31 stycznia 2014

1457

Dużo myślę.

I okazuje się, że mam mnóstwo pustego miejsca w środku. Może ktoś ma jakąś koncepcję, by je zapełnić?

Aaaaaaa proozycje przyjmę. Wszelkie.

1456

Wizyta u dentysty całkowicie w moim stylu. Przecierając zaspane oczka (nie mogłam w nocy zasnąć i pamiętam jeszcze 2.00, później przestałam sprawdzać), dotarłam na fotel o godzinie 7.30. Zimno, cholera. Dobrze, że choć nie cimno. Okryłam się kurtką, bo jestem ciepłolubna.

Najpierw wynikł ten problem, co zawsze - nie jestem w stanie roztworzyć paszczy do wielkości standardowej. Niby taka gadatliwa, a słóweczka wypadają malutkie i okrąglutkie, bo otworek niewielki. Rozpoczęło się poszukiwanie tej gumy, której nikt nie umie nazwać (mnie przychodzi do głowy jedynie słowo diafragma, co określa wszakże gumę, lecz montowaną całkowicie gdzieś indziej), w rozmiarze XXS. Nie ma. Mogliby, do jasnej anielki, zacząć produkować wersję dziecięcą. Już pora.

Najmniejsza jaka była i tak dostarczyła mi wielu atrakcji. Bowiem zamontowanie tego w mojej twarzy jest ekwilibrystyką. Coś z gatunku wciskania do butelki wina korka, który został już wyjęty i się rozlazł. Pani asystentka miała dużo dobrej woli i wazeliny. Udało się. W takiej sytuacji pytanie, czy odczuwam jakiś dyskomfort, jest idiotyczne. Owszem, odczuwam. Mianowicie jakby mi ktoś chciał rozerwać twarz.

Dygresyjka
To samo mam z uszami. Mój kolega laryngolog dostawał przy mnie arytmii. Na wszelki wypadek spotykaliśmy się wyłącznie w przychodni przyszpitalnej, bo mógł pójść na oddział po narzędzia dla niemowląt.
Swoją drogą to zabawne, że żaden pan nie wypowiedział się nigdy w sprawie... Albo - nieważne.
Koniec dygresyjki

I leżę sobie na tym fotelu. Pod głową poduszeczka, na nosie plastikowe okulary, na tym wszystkim jeszcze maseczka, zakrywająca nos, żeby mi piach nie nalazł, gęba rozciągnięta do granic możliwości i przyzwoitości, otoczona gumą, na człowieku kurtka luzem, bo chłodno. Aż żałuję, że nikt mi zdjęcia nie zrobił, chyba poproszę następnym razem. Tak, oczywiście że Wam udostępnię, co się macie trudzić z wizualizacją. Gdy kiedyś udostępniłam zdjęcie z maseczką upiększającą na twarzy, to Gosia straszyła nim dziecko (uważało, że jestem dinozaurem). Miejcież narzędzia, co mi tam.
Czy wspominałam, że z kącika ust (to idealne "O" ma jakiś kącik?!) zwisa mi hakiem rurka do odśliniania? Nie? No to zwisa. Można płakać. Nie ma sprawy. Piach poszedł w ruch.

I wtedy zepsuła się ssawka do piachu.

Oszczędzę Wam szczegółowego opisu. Skończyło się na tym, że po 45. minutach wydobyłam z siebie szereg wątpliwych artykulacyjnie dźwięków, popierając to masą nieskoordynowanych gestów, czym chciałam przekazać, że koniec z tą zabawą, wyjmować gumiaka. Kolejne pięć minut spędziłam na próbach zamknięcia ust.

No i mam.
Oczyszczone jedynki i dwójki dolne. Rozryte dziąsło przy szyjkach. Popękane wargi. I osad na reszcie zębów. Kolejne podejście w Walentynki. Każdy spędza święta, jak chce, nie?

1455

Wczoraj po południu u dentysty. Remont.
Dziś o poranku (7.30!) u dentysty. Odświeżanie.
Wypiaskuję sobie jamę, a potem się zastanowię nad wybielaniem. Ciekawe, co z tego wyniknie.

Prezes poza domem od środy do niedzieli. W domu cisza, przerywana jedynie krótkotrwałymi wrzaskami Potomstwa na okoliczność schyłku sesji. Oby jej już ta wysypka zeszła, bo to jest silnie związane.

O ile się nie mylę, jutro rozpoczyna się w kalendarzu chińskim rok drewnianego konia. Mam nadzieję, że w moim życiu coś ruszy do przodu. Wszakże w naturze końskiej leży galop.
Oj, wiem, że drewniany. To może nie będzie pędził jak oszalały (jestem za stara na pędzenie przed siebie z klapami na oczach), tylko zwyczajnie popierdalał. A ja z nim, więc przede mną nowe, nieodkryte, zachwycające.

Czego i Państwu.


30 stycznia 2014

1454

Skoro Matka Chrzestna wychynęła nam z przestrzeni wirtualnej (język babę świerzbił), to myślę, że trzeba przedstawić jeszcze jednego członka jej rodziny. Właściwie od niego powinno się zacząć, gdyż jest najważniejszy. Tak przynajmniej mówi się w niektórych kręgach.

Ponieważ jest już staruszeczkiem (ja tam twierdzę, że idzie na rekord świata), choruje na różne niefajne choróbska. Ma też słabe serce. I tu znajduje potwierdzenie teoria o ważności, ponieważ Matka Chrzestna rozważa przeszczep, przy czym pożądliwie patrzy na Czempiona. Że niby w roli dawcy. Może chodzi o gabaryt.

Pieszczotliwie mówimy na niego: Buś.
Jest azjatą.
Zdjęcie świąteczne.
Z ubiegłej Wielkanocy.


1453

Na żądanie martuuhy. Zocha w caaałeeej rozciągłości.


Tak, w roli poduszki - Zuzanna. Bajzel gra sam siebie.

29 stycznia 2014

1452

Natchnęła mnie Chuda swą barwną opowieścią o traktowaniu położnic i ich nowonarodzonych dzieci w państwie należącym do Unii Europejskiej w roku 2014. Natchnęła do tego stopnia, że postanowiłam opisać, jak traktowano te osoby w zaściankowej Polsce tuż po eksplozji dzikiego kapitalizmu, równo dwadzieścia lat temu. A także pokusić się o pewne wnioski.

Mam mało doświadczenia, gdyż sprowadzilam na świat tylko jedną istotę. Mamy wielodzietne mogłyby zapewne napisać książkę. Niemniej uważam, że skoro raz mi się udało, to jednak mam coś do powiedzenia. I powiem. Niech mnie ktoś powstrzyma! Nie widzę chętnych, hehe. Brawo - słuszny wybór.

Otóż Drogie Młode Mamy (do Was się przede wszystkim, acz nie tylko, zwracam)! Rozpocznę od tego, że bardzo, bardzo Wam współczuję. Wijecie gniazda w trudnych czasach. Mam tu na myśli ciśnienie oraz obieg informacji, przed którym praktycznie nie można się uchronić. Wymagania, które obecnie stawia się kobietom, są tak wyśrubowane, że przechodzi ludzkie pojęcie. Czytałam niedawno wpis Bajki, choć nie przypominam sobie czy na Radzieckim termosie, czy na fejsie, o tym, co miałaby ochotę zjeść, lecz nie zje, bo jest w ciąży. A chciałam podkreślić, że nie dopominała się jakoś szczególnie o pół litra czystej wódki. Raczej o dania, których nie podejrzewałabym o wrodzone zło. No, może poza sushi, bo surowe, więc nawet dla laika, którym przecież jestem, potencjalnie niebezpieczne. Ale wędzony ser?!

Dwadzieścia lat temu nikt nic nie mówił na temat dozwolonych pokarmów. Człowiek kierował się własną wiedzą o świecie i rozsądkiem. Choć z tym drugim bywa gorzej, bo pamiętam, że nażarlam się kiedyś czereśni w ilościach hurtowych (uwielbiam) i tak mnie wzdęło, że mało nie powiłam wcześniaka drogą wielkiego wybuchu. Jadłam więc wszystko, prócz mięsa, bo mi dziecko nie pozwalało. Do dziś zresztą ma problemy z trawieniem padliny, czyli wszystko uzasadnione. I żyłam. Ona też żyła. Ma się znakomicie i robi burdel w swoim pokoju do dziś, a czasami nawet drze japę i to wcale nie w jakiejś wydzielonej do tego celu przestrzeni. Owszem, ma alergię. Głównie na roztocza - watpię, by wpłynął na to wędzony ser.

USG robiono mi trzy razy, a i tak bez sensu, bo to była zaawansowana pikseloza. Za pierwszy razem tak głęboko (zaawansowana), że lekarz - podkreślmy: specjalista w tej dziedzinie, aparaty do USG nie leżały na ulicy - zniechęcony oglądaniem wszelkich moich podrobów, zapytał w końcu, po co przyszłam (a był to chyba dziesiąty tydzień).
- Istnieje podejrzenie, że jestem w ciąży - poinformowałam nieśmiało (testów ciążowych też naonczas nie widywałam, a pani doktor, która badała mnie i skierowała na to USG miesiąc wcześniej, wyznała jedynie, że za wcześnie na potwierdzanie - może tylko wykluczyć choroby).
Lekarz tak się skupił, że mu żyła wyszła na skroni.
- JEST! - wykrzyknął, upolowawszy mikroskopijną kuleczkę, która usadowiła się dość niefortunnie, bo nie lubiła występować publicznie, co jej pozostało do dnia dzisiejszego.

Ostatnie USG wystąpiło w dziewiątym miesiącu i, o dziwo, potwierdziło płeć dziecka, które było uprzejme ustawić się rozkrokiem wprost ku głowicy. Tym samym zdjęło potworny ciężar z barków potencjalnej babci, która przebywała poza granicami Polski w państwie Skrajnej Histerii, wyrosłej na żyznym poletku mego uporu, wynikającego z pewności, że powiję podwójnego iksa. (Takie tam gnioty z półki: nie możesz się uprzedzać - co nie mogę, jak wiem). Skąd wiedziałam? Wzruszam ramionami. Wiedziałam. Do dziś chętnie apeluję, żeby mi ktoś czegoś zabronił.

Oszczędzę Wam, naprawdę, opisu porodu. Nie ma co zniechęcać ewentualnych prokreacjonistów. Stek. Nadmienię jedynie, że zapomniano mnie posłać na badania dotyczące nosicielstwa wirusowego zapalenia wątroby, więc o mało nie wylądowałam na septyku, gdzie w owym czasie rodziły bezdomne, cyganki i prostytutki, które nie robiły w życiu żadnych badań, więc personel medyczny na oddział wchodził w gumowych kombinezonach. Udało mi się, że tak powiem - rzutem na taśmę. A podkreślam, że ciąża była jedynym okresem w moim życiu, gdy postępowałam dorośle i bardzo systematycznie. Rzuciłam palenie, nie piłam nawet piwa bezalkoholowego, szanowałam się i badałam z godnym podziwu uporem. Dziś całkowicie niezrozumiałym, bo mamy przekręt w drugą stronę.

Rok 1994 wsławił się tym, że na salony wkroczyła akcja Rodzić po ludzku. Nie znam Lucka, jak słowo daję, w każdym razie stwierdzam, że na pewno nie był z mojej galaktyki. Jedyny plus to taki, że wniósł tzw. rooming, czyli dzieci były przy matkach. Oczywiście wszystkie położne darły się na mnie, że mam nie leżeć z dzieckiem w łóżku (a gdzie? w łazience?). I wierzcie mi, Młode i Przyszłe Mamy, że nie wiecie, co to znaczy niemiły personel. I szkodliwy.

Miałam 21 lat, urodziłam pierwsze dziecko. Położnych laktacyjnych nie było. Wpadła przelotem jakaś pracownica i powiedziała mi: o, tak se pierś przytrzymaj. Koniec szkolenia. Resztę odbyłyśmy we dwie - płacząc. Zuzia z głodu i niemożności (nieumiejętności), a ja z jej głodu i niemożności (nieumiejętności) nas obu. Z brodawek został mi kotlet siekany, co nikogo nie obeszło. Nikt mi nie pomógł, nie poradził, co robić. W sumie mogę powiedzieć, że wykarmiłam to dziecko własną krwią, co może nie jest apetyczne, ale w cholerę prawdziwe. Po każdym karmieniu, czyli jakiś pierdyliard razy dziennie, całe prześcieradło na łóżku miałam zrolowane. Palcami od stóp. Z bólu. Ale karmiłam wytrwale w przekonaniu, że to potrzebne dziecku. Potem się zagoiło, zahartowało i już szło. Do dziecka nie mam żalu. Do siebie też nie. Do jebanej służby zdrowia... sporo.

Nadal oszczędzam Wam opisu komplikacji porodowych i poporodowych, które spowodowały, że wykarmiłam dziecko również antybiotykiem. Do dziś nie wiem, czy nie był szkodliwy. I może dobrze. Żyje, nie? Móżdżek całkiem nieźle przewodzi impulsy elektryczne. Więc nie jest źle. Twarde.
Oczywiście pojawiły się dziwne stolce, więc pielęgniarki na mnie krzyczały, że to moja wina. (Krzyczały też, że zużywa za dużo pieluch). Miało być rodzić po ludzku, nie? A nie opiekować się po ludzku. W sumie trafił mi sie fart, bo leżałam w sali z dziewczyną, która była w szkole położnych. Naonczas na praktyce w tym szpitalu było mnóstwo jej koleżanek - całkowicie niedoświadczonych i pozbawionych elementarnej wiedzy, ale wciąż jeszcze życzliwych i niezepsutych. Były trochę pomocne. Przynajmniej miłe i podtrzymujące na duchu. Oraz bezlitosne dla mojej rany ciętej w miejscu niewymownym, przez opowiadanie licznych niecenzuralnych dowcipów.

