28 lutego 2007

Na barykady

Donoszę uprzejmie, że wczoraj odbyło się zebranie właścicieli w naszej wspólnocie mieszkaniowej. Po raz pierwszy w historii wspólnoty trwało 3,5 godziny. Zgaduj – zgadula, kto przewodniczył.
Na mocy uchwał podjętych w trakcie tego spotkania, zarząd wspólnoty został spuszczony w klozecie. Wiem na pewno, bo główna ksiegowa w pewnym momencie poszła do łazienki i przebywała tam czas jakiś. Zapach wskazywał jednoznacznie, że wypaliła pół paczki papierosów.
Nic za to nie mogę, że tak mam. Po prostu nie lubię, jak mnie ktoś roluje. W dodatku jest ten ktoś niekompetentny, leniwy i pazerny. No nie lubię i już.
Byłam więc uprzejma uświadomić ludzkości pewne kwestie, a także wskazać jej, którędy na barykady.
Prezes krzyczał.
Księgowa przebywała w miejscu odosobnienia.
Atmosfera się napięła.
Zarząd rzucił mi rękawicę w postaci wypowiedzenia, którą uprzejmie podniosłam i odrzuciłam wyjątkowo celnie, powodując niebagatelne straty w obozie wroga.
Jestem z siebie dumna – prawdziwa wirtuozeria, jak mamę kocham.
Do domu dotarłam o 22.00, niesiona na rękach tłumu.
W progu czekał na mnie komitet powitalny złożony z 5 członków rodziny, z których 1 osoba (Szef) była świadkiem klęski pod Waterloo. Zarządczej klęski, rzecz jasna. Wszyscy pchali się naprzód z uwielbieniem, dzieci płakały, kobiety mdlały. Szef porównał moje wystąpienie do tańca z okładaniem się rybami*, w wyniku którego jedynie ja pozostałam na brzegu kanału. Odnoszę wrażenie, że urosłam w jego oczach, a to sobie szczególnie cenię.
Dziś niesie mnie fala sukcesu i śpiączka.

Kolejne zebranie 7 marca. Prędzej zdechnę, niż prezes otrzyma absolutorium.
Słowo.

* patrz: Latający Cyrk Monty Pythona

Dyskusje z Archiwum X

Osoby:
zastępca dyrektora
wycieruch domowy

Czas akcji:
8.30

Miejsce akcji:
pokój wycierucha

Wszyscy prócz zastępcy dyrektora pracują.
zastępca dyrektora (gada, gada i gada bez sensu, nikt go nie słucha): No cóż… Zabieram moja herbatę. Wszystkie moje leki, bo jak pewnie zauważyłyście, jestem poważnie chory. I idę. Bo wy to nawet się do mnie nie odwracacie. Nikt ze mną nie rozmawia…
wycieruch: Bardzo przepraszam pana dyrektora, ale ja pracuję.
zastępca dyrektora (histerycznie): Każdemu pracownikowi należy się przerwa!!!
wycieruch: Ładnie bym wyglądała, jakbym zaczynała każdy dzień od przerw.

Moje dzisiejsze nastawienie do życia

Przedwczoraj przybyłam do domu o 21.00.
Wczoraj o 22.00.
Jeszcze jedno zebranie/awaria/spotkanie/problem/itp., to się wykończę.

A więc plan na dziś:

Photobucket - Video and Image Hosting

Dziękuję Państwu za uwagę.

Dyskusje z Archiwum X

Osoby:
koleżanka od szkoleń
wycieruch domowy

Czas akcji:
12.30

Miejsce akcji:
komunikator służbowy

wycieruch: Kochana, a nie słychać tam coś o szkoleniach, co to je nam obiecaliście w październiku?
koleżanka od szkoleń: Zaskoczę cię. Słychać. Będą w marcu. Tylko muszę jakoś sensownie poobsadzać.
wycieruch: Wyślij w pierwszej kolejności zastępcę dyrektora. Inaczej wywierci mi dziurę w brzuchu.
koleżanka od szkoleń: Ale na co?
wycieruch: Obojętnie na co, obojętnie. Wyślij go na tańce ludowe. Jemu i tak bez różnicy.

Dyskusje z Archiwum X

Osoby:
zastępca dyrektora
kierownik własny
koleżanka Ania
wycieruch domowy

Czas akcji:
poranek, dzień drugi

Miejsce akcji:
pokój wycierucha

W pokoju lekka maniana, każdy robi coś pilnego, rozmowy przez telefon, dodatkowo wymiana uwag miedzy sobą. Wchodzi zastępca dyrektora.
zastępca dyrektora: Cześć. Co robicie?
wycieruch (do pozostałych): Muszę to sprawdzić, bo wierzyć mi się nie chce.
zastępca dyrektora: Co robicie?
koleżanka Ania: Podejrzewam, niestety, że mają rację.
kierownik własny: A kto to zamówienie zrobił, co? Wiecie może?
zastępca dyrektora: Co robicie?
wycieruch (znajdując szukany tekst): No, cholera. Mają rację. Niech to szlag!
zastępca dyrektora: O, jakie macie fajne paluszki, mniam, mniam…
kierownik własny (do telefonu): Ja wiem, że robiliście już to zamówienie. Ale podobno zabrakło wam materiałów w trakcie realizacji. Już w październiku. Sprawdźcie to.
zastępca dyrektora: Tak, pyszne.
koleżanka Ania: Źle zaplanowali, no…
wycieruch domowy: No to mamy dodatkową robotę ponad plan.
zastępca dyrektora (kręci się nerwowo): … (wychodzi)

… (cisza)

wycieruch (nie wytrzymuje): Czy jesteśmy nieuprzejmi?
koleżanka Ania, kierownik własny: hehehe…

26 lutego 2007

Wynalazki genetyczne

Donoszę uprzejmie, że ani chybi wyrośnie mi trzecia ręka. Bo jest tak: jak człowiek ma urlop i zakrapla sobie oko, to jest wszystko w porządku. Zwyczajnie 20 razy dziennie człowiek rusza tyłek, bierze krople do oka (uprzednio sprawdzając, które z listy już dziś wziął, których nie wziął i dlaczego), idzie sobie do jakiegoś lustra, jedną ręka uchyla powiekę dolna, druga naciska podajnik kropli i już. To znaczy prawie już, bo potem jeszcze trzeba dostać natychmiastowego łzotoku, zrobić wszystko, żeby powstrzymać łzotok, podskakiwać śmiesznie i takie tam.

Gorzej sprawa się ma, jak czlowieku się kończy urlop zaległy i musi on, ten człowiek, iść do pracy. I wtedy:
20 razy dziennie człowiek rusza tyłek, bierze krople do oka (uprzednio sprawdzając, które z listy już dziś wziął, których nie wziął i dlaczego), wyciaga sobie lusterko, jedną ręka uchyla powiekę dolna, drugą trzyma lustereczko, a trzecią naciska podajnik kropli i już. To znaczy prawie już, bo potem jeszcze trzeba dostać natychmiastowego łzotoku, zrobić wszystko, żeby powstrzymać łzotok, podskakiwać śmiesznie i takie tam.
Najlepiej, żeby wtedy przyszedł petent jakowyś.
No.

I stąd trzecia ręka jest mi absolutnie niezbędna.
Może być jakaś mała, nie ma sprawy.
Za pozytywne rozpatrzenie mojej skromnej prośby uprzejmie dziękuję.

Dyskusje z Archiwum X

Osoby:
zastępca dyrektora
koleżanka Ania
wycieruch domowy

Czas akcji:
8.00

Miejsce akcji:
pokój wycierucha

zastępca dyrektora (wpada gwałtownie, jak zwykle): Pyszną macie tę kawę, pyszną!
wycieruch (jako żywo siedzi nad herbatą): Jaką kawę?
koleżanka Ania (jako żywo siedzi nad niczym): No jaką?
zastępca dyrektora: No tę, co mi Aniu zrobiłaś, taką pyszną. W zeszłym tygodniu.
wycieruch: … (milczy wymownie)
koleżanka Ania: … (milczy panicznie)
zastępca dyrektora: … (trwa w oczekiwaniu na zaproszenie)
koleżanka Ania (trzeba jej wybaczyć, młoda jest i miętka, więc nie wytrzymuje presji): To co, zrobić tę kawę?
zastępca dyrektora (radośnie): Zrób!!!
wycieruch: … (marzy o puszczeniu bąka)

Pracuje się

Donoszę uprzejmie, że jestem w pracy od godziny po dwutygodniowym urlopie, a on* się mnie już pyta, co on* ma zrobić.
Ciekawe, jak se, kurde, radził przez dwa tygodnie.
Aż się boję, co znajdę w papierach.

* kierownik własny

Poranek, dzień pierwszy

Donoszę uprzejmie, że jestem, kurde, w pracy.

BÓL!

24 lutego 2007

Najnowsze badania

Donoszę uprzejmie, że Lechowi Kaczyńskiemu wykonano badania krwi.
Wyniki bezsprzecznie wykazały, że nie jest on ojcem narodu.

Prawda, że śliczne???

Miłość niejedno ma imię

Osoby:
Szef Stadła
wycieruch domowy
za kierownicą

Czas akcji:
ok. 18.00 (w oczekiwaniu na przybycie Potomstwa)

Miejsce akcji:
samochód płci żeńskiej

wycieruch (radośnie): Spójrz, kochanie, to ja – twój skarb. Cieszysz się, że tu jestem?
Szef Stadła (milczy dłuższą chwilę, a ponaglony surowym spojrzeniem odpowiada pospiesznie): Ta, jasne, bardzo. Gdybym się nie cieszył, jak wróciłbym do domu???

Wiosna idzie???

Donoszę uprzejmie, że koty uważają, że jeszcze nie idzie.
No i postanowiły przespać okres oczekiwania.

Photobucket - Video and Image Hosting

Photobucket - Video and Image Hosting

Photobucket - Video and Image Hosting

ZZZ, czyli zabawne zdarzenia znajomych

Donoszę uprzejmie, że J. posiada pewnego znajomego.
Znajomy posiada praktykę lekarską oraz drobną paranoję.
J. opowiada:
Pewnego razu do doktora K. przyszła żona pacjenta. Rozmowa w gabinecie była krótka i burzliwa. Po wyjściu pani doktor K. wychylił się z gabinetu, rozejrzał trwożnie i scenicznym szeptem oświadczył:
- Tej kobiety już nie wpuszczamy!
- Dlaczego? – zapytała J.
- Proponowała mi łapówkę!!!
- I co, wziąłeś?
- No coś ty! Miała koszyk!!! (w ramach torebki – przyp. autorki)
- Nie rozumiem związku…
- Na pewno miała w nim dyktafon!!!

Niektózy są wyjątkowo dojrzali…

Osoby:
Szef Stadła
wycieruch domowy

Miejsce akcji:
duży pokój

Czas akcji:
godziny poranne

Szef Stadła trwa w skupieniu na fotelu przed wyjściem na egzamin.
wycieruch: Denerwujesz się?
Szef Stadła (nieprzytomnie): Tak.
wycieruch: Nie denerwuj się, jesteś przygotowany, świetnie ci pójdzie.
Szef Stadła (przytomniejąc): Ja się nie denerwuję egzaminem. Już z tego wyrosłem. Mnie denerwuje, że ja w ogóle muszę zdawać egzaminy z takich głupot!

23 lutego 2007

Chwila na reklamę

Donoszę uprzejmie, że to, co zamieszczam poniżej, to jest pierwsza strona najnowszej powieści Andrzeja Sapkowskiego „Lux perpetua”.
Jak czytam tak zredagowany tekst, dochodzę do wniosku, że nie miał racji były premier Miller głosząc, że mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy.
No i po raz kolejny upieram się, że dobra książka wciąga nie od pięćdziesiątej, ale od pierwszej stronicy.

