31 grudnia 2016

2381

Życie ma to do siebie, że nie zawsze układa się po naszej myśli. Ba! Czasem drastycznie nie układa się po naszej myśli. My natomiast mamy to do siebie, że uważamy, jakoby wymyślony przez nas scenariusz był najlepszym z możliwych. Jedynym wręcz.
Bullshit.

Kiedy jako dwudziestotrzylatka zostałam sama z dzieckiem, rozbabranymi studiami i bez źródła utrzymania, wydawało mi się, że to absolutny koniec - świat się zawalił, nie dam sobie rady, zginę, sczeznę, a wraz ze mną szalejąca naówczas, dwuletnia Zuzanna.
Dziś mam 43 lata, Zuzanna 22 i nadal żyjemy.

Kiedy miałam 25 lat, wypowiedziano mi bez zbędnej zwłoki najem mieszkania. Zostałam sama z maleńkim brzdącem, bez dachu nad głową i alimentów, najniższą krajową raz w miesiącu i przerażeniem między uszami. Wydawało mi się więc, że oto nadszedł absolutny koniec świata, który kolejny raz uprzejmie się zawalił, a ja nie dam sobie rady, zginę, sczeznę, a wraz ze mną czteroletnia Zuzanna.
Nastąpiła niebywała mobilizacja: mama znalazła dla nas maleńkie mieszkanie w bloku sprzedawane na licytacji, tato się zadłużył, przekupiłyśmy częściowo, a częściowo wzięłyśmy na litość drugiego chętnego, który wraz z nami stanął w szranki i po raz pierwszy w życiu byłam u siebie. Ciasne, ale własne.

Kiedy miałam 27 lat, wyrzucono mnie z pracy na bruk. Zostałam sama z dzieckiem, rozbabranymi studiami podyplomowymi i bez źródła utrzymania. Rynek już wtedy nie był łatwy, przy tym nie było internetów odpowiadających na wszystkie pytania, nie mogłam znaleźć pracy i wizja całkowitego upadku stawała się coraz bardziej realna. Wydawało mi się więc, że oto nadszedł absolutny koniec, świat znów się zawalił, nie dam sobie rady, zginę, sczeznę, a wraz ze mną sześcioletnia Zuzanna.
Znalazł się ktoś, kto mi pomógł, dzięki czemu w kolejnej firmie zakotwiczyłam na następnych dwanaście lat: z całkiem niezłymi zarobkami, które pozwoliły na zakup używanego samochodu (pierwszego, drugiego, a potem trzeciego), wzięcie kredytu hipotecznego i przeprowadzkę na większy metraż oraz utrzymywanie przez pewien czas nas trojga, bo Prezes akurat przebywał na radosnym bezrobociu.

Kiedy miałam 39 lat w mojej firmie ostatecznie się skisiło, więc - wyrobiwszy uprzednio stosowne kontakty - pobrałam oferowaną kasę i odeszłam. Wszystko układało się w miarę dobrze i wyglądało, że bez pracy pozostanę jakieś dwa miesiące, na co miałam środki. Tymczasem sytuacja zmieniła się diametralnie i zostałam ze szczątkowymi pieniędzmi na dwa lata. Świat mi się zawalił - miałam 40 lat, za to nie miałam najmarniejszej wizji na jakiekolwiek zajęcie, co w miarę upływu czasu wpędzało mnie w stan nieomal depresyjny i kółko się zamykało.
I znów znalazł się ktoś, kto podał mi rękę. Musiałam całkowicie zmienić profil, uczyć się jak szalona, ale na moje konto spływała wypłata*. W stosunkowo krótkim czasie moją umowę zmieniono na czas nieokreślony, Prezes zdecydował się na migrację do międzynarodowego korpo, znów wzięliśmy kredyt i kupiliśmy piękny, nowy dom, w którym jesteśmy niewyobrażalnie szczęśliwi i bogaci w czworonogi oraz dwuipółmetrowe choinki na święta.

