31 grudnia 2012

1091

Sylwester domowy, jak to przy zwierzętach. Tymczasem lęk okazuje (póki co) 1/3 zespołu. Właściwie nie wiem, czy okazuje, bo jej nie ma. Co ciekawe – kierowniczka. Chłopaki przed północą zachowują się w miarę godnie. Najbardziej Edzio. O:

Wiem, zdjęcie słabe, ale proponuje docenić, że bieżące – jeszcze ciepłe. Karollo gra w nową grę na górze (kurier z paczką z Empiku przybył dziś), Zosia znikła. Ani chybi siedzi w szafie.
I tak się rok stary kończy leniwie. Ostatni to już mój trzydziesty. Wkraczam w całkowicie nowy etap. Z relacji znajomej, która już weń wkroczyła:
- I wyobraź sobie, że nawet nie boli.
Wyobrażam sobie.
Cenię ten upływający rok, mimo – w pewnym sensie – niesprzyjającej sytuacji. Coś się skończyło nieodwołalnie. Coś się więc zaczęło. Wiele rzeczy przemyślałam. Odpoczęłam. Przewartościowałam liczne sprawy. Przyjrzałam się nieco z boku pędzącej rzeczywistości i zrozumiałam, że nie ma dokąd gnać. Ważne jest bowiem zupełnie gdzieś indziej.
A ponieważ wszystko to dobrze mi zrobiło, to i Wam tego właśnie życzę. Czasu i możliwości, by móc spojrzeć w głąb siebie. I podumać nad tym, co się tam zobaczy.
Do spotkania za rok. W zdrowiu i mądrości.

25 grudnia 2012

1090

Oto jedna z najpiękniejszych kartek ze świątecznymi życzeniami, jakie otrzymałam w życiu. Od razu dobrze się poczułam.
Wkraczam w etap wiedźmy (wie!) i niezwykle cieszę się z towarzystwa, które tam na mnie czeka.

23 grudnia 2012

1089

Ciasta wypieczone, aż miło.
Uszka ulepione smukłymi paluszkami mojej córeczki – kształtne i kuszące.
Barszcz przygotowany.
Prezenty zapakowane.
Na choinkę, jak zawsze, nie ma miejsca. Przeprowadzaliśmy się tu w lipcu i nikt nie pomyślał, że w grudni trzeba upchnąć drzewko. W związku z powyższym uczyniłam w tym roku świerk rewolucyjny.
O:

Niech Was nie opuszcza poczucie humoru.
I zdrowia, kochani – tego Wam życzę z całego serca i całej mocy.
Z resztą jakoś człowiek sobie poradzi, prawda?

22 grudnia 2012

1088

Dzień pierwszy po końcu świata.
Drogie Panie! Kuchnia należy dziś do nas.
Zacznijmy od nalania sobie kieliszka wina. Na pewno nie zaszkodzi, a może pomóc, kiedy szlag nas trafi.
Oczywiście istnieje prawdopodobieństwo, że mąż bądź niewielkie (lub wielkie, choć to mało prawdopodobne) dziatki zechcą się tu plątać w poszukiwaniu atrakcji, miski do wylizania czy lodówki do eksplorowania. Jest na to niezawodny sposób. Zapytajcie uprzejmym, pełnym słodyczy głosikiem:
- Chcesz pomóc, kochanie?
Efekt gwarantowany. Szczególnie mężczyźni poruszają się naówczas z prędkością światła. Mają przecież swoje, niezwykle ważne i niecierpiące zwłoki sprawy (na przykład napierdalanie do Niemców* z szybkostrzelnego działka). Problemem mogą być małoletnie – bardzo małoletnie, bo to szybko przechodzi – dziatki. Te możemy bez żenady zesłać mężowi na głowę, roztaczając mglistą obietnicę gigantycznego wora prezentów, które otrzymuje wyłącznie bardzo grzeczna progenitura. Czyli taka, co to się pod nogami nie plącze. I nie przesadzajmy z troską o rozwój. Dzień przy komputerze jeszcze nikomu nie zaszkodził. Jeśliby tak było, to co tu robicie?
Jeśli jeszcze tego nie zrobiłyście, to teraz jest znakomity moment, żeby napić się wina. I natychmiast nalać kolejny kieliszek. Na drugą nóżkę. Nie możemy, drogie panie, chwiać się kulawo przy serniku czy makowcu. Trzymajmyż pion.
Czynność tę można, a nawet należy, powtarzać wielokrotnie.
Dziś kuchnia należy do mnie, Ędwarda – mego wiernego asystenta – oraz radia internetowego, nadającego klasyczne ballady rockowe.
Z tym że Ędward nie przetrzymał współpracy z maszynką do mielenia maku, która jest de facto maszynką do mielenia mięsa i pamięta czasy mego zasmarkanego dzieciństwa. A warto podkreślić, że na tym padole łez niewiele jest takich, co to pamiętają. No niestety.
Maszynka zawyła niczym startujący Apollo 13, co zaowocowało natychmiastowym brakiem asystenta. Mimo że na blacie tryumfy święciły jajka, ser, masło i piana z białek (nie wspominając o skorupkach), czyli to, co tygrysy lubią najbardziej.
Na święta zawsze piekę wyłącznie klasyczne ciasta o prastarym rodowodzie. Co zresztą wychodzi mi najlepiej, bo jakoś nie mam ręki do tych nowomodnych dziwactw. Więc owszem, przekręcam ten mak dwukrotnie, a potem smażę. Kto mi zabroni. Nie używam żadnych gotowych mas makowych, raz do roku mogę się poświęcić. Za to kocham ser biały, co to go mleć nie trzeba. Moja wiekowa maszynka mogłaby takiego sera nie przetrzymać. A zamierzam jej używać do końca życia – w dodatku mojego.
Akurat złapałam chwilę przerwy. Serniki się upiekły i godnie spoczywają w cieple, żeby nie opadły (i tak opadną, ale będę miała czyste sumienie), mak – usmażony – stygnie w oczekiwaniu na rozkładanie, ciasto drożdżowe rośnie sobie, przytulone do kaloryfera. Właśnie doceniłam po raz kolejny ogromną kuchnię mojej mamy. gdzie kulturalna kobieta może sobie dolewać wina do woli, siedząc przy stole, a drożdże mogą bąblować na piecu kaflowym (nie takim do gotowania, tylko do ogrzewania pomieszczenia), dzięki któremu pieszczotliwie podgrzewane są od dołu. Kaloryfer zapewnia jedynie grzanie z boku, więc należy obracać. Rosną jakby z mniejszą pasją.
Wino w kieliszku się kończy, więc moje-waterloo bieży dolewać. Oraz przygotowywać jabłka, bo same się nie obiorą i nie pokroją, niestety. A zaczyn wyrósł nad podziw. To teraz mój ulubiony moment: miesić ciasto, a potem wydłubywać resztki spod paznokci. Ech, doloż moja, dolo…
Aha! Byłabym zapomniała! Pamiętajcie, że najsensowniejsza w czasie przygotowań świątecznych odpowiedź brzmi: NO I CO Z TEGO.
Wiecie, jakby się okazało, że jego mamusia robiła coś inaczej, Kaśka z pracy (ta lafirynda) robi to inaczej lub on zrobiłby to inaczej.
Czyli na sugestię: moja mamusia mełła mak 13 razy, a ty tylko 2, odpowiadamy: „no i co z tego?”. Hardcore, jeśli ktoś ma psychikę ze stali i kamienia:
- To pokaż mi jak, bo ja nie umiem.
Powodzenia.
* Wstaw sobie dowolne, może być kosmita.

17 grudnia 2012

1087

Przyniosła sobie wszystkie dzieci i teraz leżą, wyglądając przez okno. Ciekawe, czego je nauczyła?

PS „Automatycznie zapisany szkic” jako tytuł poprzedniego posta mnie rozwala. W ustawieniach mam 1086. I choćbym nie wiem, ile razy dokonywała zmian, to nic nie daje. Blogu… ty wiesz.

15 grudnia 2012

1086

Jak małe pudełko można wziąć, by zmieścić tam NAPRAWDĘ DUŻEGO KOTA? Otóż wyjątkowo niewielkie.

Bierzesz sobie pudełeczko, w którym uprzednio Farmona przysłała ci różne fajne kosmetyki za nieduże pieniądze. Kota tam nie wpychasz, bo robi to z własnych dzielnic Warszawy (Wola i Ochota). I wszytko.
A Farmonę polecam. Mniam, mniam.

