29 grudnia 2015

2175

Co robi zdrowa kobieta z weterynarzem?
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Otóż zdrowa kobieta z weterynarzem, wśród piskliwych okrzyków, wymienia się na WhatsAppie zdjęciami butów. Albowiem weterynarz, jak niegdyś Kopernik, okazał się jednak być kobietą. I zobaczył w swym gabinecie Łoterloo w obuwiu marki Irregular Choice, na którą to okoliczność Karolka spotkało dłuższe oczekiwanie na badania. Trwało ono do chwili, gdy weterynarz odzyskał przytomność, utraconą uprzednio w wyniku szoku spowodowanego bezpośrednią stycznością z pięknem absolutnym. To jest wydarzenie na miarę wejścia w kontakt z dziełami Michała Anioła, dajmy na to. W oryginale.

Zatem ujrzawszy Łoterloo, weterynarz zapałał dziką żądzą. I nie ustał, póki jej nie zaspokoił. A gdy to się stało, natychmiast musiał podzielić się informacją z Tą, Która Wprowadza w Tajemniczy Świat Królestwa Obuwniczego (w skrócie: TeSKO)

A potem się nam przypomniało, że przecież w szafie mam więcej irregularków, które koniecznie należy obejrzeć, więc umówiłyśmy się na kawę i będziemy ją pić w wiatrołapie, siedząc na podłodze i kwicząc ze szczęścia przy wyciąganiu kolejnych barwnych pudełeczek z mieszkańcami TeSKO.
Teraz wreszcie wiem, dlaczego zamontowano w tej części domu ogrzewanie podłogowe. Czego zasadność była wielokrotnie podważana przez Prezesa.
Tyłki by nam zmarzły, nie?

PeeS Uważam, że firma IC powinna mi już płacić działkę, bo weterynarz nie jest pierwszą osobą zwiedzioną przeze mnie na obuwnicze manowce oraz pokuszenie.

28 grudnia 2015

2174

Kupa mięci, mięci kupa. Na wypadek, gdyby znów wpadł jakiś pisofob i nacierał argumentem, jak to jego ulubiona partia chroni przyrodę ojczystą (tak, to już było). Otóż wniesiono właśnie projekt ustawy Prawo Łowieckie, który wyrzuca do kosza wszystkie postulaty naukowców, obywateli i organizacji społecznych. Ponieważ to projekt poselski, nie będzie poddawany konsultacjom społecznym. Jesteśmy świadkami tworzenia prawa jak za komuny: zero argumentów merytorycznych, ważne że zadowoli garstkę oficjeli. I ich wiernych bałwochwalców.

24 grudnia 2015

2173

W ubiegłym roku udało mi się ładnie Wam pożyczyć (proszę, TU). Istotnym punktem była informacja, że abonament może zostać przedłużony w kolejne Boże Narodzenie. Otóż, wyobraźcie sobie, po niewielkim namyśle doszłam do wniosku, że jesteście dokładnie tak samo fajni, jak rok temu. Co tam! Nawet jeszcze fajniejsi - w końcu wytrzymaliście ze mną następne 365 dni!

Zatem... przedłużam Wam abonamet!!! Czerpcie pełnymi garściami!


Very Merry, Najmilsi!


23 grudnia 2015

2172

O człowieku, który uratował święta.
Tak, był pan i naprawił nam zmywarkę.
Trudno opisać, co czuję.

***

Łoterloo: A co ty tam tak chrupiesz zawzięcie?
Prezes: Rureczki* o nazwie "Ta już na pewno będzie ostatnia".

***

Łoterloo (odkrywając, że na parapecie koło wyjścia nie ma fajek): Bosz, jakie życie jest ciężkie.
Zuzanna: Och, masz takie ciężkie życie, faktycznie. Musisz wyjść w różowej piżamie w sówki na własny ganek przed własnym, nowym domem, żeby zajarać. Po prostu tragedia.

***

Zapomniałam Wam donieść, że odkryliśmy wreszcie pizzerię na telefon koło domu. (Nadal nie wiemy czy tu są taksówki). Odkryliśmy nie tylko teoretycznie.


Punktem odniesienia jest Edek.
Stwierdzenie, że następnego dnia nic nie jadłam, pozostaje jedynie formalnością.

***

W przeglądzie tygodnia musi znaleźć się również ilustracja zagłębia mgieł, o którym już zdaje sie wspominałam.


Jak to, co to jest? To jest dom sąsiadów. Chyba oczywiste. Nasz płot, nasze tuje, nasz sąsiad. W dni mgliste - teoretyczny.

***

Poza tym dziękuję, koty mają się znakomicie. Relacja na żywo.



Ale o co wogle chodzi? Przecież jeszcze nie był.
Dżizas.


* Rurki z nadzieniem waniliowym z Lidla. Niby wszyscy je mają, ale tylko te są dobre.

2171

To się, kurwa, w głowie nie mieści! (klik)

22 grudnia 2015

2170

Makowce upieczone. Zawijańce z jabłkami dochodzą. Zostały serniki i lukrowanie pierniczków. Luzik.

Bardzo dobrze pracuje mi się w nowej kuchni, szczególnie dziś, gdy kupiliśmy dwa garnki i one służą jako podstawka pod laptop, który emituje filmy o wymowie nieświątecznej. Poza tym w otwartej kuchni nie czuję się wykluczona społecznie. I gdyby nie zepsuta zmywarka, wszystko byłoby po prostu idealne. Na szczęście pan naprawiacz dzwonił, że wpadnie jutro w południe, więc jest nadzieja, że ocali święta.

Po prostu uwielbiam, gdy w cichym domu pachnie choinką i pieczonym właśnie ciastem. Gdybym nie była taką chujową panią domu, to piekłabym ciasta częściej. A już choinkę to mogłabym mieć na okrągło, szczególnie taką, jak w tym roku. Spełniła moje marzenia i całe szczęście, że Prezes nie pozwolił mi kupić większej, bo za cholerę nie weszłaby do hallu, musiałby ją urąbać od dołu, na którą to okoliczność mielibyśmy zbiorową histerię. Jego, że musi zostać operatorem siekiery lub piły (choć ma zapędy), a moją, bo na pewno dół najładniejszy, będzie krzywo i wogle ZUO. Więc nabyte za ciężkie pieniądze drzewko okazało się doprawdy idealne. Ucięłam tylko czubeczek, żeby się zmieściła gwiazda i choinka jest gęsta, ogromna, rozłożysta oraz obarczona moją wielką miłością.
- Jesteś szczęśliwa? - Zapytał w samochodzie, gdy wieźliśmy opakowany w siatkę pachnący łup.
Wymruczałam coś potakująco, bo właśnie w środku rozleciałam się z zadowolenia i zrobiło mi się miękko. Owszem - jestem szczęśliwa jak nigdy w życiu. Nawet mi ta zmywarka nie psuje, choć przeszkadza.

Dobrze tak wyskoczyć na fajkę w ciemność ogrodu i potem otworzyć drzwi, dać się otulić ciepłem domu, zapachem ciasta, zobaczyć obłędne drzewko (w tym roku srebrno-niebieskie), potknąć się o kota. I... tego.
I fajnie mieć razem parę dni wolnego.
Lubię.

21 grudnia 2015

2169

Ostatnio przez fejsa przewinęła się taka grafika:


Dziś zastanawiałyśmy się z Zuzią, jak Prezes to wytrzymuje. Bo my jesteśmy spokrewnione. I dość burzliwe. Zwłaszcza w relacjach między sobą.

Więc tu gadamy, tu przepychamy się o głos, za chwilę krzyczymy na siebie, pięć sekund później ryczymy ze śmiechu, czekaj, ja pierwsza, ja ci opowiem, hahaha, ale mnie wnerwiasz, cicho bądź, cicho, wytrzymać się z tobą nie da, to z tobą się nie da, ja jestem u siebie, ja też jestem u siebie, ale czekaj, coś ci opowiem, hahahahahaha, a u mnie jeszcze śmieszniej itd. Na okrągło. No, chyba że się nas od siebie izoluje albo izolujemy się z własnej woli. Będąc w parze gadamy ciagle i produkujemy masę emocji. Przy tym szalenie istotne jest, kto pierwszy wysyczy "bezzzzz ssssenssssu"* lub, ewentualnie, "chyba twoja matka"**.
Zasadniczo można by to przekuć w energię elektryczną, nie? Przynajmniej byłby jakiś pożytek.

Jest więc tajemnicą, jak on to znosi. Istnieje przypuszczenie, że się całkowicie wyłącza. Albo lubi, tylko wstydzi się przyznać.
A grafika, przynajmniej w odniesieniu do nas, bardzo prawdziwa.



* To stały element rozmów, bo Zuzia w latach szczenięcych zwykła była kwitować w ten sposób wszystko. AB-SO-LUT-NIE WSZYST-KO. Robiła urażoną minę i syczała "bez sensu". I nie było można z tym dyskutować, bo żadna logiczna argumentacja mojego dziecka się nie imała.

** "Chyba twoja matka" jest jeszcze lepsze, bo nie wiadomo czy bardziej absurdalne, kiedy ja to mówię, czy kiedy ona.

19 grudnia 2015

2168

Było cudnie. Mnóstwo pozytywnej energii, kilka tysięcy serdecznych, otwartych, uśmiechniętych osób. Wszyscy mili, kulturalni, pomocni. Nie spodziewałam się takich tłumów!

Proszę, jaka byłam wyszykowana!
Kiedy przyjechaliśmy, ludzi było zaledwie kilka setek. I nagle zaczęli nadchodzić. Ze wszystkich stron! Szli od pomnika Marszałka, z jednej i drugiej strony ul. Jagiellońskiej, od Białego Domu, mniejszymi i większymi ulicami. Pojedynczo, parami, w grupach - z dziećmi, na wózkach inwalidzkich, z pieskami. Mnóstwo osób starszych, często w bardzo podeszłym wieku.
- Uważaj, żebyś się nie potknął, tato - powiedziała trochę starsza ode mnie pani.
Odwróciłam się robiąc przejście, za mną stał uśmiechnięty staruszek, dobrze po osiemdziesiątce. Ludzie życzliwie ustępowali mu z drogi, ktoś podtrzymał pod ramię, żeby mógł sobie przejść do samego centrum wydarzeń. Spotkaliśmy moich kolegów z podstawówki, naszą panią weterynarz z poprzedniej lokalizacji, kolegę Prezesa z pracy. A to wszystko pod drzwiami mojej Alma Mutter .