Voila!

Photobucket - Video and Image Hosting

Wnioski

Donoszę uprzejmie, że jak patrzę na moje pięknie zrobione ręce i pomalowane paznokcie, dochodzę do wniosku, że mogłabym nie pracować.

Nowe technologie

Osoby:
Szef Stadła
wycieruch domowy

Miejsce akcji:
duży pokój

Czas akcji:
wczesne godziny popołudniowe

Szef Stadła rozwalony na kanapie siorbie z kubka z miną zadowoloną.
wycieruch: Nie siorb, błagam!
Szef Stadła (siorbiąc wyjątkowo rozgłośnie): Nie rozumiesz… To jest taka nowoczesna technika. Jak ja tak siorbię, to sobie chłodzę herbatkę i się nie poparzę!

Ręce opadają.

22 lutego 2007

Urzędnicze waterloo

Donoszę uprzejmie, że nastałyśmy się dziś z Potomstwem w kolejkach po urzędach, aż miło.
Najpierw był Urząd Stanu Cywilnego. Organizacja pracy w tym miejscu jest zdumiewająca. Kasa znajduje się zaledwie pięć przecznic dalej. To fascynujące, zwłaszcza kiedy leje. Nie ma żadnych informacji za co i ile trzeba zapłacić, każdy więc jest skazany na odstanie w trzech kolejkach: z podaniem do rozpatrzenia, następnie bieg w deszczu przez pięć przecznic, w kolejce do kasy, sprint powrotny, ponownie w kolejce z tym samym podaniem oraz kwitkiem, że się zapłaciło. No chyba, że ktoś jest farciarzem (patrz: autorka) i dostaje świstek bez opłaty.
Wtedy stoi tylko w jednej kolejce.
Godzinę.
Potomstwo szlag trafił.
Następnie z posiadanym już odpisem udałyśmy się do Urzędu Miasta, w którym stoi się w tylu kolejkach, w ilu kto chce. Ja stałam w dwóch i dobiegałam do jednego pokoju piętro wyżej, bo pani urzędniczka nie mogła wybrać wewnętrznego, gdyż to się, jak sądzę, nie mieści w kanonie jej obowiązków. Poza tym jestem diablo sprytna i, jak wspominałam, zabrałam ze sobą wsparcie w postaci Potomstwa, które kolejkowało do jednego okienka w czasie, gdy ja kolejkowałam do drugiego. Tym arcysprytnym rozwiązaniem wzbudziłam podziw i zazdrość współcierpiących. Potomstwa nikt nie wypchnął. No i zawarłyśmy kilka miłych nowych znajomości. Człowiek po prostu już zapomniał, jak to drzewiej bywało.
W Urzędzie Miasta spędziłyśmy kolejne półtorej godziny.
Było bosko.
Kobietom z małymi dziećmi, starcom i niepełnosprawnym WSPÓŁCZUJEMY!!!

I już za miesiąc z hakiem będę szczęśliwą posiadaczką nowego dowodu osobistego oraz paszportu, z którym natychmiast (tzn. w ciągu najbliższych miesięcy) udam się na urlop zagraniczny, gdzie z poziomu baru przy basenie będę współczuć biednym petentom.
Ogólnie jednak muszę przyznać, że w większości wypadków urzędnicy mocno wygrzecznieli.
Ale oczywiści mentalność ta sama, co zawsze.

21 lutego 2007

Żonglerka nieznanym

Donoszę uprzejmie, że przypomniała mi się anegdotka, opowiedziana onegdaj przez moją koleżankę lekarkę, a dotycząca lektoratu łacińskiego na studiach medycznych. Otóż, jak wiadomo, studentom różnych kierunków zwykle się wydaje, że są niebywale dowcipni. Ba! Sądzą oni, że w poczuciu humoru nikt im pola nie dotrzyma. Tak było też w grupie młodych medyków, z E. na czele. Pani prowadząca lektorat łaciński, drętwa ponoć i pozbawiona poczucia humoru osoba, niedoceniana przez studentów, prócz wiedzy typowo specjalistycznej, miała również zwyczaj wpajać braci studenckiej coś, co roboczo nazwać możemy paremiami, poszerzając tym samym horyzonty medyczne.
Dowcipni studenci, rozochoceni podejściem renesansowym, przygotowali na jedne z zajęć niespodziankę dla lektorki, przed jej przyjściem wypisując na tablicy wołami:

NON EST LINGUA LATINA SINE PENIS ET VAGINA*,

z czego naturalnie byli niezwykle dumni. Oczekiwali bowiem świętego oburzenia treścią przekazu. Pani lektorka weszła do sali, rzuciła okiem na tablicę i spytała:
- Kto to napisał?
Odpowiedziało jej, że się tak wyrażę, chóralne milczenie.
Pani głową pokiwała i podsumowała:
- U mnie, kretyni, wszyscy macie dziś niedostateczne. Tyle czasu wam poświęcam, a wy nadal nie wiecie, że rzeczowniki łacińskie podlegają deklinacji!
Po czym podeszła do tablicy i napisała:

NON EST LINGUA LATINA SINE PENEM ET VAGINAM**.

Na podstawie tej arcyzabawnej historyjki o tym, jak to się studenci mogą przeliczyć, przyszedł mi do głowy pewien wniosek uogólniony, dotyczący nagminnego używania słów organicznie obcych osobom wypluwającym przekaz. Nadmieniam od razu, że nie będę powtarzała, że nie należy używać słów, których się nie rozumie, na ten temat bowiem, jak sądzę, powiedziano już wszystko. Chodzi mi raczej o modę lub snobowanie się na używanie słów trudnych, makaronizmów, mających w dodatku odpowiednik mocniej zakorzeniony w polszczyźnie. Dwa takie słowa nasuwają mi się natychmiast. Są to: ambiwalentny i konsensus. Powiem wprost: jak słyszę, że jakiś burak osiągnął konsensus, to po prostu natychmiast mam ochotę przystrzelić mu puentą z pewnego dowcipu:
„Pan nie jesteś żaden gej, tylko zwykły, stary pedał!!!”.
Weszło mi już w nawyk uparte używanie konstrukcji polskich w rozmowach z burakami, którzy z ulubieniem używają konsensusu i ambiwalencji. Oni osiągają konsensus – ja, w końcu wykształcona w tym kierunku – zawsze dochodzę do porozumienia. Oni mają uczucia ambiwalentne, ja – zawsze mieszane. Uparcie trwam na swojej z góry upatrzonej pozycji i osłabiam czujność przeciwnika. Nie robię tego, naturalnie, wyłącznie z miłości do mowy ojczystej. Robię to z podłości charakteru i wyczekuję okazji. A kiedy czujność słabnie… huzia! Z interlokutorem, paralelnym, metaforycznym, empiryzmem, koloraturą, figuratywnym, tremem, a ja się kto szczególnie zasłuży, to „navigare necesse est”! Trzeba bowiem podkreślić, że zasób słów „pseudointelektualnych” u buraków jest niezwykle ubogi i często na trzech do pięciu się kończy. Umiejętnie dobrane słownictwo zwyczajnie rozkłada rozmówcę na łopatki.
Czy tylko mnie się wydaje, że buraki dostrzegły sposób na wykazywanie się intelektem, który nie istnieje? Wiedzą, której się nie posiadło? Szkołami, których nie ukończyło?
Nie, nie, ja nie jestem przeciwniczka konsensusu – bynajmniej!
Mnie po prostu cierpnie skóra, kiedy słyszę to słowo, wyłaniające się z ust osoby, o której wiem na pewno, że jest jej obce zupełnie! Po co, ludzie? PO CO??? Nie da się sensownie wyrazić swoich myśli bez używania makaronizmów?

A może po prostu trzeba mieć coś sensownego do powiedzenia?!

PS Wiem, zła kobieta ze mnie. Zabawiam się cudzym kosztem. Fuj! Ale po prostu nie mogę się oprzeć. Nie znoszę tego, działa mi to na nerwy równie mocno jak nowomowny bełkot, z którego nic nie wynika.

Howgh!

* Nie ma języka łacińskiego bez penisa i waginy.
** To samo, tylko poprawne gramatycznie. Ponieważ nie mam zdania co do konstrukcji z „sine”, przyjmuję na wiarę, że łączy się ona z accusativem.

20 lutego 2007

Wada wzroku

Donoszę uprzejmie, że wada wzroku, którą posiadam, jeśli w ogóle można to nazwać wadą, polega na zaniku widzenia poczynając od centrum obrazu.
Zalety:
nie ślepnie się całkowicie, po brzegach zawsze zostaje jakieś aktywne pole widzenia.
Wniosek Polyanny:
trafię do domu, zezując na okoliczne budynki.
Jestem kompletnie stuknięta.

Na okoliczność okoliczności zaczęłam zakupywać serię płyt dołączanych do Wyborczej, z nagraniami interesujących pozycji książkowych czytanych przez interesujące osobowości aktorskie.
Oraz… przywiozłam od przyjaciółki „Szatańskie wersety”. Nie ma to jak lekka lektura do snu.
Przywiozłam też sobie najnowszego Sapkowskiego, a z obecnie studiowanej lektury zostało mi ok. 700 stron w tomie pierwszym i ponad 800 w drugim.
Wniosek? Na jakiś czas mam zajęcie :o)

Abstrahuję od służbowego gniota, który zalega w kuchni.
I ja go lekceważę.

Nic specjalnego nie mam do doniesienia

Nic specjalnego nie mam do powiedzenia.
Bo i o czym tu gadać?
Że kolejna wizyta w klinice okulistycznej się zbliża i trochę mam cykora, bo nie zauważam poprawy?
Że mój były mąż znów nie zapłacił alimentów, choć wiem, że ma pieniądze, tylko przepuszcza, zamiast dać na gimnastykę korekcyjną, angielski itp. (teraz, jak Potomstwo nie zna adresu bloga, to ja sobie pewnie trochę popluję tutaj na temat byłego małżonka! HA!)?
Że znowu pojęcia nie mam, co kupić Protoplaście na urodziny, bo on jest trudny, cholerajasnano?
Że od jutra Szef mnie uziemi zabierając mi pojazd płci żeńskiej, bo ja mieszkam na zadupiu i nie umiem się poruszać środkami zwanymi powszechnie Środkami Masowej Zagłady?
Że wciąż mi forsy brakuje?
Że coś dziś nie w sosie jestem?

No nie jestem.
Kot mnie znowu obudził, bo uznał, że już się wyspałam.
Siedzę sobie przy biurku na górze i nogi mi zmarzły, bo nie założyłam skarpetek.
Książka, którą aktualnie czytam ma ponad 800 stron i format prawie A 4 i jest nieporęczna!!!
Nie chce mi się wystawiać aukcji na allegro, a powinnam, bo każdy grosz się przyda.
Błe.

PS Jeszcze nie zrobiłam porządku w księgozbiorze, ale wczoraj posprzątałam jedną szafę i wywaliłam górę zupełnie niepotrzebnego chłamu. Niewyobrażalną górę. Teraz mam dużo wolnego miejsca i satysfakcję. Jak poukładam książki, będę miała jeszcze większą. Okien nie myję, mam to gdzieś!