14 grudnia 2012

1085

Notkę napisałam, wrzuciłam i pożarło. Czyżby koniec kariery witryny blog.pl zbliżał się nieuchronnie?
Bo niezauważenie w listopadzie upłynęło latek sześć. Może starczy, jak na romans. Niedoinformowanym tłumaczę, że zaczęłam od bloga donosze-uprzejmie, który potem przeniosłam tutaj, czego ślady mamy w pierwszym miesiącu funkcjonowania. Ręcznie przeniosłam. I drugi raz tego nie zrobię.
Ponieważ nie udało mi się znaleźć platformy, która zaimportuje archiwum, pytamsie, czy kto nie zna sposobu, żeby to ściągnąć na dysk.
Aha! Ten tusz, co to go kupiłam za trzy piątka, bardzo fajny. Polecam.

7 grudnia 2012

1084

Siedzimy już z Matką Chrzestną w samochodzie i ruszamy spod kliniki. Jeszcze wymieniamy się uwagami.
- Z moją jaskrą jest jak z trotylem na skrzydłach Tupolewa. Ponieważ nie można wykluczyć, przyjmuje się, że zaistniała – chichra się MC. – A co tobie powiedziała?
- Żadnego wysiłku fizycznego. Nie ćwiczyć, nie dźwigać, nie biegać.
MC daje po hamulcach, samochód tańczy na lodzie. Ona wrzuca wsteczny, odwraca się do mnie i komentuje z oburzeniem:
- Psiakrew! Wracamy! Też chcę takie zalecenie! Pójdę tam i zażądam, żeby do kompletu kazała mi jeść ciastka!!!

6 grudnia 2012

1083

Wpadamy do domu po wizycie u okulistki pospołu z Matką Chrzestną*.
Kobieta, Która Ze Mną Mieszka przygląda się nam, rozchichotanym, o wyraźnie poszerzonych źrenicach, podejrzliwie, a następnie, dźgając palcem wskazującym powietrze, oznajmia z wyrzutem:
- Wciągałyście coś! A mnie nie pozwalasz!!!

* Matka Chrzestna jest moją rówieśnicą i przyjaciółką, z którą spędziłam wspólnie całe usmarkane dzieciństwo (komuna taka). Oraz matką chrzestną, ma się rozumieć.

5 grudnia 2012

1082

Siła nałogu – oto jedyny argument, który był w stanie ruszyć mnie dziś z domu.
Ale ma to swoje plusy dodatnie. Gdyby nie nikotyna, nie poszłabym na pocztę. A tak – paczka nadana, Robótka zrealizowana. A jak u Was (przypominam dyskretnie, bo grudzień)? Oprócz tego nie pojechałabym po ten tusz! Ruszyłam się, znalazłam w gąszczu uliczek sklep pod tytułem „hasie, szkło i byle co”, tusz nabyłam za 3,50 zł. Taką marżę rozumiem (przypominam: cena producenta – 3,22 zł). Specyfiku do plucia nie było. Poza tym charakter sklepiku nieco utrudniał wybrzydzanie i poszukiwania, bo obsługowy, zapchany towarem do niemożliwości i za ladą… pan. Nie chciałam go katować.
No i przywiozłam ten tusz do domu, wcisnęłam do opakowania po Estee. Jak użyję, złoże sprawozdanie. Oczywiście rozumiem, że informacja jest cenna (na wagę trzech i pół złotego). Na stronie Celii można sobie sprawdzić, gdzie w danym mieści prowadzona jest sprzedaż.
A teraz lecę szukać roboty, bo dziecko zapłaciło dziś u dentysty 270 zł. W promocji. A to jeszcze nie koniec, oczywiście. Nastąpił właśnie nieoczekiwany koniec lata (czytaj: wakacji) i trza się, niestety, brać.
Nie chce ktoś mnie zatrudnić?

1 grudnia 2012

1081

Zajrzałam na stronę Celii – tak, tak, wciąż istnieje, nieprzerwanie od 1959 roku – a tam:
Photobucket
Jak ktoś ma chęć, może w stylu vintage nadal pluć w tusz.
Oprócz tego mają tusz w tubie za, bagatela!, 3,22 zł. Gdzieś czytałam, że jest świetny, a chodzi przecież głównie o szczoteczkę. Zajrzałam do wykazu sklepów i znalazłam jeden nieopodal. W poniedziałek skoczę, kupię, wycisnę z tubki do opakowania po Givenchy (fajna, „trzykulkowa” szczoteczka) i zobaczymy.
Porażające, jak tanio można coś ciekawego wykonać.

28 listopada 2012

1080

Sięgam pamięcią najdalej jak potrafię i widzę moją mamę z umalowanymi ustami. Kiedy się nad tym zastanawiam, uzmysławiam sobie, że w tym „najdalej” mama jest chyba moją rówieśnicą. Jak na ówczesne czasy byłam dzieckiem późnym – rodzice moich koleżanek szkolnych mieli dwadzieścia parę lat. Moi – po czterdziestce. Dziadkowie rówieśników byli niewiele starsi od moich rodziców. Bardzo im zazdrościłam tych młodych mam, wyglądających prawie jak koleżanki, tych tatów z długimi włosami, w dzwonach i śmiesznych, szerokich krawatach (potem – w śledziach).
Moi byli zupełnie inni. Mamę lokalna społeczność nazywała „kapeluszową”. Była elegancka, jak na te siermiężne czasy – nikt przecież nie wiedział, że nocami ściboliła ciuchy z tkanin dziwnego pochodzenia i prowadziła rozbuchaną kooperatywę z zaprzyjaźnioną krawcową. Z resztek, ze „spadów”, z przeróbki. Oprócz tego była piękna, co jej zostało do dziś i przez całe życie stanowiło podstawowy powód damskiego ostracyzmu, o czym nigdy nie mówiła. Ale ja przecież jestem jej córką i nie potrzebuję dosłownego wyłuszczania. I zawsze miała umalowane usta.
Innych kosmetyków, zwanych dzisiaj „kolorówką”, nie używała, a przynajmniej tego nie pamiętam. Być może w jakichś zamierzchłych czasach pluła w tusz (dla niezorientowanych: pierwszy sensowny tusz wymyśliła Helena Rubinstein, miał postać suchego czernidła z dołączoną szczoteczką, więc większość kobiet, aby tusz uzdatnić, po prostu do niego pluła), ale w życiu nie widziałam. W czeluściach szafki łazienkowej tkwiły ze dwa niebieskie cienie, ale nieeksplorowane. Regularnie robiła sobie hennę brwi i rzęs. Wszystkie te nawyki pozostały jej do dziś. Jest po siedemdziesiątce.
W porównaniu do niej tkwię po uszy w „malowidłach”. Nie, żebym nie wyszła z domu z nienamalowaną urodą, ale po prostu lepiej się wtedy czuję. Więc kto mi zabroni. Co ciekawe, szminki używam niesłychanie rzadko, prawie wcale. Ale tak się zaczęłam w pewnym momencie zastanawiać, z czego bym zrezygnowała, gdybym mogła pozostawić tylko trzy kosmetyki kolorowe. No i doszłam do wniosku, że chyba nie mogłabym się obejść bez podkładu, różu i tuszu. Resztę pod presją umiałabym oddać.
A Wy?

PS Druga-mamo: Owszem, ta ankieta nie jest dla Ciebie. Wiemy, że nie ruszasz się z domu bez perfekcyjnego makijażu i manikiuru!

27 listopada 2012

1079

U nas Robótka 2012 idzie pełną parą.
Photobucket
A jak u Was?
Chodzą plotki, że część ludzkości (niektórych to z nazwiska znam!) rzeźbi kartki samodzielnie. Tymy rencamy. CZAPKI Z GŁÓW!

19 listopada 2012

1078

Jaka jest najlepsza wiadomość, która może otrzymać Pełnoletnia Młodzież? (I otrzymała).
W bibliografii do ustnej matury z polskiego masz za dużo pozycji!

18 listopada 2012

1077

Za udział biorą: Prezes (P), Pełnoletnia Młodzież (PM)
Miejsce akcji: kuchnia
Czas akcji: niedzielny wieczór
Wprowadzenie: PM robi prawo jazdy.

P: Jakim samochodem jeździsz?
PM: Czerwonym!

Kobieta!