Początek, ludzie zaczynają się gromadzić.
Organizatorzy troskliwie dbali o bezpieczeństwo. Prosili, by mieć baczenie na osoby dookoła siebie, nie potrącić nikogo kijami od flag i transparentów, nie wnosić szklanych przedmiotów.
- Szanowni państwo - nawoływał jeden z prowadzących. - Wiemy, że jest fajnie i macie dużo dobrej woli, ale bardzo prosimy, aby pod żadnym pozorem, nawet w szale największego rozochocenia, nie odpalać rac ani niczego, co mogłoby zrobić krzywdę komukolwiek.
Śpiewaliśmy, skakaliśmy, machaliśmy flagami, przy gromkich wybuchach śmiechu recytowaliśmy "Pana Tadeusza", którego fragmenty - nieoczekiwanie dla niektórych - okazały się niezwykle aktualne i pasujące do sytuacji.

Niektóre transparenty były bardzo zabawne.




Był hymn, przy którym klucha stanęłam mi w gardle (cztery zwrotki!) i "Oda do radości" - tę uwielbiam. Raz jeden ktoś z tłumu się rozkręcił i zaczął minimalnie "jechać" po zwolennikach opcji rządzącej - organizatorzy natychmiast to przerwali.
- Proszę państwa, nie wznosimy takich okrzyków. Jesteśmy tu po to, by się jednoczyć, a nie, żeby znajdować różnice. Nieważne preferencje polityczne.
I już do końca manifestacji nikt nawet nie próbował. Ujęło mnie to bardzo.

Pieski też przyszły coś zamanifestować.


Albo po prostu pobyć.


Mam tu dla Was filmik, żebyście zobaczyli, jak szczelnie wypełnił się katowicki plac Sejmu Śląskiego. Niestety jestem nikczemnego wzrostu, a nie wzięłam zuzinego kijka do selfie, więc sobie to pomnóżcie. Na pewno lepsze filmy będzie można znaleźć, bo nad placem przelatywał samolot - zabroniono używania dronów, żeby nie było dowodów na liczebność tych manifestacji (zachichotała).


- Selfika!!! - Wrzasnęła w pewnym momencie moja przyjaciółka.
- Dzióbka! Dzióbka dajesz!

Jak zwykle w takich sytuacjach - miszczostfo drugiego planu.
Ale oczywiście nie, bo torba myśli, że półprofil ma lepszy.

***

- Dziękuję ci, dziecko, żeś tam poszła - oznajmił tato znad herbaty. - To, co się teraz dzieje, ten protest zwykłych ludzi przeciwko zdziczeniu jest naprawdę ważny.
- Następnym razem zabiorę was ze sobą. Możecie rzecz traktować jak sobotni spacer. Wypuszczę was na, rozumiesz, wybieg - uśmiechnęłam się, żeby nie było widać, że nieoczekiwane uznanie w oczach ojca rozmiękczyło mnie całkowicie.

***

To, o co poszliśmy się upomnieć, co poszliśmy chronić jest jedną z największych wartości, jakie mamy. Nie dajmy sobie tego odebrać.

17 grudnia 2015

2167

Pozwolę sobie na zgrabną parafrazę. Otóż, Moi Drodzy i Kochani:

JEŚLI WIĘKSZOŚĆ PARLAMENTARNA PODNIESIE RĘKĘ NA WYPRACOWANY W TRUDZIE I ZNOJU PRZEZ OBYWATELI TRÓJPODZIAŁ WŁADZY W POLSCE, TO JEJ - TEJ WIĘKSZOŚCI - OBYWATELE TĘ RĘKĘ UTNĄ.

Zachęcam serdecznie do wzięcia udziału w proteście. Tym razem nie tylko w stolicy, ale też lokalnie. W naszym przypadku są to Katowice i my idziemy. W celu pozyskania stosownych informacji, należy udać się TU i TU.

Ponad podziałami, ponad preferencjami politycznymi, zainteresowaniami, wzrostem, zarostem, wagą, przewagą - dla Polski. I w końcu dla nas samych, żeby się nam dobrze żyło. Bo na przystanku "państwo totalitarne" nasz pociąg już stał. Nie chcemy, żeby znów się tam zatrzymał. Ani nawet, żeby tamtędy przejeżdżał.

I nie mówcie, że sobota przed świętami.

TRZEBA NATYCHMIAST ŻYĆ. JEST PÓŹNIEJ NIŻ SIĘ WYDAJE!

13 grudnia 2015

2166

W sprawie kretów.
Ja ciągle narzekam na krety, a oczywiście nie ma opcji, żebym skrzywdziła stworzenie boże, co było do okazania na przykładzie myszy. Czy co ona tam za gatunek reprezentowała. Też ryje, dziury zostawia, ale kotu marki Zofia z ryja wydarłam. Bo jakże to tak?
No więc narzekam i wszyscy, WSZYSCY pocieszają identycznie:
ŻEBYŚ WIEDZIAŁA, ILE U MNIE JEST!

Really?


Really?!


REALLY, QUERVA?!!


Jedyną osobą, która zachowała resztki godności, był mój szwagier Marek, co to był głasknął:
- Pamiętaj, że krety ryją tylko w dobrej ziemi.
No, super.
Ale zaraz się poprawił:
- Żebyś wiedziała, ile u mnie jest!

W każdym razie jako jedyny znalazł stuprocentowo skuteczne rozwiązanie.
- Zalej betonem i rozwiń sztuczna trawę.
Hej ho, hej ho, do pracy by się szło... A, nie - przyniosłam dziś cztery wiadra węgla do pieca (Prezes przed wyjazdem w delegację kazał mi nosić jedno dziennie, bo tak trzeba, a potem wyszło na jaw, że sam się nie stosuje i pojechał grać w planszówki) i mi się odechciało. Tak, przy okazji wyniosłam odpady, sprzątnęłam śmieci, zrobiłam dwa prania, przeładowałam zmywarkę, wypchnęłam za drzwi koty, ustałam w miejscu, gdy zderzyły się ze mną wracając w tempie pocisków armatnich. A przecież mamy niedzielę, c'nie? Dzień odpoczynku, jego mać.

***

Choinka stoi w wiadrze z wodą koło domu, bo pod wiatą się nie zmieściła. Co za żal, że nie uparłam się przy największej dostępnej. Jakoś byśmy dowieźli przecież. Najwyżej Prezes biegłby za samochodem. Ruch na świeżym powietrzu jest wszakże człowiekowi niezbędny.

***

Jutro premiera tomu pierwszego...


... więc jadę odebrać te moje 1300 stron.
MNIAM.

12 grudnia 2015

2165

- Gdzie ty jesteś, dziecko?
- No, właśnie. Chciałam to omówić. Pojechałam do Rossmanna do Tychów, bo w Chełmku był już zamknięty. A że pożyczyłam sobie GPSa od Prezesa, to wcisnęłam "prowadź do domu". I wiesz, gdzie się ocknęłam? W Katowicach!!!
- Nie zmienił adresu, a to gupek! Czyli rozumiem, że jesteś obecnie w jakiejś dupie?
- Skąd, jestem koło domu. W dupie już byłam.

***

- Zuziu, proszę tu przyjść natychmiast, musimy omówić pewną poważną sprawę!
- Co się stało?
- Komputer w GPSie podaje średnią prędkość 84 km/h. A maksymalną: 1335. I ja się chcę dowiedzieć, dokąd ty tak zapierdalasz?!!

***

- Mamoooo, w Londynie najfajniejsze są M&M'sy, wiesz?


- A jest jeszcze coś fajnego?
- Tak. Mikołaj w autobusie.


9 grudnia 2015

2164

Czwartek, 9 grudnia

Chyba się porzygam.

Szef: A co ty w ogóle robisz?
Łoterloo: Mapuję procesy.
Szef: Co robisz?!!
Łoterloo: Razem z P. mapuję procesy do tej nowej książki.
Szef: O, Boże! Ty to robisz?! To cudownie! Rób, rób!!!

Wszyscy szczęśliwi.
Wróciłam właśnie do domu, żeby zredagować rozdział do książki. A co? Nie mówiłam, że do procesów doczepiony jest tekst?
I się porzygała.

Państwo audytorstwo zrobiło się po spotkaniu ze mną jakieś nerwowe. A podkreślam, że było to spotkanie kwadransowe, bo ja nie mam czasu na półtoragodzinne pitu-pitu. Z wrażenia chcieli mi wprowadzić do działu procedurę, ale poradziłam, żeby się kopnęli w głowę.

Update
Wyszłam przed dom i nic nie było widać, ale słychać owszem. Packę. Packę przesuwającą się po tynku. Znaczy prace trwają.
I dziecko wróciło z Lądka Zdroju. A, nie! Z Londynu.


2163

Pamiętacie, jak niedawno przychodził tu taki mały, śmieszny człowieczek i dowodził, że oto nadejdzie era PiSu, a nasza kraina zamieni się w miodem i mlekiem płynącą? Na pierwszy rzut poszły w ruch argumenty o lasach państwowych. No to teraz można zobaczyć, co PiS robi z Puszczą Białowieską.

Oto dowód na potwierdzenie teorii, że te świry zniszczą wszystko, co na ich drodze. Zabiją, zadepczą, zaorzą. I wyleją beton.

8 grudnia 2015

2162

Wtorek, 8 grudnia.

Rusztowania u sąsiadów nadal stoją. Na rusztowaniach jakiś człowiek, ale nie widać kto, bo jest ciemno. Nie widać też czy grasuje z werwą. W ogóle nic nie widać. Oprócz wielkiej kuli ze światełek choinkowych, którą powiesili, żeby nas wkurwić.

Pod drzwiami tarasowymi znowu rezyduje Karol sąsiadów i Zofię doprowadza to do białej gorączki. Dziesięć minut temu powiedziała wszystko, co sądzi o tej sytuacji. Bardzo głośno, dobitnie i na pewno ordynarnie. Wnoszę po dużej liczbie spółgłosek syczących.