Każda zmiana pielęgniarek, stwierdzając kupy niepasujące do opisu podręcznikowego, eliminowała mi coś z diety, nie konsultując się z nikim i nie podając wiadomości dalej. Skończyłam jak koń, na suchym chlebie i wodzie. Trudno mieć do mnie pretensje - byłam młoda i wierzyłam, że wiedzą, co mówią. Sytuację uratowała położna, do której chodziłam na szkołę rodzenia. Wysłuchawszy mego żalu z półeczki kupowo - dietowej, złapała się za głowę, poleciała po torebkę, z której wyciągnęła osobistą bułę śniadaniową, odpakowała i wcisnęła mi w półotwarte usta.
- Jedz! - wrzasnęła. - Głodowe stolce, psiakrew! Co za idiotki.

W szpitalu grzejniki szły pełną parą, powietrze było suche jak pustynia Gobi i Zuzi wysychała śluzówka. Sama wpadłam na pomysł, żeby wieszać na kaloryferze (zapomnijcie o pokrętłach regulacyjnych) mokry ręcznik. To jednak niewiele pomogło. Dziecko się zatykało, co jeszcze bardziej utrudniało mu jedzenie. Nieśmiało poskarżyłam się położnej noworodkowej na ten zapchany nosek. Bez słowa zabrała mi malucha i zniknęła. Przyniosła odetkanego.

Jakież było moje zdziwienie, gdy - powróciwszy z toalety (na końcu korytarza, żadne tam łazienki w pokojach) - zastałam moje jedyne szczęście skąpane we krwi. Kichnęła... Muszę przyznać, że ten jeden, jedyny raz nie wytrzymałam (a w szpitalu byłam naprawdę długo i wyszłam na własne żądanie) i doniosłam pediatrze. Okazało się, że położnej się nie chciało zakroplić dziecku noska solą fizjologiczną i ściagnąć tego specjalną gruszką, bo jej to przeszkadzało w piciu kawy. W związku z powyższym poradziła sobie za pomocą... cewnika. I rozdarła małej błonę śluzową w nosie.

Wciąż oszczędzam Wam opisu tego, co robiono ze mną. Dwadzieścia lat minęło, nie ma co do tego wracać. W każdym razie pewnego dnia przyszedł do mnie stażysta. Zamknął za sobą drzwi i scenicznym szeptem poradził:
- Niech się pani wypisze. I tak w niczym już pani nie pomożemy, a mała jest cudem (!) zdrowa. Jeśli tu pani zostanie, za chwilę to się źle skończy.
Nie namyślałam się wiele i opuściłyśmy ów cudowny (wzorcowy, co chciałam podkreślić, jeden z pierwszych, które miały piłkę - choć nie dla ciężarnych) przybytek. Ta desperacka decyzja przypuszczalnie wiele wniosła w późniejszy rozwój dziecka.

I nie ma się co dziwić, że zakończyłam swoją macierzyńską karierę na tym pojedynczym przypadku. Przysięgłam też sobie, że choćbym miała zarobić na to prostytucją, moja córka będzie rodzić W GODNYCH WARUNKACH. I przypilnuję tego, choćbym miała zdechnąć. Kontrola najwyższą formą zaufania.

Szacunek. To jest to słowo, które ciśnie mi się stale na usta. Terror laktacyjny czy dokarmieniowy, znieczulenia, cesarki czy porody naturalne oraz wszystko, co budzi spory - ma należeć do grupy: wybór matki. Chce karmić? Pomóżmy. Nie chce? Uszanujmy. Chce rodzić z doulą? Dać szansę. Jest przerażona i nie wyobraża sobie, że da radę urodzić? Tnijmy. Boi się bólu? Znieczulać.
I zapewniać intymność. To najważniejsze.
Jak sobie przypomnę siebie, obolałą i przerażoną, stojącą w gabinecie lekarskim z gołą dupą, z krwią cieknącą po nogach, bo nikt nie podał mi podkładu, w tłumie (!) obcych ludzi, którzy umawiali się na imprezę po południu, to płakać mi się chce. Owszem, nad sobą. Nikt mnie nie obronił przed tym poniżeniem, a sama nie potrafiłam. Wtedy nie potrafiłam. Teraz? Niech ktoś spróbuje naruszyć moją prywatność, a uzyska odpowiedź. Niech ktoś spróbuje zrobić coś takiego mojej córce, a nie uzyska już więcej żadnej odpowiedzi. Mam pistolet i łopatę - nikt po tobie nie zapłacze.

Koszmar i trauma. A nadal uważam, że Wam, Drogie Młode (lub niemłode, ale początkujące) Mamy, jest trudniej. Żyjecie w świecie oczekiwań, lęków, ciśnienia, burzy i naporu ze wszystkich stron. A najgorsza jest Wasza wiedza i głęboka świadomość. I ten cholerny internet.

Najlepsze, co mi się trafiło, to ta położna od bułki. Do dziś pamietam, że miała na imię Małgosia i sama była mamą dwóch uroczych, naówczas maleńkich dziewczynek. Jestem jej za to wdzięczna (znaczy za pomoc, nie za fakt bycia matką) i nigdy nie zapomnę. Powiedziała mi najmądrzejszą rzecz, jaką słyszałam w całym moim macierzyńskim życiu.
Jeśli nastąpi jakaś trudna sytuacja, a zewsząd będą cię dochodziły sprzeczne porady, bądź też takie, które nie będą ci się podobały, zamknij oczy i zatkaj uszy. A potem zrób to, co sama uważasz za najlepsze. To twoje dziecko, ty jesteś jego mamą. I wiesz najlepiej, co dla niego dobre.
Dziękuję, Małgosiu. Całe życie postępowałam według Twojej rady. I znakomicie na tym wychodziłam. Czego i Wam życzę.


Postscriuptum
Jedyną osobą, która wchodziła do sal dla położnic bez pukania, w nieustalonych porach i na bezczela, był ksiądz. Nie obchodziło go zupełnie, że mam prawo być bez majtek, karmić, myć się przy umywalce w kącie lub np. spać. On miał posługę kapłańską do wykonania.
Jak zapewne się domyślacie, do mojej sali wszedł dwukrotnie. Raz, bo oniemiałam. I drugi, gdy wyszedł szybciej niż wszedł. Moje dziecko żyło potem w grzechu pół roku. Żałuję, że tak krótko. Żałuję, że w ogóle dałam z niej tego szatana wypędzić.

Choć nie mam pewności, że skutecznie. Prawda, córeczko? I dobrze. Nie daj sobie w kaszę dmuchać!

1451

Prezes ma nowe HOBY. Ja nie wiem, czy stety, czy niestety.

Niestety, gdyż jest ono kosztowne i zajebiście zbiera kurz. Z drugiej strony... obiecał nie robić wystawek i zakupił stosowne pudełko na efekty swojej pracy. Więc nie jest tragicznie do cna. A jak się dowiedziałam, ile zapłacił za zamówiony zestaw, to zażądałam butów i dostałam perfumy, o czym wcześniej już było.

Stety, bo siedzi w domu i nie ulega wypadkom. (A wiemy, że jest jedynym żywicielem, więc mi nie zależy, by sczezł). Wprost przeciwnie do innego HOBY, kiedy to przebywa pod wodą. Szczególnie pod lodem i w nocy, co uwielbiam pasjami. Też o tym było. Potrafię w czasie tych nurkowań upłynnić dość sporo prawych środków płatniczych, żeby czymś zająć głowę. Czyli - nie opłaca się.
Stety również, gdyż jest cicho. Wprost przeciwnie do innego HOBY, kiedy napierdala na basie, ile pary w piecu. A jak przestaje - to na klawiszach. I podkreślić tu należy, że szkołę muzyczną ukończył bardzo dawno temu, nie ćwiczy regularnie, a ja jestem muzykalna i mam, niestety, bardzo dobry słuch. I muszę gdzieś wyjść, żeby nie wyrwać mu tych paluszków z korzeniami. Znowu drogo - ile mogę kawy rodzicom-emerytom wypić? A wyprzedaże nie są ustawiczne.

Ale jak mi wczoraj pokazał, jakie oni robią zestawy na zamówienie, to wymieniliśmy kilka uwag na poważnie. Są jednakowoż granice mojej tolerancji. I tego mogą nie załatwić nawet szpilki od Louboutina. Zwłaszcza że ani na jedno, ani na drugie nas nie stać. Żeby było jasne.

28 stycznia 2014

1450

To jest dopiero historia!

Znajoma wymyśliła sobie, że pojadą z mężem w podróż życia. No i pojechali. Zdaje się do Ugandy. Podobno była to pierwsza wycieczka do Ugandy z Polski ever. I jak to z pierwszymi kotami za płotami, wiadomo. Niedopracowana.
Wygody czy niewygody się zdarzają i pozostaje tylko machnąć na to ręką. Ale w końcu to głęboka Afryka, tak? Różne przykre choróbki, te sprawy.

Jakiś czas po powrocie mąż poczuł się źle. Najpierw lekko zlekceważyli, ale stan się pogarszał, więc rozpoczęli żmudną wędrówkę po lekarzach. Zdiagnozowano zapalenie płuc, włączono antybiotyki, stan wciąż się pogarszał i to z dnia na dzień. Pomijając perturbacje pomiędzy - w końcu wylądowali w Warszawie - Wojewódzki Szpital Zakaźny, Poradnia Chorób Tropikalnych. Malaria. Mocno przechodzona.

Oczywiście że każdemu lekarzowi mówili, skąd wrócili. To są ludzie na poziomie. Zdawali sobie sprawę, że to może być jakaś tropikalna choroba. Nikt ich nie słuchał.

Właśnie wybudzili go z trwającej miesiąc śpiączki farmakologicznej. Cud, że przeżył. Organizm wyniszczony do cna. Mięśni nie posiada. Trzeba rozpocząć rehabilitację. Na Śląsku są tylko Repty. Umieralnia. Koszt przewozu karetką z Warszawy na Śląsk: 2.400 zł. Pomijając koszty, które ponieśli na początku na miejscu, a potem w stolicy, moja znajoma od przeszło miesiąca w każdy weekend kursuje pomiędzy. Ma już niesamowicie obcykane minimalne koszty podróży. Oszczędności im się skończyły. Chce go ściagnąć na miejsce, bo nie daje rady, nie tylko finansowo - również fizycznie. Widmo zagłady pieniążkowej na horyzoncie.

Ona ledwo żyje. Prócz etatu bierze wszystkie możliwe zlecenia, prawie nie śpi. W weekendy podróżuje. Coś potwornego. Namawiam ją na ściagnięcie ogólnych warunków ubezpieczenia, które zawarli w biurze podróży. Trzeba sprawdzić, co tam jest, bo a nuż. Prawnika trzeba się poradzić, może uda się coś wyciagnąć sprawą w sądzie albo ugodą. Wszak końca nie widać. Nie wiadomo, ile to jeszcze potrwa i co za sobą pociągnie.

A wszystko z powodu wycieczki. Właśnie sobie uświadomiłam, dlaczego jestem kretem.

PS Cztery osoby z tego turnusiku: mąż znajomej, stewardesa, dwoje innych podróżników. Wszyscy, prócz męża znajomej, mieli więcej szczęścia. Stewardesa, bo z Warszawy. Od razu trafiła, gdzie miała trafić, wyszła ze szpitala po dwóch tygodniach. Pozostali współpodróżnicy z Poznania, gdzie również jest ośrodek diagnostyczny tropikalnych. Oboje zdrowi, praktycznie bez szwanku.
Śląsk żąda dostępu do morza.

1449

Zuzanna wychodzi na kolejny egzamin. Przed wyjściem, dla uspokojenia, czytam jej to:


prezesowa: W razie, gdyby cię ktoś zirytował.
Zuzanna (z łazienki): Hehe.
prezesowa: Tylko nie ja!
Zuzanna: Ale dlaczego? DLACZEGOOOO?!
prezesowa: Z drugiej strony... masz rację. Ja sobie zawsze wyobrażam, że cię zabijam.
Zuzanna (gwałtownie opuszczając łazienkę): Maaamoooo?!

27 stycznia 2014

1448

POST TYLKO DLA DOROSŁYCH


Życie intymne (łóżkowe) w południowej Polsce.


Komentarz Zuzanny:
- Jeżeli to, kto rządzi, zależy od wielkości poduszki - to ja się nie bawię!

1447

Wybory powszechne całkowicie niespodziewanie wygrywa Partia Umiarkowanych, w związku z czym premierem zostaje jej liderka - drobna, nieduża kobietka o zadartym nosku, który już niebawem stanie się przedmiotem licznych medialnych karykatur.

Tak rozpoczyna się znakomity duński serial polityczny Rząd (i jeszcze klikamy tu).


Skończyłam właśnie oglądać drugą serię i jestem zachwycona. Albowiem Duńczycy pokusili się o pokazanie tak wielu poziomów ludzkiego życia, bezpośrednio związanego z władzą, że aż mnie przytkało.

Oto polityka - brudna, pełna zawiłości, z której nie da się wyjść z czystymi rękami.
Oto polityka - rozgrywająca się w kuluarach, oparta na przekupstwach i szantażach.
Oto polityka - niszcząca życie rodzinne, łamiąca kręgosłupy i bariery.
A w niej Birgitte Nyborg. Żelazny charakter, wielki mózg, znakomite wykształcenie, niebywałe wyczucie. Premier, żona, matka. Kobieta. Sól w oku. Zwycięża. Zyskuje. Traci.

Nie mogłam się doczekać kolejnych odcinków. Zachłannie obserwowałam, jak zmienia się człowiek. Film, prócz znakomitej fabuły, jest też świetnie zagrany i mistrzowsko dopracowany w budowaniu postaci. Również pod względem ich wyglądu. Przyglądałam się strojom głównej bohaterki; temu, jak ją ubierano, gdy zwyciężała i ponosiła klęski. Zaciskałam kciuki, gdy dokonywała wyborów, za które słono płaciła. Bo zyskała wszystko i wszystko straciła.

Polityka to nie jest zabawa dla grzecznych dzieci. Koszty są ogromne. Warto o tym pomyśleć.

