31 sierpnia 2013

1244

Dziś dzień pod wezwaniem Babci Sąsiadki.

Wyskoczyłyśmy (jaka fajna nazwa na poruszanie się z prędkością 1 km na 10 godzin) sobie na piwko do wcześniej eksplorowanego miejsca. Właściwie to ja piwko (małe), a Babcia Sąsiadka, przepraszając usilnie, na soczek ze świeżej marchewki. Uzasadnieniem było pobranie większej ilości środków przeciwbólowych na okoliczność wstania z łóżka (mam randkę z Asią, wstać trzeba).
Przy okazji dowiedziałam się, jak Babcia Sąsiadka podlega rozwojowi. Otóż wyobrażą sobie, że postanowiła dziś użyć szminki! Niestety się nie udało, bo prawą ręką nie ma możliwości, a lewą nie wychodzi. Postanowiłam więc podarować Babci Sąsiadce błyszczyk do ust z gąbeczką, w kolorze w miarę neutralnym. Powinna dać sobie radę.

W przyszłym tygodniu postanowiłyśmy odbyć wycieczkę do IKEI, bo Babcia Sąsiadka nigdy nie była, a katalogi właśnie dostarczono i to jej działa na wyobraźnię. A jak ją powiadomiłam, że będzie mogła usiąść w każdym fotelu i poleżeć w każdym łóżku, to się zapaliła. Przy okazji nęciłam także posiłkiem w IKE-owskiej restauracji. Zakładam, ze zabawa nam się uda.

Natomiast w następną niedzielę udajemy się na lokalny festyn. Ja! Ale oj tam. Jak to mówi Babcia Sąsiadka: gdy nie masz innych rozrywek, to się cieszysz, że nie patrzysz w ścianę. To niech się cieszy. Dostanie piwo i zachęci się ją do czynnego udziału (pieśni). Nie będzie łatwo, bo - jak wiemy - wstydzi się mówić z powodu porażenia. Niemniej piwo czyni cuda. Szczególnie u osób, które nie piją, więc łatwo ulegają upojeniu alkoholowemu.

Machnęłam też sobie dzisiaj knedle ze śliwkami. Lubię gotować dla wdzięcznych odbiorców, więc widok Babci Sąsiadki, popiskującej nad talerzem, wzbudził we mnie zapał do mieszania w mące.
Jutro pierogi z kaszą gryczaną i grzybami.

Poza tym minimalnie spiskuję z Protoplastką przeciwko Protoplaście. Właściwie jest to spiskowanie dla jego dobra, tylko on tego nie rozumie. Nieważne, byle cel został osiągnięty.

A sprawa do załatwienia wygląda TAK.

30 sierpnia 2013

1243

Podła flądra mnie nabrała.

Zadzwoniła, jedna taka, i mówi, że jej zaproponowano kontrakt i ona zostaje. Ja jej zostanę zaraz. Dobrze, że odległość spora nas dzieliła, bo dostałaby w ucho - to pewne.
Wraca 17 września.

Będę mogła powiedzieć: przeżyłam. Jestem zahartowana. Nie było łatwo. Ech, te duże dzieci. Strasznie trudno to zaakceptować.

29 sierpnia 2013

1242

No i przegrałam z kretesem. Budowa ruszyła. Z bólem serca postanowiłam zostać niemym dokumentalistą oraz wynieść się stąd w cholerę w miarę nieodległym czasie.
Pan właściciel sąsiedniej działki wziął i postawił słupy, dzięki czemu, czego na zdjęciach nie widać, bo doopa ze mnie nie fotograf, koło domu uzyskaliśmy wąski przesmyk. Wyjechałam dziś spod garażu tyłem, żeby sprawdzić, jak z szerokością i promieniem skrętu. Zmieściłam się, więc wszyscy się zmieszczą. Gorzej w zimie, jak śniegu nawali i się ślizgawka zrobi.
Ale o to będę się martwić za kilka miesięcy.

SŁUPY GRANICZNE.


ZIELEŃ, KTÓRA CHWILOWO JESZCZE JEST. ALE TYLKO CHWILOWO.


1241

A co tam, mianowicie, u Zuzanny? To.


Co za radość, że sobie kupiła, bo inaczej wcale by się do matki nie odezwała.
(Oprócz tego dorwała się do internetu i sznupie mi po blogu).

28 sierpnia 2013

1240

Żebyśta se tam nie myśleli - rozprostowałam wszelkie członki mózgu i skończyłam kolejną książkę. Nie, nie aspiruję do ambitnej literatury! W cholerę się w życiu naczytałam, bo musiałam, to se tera czytam, co chcę i nikomu nic do tego. O!
Więc przeczytałam sobie Wampira z MO Pilipiuka. Wchodzi jak nóż w masło, jak większość jego książek. Ale ja nie o tym. O wątpliwości chciałam, co to się we mnie zasiała, wykiełkowała i wybujała ponad miarę w trakcie czytania. Mianowicie przestałam wierzyć, że Pilipiuk jest Polakiem.
No co się dziwią, przecież zaraz uzasadnię. Jakie to się nerwowe zrobiło.
Lecę cytatą, a potem rozwijam.

Do domu dowlókł się w porze kolacji. Luna powitała go leniwym szczeknięciem. Matka nakrywała już do stołu. Ojciec też zdążył wrócić z roboty. Obiad parował na stole. (...) Ojciec podreptał do barku i wrócił z flachą czyściochy. Wypili, potem wypili znowu. Kotlety stały się jakby mniej żylaste, a kartofle i surówka nabrały kolorów. Po piątym problem istnienia wampirów stał się mniej dokuczliwy. Po ósmym tytanicznym wysiłkiem trzech umysłów ustalili, że istnienie bytów bionekrotycznych, choć teoretycznie niemożliwe, jeśli już się przydarzy, nie stoi w sprzeczności z podstawowymi założeniami marksizmu. Dziewiąty toast ku czci wiecznie żywego Lenina wznieśli nie kieliszkami, ale jak się należy - szklankami po herbacie. Wreszcie koło północy, gdy butelka pokazała dno, Radek poszedł spać.*

Moi Mili! Coś tu jest nie halo.
Chłopak wraca do domu w porze kolacji. Można naturalnie dyskutować, o której kto jada, ale skoro ojciec przybył z roboty, a na stół wjeżdża obiad, to możemy zaryzykować, że nie jest później niż dziewiętnasta. No, dobra, niech Wam będzie! Dwudziesta. I teraz tak.
Troje dorosłych Polaków robi połówkę do północy. Czyli cztery godziny. Piją z kielonków osiem kolejek, a dziewiątą stakanem. I na koniec są nawaleni jak ruskie czołgi. Przy jedzeniu.
Kamaaaan! W cztery godziny to nawet ja, wyjątkowo słabowita, zrobiłabym połówkę solo. Prawdopodobnie potrzebowałabym odrobinę więcej (niż zwykle) czasu na stół z tymi tam, nogami. Ale może bym nawet nie śpiewała. Nie mówiąc o zataczaniu się.

