30 kwietnia 2008

Dyskusje z Archiwum X

Tym razem rozmowa komunikatorowa z podległym mi kierownikiem z miasta maryjnego.

Osoby:
kierownik z miasta C
prezesowa

Miesjce akcji:
przestrzeń teleinformatyczna

Czas akcji:
wtorek, 14.00

kierownik z miasta C: Witam Panią Kierownik, ten sprzęt, dotyczący szkoły w W. jest nieaktualny.
prezesowa: Witam Pana, a już rozgłosiłam, że jestem dobroczyńcą ludzkości nieletniej. Co za skucha.
kierownik z miasta C: Łączę się w bólu. Mam pytanie jaki jest koszt wykonania takiego sprzętu, tak orientacyjnie.
prezesowa: Tak orientacyjnie dla klienta, czy dla nas?
kierownik z miasta C: Dla nas, konkretnie dla C1.
prezesowa: Tak orientacyjnie to coś ok. 758,40. Ostatni sprzedałam klientowi za tysiąc. Jestem niezwykle przebiegłą.
kierownik z miasta C: To ci musiał być sprzęt… śpiewał, tańczył czy co?
prezesowa: W normie. Resztę skasowałam za użytkowanie, niech coś ma obolała ręka pracownika.
kierownik z miasta C: To różnicę pracownik dostał do obolałej ręki?
prezesowa: Panie Kierowniku! Cóż mi tu Pan imputujesz! Oczywiście, że dyrektor.
kierownik z miasta C: Słuszny wybór!
prezesowa: Słuszne wybory zapewniają nam ciągłość pobierania dodatków funkcyjnych. Wymyśliłam to sama. Bo co? Za darmo nie robimy! A dyrekcja zaakceptowała. Też jest pazerna?
kierownik z miasta C: Na rękach dyrekcja winna Panią Kierownik nosić.
prezesowa: Odchudzam się właśnie na tę okoliczność i w poczuciu troski o kręgosłup dyrekcji. Utrzymujmy dyrekcję w fałszywym przekonaniu, że jest cudownie, zanim zobaczy wykonanie na usłudze D. i gwałtownie mię upuści.
kierownik z miasta C: A gdyby tymi sprzętami zatkać ubytki z usługi D., każdy mieszkaniec województwa miałby swój. Taki pomysł rzucam.
prezesowa: Pan rzuca, ja się rzucam, zyski dzielimy po połowie, dyrekcji piaskiem w oczy (odpalamy 5 % ) – będziemy bogaci!


A oprócz tego, to zagorączkowało i zaantybiotykowało także Potomstwo. Niech żyje długi weekend.

29 kwietnia 2008

Sztuka życia

Żyć dobrze jest, jak wiadomo, wielką sztuką. Musimy pamiętać, że w nieustającej amplitudzie stosunków pomiędzy osobnikiem z Marsa, a osobnikiem z Wenus może, a nawet musi dochodzić do spięć lub zwykłych, zwyklutkich drobnych nieporozumień. Po prostu na Marsie ma się inaczej zbudowane gałki oczne, ślimaka w uchu zakręconego w drugą stronę i inne, więc bodźce odczytuje się inaczej. Kto ma tego świadomość, ten wygrywa w pierwszej rundzie.
Do dzisiejszych rozważań sprowokowała mnie swoim komentarzem perlla.
Otóż.
Otóż życie nie jest proste jak drut ani jak kromka chleba. Nie zawsze do wszystkiego dochodzimy drogą prostą. Często zdarza się, że przemykamy przez krzaczory, kryjemy się w rowach i wyskakujemy znienacka zza węgła. Konia z rzędem temu, co się publicznie przyzna, że nigdy w życiu nie zrobił uniku.

Dygresja.
Właśnie przypomniał mi się fragment „Żywotu Briana”. Wiecie, ten z ukamieniowaniem. Stoi Chrystus przed tłumem o okamieniałych dłoniach i woła:
- Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień!
Zapada cisza.
Nagle, w tej ciszy, z tyłu nadlatuje kamień i RYP! przeznaczonego do ukamieniowania.
Na to Chrystus z wyrzutem:
- Matko…

Uwielbiam.
Koniec dygresji.