17 listopada 2012

1076

Ta Kobieta, Co Ze Mną Mieszka (dawniej Potomstwo) zadzwoniła koło 16, że jej genialny plan na wieczór opiewa na udanie się celem dzikiego imprezowania do Gliwic. I co ja na to. Wyczuwszy, że pod tym pytaniem odkryję drugie dno, nieopatrznie zapragnęłam szczegółów. Błąd. Tu ostrzegam matki drobiazgu – im bardziej wybujałe (nie chodzi o wzrost), tym podstępniejsze.  Chodziło więc o dowóz. Naturalnie jestem fanką dowożenia pełnoletnich panien na imprezy. Z drugiej jednak strony… mam ją jedną, bez planów na więcej. Jeśli się zepsuje, to pozamiatane. Wyraziłam zgodę pozbawioną aplauzu. Po drodze zgarnęłam jednego sympatycznego studenta, który nazbyt chętnie deklaruje, że mogę do niego dzwonić, kiedy zechcę (owszem, zadzwonię kiedyś o 3 w nocy, niech wie, że mowa jest srebrem) i na miejsce dotarliśmy bez przeszkód.
Wysadziwszy młodzież zaczęłam zachowywać się lekkomyślnie (gdy nie ma w domu dzieci itd.). Ciemno choć oko wykol. Miasto słabo wyeksplorowane, lecz w nieustannej przebudowie drogowej. Zlekceważyłam porady Tomasz Knapika, bo nie kierował mnie na autostradę, postanawiając zaufać drogowskazom. Błąd numer dwa. Z tego miejsca chciałam serdecznie podziękować drogowcom za rozmieszczanie tablic informacyjnych w systemie kompletnie nawalonego Kapelusznika.
Zgubiwszy się po raz trzeci, z niejaką obawą skonstatowałam, że na desce rozdzielczej pojawiało się ostrzeżenie „OPARY”. Oddawszy się refleksji, miast odbijać w prawo, ruszyłam na wprost i wjechałam na obwodnicę, prowadzącą donikąd (czyli na pewno nie do domu). W tym momencie telefon oznajmił, że daje mi ostatnią szansę. Z GPSu wynikało, że jesteśmy w polach, a najbliższy dom znajduje się w odległości 35 km. Pod warunkiem, że znajdę jakąkolwiek drogę. Ciemno jak w d…, znaczy jak w nocy, obwodnica nieoświetlona, na moście, po jednym pasie w każdym kierunku, pobocza nie przewidziano, środkiem podwójna ciągła. Tomasz każe mi zawracać.
- Gdzie mam, #$%^&*, zawracać? – spytałam czule.
Nie odpowiedział.
Opary stawały się rzadsze. Bateria pustoszała. Stan znajomości terenu zbliżał się do wartości ujemnych. Cudownie po prostu. Och, jaka przygoda! A ja w sweterku, bo przecież tylko myk, myk samochodzikiem. I ciemność widzę.
Pierwszy zjazd w prawo przywitałam z dzikim entuzjazmem. Stolarzowice (znam) – do dupy, nie do domu, ale tam musi być jakaś cywilizacja. Mam plastik (is fantastik), zdobędę olej napędowy! I przysięgam… znaleźć się w okolicy dworca w Bytomiu (najbrzydsze miasto świata, nawet kabaret Łowcy.B już to obśmiał) – BEZCENNE.
Telefon naładowany, samochód zatankowany. O 1.30 jadę tam znowu. Naturalnie jestem fanką przywożenia pełnoletnich panien z imprez. Z drugiej jednak strony… mam ją jedną, bez planów na więcej. Jeśli się zepsuje, to pozamiatane. Znów wyraziłam zgodę pozbawioną aplauzu. A gdybym się ponownie zgubiła, na pace będę miała czworo maturzystów/studentów. Przynajmniej nie będzie nudno.

13 listopada 2012

1075

Nie jestem co prawda zwolenniczką nastawania na Boże Narodzenie przed Andrzejkami, ale Robótce należy się wyjątek.
Photobucket

Po szczegóły akcji udajemy się do Kaczki KLIK lub do Bebeluszka KLIK.
Wyzywam Was na kartkowy pojedynek! RACH CIACH!

11 listopada 2012

1074

Kobieta, Która Ze Mną Mieszka*, rzuca (mimochodem) wychodząc:
- Czasem czuję się, jakbym była twoją matką!
Jeden dzień jest pełnoletnia i już wkurwia.

* Dawniej Potomstwo.

9 listopada 2012

1073

9 listopada 1994 o godz. 7.05 przyszło na świat największe szczęście mojego życia…
Photobucket
… i od razu było niezadowolone. To jej zostało na lata ;o)
Na początku było nieskomplikowane. Spało,
Photobucket
jadło,
Photobucket
dziwiło się światu,
Photobucket
śmiało,
Photobucket
miało zamiłowanie do motoryzacji,
Photobucket
nie przetrzymywało nadmiaru wrażeń i płynów,
Photobucket
stawiało świat na głowie (własny i mój także),
Photobucket
uprawiało sporty ekstremalne,
Photobucket
zachwycało urodą,
Photobucket
a nawet chodziło do szkoły!
Photobucket
Moja śliczna, malutka córeczka jest już dorosła.
Photobucket
Wszystkiego dobrego, kochana! Pięknego, wyjątkowego życia.

28 października 2012

1069

Najbardziej wyczekiwaną i ryzykowną imprezę tej dekady mamy za sobą. Nazbyt wielu strat w ludziach i sprzęcie nie odnotowano. Przybywszy o poranku z przyjemnością ujrzałam salę prawie wysprzątaną oraz pierdolnik w kuchni (to z mniejszą przyjemnością). Ale doceniam postęp. Ślady bytności mają zostać usunięte całkowicie jutro po południu.
Jeszcze tylko musimy się rozliczyć z mamą współorganizatorki.
Następne wesele. Mam nadzieję – nieprędko.

21 października 2012

1067

Z dedykacją dla Kaczki.
Poranny apel. W szeregu zbiórka! Baczność! Kolejno! Odlicz!!!
Photobucket
Zośka. Uwielbiam ją.
Jak ona to robi?

17 października 2012

1065

Chociaż raz wyszłam na dobrą matkę i chociaż raz udzieliłam dobrej rady. Nie do wiary, szczególnie, że doradziłam konformizm.
W klasie trzeciej nauczyciele prowadzą dodatkowe zajęcia z przedmiotów maturalnych. Uczeń ma obowiązek na te zajęcia chodzić, ale nikt nie mówi, że do nauczyciela prowadzącego. Potomstwowy matematyk jest beznadziejnym dydaktykiem. Wobec powyższego cała klasa, jak jeden mąż, przeniosła się na zajęcia konkurencyjne. Potomstwo doniosło o stanie rzeczy z apelem: co robić, redakcjo pomóżcie. Doszłam do wniosku, że skoro i tak opłacam korki z matmy na zewnątrz, a tyle, co się tam nauczy, nie nauczy się nigdy w szkole, poradziłam: idź do niego, przynajmniej nie będzie ci potem utrudniał.
I wyszło na moje, co z przyjemnością odkryłam już dwukrotnie. Po pierwsze jako jedyna matka w klasie nie otrzymuję upomnień ze szkoły. Po drugie nauczyciel nikogo nie ukarał, ale Potomstwo nagrodził dodatkowymi punktami, liczonymi do średniej.
I może sobie Kiełbasińska opowiadać, ale system jest, jaki jest. Młoda nabywa wiedzę od doświadczonego dydaktyka, więc niebywale podciągnęła się w przedmiocie, co nauczyciel oczywiście zauważył (choć nie wie dlaczego). Poza tym chodzi na jego zajęcia w aspekcie ogólnej nieobecności. Obie rzeczy wyraźnie wpłynęły na ocieplenie uczuć. Wynik do przewidzenia.
A mówi się, że ja nic nie wiem o życiu.

13 października 2012

1064

Dzieci to ZUO.
Za udział biorą: Potomstwo, Prezes
Czas akcji: popołudnie
Miejsce akcji: przy desce do prasowania

Potomstwo: Umiesz prasować rękawy koszuli?
Prezes: Umiem.
Potomstwo (przebiegle): A mógłbyś mi to zaprezentować na tych oto dwóch rękawkach?