18 lutego 2007

Na fali

Donoszę uprzejmie, że najmniejszym członkiem naszej rodziny (oprócz roztoczy, oczywiście) jest Tusieńka, dla ułatwienia zwana Chudą Nóżką. Tusieńka jest elementem w naszym domu uciskanym przez wszystkich, nawet przez tych, co uciskać nie chcą, ponieważ boi się absolutnie każdego, a co za tym idzie – wciąż przemyka się pod ścianami. Dziś jednak Tusiaczek nas zaskoczył:
- po pierwsze primo był pierwszy przy kiełbasce, która spadła Szefowi z talerza,
- po drugie primo nie dał jej sobie odebrać ryżemu grubasowi,
- po trzecie primo, niesiony falą sukcesu, zaczął się odważnie przechadzać po chałupie oraz wąchnął sobie Karola.
W nagrodę został wąchnięty przez wąchniętego w plecy. I tu zaskoczenie! Zamiast się skulić i zwiać, Tusiaczek zrobił rundkę, wrócił i wąchnął Karola jeszcze raz. W nagrodę ryży objął Tusiaczka serdecznie wielkim łapskiem z zamiarem zeszmacenia go okrutnie. I tu Tusieńka swoją reakcją wbiła nas w podłogę.

Ona dała mu w mordę!!!

No to jestem

Oto moja finalna notka z poprzedniego bloga:

„Donoszę uprzejmie, że donoszę ostatni raz. Z powodu nieodpowiedzialności mojej córki.
Wszystkich bardzo, naprawdę bardzo przepraszam.
Było sobie doświadczenie, ale się nie udało.
Może kiedy indziej.

Papa.”

Donoszę uprzejmie, że odczułam pustkę. Pustka była przeogromna, więc wytrzymałam jej ciśnienie ok. 24 godzin. No i się przeniosłam.
Okazało się, że blogowanie nauczyło mnie fajnej rzeczy: systematyczności.
Odczuwam wobec Was, milczące czytelniczki (milczący czytelnicy?), jakoweś zobowiązanie. Ale to dobrze, zawsze wszystko robiłam w ostatniej chwili. Całe życie uczyłam się zrywami, dlatego tak podziwiam Szefa Stadła, który samodzielnie zdobywa wiedzę, wykorzystując do tego swój czas wolny.
Na Potomstwo się wnerwiłam, ale też wyniosłam z tego naukę – widać dziecina nie dojrzała jeszcze do zrozumienia pewnych kwestii (jakbym chciała wygłaszać jakieś opinie i brać za to w tyłek, założyłabym bloga: Iksińska bloguje). Niech wobec tego dojrzewa w cichości swojej dziupli. Adres obecny, póki co, pozostanie dla niej nieznany.
A ja jakoś nie umiem do szuflady – nigdy nie pisałam pamiętnika, więc potomni nie będą się cieszyli jak barany!

Więc:

Żegnamy stare, witamy nowe!

Dosięgły mnie wątpliwości 17.02.2007

Donoszę uprzejmie, że i mnie dotknęła wątpliwość związana z usuwaniem komentarzy.
Usuwać?
Nie usuwać?
Potargować zawsze się warto.

Tymczasem wygląda na to, że kartę bezprzewodową szlag trafił. Wsparcie ze strony Szefa jest OGROMNE. Na moje wielominutowe rzucanie mięsem w stylu dowolnym, leniwie odpowiada z dołu:
- Może karta jest uszkodzona…
Poczułam się jak w tym dowcipie o niedorozwiniętych:
Jedzie wycieczka świrów autobusem. Nagle coś strzeliło, buchnęło i autobus stanął. Kierowca drapie się w głowę, ale co ma robić? Wypuszcza świrów na łąkę i rozpoczyna dłubanie w silniku. W dłubaniu wytrwale asystuje mu jeden z pensjonariuszy oddziału specjalnego. Mija pół godziny, godzina i nic. W pewnym momencie obserwator odzywa się, kiwając się na piętach:
- A ja wiem, co się zepsuło!
Kierowca czoło zmarszczył i odpowiada:
- Idź się pobaw z kolegami i nie przeszkadzaj!
Sytuacja powtarza się z siedem razy.
W końcu pensjonariusz z uporem maniaka powtarza:
- A ja wiem, co się zepsuło!
i osiąga efekt.
- No co, no co, do cholery!!!
- Autobus!

No więc prawdopodobnie zepsuła się karta sieciowa i w dodatku mamy to potwierdzone przez świra na dole, co to nawet się nie pofatygował, żeby obejrzeć!!!

Łamigłówka matematyczna 16.02.2007

Drodzy uczniowie!

Dziś rozwiążemy banalne zadanie z rachunku prawdopodobieństwa.
Dane:
ma do mnie zadzwonić osoba, która poda mi przez telefon ciąg 24 różnych znaków, których – ponieważ nie jestem Robocopem – nie mogę zapamiętać, ergo: muszę go zapisać. Na zadzwonienie do mnie osoba ta ma 24 godziny. Z tych 24 godzin przez 23 godziny i 50 minut jestem dostępna, mam pod ręką kartkę i długopis. Przez 10 minut w ciągu doby lekkomyślnie postanawiam skorzystać z solarium.
Pytanie:
jakie jest prawdopodobieństwo, że ww. osoba zadzwoni do mnie właśnie w ciągu tych 10 minut???

Drodzy uczniowie! Odłóżcie kalkulatorki – odpowiem od ręki. Otóż absolutnie i niepodważalnie: prawdopodobieństwo to wynosi 100%!!!!!

Ale nie ze mną te numery, Brunner! Ja znam prawo Murphy’ego! Ja się kładę na łóżko w takiej sytuacji z telefonem, kartką i długopisem! I co? I BINGO!!!

Nie będzie Murphy pluł nam w twarz!!!

Życie pisze najlepsze scenariusze 15.02.2007

Połowa lutego.
Jakieś 3 stopnie powyżej zera.
Leje.
Ciemno.
22.30

J. pisze:
Ratuj życie, proszę, podziel się fajkami,
stoję jak sirota pod twymi oknami.

Wyglądam. Faktycznie stoi.
W gustownym błękitnym szlafroczku i bamboszkach idealnie dobranych kolorystycznie.
Z kwiatuszkami.

Oddałabym jej, nawet jakbym miała ostatniego…

Dyskusje Stadelne 15.02.2007

Osoby:
Szef Stadła
wycieruch domowy

Czas akcji:
19.30

Miejsce akcji:
kanapa i fotel

wycieruch (z wyrzutem): Kochanie, ostatnio odnoszę wrażenie, że twoje uczucia do mnie przeszły w fazę letnich!
Szef:… (wzdycha)
wycieruch (z emfazą): A ja cię tak kocham! Kocham cię pomimo oziębłości!
Szef (przebiegle wykorzystując niedopowiedzenie): No widzisz, jak ja mam ciężko? Ja znoszę, że ty jesteś oziębła!!!

Spory 15.02.2007

Donoszę uprzejmie, że w siedzibie Stadła dochodzi czasami do wymiany zdań. I bynajmniej nie dotyczy ona Stadelnej codzienności. Spieramy się gorąco, uparcie i szczerze na tematy ogólnoludzkie, ogólnoświatowe i ponadwymiarowe. Czasami dyskusja tak się nakręca, że niewiele trzeba, by doszło do rękoczynów! Dziś zarzewiem konfliktu stał się program „Biblia Enigma”, wyświetlany na Discovery Historia. Twórcy programu pewnie nie zdają sobie sprawy, do czego może doprowadzić, interesująca skądinąd, potrzeba historycznego uzasadnienia wydarzeń biblijnych.

Awantura była solidna.
Lubię to.
Nie awantury, oczywiście, tylko poziom dyskusji!

:o)

Szef się troszczy 14.02.2007

Osoby:
Szef Stadła
wycieruch domowy

Czas akcji:
16.30

Miejsce akcji:
kuchnia

Szef (tonem nieznoszącym sprzeciwu): Czy pani doktór to ci nie mówiła, żebyś rzuciła palenie?
wycieruch (wydmuchując dymek): Zawsze mi to mówi, bo sama nie pali. Szczęście, że wygląda, jak wygląda, więc nigdy mi nie mówi, że powinnam rzucić jedzenie…

Refleksyjnie 14.02.2007

Przepraszam uprzejmie, czy ktoś uważa, że fakt opisania pobieranych przeze mnie leków alfabetem Braille’a może rokować w procesie leczenia?

A w klinice też dyskusje 14.02.2007

Osoby:
moja miła pani doktor
wycieruch domowy

Czas akcji:
ok. południa

Miejsce akcji:
klinika okulistyczna

pani doktor: Słuchaj, wysłałam twoją matkę na badania, bo muszę ci to powiedzieć.
wycieruch domowy: Słucham z uwagą.
pani doktor: Ty sobie, dziecko, nie lekceważ. Sprawa jest bardzo poważna.
wycieruch domowy: Ogłuchłam.
pani doktor: Przyjdź do mnie za tydzień, bierz te wszystkie leki, a jakby się gwałtownie pogorszyło – to dzwoń. Ja może padnę do tego czasu, ale – jak wiesz – mój syn odbierze. I on mnie zmusi, żebym wstała.
wycieruch domowy: Co mnie tu pani straszy???!!! Jak mnie raz Halina (przyjaciółka pani doktor, też okulistka – przyp. autorki) postraszyła, że jestem zezowata, to teraz się do niej odzywam tylko w święta. Boże Narodzenie już było. Następne „dzień dobry” w Wielkanoc.
pani doktor (chichocząc): Ale ty wcale nie jesteś zezowata!
wycieruch domowy: No właśnie! Dlatego ostrzegam!

Jestem krewka 14.02.2007

Donoszę uprzejmie, że wstanę, rozhuśtam rękę i walnę w szczękę prezesa wspólnoty mieszkaniowej, jeśli choć jeden raz jeszcze będę musiała wykąpać się w zimnej wodzie.
Na prezesa niniejszym wydaję wyrok: nie ma szans na absolutorium za rok ubiegły, chyba, że mi kaktus wyrośnie na zakraplanym oku!

I po moim trupie!!!

Aktualizacja bloga 14.02.2007

Donoszę uprzejmie, że bardzo przepraszam, ale tak mnie wciągnęły czynności związane z wypoczynkiem, że nie miałam siły nic pisać. Mam nadzieję, że zaraz uda mi się to nadrobić.

A więc – piątek.
W piątek, jak wiadomo, odbywała się babska imprezka. Aż dziw bierze, ile przeszkód może napotkać na swej drodze jedna miła kobieta, która chce się urwać ze smyczy.

Wróciłam o 3.30.

Sobota.
Było naprawdę ciężko wstać, a o 10.00 miałam służbowe wyjście na turniej piłki halowej – mimo że nie jestem piłkarzem, piłkarzem halowym, a już na pewno nie piłką!
I niebywale trudno jest wytłumaczyć różnym oficjelom, dlaczego się człowiekowi głowa kiwa.
Później postanowiłam wreszcie zameldować władzy wcalenieludowej, że ktoś mi ani chybi buchnął cały secik z dokumentacją.

Wróciłam o 17.00.

Niedziela.
Dogorywanie z powodu przegrzania organizmu. O 17.00 przyszła moja koleżanka i w drzwiach oznajmiła, że skasowała sobie mózg, a musi skończyć doktorat. Po czym spojrzała na mnie wzrokiem spaniela.
No cóż… zawsze to jakieś wyzwanie – doktoratu na medycynie jeszcze nie pisałam.
Wbrew przewidywaniom gimnastyka umysłowa dobrze mi zrobiła. Piwo też. Ciekawe co powiedzą recenzenci.

Poniedziałek.
Udałyśmy się z Potomstwem na wędrówkę po urzędach w celu odtworzenia dokumentacji pojazdowej. Kiedy już przeszłam kryzys i załamanie nerwowe… Potomstwo znalazło dokumenty. Niepoznawalne są ścieżki Pana!!!
Teraz tylko ponowna wizyta na policji, żeby to wszystko odkręcić.
Da się odkręcić. I to w zaledwie półtorej godziny…

Wtorek.
Celem dnia stało się nabycie walentynek oraz prezentu urodzinowego dla koleżanki (tej od doktoratu). Oraz szewc. Oraz zakup chleba. Oraz zdjęcie simlocka z telefonu. Udało się jedynie pierwsze, ponieważ szewc, operator komórkowy i chleb pożądany, znajdują się w ścisłym centrum miasta wojewódzkiego, gdzie ni cholery nie da się zaparkować. Poddałyśmy się.