Czas pomiędzy wystąpieniem poważnego życiowego problemu a jego rozwiązaniem każdorazowo był dla mnie niewyobrażalnie trudny, bolesny i pełen lęku. Nie znajdowałam żadnego punktu zaczepienia, nie mogłam niczego zaplanować, jutro było czarną dziurą w dupie murzyna przebywającego w ciemnym lesie o północy. Nie zmarnowałam tego.
Nauczyłam się wielu różnych rzeczy oraz pokory. Ona jest zawsze wartością dodaną. Słowo.

Moi Drodzy!
Z okazji nadchodzącego roku nie życzę Wam, żeby Wasze ścieżki zawsze były proste. Życie pozbawione cierpienia jest puste i niczego nie uczy. Życzę Wam zupełnie czegoś innego.
Żebyście potrafili rozwiązywać problemy.
Żeby w Waszym otoczeniu znalazł się zawsze choć jeden dobry człowiek, który Was wesprze, poda pomocną dłoń, chusteczkę jednorazową, a w odpowiedniej chwili zasadzi kopa w tyłek. Nie ten jest bowiem przyjacielem, kto zawsze głaszcze, ale ten, kto potrafi w stosownym momencie wsadzić palec w oko i przekręcić. To mobilizuje.
I w końcu... by kłopoty, z którymi sobie nie poradzicie sprawiły, że staniecie się lepszymi ludźmi. Życie to wędrówka i tylko wtedy ma jakiś sens. Stanie w miejscu niczego nie wnosi. Bądźcie dobrzy dla innych. Pomagajcie słabszym. Pamiętajcie, że zrozumienie jest lepsze niż krytyka. Dajcie sobie i innym wolność i prawo do stanowienia o własnym życiu. Dużo się uśmiechajcie. Żyjcie z myślą, by - kiedy Was zabraknie - innym zrobiło się nudno. Wstawajcie każdego dnia z głębokim przekonaniem, że każdy z Was zrobi dziś wszystko, by być dobrym, przyzwoitym człowiekiem.
Myślę o Was,
Najlepszego w nowym roku!


* Wszystkim, którym nie chce się wstawać rano do roboty, powiadam: praca nie jest karą, tylko błogosławieństwem. Bądźcie wdzięczni, by nigdy nie zakosztować, co to znaczy, gdy się jej nie ma.

20 grudnia 2016

2380

Proponuję połówkowy odbiór przemeblowania.

Tak wygląda obecnie część wypoczynkowa salonu:


Jak widzicie, brakuje górnego rzędu półek, czyli nadstawek, które mamy zamiar nabyć jutro, jeśli IKEA się zatowaruje. Prezes chce jeszcze źródła światła na nadstawkach, mnie nie zależy, więc się zgadzam. Zamierzam wymienić zasłony na kolorystycznie zbieżne z kanapą. I koniec remontu.


Ścieżka zdrowia dla psów została, oczywiście, przewidziana.


Brakuje nam lampy nad kanapą. Szukam. Podobno mężczyźni zawsze narzekają, że kobiety nie wiedzą, czego chcą lub nie umieją wybrać. Prezes narzeka (potwierdzając teorię, że trawa u sąsiada zawsze bardziej zielona), że ja zawsze i niezwykle precyzyjnie wiem, czego chcę oraz dostaję wścieku, jeśli nie mogę tego kupić.

Czego chcę*? Chcę lampę podłogową o kształcie łuku, chromowaną i nieszczotkowaną, o wysokości ok 2 m, rozpiętości maksymalnie 1,90 m, z kloszem typu bow lub, jeszcze lepiej super bow o średnicy nie mniejszej niż 40 cm. I, owszem, można takie kupić, ale z białym kloszem, na czym pewnie się skończy, bo stracę cierpliwość.
Kiedy kupimy tę lampę, uzyskamy profesjonalne miejsce do gnicia z książką. Stanie w prawym, z Waszego punktu widzenia, rogu, by zwisnąć wprost nad kanapą. Niu, niu, niu.