Nie ulega watpliwości, że to serial szczególny, zwłaszcza dla kobiecej części widowni. Premier Nyborg zmaga się bowiem nie tylko z problemami, z jakimi przychodzi mierzyć się każdemu, stojącemu na czele rządu. Nieustannie musi również udowadniać, że połowa mózgu nie odpłynęła jej do biustu. I robi to z klasą. A czasem - z okrucieństwem. Od którego - jak przekonuje się niezwykle szybko po objęciu urzędu - nie można uciec.
I płaci. Całym swoim życiem.

Zostało mi jeszcze dziesięć odcinków, których muszę poszukać w internecie. Mam nadzieję, że znajdę. Nie chciałbym, żebyśmy się rozstały, kiedy ogłosiła Pani wcześniejsze wybory, Pani Premier. Nie w takiej chwili.

Myślącym - polecam.

26 stycznia 2014

1446

Urlop od komputera uważam za zakończony. Oczywiście w chwili, gdy siadam przed pudłem, jak zaczarowane ulatują wszystkie zabawne sytuacje, które się wydarzyły. No i pustkę mam w głowie. Ale już się ogarniam.

Moja przyjaciółka, którą odwiedziłam w piątek, przypomniała mi, że nie muszę nazywać jej przyjaciółką, bo już tu występowała i ma swoją ksywę. Mianowicie: Matka Chrzestna. Owszem, przepraszam, popiołem się posypuję w kąciku. Nadajmy im więc ksywy raz na zawsze (bo przecież czytają): Matka Chrzestna i Czempion. Macham do Was kończyną, kochani.

Aby tradycji stało się zadość, przytaczam dykteryjkę.

Matka Chrzestna: Wiesz, ile kolorów rozróżniają mężczyźni?
prezesowa: Pojęcia nie mam, ale niewiele.
Matka Chrzestna: Trzy. Zajebisty, chujowy i pedalski.
Czempion: Ja rozróżniam kolory.
Matka Chrzestna: Tak, on rozróżnia cztery. Czwarty to BOROWY.
prezesowa: A jaki to borowy?
Matka Chrzestna (zerkając na Czempiona z podniesioną brwią): Zobacz, jak jest ubrany*.


* Borowy to wszystkie z tej grupy i pochodne:


24 stycznia 2014

1445

Cały dzień na plotki.

Najpierw przed południem moja słynna przyjaciółka od niesprawiedliwego oceniania mężczyzn. Obiecuję sobie liczne atrakcje. Pewnie znów sobie kogoś niesprawiedliwie pooceniamy. Może nawet jakiś miły osobnik do nas wpadnie, gdy będziemy piły kawę. Ostatnio miała takiego gościa:


Podobno sam przyszedł. Liczę na powtorkę.

Wieczorem z kolei umówiłam się z koleżanką ze studiów. Ostatnio obliczyłyśmy, że znamy się juz 21 lat... Kawał czasu, a człowiek wciąż piękny i młody. Trzeba to wykorzystać, nie wiadomo, jak szybko przeminie, buchacha.

Świecie! Nadchodzę!

23 stycznia 2014

1444

Nie wiem, czy kiedyś wspominałam, ale uwielbiam ogłoszenia. Pasjami. A że szukam tej roboty, to co rusz natrafiam na jakieś kwiatki. Dziś dwa - tym razem nie pracodawców, a poszukujących zajęcia.






1443

Ponieważ nie wszyscy przytulamy się na fejsiku, podzielę się z Wami filmem, który mnie wczoraj rozczulił. Jestę fankom. Każda kobieta powinna się nauczyć rozluźniać pośladki, naprawdę. (I to nie jest uwaga bez związku).

Bardzo bym chciała umieć wstawić ten film, jak z YT, ale nie umiem. Istnieje nawet prawdopodobieństwo, że blogger nie udostępnia takiej funkcjonalności ;o)
W związku z powyższym musicie sobie niestety przeskoczyć TUTAJ.

Miłego oglądania, miłego rozluźniania pośladków.

1442

Nie wiem, dlaczego piesek Wam się nie spodobał. Rasizm!

Ale że temat futer jest nośny, więc pozwolę sobie zaprezentować Szanownemu Państwu Zofię po raz enty. Albowiem Zofia jest niezwykle wdzięcznym obiektem dla fotografa. Gdyż jest tak bezczelnie rozwydrzona, że to przechodzi wszelkie pojęcie. Oto jeden z licznych dowodów.


Luźna jak sanki w maju. Będzie robiła co chce, wtedy, kiedy chce. I nikt jej nie zabroni. A jak próbujesz, to ona na ciebie PACZY. I już wiesz, że to, co dzieje się właśnie w jej głowie, brzmi mniej więcej:
- No, śmiało, śmiało. Co tam masz jeszcze do powiedzenia, żałosny pyłku ty? Zmiotłabym cię moją kształtną stopą, ale nie chce mi się podnosić.

Sądząc z kierunku, w którym spogląda na zdjęciu, śledzi coś właśnie w telewizji w saloonie. I wyraźnie ją wciągnęło.

Powiem Wam jedno: UWIELBIAM TEGO KOTA. Jest zołzą nad zołzami.
Mamusina laleczka, cium, cium.

22 stycznia 2014

1441

Ktoś mi zrobił zimę. A myślalam, że była umowa - nie będzie zimy w tym sezonie. Albo przynajmniej nie tu. W górach to niech se. Co mi tam. Ludzie lubią zimę w górach, a jak lubią w mieście, to niech się przeniosą do jakiegoś miasta w górach. To jest bardzo prosty proces - bierzesz, sie przeprowadzasz. I już. Masz widoki, ośnieżone szczyty, oscypek i śnieg. A ja mam święty spokój.

No komu to przeszkadzało - pytam się! Komu?! Kto znowu czuł drzazgę w bucie, że mi auto do podłoża nie przymarza? Czy ja nie mówiłam, że lumpenproletariat nie załapał się na garażowanie i musi kilofem odkuwać? Przepraszam bardzo... czy ja komuś zawadzam? Siedzę sobie cichutko w kąciku, na demonstracje nie chadzam, dekoltem w oczy nie świecę. Bez sensu są dekolty w dresie. Jedną parę butów sobie kupiłam i wielkie mi mecyje - na wyprzedaży. No coooo? Nie będzie mi tu nikt żałował 59,70 zł! Jedne takie były, akurat w moim rozmiarze. Miały się kurzyć w sklepie? Co? Że mam już z pięć par różowych? No mam. Czy ja Wam sprawdzam, co tam macie i ile? A takich nie mam i w końcu za prezesa zaskórniaki.
Więc może prezes? Muszę pójdę na górę, się mu poprzyglądam podejrzliwie. Bo dziś tak jakby zagajał, że zimno, a dni krótkie, że Hiszpania. A może to była zasłona dymna, bo odkrył te buty w szafie na pięterku, gdzie je wetknęłam przemyślnie, gdyż nie na ten sezon i po co ma się denerwować?

A wiecie, że znam kogoś, kto przytulił parę od Louboutina? Jezuuuuu. Jak będę duża i dojrzała, to kopnę w dupę Jogobellę i kupię sobie szpilki od Louboutina. Naprawdę. Nie mam pewności, że będę w nich chodzić, ale może postawię na środku szklaną gablotkę. I do gablotki. A raz w roku, na przykład w urodziny (swoje lub Louboutina, do wyboru), to je wyjmę stamtąd, założę i nawet zrobię ze dwadzieścia kroków. Po domu. Tylko muszę dobrze wyliczyć, żeby mi tych krokow wystarczyło od gablotki i z powrotem.
No, ludzie, jakie on robi szpilki... Tu westchnęła rozpaczliwie.
Absolutnie poza zasięgiem.

Apetyt Wam zaostrzę. Chuda ma plan na notkę. To będzie bardzo kąśliwa notka. Jest na co czekać.
(Taką awangardę tu odwalam).

A na osłodę - zapomniane zdjęcie. Wykonane w podróży do drugiej-mamy w zeszłym roku (owszem, znowu się kilka miesięcy nie widziałyśmy, przecież wiem! Nie słucham Cię, tralalalalala).


Tak, wiem, że się nie robi zdjęć w czasie jazdy. Już byście dali spokój.

1440

Niosła to dziecko, niosła, a ono było takie niegrzeczne...
I wrzeszczało.
I wierzgało nogami.
Pluło.
Pomstowało.
Szarpało się.

Nie jest łatwo być matką. Szczególnie wielodzietną.
Wielomyszną?

W końcu padła, bo stopy jej się zgrzały z tego wszystkiego!


PS Jak widać, dziecko też padło. Nie ma się co dziwić po takim ataku histerii.
PS2 Tak, wiem, miszczostwo drugiego planu.

21 stycznia 2014

1439

Ostatnio pachnę uporczywie i fanatycznie. Myślicie, że to jakiś etap dzidzia - piernik?


Niosę więc ze sobą aromat róż w najlepsiejszym wydaniu. W ogóle zauważyłam, że jest jakaś moda na to, bo w perfumeriach zaroiło się od różanych. Lepszych lub gorszych. Co jest, ma się rozumieć, wyłącznie kwestią gustu.

Do końca jeszcze daleko, a już myślę, że chciałabym zestawik. Żeby się komponowało. I nie umim znaleźć. Wszyscy mają perfumy solo. O ile w ogóle mają. Te. Różane. Tymczasem zestawik wygląda tak:


I bym go przytuliła do piersi mej obfitej bez mruknięcia. Bym się wykąpała, namaściła me boskie ciało, a następnie weszła w chmurkę zapachu. Niedużą, co podkreślam, bo po myciu i namaszczeniu to już wiele nie potrzeba.

Odczuwam minimalny smuteczek bytu. Gdyby ktoś gdzieś widział, to proszę dać mi znać.

Tymczasem w trakcie pisania tej notki wyszło na jaw, że Douglas posiada zestaw, niestety zubożony o żel do kapieli. Ale oj tam. Akurat prezes był troszkę niegrzeczny. A to jest dobry moment, by sięgnąć, jak po swoje. To sięgłam. Przezornie wpisawszy jego numer karty kredytowej w danych na stałe. A niech wie, że życie to nie jest bułka z masłem!

1438

Biuro Rzeczy Znalezionych


Małe, a cieszy.

20 stycznia 2014

1437

Jak to miło i wesoło, gdy do starej kobiety zadzwoni młoda i dziarska martuuha! Takiej martuuhy to się dobrze słucha. Gdy gada do ucha. Wprost z brzucha. A poza tym na koniec mówi, że mnie kocha. Wobec czego chciałam wszystkich zapewnić, że mogą mi często powtarzać, iż darzą mię uczuciem - to się nie wymydla. Można dzwonić oraz pisać tęskne maile, a jak ktoś ucieka od dłuższych form, to luzik: komentarz na blogu też przyjmie. Się.

Obejrzałam właśnie film wzruszający, jak zwykła była mawiać moja babcia, do miękkiego stolca. Gdyby jakby ktoś chciał sobie popłakać, to tędy. Nieeeee, nie jesteście aż takie cyniczne, żeby się obyło bez chusteczki. Nie. Aczkolwiek nie byłabym sobą, gdybym nie podkreśliła, że wolę Betty White w rolach komediowych. Rozpasana babcia staruszka jest jej powołaniem. Howgh.

Chciałam również podkreślić, że to martuuże zawdzięczamy rozwiązanie zagadki, gdyż oczywiście zapomniałam. Brzmi ono:
wiadomo że jest sobota, bo Karol się myje.
Nie widziałam jak żyję takiego kota, który nie zniża się do mycia. Z uprzejmości raz w tygodniu. W sobotę. Skąd wie, pytam się? Jakiś ma zegarek w... głowie? Śmierdziel upaprany?
Tak jest zajęty wyglądaniem uroczo, że nie ma czasu na higienę osobistą. I sport.
Dziś wygospodarował dla mnie 10 minut. Przyszedł, wygramolił mi się całym, grubym Karolem na kolana, po czym postanowił zamanifestować, że jest szczęśliwy i mnie opluł. I to jest, drogie państwo, działanie polityczne. Oto ręka, która karmi. Udawaj, że wielbisz.

Zdradzę Wam również, że Chudzinę wypisali do domu. Tedy możemy się w najbliższym czasie spodziewać jakichś relacji, rewelacji, a może nawet i zdjęć. Pewnikiem barwnych, jak to w Loży kultowej zwykło było być. (Używam czasu zaprzeszłego, ktoś zwrócił uwagę?).

Nooo, ja tu pitu pitu, a w międzyczasie Chuda coś komentuje. To lecę.

1436

Wstaję rano.

Syfa na nosie smaruję Sudocreamem, żeby się szybciej zagoił.
Syfa na policzku smaruję maścią ichtiolową, żeby się szybciej wypiętrzył.
Syfa w kąciku smaruję maścią tranową, bo zaczęłam podejrzewać, że to nie syf, tylko zajad.

Dobra, przyznać się. Komu nadepnęłam na odcisk? Poddaję się.

19 stycznia 2014

1435

Zainstalowałam sobie onegdaj w telefonie kalendarzyk. Sprawdza się (mniej więcej) jako narzędzie. Nie odczuwałam specjalnych emocji. Aż do dzisiaj. Albowiem właśnie otrzymałam od niego informację o treści:

Zbliża się okres. Zrób dla siebie coś miłego. Zjedz czekoladkę.

Kocham tę apkę.
Idę zeżreć czekoladkę. Jestem w końcu usprawiedliwiona!

PS Może nawet kupię sobie buty. Miało być coś miłego, nieprawdaż?

1434

W ramach odreagowania po Chudzinych atrakcjach, w piątek na mieście z dawno niewidzianym kolegą. Cmok, cmok, dużo kawy, stare zdjęcia, aktualne aktualności. Zaledwie po czterech godzinach wstęp do kolejnych spotkań uznano za zakończony. Na dobranoc maść ichtiolowa na osobnym bycie. Działa.