Środa.
Wizyta w klinice okulistycznej.
I umówmy się, że nikt nie będzie mnie straszył!!! Bo ja twarda jestem i jakby mi oko wypadło, to się schylę (co mi tam!), podniosę i wsadzę na miejsce! SE!
PS Czy ktoś widział, jak się robi zastrzyk w twarz tuż pod gałką oczną??? Nie??? To niech się cieszy. Obrzydlistwo!!!
I w dodatku muszę sobie zakraplać oko 8 (słownie: osiem!) razy dziennie. I jeszcze do tego różnymi lekami. I niby mam to zapamiętać: co już było, co nie było, co teraz i te de.

Jak widać wypoczywam na maksa.
Jutro sobie posprzątam w szafie.

No chyba, że jakiś kataklizm nastąpi…

Zajętość 09.02.2007

Donoszę uprzejmie, że mam czas do 18.30 aby:
- kupić coś na obiad,
- kupić dużo papierosków,
- kupić kuponik na 11 milionów,
- wyciągnąć forsę ze ściany,
- zrobić obiad,
- machnąć sobie paznokcie,
- wykąpać się,
- ubrać się jak człowiek,
- namalować sobie urodę.
Potem mam pół godziny na przemieszczenie się do punktu docelowego.

A za 8 minut… URLOP!!!

Spinacze 09.02.2007

Czy ktoś mógłby mi wyjaśnić, do cholery, jak to jest, że pudełko ze zszywkami zawsze otwiera się tak, że wszystkie zszywki wypadają na podłogę? HĘ???

Jest coraz mniej śmiesznie, naprawdę 09.02.2007

Donoszę uprzejmie, że sprawa, o której powiadomiła mnie wczoraj dyrekcja, zatacza coraz szersze kręgi. Dziś na przykład dyrekcja postanowiła wykończyć sekretarkę pod pretekstem zagubienia dokumentacji. Ponieważ sama przez kilka lat byłam sekretarką i śmiało mogę powiedzieć, że znam tę podłą robotę, jak mało kto, natychmiast uruchomiła mi się procedura ochronna. Zwyczajnie nie wierzę, że dziewczyna zrobiła cokolwiek umyślnie, znam ją przecież. Najprawdopodobniej winny jest ktoś zupełnie inny, wszystko się wyjaśni, ale dopiero za pół roku i wtedy już będzie pozamiatane, bo jej przecież nikt nie przeprosi. Przerabiałam w życiu różne rzeczy i naprawdę wiem, że z takiej sytuacji nie ma wyjścia.
Bo jak są dwa zdania przeciwne: dyrektora i sekretarki, to kto ma rację, Proszę Szanownych Państwa? No kto?
Na okoliczność procedury ochronnej natychmiast udałam się:
- do działu, któremu dokumenty zaginęły, a tam na kolanach wraz z koleżanką z rzeczonego działu przeryłyśmy cały pokój jej kierownika celem znalezienia porzuconej dokumentacji,
- po informację, CO tak naprawdę zginęło i dowiedziałam się, że nie ma problemu, bo to można odtworzyć jednym pierdnięciem w klawiaturę,
- do osoby, która może sekretarce jakieś plecy dać, żeby się na dziewczynie świat nie zemścił,
- do własnego kierownika, żeby go pouczyć, w jaki sposób ma sprawę przedstawić dyrekcji (czytaj: zbagatelizować), żeby się odtentegesowała.
Muszę już bezwzględnie na ten urlop.

Wszystkich życzliwych uprasza się o trzymanie kciuków i chuchanie w zgrabiałe dłonie, bo szkoda dziewczyny.

Miszyn imposibl 09.02.2007

Donoszę uprzejmie, że jeśli ktokolwiek miał jeszcze jakieś wątpliwości co do poziomu umysłowego Stadła, powinien był nas odwiedzić wczoraj wieczorem. Tak się jakoś złożyło, że z pracy wracaliśmy wszyscy razem, więc komuś się przypomniało, że niestety nie mamy w domu ani gramika żarcia dla kotów. A to przy trzech kotach zaczyna być problemem. Następnie komuś się przypomniało, że nie mamy ani gramika żwirku do kuwet. A to przy trzech kotach zaczyna być problemem! Następnie komuś się przypomniało, że nikt nie zaplanował obiadu, co przy trzech normalnych osobach zaczyna być problemem. No to postanowiliśmy zjeść na mieście. Znaczy Szef postanowił, przewiózł nas, a potem zapytał podstępnie: „Masz jakąś gotówkę???”. Śmieszne, nieprawdaż. Szef, jak już się najadł, to mu się przypomniało, że jesteśmy koło wypożyczalni i fajnie by było sobie obejrzeć „Miszynimposibl3″, bo jeszcze nie widzieliśmy, a podobno to jest najlepsza część. Ja tam zgodna jestem. No to wypożyczyliśmy miszyn, choć ja jestem zdecydowanie przeciwna korzystaniu z tej wypożyczalni, bo na piętrze nad nią jest burdel. Znaczy – agencja towarzyska. Wobec powyższego czy ja mogę mieć jakąś pewność, że jak Szef skoczy oddać filmy, to on nie trwoni majątku Stadła? Nie mogę! Ale do rzeczy. Pożyczyliśmy ten film, obejrzeliśmy go (przereklamowany) i wtedy się zaczęło. Jako że była już 22.00, to włączyła nam się głupawka. Jako że miszyn ma charakterystyczną nutę przewodnią, zaczęliśmy wymyślać różne bzdurne sytuacje z różnymi osobami w roli głównej (np. Tuśka jest wdzięcznym obiektem) i na gorąco tworzyliśmy o tych sytuacjach piosenki na melodię miszyn. Matko, od tego się potem nie można uwolnić!!!
Jak już sobie popłakaliśmy ze śmiechu, oboje równocześnie wpadliśmy na pomysł, żeby się wykąpać. To wytwarza napięcie, ponieważ mamy bieżącą ciepłą wodę, a co za tym idzie – nie mamy ciepłej wody. To znaczy miewamy – zwykle na jedną szybką kąpiel. A dwoje chętnych w tym samym momencie… Walka była niezwykle intensywna. Zaczęło się od startu zawodników, którego nie powstydziłyby się mistrzostwa świata w sprincie. Ponieważ odcinek był krótki, dotarliśmy do mety w tym samym momencie. Problemem stało się to, kto pierwszy przejdzie przez drzwi – ten bowiem stawał się zwycięzcą. Wszystkie chwyty nagle stały się dozwolone. Przepychaliśmy się, deptaliśmy sobie po palcach, wkładaliśmy palce do oczu, odciągaliśmy się za włosy, Szef założył mi profesjonalny chwyt unieruchamiający, ale mam w tym doświadczenie! Jednym płynnym ruchem spowodowałam wyskoczenie barku ze stawu i tak uszczuplona wywinęłam się sprawnie. Smak zwycięstwa był słodki, gdy zamykałam drzwi na zamek od środka!!!*
A potem się okazało, że wyjątkowo wody wystarczyło na dwie kąpiele. Z myciem włosów!

* Tak naprawdę, to w takich sytuacjach Szef po prostu biegnie trochę wolniej, żebym mogła zdążyć pierwsza ;o)

Dyskusje z Archiwum X 08.02.2007

Osoby:
zastępca dyrektora
wycieruch domowy

Czas akcji:
12.00

Miejsce akcji:
pokój wycierucha

zastepca dyrektora (otwiera gwałtownie drzwi, jak to on): Wyjeżdżam! Nie będzie mnie do końca tygodnia! Na pewno się cieszysz!!!
wycieruch: … (milczy, bo aż szkoda burzyć nastrój chwili)

W życiu jest bardzo dziwnie 08.02.2007

Donoszę uprzejmie, że dyrekcja zawołała mnie dziś na rozmówkę do gabineciku* i sprzedała mi takiego newsa, że mnie zatkało. Wszystkie osoby, które znają mnie osobiście wiedzą, że sporo trzeba, żebym się zaczopowała. Odczułam ogromna przykrość i jakąś taką pretensję, właściwie nie wiadomo do kogo.
Masa pytań bez odpowiedzi.

Tymczasem na komunikatorze…

Osoby:
dyrektorka jednej z podległych jednostek
wycieruch domowy

Czas akcji:
13.45

Miejsce akcji:
komunikator służbowy

wycieruch (sprzedając dyrektorce niusa w tajemnicy): Powinni mnie wyrzucić, co? Nagminnie łamię zakazy dyrekcji dotyczące poufności.
dyrektorka: O wyrzucaniu nie ma mowy, z kim bym spiskowała?

Damskie się roziwja 08.02.2007

Donoszę uprzejmie, że miejsca zarezerwowane, szpilki wyglansowane, perfumy przygotowane ;o)

Let’s dance!

Damskie 08.02.2007

Donoszę uprzejmie, że jestem głosicielką teorii, że dla higieny psychicznej kobiety od czasu do czasu muszą umawiać się z innymi kobietami.
Spotkania te organizuję zawsze ja, bo wszystkie baby są tragiczne i żadnej się nie chce. Życie pomiędzy pracą a domem jak widać – upadla.
Pomysł z terminem wynikł wczoraj nad piwem. Błogosławione niech będą telefony Nokia za opcję „rozsyłaj do wielu”! Nie mogę powiedzieć, chyba siadło z terminem, zawsze uważałam, że nie wolno dawać zbyt wiele czasu do namysłu i pytać, kiedy komu co pasuje. Umiejętnie narzuciłam miłym paniom swoją wolę. Teraz czekam na godz. 10.00, zaopatrzona w serwetkę firmową jednej z najmodniejszych ponoć knajp w mieście, z numerem telefonu i menu (oryginalny pomysł). Babski wieczór już jutro – a wiadomo, jakie są piątkowe wieczory.

Najgorsze, że wczoraj podczas wykonywania czynności organizacyjnych strasznie się skatowałam i dziś jestem nieco słaba*. Zbieram sie powoli i zamierzam silnie się dziś oszczędzać.

* kac gigant

Diabeł i ten jego wstrętny ogon 07.02.2007

Donoszę uprzejmie, że wróciłam nabuzowana do domu i przetrząsnęłam wszystkie kąty. Następnie wytrzepałam wszystkie torebki. Potem przeszukałam wszystkie kieszenie oraz przepuściłam przez maglownicę Szefa, który również uczciwie przeszukał, co się dało. Na koniec podniosłam mikrofalówkę.

Zniknęły bez śladu.

Nie mam:
prawa jazdy,
dowodu rejestracyjnego,
ubezpieczenia OC,
kontaktu na warsztat od kompresji,
numeru telefonu do serwisu forda.

Mam:
kartę pojazdu (na szczęście!),
decyzję o przyznaniu tablic (jw.),
ból żołądka,
rozgoryczenie,
wściekłość na stracony w przyszłym tygodniu czas i stracone środki.

W trakcie pisania tej notki zaskoczyłam, kiedy widziałam ostatnio dokumenty. Niestety, nic to nie wniosło.
Czuję się jak balonik ze spuszczonym powietrzem.

Nonsens 07.02.2007

Donoszę uprzejmie, że wyjeżdżając z pracy przejechałam obok pewnej turystki. Od pasa w górę wyglądała normalnie: kurtka, jakiś szalik, na ramionach wielki, wypchany plecak zwieńczony karimatką.
Ale od pasa w dół…

Od pasa w dół występowała ekstremalnie krótka i wąska mini oraz czarne, skórzane kozaki na 10-centymetrowej szpilce. No, najmniej na 8-centymetrowej.

