyrazy nie zdobywa wszak. Usiłowałam go zachęcić. Rozpogodzić. Zainteresować. Nic.
Ani chybi coś się kotku pogorszyło w środku, pomyślałam z obawą.

Przed chwilą przed moim oczami przemknął huragan schodowy. Konkretnie dwa huragany. Pierwszy: huragan Zofia. Zapinkalał pod górę aż się kurzyło (trzeba posprzątać). A po chwili w dół. Łubudu. Za huraganem Zofia, radośnie podskakując, gnał huragan Edward.
Czyli nie chodziło o zachętę, tylko o zachęcającego.

Kolejne dziecko dorasta - mamusia przestała być osią wszechświata. Ech, życie...