W sobotę o poranku sinym (tak koło 9.30) odkrycie, że zostałam pogrzebiona żywcem. Tony ziemi nade mną, brak możliwości poruszania się. Po uchyleniu powieki - wyjaśnienie:


Trójkącik pomiędzy - miejsce na nogi. Na bardzo mało nóg.
Zagadka: zdjęcie udowadnia bezsprzecznie, że jest sobota. Dlaczego?
Poza tym praca taksówkarza. Ojca na imprezę zawieź. Po drodze wino zakup. Do domu z powrotem odwieź. Zaledwie po pięciu godzinach. Zakupy zrób.
Na dobranoc sałatka eksperymentalna: szpinak w liściach, żurawina, feta, ananas. Bardzo.


Zostało dużo ananasa. Dziś powtórka. Naród żąda więcej fety. Imprezowe takie.

W niedzielę nadrabianie zaległości. A to na blogu, a to mailowo (zaraz idę odpisywać), a to na Macierzyństwie... I cisza. Błoga. Zmywarka szumi, mrok zapada, dziecko - jak to w czasie sesji - odsypia imprezę, prezes oddaje się swemu nowemu hobby.

Jutro poniedziałek. Cza się wziąć do roboty, niestety.

17 stycznia 2014

1433

JEST!!!

A więcej Wam nie powiem, bo musimy dać szansę Panu Mężowi :o)
I ochy oraz achy należą się szczęśliwej mamie na jej blogu przecież.

Można oddychać.

1432

Bardzo jestem nerwowa, bo Chuda pojechała do szpitala na siódmą. Oczywiście w głębi mnie tli się to bezwzględne przekonanie, że WSZYSTKO BĘDZIE DOBRZE. Ale jednak.

Ostanimi dniami podnosiły mi się włosy na głowie za każdym razem, gdy dzwoniła. To prawdopodobnie wyczuwało się w tonie, bo Chuda każdą rozmowę zaczynała od: to jeszcze nie ten telefon. A chciałam podkreślić, że kontaktujemy się bardzo często. Bywa - kilka razy dziennie.

Jestem na nogach od siódmej i myślę. Uporczywie pcham w stronę Krakowa energię dobrych rozwiązań. Kilogramami. Sprawdzam blog, bo może tata wróci do domu i, zgodnie z tradycją, obwieści światu narodziny kolejnego potomka. Nie oczekuję, że ona sama, choć wiem, że odezwie się do mnie, jak tylko będzie mogła.

Zrobiłam pranie, obiad, sprzątam. Sprzątam. Sprzątam. Nie mogę się chwycić za pracę umysłową, mimo że czeka.

Pomyślcie o Dorotce ciepło, dobrze?

Idę ogryzać paznokcie.

16 stycznia 2014

1431

Dzwonię do mojej przyjaciółki, z którą się wychowałam, znamy się praktycznie od urodzenia. Tematy tabu nie istnieją i pełna profeska w porozumieniu. Dzwonię w zupełnie innej sprawie, ale wykorzystuję okazję, żeby trochę ponarzekać na prezesa, bo odbiorca życzliwy i wdzięczny.

- Wyobraź sobie - mówię - że on robi taki burdel dookoła siebie, że ja nie ogarniam. W dodatku w porażająco krótkim czasie. Skarpetki spadają mu jednym kącie. Gacie w drugim. Koszulka trzy kroki dalej. Ja nie wiem, co to jest w ogóle! Teren zaznacza, do cholery, czy co? I mało tego. Potem idzie Karol. I zbiera te jego zużyte majty i skarpety, i przenosi. Bierze, rozumiesz, czynny udział w aranżacji wnętrz. Idę ci na górę, a tam tak: śmierdząca skarpeta na środku biurka, zużyte majtki fantazyjnie upięte na krześle, środkiem pokoju wije sie w konwulsjach jego piżama, bo oczywiście nie zaniesie do łazienki, tylko wpycha pod poduszkę. I Karolek to sobie wyciąga. I wlecze, bo przecież to kot, nie uniesie. W rulon, psiakrew, zwija. Cały pokój zaaranżowany na nowo. A wystarczyło wrzucić to wszystko do kosza na pranie, nie?
- To jeszcze nic - odpowiada moja przyjaciółka, zachęcona tematyką obrad. - Mój robi tak: najpierw się nażre, potem się wali na kanapę, okrywa kocykiem i włącza telewizor. Robi mu się ciepło, błogo i skarpeteczka schodzi sama ze stópusi. Najpierw piętkę odsłania, potem dalej, dalej, w końcu zostaje tylko na paluszkach i... wpada pod kanapę. A ten ją po wstaniu jeszcze tam wkopuje. Uwierzysz, że przyłapałam kiedyś gada i wydłubałam spod kanapy siedem par zużytych skarpet?! Ale to nic! Weź sobie imaginuj, on pomidory kroi. Rzeźba, kurwa, nowoczesna. No można różnie, OK. Ale on kroi pomidorek z każdej strony, rozumiesz? Z każdej. Resztę zostawia. I nie ma szans, żeby człowiek odkroił z tego potem plasterek. Plasterki są PRZEREKLAMOWANE.
- Ty, a u ciebie też tak jest, że on niczemu nie jest nigdy winien?
- Jezuuuu, no pewnie. Nawet jakbym go w trakcie przestępstwa przyłapała - to nie on. Idzie w zaparte.
- Ja się teraz mszczę. Bo ten wziął kiedyś mój samochód i otarł mi zderzak. Oczywiście się nie przyzna, to nie on. Autem jeżdżę tylko ja, ale nie udowodnisz, nie? Ale przychodzę ci ja onegdaj do kuchni, a tu nie ma nożyczek. Pytam się Ziuty, mówi, że nie wzięła, sprawdziła jeszcze na wszelki wypadek biurko. To jego się pytam. On nie wziął. Standard. Pierdolone krasnoludki. Tylko że mi się przypomniało, że przynosił do domu koci żwirek. Więc pytam, czy nie otwierał worka. Otwierał. To mówię: marsz do worów i sprawdzić czy tam nożyczki nie leżą. I co powiesz?
- Leżały.
- No jasne. Więc mu mówię: proszę, a to nie ty. Zderzaka też ty nie otarłeś. I teraz przy każdej okazji na tym jadę. Mówię ci, zemsta jest słodka.
- A mój wodę leje na podłogę, a potem po tym depcze. A najlepiej, jak pójdzie do kotłowni. Nie, laci nie przebierze. Wraca, lacie uwalone, w kuchni se ręce umyje, całą podłogę zachlapie, a potem przejdzie szesnaście razy, bo akurat MUSIAŁ. Podłoga czarna. Ale to nie on.
- Oczywiście.

W tym momencie dochodzi mnie komentarz zza pleców przyjaciółki: kalumnie, wszystko to KALUMNIE!

- No widzisz? - wzdycha ona. - Wymyśliłam sobie.


PS Dziękuję, syf ma sie znakomicie. Przeszedł w etap ropienia i wywalania tego na zewnątrz. Odczuwam nieprzebraną wdzięczność.

15 stycznia 2014

1430

Ahaaaa! Byłabym zapomniała!

Wszystkim, którzy wierzyli, dopingowali, trzymali kciuki, żeby mi ten megasyf zdążył wyskoczyć przed występem w telewizji, chciałam złożyć serdeczne podziękowania. Udało się. Jest.
Troszkę z opóźnieniem, ale za to jaki!

Pokusiłabym się o odważne stwierdzenie, że to jest osobny byt. Żyje własnym, zupełnie niezależnym od mojego życiem. Napierdala mnie jak wściekły. Ma swoje zdanie. Chce iść w lewo, gdy ja wybieram prawo. Wtrąca się do prowadzenia samochodu. Zaczynam wierzyć, że ma duszę.

Dziś, przed wyjściem z domu, próbowałam go nieco zamaskować trzema opakowaniami korektora. Na próżno. Świecił się na czerwono, błyszczał i podszczypywał przechodzące kobiety.

Naprawdę jestem WDZIĘCZNA.

1429

Miła i ciepla atmosfera panuje w domu, gdy powraca dziecko. Tyle miłości. Pełna interakcja.

potomstwo (tonem agresywnym): Dlaczego jesteś w butach?!
prezesowa: Nie zdążyłam zdjąć po powrocie.
potomstwo: Ale dlaczego jesteś w butach w kuchni? Przy zmywace?
prezesowa (wkładając gary): Bo się zajęłam czymś innym po powro...
potomstwo: Ale dlaczego jesteś w butach przy zmywarce? Znowu sprzątasz?! Znowu sprzątasz?! Ciągle tylko sprzątasz!!!
prezesowa: Ale będzie fajna notka.

1428

Ledwie Was na jeden dzień z oka spuszczę, a tu już mi ktoś laurkę napisał. No proszę...
Nieeee, spokojnie. Wiem, że Was uprzedził, że chciałyście, a tu taki zonk. Otóż NIC NIE SZKODZI. Śmiało piszcie, śmiało. Dla mnie nie jest najważniejsze, że ktoś pierwszy dobiegł do mety. Równie przyjemna jest osoba, która do tej mety dobiega wielokrotnie. Na ten przykład - raz w tygodniu.

Pragnę także podkreślić, że ogólnie zadbana jestem. Chwilę przed pojawieniem się laurki umiliła mi bowiem dorenka (pewnie się zwiedziała i chciała jednak to pierwsze miejsce...), dzwoniąc o północy z informacją, że nie potrafi rozmawiać przez telefon. Już o pierwszej piętnaście doszłyśmy do wniosku, że bardzo przyzwoicie ma rozwiniętą tę nieumiejętność. I w zasadzie wcale nie chciało nam się kończyć, lecz rozsądek zwyciężył. I budzik, nastawiony na siódmą.

Poza tym, gdy prezes wyjeżdża, ubarwiam sobie życie, jak potrafię. Na przykład jem w łóżku. Szczególnie rzeczy rozgłośnie trzeszczące i kruszliwe. Bo on mi nie pozwala. Kiedyś, tak koło drugiej, groził mi siekierą i odebrał paluszki. Przy tym wypowiadał się dość burzliwie, używając licznych wyrazów dźwiękonaśladowczych, wśród których przodowało słowo chrup. Chrup, chrup, chrup. CHRUUUUP!!! Z wiekiem robi się coraz bardziej nerwowy. Ja nie wiem...

Nie mam pomysłu, co zrobić z choinką. W zasadzie mogę ją rozebrać, ale brak mi konceptu na jej dalsze losy. Bo ona ma korzenie. I to chyba rzeczywiście, gdyż nadal trzyma się znakomicie. W opozycji do większości naszych choinek, które korzenie miały prawie. A prawie, to tego. I teraz te korzenie to ją predystynują do zasadzenia przed domem. Ale w styczniu?! Niby pogoda sprzyjająca, jednak mimo wszystko wątpię, czy się przyjmie. Poza tym prezes dziwnie się zachowuje, kiedy sugeruję mu pracę kilofem na świeżym powietrzu. (Nie, nie da się łopatą, sprawdzilim). A człowiek dba. Żeby ruchu zażył, dotlenił się. Jakie to niewdzięczne.
No to stoi ta choinka i mnie natycha. Proces jest ciagły. Finał nie nastąpił. Przyjmę porady.

Niestety muszę wyleźć na zewnątrz. Na ten przykład do apteki. Gdyż wczoraj odwiedziłyśmy z córką mą jednorodną alergologa i mam zlecenie na wydanie większej gotówki. Nie zapominajmy też o diagnozie, którą uwielbiam pasjami. Mianowicie: to się unormuje po dziecku. Fanfary.
Pani doktor zreflektowała się nieco, przygnieciona moim przyciężkim spojrzeniem. I słodko zaproponowała, żeby się progenitura nie spieszyła z tą ciążą. Tym samym niejako zakłócając proces ozdrowieńczy.

Idę. Idę, cholera. Ożesz, jak mi się nie chce!!!

13 stycznia 2014

1427

Jeszcze o języku, ale tym razem ogólnie.

Moja babcia, ta od odlotowego pogrzebu, wieloletnia nauczycielka, zwykła była mawiać, że poloniści mają problem. Albowiem każdemu nauczycielowi zależy, żeby uczeń jego przedmiot znał. Poloniście natomiast - dodatkowo - żeby kochał. Babcia wiedziała, co mówi. W końcu latami tłukła do tępych łbów deklinacje, koniugacje i wszelakie interpretacje.

Jak samo Państwo widzi, ja tam różne rzeczy mam w genach. I od tego się nie da uwolnić. Babcia filolog, ojciec prawnik. I to nie zmienia wcale obszaru zainteresowań, tylko go poszerza. Uczyła mnie babcia w ludzkim się porozumiewać (prawidłowo), oprócz tego po francusku (o ja niebożątko). W rodzinie panowała opinia, że panienki z dobrego domu z fortepianem MUSZĄ po francusku. Mówić, wy świnie!

Fortepianu nie mieliśmy, bo się nie mieścił. Oboje rodzice grali, było więc pianino. Jakoś tak wkrótce po moim urodzeniu doszli do wniosku, że nie będą powielali schematu katowania progenitury gamami i sprzedali. Nie mogę im tego wybaczyć. Pewnie się nie chcą przyznać, że znudziło im się ścieranie kurzu ze słonia. Leniwe to takie. Albo i też przepili. Do tego to dopiero się nie przyznają. Wiadomo.

Więc skoro nie na tym pianinie, to przynajmniej po francusku. Normalnie cała Polska na tajnych kompletach łupała po angielsku, a ja po francusku. Ironia losu. Dostawszy się do renomowanego ogólniaka otrzymałam w promocji drugi (obok rosyjskiego) język obcy, oczywiście angielski. Wszyscy, WSZYSCY! odmieniali już to be or not to be. A ja ni. Bardzo byłam wdzięczna. Dzięki staraniom protoplastów (oraz własnym) żadnego z tych języków nie znam w stopniu zadowalającym.