Bardzo wszystkich przepraszam, ale ja, zdaje się, czegoś nie rozumiem.

Dyskusje z Archiwum X 07.02.2007

Osoby:
sam jego wysokość dyrektor
wycieruch domowy

Czas akcji:
14.20

Miejsce akcji:
pokój wycierucha

wycieruch: Panie dyrektorze, był tu pański zastępca. Chce urządzić ogólnopolską naradę. Z tańcami.
dyrektor (z przekąsem): No proszę, proszę. Nie wiedziałem, że taki z niego tancerz!
wycieruch: Termin nam koliduje.
dyrektor: Z czym?
wycieruch: Z postem.
dyrektor (z przekąsem): No proszę, proszę. Nie wiedziałem, że taki religijny!
wycieruch: …
dyrektor: Widzę rozwiązanie. Jak taki religijny, to niech nie tańczy, tylko siedzi i się patrzy.
wycieruch: Ale noga mu będzie podrygiwała…

Dyskusje z Archiwum X 07.02.2007

Osoby:
zastepca dyrektora
wycieruch domowy

Czas akcji:
przed 14.00

Miejsce akcji:
pokój wycierucha

zastępca dyrektora (wpada i wyrzuca z siebie jak karabin maszynowy): Cześć! Co robisz? Co się dzieje? Co sie działo, jak mnie nie było? Gdzie są wszyscy? Gdzie jest kierownik?
wycieruch (stanowczo i upominająco): Jeszcze raz. Po kolei. Powoli.
zastępca dyrektora (miotając się, jak zawsze): Ty to mnie traktujesz jak klienta! Chcesz, żebym sobie poszedł!!!
wycieruch (podstępnie): Wręcz przeciwnie, mój drogi, jesteś światłem ócz moich. Chcę ci po prostu udzielić wyczerpujących informacji i rozwiązać wszystkie twoje problemy.*

* Zabawne jak się zastępca dyrektora nastawia na klienta…

Dyskusje z Archiwum X – zastępca dyrektora powrócił! 07.02.2007

Osoby:
zastępca dyrektora
wycieruch domowy

Czas akcji:
14.00

Miejsce akcji:
pokój wycierucha

zastępca dyrektora: Zorganizuj mi naradę w górach z atrakcjami…
wycieruch: Kiedy, dla kogo, na ile osób, jakie atrakcje?
zastępca dyrektora: W drugiej połowie marca, ogólnopolską, na około 40 osób. Z tańcami.
wycieruch (znając nastawienie zastępcy): Post.
zastępca dyrektora (histerycznie): To jak ja będę tańczył???
wycieruch: Cichutko, na paluszkach.

Dyskusje z Archiwum X 07.02.2007

Osoby:
kolega z działu sieci w roli petenta
wycieruch domowy

Czas akcji:
13.45

Miejsce akcji:
pokój wycierucha

kolega z sieci (dzierżąc w dłoni pismo kierowane do wycierucha): Dzień dobry. Czy mogę złożyć?
wycieruch (entuzjastycznie): Śmiało! Na cztery! I do kosza! Stoi w kącie.

Algorytm 07.02.2007

Donoszę uprzejmie, że dyrekcja otrzymała nowy algorytm, za pomocą którego w cudowny sposób można obliczyć, czy w danej jednostce mamy właściwe obciążenie pracą pracowników. Dyrekcja prawie oszalała ze szczęścia, aż do mnie przyleciała, żebym przyszła i sobie z dyrekcją poklikała, poobserwowała i powyciągała. Wnioski.
Dla mnie wnioski to są takie, że żaden algorytm mi nie jest potrzebny, żeby stwierdzić, że duża grupa osób się opiernicza i od ręki mogłabym zrobić porządek posiadając trochę danych i polegając na obserwacji. Bo jak, Proszę Szanownych Państwa, mamy gdzieś trzy stanowiska do obsługi klientów, a zawsze czynne są dwa, do których stoi kolejka, a do obsługi tych stanowisk w systemie dwuzmianowym mamy zatrudnionych ludzi na siedmiu etatach, to gdzie oni, do cholery, są???
Odpowiedź jest prosta – piją kawusię.
I nie ma byka – przynajmniej dwie osoby powinny wylecieć. Koniec kropka. A najpierw powinna wylecieć osoba, która ma tam nadzorować pracę.
I to by było na tyle – jak mawiał prof. Stanisławski.

Idzie nowe – algorytmowe!

Dalsze dywagacje na temat biorytmu 07.02.2007

Donoszę uprzejmie, że coś w tym jest.
Obudziłam się niezdecydowana: czy mam chandrę, czy jestem wściekła?
O 6.00 stwierdziłam namacalnie, że nie ma śladu po prawie jazdy, dowodzie rejestracyjnym, ubezpieczeniach samochodu.
Pogorszyło mi się.

A potem przyszłam do pracy…

12 364 07.02.2007

Donoszę uprzejmie, że dziś 12 364 dzień mojego życia. W biorytmie wszystko z czerwoną strzałką w dół. Spadamy. Cykl intelektualny -87 % i nadal spada.
Jako że jestem dziś jednoosobową reprezentacją całego działu, czuję się w obowiązku zawiadomić o tym dyrekcję.

Dyskusje z Archiwum X 06.02.2007

Osoby:
wycieruch domowy
ta sama kierowniczka

Czas akcji:
godziny popołudniowe

Miejsce akcji:
komunikator służbowy

wycieruch: No i wyobraź sobie – Bożka (inna z kierowniczek) się na mnie obraziła.
kierowniczka: Nie przejmuj się.
wycieruch: Ale co się kobiecinie pomieszało?
kierowniczka: To ambicja. Albo okres…

Dyskusje z Archiwum X 06.02.2007

Osoby:
wycieruch domowy
ta sama kierowniczka

Czas akcji:
godziny popołudniowe

Miejsce akcji:
dla odmiany przestrzeń telekomunikacyjna

kierowniczka (podstępnie): Kochana, ja wiem, że ty się tym nie zajmujesz, ale muszę to wiedzieć… (i zadaje podłe pytanie z dziedziny dziwnej i obcej)
wycieruch (z westchnieniem): Zrób tak i tak, a wtedy nie będziesz za to odpowiedzialna.
kierowniczka: Jesteś genialna! No widzisz, a mówiłaś, że ja nie doceniam twoich możliwości.
wycieruch: Nie podlizuj się! Teraz to akurat chciałaś je uprzejmie przecenić!

Dyskusje z Archiwum X 06.02.2007

Osoby:
wycieruch domowy
kierowniczka z jednostki organizacyjnej podległej Archiwum X (w skrócie: kierowniczka)

Miejsce akcji:
komunikator służbowy

Czas akcji:
godziny poranne

kierowniczka (wieńcząc dłuższą wymianę zdań): Noszzzz… w mordę, znalazłam to pismo!
wycieruch: Szukajcie, a znajdziecie. Proście, a będzie wam dane. Tak mówi Pismo.
kierowniczka: Powala mnie twój polot.
wycieruch: Zaprawdę, zaprawdę powiadam Ci: nie doceniasz moich możliwości.

Sklepikowe fantasmagorie 06.02.2007

Osoby:
pan ekspedient
wycieruch domowy

Czas akcji:
7.10

Miejsce akcji:
zaprzyjaźniony spożywczy koło Archiwum X

wycieruch (wyciągając portfel, boleśnie): Może mi Pan rozmienić dwie stówy?
pan ekspedient: Następna! Wy w tym Archiwum X po prostu śpicie na pieniądzach!

Szkolenia 06.02.2007

Osoby:
kierownik wycierucha
wycieruch domowy

Czas akcji:
około południa

Miejsce akcji:
pokój wycierucha

kierownik wycierucha: Zawiązki się pytają, czy my możemy grupie zawodowej XYZ urządzać szkolenia w soboty, bo oni nie chcą.
wycieruch: Ty powiedz tym związkom, żeby się grupa pracownicza cieszyła, że ma szkolenia w soboty, bo jak my im urządzimy je w tygodniu, to my im za pracę nie zapłacimy. A jak będą dalej fikali, to tak ich przeszkolimy i tak im kwalifikacje podniesiemy, że pójdą bez wypłaty.

NIech żyje wolność, wolność i swoboda 06.02.2007

Donoszę uprzejmie, że wycieruchowi szykuje się całkiem niezły luty, wraz z początkiem marca w promocji.
Otóż, jak już powszechnie wiadomo, bo wycieruch nie potrafi w takich sprawach trzymać języka za zębami – urlop dwutygodniowy zaczyna się w najbliższy poniedziałek, by skończyć się dopiero 25 lutego. Następnie należy przetrwać jakoś trzy dni, a potem cała derekcja i wszyćkie kierowniki jadą na naradę w góry, którą to naradę przemyślnie im wycieruch skonstruował, miejsca zaklepał i rozrywkę zapewnił. Rozrywkę cudzymi rękami, oczywiście (żeby se kto nie wydumał, że tam wycieruch własnoręcznie przy rurce pląsa albo co).
A potem już łikend.
Pozostaje mieć nadzieję, że nie okaże się nagle, że wycieruch jest niezbędny w górach, bo wtedy trzeba będzie zmyślnie zapodać argumenty, że ktoś musi kierować burdelem na miejscu. Najlepiej w postaci tzw. szarej eminencji, tzn. niczego nie podpisywać (tu mam rączki!) i za nic nie mieć odpowiedzialności, ale udawać, że jest się osobą, bez której szlag trafi cały materiał.
Osoby zaangażowane emocjonalnie w wycierucha uprasza się o trzymanie kciuków.
Osoby zaangażowane emocjonalnie w wycierucha uprasza się usilnie o niewizualizowanie sobie wycierucha w roli zastępującego derekcję oficjalnie, bo to się może wycieruchu odbić negatywnie na zdrowiu.
A nie stać nas na L 4.

Internet 06.02.2007

Donoszę uprzejmie, że w wiaderkach, co to w nich przynosili internet do Archiwum X, prawdopodobnie dziury wypadły i uchwyty sie pourywały. Znaczy – jest coraz gorzej. Donoszę wobec tego, że może się zdarzyć, że dyskusje z Archiwum X będą zamieszczane dopiero wieczorami. Ale słowo archiwistki, że będę skrzętnie zbierała!

Czytelniku, trzymaj kciuki, żeby nam wiader dostarczyli!

Umiejętne parkowanie 05.02.2007

Osoby:
strażnik
wycieruch domowy

Czas akcji:
14.00

Miejsce akcji:
korytarz koło wejścia/wyjścia

Wycieruch, na wezwanie strażnika, udaje się przestawić samochód. Parking przed Archiwum X jest tak gigantyczny, że jak nam się nudzi, to całą ekipą możemy sobie przestawiać samochody i ustępować w nieskończoność. I nikt się nie może doczepić, bo wiadomo, że nie ma gdzie parkować.

strażnik: Słuchaj, a którędy ty dziś weszłaś do pracy?
wycieruch: Służbowym.
strażnik: No właśnie. Patrzę – samochód jest, a ciebie nie ma. Już się wystraszyłem, że cię będzie trzeba odholować.
wycieruch: Umarłam ze śmiechu.

Obowiązki i zobowiązania 05.02.2007

Osoby:
Szef Stadła
wycieruch domowy

Czas akcji:
sobota, godz. 15.30

Miejsce akcji:
przestrzeń telekomunikacyjna

Szef Stadła powinien przebywać w szkole.
Wycieruch domowy powinien przebywać w domu.
Szef Stadła przebywa w domu.
Wycieruch domowy niecnie trwoni dorobek Stadła.

Szef Stadła (tonem kapryśnym): Dlaczego nie ma cię w domu?
wycieruch (tonem skrzywdzonej niewinności): A dlaczego ty jesteś?