Rolą kobiety, jako znacznie bardziej empatycznej, jest – w moim mniemaniu – kierowanie procesem. Mądra kobieta nie musi mieć ostatniego słowa. Wystarczy, że ma rację i postawi na swoim.
Na przykład kuchnia. Otóż od dłuższego czasu rozmawia się u nas, obficie i wielokrotnie, o remoncie kuchni. Moje stanowisko jest następujące: skoro uznaliśmy, że jednak spełniamy to moje marzenie i kupujemy dom (w jakimś bliżej nieznanym acz nieodległym czasie), to po co brać następny kredyt i szaleć z remontem, jeśli kuchnia i tak zostanie, bo wziąć się jej ze sobą nie da, albowiem na wymiar ci ona jest? I to jest moje stanowisko ostateczne.
Ale czy ja mówię „nie”? Nic z tych rzeczy. Ja rozmawiam. Ja rozpatruję warianty. Ja zakupuję czasopisma fachowe (po rozsądnej cenie) i rozważam głośno możliwości. A kuchnia jak stała, tak stoi. Ale nikt nie ośmieli mi się zarzucić, że bojkotuję projekty, uprawiam małostkową podłość i jestem przeciwko lub nie rozumiem potrzeb.
Dzięki temu okręcik naszej rodziny płynie spokojnie po morzach i oceanach bytu, unikając burz czy innych zawirowań meteorologicznych.

I to się nazywa „sztuka”.

Myśl na dziś:
Stosowną podstawą małżeństwa jest wzajemne niezrozumienie.*
Oscar Wilde

* Czy ja mówię, że on nie ma racji? Nie, nie mówię. Ja cytuję.
I steruję.
;o)

28 kwietnia 2008

Aktualności

Po pierwsze Potomstwo powróciło. Z przebojami oraz furą prania, z którym muszę się uwinąć, ponieważ wybiera się na wojaże, związane z długi weekendem. Przeboje związane były z godziną dojazdu, ponieważ w sobotę pod wieczór Młodzież doniosła sesemesowo, że będzie między 7 a 8, a przyjechała o 11. Błogosławiona telefonia komórkowa. Po raz kolejny rozczulam się nad tym wynalazkiem, kiedy sobie pomyślę, że przez 3 h obgryzłabym paznokcie do krwi. Autobus najpierw się spóźnił, a następnie zepsuł. W Toruniu.
Podjęliśmy również męską decyzję, tzn. Prezes podjął, a ja westchnęłam, i zatkaliśmy się kolejnymi ratami. Dzięki temu zjawisku jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami nowego telewizora. Nawet nie katuję się jakoś przesadnie, ponieważ (znając nasze podejście) będziemy go eksploatowali przynajmniej 10 lat – jak poprzedni. Jakoś nie mam parcia na nowości w tej dziedzinie, więc nie przewiduję szybszych wymian. Poza wszystkimi jękami – różnica jest rzeczywiście porażająca. Prezesa trzeba obecnie operacyjnie odcinać od oglądania, co uważam ze spokojem za cechę typowo męską i przyjmuję ją z dobrodziejstwem inwentarza.
Być może na tym tle Prezes wstał wczoraj z gorączką, a już koło południa ogłosił, że będzie umierał i zażądał dokumentów do podpisu.
- Zostawiam ci wszystko, kochanie – oświadczył grobowym głosem.
Dokonałam pospiesznej analizy i złośliwie skwitowałam:
- Znaczy wszystkie długi (mieszkanie, samochód, aparat fotograficzny oraz telewizor)?
Nie skomentował.
Prywatnie uważam, że chorujący facet może być z czystym sumieniem zaliczony do kataklizmów. Właśnie pojechał do lekarza, a potem pewnie przez kilka dni naogląda się do syta, chwaląc swoją przemyślaną decyzję o stworzeniu nowego źródła rozrywki.
Wolałabym, żeby wreszcie zamknął i złożył pracę magisterską… Ale raczej nie ma na co liczyć.

W piątek odbyłam ostatnią (mam nadzieję) wizytę u pana policjanta. O 20. Informuję wszystkich uprzejmie, że to nie jest tak, że komisariaty pracuja od 7 do 15. Tak na przyszłość i ewentualność. Jak się uprzecie, to i o północku protokół można spisać. Wspominany pan dyżurny w stopniu (teraz już wiem) sierżanta umożliwił mi dokonanie tzw. czynności oraz podstępnie wszedł w posiadanie mojego numeru telefonu komórkowego. Ciekawe, jak to się rozwinie.

Chcieliśmy w długi weekend wybrać sie do protoplastów Prezesa, ale w aspekcie gorączki (bez żadnych dodatkowych objawów) oraz nowego telewizora – nie wiem, jak będzie. Doniosę, jakby co.