I jakiej, do diaska, wielkości mają te kieliszki? Trzy razy osiem to dwadzieścia cztery. Tyle wypili kolejek i jeszcze im zostało morze wódki, więc dokończyli szklankami. No, proszę ja Was, to się rozgrywa w stanie wojennym. I nie ma mowy, żeby ojciec szedł do barku po kolejną flaszkę, bo była na kartki. Jedną się uwalili. We trójkę. Przez cztery godziny. Po jedzeniu.
Może to na Wyspach Bergamutach?
Bo w mojej ojczyźnie takie rzeczy nie-mają-miejsca!


* Nie dyskutujemy dziś o formie. Tak, ja też to widzę. Szczególne podziękowania należą się pani Magdalenie Byrskiej (korekta) i panu Rafałowi Dębskiemu (redakcja). I naturalnie winszujemy warsztatu.


A co do Mikołajka, to... ne spite!

27 sierpnia 2013

1239

O promocji

Otóż od dłuższego czasu wzbiera we mnie ta promocja i ujście musi znaleźć, w przeciwnym bowiem wypadku doznam potężnej frustracji, jeść przestanę, schudnę, zeschnę i do reszty zgłupieję.

Jedyny słuszny słownik internetowy (i nie będziemy teraz toczyć dyskusji na temat: czy naonczas Doroszewski przystaje) podaje następujące definicje tego słowa:
1. «działania zmierzające do zwiększenia popularności jakiegoś produktu lub przedsięwzięcia; też: każde z tych działań»
2. «prawo ucznia do przejścia do następnej klasy»
3. «przyznanie komuś tytułu naukowego lub stopnia oficerskiego; też: ceremonia takiej nominacji»
4. «zamiana pionka na figurę w szachach lub na damę w warcabach».
W moich rozważaniach porzucam kwestię zamian pionów, nadawania tytułów bądź też przepychania bachorów do kolejnych klas. Proponuję skupić się na działaniach zmierzających do zwiększenia popularności jakiegoś czegoś.

Słowo promować robi obecnie nieokiełznaną wprost karierę. Z jednej strony owe promocje napadają na nas w każdej placówce handlowej. Z drugiej - wdzierają się do życia za pośrednictwem mediów. Wszyscy coś promują. I to, Drogie Państwo, budzi we mnie sprzeciw.
Otóż.

Wychodzi gruba baba (czyli ja) na ulicę i promuje otyłość. Ciekawe, że nie promuje wieku średniego ani też pewnego zaangażowania intelektualnego. Bo mogę się zgodzić, że czoło moje, zdecydowanie myślą skażone, może się w oczy temu motłochu nie rzucić. Ale nie czarujmy się - wiek się rzuca. Więc czemuż to, ach, czemuż nie promuję bycia rycząca czterdziestką? Czemuż to gruba baba (czyli ja) nie może cierpieć na jakieś schorzenie, w tym - w najłagodniejszej możliwej opcji - horrendalne obniżenie przemiany materii? Czemu musi ona (czyli ja) promować otyłość? Nie wystarczy, że sama się sobie ostatnio nie kłania?

Idą parkową alejką dwie miłe panienki - w wersji hardcore: dwóch miłych młodzieńców, trzymają się za ręce i promują homoseksualizm. Dlaczego para zróżnicowana płciowo nie promuje heteroseksualizmu? Dlaczego choćby, jeśli są - dajmy na to - młodzi, nie promują przynajmniej związków pozamałżeńskich? Czy tych czworo z początku akapitu w ogóle może promować to, co promuje? To się naprawdę da?
I nie chcę już rozpatrywać obnoszenia się. Zanim kto słowo na ten temat z siebie wyrzuci, pytam: czy baba, kupująca w mięsnym schaboszczaka z kością dla męża nie obnosi się ze swoją heteroseksualnością?

Przykłady można by mnożyć - już to feministki, ateiści, wegetarianie itepe - ale mi się nie chce. Każde się tam rozejrzy wokół i se samo znajdzie. Wszakże bez przerwy łażą i promują.

Budzi jedynie moją uzasadnioną wątpliwość fakt, że chudzi, biali, katoliccy heterycy niczego nie promują. No co, nie starcza im wyobraźni? Nie chcą nikogo przekonać? Zachęcić nie chcą? Postawy swej nie propagują w narodzie? Dlaczego trzydziestoletni blondyn nie promuje aryjskości? Może się jaki zideologizowany murzyn przemaluje? Plakatówką, dajmy na to. Dla całkowicie przekonanych olejna.

Na czym, do ciężkiej cholery, polega promowanie? Otóż zgodnie z definicją słownikową, na podejmowaniu działań, zmierzających do zwiększenia popularności czegoś. Czy naprawdę ktoś uważa, że gruba baba (czyli ja) chce, żeby wszyscy mieli nadwagę? Czy naprawdę ktoś uważa, że istnieją ludzie, którzy chcą, by wszyscy byli homoseksualni? Czy to w ogóle możliwe? Jak zachęcić kogoś do zmiany zainteresowań erotycznych? NO JAK?!

Dlaczego większość osób występujących w mediach nie promuje głupoty? Tu bym akurat upatrywała działań zamierzonych. Ci rzeczywiście chcą, by odbiorca był na podobnym do nich poziomie. A nie promują. Ciekawe.

Quo vadis, świecie? Bo mnie się wydaje, że ciśniesz w ślepą uliczkę.



A tu prawda, pomoc dla Mikołajka, jak malowana. PROMUJĘ!!!

26 sierpnia 2013

1238

Mam przemyślenia na dwie notki, a tu za plecami ryknął mi telewizorem. I muszę.