Tymczasem ojciec rodzony do kołyski, zamiast o misiach, śpiewał mi Marsz Pierwszej Brygady. Tudzież inne pieśni patriotyczne. A że umysł dziecięcy jest chłonny, to do dziś mogę na wszelkich defiladach popinkalać w pierwszym rzędzie z pieśnią na ustach. Gdzieś tam z mroków umysłu mi wypełza. Nawet hymnu państwowego znam dość sporo zwrotek. Konkretnie to sześć, bo zgodnie z rękopisem Wybickiego. Najulubieńszą zwrotką ojca zawsze była czwarta. I nie mam na myśli obecnej, oficjalnej czwartej. Aczkolwiek mam uzasadnioną watpliwość co do słowa zgoda. Ja tam wiem, że tam była wolność. Ojciec mnie nauczył.

I. I nie ma się co dziwić, że mi skrzypi. W ucho mnie źga. Strzela między zwojami.
Bo mnie wpajano od kołyski, że język ojczysty się KOCHA. I szanuje. A kto szanuje, ten dba. To ja dbam. Staram się nie śmiecić. W butach zabłoconych nie wchodzę. Się nie szarogęszę.
I za cholerę nie mogę zrozumieć, że inni tak nie mają.
Może im śpiewano o misiach?


1426

Drzewiej obiecałam, że zabiorę się za pewną rodzinną opowieść, tylko filmotekę odświeżę. Odświeżyłam. I zapomniałam. Na szczęście sobotnie, uporczywe rozmowy przy stole braci stryjecznych w postaci taty i Wojtka, wepchnęły mnie na właściwe tory. Tedy spieszę uzupełnić.
Podkreślam niniejszym, że najzacniejsza twórczość komediowa naszej ojczyzny stworzona została przez ludzi znających się na rzeczy. Tudzież - dobrze poinformowanych.

Dziadek mój, rocznik 1898, niekoniecznie zgodnie ze swoją wolą, został wcielony do CK armii. Jako że w poczatkach I Wojny Światowej był pracownikiem kolei (co zresztą kontynuował w Polsce Ludowej do emerytury), CK armia wysłała go pod Udine, czyli byle dalej od ojczyzny-nieboszczki, by strzegł wojskowych transportów. Wraz ze swoim przyjacielem wylądował na jakimś koszmarnym zadupiu, gdzie się owe pociagi zatrzymywało, coś tam sprawdzało i odprawiało w dalszą drogę.

I Wojna Światowa chyliła się ku upadkowi i nawet na rzeczone zadupie w ziemi włoskiej wieści o tym dotarły. Jak świat światem, ludzie potrafili przekazywać różne informacje, internet jedynie rzecz tę przyspieszył. Nie da się ukryć, że w dwóch młodych Polakach na obczyźnie i w służbie Najjaśniejszego Pana zakiełkowała myśl o powrocie do domu. Pozostał do opracowania jedynie koncept.

Dzieło nie było łatwe do wykonania. Odzieży cywilnej nie posiadali, a dwóch nieuzbrojonych żołnierzy, pętających się po Europie w czasie wojny (lub nawet świeżo po), byłoby kandydatami do natychmiastowego wykonania wyroku śmierci. Uzbrojonych - jeszcze gorzej. Cywili bez dokumentów? Nawet zakładając, że ubrania udałoby się im zdobyć - "czapa" się należała, może nie w tym samym dniu, ale do tygodnia sąd wojskowy zamknąłby sprawę.
Dziś wiemy już, jak to załatwić. Wszyscy oglądaliśmy CK Dezerterów.

Skąd zdobyli te oryginalne druki rozkazów wyjazdu (z pieczęciami - bez pieczątki żaden dokument, do dziś, nie jest ważny) - nie wiem. Nikt nie wie, podobno dziadek na ten temat zeznawać nie chciał. Można przypuszczać, że - jak to Polacy - uhandlowali. Ale pewności nie ma. W każdym razie mieli.
I zdarzyło się pewnego dnia, że do dziury, w której stacjonowali, przybył sam Najjaśniejszy Pan. To już nie był TEN* Najjaśniejszy Pan, tylko jego syn. TEMU się wszakże zmarło w 1916.

Dykteryjka
Owszem, prawdą jest, że polski żołnierz, wcielony siłą do CK armii, najczęściej niemieckiego nie znał. A hymn należało śpiewać. Owszem, prawdą jest, że polski żołnierz szeregowy karnie śpiewał pełną piersią: "Mam cię w dupie, stary dziaaaadu; mam cię w dupie, w dupieeeee, mam!". Natomiast polski oficer, również wcielony, stał w stosownej pozycji przed rzędem szeregowców i salutował z kamienną twarzą temu, że zwykły wojak ma w dupie Najjaśniejszego Pana. Wierchuszka, pochodzenia niemieckiego, nic nie rozumiała, więc - zwiedziona postawą oficerską - uważała, że wszystko jest w najlepszym porządku.
Koniec dykteryjki

Rozkaz przyszedł jasny. Okna zamknąć, okiennice zaryglować. Łbów, Polaczki, nie wychylać.
Gadaj zdrów.
Każdy chciał sobie Najjaśniejszego Pana pooglądać. Tedy, zgodnie z rozkazem, okna zamknęli, okiennice zaryglowali. Poza jednym. Na poddaszu. I stamtąd obserwowali, jak Najjaśniejszy Pan, w odległości nie większej niz 500 m, odbierał stosowny salut i rozdawał odznaczenia. Rzecz była niepowtarzalna.
Zeznał ponoć dziadek, że w pewnym momencie zarejestrował koło siebie ruch. Spojrzał w bok... a tam jego serdeczny druh ściagnął gacie i przez okno wystawił gołą dupę, posyłając Najjaśniejszemu Panu pewną sugestię...

Korzystając z zamieszania zabrali karabiny i naradziwszy się, co do celu podróży, odprawili dwa ostatnie pociągi. Ponieważ uznali, że będą poszukiwani w kierunku ojczyzny, pociąg tam zmierzający, niezgodnie z rozkładem jazdy wypuścili jako pierwszy. Sami zaś wskoczyli w biegu (lokomotywy - puf, puf - nie były przesadnie zrywne) do składu, ruszającego w kierunku Triestu. Wraz ze stosownym rozkazem. Nieomal prawdziwym.

W Budapeszcie (tak! naprawdę! jak w filmie!) zostali - ku swej ogromnej radości - rozbrojeni. Legalnie. W zamian otrzymali na tę okoliczność stosowne dokumenty. Nie balowali tam jednak jak w filmie, ale - korzystając z kolejnych blankietów - ruszyli ku Polsce. Dziadkowi pozostał jedynie rewower, na który znajomy krawiec zrobił mu specjalną kieszeń... między nogami. Gatki mundurowe CK armii miały podobną konstrukcję, jak dziś raperskie. W kieszeni tej do kraju przybyła broń i zapasowe naboje.

Nie dojechali do centrum Krakowa. Na dworcu głównym stacjonowało przecież wojsko. Wyskoczyli wcześniej, pożegnali się serdecznie i ruszyli każdy w swoją stronę. Dziadek dotarł do rodzinnego domu niezbyt świeży, został radośnie powitany przez protoplastów i padł. Ponoć spał dwa dni. Gdy wstał, przed swe oblicze wezwał go ojciec i zapytał surowo o dalsze plany. Co miał odpowiedzieć? Miał kilku braci, samych żołnierzy (jeden ze stryjów mojego taty - Henryk - zginął później w Katyniu). Zameldował więc mojemu pradziadkowi, że zamierza zaciągnąć się do powstającego właśnie wojska. Polskiego wojska. Zyskawszy aprobatę, poinformowany, gdzie punkt się w stołecznym mieście Krakowie znajduje, odmaszerowal do matki, która przewidująco wyprała i wysuszyła już mundur, a oderwawszy od czapki austriackiego "bączka", w jego miejsce przyszyła małą, biało-czerwoną tasiemkę.
Matki w takich przypadkach nie mówią zbyt wiele.

Dziadek rewolwer włożył za pasek spodni, stawił się w punkcie rekrutacyjnym, zameldował stosownie, został skatalogowany i odesłany do służy. Na odchodnym dowódca zasugerował, żeby sobie kawałka tyłka nie odstrzelił. Na dictum, że dziadek niestety nie posiada kabury, wyrozumiale podpowiedział:
- A papierosy, żołnierzu, macie?
- Mam.
- To idźcie na Planty, wielu tam rozbrojonych szwabów się włóczy i z pustymi kaburami nie ma co zrobić.
Tako dziadek uczynił. Za dwie paczki papierosów przehandlował z jakimś byłym austriackim żołnierzem kaburę. I ta kabura, i ten rewolwer służyły mu dobrych parę lat. Aż do czasów, gdy wylądował w szkole oficerskiej. Tam kazano mu je zdać i otrzymał w to miejsce uzbrojenie, przewidziane regulaminem. Była to broń, jedna z dwóch, z którą rozstawał się z żalem. O tej drugiej - wygranej w zawodach konnych dubeltówce, którą z rozsądku porzucił z poczatkiem II Wojny - pisałam już wcześniej.


* Franciszek Józef I z Bożej Łaski cesarz Austrii, apostolski król Węgier, król Czech, Dalmacji, Chorwacji, Slawonii, Galicji, Lodomerii i Ilyrii, król Jerozolimy etc, etc..., arcyksiążę Austrii, wielki książę Toskanii i Krakowa, książę Lotaryngii, Salzburga, Styrii, Karyntii, Krainy i Bukowiny, wielki książę Siedmiogrodu, margrabia Moraw, książę Górnego i Dolnego Śląska, Modeny, Parmy, Piacenzy, Guastalli, Oświęcimia i Zatora, Cieszyna, Frulii, Raguzy i Zadaru,
uksiążęcony hrabia Habsburga i Tyrolu, Kyburga, Gorycji i Gradiszki, książę Trydentu i Brixen,
margrabia Łużyc Dolnych i Górnych oraz Istrii, hrabia Hohenembs, Feldkirch, Bregenz, Sonnenbergu,
pan Triestu, Cattaro i Marchii Słoweńskiej, wielki wojewoda województwa Serbii, etc, etc...

12 stycznia 2014

1425

No i pojechaliśmy. Do brata stryjecznego taty.

Wizyta była odkładana z dawien dawna, bo życie pochłania wszystkich. Lubię się tam czasem pojawiać, bo gospodarze wielce sympatyczni i weseli (dużo młodsi od moich rodziców), w dodatku są posiadaczami jednego z najładniejszych domów, jakie kiedykolwiek widziałam. Nie, nie chodzi o to, że jakiś wypas. Po prostu odlotowy pomysł na zagospodarowanie przestrzeni. I choć znam, lubię popatrzeć ponownie.

W trakcie odnotowaliśmy kilka zwrotów akcji, naturalnie humorystycznych.
- Asiu... - zwrócił sie do mnie znad deseru Wojtek, którego nigdy nie umiem w żaden sposób nazwać. - Mam do ciebie prośbę.
- Mianowicie?
- Mianowicie byłbym bardzo zainteresowany, żebyś przemówiła na moim pogrzebie.
- Masz już jakieś skrystalizowane plany, dotyczące terminu?
- Aaa... nie. Jeszcze nie.
- Trudno. W każdym razie - proszę uprzejmie.
- Ale serio?
- Ale serio. Pod jednym warunkiem.
- Już się zgadzam. Pod jakim?
- Że będę mogła powiedzieć, co chcę.
- To taka sugestia, że będziesz niepoważna? Bo już się bałem, że mam ci wynotować coś z bogatych doświadczeń mego żywota.
- Bycie poważnym na pogrzebie jest przereklamowane. Ale wiesz co? Wynotuj. Można czytać z kartki?
- I co będziesz z tej kartki?
- No... Wypiszesz mi tam jakąś laurkę dla siebie, ja powiem, co mam do powiedzenia, w międzyczasie przeczytam te bałwochwalcze teksty. Uzyskamy dodatkowy akcent humorystyczny.
- Wiedziałem, że zwracam się do właściwego człowieka!
- Pewnie. A żebyś wiedział, jakiego polotu dostaję po winie...
- Przyjedź na tydzień. Muszę to zobaczyć! Zawsze tylko ich wozisz i ciagle jesteś trzeźwa. To niedopuszczalne.

Butelkę wina własnej produkcji podarował mi w drzwiach. Na wynos. A jego małżonka - sernik.
Tego drugiego nawet nie tknęłam. Zdematerializowało się w pięć minut po powrocie do domu. Co ja się z nimi mam...

10 stycznia 2014

1424

Moi rodzice nijak nie pasują do schematu staruszków. Oboje po siedemdziesiątce, tato właściwie zaczyna już witać się z ósemką z przodu, schorowani, szybko się męczą, wolniej reagują. Powtarzają się. Ale duch... Oj, ten jest żwawy.

Oboje są bardzo ciekawi świata. Chętni do poznawania nowego, choć znający swoje ograniczenia. Nie rwą się do praktykowania spraw, o których wiedzą, że albo nie ogarną, albo będą w to musieli włożyć nieproporcjonalny wysiłek. Co nie znaczy, że nie chcą wiedzieć. Chcą. Starają się zrozumieć i to życzliwie. Nie brak im zmysłu krytycznego, głównie samokrytycznego. Mają ponadnormatywne poczucie humoru. Pasjami uwielbiają dyskusje, słuchają z uwagą drugiej strony. Nie przyjmują niczego na wiarę, sami potrafią wyciągać wnioski.