Kobiety robią zakupy 05.02.2007

Donoszę uprzejmie, że w sobotę wyskoczyłam na szybkie zakupy spożywcze i kupiłam dwie pary butów (w tym te wyjątkowo oryginalne mokasyny).

Nie wiem, kiedy je zjemy.

Dyskusje z Archiwum X 05.02.2007

Osoby:
sekretarka 1
sekretarka 2
wycieruch domowy

Czas akcji:
godziny południowe

Miejsce akcji:
sekretariat

rozmawiamy o tym, ile sypiają małe dzieci z naciskiem na takie, które nie sypiają wcale

sekretarka 1 (do sekretarki 2): A jak tam córeczka twojego kuzyna? (z tych, co to w ogóle nie śpią – przyp. autorki)
sekretarka 2: Pojęcia nie mam, dawno ich nie widziałam.
wycieruch: Zabili ją i poszli siedzieć.

Dyskusje z Archiwum X 05.02.2007

Osoby:
strażnik
wycieruch domowy

Czas akcji:
15.40 tego samego dnia

Miejsce akcji:
korytarz koło wyjścia (tym razem)

wycieruch: Pa, pa. Miłego popołudnia.
strażnik: … (milczy wyniośle)
wycieruch: Co jest?
strażnik (obrażony): Mogę się odzywać?

Dyskusje z Archiwum X 05.02.2007

Osoby:
strażnik
wycieruch domowy

Czas akcji:
7.10

Miejsce akcji:
korytarz koło wejścia

wycieruch: Cześć.
strażnik: Słuchaj, czy ty możesz mi wyjaśnić…
wycieruch (sennie): Jest 7.10. Zapytaj mnie, proszę, jak się zorientuję, po co tu przyszłam.
strażnik (obrażony): Mogę się w ogóle nie odzywać!

Kto późno przychodzi… 05.02.2007

Osoby:
kierownik rachunkowości
wycieruch domowy

Czas akcji:
7.15

Miejsce akcji:
kuchnia

wycieruch domowy wchodzi do kuchni celem zrobienia sobie kawy
kierownik rachunkowości stoi przy ekspresie i się szczerzy
wycieruch domowy: Cześć.
kierownik rachunkowości: PIERWSZY!!!!!!! (histerycznie) Wstałem dziś pół godziny wcześniej, żeby tylko zdążyć przed tobą!!!

Notka dla fanów 05.02.2007

Donoszę uprzejmie, że zastępca dyrektora opuścił nas na dwa dni.
Wszystkich fanów uprasza się o pogrążenie się w żałobie.

Światełko w tunelu: będzie w środę i zapewne będzie miał mnóstwo do opowiedzenia.

Zdolności ludzkie a system premiowy 05.02.2007

Osoby:
kierownik wycierucha
wycieruch domowy

Czas akcji:
godziny południowe

Miejsce akcji:
pokój wycierucha

kierownik wycierucha (w odniesieniu do prośby ruskich): No to jedno mam załatwione.
wycieruch: Machnąłeś na kolanku?
kierownik wycierucha (ciesząc się głupawo): Noooo, zdolny jestem!
wycieruch: Nie zaprzeczę. W końcu dajesz mi premię.

Nietrzeźwość 05.02.2007

Osoby:
kierownik wycierucha
wycieruch domowy

Czas akcji:
po kolejnym wyjściu ruskich

Miejsce akcji:
pokój wycierucha

wycieruch: Słuchaj, był tu G. i mówił, że zobowiązałeś się napisać dla niego pisma o A i B. Podobno na naradzie kończącej kontrolę padło takie zobowiązanie dyrekcji.
kierownik wycierucha (zaskoczony): A gdzie ja wtedy byłem?
wycieruch: Mam to samo wrażenie co do siebie.
kierownik wycierucha: Byłem pijany?
wycieruch: Mam to samo wrażenie co do siebie.
kierownik wycierucha: Byliśmy oboje pijani?
wycieruch: Musi pijemy gdzieś razem w godzinach pracy. Sprawdźmy, czy nie mamy romansu.

Ruskie!!! Ruskie!!! 05.02.2007

Donoszę uprzejmie, że (docholeryjasnejpsiakrew!!!) znowu tu był!!! Sytuacja jest zabawna, bo poprosił mnie o dostarczenie dokumentów, które podobno dyrekcja na spotkaniu w czwartek zobowiązała się stworzyć. Ja, proszę szanownych państwa, byłam na tym spotkaniu i niczego takiego nie pamiętam. No dziura w mózgu. Ale co tam, ruskim nie przeszkadza.

A może to ta ciąża urojona?

Plotka 05.02.2007

Donoszę uprzejmie, że to było tak:

w czwartek, jak wiadomo, ruskie wyszli.
W piątek postanowiłam natychmiast pozbyć się akt osobowych pracowników, których (akt!) w ogóle nie powinno tu być, ale konia z rzędem temu, kto odmówi PIP.
Zabrałam się do pakowania, a jako osoba krystalicznie uczciwa, najpierw skrupulatnie sprawdzałam, czy są wszystkie dokumenty.
No i co Państwo powiedzą? Oczywiście, punkt dla tej Pani z tyłu: jednych akt brakowało!!!
I sytuacja kształtuje się następująco:
kadry, właściwe dla pracownika, akta spakowały i protokolarnie przekazały mnie, no bo komu.
Ja ich nawet nie otwarłam (tych paczek), bo teoretycznie nie mam do tego plenipotencji.
Ale protokoły musiałam podpisać, no bo kto.
Papiery przejęła PIP i ona sobie tam grzebała, a następnie zostawiła rozgrzebane.
Okazało się, że jednych akt nie ma.
Pytanie: kto jest odpowiedzialny?
No kto, pytam się???
No ja, no bo kto.

Na tę okoliczność brzuch mnie rozbolał w cholerę, weszłam w posiadanie „zarazsięporzygam” i rozpoczęłam gorączkowe poszukiwania:
1. u siebie, bo może gdzieś w dziurze siedzą,
2. w kadrach właściwych, bo może napisały, a mi nie przekazały.

Finalnie akta się odnalazły, co nie wpłynęło drastycznie na nastawienie mojego żołądka.
W tym stanie zastał mnie dyrektorski kierowca, z którym dyskusja była krótka:
- Co ci?
- Niedobrze.
- Może w ciąży jesteś?
spojrzenieodktóregomuchypadająwpowietrzu

A następnie wyjechaliśmy z misją, ponieważ uznałam, że oddam te cholerne akta do rąk własnych i nie chcę mieć z tym już nic wspólnego.

I tak pierwszy etap plotki mamy za sobą (patrz: może jesteś w ciąży?).

Dojechaliśmy do Z. i pozostała mi już tylko jedna paczka, którą zaoferowałam się zanieść samodzielnie.
Dyskusja z kierowcą była krótka:
- Poczekaj chwilę, ja to zaniosę, podpiszą i wracam.
- No coś ty, ja ci zaniosę. Albo nie, patrz, Mirek idzie, on ci zaniesie. Mirek, zanieś pani akta, bo jest w ciąży.

I tak drugi etap plotki mamy już za sobą (patrz: Mirek, zanieś pani akta, bo jest w ciąży).

Podsumowanie:
- w piątek rano kierowca u nas wymyślił, że jestem w ciąży,
- przed południem wiedzieli już w Z.,
- dziś wiedzą w dwóch województwach,
- przez najbliższe miesiące będę bacznie obserwowana,
- brzuch mi nie urośnie,
- znaczy: wyskrobałam!

Zastanawiam się poważnie czy w tej sytuacji nie zajść gdzieś szybko, bo inaczej mogą mnie zlinczować…

Jak poznałam Drugą-Mamę 04.02.2007

Donoszę uprzejmie, że druga-mama zamknęła nam drzwi przed nosem. Z tego powodu postanowiłam napisać, jak poznałam drugą-mamę i dlaczego mi przykro.

Otóż długo wydawało mi się, że jestem na tyle zaimpregnowana, żeby mnie nie wciągnęło czyjeś blogowanie. A potem trafiłam na kilka naprawdę wartościowych spraw: na Teściową, na Skierkę i na drugą-mamę. I przepadłam. Zorientowałam się, że źle mi się zaczyna dzień, jeśli nie sprawdzę, co się u nich dzieje.

Drugą-mamę poznałam też osobiście – napisała do mnie, zaczęłyśmy korespondować, czasami rozmawiać na Skype’ie. W końcu otrzymałam wizę wjazdową i wyruszyłam na południe.
Zobaczyłam wielki, zielony ogród z wygodnymi siedziskami dla wszystkich zapraszanych, duży, stary dom, który ma duszę, no i naturalnie mieszkańców: dwu- i czworonożnych.
Druga-mama jest dokładnie taka, jaką wszyscy znają z bloga. Miła, ciepła, sympatyczna, dowcipna, mądra i otwarta na drugiego człowieka. Taki sam jest naturalnie drugi-tata. No i wierzcie mi – nie spotkałam jeszcze takich dzieciaków. Co by tam druga-mama nie pisała o kłopotach z nimi, ja zobaczyłam sporą grupę młodych osób w różnym wieku – sympatycznych, pełnych energii i, uwaga: bardzo dobrze wychowanych. To, co mnie szczególnie ujęło za serce, czego być może druga-mama wcale nie zauważa na co dzień, to fakt, że u drugich-rodziców nikt nie przechodzi obojętnie obok nikogo. A wierzcie mi, że się przyglądałam. I zwróciłam na przykład uwagę na jednego z bliźniaków, któremu pechowo wyszła sznurówka z bucika i który uznał to za osobistą tragedię. Więc siedział na progu i emanował smutkiem. Niedługo siedział, bo zaraz znalazł się jakiś przechodzień (w tak licznej rodzinie o przechodnia nietrudno), który bez żadnych ceregieli pochylił się nad malcem i rozwiązał problem. Może to drobiazg, ale przecież nie wszędzie tak jest. Widziałam dzieci, które słuchają, co mówią do nich rodzice. No jasne, niekoniecznie przystają na to z entuzjazmem, ale słuchają i SŁYSZĄ.
Było naprawdę cudownie i żal było wracać do domu.

Druga-mama zdenerwowała się ostatnio i zamknęła swojego bloga.
Bardzo mi go brakuje.

Magdusiu – tęsknię!

Kilka słów o tym, co ważne 04.02.2007

Donoszę uprzejmie, że ktoś mi niedawno przysłał następującą wiadomość:

DZIĘKCZYNIENIE OPTYMISTY

DZIĘKUJĘ ZA:
•bałagan, który muszę posprzątać po imprezie, bo to oznacza, że mam przyjaciół;
•podatki, które muszę zapłacić, ponieważ to oznacza, że jestem zatrudniony;
•trawnik, który muszę skosić, okna, które trzeba umyć i rynny, które wymagają naprawy, bo to oznacza, że mam dom;
•ubranie, które jest troszeczkę za ciasne, bo to oznacza, że mam co jeść;
•cień, który patrzy, kiedy pracuję, bo to oznacza, że jestem na słońcu;
•ciągłe narzekanie na rząd, bo to oznacza, że mamy wolność słowa;
•duży rachunek za ogrzewanie, bo to oznacza, że jest mi ciepło;
•panią, która siedzi za mną w kościele i drażni swoim śpiewem, bo to oznacza, że słyszę;
•stosy rzeczy do prania i prasowania, bo to oznacza, że moi ukochani są blisko;
•zmęczenie i obolałe mięśnie pod koniec dnia, bo to oznacza, że byłem aktywny;
•budzik, który odzywa się każdego ranka, ponieważ to oznacza, że żyję !