Grasujemy po sklepach i kupujemy bombki. Czujemy się jak partyzanci, bo zachciało nam się choinki przyozdobionej na niebiesko i teraz dochodzimy do wniosku, że to chyba jakiś niemodny albo zakazany kolor. Niebieski czubek wyrwaliśmy w niedzielę pewnej korpulentnej niewieście. Dla niepoznaki odzialiśmy się do tego czynu młodzieżowo i naciągnęliśmy na twarze kaptury.

W pracy kolega przyszedł i zaczął się łasić, żebym mu zrobiła mapowanie procesu. A ja mam akurat audyt, więc zaproponowałam, żeby kupił mi buty. Zgodził się nader entuzjastycznie, więc od razu zrozumiałam, że czeka mnie wiele godzin dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty. Ale może będę ją przynajmniej wykonywać w jakimś rzucającym na kolana pantofelku. Albo też i dwóch.

Audyt to jest coś, co wyprowadza z równowagi nawet świętego.

Złamałam sobie paznokieć i boli mnie palec.

Zuzia kopnęła się do Londynu i przysyła selfies. Pierwsze było z przesiadki, a konkretnie ze szczytu Pałacu Kultury. W odpowiedzi zrobiłam takie samo z mojej ostatniej komnaty w najwyższej wieży.
- Ja jestem na 30. piętrze - odpowiedziała. - A ty?
- A ja na najwyższym.
W akcie zemsty dosłała selfie z Big Benem. Po błyskawicznej analizie sytuacji doszłam do wniosku, że z dużych rzeczy mam tylko debet na koncie i tyłek. Zrezygnowała z oglądania.

Na dzisiejszym zebraniu kolega wysyłał mi informacje na WhatsAppie. Kolorytu sytuacji dodaje fakt, że siedział obok. Tak - krzesło w krzesło. Przeszłam załamanie nerwowe. Zawsze odczuwam niepokój, gdy jakiś mężczyzna zwraca się do mnie per "Asieńko". W związku z moją reakcją, dorzucając hojnie wykrzykników, popędzał, bym zamówiła sobie buty natychmiast. Boję się, że potrzebuje tego mapowania na jutro. Jakie to podłe. Ludzie są tacy mali. I płytcy.

Prezes robi w swoim gabinecie coś, co wymaga okresowych okrzyków typu "Hekatomba!". Dla ukojenia nerwów udałam się do kuchni, uzyskując efekt całkowicie odwrotny.
- Słuchaj, jak wróciłam z pracy, to zastałam na blacie pińcet kubków i szklanek z zużytymi torebkami po herbacie. Wywaliłam to wszystko do śmietnika, powkładałam skorupy do zmywarki, wchodzę do kuchni, a tam kubki z zużytymi torebkami po herbacie!!!
- Asieńko*, jesteś taka piękna, gdy się denerwujesz...

Dochodzi dwudziesta, a ja pracuję. Zło czai się wszędzie.

* A nie mówiłam?!

7 grudnia 2015

2161

Chyba zaczną prowadzić taki pamiętnik.

7 grudnia.
Sąsiedzi rozpoczęli remont domu. W sęsię, że tynki*.
o_O
A więc istnieje ktoś, kto wierzy w prognozy pogody!

* Tak, pan z packą napieprza po rusztowaniu w całkowitych ciemnościach o 18:00.

4 grudnia 2015

2160

System szybkiego reagowania w fabrycznych windach działa bez zarzutu.

W ramach przepychanek windowych zdarza się, że ktoś wciśnie niechcący alarm i dziś byłam to ja. Dupo. W międzyczasie winda dojechała do kolejnego przystanku, a że przepychanki nadal trwały, pani automatyczna wygłosiła do nas orędzie:
- Winda nie może ruszyć. Proszę odsunąć się od drzwi.
Naród prysnął w różne strony, a z głośniczka dobiegł chichocik oraz uprzejme pytanie:
- Czy wszyscy już się odsunęli?
- Wszyscy! - Dziarsko zameldowałam.
- Zatem miłego dnia - odpowiedział głośniczek i pojechaliśmy dalej bez przeszkód.

Ci z klaustrofobią mogą w fabryce czuć się bezpiecznie.

3 grudnia 2015

2159

Prezes: Co to jest?
Łoterloo: Pamiętaj, że wścibstwo wiedzie ku nieszczęściu.
Prezes: Niepokoi mnie kształt tego pudełeczka. Czy dostrzegłem skrócik IC?!
Łoterloo: Prostą, prostą drogą. Prostą i strzelistą. Jak autostrada.
Prezes: A więc znowu to zrobiłaś.
Łoterloo: Nie wydaje ci się, że śmierdzi kupą? Koniecznie sprawdź kuwetę NOW.
Prezes: Przyznaj się, ile masz już par tych irregularków?
Łoterloo: Nie wiem.
Prezes: Kręcisz. Zeznawaj mi tu zaraz.
Łoterloo: Ja wiem? Z dziesięć...
Prezes: Dziesięć?!!!
Łoterloo: ...może piętnaście. Kto by tam liczył, gdy życie takie krótkie.
Prezes: Sprawdzę tę kuwetę.


30 listopada 2015

2158

Postanowiliśmy zemścić się na kotach. Niechże sobie nie myślą, że wszystko im wolno (szczególnie Zofia). Jak postanowiliśmy - tak zostało uczynione. Podłość ludzka nie zna granic. Żadnej możliwości ucieczki przed zamykaniem w kontenerku. Uników i zwodów. Okopywania się w garderobie i pod łóżkiem. Żadnych histerii w samochodzie. Wycia. Rzucania się na ziemię. Łkania. Naciągania na wymioty. Zapierania się pazurami w przejściu. Omdleń. Dostawania gorączki i zrzucania futra. Pocenia się stóp. Tacy jesteśmy podstępni!

Weterynarz ze szczepionkami przyjechał do domu.

29 listopada 2015

2157

Łoterloo: Rzucam cię.
Prezes: Ale tak na zawsze?!
Łoterloo: Idę spać do gościnnego. Wnerwia mnie, że tam jest taki niezwiązany zapach.
Prezes: Z czym niezwiązany?
Łoterloo: Z nami niezwiązany.
Prezes: A gdzie ja będę spał?
Łoterloo: W sypialni.
Prezes: Ale jak? Tak SAM w sypialni?!
Łoterloo: To śpij se, gdzie chcesz, tylko pamiętaj, że w gościnnym łóżko jest o 20 cm węższe.
Prezes: Ale tak sam w sypialni?! Będę tam leżał i myślał, że ty jesteś nie wiadomo gdzie?!!!
Łoterloo: Wiadomo. 5 metrów od ciebie.
Prezes: Nie będę spał sam w sypialni!
Łoterloo: To nie śpij.
Prezes: A jak ja tam nie zasnę?
Łoterloo: Gdzie nie zaśniesz?
Prezes: W gościnnym.
Łoterloo: To nie śpij.
Prezes: Nie będę spał sam w sypialni!!!

Niech mi ktoś przypomni, co mną kierowało, kiedy związałam się z tym człowiekiem.

17 listopada 2015

2156

Normalnie w tym szaleństwie bym przegapiła, że blożek obchodzi dziś urodziny. Dziewiąte, jakby kto nie wiedział. Chciałabym popełnić na tę okoliczność jakieś wiekopomne dzieło, ale nie-mam-kurwa-czasu.

Na pocieszenie odwołam się jedynie do dzisiejszego wydarzenia, które niezmiernie mnie rozbawiło (i bawi nadal). Albowiem dowiedziałam się, że mam uśmiech jak Mona Lisa, co wprawiło bruzdę w radosny dygot, produkując serię przeróbek słynnego malowidła, z których najulubieńszą zamieściłam już dziś na fejsbuczku. Zatem tu: druga w kolejności.

No i niech się święci pierwszy maja! Miłość i pokój (a chętnie nieco więcej przestrzeni).


16 listopada 2015

2155

- Czy mogę cię prosić, abyś coś zrobił z tą dyskoteką? - zapytałam kolegę z technicznego, wskazując na migoczącą jarzeniówkę w korytarzu przed moim pokojem. - Mam od tego ataki padaczki.
- Mógłbym - przystał życzliwie. - Ale nie w tej chwili, ponieważ to nie jest takie ważne, bo nie dzieje się stale.
- Nie? - zapytałam zaintrygowana.
- Nie - odpowiedział, a potem podszedł do ściany i nacisnął wyłącznik. - O, widzisz? Przestało.

Faktycznie. Grunt to znaleźć jak najmniej energochłonne rozwiązanie.

13 listopada 2015

2154

Piątek.
Trzynastego.

Zostałam dłużej w pracy, ponieważ postanowiłam zakończyć jeden temat, żeby nie rozpoczynać od niego kolejnego tygodnia. Nawet przyzwoicie mi poszło, więc - zadowolona - wsiadłam do samochodu i ruszyłam w stronę domu. Właśnie wjechałam do Katowic, gdy zadzwoniła Zuzia.
- Mamo, facet rozbił mi auto. Mam wzywać policję?
- Wzywać - odpowiedziałam. - Gdzie?
Na szczęście to moje dziecko, więc nie odpowiedziała, że z prawej strony.
- Pod Silesią.
Zamiast jechać prosto, wrzuciłam kierunkowskaz i odbiłam w prawo.
- Zaraz będę.

Faktycznie - auto zmasakrowane, gość wymusił pierwszeństwo z podporządkowanej i załadował jej, jadącej na wprost drogą z pierwszeństwem, centralnie w drzwi. Zdążyłam przed policją, a i na funkcjonariuszy długo nie czekaliśmy. Oczywiście okazało się, że miałam nosa, bo Zuzia później mi powiedziała, że facet i jego żona od razu wyskoczyli z pretensjami, że miała włączony kierunkowskaz i chciała skręcać w prawo, tylko się rozmyśliła. Jakby to miało jakieś znaczenie. Od razu sobie wyobraziłam, jak kręcą w zeznaniach do ubezpieczyciela  i mi się odechciało. W każdym razie mój przyjazd i obecność policji podziałały na państwa wyciszająco, pan się przyznał, dostał swój mandacik oraz punkty, elegancko przeprosił całując nas w wypielęgnowane rączunie, zdarzenie zostało opisane przez funkcjonariuszy i mamy pewność, że cudów nie będzie.