Sensacja się zrobiła, bo firma bieliźniarska Chantelle zatrudniła do najnowszej kampanii reklamowej modelkę plus size. Podobno nosi ona rozmiar 44. Leżę i kwiczę. JA noszę rozmiar 44 i daję słowo, że tak nie wyglądam. Nawet jeśli nie brać pod uwagę tej pięknej, symetrycznej twarzy. No, chyba że ma 1,95 m wzrostu. To wtedy tak. Uwierzę.
Nie widzę w tej kobiecie nic nienormalnego. Jest szczupła (zwracam uwagę na wystające obojczyki), ma średniej wielkości biust, kobiece biodra. Jakie ma mieć? Absolutnie nie jest przydupiasta (tzw. sylwetka typu A). Po prostu ładna, proporcjonalna, zgrabna kobieta.

Internet i telewizja zadrżały w posadach. O, matko! O, ojcze! O, święta anoreksjo! O, przezroczysty listku sałaty! TOŻ TO PROMOWANIE OTYŁOŚCI.
Rzygałabym, gdyby mi się chciało zostać bulimiczką. Ale mi się nie chce, więc rzygam werbalnie.

Mnóstwo takich ludzi, którzy się lubią publicznie pokazywać, miało na ten temat coś do powiedzenia. Ale najlepszy był taki jeden, co to nazwiska nie znam, ale już widziałam gdzieś tę picusiowatą twarz (jak to się teraz mówi na wymoczków? metroseksualny, tak?). Teraz będę cytować. Uwaga!
Modelki muszą być szczupłe, bo to jest ich praca.
Koniec cytatu.

Czy tylko ja nie dostrzegłam związku przyczynowo - skutkowego?

Celebryci muszą być głupi, bo to jest ich praca. Słusznie Dorota Wellman w wywiadzie z Grzegorzem Giedrysem (Wysokie obcasy extra, nr 3 (18), lipiec 2013, s.26) stwierdziła:
I dziękuję, że nie powiedziałeś, że jestem celebrytką (...).
Też bym dziękowała na jej miejscu, bo to jest obraźliwe słowo. Przynajmniej ja je tak odbieram. Oby nie tylko ja. Zresztą na swoim miejscu też bym dziękowała, gdybym tylko była kimś, kogo choćby jedna osoba rozpozna na ulicy. Na szczęście nikt mnie nie rozpoznaje, więc mogę nie odczuwać wdzięczności oraz promować otyłość, ile tylko mi się chce.

I powiadam Wam, że już mi się ten temat wylewa uszami. O czym w następnej notce.

A film, który trzeba koniecznie obejrzeć do końca, aby pomóc Mikołajkowi, wygląda tak!

25 sierpnia 2013

1237

Mam spieprzone wszystkie komputery, jakie posiadam. W związku z powyższym osiągnęłam poziom wściekłości o nazwie TOP.

DU.PA!

24 sierpnia 2013

1236

Nie wiem, jak to się stało, ale w czasie obecnych wakacji mózg mi się zawiesił. Nie byłam w stanie wykonywać żadnych czynności, których wykonać absolutnie nie musiałam. Od komputera, o czym już było, odrzucało mnie na kilometr. Właściwie wciąż odrzuca, ale walczę z tym.

Z bardzo interesujących zjawisk: odrzuciło mnie nawet od książek. Ponieważ coś takiego nie zdarzyło mi się przez lat trzydzieści siedem (wiedzę tajemną posiadłam mając latek trzy), obserwowałam siebie z dystansem i niejakim zadziwieniem. Ale jak to? Od czytania?!
Nie wiem. Nie skonstruowałam żadnych wniosków.

W ramach przełamywania się i ogarniania, skończyłam dziś Zośkę Papużankę i powiadam Wam - warto. O "Szopce" bardzo fajnie napisała już wcześniej Chuda - i nie ukrywam, że mnie zachęciła, zwłaszcza że popchnęła też temat w rozmowie - więc pozwolę sobie nie powtarzać tego, co już zostało znakomicie wyłuszczone. Dość powiedzieć, że lekko się zawiesiłam na ostatniej stronie i trwałam tak czas jakiś, a w głowie myśli kłębiły się jak opętane. No i forma. Jeszcze forma! Jakkolwiek jestem przeciwniczka oddzielania jej od treści, to w tym przypadku niemożliwym jest nie pochylić się nad sprawnością werbalną autorki. Pyszności.

Prócz tego przełamałam lenistwo swe i dokonałam niewielkiej wyprzedaży na Allegro. Chwilowo zakończyłam wystawianie i rozpoczęłam zastanawianie na okoliczność: co by tu jeszcze wypchnąć, panowie, co by tu jeszcze pchnąć.
Od jutra biorę się za zaległości w księgowaniach.
No i szukam roboty.
Jakby ktoś coś.


O Mikołajku ustawicznie.

23 sierpnia 2013

1235

Po rozważaniach Chudej na temat długich weekendów, człowiek z miejsca na przegranej pozycji. Czymże tu zainteresować czytelnika w świetle takich dokonań! Nawet nie będę aspirować. Pozwolę sobie jedynie na kilka wtrętów o drodze powrotnej z Buska.

Pensjonariuszki wypoczęte, z lekka już znudzone, choć na pierwszy rzut oka wyglądały dość świeżo. Efekt ten psuł nieco wszechobecny zapach siarki, co jednak nie dziwi z uwagi na moce piekielne, mające pieczę nad zespołem mateczki i jej koleżaneczek. Niezwykle, co warto dodać, dobrze zakonserwowanych. Ani chybi diabli mają w tym jakiś udział.

Po przybyciu zostaliśmy wraz z ojcem przegonieni po parku zdrojowym oraz zaprowadzeni do najstarszego sanatorium w uzdrowisku, celem docenienia jego uroku. Nie było mi dane. W środku smród był tak potworny, że wycofałam się rakiem po wykonaniu zaledwie dwóch kroków. Zysk jednak jakiś jest - posiadłam wiedzę konieczną: nigdy nie będę leczyć w ten sposób kośćca tkniętego osteoporozą. Rzecz nie podlega dyskusji.

Z litości zaproponowano mi (wyrobnikowi kierowniczemu) kawę i ciastko, ale nie dano spożyć w spokoju. Było to działanie wielce podstępne, gdyż restauracja na tyłach miała przecudnej urody ogród, na który spoglądało się znad filiżanki. Rozsiadłam się i poczęłam chłonąć widoki oraz aromaty, gdy rodzicielka z szatańskim błyskiem w oku zadała mi pytanie:
- Wiesz jaka jest jedna z najpoważniejszych chorób emerytów?
- Pojęcia nie mam.
- PPP.
- ?
- Plują, pierdzą, przepraszają!
Jako żywo do emerytury mam daleko, ale zakrztusiłam się napojem i o mały włos awansowałabym do grupy. Protoplastka kuła żelazo póki gorące.
- Ta jednak nie jest najgorsza.
- Nie? - wyjęczałam, spodziewając się atrakcji.
- Nie. Najgorsza to SKS.
- Aż się boję spytać...
- Starość, k..., starość!
I zakwiczeli we troje, lat w sumie 227.