Informuję, że mam zabawny komentarz do każdego dziękczynienia. Informuję również, że nie chcę ich zamieszczać.
Bo tak naprawdę ta wiadomość jest bardzo ważna i cenna. Bo łatwo się zapomnieć. Łatwo stracić z oczu to, co najważniejsze.
Więc dziękuję, naprawdę i z całego serca, bo moje życie jest PIĘKNE!

O czym ja właściwie piszę 02.02.2007

Donoszę uprzejmie, że złapałam się na tym, że piszę prawie wyłącznie o pracy. Przynajmniej ostatnio. Dokonałam wobec powyższego dogłębnej analizy tego problemu i niniejszym składam konstruktywną samokrytykę oraz wyjaśnienia.

A więc:

1. W pracy spędzam kupę czasu, z czego w większości jestem przytomna (czasem muszę zemdleć, żeby zrobić sobie przerwę od tego nonsensu!). A żeby nie oszaleć, zmuszam mózg do wychwytywania różnych idiotyzmów i dzielę się nimi z ludzkością, bo nie jestem pazerna i nie widzę powodu, żeby inni nie mieli się cieszyć, że ktoś ma gorzej.
2. Są dziedziny mojego życia, o których chętnie bym tu napisała, ale nie mogę, bo wiem, że ci, co zostaliby odmalowani precyzyjną kreską w tych notkach, zaglądają na tego bloga.
3. Chętnie pisałabym o różnych zabawnych rzeczach, które bez przerwy mówi Szef, ale on by mnie po prostu zabił. A wtedy bank nie miałby z czyjego konta ściągać raty kredytu hipotecznego.
4. Humor naszego domu często bywa sytuacyjny i nie da się tego opisać, bo to tak, jakby opowiadać dowcip rysunkowy, czyli tak zwana „szklana dupa”.
5. Moja rodzina jest intensywna i takie numerki to ona strzela raz na kwadrans. Wobec powyższego jak czegoś nie zapiszę od razu – kapa. Zapomnę, bo idzie następny numer.
ITD ITP

Chyba się skupię jednak na pracy.
Chociaż – urlop się zbliża, więc może być nieco bardziej filozoficznie.

Czasami w Archiwum X jest napięcie 02.02.2007

Donoszę uprzejmie, że czasami w Archiwum X sytuacja bywa napięta.
Wtedy włączam sobie mój ulubiony pulpit, na którym zamieszczone poniżej zdjęcie powtarza się wielokrotnie. Nie wiem, jak innych, ale mnie to niebywale odpręża.

Photobucket - Video and Image Hosting

W Archiwum X bywa też zabawnie, ale tylko ze zwykłymi ludźmi 02.02.2007

Donoszę uprzejmie, że podążyłam dziś z misją do dwóch jednostek podległych Archiwum X, do innych miast. Na tę miłą okoliczność dokonałam wypożyczenia limuzyny dyrektorskiej wraz z kierowcą. To niezwykle wygodne, nieprawdaż?
Po wykonaniu misji kierowca odwiózł mnie pod same drzwi wejściowe Archiwum X, od strony placu wewnętrznego. Jeszcze się z czegoś śmialiśmy, jeszcze mu dziękowałam za podwiezienie i nie zauważyłam, że przed wejściem, idealnie koło miejsca, gdzie zatrzymała się limuzyna, zgromadziła się spora grupka ludu pracującego w postaci: kierowców, rzemieślników, informatyków i tzw. gnomów, którzy charakteryzują się tym, że cały dzień przebywają w piwnicach.
Grupę dostrzegłam, kiedy ktoś otworzył mi drzwi od samochodu.

- Dzień dobry, pani dyrektor – wrzasnął tłumek, kłaniając się w pas.
- Witamy serdecznie!
- Jak miło, że pani nas odwiedza!
- Józek, nie pchaj się!
- Maniuś, kwiaty dla pani dyrektor!
- O, cholera, nie mam!
- Kretynie!

Na szczęście jestem przytomna. Spojrzałam na Maniusia z przyganą i powiedziałam:
- No! Żeby mi to było przedostatni raz! A teraz wszyscy do pracy!!!

A potem śmialiśmy się przez jakieś 5 minut i rzeczywiście rozeszliśmy się, każdy do swoich obowiązków.
Swoją drogą pojęcia nie mam, co oni tam robili tak tłumnie.

Monologi z Archiwum X 02.02.2007

Osoby:
wycieruch domowy
milcząca sekretarka

Miejsce akcji:
sekretariat

Czas akcji:
15.38 (pracujemy od 7.30 do 15.30)

sekretarka, nieobecna przez cały dzień, wpada na opuszczającego gościnne łono pracodawcy wycierucha o 15.38.

sekretarka: … (głupawy uśmiech)
wycieruch: O nie, kochana! Tego się nie da podciągnąć pod spóźnienie!!!

Dyskusje z Archiwum X 01.02.2007

Osoby:
jakaś dziwna nowa pani
wycieruch domowy

Miejsce akcji:
korytarz przed kibelkiem

Czas akcji:
15.15

jakaś dziwna nowa pani (z obrzydzeniem patrząc na wycierucha, z papierochem w dłoni zdążającego do miejsca odosobnienia): Och! Nie wiedziałam, że pani pali!
wycieruch: Nie mogę się upić, bo prowadzę.

Otworzę punkt informacyjny 01.02.2007

Donoszę uprzejmie, że ręce opadają.
Oto jakie pytania do mnie przychodzą (pisownia oryginalna):

„skąd mamy wiedzięc i czy to my mamy sledzić Dz.U w zakresie zmieniającej się stawki diery, ryczałtu(chodzi odelegacje) Wprawdzie wczoraj poczytałam Serwis prawno-pracowniczy ale zmiana jest od stycznia”.

Ale pod spodem zaraz pojawił się dopisek:

„pisze jak analfabeta…”

Koło gospodyń wiejskich (tańczy, śpiewa, recytuje, daje d..y i haftuje, krawaty wiąże i przerywa ciąże) odpowiada:

Ignorantia iuris nocet!

Co będzie do okazania, jak się coś rypnie!

Prośba 01.02.2007

Fordziku kochany!
Tyś na serca rany
lekarstwem wybrany!

Znoszę twe kaprysy i dziwne maniery,
tylko mi się nie psuj, do jasnej cholery!

Reklamujemy 01.02.2007

Donoszę uprzejmie, że obecnie zajmuję się reklamowaniem pracowników od czynnej służby wojskowej na wypadek wojny. Fajne, co? Jeśli ktoś nie rozumie, że reklamuje się towar, żeby go ktoś kupił i reklamuje się towar, który się nieopatrznie kupiło i szlag go trafił, ale reklamuje się również ludka pci męskiej poniżej pięćdziesiątki, żeby go nie rozstrzelali na najbliższym rogu, to informuję uprzejmie, że tak właśnie jest. Reklamować może pracodawca. Polecam.
Jak jakiś pan nie będzie dla mnie miły, to go nie wyreklamuję i pójdzie na mięso armatnie!
Ale do rzeczy: w celu rozmów służbowych w tej niecierpiącej zwłoki sprawie udaję się do koleżanki na drugie piętro. Ona tam siedzi niebywale utajniona, pozamykana na 3 spusty i ma fajnie.
Jak do niej weszłam, to mi się żyć zachciało – cisza, spokój i daleko od dyrekcji.
Nie ukrywam, że spędziłam tam czas jakiś pod pretekstem negocjacji w niecierpiących zwłoki sprawach służbowych (wypaliłyśmy chyba z pół paczki).

Pozazdrościć!

Dyskusje z Archiwum X 01.02.2007

Osoby:
sekretarka
wycieruch domowy

Czas akcji:
10.40

Miejsce akcji:
pokój wycierucha

sekretarka (wpada i zachowuje się nerwowo): Słuchaj, tu jakiś chłop stoi!
wycieruch: To zawołaj strażnika.
sekretarka: Ale on sie domaga!!!
wycieruch: Ba! A czegóż się domaga – pytam z niechęcią?
sekretarka (scenicznym szeptem): Ciebie.
wycieruch: Musi ze związków. Puść go wolno.

Karolek się rozwija 01.02.2007

Donosze uprzejmie, że Karolek nadal rozwija swoje zdolności. Dziś rano, jak zwykle, wycieruch nieprzytomnie wędrował samotrzeć z sypialni do kuchni, w celu wydania posiłku, bo się dwanaście nóg słaniało z głodu. Niestety Karolek postanowił przyspieszyć proces i zafundował wycieruchowi migotanie komór, ponieważ już na czwartym stopniu od góry uznał, że kotka przed nim schodzi za wolno, więc ją trzepnął z góry, kotka podskoczyła o pół metra, zleciała niefortunnie na kotkę, która schodziła przed nią, podmuch objął Karolka i wszyscy (z wyłączeniem wycierucha) zrolowali się jak szmata i z hukiem spadli na dół, a następnie zniknęli.
Po trzech minutach wycieruch mógł sobie zaobserwować trzy niezwykle najeżone koty, wychodzące z różnych kryjówek i węszące na okoliczność przyczyn wypadku.
Natychmiast po zjedzeniu śniadania Karolek zablokował w kabinie prysznicowej kotkę, której wcześniej zrobił kuku, a ta z kolei opowiedziała o tym całej dzielnicy.
Myślę, że czas, by zacząć trafiać jakoś do małego, misiego rozumku Karolka.
Zanim zastrzelimy gada.

Ruskie wyszli 01.02.2007

Donoszę uprzejmie, że Państwowa Inspekcja Pracy pożegnała dziś Archiwum X, odchodząc w dźwięku smarkań 10 wynajętych płaczek.
Natychmiast po wyjściu inspekcji, Archiwum X uległo wyraźnemu odprężeniu, a płaczki strzeliły sobie po jednym.
Wycieruch, który został zaproszony na spotkanie finalne, na którym opowiadano, co jest ładne, a co brzydkie, został publicznie pochwalony przez Jego Wysokość Pana Inspektora, z którym zaraz po spotkaniu wyskoczył sobie na fajkę, udając, że wcześniej tego nie robili.

Kontrola wypadła nad podziw dobrze.
Jak to palenie jednoczy ludzkość…
Żal rzucać!

Dyskusje z Archiwum X 01.02.2007

Osoby:
zastępca dyrektora
wycieruch domowy

Czas akcji:
7.20 (pracujemy od 7.30)

Miejsce akcji:
pokój wycierucha

zastępca dyrektora (stojąc przed Mount Everestem 8 nowych laptopów – było 10): I co, odbierają?? Odbierają??
wycieruch (jeszcze nierozkręcony): Jest 7.20…
zastępca dyrektora: Ale odbierają? Odbierają??
wycieruch: Policz pudełka.

Niektórym to dobrze 31.01.2007

Donosi się uprzejmie, że trzyma się (mocno!) w garści wniosek urlopowy podpisany przez dyrekcję. Na okoliczność urlopu. Wniosek ów opiewa na dwa tygodnie (z czego tydzień zaległego) absolutnej wolności.
Wycieruch w tym czasie będzie:

leżeć
leżeć
czytać
leżeć
podrzucać Potomstwo na wybrane przez nie dodatkowe zajęcia (np. przyspieszony kurs karate – Potomstwo najwyraźniej postanowiło wrypać w końcu podstawówki, czyli przed rozstaniem definitywnym, pewnemu Przemkowi, żeby je popamiętał)
leżeć
czytać
leżeć
leżeć
leżeć
czytać
leżeć
naśmiewać się bez litości z tych, co pracują
udzielić się towarzysko (z raz)
leżeć
leżeć
czytać
leżeć

Pojęcia nie mam, jak mi się uda potem wrócić do pracy.

Interesujące wnioski 31.01.2007

Donoszę uprzejmie, że jak sobie czytam to, co sama piszę, to dochodzę do wniosku, że jestem najpopularniejszą osobą w Archiwum X.
Wszyscy mi tu łażą, psiajucha!
Co to? Dworzec kolejowy???