Mama ubóstwia ciuchy. Śledzi trendy, kombinuje, dopasowuje do siebie. Nie zamierza zostać dzidzią - piernik, ale nie sądzi, żeby nie należał się jej fryzjer, kosmetyczka, profesjonalnie wykonany manikiur i pedikiur. Dwudziesta siódma torebka. Czterdziesta para butów. Wzdycha, że nie może już na szpilkach, bo bardzo ją kusi. Odziewa się z wyobraźnią i rozmachem. Kiedy się okazało, że z powodu zwyrodnienia stawu jedna noga stała się ciut krótsza od drugiej, nie usiadła w kącie, nie zaczęła płakać, włóczyć się po przychodniach lub wymagać opieki. Pomyślała, pomyślała, zebrała buty do swojej emeryckiej torby na kółkach, zawiozła do szewca i zażądała dostosowania. Tam, gdzie się da, wstawienia "podwyżki" pod piętę wewnątrz buta (żeby nie było widać). Tam, gdzie się nie da (np. w sandałkach), podwyższenia jednego obcasa. Teraz ma równo. I plecy jej nie bolą - a przynajmniej nie bardziej niż zwykle - bo nie obciąża mocniej jednej nogi.
Mama jest osobą silnie niedowidzącą. Nie, nie zapadła na depresję, kiedy usłyszała wyrok. Postanowiła walczyć, jak długo się da. Oszczędności przeznaczyła na leczenie eksperymentalne. Poprosiła o kupno komputera, rzutnika i rozsuwanego ekranu, żeby mogła czytać, póki nie straci wzroku. Dużo słucha. Chce sama i z większością rzeczy daje sobie radę. Uwielbia dowcipy o ślepych i z pasją je opowiada, zaśmiewając się przy tym do łez.
- Nie widzisz, że nie widzę?
- Nie widzę.
- No to widzisz!

Tato postanowił na starość przeczytać, ile zdąży. Ustawia do pionu obsługę empiku, żąda nietypowych i niestandardowych książek, nie odpuszcza, gdy pracownikom nie chce się szukać. Pamięć ma taką, że pozazdrościć. Z pasją opowiada o wydarzeniach historycznych z takimi szczegółami, że słuchacze otwierają buzie, wierząc w jego obecność na miejscu zdarzenia. Co oczywiście w przypadku historii o Bolesławie Chrobrym raczej nie jest prawdopodobne. Ale nie mam stuprocentowej pewności.
Chadza wyłącznie w koszulach. Wychodząc z domu zakłada do nich muszki i trochę marudzi, że musi takie gotowe, bo jego przyjaciel Parkinson nie pomaga mu wiązać tych klasycznych. Jedzie do centrum handlowego, kupuje książkę, przemieszcza się do czekolaterii, gdzie - założywszy na nos binokle (sic!) - dokonuje przeglądu nowości czekoladkowych, zamawia sobie jakąś przyjemność, z zadowoleniem zasiada nad parującą filiżanką, otwiera książkę i odpływa w nikomu nieznane rejony.
Krzyczy na telewizor, szczególnie w czasie wiadomości bądź audycji politycznych. Dyscyplinowany przez mamę, odpowiada: chyba lepiej, żebym nawrzeszczał na to pudło niż kogoś zamordował. Lubi kuchnię z górnej półki i mój sernik wiedeński (dziś zasugerował, że drugi właśnie mu się skończył!). Wzdycha, że jego organizm nie przyjmuje już zbyt wiele alkoholu, a tu tyle ciekawych rzeczy do wypicia. Dopytuje, kiedy przyjadę do starego ojca na kawę, bo właśnie ma zamiar trochę się ze mną pokłócić. A kiedy dzwonię na dole domofonem, a on wie, że to ja, odbiera i informuje: nikogo nie ma w domu! Po czym chichocze szatańsko i jeszcze chwilę trzyma mnie pod drzwiami, żebym mogła nawymyślać mu od skąpców, co to własnemu dziecku kawy, mleka i wrzątku żałują. A potem stoi w drzwiach, przebierając nogami, bo przecież czekał. I fajnie mu się dowcip udał.

Dziś zapytali o gender. Przekaz mają jedynie z mediów, co bardzo ich denerwuje. Ze skupieniem wysłuchali tego, co mam do powiedzenia, po czym tato westchnął.
- Czyli coś takiego, jak ideologia gender nie istnieje!
- Nie, tatusiu.
- To jest po prostu naukowe narzędzie do opisu relacji kulturowych - podsumował mój wywód.
- Owszem. Wcale nie takie nowe w dodatku.
- Znowu znaleźli temat zastępczy, żeby ludzie nie mówili o pedofilii!
Ja nie sugerowałam. Ale strasznie mi się fajnie zrobiło, że mu tak sprawnie styka.

Lubię moich rodziców. Dają czadu, krwi napsuć potrafią, wszystko wiedzą lepiej. Ciągle jeszcze usiłują coś mi kazać. Bywa, że na mnie grzmią. Ale miło się z nimi spędza czas. Dziś w samochodzie, gdy wiozłam tatę do sklepu, powiedziałam:
- Nie pracuję, więc staram się wykorzystać ten czas najlepiej, jak potrafię. Pamiętaj, żebyś też go wykorzystał. Chcesz gdzieś jechać? Powiedz. Później może być trudniej.
No i jedziemy. Jutro. Cieszę się.

Druga-mamo, strzeż się! Podczas dzisiejszych wywodów wspomniał, że chciałby Was odwiedzić. Będziesz mogła pogadać z nim o tym strasznym dżenderze, hehehe.


Jestem inna - tłumaczę od lat. Dziwna trochę. Moje myśli błądzą odmiennymi ścieżkami.
Wydaje mi się, że notka rzuca nieco światła na tę sprawę. Wyrósłszy w takim domu, nie  mogę myśleć schematycznie. Mam to w genach.

9 stycznia 2014

1423

Prezes czyta mi materiały, które otrzymał na szkoleniu nt. oceniania i motywowania pracowników.

I
prezes: Schemat przeprowadzania rozmowy oczerniającej pracownika.
prezesowa: Dobrze się zaczyna.
prezes: A, nie. Oceniającej. Oceniającej pracownika.

II
prezes: Pamiętaj, bądź przygotowany, nie daj się wyprowadzić z równowagi. Trzy razy przećwiczyłem dziś swoją wypowiedź na klatce zanim wszedłem do domu. Tralala, tralala, tralala. I naciskam klamkę.
prezesowa: Więcej ćwicz, bo ci się nie udało. Marsz do kuchni - zmywarkę rozładuj.

III
prezesowa: Doprowadza mnie do szału, że nie odbierasz telefonu. Miałeś dać mi znać, o której wracasz z Warszawy. Nie napisałeś. Piszę, nie odpowiadasz. Dzwonię do ciebie piętnaście razy - nie odbierasz. Myślałam, że coś ci się stało, do cholery!
prezes: Jakby mi się coś stało, tobym zadzwonił.
prezesowa: Szczególnie gdybyś był martwy. Albo leżał nieprzytomny w szpitalu. A za co ja bym żyła?! A, nie, przepraszam, jakbyś leżał nieprzytomny w szpitalu, to miałabym za co żyć.
prezes: Prawda, jaki szczęśliwy zbieg okoliczności? Powietrza nie psuję, prania nie generuję, a kasa leci.

1422

Zaliczyło dzisiaj dwa kolokwia i jest strasznie przemądrzałe.
Grozi, że się wyprowadzi.
To nigdy nie jest realizowane, naprawdę. Może zacznę prowadzić totalizator? Obstawia ktoś coś?



8 stycznia 2014

1421

Wypowiem się. To zapewne dla wszystkich zaskakujące, ale wypowiem się.
Wypowiem się, bo już nie mogę, drażni mnie to i przeszkadza. Zęby mnie bolą. Skrzypi mi i zgrzyta.

NIE MÓWIMYW TEMACIE.

Nie. Nie, nie i jeszcze raz nie.
NIE.

Wyjątek stanowić może zdanie:
W temacie tego rzeczownika dochodzi do pewnych zmian podczas deklinacji.
I to by było - jak mawiał klasyk - na tyle.
Koniec.
Finito.
Fin i end.

Jeśli ktoś nie wierzy mi na słowo, proszę spojrzeć, co na to profesor Bańko (Bańko I Dowcipny).

Mówimy: NA TEMAT lub W SPRAWIE. Wypowiadamy się w jakiejś kwestii. Ewentualnie.
Od dziś nie będę tego tolerowała. Więc ostrożnie, bo oko wykłuję.


* A już na pewno nie piszemy.

7 stycznia 2014

1420

Czytam zapiski prenatalne Kaczki. Hurtem. (Uwielbiam). Co chwilę porównuję dane z mailami z danego okresu, bo to niezwykle wzbogaca. I nagle natrafiam na fragment (w zapiskach):

Chciałabym, aby zamiast opłakiwania pozostawionej na tamtym brzegu pracy zawodowej, kanapy, lodówki, czy pralki, zamiast zastanawiania się, ile na tej kanapie zarobi Armia Zbawienia, zamiast pytań, o to jak czuje się pierwsze dziecko oraz drugie dziecko, żebyście wy, tacy bliscy, zapytali, jak mi jest z tym wszystkim, w środku? I żebyście na moje bardzo prawdopodobne ‘tu i teraz fatalnie’ nie spieszyli z ‘och, przecież wiadomo, że sobie poradzisz’, ‘musisz sobie poradzić’, ‘zawsze spadasz na cztery łapy’, lub ‘a dzieci w Afryce mają gorzej’ tylko po prostu przyjęli do wiadomości, że ‘tu i teraz fatalnie’.

Aaaa!!! Z impetem wpadam do skrzynki. Łomatkobosko, co ja do niej napisałam?! A może się mądrzyłam? Złote myśli jakieś? Poklepywanie po pleckach? Jak opętana wertuję dziesiatki maili. Jest co wertować, bo na przykład jeden wątek liczy sztuk 93. Spociłam się. Jest!

Nie będę pisała, żebyś się nie martwiła, bo to bez sensu. W każdym razie zapewniam Cię, że ładuję w Twoją stronę mnóstwo dobrych myśli i trzymam kciuki.

Uffff... Co za ulga! Nie darowałabym sobie. Człowiekowi czasem coś z gęby wypadnie (albo z palca spłynie) i umarł w butach. Nie odkręcisz. Za cholerę nie odkręcisz. A sprawić przykrość Kaczce, ciężarnej Kaczce (!!!), to byłby grzech śmiertelny. Nic, tylko wzuć kapciocha i na ochotnika do piekła. Samej.

A Wy co tu jeszcze robicie?

1419

- Patrz na tego śmierdziela. Jakiś taki złachany.
- W końcu cały dzień ciężko pracował. Takie ma zajęcie.
- Jakie mianowicie?
- Przez 24 godziny musi wyglądać uroczo. Żadnych przerw i urlopów. Wiesz, jakie to wyczerpujące?


Poszli sobie.
Posprzątałam chałupę, wyprałam dwie pralki, przygotowałam koryto, ogarnęłam brudne gary, pogadałam przez telefon*, podciągnęłam MbL na fejsie i teraz popracuję. Nareszcie jest normalnie. Ale nie cieszymy się, bo niedługo. Zajęcia na uczelni kończą się za niecałe dwa tygodnie. Niech to piekło pochłonie. Zacznie się sesja, pani maruda będzie siedzieć w domu i zrzędzić, jak jej ciężko. I nic, zupełnie nic się od niej nie wyciagnie, bo przecież się uczy, nie?
O, żesz!


* Zaledwie 35 minut. Z T. Bo był w pracy. My tak zawsze. Urocza żona Anna uważa, że mamy się spotykać we dwoje, bo na normalnych imprezach to się z nami nie da. I tak lądujemy gdzieś w szafie, klepiąc ozorami w zawężonym gronie. W związku z powyższym zarządziła onegdaj, że sami mamy sobie organizować rozrywki i nie zawracać jej głowy. Mówiłam, że fajna? No to widzicie.
Ze spotkaniem może być różnie. Albo i wcale. W tej niedługiej rozmowie dowiedziałam się o licznych klęskach życiowych. Niech więc robią z tym, co chcą.

6 stycznia 2014

1418

A jutro...

Wreszcie normalny dzień! I wszyscy pójdą sobie w cholerę! Witaj ciszy. Witaj święty spokoju. Witaj normalny trybie życia. Posprzątamy sobie z Edkiem. Popracujemy.

Cudownie!

1417

Chwytliwe te notki o miłości, nie? Uśmieje się człowiek za wszystkie czasy. No to, ponieważ dziś święto, utrzymam się w tej tematyce i opowiem (martu, wybacz, błagam) o wspominanym onegdaj cichym wielbicielu.

Jak rozumiem, ustaliliśmy już, jaka była w czasie nastoletnim moja konstrukcja psychiczna. Ogólnie rzecz biorąc - żałosna. Poza tym widomym uszczerbkiem na intelekcie, wiodłam żywot dziewczęcia wielce towarzyskiego, miałam nieprzeliczone rzesze kolegów (cóż za nieprawdopodobny zbieg okoliczności, prawda?), z którymi w okresie smarków na twarzy zasuwałam po drzewach i dachach, natomiast podrósłszy - się prowadzałam. Towarzysko oczywiście. Koleżanek miałam znacznie mniej (cóż za nieprawdopodobny zbieg okoliczności, prawda?), bo jakoś do mnie nie pałały (dziwne...), ale to mi nie dawało do myślenia. Odczuwałam jedynie przemożny żal na okoliczność bycia sierotą. Brzydką i nieatrakcyjną towarzysko. Nawet koleżanek nie mam, buuuuu...

Dygresyjka
Jesuuuu... Za żadne skarby świata nie wróciłabym do tych czasów. Jaka ja wtedy byłam nieszczęśliwa. Fuj.
Koniec dygresyjki

Końcem szkoły podstawowej i w liceum, gdzie bawiłam się naprawdę nieźle (towarzysko, bo wciąż cierpiałam, że nikt mnie nie kocha), z którego to powodu o mało nie zdublowałam klasy przedmaturalnej - taka była impreza - czyli w wieku, powiedzmy, lat 15 - 18, posiadłam ścisłe grono wiernych towarzyszy. Dla nikogo zapewne nie będzie dziwne, gdy powiem, że wyłącznie pci wprost przeciwnej. Świat pękał ze śmiechu, nazywając nas D'Artagnan i trzej muszkieterowie. WSZĘDZIE i ZAWSZE we czwórkę. Internetów nie było, komórek nie było, człowiek miał więc wiele czasu na relacje towarzyskie. Zrobiliśmy z pięćset tysięcy maratonów, spacerując ulicami miasta, i dziw, że nam języki od gadania nie poodpadały.