8 października 2012

1063

I bardzo przepraszam, że poruszam takie tematy, ale pasjami lubię obserwować Ędwarda, kiedy robi kupę. Po pierwsze primo, gdyż stosuje metodę „na kukułkę”, czyli pół Ędwarda (to przednie pół, z twarzą) wystaje przez okienko kuwety. Po drugie primo, bo stroi takie miny, że wzroku oderwać nie można. Skupia się. Porusza noskiem. Marszczy brew. Jest prześmieszny.
A dziś całą rodziną odcinaliśmy kupony od posiadania Pudła. W Pudle Zocha. Ędward też by chciał. Ędward jest gotów wiele uczynić, by wypłoszyć Zochę. Zocha jest gotowa wiele uczynić, by nie zostać wypłoszoną. Na tym tle dochodzi naturalnie do konfliktu, polegającego na waleniu się w łeb z podskoku, ponad ścianką.
Owszem, zamierzamy wyciąć przy podłodze dziury, przez które będzie można wypychać łapy. Pudło przestało nam przeszkadzać od czasu, gdy mamy taką hucpę.

7 października 2012

1062

Prezes (gotuje): Soliłaś to?
prezesowa: Owszem.
Prezes: Ale to się soli?
prezesowa: Wszystko się soli. Jak się czegoś nie posoli, to jest nieposolone.
Prezes: Niektóre rzeczy są czasem nawet spieprzone.
prezesowa: Taaaa… A propos – jak tam ma się cieknący w łazience kran?

6 października 2012

1061

Małgorzata Musierowicz ma zadziwiający dar trącania najczulszych stron mojej duszy. Bo z mózgiem chyba coś nie do końca w porządku. Po przeczytaniu komentarza Mili Borejko do zniknięcia sukni ślubnej śmiałam się tak bardzo, że domownicy przyszli interweniować.
Dziś historyjka obrazkowa.



Photobucket
Ędward w budzie. Miałam wyrzucić to pudło już parę dni temu, ale teraz nie mam serca.
Photobucket
Zofia podrzuciła Ędwardowi do towarzystwa gryzonia w tym samym odcieniu srebra.
Photobucket
Gryzoń jakby prowokuje zaczepkę.
Photobucket
Tymczasem inny gryzoń metafizycznie kontempluje nocne niebo.
Photobucket
Lecz gdy spojrzeć na to z dystansem, to raczej stara się być pożyteczny: strzeże skarpety (skąd ona się tam wzięła, u licha?).

5 października 2012

1060

Z dużą dozą nieprzyjemności stwierdzam,  że zdjęcie kodu CAPTCHA powoduje maksymalny najazd automatów spamujących. Nie chce mi się sprawdzać, jak to było przed przeniesieniem na nową platformę, bo musiałabym przejrzeć przeszło 500 stron komentarzy. Ale rzecz jest niepokojąca.
Poza tym napisałam mail do obsługi już parę dni temu, w innej zupełnie sprawie. Wynik jest taki, że mnie zupełnie olali. Jakoś trudno mi uwierzyć, żeby nie odpowiedzieli przez tydzień.
Coraz częściej myślę jednak o migracji. Smuci mnie to, zżyłam się z platformą .blog.pl przez te wszystkie lata i starałam się jednak jakoś tu zadomowić, mimo faktu, że środowisko jest zdecydowanie nieprzyjazne. Czy ktoś wyemigrował gdzieś, gdzie automatycznie można przenieść całość archiwum wraz z komentarzami? Wydaje mi się, że zauważyłam to na którymś blogu, ale nie mogę sobie przypomnieć gdzie. Chętnie przyjmę podpowiedzi i rady. Jeśli da się to zrobić, przeniosę całość, a za jakiś czas skasuję ten blog.
Wiatr za oknem powoduje, że mam niż intelektualny. Spać też mi się chce bez przerwy, ale najbardziej irytująca jest pustka w głowie i jakieś takie spowolnione kojarzenie.
Kupiłam dziś sobie cydr, ale niestety użyć go nie mogę, bo Prezes pojechał nadużywać alkoholu z kolegami i zaplanował, że mam go przywieźć z powrotem do domu. Z zabawnych planów: sugerował godzinę 20. Oby zechciał wrócić do północy, bo potem strasznie chce mi się spać i szlag mnie trafia, że siedzę i czekam. A szczególnie na widok jego głupawo uśmiechniętego, nietrzeźwego oblicza. Że już nie wspomnę o… hmmm… aromacie alternatywnym.
W domu cisza. Ruch za oknem praktycznie zamarł, domownicy dwunożni wybyli, a czworonożni zasnęli. Lubię takie chwile. Ostatnio coraz częściej stwierdzam, że im jestem starsza, tym jakoś mniej potrzebuję wokół siebie ludzi. Bardzo komfortowo czuję się sama ze sobą.
Najnowsza książka Małgorzaty Musierowicz jest okropna. Kupiłam wczoraj i wygląda na to, że skończę dzisiaj. To największa wada Jeżycjady – czyta się sama, nie można przestać i zawsze zostaje niedosyt. Cieszę się również, że autorka wyszła wreszcie z jakiejś moralizatorskiej zapaści. Kilka poprzednich części niebezpiecznie uciekało od humoru na rzecz epatowania wartościami, tymi jedynie słusznymi. Czytałam, oczywiście, ale jeden raz. To jest ta część sagi, do której nigdy nie powróciłam. A przecież Idę, Kwiat czy Opium czytałam dziesiątki, jeśli nie setki razy. Kocham do nich wracać, szczególnie w gorszych chwilach. Ciepło aż się z nich wylewa, zawsze więc mam szansę odrobinę ogrzać dzięki niemu ewentualnie skostniałe serce.
PS Ignacy Borejko bardzo się postarzał i zrobił pierdołowaty.

2 października 2012

1059

I nadejszła ta wiekopomna chwila: Macierzyństwo bez lukru 2 ujrzało światło dzienne! Daje mi radość i wielką satysfakcję. I już się sprzedaje – od pierwszej chwili!
Cel wydania jest ten sam, co poprzednio: pomoc Mikołajkowi. Fajny z niego gość. Na blogu, który prowadzą rodzice Mikołajka, można to zobaczyć samemu.
Wszystkie szczegóły, dotyczące antologii, można jak zwykle znaleźć na blogu MbL. Tam również wiele ciepłych słów na jej temat. (Mamo, tato, chwalą nas!).
Zachęcam wszystkich do czytania. Robię to w pełni odpowiedzialnie, bo znam tę publikację lepiej niż ktokolwiek inny. Wierzcie mi, JEST DOBRA. A pod literkami wiele cudownych emocji wielu cudownych kobiet. Tak się cieszę, że mogłam je bliżej poznać.
Antologię kupujemy w oficynie wydawniczej RW2010. Oficyna ta wciąż sprzedaje część pierwszą. Dla osób, które dowiedziały się o nas dopiero teraz – gratka: za niewielką kwotę mogą nabyć pakiecik, złożony z obu części. Polecam, zapraszam, zachęcam.
MbL2, podobnie jak część pierwsza, kosztuje niewiele, bo 18 zł. Pakiet obu części 25 zł. Idźcie i rozmnażajcie środki na koncie naszego podopiecznego.

30 września 2012

1058

I może sobie Kiełbasińska opowiadać, ale na chwilę obecną na Allegro nastukałam już ponad 250 zł. Kosztów nie ma nawet dychy. I to wszystko na drobnicy.
Oczywiście jeszcze te dwie i pół stówy przeklnę, wysyłając przesyłki. A wprzódy – pakując. Ale… z niczego nie ma nic, jak mawiała Świętkowa. Mam nadzieję zrobić jutro parę zdjęć i wystawiać dalej. Obym tylko nie wpadła w szał i nie sprzedała wszystkiego, z farbą ze ścian włącznie.
O, byłabym zapomniała. Zaaplikowałam. Może mam dobrą passę? MOŻE POWINNAM ZAGRAĆ??? Przemyślę to do jutra.

29 września 2012

1057

Dziecko się przeuroczo wyglebiło ze schodów. Normalnie już wyglądało, że mam z głowy te skumulowane wydatki. Ślizg, jak na olimpiadzie, aż żal, że nie miałam w pogotowiu aparatu (bynajmniej nie rentgenowskiego). Leży i jęczy. Myślę sobie: masz ci los, jak ja ją będę wpychać na to łóżko na antresoli? Człowiek taki niedojrzały.
Siniaki zaczynają żyć własnym życiem. Pierwszy ujrzał światło dzienne ten na pośladku – o ile można powiedzieć, że ujrzał. Właściwie to mam nadzieję, że nigdzie gołym tyłkiem nie świeci (o, święta naiwności!). Drugi, jakby ośmielony postępowaniem pierwszego, wylazł na kolanie.
Swoją drogą… to interesujące – nabić sobie siniak na kolanie, zjeżdżając w dół na odwłoku. Zawsze uważałam, że moje dziecko najzdolniejsze.