Dyskusje z Archiwum X 31.01.2007

Osoby:
kierownik marketingu
wycieruch domowy

Miejsce akcji:
pokój wycierucha

Czas akcji:
godziny popołudniowe

kierownik marketingu(filozoficznie): Kiedyś to było tak, że człowiek spokojnie mógł założyć, że przed naradą wiedział mniej niż po naradzie.
wycieruch: dyplomatycznie milczy

Dyskusje z Archiwum X 31.01.2007

Osoby:
kierownik wycierucha
wycieruch domowy

Miejsce akcji:
pokój wycierucha

Czas akcji:
godziny popołudniowe

kierownik (do nieobecnej koleżanki, wpadając jak bomba): Aniu??!!
wycieruch (flegmatycznie): Jest w szafie.

Dyskusje z Archiwum X 31.01.2007

Osoby:
kolega z kontroli
wycieruch domowy

Miejsce akcji:
pokój wycierucha

Czas akcji:
godziny popołudniowe

kolega z kontroli (z błyskiem w oku): O! Sprzęcik!
Obwąchuje 10 nowiuśkich laptopów, które spakowane w pudełeczkach stoją sobie za wycieruchem, strzeżone przez niego jak źrenica oka.
wycieruch: To, co widzisz, mój drogi, to nie jestem ja. To jest postać wycięta z dykty i pokolorowana przeze mnie osobiście. Ja ją tu sadzam i ona odprawia upierdliwych klientów. Z kwitkiem.

Apogeum samotności 30.01.2007

Donoszę uprzejmie, że Karolek był się wspiął na wyżyny kunsztu przeciwdziałania uczuciu osamotnienia.
Wczoraj przybył wieczorowa porą, uraczył nas porcją tłumaczeń dotyczących powstałej sytuacji, a następnie położył mi się na głowie.

Osoby, które zechcą zasugerować, że kot zawsze kładzie się na chorym miejscu – ostrzegam!

Zamki Gerda zabezpieczą cię, czy tego chcesz, czy nie 30.01.2007

Donoszę uprzejmie, że zamki Gerda są znakomitym zabezpieczeniem naszych mieszkań. Są tak znakomite, że czasem zabezpieczają nas tak dokładnie, że nie jesteśmy w stanie się odbezpieczyć. Szpil w tym, że zamek od środka przekręca się np. dwa razy, a od zewnątrz trzy. Rozwiązanie ma służyć temu, że jak złodziej wejdzie nam dajmy na to przez okno, to wyleźć z telewizorem 32 calowym musi tą samą drogą. I to jest utrudnienie.
Dwa razy zamknęłam w ten sposób w domu członków rodziny.
Za pierwszym razem był to Szef Stadła. Na szczęście mieszkaliśmy wtedy na parterze (bo godziny poranne), a Szef nie w ciemię bity (co tylko potwierdza słuszność mojego wyboru), wyszedł przez balkon, obszedł budynek i wrócił przez drzwi. Następnie wbił się w gangolek, zabrał teczkę i udał się na łono pracodawcy.
Za drugim razem było to Potomstwo. No i sprawa bardziej skomplikowana, bo mieszkamy teraz na piętrach drugim i trzecim. Potomstwo wykonało telefon do matki, donosząc uprzejmie, w czym rzecz. Jako że, jak wspominałam, mieszkamy na piętrach drugim i trzecim, nie doradzałam wyjścia przez okno, ale zasugerowałam odnalezienie kluczy do tzw. wyjścia awaryjnego, które dzielimy z sąsiadami na piętrze trzecim. Niestety okazało się, że owszem – klucze do wyjścia awaryjnego w domu się znajdują, ale tylko do połowy. Tzn. Potomstwo może otworzyć drzwi górne zewnętrzne, które prowadzą do wspólnego mikrokorytarzyka. Niestety nie posiada klucza do drzwi zewnętrznie – zewnętrznych, który przywłaszczył sobie Szef, pobudzony moimi wielokrotnymi dowcipnymi wzmiankami o wygodzie rozwiązań, dzięki którym można wpuszczać i wypuszczać górą miłych panów tak, żeby się na korytarzu z Szefem nie spotkali. Na szczęście okazało się, że sąsiadka w domu, też jej mąż zabrał te klucze zewnętrzne, ale że nie ma sprawy, przepuści Potomstwo przez swój lokal, żeby mogło wyleźć na korytarz i wleźć do mieszkania z zewnątrz.
Najzabawniejsza sytuacja z zamkiem Gerda (poniekąd) przydarzyła się mojej znajomej dyrektorce. Otóż pewnego poranka zadzwoniła do niej jedna z kierowniczek, która powinna o tej porze dawno być w pracy i oświadczyła, że się nie stawi, bo ją córka zamknęła rzeczonym zamkiem. Dyrektorka pomyślała chwilę i zaproponowała, aby kierowniczka zadzwoniła do kogoś z sąsiadów, komu można by zrzucić klucze przez okno i jednakowoż się stawiła. Ale kierowniczka prędko oświadczyła, że kluczy nie posiada (ciekawe, swoja droga, jak zamierzała zamknąć drzwi wychodząc…). Napięcie wynikło nieprzyjemne i dyrektorka zasugerowała, żeby kierowniczka zadzwoniła do córki w celu sprowadzenia jej do domu i wypuszczenia rzeczonej, gdyż tak się składa, że jest potrzebna w tym dniu w pracy. Na takie dictum kierowniczka oświadczyła, że córka nie ma komórki. Dyrektorka postanowiła być chytra i zasugerowała zadzwonienie do córki do pracy, na co kierowniczka postanowiła być chytra i oświadczyła, że nie ma numeru.

Swoją drogą: przyznać trzeba, że obie przejawiły godne podziwu samozaparcie.

Aby język giętki… 30.01.2007

„Ponad 2 promile alkoholu we krwi miała opiekunka dwóch dwuipółrocznych bliźniaków” – powiedziała pani w radiu RMF FM.
Opiekunka pozostałych trzech dwuipółrocznych bliźniaków była pewnie trzeźwa.

Słuchajcie trzeźwo radia.

Poczucie humoru w Archiwum X 30.01.2007

Donoszę uprzejmie, że w Archiwum X tak naprawdę w ogóle nie jest śmiesznie.

Monologi z Archiwum X 30.01.2007

Osoby:
zastępca dyrektora
(wycieruch domowy jako niemy przedmiot ataku)

Miejsce akcji:
pokój wycierucha

Czas akcji:
godziny południowe

zastępca dyrektora: Bo ty to zawsze taka złośliwa jesteś!
(niemy wycieruch): …*

* Kto potrafiłby się oprzeć – ręka do góry!!!

Refleksyjnie 30.01.2007

Donoszę uprzejmie, że ja to jestem osobą, która wyniosła z domu zaangażowanie w pracę. Oprócz tego nie umiem tej pracy zostawić za drzwiami, chociaż bardzo się staram. Nie znaczy to bynajmniej, że nie umiem myśleć o niczym innym, ale nie potrafię zachowywać się niepoważnie. No i właśnie dzisiaj okazało się, że pasztet się niezły zrobił. Ja naturalnie czuję się odpowiedzialna za poprowadzenie sprawy do jakiegoś sensownego końca, a co za tym idzie – wysiadło mi poczucie humoru.
No to przepraszam Szacownych Czytelników, że dziś się nie popiszę i erupcji nie będzie.
Tak bywa.

PS Chyba, że znowu wpadnie zastępca dyrektora.

Dyskusje z Archiwum X 30.01.2007

Osoby:
zastępca dyrektora
wycieruch domowy

Miejsce akcji:
pokój wycierucha

Czas akcji:
godziny poranne

Zastępca dyrektora przeżywa, że wycieruch ma w planie wypoczynek w Egipcie.
Na tę okoliczność popisuje się pseudonaukowymi wywodami na tematy różne.
W pewnej chwili rzecz schodzi (nie wiadomo właściwie dlaczego) na Kartaginę.

zastępca dyrektora: W Kartaginie!
wycieruch: Gdzie?
zastępca dyrektora: W Kartaginie. Kartaginie! Kar-ta-gi-nie!
wycieruch: Jak ci karta ginie, to ty lepiej nie graj…

Firmy ERA GSM nie lubimy 29.01.2007

Odradzamy.

To tyle mamy do powiedzenia na ten temat.

Statystyki raz jeszcze 29.01.2007

Donoszę uprzejmie, że zabawa ze statystykami nadal mnie kręci.
W związku z powyższym najwierniejszą fankę/najwierniejszego fana bloga o życiu Stadła, osobę reprezentującą Miasto Rodzinne wycierucha, odwiedzającą nas z adresu IP 87.105.125.86, postanowiliśmy uhonorować nagrodą w postaci…

tadaaaaam!!!

KOTA z CHESHIRE
Photobucket - Video and Image Hosting

Zaszczytne drugie miejsce zajmuje fanka/fan bloga o życiu Stadła, osoba reprezentująca Stołeczne Miasto Kraków, odwiedzająca nas z adresu IP 87.207.236.177.
Dla tej miłej osoby ufundowaliśmy nagrodę w postaci…

tadaaaaam!!!

UŚMIECHU bez KOTA
Photobucket - Video and Image Hosting

Redakcja w postaci przedstawiciela Stadła dziękuje wszystkim Państwu serdecznie i zaprasza ponownie.
Tu ordynarna autoreklama:

Powiedz o nas swojej rodzinie i znajomym!
Bez krępacji!

Samotność 29.01.2007

Donoszę uprzejmie, że skutkiem posiadania kotów bywa posiadanie Karolka, które niestety staje się czasami wybitnie upierdliwe. Na przykład dziś w nocy Karolek odczuł przytłaczającą samotność i zaatakował. Karolek nie zachowuje się skromnie, nie przychodzi cichutko i nie kładzie się z rozkoszą koło człowieka (czyli w tym wypadku: koło mnie). On wymaga od człowieka (czyli: ode mnie) postawy czynnej, tzn. natychmiastowego wsparcia Karolka w jego samotności. Aby dotrzeć prostą drogą do celu, Karolek włazi na łóżko, przemieszcza się w pobliże twarzy i przystępuje do lizania. Ostrym kocim językiem. Reakcja człowieka (czyli w tym wypadku: mnie) jest natychmiastowa. Człowiek (czyli: ja) naciąga sobie kołdrę na głowę. Ale Karolek wytrwałym jest i z człowieczej (czyli: mojej) twarzy przerzuca się na ręce. Po kolei – ile dopadnie. I liże. Człowiek (czyli: ja) reaguje błyskawicznie i wtyka rękę jak najgłębiej pod kołdrę. A potem resztę rąk, ile tam ma. Niestety skutkiem gwałtownego wtykania bywa ubycie kołdry w innych miejscach i Karolek zyskuje pole do popisu, na przykład nogę. Natychmiast przerzuca się na rejony z ubytku kołdry. Podkreślić należy, że wszystkie te czynności nie odbywają się bynajmniej w absolutnej ciszy nocnej, ponieważ Karolek ma zwyczaj oznajmiać całemu światu uzasadnienie wykonywanych przez siebie czynności. Na to naturalnie budzą się pozostałe koty i przychodzą sobie popatrzeć oraz zagrzewać Katrolka do boju. Czasem budzi się też Szef i używa tzw. technicznych określeń wojskowych. Finał? Pozamiatane.

Zastanawiam się czy następnym razem nie wygłaskać skunksa z naciskiem na przytulanie, aż mu oczy wyjdą – jest bowiem szansa, że to go zniechęci.
Tylko czy mnie na to stać o 1, 2, 3, 4, 5 nad ranem?

Redakcjo – pomóżcie…