Podróż zaplanowałam opłotkami, z widokami, więc trwała długo i namiętnie. Wszyscy troje starali się ją jakoś urozmaicić. Trzeba przyznać, że całkiem nieźle udaje się to tacie, cierpiącemu na permanentną głuchotę psychologiczną. Dialogi prowadzone z nim w takich sytuacjach dość trudno odtworzyć, ale sięgnijcie do jakiegokolwiek skeczu z przekręcaniem wypowiedzi i macie na talerzu. W dodatku robi to w pełni świadomie i z premedytacją. Kiedy bowiem na stronie relacjonowałam mamie jego nieposłuszne zachowanie w czasie jej nieobecności, każdy detal słyszał ze stu metrów.

Tereska też nie z tych, co zasypiają gruszki w popiele. Barwnie opowiada o zdarzeniach ze swego życia, a ma ich wiele, już to z powodu wieku, już to ruchliwości i wścibstwa.
- Gdy byłam dzieckiem, to mieliśmy, rozumiesz, takiego psa. Jego buda stała tuż przy wejściu do stodoły i ten głupek za każdym razem obszczekiwał albo gryzł wchodzącego do niej konia. Koń nieszczególnie się tym przejmował, bo pochodził ze wsi i nie takie rzeczy widział.

Dość powiedzieć, że porozwoziłam ich do domów, pownosiłam walizy, wróciłam do siebie, przysiadłam na kanapie i... obudziłam się przed północą.
Oni są zdecydowanie z lepszego materiału.


(Jak zwykle nie zapominamy o Mikołajku).

21 sierpnia 2013

1234

Jak to mawia Ferdek Kiepski: poszłam se dzisiej z wizytą, pacze... a tam takie cudo!


Od razu mi się zachciało grubasa. Szczególnie w wersji liliowej, bo takie też są.
Biedna ofiara tej kociej urody oraz wdzięku & Co. została przeze mnie tak zbałamucona (dajmy na to zdjęciami Karolka, który wszakże twarzowym jest), że też jej się zachciało. Wyznała to w tajemnicy nastoletniej córce.
- Dojrzałam.
- Dojrzałaś? A jak ci pół roku temu mówiłam...
- Oj, czepiasz się.
I tak to, Drogie Państwo, ogałaca się człowieka z dwóch kaw, kawałka ciasta i paru truskawek, a następnie, uśpiwszy jego czujność, stwarza się fajny dom kolejnemu kotu.
Liliowemu.
Albo dwóm.
Się zobaczy.


I tego... KLIKAMY DLA MIKOŁAJKA!

Aha! Byłabym zapomniała. Jutro se jadę do Buska. Nie, nie do Buzka. Nie sprasza. Ostrożny jakiś. Jak to było... o! ZAPOBIEGLIWY! No. Matkę przywiezę. I majdan. Będzie hardcore...

20 sierpnia 2013

1233

W jednej z poprzednich notek donosiło się, że progenitura w obcej ziemi żyje i ma się dobrze. Mało tego! Wkręciła się do Kaczki i wyżera u niej flaczki (kotlety, łososie i co tam zdarzyłosie). Opowieść ta okraszona została fragmentem fotografii, przez rzeczoną Kaczkę własnoręcznie wykonanej. Z uwagi na pewną ustawę fragmentem, by dóbr osobistych nie naruszać.

Właścicielka owych dóbr doznała ataku apoplektycznego. Pragnie bowiem być sławną. Przyznać trzeba, że ma dziecko słabe rozeznanie w słupkach popularności, jakie może jej dać mój blog, ale gdyby nadal parło, to poproszę Chudą - niech u siebie wrzuci.

Szanowne Czytelnictwo!
Oto, po wezwaniu, uzupełnia się wybrakowane.
TADAAAAM! Aleksandra - Dynia - Zuzanna. Voila!


A tu wersja druga: Aleksandra i Zuzanna markują pracę fizyczną. (Aleksandra jakby nieco lepiej. Markuje znaczy. Używa bowiem narzędzi. Moje dziecko musi się jeszcze nieco podszkolić, biedactwo).


Tła made by Kaczka. Dynia made by Kaczka. Atmosfera made by Kaczka.


1232

Uwięźniętam całkowicie.
Źle się pisze jednom renkom. O zdjęciach nie wspomnę.
Przez grzeczność. 
Li i jedynie.



19 sierpnia 2013

1231

Gdzieżbym tam znowu daleko jeździła, jak mnie druga-mama nęci brzózką nieustannie. Trzeba jej przyznać, że w nęceniu tym posiadła poziom mistrzowski, bo zawsze osiąga skutek. Prędzej czy później.

Donoszę uprzejmie, że wszystko w normie. Dzieci wybujałe. Psy serdeczne. Koty wypasione. Drugi-tata dowcipny jak zawsze (aż mi w pięty poszło). Alkohol jest, mięta jest, limonek nie ma. Skupiliśmy się więc na alkoholu bez dodatków.
Ależ! Nie jesteśmy jakąś patologią! Nie śpiewaliśmy kolęd przy ognisku. Ile razy można! Kurturarnie wysłuchiwaliśmy dzwonów z pobliskiego kościoła, nieszczególnie je nawet przekrzykując. Na wyżyny cierpliwości się wzniosłam i nie komentowałam kurantów wcześniej niż po kwadransie. Słowo.
Prasę katolicką sobie poczytałam. (Na przemian z Dużym Formatem. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie). Fajnie było. Fajnie i za krótko. Jak zawsze.

(Oj, przestań. Umówiłyśmy się sto lat temu, że dbam, by się nie zaśmierdnąć, tak? To ja po prostu słowna jestem i nie ma o co się czepiać).

A tu rzeczywistość. Na poczcie majtki z Allegro, w kątach kurz, na rynku z grubsza ogarnięte, bo - jako kobieta przewidująca - uprzedziłam, że wracam. Co się mam o obce panie potykać.
Ędward strapiony wielce. Podobno przespał cały czas mojej nieobecności. Tak, z przerwami na posiłki. A co? Gupi jakiś? "Zabawia" mnie odkąd otwarłam drzwi. Przerwy w "zabawianiu" są krótkie i niezbyt częste. No, musi sobie czasem odzipnąć od gonienia jak opętany za kawałkiem drutu w osłonce. Dobrze że przynajmniej do kapcia przynosi, bo mój kręgosłup mógłby tego zmasowanego szaleństwa nie wytrzymać.