Nadal nie został rozwiązany problem tzw. coffee table, ponieważ ten, który mamy, jest idealny w rozmiarze, ale kolor ma od czapy. Natomiast to, co oferuje rynek, jest zgodne kolorystycznie wyłącznie w wersji ławy. Z tym się jednak nie spieszę, wierząc, że kiedyś się uda.

Przemeblowanie salonu pociągnęło za sobą pewne zmiany na piętrze. Ocaliłam stary komplet wypoczynkowy, który jest nie do zdarcia (ma prawie 20 lat), a Zuzia zakwiliła, że chce go zabrać ze sobą, gdy będzie się wyprowadzała. W związku z tym zrobiłam dobrze gościom, likwidując w pokoju gościnnym duży regał na książki (mały został, gdyby się komuś chciało niezobowiązująco poczytać bez proszenia o lekturę - no... wszystkie książki się nie zmieściły) i wstawiając tam kanapę. Teraz można spędzić u nas czas we własnym pokoju, jeśli ktoś potrzebuje więcej prywatności - i nie trzeba do tego leżeć w łóżku, a można posiedzieć na kanapie. Jestem nawet gotowa dokupić jakiś malutki stoliczek, żeby można było na nim postawić kubek z herbatką.

Z sypialni zniknął jeden regał na książki, drugi zmienił miejsce i zapełni się pudełkami na drobiazgi (nie znoszę tzw. kurzozbiorów i nie będzie mi luzem śmietnik stał po półkach) oraz jednym rzędem książek świeżo zakupionych i przeznaczonych do pierwszego czytania. Symetrycznie po obu stronach szafek nocnych stanęły fotele z rzeczonego wypoczynku, bo przecież koty muszą mieć jakieś kulturalne warunki do spania.

Odsiano jedną komodę i jeden regał. Oraz obraz, gdyby ktoś był zainteresowany**. W całym domu.
Koszt: 5.000 zł na raty 0%.

Dziękuję, jestem z siebie bardzo zadowolona.


* Teraz ten popis, jak ja dokładnie to określam.
** Obraz jest bardzo przyjemny, ale nie mam na niego pomysłu. Mogę również wysłać kurierem, jak obmyślę sposób zabezpieczenia.


18 grudnia 2016

2379

Drodzy i mniej drodzy!

Wydawało mi się zawsze oczywiste, że każdy, kto poświęcił trochę czasu na lekturę tego bloga, zdaje sobie sprawę, że nie piszę go po to, żeby się komukolwiek podlizywać. Ponieważ blogerom często zadaje się pytanie dlaczego piszą (lub dlaczego zaczęli pisać), też w końcu zadałam sobie takie pytanie i doszłam do wniosku, że utrwalam w ten sposób skrawki rzeczywistości - ergo: piszę tak naprawdę dla siebie. A od kiedy fejs zaproponował nam usługę w postaci możliwości przeglądania wspomnień z danej daty, to już po prostu jest bajka. Wracam do danego dnia sprzed roku czy lat kilku i mam wiele radochy. Nie prowadzę bloga komercyjnego ani tematycznego, nie mam ambicji narąbać se poczytalności czy tutaj zarabiać. W związku z czym mogę sobie, co chcę.

Zwykle chcę dość lekko, bo lubię moje pozbawione ambicji, proste i nudne życie. Jest naprawdę dobre.

Czasem świat powiedzie mnie w felieton społeczny (czy coś w tym guście), ale nie za często.

Zasadniczo lubię interakcję z czytelnikami. Bardzo byłam wzruszona, gdy kibicowaliście procesowi ozdrowieńczemu moich kotów, a także zostawialiście ślad, że myślicie, jesteście obok, gdy ukochane zwierzęta odchodziły. Czytałam Wasze komentarze wielokrotnie - bardzo podnosiły mnie na duchu i wspierały. Z przyjemnością poznaję Wasze opinie na różne tematy, a nawet - o, zgrozo! - czuję potrzebę podzielenia się z czytelnikami jakimiś aktualnościami rangi światowej. I, nie powiem, przyjmuję zdania odmienne, jeśli wyrażone kulturalnie (patrz komentarz Joanny pod poprzednim postem) oraz nienachalnie ewangelizujące. Przypominam, że naprawdę długo znosiłam anonima-mordercę pod którymś z postów o czarnym proteście.