Z jednym z moich muszkieterów (T) przyjaźniłam się od przedszkola. Aż strach wyznać, że znamy się już 37 lat. Gdyby nie on, nigdy bym nie dodała dwóch do dwóch. Nigdy bym się nie dowiedziała. Cholerny zdrajca i to razy dwa. Nastukam mu przy najbliższej okazji.

Dygresyjka
Gdy ze związku z pewną przeuroczą Anią urodziła mu się w końcu córeczka, dał jej na imię - nie zgadniecie - Zuzanna. Mamy więc swoje Zuzanny (tylko jego jest jeszcze mała). Ani chybi przypadek.
Koniec dygresyjki.

Wracam do meritum. W moim świecie to byli kumple. Świetni, na zabój. Inteligentni, dowcipni, zawsze w pobliżu. Dobrze mi z nimi było. Nie myślałam o swojej nieudaczności, bo dla nich... nie byłam dziewczyną. Tak uważałam. Strasznie lubiłam te chwile, gdy - po przebrzmieniu ryku Asosława!!! - wyglądałam przez okno i widziałam ich trzy uśmiechnięte od ucha do ucha pyski. Byli tam. Pogoda obojętna. Dzień obojętny. Po prostu byli, czekali, a ja byłam dla nich ważna. Beze mnie nie dało się przetrwać popołudnia. Ani jednego. Do czasu, kiedy coś zaczęło się psuć.

Nie miałam pojęcia, o co chodzi. Myślałam, że to coś między nimi. Wiecie - chłopaki mają swoje strasznie ważne sprawy, w które się nigdy nie wtrącałam. Ale bessa trwała. Oczywiście wciąż przychodzili we trzech, ale to już nie było to samo. Przychodzili też w innych konfiguracjach. I coś zgrzytało.
Smutno mi było z tego powodu, więc uderzyłam do T, żeby rozjaśnił mroki.
- Głupia jesteś, skup się - odpowiedział. - Chcesz herbaty?
- Chcę. Ale dalej nie wiem, o co chodzi. Pokłóciliście się o coś?
- Skup się, Asos, do cholery.
Nie dowiedziałam się niczego. Czas mijał, drogi nam się rozeszły, ja poznałam jakiegoś chłopaka, oni dziewczyny. I tyle. Szkoda.

Dopiero po latach wyznał mi prawdę. Byliśmy po trzydziestce!!!
- O co wam wtedy poszło?
- Nam?! Ty masz coś w puszce czaszkowej, czy zupełne wygwizdowo?
- Nie bądź świnia, co?
Z pomocą przybyła owa urocza żona Anna.
- Asia... W. się w tobie zakochał. I to rozwaliło cały uklad. Właściwie to on sie kochał w tobie zawsze, tylko wtedy mu żyłka strzeliła. Nie wytrzymał chłopina.
- A ty skąd wiesz?! Pochodzisz z czasów późniejszych!
- WSZYSCY to wiedzą.
- Ale co wy?
- Jemu nie przeszło do dzisiaj. Dopóki jest trzeźwy, to o tym nie gada. Ale jak wypije... wytrzymać się nie da. Asia. Asia ponad wszystko. Żona od niego odeszła z twojego powodu. Powiedziała, że w ich małżeństwie nie ma miejsca dla trzech osób.
- Co ty mówisz?! Nie mamy ze sobą kontaktu prawie 20 lat!
- Wymiksował się, bo myślał, że go nie chcesz. Naprawdę nie wiesz o tym?
- Nie miałam pojęcia...

T. również był uprzejmy dorzucić swoje trzy grosze.
- Przez ciebie przyszedł kiedyś i nalał mi po mordzie.
- No co ty?! Ale dlaczego?
- Mylilem się co do ciebie, ty naprawdę jestes kretynką. Zwidziało mu się, że do ciebie startuję.
- A nie startowałeś? Bo ja już nie wiem. Wspólnie z małżonką rozwaliliście mi całe dzieciństwo.
- A kopnąć cię w dupę?
- A jemu oddałeś?
- Nie oddałem. I tak był strzępem człowieka. Jak się pozbierałem, wyjaśniliśmy to sobie na spokojnie i poszliśmy na piwo.
Ludzieee... Oni sie przyjaźnili całe życie! Ale syf.

I wtedy mi się przypomniało! To było w czasach, kiedy smród już się snuł. W. przyszedł do mnie sam, co było dziwne nieco, ale że sytuacja napięta, to pomyślałam: może czegoś się dowiem. Nie pytałam wprost, skoro przylazł i będzie chciał zeznawać, to zezna. A skoro nie chce, to nie ma o co pytać.
Poszliśmy na spacer, rozmowy niby jak zawsze, ale jakieś przemilczenia się pojawiały. Usiedliśmy na ławce. Cisza zaczęła być nieprzyjemna.
- Spójrz na mnie - powiedział w końcu.
- Patrzę - odparłam, robiąc dobrą minę do złej gry. - I co?
- Spójrz mi w oczy. Widzisz?
- Taaaa... Stary, jak ci się tak przyglądam, to ty zeza masz! - zachichotałam, bo chciałam rozładować atmosferę. - I grzywkę od garnka przyciętą.
Coś mu się stało z twarzą, ale nie skomentował.

Biedny. Jaka byłam głupia! Jaki on był głupi!!! Strasznie go lubiłam i podobał mi się. Ale skutecznie tłamsiłam w sobie takie emocje, wychodząc z założenia, że jestem brzydka i beznadziejna, więc lepiej utrzymywać relację taką, jaka jest, czyli kumpelską, niż ją zepsuć po całości. W końcu na mnie nikt nie mógł zwrócić uwagi, nie? To już ustaliliśmy.
Gdyby wtedy okazał jakieś cojones, wszystko ułożyłoby się zupełnie inaczej. Ale pewnie miał tak, jak ja. Bo człowiek głupi w tym wieku, co? Nie chce popsuć. Właściwie jest się niezbyt mądrym w tych sprawach całe życie. Przynajmniej ja.

Ciąg dalszy niechybnie nastapi. Bo właśnie wysłałam sms do T. Że starzy jesteśmy. Nie ma na co czekać. I niech się wreszcie ogarnie, i umówi nas we czwórkę. Sto lat ich nie widziałam, do cholery jasnej!!!

5 stycznia 2014

1416

No, dobra. Temat poprzedni był przyciężkawy i rozumiem, że sporo czytelników usnęło przy trzecim akapicie. Tym większe hophury należą się osobom, które przeczytały. Zrozumiały. I się zasępiły. Ale dajmy już spokój. W promocji proponuję notkę łatwą, lekką i przyjemną, czyli dotyczącą stosunków damsko-męskich. Łatwo będzie mi to opowiedzieć z dystansem, albowiem rzecz działa się w czasach głęboko zamierzchłych. Tedy: mniej się człowiek wstydzi swej głupoty, gdy dotyczy młodości chmurnej i durnej. Przynajmniej może powiedzieć, że wyrósł.

Z góry przepraszam martuuhę (która ma kryzys twórczy - pomóżcie), bo ona opowieść tę zna, w dodatku umieszczoną w kontekście. I odebrała osobiście. Martuuhy bywaja niezwykle przemyślne. Utrzymuję się w klimacie, opowieść jest bowiem sylwestrowa (zabrzmiało co najmniej jak opowieść wigilijna - ale nie aspiruję). No to zaczynam.

Dawno, dawno temu, gdy Łoterloo i jej podobne były nastolatkami, panował pewien pogląd uniwesalny, który ma przełożenie również na czasy obecne. Mianowicie... nie być zaproszonym na zabawę sylwestrową było potwornym obciachem i zarzynało człowieka towarzysko, jak sądził - po wiek wieków. Bycie nastolatką jest przeżyciem potwornym; widzi siebie wyłącznie jako odbicie w oczach innych ludzi, najczęściej zresztą mając silnie obraz ów wypaczony. A do tego kompleksy.

Nie odbiegałam naonczas od średniej, chyba że w dół. Zakompleksiona KOSZMARNIE, uważałam się za osobę pozbawioną jakichkolwiek zalet. Nie mogła mnie więc spotkać większa kara niż całkowity brak ofert sylwestrowych. W głowie mej skołatanej nawet nie powstało, że ktoś się o to skrzętnie zatroszczył, mając całkowicie odrębne w stosunku do mej żałosnej osoby plany. Umierałam więc w odosobnieniu przez cały grudzień, czując się jak ostatnia szmata. Byłam zbyt dumna, by o coś zabiegać. O depresji jeszcze wtedy nie mówiono. I tylko dlatego nie załapałam się na żadne prozaki.

Gdy dziś o tym myślę, to płakać mi się chce ze śmiechu, bo doprowadzenie do tak niesamowitych rozwiązań musiało być majstersztykiem pracy agenta. Co więcej - do dnia dzisiejszego wszyscy znajomi milczą jak grób i nie chcą puścić pary z gęby, a musieli być przecież wciągnięci, bo bez tego nie mogło się udać!

Zostałyśmy więc w domu, ja i moja rozpacz. A także rodzice. W kuchni.
W godzinach wieczornych nieśmiało odezwał się dzwonek do drzwi. Zwlokłam swe żałosne zwłoki z łoża konania. Za drzwiami stało dwóch młodzieńców w pozach symulujących brak zaangażowania. Fragment ten sponsoruje Kabaret Starszych Panów.


Od niechcenia zauważyli, że nigdzie nie wyszłam. Po czym, w tych sprzyjających okolicznościach, zaprosili się do środka. Moi rodzice byli, że tak powiem, zwyczajni. Od lat rozważali zamontowanie drzwi, jak do saloonu, bo przestało im się chcieć je ciągle otwierać. A towarzystwo przemieszczało się nieustannie. Szlaki wszakże przetarł już mój starszy brat.

Złapałam minimalny wiatr w żagle. Co prawda w głowie mej nie powstała nawet myśl o spisku, bo byłam dziewczęciem konstrukcji nader prostej (oraz silnie zakomplesionej, jak wspominałam) i należało mi wprost powiedzieć, że jestem cudowna i się mnie uwielbia, a nie kombinować na boku; ale uznałam, że niesamowicie radosnym zbiegiem okoliczności jest fakt braku zaczepienia sylwestrowego również innych osób. Nie było tak tragicznie, nie musiałam opowiadać w szkole, że w Sylwestra, w Sylwestra!!!, siedziałam w kuchni z rodzicami.

Czasy były cienkie, wiele tam na stół nie wyjechało. Rodzicom dziwnie szkliły się oczy i dochodziły mię lekkie chichoty, ale uznałam, że może użyli już jakiegoś alkoholu. Atmosfera sympatyczna, pozbawiona napięć, ja, dwóch kolegów, starzy dyskretnie poza obiegiem. Fajnie. I wtedy... odezwał się nieśmiały dzwonek do drzwi.

Za drzwiami, hmmm, dwóch kolegów. Których sponsorował, a jakże, Kabaret Starszych Panów. Co oczywiście w głowie mej skołatanej nie powstało. Dziś, gdy o tym myślę, dochodzę do wniosku, że DOPRAWDY byłam idiotką. I wiele z tego mi pozostało, niestety. Od niechcenia zauważyli, że nigdzie nie wyszłam. Po czym w tych sprzyjających okolicznościach zaprosili się do środka. Lekka konsternacja nastąpiła, gdy w pokoju zderzyli się z poprzednią dwójką. Wtedy tego nie zauważyłam (ustaliliśmy, że kretynka), ale poziom elektryczności w pomieszczeniu jakby wzrósł.

Czasy kryzysowe, ale matka, lekko się zataczając (co zrzuciłam, choć z pewnym niepokojem, na alkohol), stanęła na wysokości zadania. Tu, prawda, herbatka, tu kawka, jakaś żywność - niewyszukana, ale kto miał wtedy wyszukaną. Zresztą nie przyszli przecież żreć. Ja miła i gościnna, koledzy z lekka naburmuszeni, rodzice jakby z kaszlem, lekko się chwiejąc. Nikt nic nie wie. Jak w filmie o Bondzie. Atmosfera napięta, ale ja zadowolona, bo nie musiałam opowiadać w szkole, że w Sylwestra, w Sylwestra!!!, siedziałam w kuchni z rodzicami.

I wtedy... odezwał się nieśmiały dzwonek do drzwi. Za drzwiami (nie spodziewaliście się?) dwóch kolegów, których sponsorował, bardzo oryginalnie, Kabaret Starszych Panów. W moim półgłówku to naturalnie nie powstało. Cóż... pora się z tym zmierzyć - byłam idiotką. Od niechcenia zauważyli, że nigdzie nie wyszłam. Po czym w tych sprzyjających okolicznościach zaprosili się do środka. Całkowita konsternacja nastąpiła, gdy w pokoju zderzyli się z poprzednią CZWÓRKĄ.

Z niepokojem zauważyłam u rodziców dziwaczne objawy. Mianowicie, gdy wchodziłam do kuchni, krztusili się, słaniali, na ich policzkach dostrzegłam ślady łez. Nie zaprzątałam sobie tym jednak półgłówka, ponieważ była szczęśliwa. SZCZĘŚLIWA!!! Ktoś chciał spędzić ze mną Sylwestra. Pewnie z braku innych zaproszeń, ale zawsze. Nie byłam sama!

Ojacieżpierdolę! Jak to się udało w ogóle zorganizować?! Po latach zrozumiałam, że nikt mnie nigdzie nie zaprosił, bo to było ukartowane! Przecież chodziliśmy na imprezy paczką i to by było całkowicie niemożliwe, żeby mnie ze sobą nie zabrali. Ja towarzyska byłam. Lubiana. Jak nie ci, to tamci. Żeby tak nikt?! Musieli brać w tym udział, skunksy. Ale potrójnie?!!! SKUNKSY!!! Wszystkie moje ówczesne koleżanki spłoną w ogniu piekielnym. Na 100%.