W tej beczce dziegciu trafiła nam się jednak łyżka miodu, ale niestety muszę przyznać ze wstydem, że całkowicie w moim stylu. Po dokonaniu czynności funkcjonariusze grzecznie się pożegnali i poprosili Zuzię, żeby przestawiła samochód, ponieważ już do nas podjechali przez trawnik i nie chcieli wykonywać tego w drugą stronę. Zuzia kulturalnie zrobiła im przejazd. Mieli idealną sytuację oraz mnóstwo miejsca, żeby cofnąć na wprost bez poruszania kierownicą, a potem odbić leciutko w lewo i wyjechać z zatoczki.
- Patrz - mruknęłam do Marty, koleżanki Zuzi, obserwując jak w zwolnionym filmie manewry policyjnego kierowcy. - Zaraz przyłoi w...
ŁUP!
Przywalił w latarnię!!!

Niestety, ach niestety, nikt nie zachował się z godnością. Marta i jej napadowy atak kaszlu schowali się za samochodem, by tam konać w spokoju. Sprawca stłuczki i jego syn aż się zataczali ze śmiechu. Robiłam wszystko, żeby zachować powagę, ale niechcący spojrzałam na swoje dziecko, które było czerwone, wybałuszone i łzawiące. I nie wytrzymałam. Po prostu się nie dało.
- Gdyby czepiali się w komendzie - upewniwszy się, że nic mu nie jest, wycharczałam do strapionego policjanta, oglądającego zderzak - niech mnie pan wezwie na świadka. Ja zeznam pod przysięgą, że ona na pana skoczyła!!!
Westchnął, machnął ręką i pojechali. Na szczęście nic się nie stało. Ani funkcjonariuszom, ani radiowozowi.

A ja, cóż... Nie wymyśliłabym takiej sytuacji, choćbym nie wiem, jak się starała. Ech, życie - ono pisze najlepsze scenariusze.

11 listopada 2015

2153

Teatrzyk Zielona Chatka ma zaszczyt przedstawić...

Występują:
Prezes
Łoterloo
Karolek
Niezręczna Cisza

Łoterloo: Co zrobisz, jak Karolek rozchoruje się i umrze?
Prezes: A co się będę przejmował czymś, co wydarzy się za 25 lat?!
Niezręczna Cisza - zapada.
Prezes (2 sekundy później, rzucając się na podłogę obok Karolka): Nie zrobisz mi tego, Karolku!!!
Karolek - durnieje, bo nie wie, o co chodzi, ale jest dość zadowolony ze wzbudzonego nagle zainteresowania.

10 minut później.

Łoterloo: Coś się porobiło z czasem, bo kiedyś mówiłeś, że to będzie za 40 lat.
Karolek - nadal jest zadowolony.

Kurtyna.

9 listopada 2015

2152

Od dziś Zuzanna może kandydować do Sejmu i Parlamentu Europejskiego.

Dopadłam ją w ciemnym przedpokoju.
WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO, CÓREŃKO.

29 października 2015

2151

Zasadziliśmy orzech.


Jeśli, oczywiście, rozumiecie, o co mi chodzi. Orzech na razie jest malutki, ale głęboko wierzę, że urośnie wielki i będzie mi szumiał, cały czas mając coś do powiedzenia. Widzę go z okna sypialni, więc rzucam okiem, gdy tylko tam jestem. Nawet wtedy, kiedy akurat ciemno. Chodzi o to, żeby wiedział, że się nim interesuję. Nawet teraz. Orzech ma bowiem wiele wspólnego z miękkim, jasnym kocykiem we wzorek z odciśniętych, brązowych, kocich łapek. W końcu nie można mieć do nikogo pretensji, że zabrał ze sobą mienie, z którym przybył.

W fabryce tyle roboty, że - jak w kawale - zaczynam biegać w kółko z pustymi taczkami, bo nie mam kiedy ładować. Rozpaczliwie potrzebuję więcej pracowników, ale nie żyję złudzeniami. Przysposobiłam sobie uśmiechniętą młodą damę z zupełnie innej części budynku, a ona ochoczo włącza się w niesienie kaganka oświaty. Gdzieś w środku głowy modlę się, żeby mi ktoś tej dziewczyny nie odebrał, bo koniec. W efekcie nie mam zbyt wiele czasu na myślenie o czymkolwiek innym niż osiemset czynności, które akurat wykonuję równocześnie.
Zaczynam płakać natychmiast po wsiąściu do samochodu po odgwizdaniu końca zmiany. Właściwie to głowa mi wybucha. Gdyby więc ktoś z Was napotkał samochód z histerycznie łkającą kupką nieszczęścia za kierownicą, może mieć pewność, że oto jedzie blogerka niszowa. Ja już tak płaczę od niedzieli. A nawet od poprzedniego czwartku, kiedy nerki okazały się piłeczkami pingpongowymi.
Kwestia opuchniętej twarzy z naciskiem na okolice oczu nie umknęła ludzkiej uwadze, ale nie dopytują nachalnie.

W domu co rusz natykam się na czesiową obecność. A to wejdzie mi w rękę kołnierz ze sztucznego futerka, który Czesio zdobył na wrogu i systematycznie mordował w kąciku, a to się odruchowo czwarta miska na podłodze postawi, czwarta saszetka z puszki wyciągnie, oko ucieknie do stojącego w sypialni koszyczka, który jeszcze wczoraj wyścielał jasny kocyk, cały w odciskach kocich łapek, a to w końcu - zamyśloną - ktoś trąci w nogę, więc jakoś samo się mówi: "No, co tam, Czesiulku?". Jeszcze trzeba smycz ściągnąć z karnisza, bo służyła za stojak do kroplówek. Schować wymyty skrzętnie transporterek, na dnie którego zaschła plamka krwi. Jeszcze do lecznicy pojechać, żeby zapłacić za leczenie i odchodzenie. Futerko usunąć, do którego nikt już nie ma nabożeństwa. Nauczyć się nie rozpadać z rozpaczy na widok Karola, wracającego ze spaceru w srebrzystej obróżce, należącej do kogoś zupełnie innego.
Siedzę przed domem i płaczę, bo dobrze się płacze w ciemnościach przed domem. Jakoś tak. Nikt o nic nie pyta i nikomu nie przeszkadza, że wycieram nos rękawem.

Czesiuniek dużo mnie nauczył i zrozumieją to pewnie wszyscy, który żyją ze zwierzętami. Zawsze się śmiałam, że trafił nam się kot dla początkujących - pogodny, energiczny, pozbawiony focha, uwielbiający kontakt w każdej postaci z ludźmi i zwierzętami. Jak się okazuje, najbardziej brak mi tego, co wcześniej wydawało się irytujące: bezustannego gadania, trącania mokrym noskiem w gołą łydkę i wpychania kilogramów włosów do nosa. Pozostałe koty nie linieją z taką intensywnością. Choć może to był objaw choroby, a my po prostu nie zrozumieliśmy. Ale nie będę nad tym rozmyślać, bo takie rzeczy prowadzą autostradą do olśnień z gatunku: "Gdybym wcześniej...". Po prostu liniał, tak miał, mój maleńki, biały kłębuszek.

Wiem, był z nami tylko rok. Ale z uwagi na cechy charakteru pokochałam go od pierwszego wejrzenia i czułam się z nim wyjątkowo mocno związana. I koszmarnie mi go brakuje.
Wiem, czas leczy rany. Niejeden plasterek czas przylepił mi na dziurkę w sercu. Krzywe te plasterki, klej mają słaby, odłażą po brzegach i z ranek zawsze troszkę się sączy, ale mniej bolą takie zalepione. Jednak czas jest nieubłagany i... ma czas.
Wiem, zwierzęta żyją krócej niż ludzie, więc wiele ich odprowadzamy, wycierając bulgoczące nosy rękawem, gdy zdaje się nam, że nikt nie widzi. I oczywiście to nie jest powód, by nie pokochać całym sercem następnego, bo serca mają nieprawdopodobną pojemność, a miłość się nie dzieli, tylko mnoży. Ale potrzebuję jakiejś przestrzeni na odwodnienie organizmu. Każdy ma prawo przeżywać śmierć kogoś bliskiego tak, jak uważa za stosowne i dla niego najlepsze. Ja akurat płaczę, milczę oraz chowam się po kątach. Okropnie to denerwujące, że ludzie mnie zmuszają do aktywności, uważając, że tak jest lepiej. Nie jest.

A na koniec powiem, że bardzo mi pomogły Wasze wpisy, takie ciepłe i życzliwe. To, że rozumiecie i współodczuwacie. Babci Ani dziękuję za próbę załatwiania sprawy po znajomości u świętego Franciszka (do łez mnie wzruszyłaś, Aniu), MM za skupienie nad kocykiem (tak, kocyk jest ważny - jestem tego samego zdania), MagdzieM - że pamiętała o czesiowej gadatliwości (jesteś tu zawsze, prawda?), Dorze za brzydkie słowo (bo Dora jest damą), Piesu w Swetrze za Alberta (fajnie jest z kimś dzielić książki), Milo - że przemówiła, choć ją samą boli serce (ściskam Cię, kochana, jak potrafi uściskać ktoś, kto naprawdę rozumie), Dzikiemu lokatorowi za kołysankę (jak Ty się czujesz?!), Mecenasa przepraszam za to, co mu zrobiłam w godzinach pracy (i spieszę donieść, że doceniam to wyznanie), Kruszyźnie jestem wdzięczna, bo się na ochotnika zgłosiła, żeby dźwigać ciężary... I Wam wszystkim - anonimowym i nieanonimowym - dziękuję. Akurat to, że Wy do mnie mówicie, w ogóle mi nie przeszkadza, wręcz przeciwnie. Wszystkie Wasze komentarze spod ostatnich notek czytałam wiele, wiele razy. Tyle fajnych ludzi we tym świecie, naprawdę. I wszyscy akuracik przechodzili właśnie tędy. To nie może być przypadek, nie, nie. Wy - których znam i których nie znam (nie sposób odnieść się osobiście do każdego) - wiedzcie, że niesiecie spokój.

Ach! I jeszcze jedno. Olgo (Olga, do której mówię, będzie wiedziała), wybacz, że jeszcze nie spełniłam swojej obietnicy. Rozumiesz, prawda? Ale myślę o Tobie i się wywiążę. Możesz być pewna.

28 października 2015

2150

- CHYBA NIE POWINIENEM TEGO ROBIĆ...