25 kwietnia 2008

Finał konkursu na idiotę roku

Jest tak, że albo kompletnie nie mam czasu, żeby napisać notkę, albo jestem tak zmęczona, że nie mam siły, albo jestem tak wyeksploatowana, że nie mam weny. Już zaczęłam się martwić o siebie.
Tyczasem okazuje się, że życie pisze najlepsze scenariusze i zwyczajnie trudno nie złapać za wirtualne pióro, żeby o tym nie skrobnąć.

Otóż Proszę Szanownych Państwa, konkurs na idiotę roku uważam za otwaty.

Sama go otwieram wiadomością, która wczoraj zamieniła mnie w kalkę żony Lota, później spowodowała czkawkę ze śmiechu, a następnie zastanowienie nad rzeczy sednem. Otóż Uniwersytet Śląski wystawia pomnik przed rektoratem. Czyj, zapytacie? Studenta, moi drodzy…
W fazie trzeciej reakcji nie mogłam dojść do tego, czym ów enigmatyczny student się tak zasłużył. Że płaci? Że uzasadnia istnienie?
W fazie drugiej powstały liczne pomysły, co będzie możne nawyczyniać z rzeczonym studentem. Pomysły z wkładaniem mu do ręki różnych przedmiotów (puszka piwa) uznaliśmy za prostackie. Całkiem niezłą karierę robi myśl, by rozwiesić na studencie szarfę z dopiskiem „relegowanego”. Najlepiej jednak wypadłam ja, kiedy przyszedł mi do głowy pomysł literacki. Okazało się bowiem, że pomnik nie ma być nieruchomy i zapomniczony w glebie. Ma ci on ulegać przemieszczeniom. Uznałam więc, że będę pierwszą osobą, która przyleci pod UŚ w nocy, gdy pomnik się przemieści i wbije w ziemię kijek z obwieszczeniem: „Wyszedłemk. Zajętyk.”.
Rozpoczyna się ciekawa era życia studenckiego, bo – jak znam realia – studenci nie odpuszczą. Myślę, że powstaną piętrowe konkursy na najlepszy numer związany z pomnikiem.

Dokładnie wiem, kto w UŚ jest za ten pomysł odpowiedzialny. Nie wypada wymieniać nazwisk, ale śmiało mogę powiedzieć, że to jeden z prorektorów. Gratulujemy. Oto medal z ziemniaka.

Komentarz wieńczący. Nie wolno zgłaszać do konkursu na idiotę roku osób, które robią coś kretyńskiego, co krzywdzi innych i jest przerażające. MUSI być dodatkowo śmieszne. Proszę – dajcie ludziom szansę!

22 kwietnia 2008

Walki z włamaniami ciąg dalszy

Wczoraj po pracy udałam się na policję w celu podpisania notatki z tzw. zdarzenia. Przy spisywaniu owej nie byłam obecna, a na panów władzów nasłałam protoplastkę. Niestety nie umiałaż ci ona określić wartości szkody, więc panowie władzowie zaprosili mnie osobiście. Dotarłam zaledwie po 5 dniach.
- W czym mogę pomóc? – zabłysnął pan dyżurny.
- Szanowni panowie władzowie chcieli, żebym tu przyszła z powodu włamania, to jestem.
Pan dyżurny pogrzebał w komputerze, odnalazł moje imię, nazwisko i kilka informacji, których wolałabym nie znać, a przynajmniej nie podawać do publicznej wiadomości.
- Numer rejestracyjny samochodu XX 0000X – skwitował.
- Wierzę panu na słowo.
- Nie zna pani numeru rejestracyjnego własnego samochodu?
- A skąd!
- Aha. – przyjął do wiadomości pan dyżurny, myśląc zapewne swoje o połowie ludzkości, ktorej nie reprezentuje - Proszę przyjść między 7.30 a 15.30.
- Zaprawdę doceniam pańskie poczucie humoru. Potargujmy się. Mogę przyjść między 17.30 a 1.30.
- Komisariat nie pracuje w tych godzinach.
- To przyjdę w sobotę.
- Zabawne.
- Niech będzie! W niedzielę! Pan doceni moje poświęcenie.
Pan dyżurny (góra trzydziestka) westchnął, wyjął karteluszek i napisał na nim numer komórki oraz Imię i Nazwisko. Nie mogłam nad sobą zapanować.
- Prywatny numer? Tak na pierwszej randce? Bez całowania?
- Niezwykle leży mi na sercu ład i porządek na pani ulicy.
- Budzi pan we mnie czułość, doprawdy.
Tymczasem za moimi plecami zgromadziło się już kilku kolegów pana dyżurnego, dając mu magiczne znaki przez okienko. Więc udawałam, że trafiła mnie pomroczność jasna.
Koledzy zostali finalnie przepłoszeni, a pan dyżurny narysował dla mnie obrazek na drugim karteluszku i wyjawił mi tajemnicę służbową w postaci teorii, dlaczego z tymi włamaniami jest tak, a nie inaczej.
- Bo, proszę pani, mieszka pani na styku trzech miast. A oni (znów magiczni oni) doskonale o tym wiedzą (geniusze!). Znają też trasy objazdow samochodów policyjnych. I oni sie włamują w Chorzowie, a potem uciekają do Bytomia na przykład. A ci z Bytomia ich nie ścigają, bo u nich nic nie zaszło.