Jednak istnieją sprawy, na temat których nie chce mi się dyskutować i często uprzedzam o tym w treści notki, co właściwie oponentom powinno wiele wyjaśniać. Otóż: nie dyskutuję o prawach człowieka czy o stosunku do słabszych (dzieci, ludzie starsi, z niepełnosprawnościami, zwierzęta itd.), bo uważam, że debila nie przekonasz, więc po co się pocić. Do idioty trzeba w jego języku, a najlepiej kijem - to zrozumie, bo jego poziom.

Pragnę zatem podkreślić, że żadne komentarze tego typu:


nie będą tolerowane.

Ktoś zdaje się zapomniał, że ja jestem u siebie. Jeśli w czyimś domu jest przyjęte, żeby chodzić w gości i srać gospodarzom na środku salonu, to bawcie się dobrze, ale we własnym gronie. Nie spraszałam, co przypominam kolejny raz. I nie akceptuję ŻADNYCH wycieczek osobistych w kierunku osób bliskich.

Mogę usuwać komentarze i co mi zrobicie.
Mogę ograniczyć możliwość komentowania i co mi zrobicie.
Mogę zlikwidować możliwość komentowania i co mi zrobicie.
Mogę ograniczyć dostęp i co mi zrobicie.
Mogę zamknąć dla zwiedzających i co mi zrobicie.

Piszę dla siebie.
I co mi zrobicie, małe, śmieszne, gotujące się z nienawiści ludziki?
NIC.

17 grudnia 2016

2378

To, co się dzieje, jest przerażające.
Widzieliście, jak ZOMO pacyfikuje ludzi na ulicach?

Analogia do grudnia sprzed 35 lat jest aż nazbyt oczywista.

11 grudnia 2016

2377

Moja mamusia.
Wygrałaby absolutnie KAŻDY konkurs, do którego by przystąpiła.

Dzwoni do mnie w czwartek, że złamała jej się miotła, kup mi miotłę. Dobrze, mamo. Tylko żeby sztyl miała dla normalnych ludzi, a nie do pasa. Dobrze, mamo. Nie musi być dzisiaj. Dobrze, mamo. Ale wiesz... najbardziej to ja bym chciała miotłę fryzjerską. Dobrze mamo. Wiesz, gdzie taką kupić? Nie mam pojęcia. Ja też nie mam pojęcia. Nie martw się, mamo, poszukam, znajdę, będziesz miała, co tam chcesz.

Ja się nie pytam matki, po co jej miotła fryzjerska, każdy ma prawo u schyłku żywota otworzyć nielegalny zakład w mieszkaniu, zwłaszcza gdy nie ma przygotowania. Ja się nie pytam, jestem jak czekolada: ona nie pyta, ona rozumie. Za swoje w końcu chce, niech ma miotłę fryzjerską, a nawet cały salon. I włosy w talerzu - co mi tam.

Oczywiście dzwoni do mnie, gdy przebywam na gościnnym łonie pracodawcy. Ale od czego internety. Przeszukałam pilnie i nie znalazłam. Ale od czego serwisy aukcyjne. Przeszukałam pilnie i znalazłam. Nie myśląc wiele: kupiłam, zapłaciłam, popadłam w zadowolenie. Chciała fryzjerską, ma fryzjerską, w dodatku sprzedający nadał ją jeszcze w tym samym dniu.

Dzisiaj dzwoni, że ma miotłę. Wczoraj przyszła. W sobotę! I wiesz, strasznie drogie te przesyłki kurierskie, to się nie opłaca. Mamo, najtańsza paczka kosztuje 11 zeta, a ta 15, nie wiemy, gdzie kupić miotłę, nie wiemy, ile kosztuje, innych przesyłek sprzedający nie oferował, pewnie ma umowę z firmą kurierską, miotła na pewno była dużo tańsza niż w sklepie, zresztą mówiłaś, że 38 zł to tanio.