A co poza tym… Nadal rzężę, bardzo dziękuję. Wciąż się wyprzedaję – odnotowując niejakie efekty. Że tak powiem: z przyjemnością. Jako hedonistka oczekuję więcej przyjemności z tej półeczki.

Szanownym Państwu natomiast, tym, co to jeszcze nie wiedzą, pragnę również zapewnić chwilę przyjemności. Zaleca się czytanie do końca, bo rzecz jest rozwojowa. Komu się spodoba (jak się komuś nie spodoba, proszę mnie koniecznie powiadomić), to później przechodzimy TU. Naturalnie wskakuje do linków po prawej.
Dziękuję za uwagę.

27 września 2012

1056

Z ogłoszeń dla poszukujących zajęcia.
„Oferujemy niereformowalny czas pracy”.

1055

Notka dla wytrwałych.
Co mówi mężczyzna ukochanej kobiecie, gdy widzi ją pierwszy raz po trzydniowej przerwie (praca w rozjazdach)? No proszę, jakieś propozycje? Przewidziano atrakcyjne nagrody dla zwycięzców! Tak? Słucham?
Otóż mówi on z rozbrajającym wyrazem twarzy: „Wdepnąłem w g…o”.
Kurtyna.

PS Nagrody wracają do puli. Widzi mi się – będzie kumulacja.

1054

Dziecko wybrało przedmioty maturalne i złożyło deklarację. Drukowaną zaledwie trzykrotnie. Co ciekawe, nie musiałam bić jej do nieprzytomności, żeby zdecydowała się na jakieś rozszerzenie. Owszem, na jedno. Zawsze to lepsze niż nic. Obstawiłyśmy korki, dłubię jeszcze przy jednej koleżance ze studiów, bo sama w zawodzie nie pracuję i w żałosnej sprawie matury nie mam nic twórczego do powiedzenia. Mam nadzieję, że wesprze po koleżeńsku.
Oczywiście dziecko znika z domu na długie godziny i nie mam żadnych złudzeń, że w sprawach naukowych. Ostatnio głównie na próby zespołów, które będą przygrywać do kotleta na osiemnastce.
Osiemnastka, odżizas… W ogóle ten rok obfituje w sceny żywcem wycięte z kreskówki „Nemo”. Kto ma dzieci, ten uprzejmie przypomina sobie mewy, latające kupą i wrzeszczące: daj, daj, daj, daj, daj!!! Wczoraj, wykorzystując moją słabość, próbowała wziąć mnie pod siusiu.
- A wiesz, że będziesz MUSIAŁA kupić mi kieckę na studniówkę? – zapytała lekkim tonem i natychmiast dodała z łaski – Pójdę z kimś ze szkoły, żeby nie mnożyć kosztów.
Cwaniara. Że niby miałabym zapłacić za wyszynk dla jakiegoś kolesia? No takiej gorączki nie miałam od dawna.
Dziś pojawiło się kolejne pytanie roku.
- Jak zrobię prawko, będziesz mi pożyczała samochodu?
- Buchacha!!! Niech ci ojciec kupi.
- Nie ma kasy.
- To niech się ogarnie.
Akurat będę chodzić na piechotę, bo mi rozwali samochód. Moją hondziunię, pieszczotliwie zwaną Szafą? Musiałaby najpierw mnie nią przejechać.
Polecam pierwsze słowa refrenu.

26 września 2012

1053

No i masz ci los – aura nas rozpieszcza, a ja, zamiast napawać się okolicznościami przyrody, tkwię w łożu boleści. Tak, opchałam się Gripexem. Będzie git.
Swoją drogą: oto zupełnie przeze mnie zapomniany sposób spędzania czasu. Czuję się źle, więc biorę leki, komputer z filmami, książkę, herbatkę i… kładę się do łóżka. Niby oczywiste – jednak w czasie pracy w korpo zdarzyło mi się raz, 10 lat temu, jak miałam 40 stopni gorączki.
Błogosławiony pomyśle na porzucenie. Chyba wreszcie dorastam.

23 września 2012

1052

Lekkiego szału dostałam, więc w przerwie od zarobkowania postanowiłam pozarobkować. I się wyprzedaję jak leci. To ma swoje plusy dodatnie, bo przy okazji robię porządki w miejscach, do których nawet kurzowi  nie chce się zajrzeć. Co ciekawe, dostałam ataku nawet na torebki, a jest to rzecz bez precedensu. Nieużywane ciuchy? Won. Nieużywane torebki? Won. Jak mi coś nieużywanego w ręce wpadnie – won.
Potomstwo wyjechało do Krakowa. Idealnie, jej pokój znakomicie się nadaje do działań składzikowo – fotograficznych. Manekin Kunegunda, pieszczotliwie zwany Kundzią, wreszcie świadczy jakieś usługi poza hodowaniem roztoczy.
Tak na marginesie – to jest ciężka praca. Piorę, prasuję, wieszam, upinam, fotografuję, mierzę, zdjęcia obrabiam, w sieci umieszczam. Z 8 godzin mi dziś zeszło, a efekt zupełnie nieprzystający. Oby się coś sprzedało, bo inaczej szlag mnie trafi. Przynajmniej koty szczęśliwe – one uwielbiają rozpierduchę.
A przy okazji znalazłam cztery staniki, które oczekiwały lepszych czasów. A właściwie gorszych, bo utycia. Co niestety uczyniłam. Przyznaję się bez bicia.

20 września 2012

1051

Potomstwo rozpoczęło klasę maturalną z hukiem, czyli wzięło się do roboty od pierwszej chwili (tu chciałam polecić notkę z 3 września, ale mi się przypomniało, że napisałam to na facebooku). Dla niewtajemniczonych: UCZYŁA SIĘ już w dzień rozpoczęcia roku szkolnego i to w dodatku po 22. Zaglądam dziś do Librusa, to taki dziennik elektroniczny, a tam: z podstaw przedsiębiorczości 100% i U W A G A z matematyki 80%. Z, rozumiecie, matematyki.
Chwilo trwaj! Zanim ogłoszą oceny ze sprawdzianu z polskiego.
Ja natomiast od jakiegoś czasu chałturzę i już mi oko wylata na klawiaturę, a tyłek niebezpiecznie się spłaszcza od siedzenia przed komputerem. Dobrze przynajmniej, że kazałam sobie kupić laptop – mogę przysiadać to tu, to tam, a najchętniej na fotelach. Spłaszczenie jest wtedy mniejsze – przecież wiadomo, że ostatnio w modzie Brazylia: brazylijskie pośladki, brazylijskie depilacje, a pewnie i brazylijscy żigolacy. Pierwszego nie mam, drugie mnie przeraża (szarpanie nawoskowaną szmatą?), trzecie jest nieosiągalne. Dzięki temu mam z głowy dostosowywanie się do trendów.
- No to do roboty… – westchnęła. I poszła.

15 września 2012

1050

W odpowiedzi na wrednie zadane pytanie: „Idziesz na siłownię?” odpowiadam: „PRACUJĘ!!!”.
Zatkało kakało? HA! Karzące ramię sprawiedliwości społecznej dosięga wcześniej, niżby się człowiek spodziewał. Kazał pracować? Pracuję. Chichocik.
Istotne, zwłaszcza że rodzina niesłychanie dba o moją linię. Kupiłam sobie onegdaj opakowanie (220g) Michaszków (gorsze niż Michałki, więc ostatni raz). Zjadłam jeden. Dziś zaglądam – jeden. Cud dematerializacji.

1049

W ramach ogarniania się sporządziłam listę czynności do wykonania w najbliższym czasie. Listę podzieloną na kategorie (no co? jak coś robić, to porządnie) powiesiłam na lodówce za pomocą magnesu w kształcie misia. Albo kotka. Kto go tam wie.
Prezes, Bardzo Ważny Oraz Wzdęty I Nadęty, powrócił ze 100licy, gdzie wszystkimi rządzi i zarządza, i nuże kontrolować, czy się w czasie jego nieobecności aby nie nudziłam.
Prezes: Co dziś robiłaś?
prezesowa (na dictum tego typu milczy wyniośle oraz enigmatycznie)
Prezes: Bo widzę, że z listy zniknęły dwa zadania. Fryzjer i kosmetyczka!