Zza pleców Śmierci dobiegł tłumiony chichocik. I stukanie kopytem. Kiedy Śmierć się obrócił, Pimpuś z uwagą patrzył w niebo. Z uwagą i napięciem. Najwyraźniej nie słyszał niczego. Śmierć wzruszył ramionami, pochylił się i przykładając kościstą dłoń do kaptura, dodał konfidencjonalnym szeptem:
- KAŻDY MA PRAWO DO MAŁEJ SŁABOŚCI.
Para lazurowych oczu przyglądała mu się z zaciekawieniem. Jedno było trochę bardziej zielone - na pamiątkę. Gdzieś tam, w zupełnie innej czasoprzestrzeni, ciepła dłoń wciąż jeszcze gładziła miękkie futerko, ale Czesiu skądś wiedział, że do następnego spotkania trzeba będzie trochę poczekać.
- Miau?
- NIE PRAKTYKUJEMY. ALE WŁAŚCIWIE... BIERZ.
Delikatny nosek wsunął się pod jasny kocyk we wzorek z odciśniętych, brązowych, kocich łapek. Miękka tkanina przesunęła się po łebku i wylądowała na plecach.
- Miau.
- TO IDZIEMY.
- Miau?
- DA SOBIE RADĘ.

I poszli.
Podobno wyglądali zabawnie: wielki koń, kostyczny Śmierć i mały, biały kotek ze srebrnym, obowiązkowo uniesionym w górę ogonem. I ten absurdalny kocyk.


26 października 2015

2149

Dobrzy, Kochani Ludzie!

Dziękuję Wam. Za czytanie, za dobre słowo, za to, że o nas myślicie, trzymacie kciuki. Bardzo nam to potrzebne.
Z Czesiem jest źle. Przestał jeść, a jest taki chudziutki i osłabiony, że kości mu sterczą na wszystkie strony. Siedzi na środku hallu, rozgorączkowany, kiwa się bezwolnie. Gdy go ujrzałam po powrocie z pracy, pękło mi serce. Przypomniałam sobie Tusieńkę, której nie chciałam wypuścić, bo nie potrafiłam wyobrazić sobie życia bez niej. I tak trzymałam ją z całej siły.
- Zjedz chrupeczka - mówiłam i podawałam jej do pyszczka, a ona, bezsilna już zupełnie, jadła.
I patrzyła na mnie z miłością, a ja trzymałam ją coraz mocniej. Aż do chwili, gdy zrozumiałam, jaka to podłość. I pozwoliłam jej odejść. Widok jej maleńkiego, wychudzonego, osłabionego ciałka na stole w lecznicy nie opuścił mnie do dziś.
Wierzę, że gdzieś na mnie czeka. Tam się spotkamy.

Dziś w Cześku zobaczyłam moją Tusieńkę. Kruchą, niemal przezroczystą, żyjącą siłą woli. I coś we mnie pękło. Nie mogę tego zrobić kolejnemu zwierzęciu. Skoro pora w drogę, trzeba iść.
Nikogo nie było w domu, więc jakoś łatwiej. I ciężej. Przytuliłam go, ucałowałam i pojechaliśmy. Pani doktor na nas czekała. Niestety nie zachowałam się z godnością. Wysmarkałam na stół wszystko, co myślę, by na końcu rozetrzeć sobie makijaż rękawem.
- Nie - odpowiedziała. - Jeszcze nie dzisiaj. Sytuacja co prawda jest beznadziejna, ale niech nam pani da jeszcze jeden dzień. Jeśli gorączka nie spadnie, nic się nie zmieni, dalej nie będzie jadł, pił i sikał, wrócimy do tego jutro.
Nie opierałam się. W końcu w środku mnie wszystko krzyczy, żeby żył.

Po powrocie do domu Czesiu usiadł, gdzie go posadziłam i kiwał się. A ja beczałam. Nad nim, nad sobą, nad nieuchronnością. I bylibyśmy zapewne utonęli, gdyby po około godzinie nagle nie wstał i nie poszedł do miski. Skoczyłam jak łania, w ułamku sekundy przygotowując posiłek.
Skubnął.
Ożesz, jak on mało je! Ale je. Już skubał trzy razy. Przysypia na stojąco. Kiwa się. Ale nie idzie nigdzie, żeby schować się w ciemnym kącie, tylko cały czas trzyma się w pobliżu ludzi i kotów. Mruczy pod dotykiem edkowego języka, obraca się pokazując łysy brzuszek i kładzie łapę na edkowej głowie. Serce mi pęka, ale obstawiam go domownikami, żeby nie był sam nawet przez chwilę. Jutro Zuzia, pojutrze Prezes. Więcej nie planuję, zobaczymy.

Więc, Moi Drodzy, wychodzi na to, że jesteście bardzo skuteczni...
TO DO ROBOTY, CHOLERAJASNAPSIAKREW!!!

25 października 2015

2148

Antybiotyk.
Steryd.
Witaminy.
Sodu chlorek.
Lek przeciwzapalny.
Osłona wątroby.
Preparat niwelujący szczawiany z karmy.
Glukoza.
Probiotyk.
Przy jednym się zgubiłam, nie wiem, co to jest.

Nie przepadam za robieniem kotom zastrzyków i kroplówek, ale robię, bo co? Czesiek nie jest fanem, jakoś znosi. Zaczął wczoraj wstawać. Trochę je. Siku. Kupa. Ufff... Przytulił się do Edka, Edek umył mu głowę. Wyszedł na wycieraczkę przed dom, poharatał pazurkami, przysiadł, żeby obwąchać świat. Słabiusieńki.

Nerki ma mocno powiększone. Brzuch łysy po USG. Łapa po utaczaniu krwi. Małomówny.
Zawsze wiemy, kiedy coś mu dolega, bo milknie. Normalnie pyszczek się zamyka - wymowny taki, obgadajmy to. Przytula się do nas, do kotów. Głaszczemy, miziamy, nosimy, otulamy kocykiem, pozwalamy na wszystko, cokolwiek zechce. Zanosimy do łóżka, żeby z nami spał, ale nie. Przenosi się do swojego koszyczka albo przykrywa kocykiem na kanapie.

Przed chwileczką dzwoniła pani doktor. Mamy chyba niewiarygodne szczęście, trafiliśmy w punkt zaledwie po jednej wtopie z Karolem (opiszę to później). Pyta o samopoczucie Cześka, postępy, zmiany. Zadowolona, koryguje dawkę sterydów na większą, schodzącą w czasie, mówi mi, co znalazła w literaturze, potwierdza nawrót FIPa. Po namyśle i krótkiej wymianie opinii rezygnujemy z leczenia przeciwnowotworowego z uwagi na skutki uboczne.
Jestem wzruszona, że się jej chce, że o nas myśli, poświęca dla nas wolny czas. Dziękuję ciepło, po drugiej stronie uśmiech - to słychać.

A Wy dalej ślijcie dobrą energię, ona krąży w świecie. Za każde dobre słowo jestem Wam wdzięczna, wszystkie czytam po pięć razy. Wierzę, że Was to nie śmieszy i nie oburza, że ja tak. Kocham moje zwierzęta jak dzieci. I jak żadnego dziecka bym nie skrzywdziła i robiłabym wszystko, żeby ratować jego zdrowie i życie, tak samo traktuję futra. Różnica jest tylko taka, że dla zwierząt mam nieskończoną cierpliwość :o) Ale staram się nad tym pracować, daję słowo!


23 października 2015

2147

Czesław jest bardzo chory.

Prawdopodobnie to niechlubny ciąg dalszy poprzedniej infekcji z przytupem. Tym razem wysiadły nerki i stawy. Przesyłanie dobrej energii jest nie od rzeczy. Mnie także, bo jestem całkiem przyzwoicie opuchnięta od beczenia.

22 października 2015

2146

Miałam napisać coś zupełnie innego, ale trudno było się oprzeć. Koleżanka mi podrzuciła, a prawie już zapomniałam o tym filmiku. Nie - żebym żywiła jakieś ciepłe uczucia do Giertycha, bo jest wręcz przeciwnie. Szczególnie z powodu gimnazjów i pomysłu dotyczącego Brzechwy. Oraz kilku innych. Ale trzeba przyznać, że po mistrzowsku i z humorem obnażył pisowskie kłamstwa. Które poddaję pod rozwagę wszystkim głoszącym, ile to dobrego zrobił dla kraju rząd PiS w czasie zaledwie 16. miesięcy.

Nie wierzcie.
Sprawdźcie, jak głosowali.
Te informacje są dostępne w Internecie.

Dobrej zabawy życzę.


21 października 2015

2145

My tu sobie pitu-pitu, a dziecko rośnie. Ja jestem matką chrzestną, to mam zobowiązania, do których należy m.in. popisywanie się. Więc proszę bardzo. Wcześniaczek. Lat cztery z hakiem.




Aniołeczek, nie?


A figę! Diabeł wcielony, dziecko szatana. Uwielbia łamigłówki intelektualne, sadzi takie teksty, że mdlejemy, czyni rozpierduchę bez litości oraz jest podejrzewany o wstępną umiejętność czytania, czym doprowadza nas do zastygania w szlachetnej pozie żony Lota. Poza tym ma się ochotę zamordować go rozgrzanym do czerwoności prętem.

- Czy ty się może będziesz kąpał, szatanie? - Zapytuję w trakcie wizyty weekendowej.
- Będę - odpowiada radośnie i dumnie, wprawiając własną matkę w osłupienie, ponieważ zwyczajowo wrzeszczy: "Nie! Chcę cuchnąć!!!".
- Znakomicie. Prysznic na dole czy wanna na pięterku?
- Wanna na pięterku!
- Jakieś kosmetyki do tego celu pan posiada?
- Nie wziąłem. Chcę żel. Tylko żeby był męski!
- W takim razie bądź uprzejmy wyłudzić od wujka, bo ja mam tylko takie dla dziewczyn.
- Fu! Jak mama - stwierdza dobitnie i zasuwa galopkiem, by wrócić po chwili z Niezwykle Męskim Żelem Do Mycia oraz wielce zadowolonym wyrazem twarzy. - Zrób mi pianę, a potem kakałko.