JA PRZECIEŻ NIC NIE MÓWIĘ!


Na to przychodzi Prezes i dalejże z pretensjami, że obiadu nie gotuję, chleba nie piekę i w ogóle co to jest!
Chyba owinę się w kocyk.

8 grudnia 2016

2376

No, dobra. Mam atak.

Potrzebuję tylko cztery kafle, żeby przemeblować w istotny sposób trzy pomieszczenia. W dodatku IKEA akurat chce mi sprzedać kanapę i regały na 24 raty x 0%. Wymyśliłam, jak to zrobić, żeby nie stracić starego kompletu wypoczynkowego, bo Zuzia nie potrafi sobie wyobrazić, że on zniknie z naszego życia na zawsze.

Wszystko zmierzyłam, pasuje idealnie.

Tylko pojechać do sklepu, dać się zweryfikować przez bank, ustalić datę transportu i mogę mieć idealnie funkcjonalny układ jeszcze przed świętami. A wydawało mi się, że będę musiała sporo poczekać i nie wiadomo ile wydać.

Z emocji dostałam sraczki.

6 grudnia 2016

2375

Co jest pod moimi powiekami, kiedy myślę o świętach?

My wszyscy przy stole.
Mama i Tata, którzy marudzą, nawijają makaron na uszy, każdą rzecz wiedzą lepiej i lepiej umieją zrobić, ale... wciąż ze mną są. Niech sobie gadają, ile dusza zapragnie. Co roku boję się, że ich zabraknie.
Zuzia, która przemyca treści o fajansiarstwie nastroju świątecznego, ale ciągle ze mną mieszka, bałagani i krzyczy na psy. Nadejdzie dzień, kiedy zasiądzie za tym stołem jako gość. Na szczęście jeszcze nie teraz.
Prezes, który przez ostatnie trzy dni usiłował się wymknąć, żeby w coś pograć, a przecież ciasto, zupa, ryba, dupa, weź to pranie, ile razy mogę prosić, żebyś wymienił żarówkę. Ale w końcu światło świeci, piec grzeje, a my już siedemnasty rok we dwoje. Czasem przystajemy patrząc na łąki i przytulamy się na oczach sąsiadów. A niech tam.
Koty, które snują się po stole, czego nie znoszę, mieszają łapskami w potrawach i demolują choinkę.
Psy, które snują się pod stołem, czego nie znoszę, mieszają łapskami w potrawach i demolują choinkę.
Choinka. Zeschnie, igły jej opadną i trzeba będzie sprzątać. Ale to dobro samo w sobie.

A oprócz tego...
Wielogodzinne sterczenie w kuchni, ale umiem się urządzić, obowiązki podzielić, film obejrzeć, napić się wina, znaleźć przyjemność w wałkowaniu ciast i smażeniu ryb.
Nie stoję w kolejkach, bo robię listy zakupów i przed wigilią już nie pojawiam się w sklepach.
Zapach. On jest niepowtarzalny.
To nieuchwytne ciepło. Jedyne.

Co roku życzę wszystkim tylko jednego - żebyśmy się przy tym stole znowu spotkali. Nic więcej mnie nie obchodzi. I Was też nie powinno.

Tymczasem ze wszystkich stron atakują mnie poradniki, jak przetrwać święta oraz informacje, że oto nadchodzą, oesu, jakjategonienawidzę. Czytam to, słucham i ręce mi opadają. Wy wszyscy, którzy nie znosicie świąt - sami jesteście autorami tej porażki, naprawdę. Jeśli co roku spędzacie święta w sposób, którego nie lubicie, tylko w Waszej mocy jest to zmienić. Zorganizujcie coś innego. Zachowajcie się inaczej niż zawsze - nikt nie pozostanie obojętny, bo akcja wywołuje reakcję.
Nie chcecie stać przy garach? Dajcie komuś zarobić.
Nie chcecie iść w gości? Podziękujcie za zaproszenie i życzcie wszystkiego dobrego.
Nie lubicie choinki? Nie kupujcie, to nie obowiązek.
Chcecie przez całe święta gnić pod kocykiem na kanapie? Odważcie się wreszcie.