Prezes, któremu opowiedziałam ze szczegółami tę zabawną historię, natychmiast podle przekręcił Nazwisko pana dyżurnego, a potem podstępnie skwitował:
- Zadzwoń do niego i zaproponuj, żeby zmienili trasy objazdów dzielnicy. Jak zrobią to niespodziewanie, to mogą przypadkiem wyłapać całą szajkę.
Prywatnie uważam, że po prostu jest zazrosny, bo nikt nie leci na jego nogi.
Oprócz mnie, oczywiście.

21 kwietnia 2008

Mąż cierpliwym jest

Złamałam sobie obcas w czarnych pantoflach. To jest zarazem przedziwne i tragiczne wydarzenie.
Przedziwne, bo dłużej biegam na 10 cm szpilach niż na płaskim i nigdy mi się to nie zdarzyło. Z czego wnioskuję, że buty były źle wyważone i obrażam się na firmę Kazar.
Tragiczne, bo czarne szpilki są uniwersalne, a mam (o dziwo) tylko jedne. Znaczy obecnie nie mam ani jednych. Oczywiście, że obcasy szewc może wymienić. Ale konia z rzędem temu, co znajdzie w sklepach obcasy i to w odpowiedniej wysokości. Tak już jakoś jest, że obcasy przymocowane do butów mają standardowo 10 cm, a takie sprzedawane luzem – 9 albo prawie 10. A prawie, jak wiadomo – robi wielka różnicę. Proszę bardzo, niech ktoś rozwiąże tę zagadkę.

Sobotnim popołudniem decyzja zapadła. Potrzebuję czarnych szpilek i nie ma gadania. Przy okazji nieśmiało pomyślalam, że potrzebuję również pomarańczowych. Proszę się nie śmiać. Mam buty w przeróżnych kolorach, a na urodziny dostalam przepiękną pomarańczową torbę z Monnari. A więc imperatyw kategoryczny.

Ponieważ od dawien dawna wspólnie z J. usiłujemy wybrać się do Rybnika, który, jako jedyne miasto na Śląsku, chlubi się sklepem firmowym Nine West, nie wmyśląc wiele, o poranku w niedzielę załadowałyśmy się do samochodu i ruszyłyśmy do boju.
W wyniku tej obciążającej eskapady stałam się szczęśliwą właścicielką pięknych pantofli bez palcow w kolorze starego srebra.
A Cot przecież ostrzegała, że nigdy nie wraca się do domu z tym, co planowało się nabyć.

17 kwietnia 2008

Przygody

Rano postawił nas na nogi telefon od sąsiada z treścią, że mamy włamanie do samochodu.
Szyba w drzazgi, jeśli można tak to ująć.
W samochodzie radio z panelem – nie wzięli. Uchwyt do GPS – nie wzięli. Ładowarka samochodowa do GPS – nie wzięli. Atlasy – nie wzięli. Płyty – nie wzięli. Firmowe okulary słoneczne – nie wzięli.
Nie zajrzałam do bagażnika, w którym były:
- koło zapasowe,
- gaśnica,
- trójkąt,
- apteczka,
- nowe buty mojej córki w pudełku i firmowej reklamówce.
Wiecie, co wzięli?
W skrytce miałam landrynki w metalowym pudełku z Empiku…

Ręce opadają.

15 kwietnia 2008

Uzupełnienie wczorajszej notki

Dziś rano podpięłam laptopa i okazało się, że nie ma byka – nie wpina się do sieci. Czyli – nie działa.
Kupiłam baterię, włożyłam do zegara i okazało się, że nie działa.
Czy jeszcze kogoś poza mną to śmieszy?