PS Mam wrażenie, że to coś w powietrzu. Taki wirus. Mężczyźni są jakby na niego mniej odporni. Zadzwoniła Chuda, pobudzona przeze mnie komunikatem, że on-mi-każe. I mówi, że on-jej-każe. Różnica wynosi zaledwie 24 godziny i jakieś 70 kilometrów.

13 września 2012

1048

Nieodmiennie od lat odczuwam przykrość, gdy uświadamiam sobie, że pewne rzeczy po prostu się kończą, a ja nie mam na to żadnego wpływu. Szczególnie, gdy dotyczy to relacji międzyludzkich. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że różne rzeczy można próbować przepychać na siłę, ale jestem przekonana, że to nie przynosi oczekiwanego efektu. Mało tego – czasem tworzy efekt zupełnie odwrotny od zakładanego.
Dorosłam do tego, żeby nie podejmować prób podgrzewania za wszelką cenę. Bywa, że koszty pożrą zyski. Ale smutek pozostał. Szczególnie, gdy ma się to do osób bliskich.
Daleka jestem od przekonywania kogokolwiek (i samej siebie), że człowiek jest zobowiązany do utrzymywania, martwych niejednokrotnie, związków z własną rodziną. Oczekiwania społeczne nie mają tutaj bowiem nic do rzeczy. Nie można wychodzić naprzeciw populistycznym twierdzeniom, że z rodziną należy żyć w zgodzie, że to w końcu więzy krwi. Niezaprzeczalnie można posiadać podobny garnitur genów i zupełnie nie rozumieć się nawzajem. Może lepszym rozwiązaniem niż udawanie, że wszystko jest w porządku, będzie powiedzenie, że nam razem nie po drodze i rozejście się w pokoju. Zanim cały układ eksploduje z hukiem.
No tak, wiem, enigmatycznie wyszło. Okazuje się jednak, że burzą się we mnie niekiedy emocje, z którymi coś muszę zrobić. Blog to dobre miejsce, żeby czasem ulać nieco żółci. Niestety mój blog jest zarówno moją sferą osobistą, jak i strefą publiczną. To nie do końca pisanie do szuflady. Choć, nie ukrywam, wciąż istnieje tutaj kilka wpisów, które nigdy nie ujrzały światła dziennego. Wszystkie terapeutyczne: pozwoliły mi przelać „na papier” bardzo trudne do udźwignięcia uczucia. Jednak ich przeczytanie (tych szkiców) doprowadziło mnie do wniosku, że nie wszystkie sprawy muszą oglądać światło dzienne.
Obecne ujrzą – na tyle zakamuflowane, że nie do odczytania dla nikogo poza mną. Na tyle jasne, że mnie właśnie pozwolą złapać dystans.
Wszystko płynie – mawiali starożytni. Świata nie zatrzymamy. Ludzie, których nazywamy bliskim, mogą okazać się zupełnie obcymi osobami. I w ogóle nie wiadomo, kiedy to się stało.

12 września 2012

1047

Za udział biorą:
Prezes
Potomstwo
Czas akcji:
wieczór
Miejsce akcji:
kuchnia
Prezes: Dlaczego matka dostała dwie muffinki, a ja tylko jedną??
Potomstwo: 9 miesięcy w brzuchu! A potem mnie rodziła! Wiesz, jak długo? Urodziła mnie!!!
Prezes: Gdybym wiedział, że tego oczekujesz, też bym cię urodził…
Za udział biorą: Prezes, Potomstwo
Czas akcji: wieczór
Miejsce akcji:kuchnia

Prezes: Dlaczego matka dostała dwie muffinki, a ja tylko jedną??
Potomstwo: 9 miesięcy w brzuchu! A potem mnie rodziła! Wiesz, jak długo? Urodziła mnie!!!
Prezes: Gdybym wiedział, że tego oczekujesz, też bym cię urodził…

10 września 2012

1045

Och, jaka będę oryginalna…

Od dłuższego czasu planuję nową notkę. Dziś mnie olśniło i doszła do tego druga. Tymczasem napiszę to, co pisze dziś wiele znanych mi osób. SZLAG MNIE TRAFIA. Błądzę. Zaginęły mi wszystkie linki. Nie wszystkie były oczywiste. Niektórych adresów nie potrafię znaleźć.
Chwilowo nienawidzę tego serwisu.

31 sierpnia 2012

1044

(A imię jego czterdzieści i cztery ;o)  )

Oddaję się ostatnimi czasy, choc może słowo „oddaję” to zbyt wiele powiedziane, czytywaniu publiczystyki na portalu Frondy. Jestem w pewnym sensie produktem naszych czasów – nie potrafię pogodzić się z filozofią katolicką, w której zostałam wychowana. Nie potrafię się też pogodzić z tym, że kościół psuje się od wewnątrz. Czuję, że i jedno, i drugie usiłuje wcisnąć mnie w przyciasne buty, w których kompletnie nie mogę się poruszać.

Jestem zwolenniczką takiego pojmowania przynależności, która akceptuje przyswojoną ideologię w całości, z dobrodziejstwem inwentarza. Staję wtedy po określonej stronie i staram się bronić idei, uznanych za własne. Ponieważ przynależność jest zjawiskiem „do grupy”, czuję się współodpowiedzialna za zachowania i wypowiedzi innych jej członków. Nie potrafię udawać, że oni nie istnieją, że jestem samotną wyspą, a to, co dzieje się wokół, jakby mnie nie dotyczy.

W związku z powyższym nie czuję się katoliczką. Nie mogę udawać, że nie widzę tego, co dzieje się obok mnie. Nie mogę bronić zachowań ludzi, którzy identyfikują się z przynależnością do kościoła katolickiego. Zastanawiałam się nawet nad formalnym zeń wystąpieniem. Powstrzymała mnie lektura, określająca warunki, jakie należy spełnić, by tego dokonać. Szczególnie jeden: należy złożyć oświadczenie, że jest się osobą niewierzącą. Otóż ja nie jestem.

Dawno temu moja nieżyjąca już babcia, niepowstrzymana badaczka natury ludzkiej, zapytała mnie: z czym kojarzy ci się słowo „chrześcijanin”? Z dobrocią – odpowiedziałam – z umiłowaniem bliźniego, z pokorą, cierpliwością… A słowo „katolik”? Z uczestnictwem w obrządku oraz, niestety, z powiedzeniem „Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek”. A nie sądzisz, że to powinno być tożsame? – zapytała z błyskiem w oku i przewrotną satysfakcją.

No właśnie. Powinno. A nie jest. Myślę, że wtedy właśnie kropka nad „i” została postawiona.

Z przykrością stwierdzam, że większość katolików, z którymi rozmawiałam, uważa, że Bóg jest idiotą. Lepi go na swój obraz i podobieństwo, przypisując mu własne cechy, małości i ograniczenia. Nieustannie unosi się pychą, nie potrafi kochać nikogo prócz siebie i skrycie tęskni do czasów inkwizycyjnych. Nazbyt pospiesznie odbiera Bogu jego rolę sędziego, uzurpując sobie prawo do zastąpienia go w przekonaniu, że posiada stosowne kwalifikacje. Od lat budzi to moje zadziwienie, smutek i, co tu kryć, również obrzydzenie.

Jednak odziedziczona najwyraźniej po babce żyłka badacza nie pozwala mi ustawać w wysiłkach, mogących pomóc mi dociec, o co właściwie chodzi. Stąd lektura Frondy, która przecież, jako sprzeczna z moimi przekonaniami, powinna być mi obca. Na początku byłam poniekąd zafascynowana zarówno wypowiedziami publicystów (słabych w większości, co z przykrością stwierdzam, i nie chodzi tu o ideologię, a o warsztat), jak i komentatorów. Spodziewałam się, że większość tej drugiej grupy stanowią przekonani, natomiast resztę (odsetek) – walczący przeciwnicy. Z punktu widzenia tych będących pro – trolle. Nie omyliłam się (zasada jest ogólna). Jednak to, co zobaczyłam, przerosło moje najśmielsze oczekiwania.