Nie ma musów ani powinności, są tylko wybory. Wasze wybory i ich dla Was konsekwencje. Odważcie się je ponieść i przestańcie truć.

Czego Wam z serca życzę.

5 grudnia 2016

2374

Notka wolna od zwierząt. Prawie.


Zrobiłam błąd taktyczny i to się teraz zemści.
Owszem, byłam w dupie, ale - jak mawiał Kisiel - zaczęłam się tam już urządzać. Wszystko szło w dobrym kierunku, aż niespodziewanie straciłam czujność i okazało się, że jestem warta w złocie tyle, ile ważę (a nie jest to mało). Dzięki czemu mam teraz przerąbane. Niech to szlag.

Zaczęło się od tego, że Szef zadzwonił do mnie przy niedzieli o 21. Akurat leżałam na kanapie pod psem. Ponieważ zapotrzebowanie opiewało na przejrzenie maila, powiedziałam do psa:
- Zejdź ze mnie.
Szef udał, że nie słyszy.
- Zejdź ze mnie - powtórzyłam bardziej zdecydowanym tonem, bo pies też udawał, że nie słyszy.
Zasadniczo to było dość obraźliwe. Przeczekał i wyciągnął wnioski.

Drugi raz zadzwonił dziś rano, kiedy - jak przypuszczam* - powinnam już świadczyć pracę i zapytał kulturalnie, czy przypadkiem mnie nie obudził. Ucieszyłam się szczerze, usłyszawszy to pytanie, albowiem wyszło na jaw, że moje poczynania są dosyć skuteczne. Fakt, musiałam nad tym popracować parę lat, ale jednak. I wtedy się zaczęło.

Było źle. Tak źle, że o 13.15 koleżanka zrobiła mi kanapkę, przyniosła pod nos do gabinetu Szefa i przypilnowała, żebym wetknęła ją sobie w jakiś otwór. Kiedy o 13.55, siedząc za biurkiem władzy, klapnęłam jego laptopem i wyjęczałam, że koniec, a ja idę do domu... pogłaskał mnie po głowie i powiedział:
- Dziękuję ci, dziecko. Nie mam zielonego pojęcia, jak udało ci się to zrobić, ale wiedz, że jestem ci głęboko wdzięczny.
Po czym schował dokumenty do teczki, wziął do ręki mazak i opisał:
Wersja ostateczna, 5 grudnia 2016.
Potem zastanowił się chwilę i dopisał pod spodem:
KURWA.

A już było tak dobrze! Do niczego się nie nadawałam, wszystko psułam i miałam święty spokój.
Komu to, no... Komu to przeszkadzało?!


PS Osławione prawie.



* Nigdy się jakoś szczególnie nie zainteresowałam, o której zaczynam. Nie parkuję na dziedzińcu, żeby się w oczy nie rzucać, pilnuję, by nie zderzyć się z władzą, a władza w ramach wdzięczności udaje, że nie wie, że wie. I tak nieomal trzy lata.

3 grudnia 2016

2373

- Jest taka kłopotliwa sytuacja - poinformowałam dziś Prezesa.
- Mianowicie?
- Zrobiłam trochę porządku z klientami w centrum kulturalnym wsi polskiej.
- W Biedronce?
- Nooo.
- Ale z klientami?!
- Noooo.
- Mamy spalony sklep?
- Nie. Ale uprzedzam, jakby ktoś nam gównem okna obrzucił...

Bo to było tak.