- Pozbieraj swoje zabawki - mówię u schyłku wizyty.
- Ty mi pozbieraj.
- Pozwól, mój drogi - zachęcam gestem, by podszedł do drzwi tarasowych. - Widzisz, co tam stoi?
- Śmietnik.
- Właśnie. Informuję cię więc, że chętnie pozbieram twoje zabawki i umieszczę je w tym oto gustownym kubełku.
- Nie zrobisz tego!
- Założysz się?

Nikt nie jest doskonały, moi drodzy. Jestem przecież najgorszą matką na świecie, to mogę też być najgorszą na świecie ciotką. Bo kto mi zabroni?!
Prywatnie sądzę, że można by go doprowadzić do porządku w trzy dni. Oczywiście pod warunkiem odseparowania od zgubnego wpływu miłości matczynej. W każdym razie po wyjeździe uroczego dzieciątka odpoczywaliśmy z Prezesem BARDZO. Oraz szybko, żeby się więcej nachapać. Koty też szybko odpoczywały, choć trzeba Dzikowi jedno przyznać - zwierząt nie krzywdzi. Niemniej wrzeszczy, a nasze koty wrzaskom niezwyczajne, więc załapały stresa high level. Karola to nawet musieliśmy powtórnie socjalizować. I to by było na tyle, jak mawiał klasyk.

20 października 2015

2144

A imię jej (21) czterdzieści i cztery!

Jest propeler w narodzie. Ja tu sobie spokojnie siedzę, aż nagle patrzę, a Wy natłukliście ponad 700 000 wejść! W dodatku przez rok i 9 miesięcy! Nie nadanżam za Wami, ludzie. Czasem to sobie myślę, że gdybym jakoś regularnie pisywała lub też i chytała się chodliwych tematów, tobyśta mi tu miliony wydeptali! Nie wiem czy jestem w stanie udźwignąć taką odpowiedzialność. Ja - blogerka niszowa*.

Z sukcesów: po trzech miesiącach od przeprowadzki udało mi się wreszcie przerejestrować samochody i dołączyliśmy niniejszym do grona najgorszych kierowców w Polsce. Dziecko powiada, że wstyd się z tymi tablicami gdzieś pokazać. Ja to się cieszę - rozumiem, że nie będzie pożyczała. Jak pożycza, to oddaje z opróżnionym bakiem, co wyrównuje górą śmieci wewnątrz. Nie wiem doprawdy, gdzie to się wychowało.

- Czy ty też miałaś w tym wieku takie śmietnisko w pokoju? - pyta Prezes, stojąc w drzwiach nory nieobecnej Zuzanny. - Bo ja nie miałem.
- Czy ty, znając swoich teściów, sądzisz, że taka rzecz by przeszła? - niegrzecznie odpowiadam pytaniem na pytanie.
Ale fakt, klęska wychowawcza.

Poza tym zimno. I mało słońca. Trzeba będzie jakoś przetrwać do kwietnia.
(Nie wiem jak).


* Czyt. przynudza.

18 października 2015

2143

Straciwszy rachubę, kto z nami jeszcze mieszka, a kto już się wyprowadził, martwię się na zapas o zdrowie, życie i samopoczucie Zofii, gdy ta tymczasem słodko śpi w moim własnym łóżku, śniąc o kotlecie wielkości boiska do piłki nożnej.
- Kici, kici, kici, Zosieńko - wołam stojąc w drzwiach wejściowych.
Ostatnio widziałam Zośkę raźno maszerującą ku latyfundiom sąsiadów. W pomarańczowej obróżce, bo różową już zdążyła zgubić. Pewnie znowu się wciskała w jakąś dziurę.
- Kici, kici, kici - powtarzam, mocniej opatulając się bluzą, bo biegun.
- Miau - mówi ktoś przy mojej nodze.
- Tak, Edusiu, jesteś bardzo grzeczny, że przychodzisz, gdy matka woła, ale szukamy Zosi - wzdycham zamykając drzwi.
- Zieeeeew - przekazuje mi czarno-biały krokodyl, siedzący w kuchni przy miskach.

I teraz, Kochani, mamy nowy problem. Zupełnie nie wiemy, ile mamy kotów. To ma się również w drugą stronę, bo kociniec sąsiadów zagląda nader chętnie.

14 października 2015

2142

Nie zagłosuję przeciwko.
Dość.
Nie chcę już wybierać pomiędzy faszyzującą prawicą a... faszyzującą prawicą w rękawiczkach.
Nie dam się straszyć, żeby zagłosować na PO, bo inaczej wygra PiS.
Dość mam wciąż tych samych gąb od lat przyspawanych do koryta.
To, jak będzie, zależy tylko od nas.

Idź na wybory.
Nie wykręcaj się wyjazdem, pogodą, opieką nad dziećmi i bolawą nóżką.
Idź i oddaj głos ZA.
Jeśli każdy z nas, którzy od lat mówimy i myślimy o zmianach, odda głos ZA, to te zmiany nastąpią.
Pamiętaj - aby uzyskać efekt, MUSISZ wyjść ze strefy komfortu.
Nie da się zjeść ciastka i mieć ciastka.
W tym roku mamy na kogo zagłosować.
Nie dajmy sobie odebrać tej szansy.

To mówiłam ja.

8 października 2015

3 października 2015

2140

Szczęście wygląda tak:


Wcześniej odbywało dziką, opętańczą galopadę po ogrodzie. Z Karolem, który dał się wkręcić. Wygląda to przekomicznie, zwłaszcza że obaj gnają z uniesionymi kitami.
Ano... są u siebie i dobrze im z tym.

2139

Pewnie ostatni taki piękny weekend w tym roku.
Koty mało się nie rozpadną ze szczęścia - drzwi na taras otwarte, wejściowe otwarte, można łazić wte i wewte do wypęku. Korzystają więc ochoczo, wyprawiając się do sąsiadów oraz eksplorując najdalsze rejony ogrodu. Prezes też korzysta: zasadził 22 tuje, ustalił z sąsiadem, gdzie jest dostawca, który przywiezie do domu krzaki ok. 1,2 m za 9 marnych złociszów sztuka. Weźmiemy ze 30, to będą ostatnie w tym sezonie. Wygląda na to, że jednak poprzedni właściciele trochę przeholowali z ilością lub po prostu chcieli je sadzić jedna przy drugiej. U nas metrowe odstępy - niech tam mają miejsce na rozrastanie się.

Czekamy na gości.
Na górze pościelone, dom posprzątany. Piorę jak szalona, bo wciąż nie mogę się wygrzebać spod góry brudnych łachów made by Zuzanna. Leci trzecia pralka, a zawartość dwóch poprzednich wygląda, jakby miała wyschnąć w słońcu przed zakończeniem kolejnego cyklu.

Obudziłam się dziś o 5, nie wiedzieć czemu.
Zeszłam na dół (koty za mną, bo przecież puste po nocy), wyjrzałam przez okno tarasowe, a tam widok jak z XIX-wiecznego angielskiego kryminału z akcją w wątpliwych zakamarkach Londynu. Niepokojąca, mglista ciemność, słabo rozpraszana światłem latarni, które wydobywało z niej zaskakujące kształty, mroczne i rozmazane. Zapragnęłam to uwiecznić, zorientowałam się, że telefon na górze, więc machnęłam ręką i wróciłam do łóżka. Liczę na kolejną szansę.

Prezes w swoim żywiole.
Po prostu marnował się, chłopak. A to rośliny posadzi, a to trawę skosi, na targ rano pojedzie i przywiezie świeże bułeczki, to w końcu samochód mi opłucze i kosiarkę wyczyści przed martwym sezonem. Szczęśliwy jak pączek w maśle. Gdybym wiedziała, upierałabym się przy tym domu 5 lat temu. Choć może nie byłoby tak fajnie.

Wszystko ma swój czas.

1 października 2015

2138

Jadę sobie onegdaj spokojnie do fabryki, gdyż zrezygnowałam z prucia [1] autostradą, a tu...




Na szczęście na drodze ograniczenie do czterdziestu, bo mnie zatchło [2]. O mało żem jakiejś przyszłości narodu nie rozjechała, co się tamtędy przemykała z tornistrem.
- Oj - rzekłam sama do siebie ze swadą - nie spoczniemy nim dojdziemy.

Jako rzekłam, tak uczyniłam. Dochodzenie zabrało trochę czasu, gdyż uporczywie nie chciano mi udostępnić miejsca do parkowania. Ale od czegóż lisi spryt! Wszak obok Biedra, więc się człowiek upchnął na miejsce postojowe z oznaczeniem "Parking wyłącznie dla klientów Biedronki i to do 30 minut, a jak nie ogarniasz zakupów w pół godziny, to cię odholujemy. Ciulu". Upchłam się, a następnie zbiegłam w kierunku całkowicie wprost przeciwnym, choć strach odrobinę, bo a nuż ciulu [3].

Posiadłszy zdjęcia, rzuciłam się do internetów i proszę. Ogród niewiniątek! (Taaaaa, niewiniątek... no, może poza tą interakcją międzyrasową, ale i tak przypuszczalnie z uwagi na nienachalną urodę).
Poza rozważaniami - pomysł fajny. Szkoda, że to takie brzydkie. Mogli pójść w kierunku postaci z kreskówek.

***

OT.
Najlepsza recenzja tego bloga, jaką czytałam (słyszałam) kiedykolwiek, pochodzi z dziś i brzmi:
Artyści uśmiechu, laboratorium paznokcia.
Wzruszające, nie?

***

Tak, naturalnie, etykieta "perwersje".



[1] Żarcik taki. Przesz po to jest autostrada, żeby był korek, c'nie?
[2] Szczególnie na okoliczność zdjęcia nr 2. Nie wiem, co robią ten czarny z żółtym za płotem, ale sądzę, że on go zapina od tyłu. I teraz muszę wymyć oczy kwasem.
[3] No, dobra, przechytrzyłam ich i poszłam potem coś kupić. Przy kasie udawałam, że ta pani przyszła w futrze i w nim wychodzi.

2137

Taka sytuacja.


Czary mary, diabeł stary i... TADAAAAAM! Taka sytuacja.


Oj, będzie się działo!

30 września 2015

2136

Nie wiem czy Wam kiedyś mówiłam, ale nadano mi w fabryce ksywę. Brzmi ona: Matka Joanna od nauki. Co, oczywiście, szalenie mnie śmieszy*.