Najbardziej na mój widok ucieszyła się Babcia Sąsiadka. Doniosła, że się stęskniła, po czym nadawała przez godzinę. Lubię, jak się tak rozkręca.

PS Donoszę uprzejmie, że w ostatnim miesiącu ktoś przyszedł tu 23 razy z Korei Południowej. Zaczynam podejrzewać, że to nie jest przypadek.

14 sierpnia 2013

13 sierpnia 2013

1229

Pracy sobie szukam. Szukam, szukam i... znajduję. Ofertę nie do odrzucenia.
- Kto tam wie, na co człowiekowi przyjdzie. Zdesperowanemu na ten przykład - mruknęła pod nosem, zagryzając pietruszką.

12 sierpnia 2013

Wideo Sponsorowane: Domestos for UNICEF

Tę notkę sponsoruje Domestos, partner programu CATS, a zysk uzyskany z jej publikacji zasili konto Mikołajka Kamińskiego w Fundacji Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”. Każdy, kto obejrzy filmik zamieszczony poniżej, dorzuci kilka groszy na konto Mikołajka, zatem bardzo proszę oglądać i popularyzować wśród krewnych i znajomych. Może być też Królika.

Pojęcie higieny zmienia się z czasem. Przed wiekami ludzie kąpali się najwyżej raz do roku, później raz w tygodniu (najczęściej w sobotę, przed niedzielną wizytą w kościele). Dziś chyba nikt z nas nie wyobraża sobie, żeby na koniec dnia nie mógł wziąć prysznica. Codziennie zaganiamy do kąpieli dzieci, myjemy, szorujemy, wyparzamy, odkażamy i walczymy z bakteriami z zaangażowaniem średniowiecznych rycerzy. Toczymy krucjaty przeciwko niewidzialnym wrogom w imię zdrowia naszych dzieci. Związek między zarazkami a chorobami jest dla nas oczywisty. Tysiące razy przypominamy dzieciom, by myły ręce przed jedzeniem, a wizja biegunki to jeden z najgorszych koszmarów, jaki prześladuje rodziców noworodka.

Niegdyś funkcję toalety, czy to na wsi czy w mieście, pełnił drewniany wychodek w kącie podwórza. Dziś toalety w naszych domach lśnią porcelaną, pachną odświeżaczami, a obowiązkowym wyposażeniem jest butelka zabójcy bakterii spod obrzeży muszli.

Tymczasem na świecie żyje 2,5 miliarda ludzi, którzy nie mają pojęcia o istnieniu czegoś takiego jak toaleta, nie widzieli nawet naszej sławojki. Potrzeby fizjologiczne załatwiają na skraju wioski, w miejscu, gdzie przechodzą inni i bawią się dzieci. Często nawet nie są do końca świadomi, dlaczego ich dzieci umierają z powodu biegunki, a dane są przerażające: 2 tys. dzieci dziennie! Ich rodzice nie wiedzą, że gdyby w wiosce istniały toalety, dzieci nie bawiłyby się wśród odchodów i byłyby zdrowe.

Domestos współpracuje z Fundacją Unilever i UNICEF przy realizacji programu Community Approaches to Total Sanitation (CATS) w Wietnamie, na Filipinach, w Południowym Sudanie, Indiach, Indonezji i Brazylii. Na ten cel Domestos przeznacza 5% rocznego zysku ze sprzedaży specjalnie oznakowanych butelek. Osoby zaangażowane w akcję uczą mieszkańców wiosek właściwych nawyków higienicznych, tłumaczą związek między brakiem higieny a rozprzestrzenianiem się chorób i zapewniają dostęp do czystych, bezpiecznych toalet.

Program CATS działa w 50 krajach i do tej pory pomógł 1,3 milionom ludzi. Myślę, że warto się do niego przyłączyć.

Każdy z nas może coś zrobić:
1. Można podzielić się informacjami i kampanią UNICEF & Domestos wśród znajomych i przyjaciół;
2. Lub też na Twitterze przy pomocy #mumsfortoilets;
3. Można wesprzeć program przez dotacje na tej stronie;
4. Albo po prostu kupić butelkę Domestosa z logo UNICEF.

Zapraszam na stronę akcji.

I na koniec – sympatyczny film, który warto obejrzeć i pokazać znajomym.
Za każde odtworzenie tego filmu na konto Mikołajka w Fundacji wpływa kolejne kilka groszy, więc nie przegapcie tej możliwości pomocy dla niego!


Post sponsorowany przez Domestos.

1228

Siedzę sobie przy poniedziałku i myślę: co ja tak siedzę głupio?
To wstałam.
I myk!


11 sierpnia 2013

1227

Podstępnie zawarty pakt matczyński doprowadził do pomiędzyprogenituralnego spotkania na szczycie.
W rolach głównych DYNIA i ZUZANNA.
Oraz spółka, którą wycięto z uwagi na ustawę o ochronie danych osobowych.
(Jak będzie chciało, to się doklei napowrót).

Drżyjcie, narody!


1226

A matka?

Matka jest tylko jedna. I sieje rozpierduchę w Busku Zdroju. Mianowicie udała się na turnus do sanatorium (pierwszy raz w życiu) i zapragnęła zasiedlić pokój jednoosobowy. Gdyż nie śpi i się snuje. A jak się snuje, to musi mieć światło, bo po ciemku niedowidzi. Ze światłem też niedowidzi, ale niedowidzące snucie się po nocy przy świetle działa na nią wzmacniająco w zakresie behawioralnym. Trudno snuć się o czwartej nad ranem (przy świetle), jeśli w pokoju śpią inni, obcy zresztą, ludzie.

Doczytawszy w folderze, że jedynkę można posiąść za stosowną dopłatą, postanowiła zaszarżować burżujem, zażądała od ojca wystukania jej numeru telefonu na klawiaturze i rozpoczęła negocjacje. Podobno było ciężko. Recepcyjna panienka zapierała się rękami i nogami, lecz w końcu - po konsultacji z szefostwem - uległa, zmiażdżona argumentacją z użyciem pierwszej grupy inwalidzkiej. Fakt rezerwacji odnotowała i poleciła się stawić.