Pojechałam po pracy na zakupy. Cimno, zimno, zamieć i pińcet osób w sklepie. Dwie kasy, do obu kolejka. Ja tam pochodzę z lat siedemdziesiątych, nie w takich kolejkach stałam. Nie lubię, ale obecnie obsługa jest dziarska, więc nie ma się o co fantować. Stoję. Za mną ustawia się młody tata z bardzo malutkim dzidziusiem i pełnym koszem. W sklepie ciepło, głośno, światło w oczy. Ja tam dzidziusiów nie lubię, nie rozczulają mnie i nigdy nie rozczulały, postać larwalna mnie nie bierze, ale dziecko jest dziecko. Odsunęłam się i zamachałam na niego, żeby przeszedł przede mnie. Oczywiście żaden patafian ze stojących przed nami ani drgnie.

Grzecznie podziękował, więc skwitowałam, że nie ma za co i ciut głośniejszym tonem poinformowałam świat, że tatuś winien być obsłużony poza kolejnością. Patafiany głuche jak pień.
- Żeby pani wiedziała... - westchnął chłopak. - Jak żona była w ciąży, to NIKT jej w kolejce nie przepuścił.
Nie trafiło. Ale w tym momencie z wnętrza sklepu napłynęła trzecia pani i zaprosiła klientelę do kasy numer pięć.

Jak nie ruszą! Mało chłopaka z dzieckiem nie zadeptali.
Troszeniuńkę mnie poniosło. Ciutkę. O, tyle. Normalnie... co brudu za paznokciem*.
Bardzo kulturalnym tonem, od którego drzewa umierają stojąc, huknęłam na motłoch.
- A może byście przepuścili pana z malutkim dzieckiem**!
Nie od dziś wiadomo, że motłochu trzeba kazać, bo nie ma mózgu, za to mores zna.
Nie od dziś wiadomo, że wkurzonej mnie nawet motłoch się nie sprzeciwi, bo nie ma mózgu, ale ma instynkt samozachowawczy. Dzięki temu ludzkość jeszcze nie wygięła.

Tłumek zamarł na ułamek sekundy, po czym prysnął na boki jak Morze Czerwone przed zmotywowanym odpowiednio Mojżeszem.
- Proszę bardzo, proszę - zaszemrał.
No to mogłam już spokojnie czekać w swojej kolejce.

To co? Zakładać te żaluzje?



* Gdybym zdenerwowała się BARDZO, toby wszyscy natychmiast zeszli na atak apopleksji. Albo coś. W każdym razie - żywy stąd nie wyjdzie nikt.
** Nie, to nie było pytanie. Skąd.

1 grudnia 2016

2372

Nadejszła zima.
Jeziora i rzeki skuł lód.

Dla Haneczki jest to pierwsza zima w życiu. Ochłodzenie poletnie przyjęła z niesmakiem. Owszem, wychodziła na siusiu, bo jest dobrze wychowanym i posłusznym pieskiem, ale dawała nam do zrozumienia, że czyni rzecz niechętnie i wyłącznie dla nas. Zupełnie inaczej sprawa ma się od chwili, gdy nawaliło tzw. białego gówna.

Szczyt haneczkowych wyczynów? Znaleźć największą zaspę, wsadzić w nią z rozmachem głowę aż po samą szyję, po czym cofać się, ciagnąc łeb za sobą w śniegu. Szczyt leśkowych możliwości? Kopsnąć Hankę, żeby wywaliła się w zaspę i skoczyć na nią z rozpędu, by przejechać spory dystans na swej radosnej towarzyszce, jak na saneczkach.

Zapewne nie muszę Wam tłumaczyć, jak bardzo cieszymy się, gdy nasze najukochańsze pieseczki wracają do domu.

PS Duże koty mają mdłości od samego patrzenia przez okno. Ale nie Edek. On musi zanieść sąsiadom dar w postaci kupy porannej.
Prezes: Nie przejdzie do sąsiadów, bo musiałby się przekopać przez zaspę pod płotem.
Łoterloo (wskazując krostopatym paluchem widok zimowy za oknem): A kto tam popieprza pomiędzy drzewami?
Prezes: A to dziad. Przekopał się!