Oprócz tego nie wytrzymałam i zadzwoniłam do informatyków, że dwa tygodnie temu złożyłam wniosek o podpięcie mojego komputera do dysku sieciowego działu i nic z tego nie wynika. Pani odpowiedziała, że jak to nie wynika, kiedy wynika, bo już to jest zrobione. Naprawdę wiele wysiłku wkładam w to, by nie rzucać grubym słowem.
Po wyjaśnieniu sytuacji, że wszystko jednak nie jest zrobione, z szybkością nadświetlną przybył informatyk i powiedział, że zaraz wszystko załatwi i mam się nie martwić. Po czym odpiął mnie od wszystkich pozostałych dysków sieciowych, internetu i komunikatora służbowego. Ocalała jedynie poczta.
Dobre i to.
Czy kogoś jeszcze poza mną to śmieszy?

Dobrze, że wciąż działają mi telefony. Choć może nie powinnam mówić tego głośno…
Jedna pracownica na długotrwałym L-4.
Od jutra na L-4 (3 tygodnie) idzie druga.

NO ORWELL NORMALNIE!!!

14 kwietnia 2008

Stan posiadania

O poranku byłam szczęśliwą posiadaczką:

1. służbowego laptopa,
2. zegara ściennego, który powrócił z reklamacji,
3. pieczątki nagłówkowej,
4. pieczątki z nazwiskiem,
5. kompletu wizytówek.

Pieczątkę nagłówkową mi zabrali, bo sie pomylili w kodzie pocztowym.
Pieczątkę z nazwiskiem mi zabrali, bo sie pomylili w nazwie działu.
Komplet wizytówek mi zabrali, bo się pomylili w nazwie działu.
Laptop mam, bo nie miałam czasu go włączyć i sprawdzić, że nie działa albo nie mogę się zalogować.
Zegar ścienny mam, bo jest bez baterii i nie mogę go uruchomić, żeby sprawdzić, że nadal jest uszkodzony.

Mam także:
1. koszmarny ból nóg od biegania,
2. nienapisane pismo do radców prawnych, bo nie miałam kiedy,
3. zmęczenie ogólne i chęć przewrócenia się na pysk. Tu i teraz.

No to biorę pracowników i idziemy do knajpy.

13 kwietnia 2008

20 lat i parę kilo później

Spotkanie odbyło się wczoraj. Najpierw w szkole (przybyły aż trzy nauczycielki), potem w pubie, a potem… no nieważne, ale się naspacerowaliśmy. Informuję was kategorycznie, że niektóre lokale w centrum województwa są zdecydowanie przereklamowane.
Około 1.00 jedna z moich koleżanek (obecnie mieszka w Chorzowie) przeciągnęła się i powiedziała:
- Mam dość. Dzwonię po męża. Jedziesz?
- Jasne – odparłam ucieszona wizją darmowego powrotu do domu.
- Zostań jeszcze – nieumiejętnie kusił kolega obok mnie.
- Nie będę miała czym wrócić do domu. Nie znam nawet katowickich numerów na radiotaxi.
- Ale ja znam. Zadzwonię, odwiozę i zapłacę. Zostań.

Wróciłam po trzeciej. Zgodnie z obietnicą, wezwał, odwiózł i… no właściwie nie wiem czy zapłacił, bo wysiadłam pod swoim domem, a on pojechał dalej.

Trzy ibupromy rano były konieczne.
Ale było fajnie. I nawet sobie poskakałam.

Czy ktoś może wie, co to za moda, żeby DJ dymił na ludzi?

11 kwietnia 2008

Piątkowe bicie piany

Osoby:
kierowniczka PU
kierownik PK
prezesowa (kierowniczka SD)

Miejsce akcji:
pokój kierowniczki PU

Czas akcji:
8.00

prezesowa, wiedziona potrzebą dokonania uzgodnień związanych z naradą służbową, ładuje się do pokoju, w którym w najlepsze obradują przy kawie pozostali uczestnicy