Matka stawiła się zgodnie z planem. Jakież było jej zdziwienie, gdy okazało się, że przydzielono ją do pokoju trzyosobowego. Jej protesty poparte okazywaniem żywej gotówki, którą zamierzała uiścić zgodnie z przepisami, spełzły na niczym. Argument brzmiał: bo nie.
Matka wyprowadziła się z nerw i skoczyło jej ciśnienie. Skutkiem czego lekarz, przepisujący jej zabiegi, zaordynował wyjątkowo ograniczony zakres. Skutkiem czego matka eskalowała wkurw. Skutkiem czego codziennie wzywana jest do zabiegowego i podaje jej się leki na obniżenie ciśnienia, których nie potrzebuje, bo już zdążyło jej opaść. Argumentów tego typu jednak nikt nie przyjmuje, więc matka wypluwa tabletki za drzwiami.
Bareja.

Zabiegi odbywa cichaczem, płacąc pielęgniarce każdorazowo piątaka. Być może jest to sposób na podbudowanie budżetu sanatorium. Proceder niekoniecznie legalny, acz rozpowszechniony.

Cdn.

10 sierpnia 2013

9 sierpnia 2013

1223

Wyglądającej przez okno pani Małgosi zgrabnie kiwam ciężką, kamionkową butelką ze słusznym napisem półtorak.
- Będzie się pani lepiej spało.
- Daj spokój.
- A co? Nie śpi pani?
- Siedzę całymi nocami i z nudów oglądam pornosy.

8 sierpnia 2013

1222

Pani Małgosia, czule wspominając swojego syna:
- I pomyśleć, że zamiast tego durnia mogłam mieć córkę...

;o)

7 sierpnia 2013

1221

6.00.
24°C.
Wszystkie możliwe do otwarcia okna są otwarte. Ędward szaleje. Bieg rozpoczyna z parapetu w Zuzinym pokoju, a kończy na lodówce. Zajmuje mu to ułamek sekundy.

Za chwilę rozpocznę akcję zaciemniania, zamykania i wentylatorowania. I tak do 23.00.
Jeszcze tylko przepuszczę przez dom brokera, wytrzymam jego ADHD słowne i tyle.
Do nory i płytko oddychać.

6 sierpnia 2013

1220

Nie rozumiem, dlaczego nikt nie jest zainteresowany, co robi matka w sanatorium.
Otóż nic. Zupełnie nic ciekawego nie mam w tej sprawie do opowiedzenia.
Jestem nieco zawiedziona.

Chociaż...
Odwoziłam je, mamę (72) i jej przyjaciółkę Tereskę (78), na busik o godz. 6.00. Z dużym, że tak powiem, marginesem, bo odjeżdżał o 6.40. W związku z powyższym miałyśmy jeszcze sporo czasu na różne ploteczki.
W pewnym momencie mamunia, inwalidka pierwszej grupy, osoba wygrażająca ludzkości laską dla niewidomych, rzuciła okiem na psiapsiókę.
- Terenia... Zapnij sobie rozporek.
Tereska gwałtownie złapała się za brzuch, zasunęła suwak, puściła do mnie oko i skwitowała:
- Kokieteria taka.

5 sierpnia 2013

1219

I byłabym zapomniała, że mamy zaległą historyjkę z Babcią Sąsiadką w roli głównej! Otóż byłyśmy na wycieczce.

Babcia Sąsiadka przyznała się kiedyś, w uwielbieniu swym dla zwierzyny, że nie masz, ach, nie masz piękniejszego stworzenia niż koń.
- A wiesz, Asiu, że mój syn to nawet uczył się jeździć? Taka jest miejscowość niedaleko Katowic. Z? Z?
- Zbrosławice.
- O! Byłaś tam kiedyś?
- Owszem. Regularnie przez osiem lat.
- Jeździłaś konno? Jesteś kobietą wielu talentów.
Ano jeździłam.

Zadzwoniłam więc do Matki Chrzestnej.
- Słuchaj, jest sprawa.
- Dajesz.
- Pani Małgosia.
- Tak, czytałam. Pieski.
- Owszem, ale teraz koniki.
- No to na co czekasz? Przyjeżdżajcie.
To pojechałyśmy.

Babcia Sąsiadka wstała o szóstej i stroiła się do dziesiątej. Ani śladu depresji. Wszystko jej odpowiadało. Samochód ładny. Wygodnie się jedzie. Widoki piękne. Tak szybko dojechałyśmy?
Matka Chrzestna czekała na nas z kawą i ciasteczkami oraz atencją. Pani Małgosia radośnie pochłonęła Dary Boże i dała się poprowadzić do stajni. Matka Chrzestna przezornie wcisnęła w kieszeń specjalne końskie cukierki, a przy boksach brała Babcię Sąsiadkę za rękę i uczyła ją, jak się podaje te smakołyki konikom. Koniska są permanentnie nienażarte, więc uwielbiają wszystkich odwiedzających. Trącały panią Małgosię delikatnie miękkimi chrapami, a ona je głaskała i rozdawała, jak leciało.
Potem poszłyśmy sobie na ławeczki, żeby poobserwować naukę jazdy. Babcia Sąsiadka klapnęła, zdjęła but i jęknęła.
- Otarły mnie, cholera.
Rzeczywiście. Do krwi. Tak to jest, jak się w butach latami nie chodzi.
- To na bosaka - mruknęła Matka Chrzestna.
- Ale jak to? - przeraziła się Babcia Sąsiadka. - To tak tu można?!
- A pewnie, pani Małgosiu. Tu jest wieś! Nikt nie zwróci uwagi.
Matka Chrzestna pomogła Babci Sąsiadce zdjąć buciki i wróciłyśmy do samochodu.

- Jaka miła ta pani - podsumowała globtroterka w drodze powrotnej.
A pewnie. Niemiła miałaby być matką chrzestną córki jednorodnej?! Niemożliwe.

I co? Była zabawa? Była. Jak wpadłam następnego dnia rano, pani Małgosia spojrzała na mnie i powiedziała:
- Jak cię widzę, od razu mi się humor poprawia.

4 sierpnia 2013

1218

W naturze musi być równowaga. Skoro więc w końcu udało mi się jakieś informacje z dziecka wyciągnąć, coś musiało dać mi popalić. I dało. O 4.45. Owszem, rano. A poszłam spać o 1.30.