Pomijając i kończąc: wyobraźcie sobie atmosferę. Było gęsto, czego uprzejmie nie zauważyłam, gdyż - jak ustaliliśmy - nie przypuszczałam, że mogłam być obiektem młodzieńczego, męskiego zainteresowania. My, z moim kompleksami, mieliśmy się znakomicie. Ot, kumple wpadli, bo nie mieli co ze sobą zrobić. Biedacy. Ale lepszy rydz niż nic. Nie?
Więc w pokoju atmosfera gęsta. Siedzieli po kątach, spoglądając na siebie wrogo. W tym wszystkim ja - żałosna idiotka - dwojąc się i trojąc, roztaczając koleżeńskie ciepło i prowadząc niezobowiązujące konwersacje. W kuchni konający protoplaści. Ileż radości im przysporzyłam. I to całkowicie niechcący. Po prostu muszę z nimi o tym porozmawiać. Że też wcześniej na to nie wpadłam. Z powodu ilości śmiechu tej nocy, będą żyli do setki. Bo śmiech, jak wiadomo, przedłuża życie.

Przysięgam Wam, że przez lata na to wszystko nie wpadłam. Musiałam dorosnąć, okrzepnąć, wkroczyć w wiek, jak już ustaliliśmy, postbalzakowski. Żeby dopełnić, powiem: nic z tego nie wynikło. Z żadnym z tych chłopców nie utworzyłam pary. I dalej tkwiłam sobie w przekonaniu, że jestem wybrakiem, którym absolutnie nikt nie może się zainteresować.
Baba to naprawdę potrafi...

1415

Miałam pomysł na notkę lekką, łatwą i przyjemną, ale właśnie przeczytałam sobie artykuł w gazecie i naszła mnie inna refleksja. Wobec powyższego tę lekką to może wieczorem. Albo jutro. To zależy, na jakim etapie chcenia będę.
W związku z powyższym niniejszym nadaję tagi: #zadługienieczytam, aczkolwiek #przydatne, #zastanawiające i #frustrujące.

Tymczasem wracam do artykułu. Mówi on o przegraniu przez pocztę przetargu na doręczanie tzw. sądówek na rzecz skumulowanych sił Grupy PGP i InPostu. I nie, żebym miała jakiś sentyment do byłego pracodawcy, ale obudziła się we mnie zawodowa (i zwyczajna, ludzka) ciekawość, co to będzie. Albowiem rzecz jest koszmarnie skomplikowana i to nie przez przepisy pocztowe, ale kodeksy postępowań (cywilny, karny, administracyjny i jeszcze, jakby było mało, Ordynację podatkową). Przy okazji więc macie właśnie szansę się dowiedzieć, jak to wszystko wygląda od podwórka. Bo od frontu klienta szlag trafia, tylko prawdopodobnie na niewłaściwy czynnik. Choć nie będę o tym oczywiście dyskutować.

Mianowicie idzie mi o dwie rzeczy, czyli o doręczanie i liczenie awizacji. Bo sprawa jest kurewnie skomplikowana, a zjadłam na tym zęby, wyszczerbiwszy uprzednio solidnie, więc myślę, że mogę się wypowiedzieć. Co prawda artykuł w prasie, jak to w prasie, jest bardzo niedokładny i brakuje w nim podstawowych informacji, ale postapię jak statystyczny czytelnik, czyli dokonam uogólnienia. Bo szczegółów brak. Zakładam więc, że PGP z InPostem przejmą wszelkie tzw. "sądówki".

Pierwszy problem (i cień drugiego) opisuje się już na poziomie prasowym. A mianowicie: jaki będzie odbiór społeczny przekazywania tak ważnych przesyłek do kiosku Ruchu (lub też i sklepu rybnego). Drugim problemem jest ów cień, czyli zapewnienie bezpieczeństwa obrotu pocztowego przez osoby całkowicie przypadkowe, w aspekcie faktu traktowania jako prawidłowo doręczonych przesyłek sądowych, nieodebranych po dwukrotnej awizacji. A muszę Wam powiedzieć, że tzw. bezpieczeństwo poczta traktuje niezwykle poważnie. Naprawdę. No, chyba że pracowałam w jakichś wybitnych miejscach, na marginesie świata. Trzeci problem to różnice w doręczaniu przesyłek w odrębnych postępowaniach, a czwarty: awizacje.

I
Co do odbioru społecznego trudno mi się wypowiadać. Prawdopodobnie najtrudniej będzie się do takiej rzeczywistości przyzwyczaić osobom starszym, które nie będą mogły zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Jak świat światem obsługiwał ich listonosz i pani w okienku; dla takich ludzi są to osoby zaufania społecznego. Bo urzędnik to kiedyś był KTOŚ. A w niektórych miejscach w kraju nadal jest. Bardzo zresztą słusznie, byle sam nie postrzegał swojej wartości poprzez stanowisko i pamiętał, że jego rolą jest służenie, a nie wymądrzanie się i pycha. A nie daj Boże lekceważenie.

II
Sądówka - bywa - decyduje o ludzkich losach. Mówiąc uczenie - powoduje powstawanie skutków prawnych. Poczta, wprowadzając taką przesyłkę do obiegu, brała całkowitą odpowiedzialność za jej losy. Jeśli została zagubiona, doręczona niewłaściwie, niezgodnie z przepisami lub, dajmy na to, zwrócona do nadawcy (czyli sądu) w niewłaściwym czasie, to całe postępowanie brało w łeb. To oczywiście mogło być utrudnieniem dla stron procesowych, ale także często bywało uchyloną furtką. Rzetelni prawnicy bowiem mają zwyczaj sprawdzania w pierwszej kolejności, czy nie zaszły jakiekolwiek uchybienia formalne, na podstawie których można klientowi uratować tyłek. Wystarczył jeden dzień zalegania w placówce za krótko, by móc unieważnić tok postępowania i wdrożyć je od poczatku. Dzięki temu niejedna osoba uniknęła przykrych konsekwencji, ponieważ - nie czarujmy się - w sądach też pracują ludzie, ergo działa prawo Murphy'ego, czyli jak coś ma się spieprzyć, to się spieprzy. Całkiem niedawno ofiarą czynnika ludzkiego w sądzie padła Korporacyjna, której na boku wyjaśniałam, jak to wszystko działa i co może zrobić w świetle obowiązujących przepisów. Bowiem do zmian w kodeksach ustawodawca się nie spieszy, gdyż nie ma powodu. To nie są nośne tematy.

Placówki pocztowe (i inne jednostki organizacyjne na trasie przewozu) bywają strzeżone. Chronią również przesyłki w specjalny sposób, albowiem - obok wartości pieniężnych - są one najwyższą wartością. Pewnie tego nie wiecie, ale nawet wszelkie HIPOTETYCZNE naruszenia bezpieczeństwa przesyłek zgłaszane są z urzędu na policję. Również przesyłek tzw. zwykłych (czyli niepoleconych, nieśledzonych). Szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy na poczcie usiłują się zaczepić ludzie bardzo młodzi, nieskalani ciężką, fizyczną pracą, jaką jest robota listonosza. Oni, bywa, biorą torbę z listami, idą w rejon i wymiękają po dwóch godzinach. Jak są dobrze wychowani, to odnoszą resztę listów do urzędu i mówią adieu. Jak trochę gorzej - dzwonią i informują, gdzie ją zostawiają. Jeśli mają rzecz w dupie - po prostu wyrzucają do pierwszego napotkanego śmietnika torbę z całą zawartością i znikają bez wieści.
Oczywiście takim osobom sądówek się nie daje. Nie na poczcie. Ale kto da siebie uciąć rękę, że nie w PGP lub InPoście? Jak ktoś ma zbędną rękę, to śmiało.
A co z zabezpieczeniem listów awizowanych? Treść kusi, więc znajdą się i tacy, którzy będą te przesyłki chyłkiem otwierali. Chcielibyście? Bo ja nie. O innych sprawach nawet nie wspominam, szkoda czasu.

III
Clou programu - doręczenia. Żeby nie rozwijać nadmiernie tematu, zajmę się tylko postępowaniem cywilnym i karnym, pozostałe Wam daruję. Zasadniczo przesyłki sądowe nie są oznaczane w jakiś szczególny sposób, który mógłby pomóc listonoszowi w ich właściwym doręczeniu. Zawsze uważałam, że ktoś wreszcie powinien wpaść na pomysł, by to ujednolicić, ponieważ nie ma ŻADNYCH przesłanek, żeby każda przesyłka chodziła inaczej. Ale to musi zrobić sejm, ujednolicając wszystkie kodeksy postępowań w dziale "doręczenia". Póki co - jest jak jest.
Czyli tak: listonosz może rozpoznać, jak ma doręczyć sądówkę, po trzech informacjach:
1. pieczątce blankietowej sądu,
2. sygnaturze akt,
3. rodzaju potwierdzenia odbioru, przytwierdzonego do przesyłki (są różne, nawet w wersji białej!).
Musi brać pod uwagę wszystkie trzy czynniki, bo bywają mylące.

Lekką ręką, czyli miękkim chujem (sprawdzam, czy czytacie), naliczyłam w postępowaniach cywilnych: sąd najwyższy, sądy okręgowe, rejonowe, grodzkie, administracyjne i komorników. W karnych: sąd najwyższy, sądy okręgowe, rejonowe, grodzkie, specjalne (np. wojskowe) plus prokuraturę krajową, prokutratury okręgowe, rejonowe, wojskowe i jeszcze do kompletu policję. Czyli rozumiemy, że oznaczenie sądu samo w sobie nic nie wnosi.

W treści pieczatki blankietowej jest już troszkę łatwiej, bo pojawiają się tam wydziały, czyli np. cywilny, gospodarczy, pracy itp. lub też wydział karny i izba karna. Za tym idą sygnatury akt. I tak w postepowaniu cywilnym mamy ich co najmniej osiem, wydziały gospodarcze posługują się przynajmniej jedenastoma, sądy rejestrowe używają na moje oko trzech, wydziały pracy plus ubezpieczeń społecznych minimum dziewięciu, wydziały rodzinne i nieletnich siedmiu. Wydziały karne to kolejnych sześć, sądy apelacyjne cywine trzy i karne trzy, pracy i ubezpieczeń spolecznych sześć. Różnych. Wykuj na pamięć i pamiętaj, że czas, czas, czas.

Jak już, listonoszu, wykapujesz, co masz w ręce, to teraz pamiętaj, że masz doręczanie właściwe, zastępcze (w obu przypadkach dla cywilnych inaczej, dla karnych inaczej, a innych nie omawiamy przecież) oraz zawiadomień do skrytek pocztowych (i musisz wiedzieć, kiedy możesz to zrobić, bo w cywilnym tak, ale tylko w dwóch przypadkach, które Wam daruję, a w karnym nigdy nie), no i masz jeszcze złote zasady typu: doręczenie następuje pod adresem wskazanym na przesyłce do rąk osoby fizycznej będącej organem danej osoby prawnej (wiecie, o co chodzi, nie?) lub jednostki organizacyjnej nieposiadającej osobowości prawnej, lub też osobie fizycznej upoważnionej przez ten organ (np. pełnomocnikowi, upoważnionemu pracownikowi). Każdy to przecież rozróżnia. I do tego odstępstwa, czyli obowiązek dosyłania przesyłek adresowanych do osoby prawnej pod wskazany adres i doręczanie ich likwidatorowi lub syndykowi masy upadłościowej na jego adres. (Likwidatorzy masy upadłościowej i syndycy to mój ulubiony gatunek).

Potem idą zasady postępownia w przypadkach, gdy: adresta nie ma chwilowo, umarł, wyprowadził się lub jest nieznany (co oczywiście wiesz, bo jestes agentem CIA), adrestat odmawia przyjęcia przesyłki, nie może lub nie chce jej pokwitować. Nie muszę pisać, że różne? Wierzę, że nie chcecie poznać zasad, dotyczących liczenia dni awizowania. Bo są, zaskoczę Was, RÓŻNE. Dla każdego postępowania.

Podsumowując: dobry człowieku, zanim zjebiesz swojego listonosza (sprawdzam, czy czytacie), pomyśl, że to jest tylko WYCINEK jego pracy. Mały. On to musi mieć w jednym palcu. Bo czas, czas, czas. A, przypuszczalnie, nie jest akurat prawnikiem, boby go tu nie było. W dodatku ma przecież pierdyliard innych przesyłek, druki bezadresowe (czyli ulotki), listy, które ktoś nadał w formie paczek (mogą ważyć do dwóch kilogramów jeden i są zapakowane w pudełka), powtórne awizacje. A pierdolona poczta każe listonoszom... sprzedawać. Wszystko. Bo inaczej nie daje im premii, w zawrotnych sumach np. 80 zł, o które też walczą, bo zarabiają naprawdę mało.

Budzi się we mnie wątpliwość, jak sobie z tym poradzą świeżuchy na rynku. Bo żaden organ sądowy nie kwapi się z informacjami. Mowy nie ma. A raz jeszcze przypominam to zgrabne sformułowanie: powstawanie skutków prawnych. DLA NAS.
I wierzcie mi lub nie, ale problemy miewają nawet pracownicy z wieloletnim stażem. Bo nie są maszynami.

Skoro obiecałam, że daruję Wam informacje na temat liczenia terminów awizacji, to dotrzymam słowa. Tuszę, iż nikt nie wniesie o rozwinięcie tematu po tym, co już przeczytał. Tym, którzy zasnęli - śpiewam kołysankę. Jeśli ktoś się załapał na stan przedzawalowy - przepraszam.

I dlatego mam wątpliwości, co do sprawnego działania tego systemu. Ja, były pocztowiec z kilkunastoletnim doświadczeniem. Bo są jeszcze inne aspekty, które sobie darujemy, naprawdę. I tak dowaliłam do pieca. Ale niepokoję się. Bo do mnie sądy ciągle wysyłają korespondencję na adres, pod którym nie zamieszkuję. Mimo że złożyłam w tej sprawie stosowne pismo i mam meldunek czasowy.

To co mam się martwić sama. A macie!