prezesowa: A tu proszę bardzo, zebranko towarzyskie, jak widzę. Mogę?
kierowniczka PU: Yyyyy…
kierownik PK: I ciekawe co teraz zrobisz.
prezesowa: Wydała z siebie dźwięk, znaczy mogę wejść.
kierownik PK: Sprytne podejście. Człowiek musi teraz uważać, żeby nie kaszlnąć bez przemyślenia.
prezesowa: A jak!
kierowniczka PU: Chcesz kawy?
prezesowa: Co mi tam, zrób. Niech i mnie skoczy ciśnienie.
kierownik PK: Nie wiem, czy ci zaproponuje mleko. Mnie dała jakieś resztki.
kierowniczka PU: Matka mleczna jeszcze nie przybyła.
prezesowa: Jakaś nowa nomenklatura, jak słyszę.
kierownik PK: Matką mleczną jest ten pracownik, który skacze do spożywczego po mleko do kawy.
prezesowa: Sprytne, nie powiem. Ja mam magiczną puszeczkę.
kierownik PK: ?
kierowniczka PU: ?
prezesowa: Żywienie zbiorowe z nakładów wspólnych co łaska do puszki. Kierownik, jako ofiara systemu, dokłada największe kwoty. Bo niestety przyjmuje klientów.
kierownik PK (do kierowniczki PU): Patrz, jak się zorganizowała!
prezesowa: Ba.
kierowniczka PU (podpycha prezesowej resztki mleka 0,5% w kartoniku): Najpierw powąchaj.
kierownik PK (do prezesowej): Nie lubi cię. Chce ci zafundować sraczkę.
prezesowa (chlusta resztą mleka do kawy): Stosując metodę Polyanny skwituję, że jest wiosna, z tyłka trzeba zrzucić, a skuteczna sraczka trzydniowa to dwa kilo mniej.
kierownik PK: Chlupotu ciała stałego nie odnotowano.

10 kwietnia 2008

O czym szumią wierzby

Otóż szumią o tym, że dyrekcja się dziś wyraziła na mój temat do związków zawodowych.
Pozytywnie się wyraziła, że się jej bardzo podoba moje podejście do pracy oraz zaangażowanie.
I że najwyraźniej to był właściwy wybór.

Mamo, tato, chwalą nas.

Ufffff…

9 kwietnia 2008

Najtrudniejsze

W nowej pracy dostrzegam dwie trudności. Bo nawału obowiązków i potrzeby pilnego doszkalania się nie klasyfikuję po tej stronie. Dobrze wiedziałam, że tak będzie, a że jestem pracowita do upierdliwości, to te rzeczy mi nie ciążą. Mam zespół zgranych, dorosłych pracowników, którzy wiedzą, co do nich należy, których pilnować nie trzeba, a w dodatku, jak już wiemy, są życzliwie nastawieni. A to nastawienie miałam okazję przetestować znowu – wczoraj. Szczegółów nie będzie.
Wszystkie wymienione rzeczy to plusy, bo ja się uczę, a wiedzy i umiejętności nikt mi nie odbierze. Bez względu na rozwój sytuacji.
Więc te dwie trudności są następujące:
- mój były zwierzchnik, do którego moje nastawienie jest wam znane, choć pobieżnie, znajduje się w strukturze pode mną;
- borykam się z problemami związanymi z tzw. kopaniem dołków.
W sprawie piewszej.
On się zajmuje obecnie wyłącznie punktowaniem naszej pracy w celu udowodnienia, że kiedy stąd wyszedł, wszyscy natychmiast kompletnie zidiocieli i powinno się ich zabić. Dodając do tego jego stosunek do  mnie osobiście, uzyskuje się proste równanie, z którego wynika, że wszystkie pisma, maile, słowa, kierowane do tej jednostki są przecedzane, oglądane pod światło i ogólnie mamy utrudnienie. Faktem jest, że każdy błąd można poprawić, ale nie w takich okolicznościach.
W sprawie drugiej.
Znaleźli się tzw. „życzliwi” i robią mi tu krecią robotę. Nie mam siły udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Nie mam siły walczyć z ludzkimi uprzedzeniami. Robię więc, co mam robić, staram się najlepiej, jak potrafię. Ale przykrość pozostaje. Albowiem słowo „leń” czy „tuman”, to nie jest to, co chciałabym na swój temat usłyszeć.

W kwestii lenistwa.
Otóż tak, jestem leniwa. Dramatycznie. Ale nie w pracy. Leniwa jestem w życiu prywatnym, a to moje lenistwo przejawia się w niezwykle sprawnym wykonywaniu różnych obowiązków, bo jak zrobię, to mam z głowy. W pracy leniwa nie jestem, wręcz przeciwnie, a do tego skrupulatna jak cholera. W dodatku ostatni płodozmian dobrze mi robi, bo nie można w koło pierdoło wykonywać tych samych obowiązków, ponieważ klapka się w głowie klapie. Ja jednak potrzebuję wyzwań. No to mam. Pewnie za kilka lat będę potrzebowała nowych, to sobie znajdę. Ale póki co, te obecne mi wystarczają.
I tyle.
Aha! I nie uważam się za głupią, naprawdę. Każdy natomiast ma prawo do własnej opinii.

PS Kupiłam sobie na allegro 5 książek Białołęckiej i będę czytała, jak wściekła. Żeby nie było wątpliwości – na czytanie zawsze czas się znajdzie.