Tkwiłam sobie właśnie w fazie snu głębokiego i pamiętam dokładnie, że jakieś obrazy przesuwały mi się pod powiekami. To o tyle interesujące, że ostatnio zupełnie nic mi się nie śni. Albo nie pamiętam. Tego snu zresztą też nie pamiętam, a to z uwagi na późniejsze wydarzenia. Ale do rzeczy.
Tkwiłam sobie właśnie w fazie snu głębokiego, więc poważne niezadowolenie wywołał we mnie GŁOS. Po trzech godzinach snu GŁOS nie jest czymś pożądanym. Już miałam mruknąć z dezaprobatą i obrócić się na drugi bok, kiedy dotarł do mnie sens wypowiedzi:
- Asiu, Zośka wyszła na dach!
Otrzeźwienie nastąpiło błyskawicznie.

Zośka jest znaną w całym Chorzowie uciekinierką. Korzysta absolutnie z każdej okazji. Pod drzwiami wyjściowymi mamy już dolinkę, wysiedzianą przez Zośkę w oczekiwaniu na ułamek sekundy naszej nieuwagi. Uprzedzam wszelkie złośliwości - Zofia bynajmniej nie zamierza nas opuścić. Nie ma również w planie gnania na oślep w las (póki stoi, las znaczy). Ona, rozumiecie, pragnie przechadzać się z dumnie uniesionym ogonem po terenie. Sąsiadów odwiedzać. Kąty obwąchiwać. I wszystko to w niewielkiej odległości od domu, a najlepiej, żebym szła tuż za nią. Wtedy to ona czuje idealnie zabezpieczone tyły. W sensie, że dobrze posiedzieć przy żubrze. Kto jej, Zofii, naówczas podskoczy? No kto?!

Na dach Zośka zwiała dotychczas dwukrotnie.
Raz w roku 2006, zaraz po naszym wprowadzeniu się do tego mieszkania. Nie mieliśmy wyczucia, zostawiliśmy otwarte okno mansardowe i nawet nie zauważyliśmy, że jej nie ma. W pewnej chwili zadzwonił dzwonek u drzwi. Otwarłam i uniosłam brwi, widząc sąsiada z naprzeciwka z Zofia pod pachą.
- Cześć. Czemu masz mojego kota?
- Cześć. Sam przyszedł.
- Ale jak to?
- Po dachu. W dodatku czuje się jak u siebie i psa mi po kątach rozstawia, więc oddaję.
Okno mansardowe od tej pory służy wyłącznie do uchylania. No, chyba że ktoś pełni przy nim dyżur.
Drugi raz zwiała na dach rok później przez okno dachowe. Zorientowaliśmy się szybko, udało mi się ją zwabić na ustawione poziomo okno i pstryknąć zdjęcie.


A potem złapałam za uchwyt i myk! Już trzymałam Zośkę w objęciach. Ale to wszystko odbyło się przed remontem dachu, a dachówki naówczas były stare, zniszczone, chropowate, płaskie i ułożone w łuskę. Stanowiły znakomitą podporę dla kocich łapek.

Potem całe poszycie zostało wymienione. Zużytą karpiówkę zastąpiły piękne, nowe dachówki o gładkości klinkierowej cegły, wypukłe i ułożone w fale. Śliskie i niedostosowane do spacerów.
Przez sześć lat udało nam się upilnować tych okien mimo uporczywych starań podstępnej wiedźmy. Do dziś.

Od uzyskania przytomności do wizji lokalnej upłynęło jakieś 0,000045 sekundy. Wyjrzałam przez okno i zdrętwiałam. Zocha była spanikowana, zapierała się łapkami o drabinkę przeciwśniegową, oczy miała jak spodki i pojękiwała żałośnie. Dwa metry ode mnie. Całkowicie poza zasięgiem.
Co robić? Komputer w mojej głowie ruszył z kopyta.
- Chodź, kiciunia... - zaświergoliłam cichutko, żeby jej  nie wystraszyć, wywiesiłam się przez okno najdalej, jak mogłam i wyciągnęłam ręce.
Spojrzała na mnie w napięciu. Przednie łapki zabuksowały o śliskie dachówki. Nie ma szans. Zocha ruszyła po brzegu drabinki w stronę komina. Wszystkie włosy stanęły mi dęba. Dwadzieścia centymetrów za nią ziała przepaść czterech kondygnacji starej kamienicy. Wysokich kondygnacji.
- Koc - rzuciłam do tyłu kątem ust. - Nie ten - dodałam, otrzymując miękki, kosmaty kocyk Zuzi. - Ten stary, zielony.
Po chwili trzymałam w dłoni gruby, ciężki, sprany koc, pamiętający czasy mojego dzieciństwa. Cały czas przemawiałam cichutko do Zośki, żeby na mnie patrzyła, wiedziała, co robię i nie wystraszyła się. Powolutku rozłożyłam koc na dachu i popchnęłam go, żeby rozwinął się na całą długość. Dwa metry. Akurat tyle, żeby oprzeć się o drabinkę. Zocha ruszyła powoli w stronę koca i zaczęła dotykać go łapkami. Odkrycie jej  nie przekonało.

Przez dwadzieścia długich minut wędrowała tam i z powrotem po kawałku metalu, dotykając łapkami kocyka. Przez dwadzieścia długich minut wisiałam maksymalnie wychylona przez dachowe okno, wyciągałam w jej stronę ręce i nawoływałam do siebie spokojnie. Przez dwadzieścia długich minut Edek wisiał na skraju mojej koszuli i płakał, bo przecież wołałam kota i on przyszedł, więc czemu nie zwracam na niego uwagi? Robert nie wytrzymał napięcia i zszedł na dół, do kuchni.
Wreszcie Zośka podjęła decyzję. Niezgrabnie obróciła się przodem do mnie, posadziła pupę na drabince i... skoczyła! Szarpnęłam całym ciałem do przodu, modląc się, żeby nie wylecieć, a ona w skoku ze dwa razy wsparła się łapkami o kocyk i wylądowała w moich ramionach.
Z całym impetem klapnęłyśmy na łóżko i przytuliłyśmy się do siebie. Już po wszystkim.

Jak się Zuzia dowie, to nas zabije.

3 sierpnia 2013

1217

Córka Jednorodna wreszcie nabyła stosowną kartę, dzięki czemu za bezcen odbyłyśmy sobie miłą, 40-minutową pogawędkę. Wybitnie nam się kleiło, widać separacja dobrze robi. (Nie mylić z rozwodem - z byłym mężem mi się nie klei, mimo że obchodzimy w tym roku piętnastą rocznicę rzeczonego).