* Zwłaszcza w sytuacjach pozafabrycznych. Już dawno uznałam, że to nawet wygodne. Jadę na spotkanie, dzwonię, że jestem, przedstawiam się: Dzień dobry, tu Matka Joanna od nauki.
Satysfakcja gwarantowana.

29 września 2015

2135

Na życzenie Zacofanego w lekturze (kokiet taki) miała być cebulowa. Jednakże w aspekcie zaistniałych wydarzeń, musimy ją przesunąć na inny dzień. Gdyż Dzieje Się.

Otóż przyjechalim z fabryk do domu i rzucilim się do prac różnorakich. Koty - do jedzenia i włóczenia się po ogrodzie. Zuzanna - do bezwstydnego gnicia. Prezes - jak to prawdziwy mężczyzna, do garów. Ja - jako ta wątła kobietka (nieomal kobieciątko), do przygotowania dużego gabarytu, gdyż pojutrze wywóz.
Kursuję sobie spokojnie (dysząc, słaniając się i powłócząc nogami) pomiędzy wiatą a bramą, aż tu nagle Zocha koło mnie przebiega lisim truchcikiem i, imaginujcie sobie, mówi PI.
Ej.
Zocha robi różne zaskakujące rzeczy, ale - jako żywo - nie mówi PI. Nie myśląc wiele (oraz z chęcią) porzuciłam targany balast i nuże za Zochą, która celowała prościutko w drzwi wejściowe. Udało mi się przydybać ją zanim zabunkrowała się na zawsze w jakiejś dziurze. Patrzę, a tu z Zochy wystaje obcy.
- Zocho - przemówiłam więc czule do czterech oczu. - Oddaj obcego.
- Wrrrrrrrr... - odpowiada Zocha, łypiąc jednym z (obecnie) czterech oczu.
- Zocho - podjęłam kolejną próbę. - Oddaj, ja cię proszę, nie bądź torba.
Wierzg, wierzg, odpowiedziały malutkie stopki, wyrastające z pyska Zochy.
Wreszcie dała się ubłagać. Wypluła ciałko i kichnęła rozgłośnie.
- Dobra Zośka, dobra - pochwaliłam. - Pyszne mięsko. Teraz idź się pobawić, a ja przetworzę.

Zadowolona z siebie bohaterka dnia powędrowała do domu, a pyszne mięsko łypało na mnie ze schodów udając trupa. Nawet nieźle mu szło, bo profesjonalnie zesztywniało i powykręcało kończyny w różne strony. Może bym się i nabrała, gdyby nie hiperwentylacja i tachykardia.
- No, dobra, myszo czy kim tam jesteś. Uratowałam ci życie. Spierniczaj, ile fabryka dała.
Mysza wykręciła nogi jeszcze bardziej Żeby Dać Mi Do Zrozumienia. Westchnąwszy, udałam się po rękawicę roboczą, bo nie wiadomo czy w trupim szale mnie taka nie użre. Gdy wracałam, rączo nadbiegł Czesław, który odważnie oddalił się trzy kroki od schodów. Kicał radośnie i gapił się na mnie, dumny ze zdobytej sprawności. Po czym... potknął się o trupa, wrzasnął, podskoczył i zwiał do domu. Trup załapał stan przedzawałowy.

Podniosłam go delikatnie. Był martwy od siedemnastu lat. Łypał dyskretnie bez mrugania, nóżki miał powykręcane i głowę też wykręcił, żeby było bardziej malowniczo. Wiadomo - trza się starać, gdy trafisz na tępaka.


Obejrzałam malucha na ile się dało. Sprawdziłam czy Zocha nie zrobiła mu jakiegoś dodatkowego otworu, ale chyba nie ma wprawy.
- Idziemy na wycieczkę, myszo - podsumowałam i udaliśmy się na koniec ogrodu (czyli jakieś siedemdziesiąt cztery kilometry). Wybrałam miejsce tuż przy płocie, z widokiem na łąkę, tam, gdzie trawa nieskoszona, a latem była dżungla i subtelnie ułożyłam trupa nogami do dołu.


Następnie pogłaskałam delikatnie, jednym paluszkiem po głowie i życzyłam spokojnej podróży. Trup przyjął moje karesy bez rozszalałego entuzjazmu.


Tak się rozstaliśmy. Po piętnastu minutach poszłam sprawdzić czy nie potrzebuje więcej wsparcia. Kilka metrów dalej, w wyższej trawie, coś zupełnie niewidocznego powiedziało PI.

***

Tymczasem dumny Krwawy Morderca Okrutny Mściciel Łowca o Niespożytej Energii Postrach Województwa udał się na drugi koniec ogrodu, wygrzebał w ziemi dziurkę i się zesrał. Tym samym, mam nadzieję, Rozpoczął Proces. (Dziewczynki wiedzą wcześniej).

***

W tym czasie Karol miał cały kominek dla siebie.

28 września 2015

2134

Fascynuje mnie to. Ewentualnie nie oglądajcie.

Najpierw wstałam ja.

Chwilę później wstało słońce.
Owszem, gdyby kto pytał - wisiałam z okna. Na tym mrozie. Ale było mi smutno na myśl, że w kadrze znajdą się ciapki z szyby.

Koty chodzo. Koty lejo sie z innymi kotami. Znaczy... Czesiek nie wychodzi, Edek fuka i spiernicza aż się kurzy, Zocha spiernicza aż się kurzy i wrzeszczy na całe gardło, że ratunku, gdyż jest molestowaną, a Karol oddziałuje całom siłom i godnościom osobistom, na jakom go stać. Trzeba przyznać, że dość skutecznie.

Tu mianowicie mamy spotkanie dwóch Karolów. Państwo zwróci uwagę na rudą parówę bez uszu. Tak, wygrał w konkursie paczania. W pewnej chwili Karol sąsiedzki zauważył chmurkę na niebie, więc odszedł pogwizdując, ponieważ znalazł się tam całkowicie przypadkowo i niezamierzenie. Ot, wzion, przechodził i ups.

Brak uszu oraz stan skupienia i zawartość kota w kocie okazały się przejściowe.
A Zośki nie stresuje kosiarka.
Gdyż w końcu skoszone, a już się bałam, że nic z tego.

26 września 2015

2132

Odczuwam jakąś nieomal atawistyczną przyjemność z patrzenia na ogień i słuchania go. Wiem, że to dziecinne, ale potrafię dorzucić do kominka pół kilo papieru, żeby przyglądać się buzującym płomieniom.
Piec nadal chodzi w trybie letnim - ot, żeby podgrzać wodę.

Tymczasem słynni siewcy sierści (polecam przyjrzenie się obiciu kanapy), czyli lokalne SS, również zalegają naprzeciw kominka w ramach imitowania skór z dzików. Gdzie pójdą jak pada.


Jak to - gdzie reszta? I tak cud, że na kanapie mieszczą się aż dwa koty.

24 września 2015

2131

Ja dla nich zdjęcia z dedykacjami pstrykam, a une jeszcze wybrzydzajo!
Włączo se dźwięk, bo Karol ma im coś do powiedzenia.


21 września 2015

2128

Prezes dokonuje ostatnich poprawek w zuzinej norze. Docierają do mnie strzępy dyskusji.

Prezes (prawdopodobnie o kimś, kto na ekranie): Ale kicha, jest beznadziejny.
Zuzanna: Wiesz, że to nie jest program pt. "Skomentuj to"?

19 września 2015

2127

Pozostawione w damskim gronie - nie licząc kotów - postanowiłyśmy się nażreć. Na tę okoliczność rozpaliłyśmy grill, zakupiłyśmy pstrągi, sporządziłyśmy sałatkę i otwarłyśmy wino. Znaczy wszystko ja zrobiłam, a ona przyjdzie na gotowe, gdyż dzieci to zakała i wrzód na zdrowym organizmie, jak wiadomo*. Pstrąg się piecze, sałatka oczekuje, a wino wprost przeciwnie.

Pstrąga robi się następująco:
Bierze się pozbawioną flaków padlinę, obsypuje pieprzem cytrynowym i zostawia w zlewie, przykrywając szczelnie deskami do krojenia, bo koty już się zgromadziły. Kiedy "przejdzie", trochę się soli (lub nie), do środka wkłada pokrojony w plasterki czosnek, kawałeczki masła i posiekaną natkę (której nie miałam, więc nie włożyłam). Bierze się boczek, kroi w cienkie plastry i owija nimi pstrągi. A potem zamyka w łódeczki z folii aluminiowej. Jeśli ktoś ma, bo ja jeszcze nie, to wkłada takiego gotowca w specjalne grillowe trzymaczki do ryb. I na grilla z nimi.

Po przepis na sałatkę leci się do Dwóch Chochelek, bo obie dobrze gotują i je lubię, albowiem są to fajne kobity - możecie mi wierzyć na słowo. Kto nie zna, oczywiście. Bo kto zna, ten wie.
Oczywiście kolejny raz podkreślam, że nie wolno być kulinarnym Hitlerem. Mnie na przykład ktoś wyżarł wszystkie gruszki i orzechy, więc bez cienia skrępowania zastąpiłam je słonecznikiem i jabłkami. Brak składników potraw nigdy mnie przed niczym nie powstrzymał.

W międzyczasie robi się pranie, ogląda jakiś śmieszny film, pije wino czy tam inną kawę. I jest się zadowolonym z życia, mimo że trawnik nieskoszony, a mroczny kosiarz udał się na imprezę integracyjną i powróci jutro. Zapewne nieświeży.

Teściowa pojechała, a Zuzanna urządziła swoją norę. Z grubsza to tam ładnie wygląda, gdyby nie permanentny bajzel. Jednak takie drobiazgi nie będą psuły mi humoru - mamy wszakże drzwi do nory. I możemy je zamknąć, co nas pozbawi możliwości oglądania. Wtedy wystarczy zapomnieć i już!

Idę, podmucham na węgle. Oraz uzupełnię kieliszek. A Wy leniuchujcie, bo poniedziałek nadejdzie czy tego chcemy, czy nie.



* Zaraz to pewnie przeczyta i będzie wrzeszczeć z wyrzutem przez okno na cało wieś coś w stylu: maaaamoooooo...


EDIT
Owszem, już wrzeszczała.