Nienawiść wylewa się zewsząd, zarówno z publikacji, jak i z komentarzy. Ponieważ portal Frondy jest prowadzony w systemie blogowym (kawiarenkowym), autorzy publikowanych tekstów czasami biorą udział w toczącej się poniżej dyskusji. Chciałabym napisać „najczęściej”, ale prawda jest taka, że „zawsze” zniża się ona do poziomu, którego wolałabym nie oglądać nawet w rynsztoku. Trolle (pozwalam sobie dla ułatwienia) zajmują się wkładaniem kija w mrowisko, praworządni katolicy – opluwaniem wszystkiego, co niezgodne z ich filozofią. Nikt niczego nie tłumaczy. Nikt nie odnosi się do przedmiotu dyskusji, wycieczki osobiste zaczynają się już w pierwszych komentarzach pod tekstem. Czasem uprzedzając nawet wpisy opozycjonistów. „Lecz się” to zdecydowanie pocisk najlżejszego kalibru. Nienawiść i jad w takim nagromadzeniu, że odczuwam wstręt.

Gdzie, pytam, miłość bliźniego? Gdzie Chrystusowe przykazanie? Gdzie cierpliwość i pokora? Gdzie potrzeba zaświadczania własnym przykładem prawdziwości głoszonych idei?

Od czasu rozmowy z babcią minęło dwadzieścia lat z okładem. Moje zdanie tylko się ugruntowało. Czasami ogarnia mnie smutek – jak łatwo zniszczyć najpiękniejszą ideę na świecie.

1043

Techniki wychowawcze.

Potomstwo do Zośki, która właśnie wsławiła się stłuczeniem Edka aż sierść poszła po całym mieszkaniu:
- Proszę natychmiast do pokoju i odbywać karę!

29 sierpnia 2012

1042

Uwaga, proszę Państwa! Proszę Państwa, uwaga! Teraz, teraz, teraz… JUŻ!

Ruszyła akcja promocyjna Macierzyństwa bez lukru 2. Pierwsze jaskółki zniżyły loty ku ziemi i można je zobaczyć TU. Zapraszam serdecznie. Polecam ostrzenie zębów – to naprawdę DOBRA KSIĄŻKA! Wiem, co mówię, znam ją prawie na pamięć.

21 sierpnia 2012

1041

Nie umiem pisać. Zostałam całkowicie zdominowana przez MbL2.

Na szczęście z naprawy powrócił mój róziowy laptopik. Tęskniłam za… rozmiarem. Otóż okazuje się, że kobiecie w moim wieku trudno już wmówić, że rozmiar nie ma znaczenia. Otóż ma. Jeśli ktoś ma wątpliwości, niech popatrzy na panoramę Tatr przez dziurkę od klucza. 

Chociaż wiem, że istnieje taki trend w fotografii. Robi się zdjęcia przez rulonik. A na końcu jest mała dziurka i obiekt. Nie wiem tylko, jak ma się do tego duży obiekt.

Że mi odbija? No troszkę. I nie ma się co dziwić.

12 sierpnia 2012

1040

Oglądam „Korczaka”. Wiem, że będę żałować. Właściwie już żałuję.
W takich chwilach ze wszystkich sił staram się myśleć o opowiadaniu mojego taty, że raz na Plantach żołnierz Wehrmachtu dał mu cukierka i pogłaskał go po głowie. Że oni też byli ludźmi.

A im bardziej się staram, tym bardziej jestem przekonana, że są na świecie rzeczy, o których nigdy, przenigdy nie wolno zapomnieć.

10 sierpnia 2012

1039

A wczoraj poszłyśmy z dziewczynami na kawę. Betowen też poszedł i dzielnie (bez ziewania – mimo, że facet) dotrzymywał nam towarzystwa.

Photobucket
Betowen bardzo ułatwia zamawianie w barze. 
- Kawę, herbatę i sok poproszę.
- Do którego stolika przynieść?
- Do tego z kotem.
- Aaaa, z kotem! Zaraz przyniosę.

9 sierpnia 2012

1038

Macierzyństwo bez lukru 2 finiszuje.

O Boszszsz… Policzyłam, ile dziś wysłałam maili. I wyszło mi, że pierdylion milion osiemset sto pińcet osiemnaście. I co? I natychamist zaczęły przychodzić odpowiedzi. Rzuciłam się więc do drukarki, kompletować dokumentację formalną.
Obłęd.

W tym momencie Basia Niechcic na ekranie powiedziała do Lucjana:
- Lucjanie, źle wyglądasz. Nic nie pijesz.
- Ooooo! – pomyślałam, bo mi natychmiast zadziałała siatka poznawcza – Ooooo! – pomyślałam i poleciałam do barku. Ja jestem typem prymuski i dwa razy nikt mi nie będzie powtarzał.

Metaxa mi się skończyła. Quo vadis, świecie??

3 sierpnia 2012

1037

O jeżu malusieńki, po raz pierwszy w życiu utknęłam na korekcie. I nie o to bynajmniej chodzi, że iż mam monopol na rację oraz wiem wszystko (polonista tym się różni, że częściej sięga do słownika), lecz o fakt, że poradnia PWN nijak się do mojego problemu ustosunkować nie chce. (Podła. Na pasku kłamstw mnie wiodła).

Uderzam do Chudej. Czuje brzemię. Jak dobrze mieć kogoś, kto w takiej sytuacji nie ucieka, dygocząc z przerażenia. I już po wymianie sześciu maili zdajemy się na kompetencję językową. 

Sądzę, że nasza obopólna kompetencja językowa w tym zakresie to całkiem niezła średnia.

1 sierpnia 2012

1036

Udział biorą:
Prezes 
prezesowa

Czas akcji:
wieczór

Miejsce akcji:
salon

Prezes (zmęczonym tonem stulatka): I znowu trzeba wstać o szóstej, i iść zarabiać na was pieniądze.
prezesowa: Prawda, jaka radość, że wreszcie pozwoliłam ci odkryć twoją misję życiową?

26 lipca 2012

1035


Jestem u teściów. Ręka do góry: kto tęsknił? Ja też tęskniłam i, jak zwykle, nie nadążam notować. 

Udział biorą: 
Terenia 
Wojtuś 
Prezes (milcząco potwierdza teorie Tereni) 

Czas akcji: 
wieczór 

Miejsce akcji: 
kuchnia 

Terenia (czule patrząc na Prezesa): Wojtuś… dziecko śpiące. 
Wojtuś: A bo to słabe takie. Jakby mu przyszło ciężko fizycznie pracować, jak ja, to rady by nie dał. 
Terenia: A ty to co? Ciężko pracowałeś? 
Wojtuś: Pewno. 
Terenia (do Prezesa): Synku, a ty pamiętasz, żeby tata ciężko pracował? 
Prezes (uśmiecha się enigmatycznie) 
Terenia (do Wojtusia): A widzisz, Wojtuś, nie pracowałeś. Jakbyś pracował, dziecko by pamiętało.


Udział biorą
Terenia 
Wojtuś 
Prezes i prezesowa (milcząco chłoną aktualności) 

Czas akcji
wieczór 

Miejsce akcji
kuchnia 

Wojtuś od pewnego czasu ma działkę alternatywną nad jeziorem, w pobliżu ośrodka wypoczynkowego. Dużo tam pracuje, jak to Wojtuś, więc czuje się zaprzyjaźniony i wchodzi na teren ośrodka bez becalowania. 

Terenia: Tata to tam na portiernię chodzi. A na portierni taka pani siedzi. I ciągle go zaczepia. 
Wojtuś: Bo to wdowa jest. Tak z sześćdziesiątkę ma. I widzi – chłop niczego sobie, robotny, to chciałby takiego. 
Terenia: Kulawa. 
Wojtuś: A co to przeszkadza? 
Terenia: Racja. Nie ucieknie ci.


Udział biorą
Terenia 
Wojtuś 
Prezes i prezesowa (milcząco jak zwykle) 

Czas akcji
poranek 

Miejsce akcji
kuchnia 

Wojtuś: Do lasu pojadę. 
Terenia: A po co ty tam pojedziesz? 
Wojtuś: Wilka ciągnie.


Udział biorą
Prezes i prezesowa 

Czas akcji
poranek 

Miejsce akcji
kuchnia 

Prezes: Ten dom to jest zbudowany na… hmmm… jakby to ująć… Co jest przeciwieństwem czakry? 
prezesowa: Pojęcia nie mam. Antyczakra? 
Prezes: Na takiej antyczakrze. Wysysa z ciebie całą energię. A jakbyś zobaczyła to samo miejsce na drugiej stronie osi, to tam dopiero jest czakra. Wszystko stąd wyssane tam się gromadzi.


Udział biorą
Prezes i prezesowa 

Czas akcji
poranek 

Miejsce akcji
łóżko 

prezesowa: Może wstaniesz? 
Prezes: Mowy nie ma. Jak wstanę, to mama będzie mi kazała jeść.