8 kwietnia 2008

Expose pracownika roku

R. – najstarsza i zdecydowanie najbardziej doświadczona (co nie jest bez znaczenia) moja pracownica.
Godz. 17.00 (pracujemy do 15.30).
W moim pokoju.

„Nie stresuj sie nadmiernie. Zdecydowanie najlepszym pomysłem, na jaki można było wpaść, jest zrobienie cię tu kierownikiem. Poradzisz sobie ze wszystkim śpiewająco, a my ci w tym pomożemy”.

Pracowałam do 21.00.
Ale jakoś tak mi się chciało.

7 kwietnia 2008

Wyjaśnienie sprawy kociej

Najbardziej aktywną w sprawie kociej okazała się być druga-mama, która korzysta z różnych forów, kiedy ma problemy. Ergo: nauczona jest samodzielnie szukać i radzić sobie, kiedy coś się wali. Z tzw. samości ruszyła do akcji i na www.miau.pl znalazła watek dotyczący kota Wezyra. Równocześnie przemiła ta osoba drążyła temat znanej nam skądinąd kotki Zuzi. Bez powodzenia, niestety. Watek Wezyrowski zamieszczam TUTAJ, jakby kto był ciekawy. Nie wiem sama czy powinnam się martwić, czy cieszyć, bo czarno na białym okazano w wątku, że Wezyr nie jest Panem Stefanem, ponieważ… posiada jajka. Pan Stefan został przez nas pozbawiony tej dolegliwości w wieku ok. 7 miesięcy.
Niemniej napisałam maila do pani, która opiekuje się Wezyrem i ratuje mu życie. Wiem, że nie udało mi się odzyskać mojego kotka, ale emocje są tak silne, że postanowiłam pomóc tak, jak mogę, a więc finansowo. Obecnie czekam na odzew.

Potomstwo wyjechało na wycieczkę szkolną dwudniową, która została jej zafundowana przez szkołę w ramach nagradzania za aktywność społeczną. „Gdy nie ma w domu dzieci, to jesteśmy niegrzeczni…” mówi pieśń, więc ja znów będę dziś niegrzeczna i zabiorę pracę do domu. Dokładnie wiem, co mnie czeka po powrocie, bo Prezes ciosa mi kołki na głowie na tę okoliczność, lecz niechże mi kto podaruje lepsze rozwiązanie.

12 kwietnia Potomstwo rusza w podróż nad morze, ponieważ jej gimnazjum ma miły zwyczaj organizowania zielonych szkół dla dzieci starszych. Szlag mnie dziś trafił, bo nie będzie jej dwa tygodnie, a jak wróci 27 kwietnia, to sobie poogląda spaliny w moim samochodzie, ponieważ dla odmiany ja udam się do Ustronia w celu naradzania się służbowo. Trochę głupio wyszło, że tak powiem.

Wyznam wam, że zmęczona jestem. Oczywiście wiedziałam, że czeka mnie masa obowiązków i wysiłku, lecz co innego wiedzieć, a co innego doświadczać – mruknęła moje-waterloo, podpierając się nosem.

Myśl na dziś:
Droga do piekła wybrukowana jest wciąż nieskończonymi dziełami.
Philip Roth

6 kwietnia 2008

Miłośnie

Osoby:
Prezes
prezesowa

Czas akcji:
10.00

Miejsce akcji:
kuchnia

Prezes (czule przytula prezesową): Ile to już lat tak sobie zgodnie żyjemy?
prezesowa: Osiem, mój drogi.
Prezes (odsuwa prezesową na długość ramienia): A to się zasiedziałem…

4 kwietnia 2008

Wyzwania w aspekcie wysiłku

Bardzo, bardzo dziękuję za wszystkie życzenia urodzinowe. Pacię informuję, że wszystkie zmarchy do pracy i do zdjęć zdejmuję i chowam do szuflady. A potem zakładam z powrotem.

Ostatnio przestałam być systematyczna we wpisach i mam z tego powodu maleńkiego kaca moralnego. Mam nadzieję, że stać was wciąż jeszcze na wyrozumiałość. Niestety (a może stety?) moja nowa praca jest dla mnie wielce wymagająca i nie ma litości. Pomyślałam dzisiaj, że od 1 kwietnia nie wykonałam nawet jednej tzw. czynności pracowniczej: nie napisałam pisma, nie stworzyłam zestawienia, nic konkretnego. A biegam jak oszalała, w biegu rzucam pracownikom polecenia. Dziewczyny dosłownie łapią mnie za rękaw, kiedy czegoś pilnie potrzebują. Chwałaż ci, Panie, że one są świetne w tym, co robią i wcale nie trzeba ich pilnować, żeby wykonywały swoje obowiązki. A ja staram się jak mogę, żeby im pomóc i ułatwić życie. Walczę jak lwica o wygodny pokój dla nich i gabinet dla siebie, bo te pomieszczenia, które zajmujemy, musimy opuścić. Załatwiłam od ręki bolączkę, która doskwierała im od dwóch lat. Jest dobrze, naprawdę, tylko pracy mnóstwo, ale tego się nie boję.