Otóż.
Garść słomy, zgniły koc i grzyb okazały się pokojem z tzw. małżeńskim łóżkiem i szafą. Wysypia się należycie, choć podobno Ola nieco kopie, ale moje zaradne dziecko znalazło na to sposób i leży od ściany. Dzięki temu nie zalicza gleby. Pościel im pożyczono uprzejmie i w ogóle warunki preferencyjne, bo inni musieli zakupić materace.
Na swoim poziomie posiadają kibelek na trzy osoby. Wanna znajduje się piętro wyżej i korzysta z niej osób sześć, ale wyrobili sobie system i nikt nikomu w drogę nie wchodzi.
Kuchnia wyposażona, a w niej 4 (słownie: cztery) lodówki - po jednej na pokój.
Żywią się podstępem. Mianowicie z uwagi na posiadany czas (tego akurat pod dostatkiem), obeszły całe miasteczko i wyczaiły, gdzie i co można kupować najtaniej. W Lidlu nabywają węglowodany za kilka - kilkadziesiąt pensów, w sklepie wszystko za 1 £ wydają 1 £, jak chcą zaszaleć. Tesco codziennie o 21.00 dokonuje porażającej przeceny warzyw i owoców, więc stawiają się tam każdego dnia w punkt, nabywają, zanoszą do domu i zżerają bez zbędnego przechowywania. Mięsa nie spożywają, bo jest bardzo drogie. To akurat memu dziecku (jak i mnie) nie przeszkadza, gdyż zasadniczo i tak ścierwo u nas w odwodzie.
Autobus kosztuje 3,5 £, więc jeżdżą przewozem za 1,5 £ i narzekają, że drogo, ale do kopalni za daleko, żeby dymać z buta. Płacą więc i płaczą.
Pierwsza wypłata spłynęła. Z mojego punktu widzenia prawdopodobnie więcej można by użebrać, ale nie ma co marudzić. O ile się nie mylę, stawka godzinowa wynosi minimalnie ponad 6 £. W porównaniu z naszą stawką godzinową wyrobniczą, to i tak majątek.
Ma katar oraz poparzyła sobie nogę. Na szczęście ani jedno, ani drugie nie zagraża życiu.
Nie zamierza wrócić w wyznaczonym uprzednio terminie, czyli końcem sierpnia. W najlepszym przypadku przybędzie w połowie września. Lub też tuż przed rozpoczęciem roku akademickiego.
Podśmiechujki sobie urządza z rdzennych mieszkańców. Zbiera dla mnie ponoć gazetki reklamowe, w których pojawiają się najoryginalniejsze przedmioty z półki must have. Typu: teleskopowy chwytnik do upadłego pilota. Żeby nie trzeba było wstawać z fotela.
Poza tym w kopalni ciastek jeść nie wolno. Jak tarteletka z owocami i galaretką nadjedzie do pakowania bez galaretki, należy ją wyrzucić. Jak się pączusia krzywo przytnie, należy go wyrzucić. Cichaczowe pochłanianie produktu lub jego wynoszenie is prohibited. Strictly. Co oczywiście u dziecka wywołuje kilka przemyśleń na temat marnotrawstwa praktycznie pełnowartościowej żywności.
I tu brytyjska ciekawostka: warzywa można codziennie przecenić. Wysoko przetworzony cukier jest natomiast nienaruszalny. Ot, różnica w podejściu polskim i sformalizowanym.

Poza tym na koniec rozmowy powiedziałam:
- Świetnie sobie radzisz, córeczko. Uważaj na siebie. Kocham cię.
I usłyszałam:
- Ja ciebie też.
Widać czasem trzeba od siebie odpocząć, a z dystansu widać lepiej.

1 sierpnia 2013

1216

Oczywiście rozumiem, że winna jestem Szanownemu Państwu informację o postępach Córki Jednorodnej.

Otóż żyje, co jest niezaprzeczalną wartością. Żyje i nawet okresowo podejmuje pracę. Znaczy, że tam jest większa podaż niż popyt. Na każdym rogu czai się jakiś Polak, który chętnie podejmie. W związku z tym o zatrudnieniu dowiaduje się z kilkunastogodzinnym wyprzedzeniem. Czyli idzie do roboty i, jeśli jest grzeczna, to ją informują, żeby przyszła jutro.
Dziś pierwsza wypłata, którą pewnie odkryje jutro rano. Może się nawet dowiemy, ile zarabia.

Ciasteczka sobie rzeźbi. Jedzie takie ciasteczko na taśmie, a ona układa na nim owocka. Potem jedzie następne, ona układa owocka, wreszcie jedzie kolejne, na którym układa owocka, i następne, następne... wprost do kuracji odchudzającej. Pamiętam, jak sama pracowałam przy zbiorze truskawek. Miałam piętnaście lat i do dziś nie przepadam. W związku z powyższym Córka Jednorodna może posiąść efekt uboczny w postaci obrzydzenia do słodycza. Pozazdrościć.
Na szczęście nie układa tego owocka przez osiem godzin, bo niechybnie ześwirowałaby. Czasem ciasteczka pakuje, czasem przewozi, różne takie tam. Oraz stara się, mianowicie, oszczędnie żyć.

Nie, żeby to była jej pierwsza praca. Ale do tej pory świadczyła stacjonarnie, więc po szychcie wracała do domu, gdzie lodówka zapełnia się w sposób prawdziwie magiczny, pojęcie czynszu nie istnieje i jeszcze można wygrać konkurs na pierwszego japodrzyjcę w województwie. Uporczywie, dajmy na to, odmawiając sprzątania.
Tymczasem w Brytyjczykowie pożywienie trza nabyć samemu (uprzednio na nie zarobiwszy), spreparować tymy rencami, zapłacić sobie (uprzednio zarobiwszy) za garść słomy i zgniły koc w zawilgoconym kącie. Nie ma to tamto. Szkoła, panie, szkoła życia.

Ej, no weźcie. Pewnie że jej nie puściłam bez pieniędzy. Ale jak przeszasta, to będzie tam siedziała do usranej śmierci, bo na kolejny bilet lotniczy nie dam.
Może wrócić na piechotę.
Tudzież wpław.


PS Po pierwszej szychcie zadzwoniła i oświadczyła:
- Nogi mi do d... włażą. Od jutra rozpoczynam poszukiwania bogatego męża, bo takie rzeczy, to nie dla mnie.

PS2 Mamunia wyjechała dziś do sanatorium. Jakoś tak czuję, że będzie rozrywka.