Udział biorą
Prezes i prezesowa 

Czas akcji
południe 

Miejsce akcji
pokój Tereni (odstąpiony gościom) 

Prezes alienuje się poprzez wetknięcie słuchawek. 

prezesowa: Dlaczego? 
Prezes: Dlaczego co? 
prezesowa: Dlaczego nie dzielisz się ze mną muzyką? 
Prezes: Bo nie słyszę basu. (Podchodzi, siada obok i wtyka prezesowej jedną słuchawkę do ucha). 
prezesowa: Trochę niewygodnie. 
Prezes (tonem mędrca u schyłku życia): Jak ludzie się kochają, to wszystko jest wygodnie!


Udział biorą
Prezes 

Czas akcji
9:45 

Miejsce akcji
kuchnia 

Prezes (wstało 9:00): Nudzi mi się.

22 lipca 2012

1034

- Ces ciastkooo? – prezesowa poszukuje u Potomstwa usprawedliwienia zgubnego nałogu łakomstwa. W dodatku przez okno poszukuje. Z drugiego piętra.
- Na górze, na suszarce, jest szmata. – ripostuje Potomstwo z karnego jeżyka przed domem, odpracowując zagubione onegdaj pińć dych. – Rzuć mi.
- Ale na górzeeeee? – jęczy prezesowa, która – gdyby jej się tak chciało, jak jej się nie chce – byłaby najpracowitszym człowiekiem w mieście.
- No już. Hops, hops! – ponagla Potomstwo, powodując u prezesowej napływ refleksji na temat „jak do tego doszło, do diaska???”.
- Ale ces ciastkoooo??? – przecież prezesowa nie pojedzie do cukierni, żeby się uszczęśliwić i nie mieć na kogo tego zwalić.
- Jedź. Ale na pewno nie tym samochodem. Ten będzie stał w garażu, żebyś go nie pobrudziła! – Potomstwo zarządza personelem oraz okazuje niespotykany szacunek dla własnej pracy.

Pewnie, że pojadę. Samochodem Prezesa. On ma brudny, a nie potrafi wywołać u Potomstwa wyrzutów sumienia.

1033

W piątek wieczorem pojechałam do Z., który – na swoje własne życzenie oraz na swoje osobiste nieszczęście – zamieszkuje w prywatnej kamienicy. Właściciel rzeczonej, roboczo zwany jest Gupim, co określa niejako jego byt i świadomość. I chciałabym z tego miejsca podkreślić, że Gupi nie jest bynajmniej zwany Gupim, gdyż pobiera czynsz. Zawsze ktoś pobiera czynsz. Sama pobieram czynsz. No po prostu taki byt.

Kamienica, w której Z. zamieszkuje od epoki kamienia wydłubanego, jest – mówiąc wprost – familokiem. Kto był na Śląsku, ten wie. A kto nie był, to sobie Kutza poogląda. W tym familoku Z. posiada przystojne mieszkanie w amfiladzie, dostosowane do rzeczywistości, ergo posiada łazienkę, a nawet dwie, co jest niemożliwym i niegodnym wypasem. I ktoś to powinien to ukrócić. Tak przynajmniej sądzi prezesowa. A posiadanie łazienki w familoku nie jest wcale oczywiste, gdyż kible planowano na półpiętrach.
Co prawda prezesową o dreszcz rozkoszy przyprawia konieczność przelecenia się w amfiladzie z jednego końca 100-metrowego mieszkania na drugi, ale… każdy ma, co lubi. Może to sposób na krzewienie kultury fizycznej i sportu.

Ale ja nie o tym.

Otóż przed kamienicą Gupi posiada miejsca parkingowe. Posiada, co prezesowa wie z reklamy szeptanej, bo znaku Gupi nie wykupił, gdyż nie jest rozrzutny. Wobec powyższego prezesowa nie wie. Te miejsca parkingowe rozmieszczone są debilnie z uwagi na wysublimowane zagospodarowanie przestrzeni architektonicznej kasztanowcami oraz betonowym słupem ogłoszeniowym, na którym się nie ogłasza, ale za to zajmuje tzw. wpizdu miejsca.

I teraz tak.
Prezesowa przyjeżdża Szafą. Szafa, poza słuszną szerokością, ma też 4,5 m długości. No to prezesowa potrzebuje trochę miejsca na zaparkowanie. I wcale nie wynika to z braku umiejętności. Ileż to czasu zajęło prezesowej nauczenie Prezesa wjeżdżania Szafą do garażu! Wjeżdża wreszcie, ale lusterka składa do tego, bo się boi obedrzeć. Z drugiej strony… niech lepiej składa. Inna rzecz, że co było do obdarcia, to już obdarł, ale nie bądźmy małostkowi, bo jak Prezes patrzy na prezesową, która nigdy nie składa lusterek, wjeżdżając do garażu, bo jest tak leniwa, że mogłaby stać w Sevres pod Paryżem koło wzorca metra i kilograma, to jest przepełniony nabożnym podziwem i wyraża. W tej sytuacji prezesowa staje się jednostką o wysokim współczynniku wybaczania.

I znowu poszłam w dygresje. To powróćmy do adremów.
Prezesowa przyjeżdża Szafą. Widząc miejsce koło rzeczonego słupa, wpasowuje się w nie radośnie. I nie byłoby o czym pisać gdyby nie fakt, że Gupi uważa, że to są dwa miejsca parkingowe. W dodatku jego własne, które udostępnia swoim lokatorom. W związku z powyższym czyha na prezesową celem umożliwienia jej usłyszenia Głosu Boga (Metatron), mającego zamiar skarcić ją po ojcowsku (w miarę możliwości rózeczką). Czeka, bo kto cierpliwy, się doczeka.
Gupi przydybuje prezesową, opuszczającą lokal nocą ciemną.
- A! To pani! – ożywia się na widok wychodzącej prezesowej, jakby ją widywał trzy razy w tygodniu. – Wyjeżdża pani?
- Wyjeżdżam.
- To dobrze, bo zajęła pani dwa miejsca (wysuwa się rózeczka)!
- Owszem, proszę pana. Zajęłam tyle miejsca, ile potrzebuje Szafa na zaparkowanie…
(Tu Głos Boga bierze głęboki wdech, żeby przyłoić rózeczką w sposób, pozostawiający krwawą pręgę na plecach).
- …Ale chciałam pana zapewnić, że jak tylko przesiądę się do Cinquecento, to zobowiązuję się solennie zajmować pół!
(Szach i mat).
- Cha, cha, cha… – nieoczekiwanie rozbawiony Gupi daje się wciągnąć w niecną rozgrywkę.
Korzystając z okazji prezesowa uprzejmym uśmiechem mówi „do widzenia” i znika, jak sen złoty.

Mierz siły na zamiary, bo jak się przesadnie napompujesz powietrzem, to potem w nocy, w łóżku, żonie będzie przykro.

19 lipca 2012

1032

My tu pitu pitu, a tymczasem w przydomowym śmietniku zamieszkali obcy. Kolor zgodny. Rozmiar lichy. Wyraz twarzy durnowaty.

Photobucket

17 lipca 2012

1031

Prezes wziął urlop i pojechał nurkować w najbardziej pogodny rejon Wielkiej Brytanii (trzy dni słoneczne w roku). Upraszany o prowadzenie sprawozdawczości na okoliczność pozostawania przy życiu, już z lotniska donosi… „orzeł wylądował”.

Ach, wy orły, sokoły!

11 lipca 2012

1030

TO DZIECKO w swojej bezczelności osiaga już szczyty Himalajów.

Do ukończenia osiemnastego roku życia (jeszcze pięć minut), muszę z nią jeździć na odczulanie, bo bez matki ni hu hu. Obecnie jesteśmy w takiej fazie, że szczepimy raz na 4 – 6 tygodni.
I wyobrażą sobie Państwo, że ONA się pozwala użądlić osie przy wejściu do przychodni. Dzięki czemu szczepienie bierze w łeb.

A mogłam nie wstawać z kanapy.

9 lipca 2012

1029

Występują:
prezesowa
Potomstwo
Prezes (milcząco)

Czas akcji:
wieczór

Miejsce akcji:
przestrzeń mieszkalna

Potomstwo: Jest!!! Jeeeeeest!!! Mamoooo!!! 3:2! Jest smutny.
prezesowa: Brawo! Ciś tam! (do Prezesa) A kim ty grasz?
Potomstwo: Białymi.

Geniusz piłki nożnej.