Chciałam się odnieść do wpisów Kryni - naszej najbiedniejszej, osieroconej i odartej z miłości. Otóż ja świetnie rozumiem jej emocje, ponieważ, jak wiecie, zanotowałam identyczną stratę dwa lata temu. Muszę wam się przyznać, że nie pogodziłam się z nią do dziś (ze stratą znaczy, a nie z Krynią). Wciąż przeglądam ogłoszenia na allegro (stąd mam Karolka), w lecznicach i na słupach. Wciąż czujnie się rozglądam i podsłuchuję, gdy ludzie rozmawiają o kocich znajdach. Dziś na allegro znalazłam TO. Serce mi zabiło, jak oszalałe. Już zalicytowałam, już wysłałam maila z prośbą o kontakt z wolontariuszką, która opiekuje się kocią biedą. I teraz myślę: Boże, pozwól się znaleźć dwóm kotom. Oszalałabym ze szczęścia, nawet gdyby mój Pan Stefan miał być ślepy do końca swoich dni. Obym mogła dać mu dobry, kochający, ciepły dom na tak długo, jak tylko się uda.
Obie z Krynią czekamy bardzo.
Obie tęsknimy. 
I nigdy nie przestaniemy.

2 kwietnia 2008

Bo liczymy sobie raptem wiosen pięć

Znaczy trzydzieści pięć.
Ale nie bądźmy drobiazgowi, tak?
Albowiem zachowujemy się i wyglądamy na pięć właśnie.

CBDO*.

* dla niewtajemniczonych – termin matematyczny: co było do okazania.

1 kwietnia 2008

To nie jest notka na prima aprilis

Jest 1 kwietnia, ale nie znaczy to wcale, że będą kawały. Jestem tak zmęczona, że nie mam siły na żarciki, za to już, natychmiast, w tej chwili – sprawozdaję.
Donoszę uprzejmie, że mimo najgorszych przewidywań, w dniu dzisiejszym nowe centrum ruszyło. Co prawda wszyscy miotamy się jak opętani, niektórzy nie mają gdzie siedzieć i na czym pracować, ale start odtrąbiono. Jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że mam pokój, biurko i krzesło, a komputer własnoręcznie (za pomocą miłego kolegi) przeniosłam sobie do tego biura dwa piętra wyżej i uruchomiłam, czyli należę do grupy uprzywilejowanych. Niestety nie mam dostępu do sieci, gdyż samowolne przeniesienie komputera jest w zakładzie dla obłąkanych przestępstwem. A za tym idzie również brak dostępu do internetu, poczty służbowej i dysków sieciowych, więc nie piszę, bo nie mam jak. Za to dobrze zaczęłam, bo już w pierwszy dzień zabrałam pracę do domu i właśnie usiłuję przez nią przebrnąć. Oprócz tego do plusów dodatnich zaliczam dzisiejszą naradę służbową, na której spijaliśmy wprost słowa z ust naszego nowego dyrektora, ponieważ – co jest nienormalnie zadziwiające – gadał tak bardzo do rzeczy, że wierzyć się nie chce. Wygląda na to, że prócz wytężonej pracy – przed nami okres sielanki w stosunkach służbowych, co chwalę sobie niezmiernie. Zostałam też miło i ciepło przyjęta przez pracowników, a także w niezwykle poprawnej atmosferze pożegnałam moją poprzedniczkę. Do plusów ujemnych zaliczam angaż, który otrzymałam, a konkretnie kwotę, która tam widnieje oraz kilka podłych rozmów na mój temat, których echa do mnie dotarły. Wiadomo, że się spodziewałam, ale  wcale przez to nie kłuje mniej.
Od jutra szał na kółkach, bo już z rana muszę do dyrekcji z okropnie śmierdzącą sprawą. Pewnie się nie ucieszy z sedna, ale może ucieszy się z mojego podejścia oraz postępów.
Wobec powyższych argumentów, redakcja ogromnie wszystkich państwa przeprasza za zwłokę w nadawaniu oraz obecny brak weny twórczej i wraca do pracy.