- W garażu stoją dwa pudła oznaczone "Zuzia". Może sobie rozpakuj?
- Nie mam czasu, idę leżeć.

10 września 2015

2126

Przyjechała moja ulubiona teściowa.

Od poniedziałku biegaliśmy jak szaleni poszukując łóżka, montując łóżko, kupując stoliczki nocne, wieszaki, wieszaczki, półeczki, ustawiając światła, sprzątając, szykując pościel, poduszki, kocyki - żeby jej było wygodnie. I jest. Uśmiechnięta, serdeczna, zachwycona domem, zadowolona, że nas widzi. Bardzo ją lubię.
Przywiozła suszone grzybki i pigwóweczkę. Obiecała, że zostanie cały tydzień.
Palimy w kominku, pijemy wino, opowiadamy, śmiejemy się, cieszymy swoją obecnością. Jest ciepło i dobrze.

I Zuzia wraca! Wyrusza za pół godziny, o czwartej nad ranem ma prom. Tak bardzo nie mogę się doczekać, że jak nie wiem co.

Prawdopodobnie jutro o tej porze będę najszczęśliwszym człowiekiem na świecie - we własnym, ślicznym domu, otoczona bliskimi, z moją małą córeczką na wyciągnięcie ręki i bandą leniwych, futrzanych worów na wysokogatunkową kocią karmę, porozkładanych po wszystkich meblach. A przy tym - WEEKEND! Och, mówię Wam - życie jest takie fajne.
A dom...
Dom to tak naprawdę nie jest miejsce, tylko przestrzeń między ludźmi. Coś niebywale ulotnego, a jednocześnie trwałego. Jak stal. Jak granit.

Czego i Wam z serca życzę.

6 września 2015

2125

Veni, vidi, grill zdobyty. A już zaczęłam myśleć, że to niemożliwe.
Mamy kolejne rośliny. I kolejne półki na książki. Chyba upchnęłam wszystkie książki! (Chwilowo).
Krawcowa nareszcie wykończyła m firanki (5,99 za 1 mb). Zasłony w toku.
Istnieje możliwość, że w poniedziałek zobaczę jak wyglądam wychodząc z domu. Do tej pory tylko to sobie wyobrażałam, bo nie miałam gdzie się przejrzeć. (#EliminacjaWiszącychSmarków).
Zofia nieustannie w blokach startowych. Jej ucieczki stają się nieomal mityczne.
Zastanawiam się czy napisać post o uchodźcach, czyli włączyć się w trend. Nie wiem czemu, ale istnieją rzeczy, o których nikt nie pisze. Hm.
A w ogóle to idę zajarać i dobranoc się z Państwem.

3 września 2015

2124

Ballada o gupim kocie.

Pierwszy gupi kot jest czarny, stuningowany na biało.
Leżę sobie spokojnie w łóżku, godzina nieomal 22, film oglądam. Wchodzi Prezes.
- Wyobraź sobie - mówi - że już miałem iść na górę, a tu patrzę, na tarasie Niuniuś* się pałęta i przez okno tarasowe zagląda, Gapi się i gapi, nos na szybie oparty.
- Niuniuś chce u nas zamieszkać, zauważyłam to. Czy Karolek się wpienił?
- No właśnie nie. Też mnie to zaciekawiło, więc podszedłem do okna, patrzę, patrzę... a to wcale nie Niuniuś!
- Jakiś nowy kot zochopodobny?!
- Taaaa... O, zobacz, właśnie przyszedł.
Na takie dictum do pokoju wkracza Zofia, wielce z siebie zadowolona, i ładuje się z brudnymi nogami w moją nową, białą pościel. Po czym sugestywnie wskazuje, że mam ja pomiziać po brzuszku, gdyż zdobyła nową sprawność.
Kiedy i komu zbiegła, którymi drzwiami, gdzie była - nie wiadomo. Gupi kot.

Drugi gupi kot jest rudy.
Spaceruje sobie po trawie krokiem statecznym i niespiesznym. Godnie oraz nienachalnie. Gdy tylko któreś z nas mrugnie, kichnie, obróci się (wstaw dowolne), spieprza pod wiatkę i tam tkwi zadekowany.
- Chodź, Karolku - grucha czule Prezes. - Idziemy do domu.
Karolek zastyga w bezruchu. Gdy Prezes zbliża się do niego nieomal na wyciągnięcie ramienia, spieprza mu szparą pomiędzy wiatką a murem. Tam oczekuje aż Prezes obejdzie garaże, zastyga w bezruchu, a gdy odległość pomiędzy nimi zmniejsza się do długości ramienia, spieprza pod wiatkę przez szparę. I tak siedem razy. Dopadnięty - protestuje, gdyż zepsuliśmy mu znakomitą zabawę. Gupi kot.

Trzeci gupi kot jest niebieski.
Ten to nie ma kompleksów. Wychodzi z domu i nie mówiąc nic nikomu zbiega do sąsiadów przez żywopłot. Albo galopuje po całej działce, czyniąc zwody i uniki dopóki, zziajana, nie dopadnę go ostatkiem sił. Wtedy dostaje ataku histerii, bo ON CHCE IŚĆ SAM. Ale nie do domu, oczywiście. Gupi kot.

Jedynym kotem w domu, który nie jest gupi, jest kot biały.
Ten chodzi tam, gdzie mamusia. Ewentualnie oddali się o pięć ludzkich kroków, ale cały czas kontroluje czy go widzę i czy jestem dumna, że taki zaradny.
- Chodź, syneczku - mówię.
A on gna do mnie galopem, cały czas opowiadając, jak to wyruszył w dzikie knieje pełne groźnej zwierzyny, był bardzo odważny, ale teraz już chodźmy, bo w domu jest tak fajnie. No, chyba że chcę go jeszcze wyczesać na tarasie, to proszę bardzo, tu ma ogon, tu boczek, tu podwozie.


Mówię Wam: 3 na 4 - NIEZDYSCYPLINOWANE BACHORY.



* Niuniuś - kot sąsiadów, lustrzane odbicie Zochy, można zobaczyć TU.

30 sierpnia 2015

2123

Zamieszkały z nami:
- tuje sztuk 16*,
- jałowce płożące sztuk 6,
- pigwy sztuk 4
- oraz rododendron.
Prezes odnalazł swoje powołanie. Jest nim ogrodnictwo. Pobił również rekord koszenia, który wynosi 1:1, czyli 1 działka w 1 godzinę. Szok. Faktem jest, że wyglądał potem jak szmata.

Tymczasem strona obywatel.gov.pl donosi, że w Urzędzie Miasta oczekuje na mnie nowy dowód. Zatem nie damy mu tęsknić zbyt długo i skorzystamy z dobrodziejstwa pracy urzędowej w poniedziałki do 17. Następnie tour de instytucje, ciekawe, o czym zapomnę. I dlaczego tak drogo w sądach.

Przyjmujemy też kolejnych gości, również z noclegiem. Wizja odwiedzenia najbliższego sklepu IKEA celem nabycia dużego łóżka gościnnego staje się coraz bardziej realna. Oraz i także materaca.

Dziecko przybywa 11 września nocą. Nie mogę się doczekać.

Koty pragną biec w dal.
Figę.

W ogóle to mam tak strasznie dużo pracy, że chyba umrę. W razie czego o pogrzebie zawiadomi się PT Czytelników w osobnym poście.


* Potrzebujemy jeszcze tylko 284.

27 sierpnia 2015

2122

O Tacie na wesoło.

- Wybrałem się do centrum...
- Znowu łazisz po mieście z zamiarem wypierdzielenia się? Może tym razem na twarz?
- Cicho! Wybrałem się do sklepu z laskami.
- Co dolega obecnej?
- Czuje się samotna. Elegancki mężczyzna w moim wieku powinien mieć jakąś laskę z klasą.
- Matka odpowiada temu opisowi.
- Ale problem, by się na niej wesprzeć, z uwagi na rwę kulszową i ślepotę.
- Coś w tym jest. Kupiłeś?
- Zamówiłem, na stanie nie mieli.
- Czyli jakaś wyuzdana!
- Metalowa.
- Cała metalowa?!
- Słuchaj no, ja się zawsze szczycę, że jesteś inteligentna po mnie, ale dostrzegam braki, naprawdę.

Normalnie WSZYSTKIE zalety mamy z Zuzią po nim.
(Jedynie cierpliwość po Mamie, ona tylko wznosi oczy ku niebu słuchając tych farmazonów).

Z laskami w ogóle jest zabawa.

- Słuchajcie - oznajmiam w fabryce. - Sprawa wygląda tak, że potrzebuję probówki. Z zatyczką.
Po czym, obficie gestykulując oraz okazując artefakty, informuję świat, że w lasce Taty jest dziurka, w dziurce probówka, w probówce procentowy zestaw ratunkowy. I właśnie szlag go trafił. (Nie, nie Ojca). Bez wsparcia etanolu ani rusz.
Jak ludzkość słyszy takie historie, to się rzuca do sprzętów.
Mam pięć. Różnych.
Ja mu dam braki!

23 sierpnia 2015

2121

Rodzice byli - pojechali. Prezes ich przywiózł i zawiózł.

Patrzę na tego mojego tatusia i nie wiem, kiedy to się stało. Dziadziuś. Po ostatnim wypadku nie rozstaje się z laską. Powolutku chodzi. Przed schodami się zastanawia. Poszłam kawę zrobić, mama w tym czasie poleciała z Prezesem ogród teoretycznie urządzać, to siadł sobie w salonie w fotelu i podśpiewywał (ułan z zamiłowania). Trochę mi zeszło. Wracam z kawą na tacy, a on szczęśliwe oczy na mnie podnosi i...
- Patrz - mówi. - Wszystkie koty do mnie przyszły. A Karolek na stole się położył i pogadaliśmy.
Ano, dobry człowiek, to przyszły.

Taki kruchy się zrobił.
Ciasta mu dałam. Chcesz ogóreczków? Chcę. A grzybków? Też. Grzybków zawsze - lubi. Koniaczku się napijesz? No, pewnie! Opowiada, opowiada - złotousty. Głowa jak wiadro, stareńka, a tyle w niej wiedzy, że niejednego profesora, specjalistę w jakiejś dziedzinie by zawstydził. Dobrze ci tutaj na tarasie? Dobrze - piękny widok na łąki. A co byś jeszcze chciał, tatusiu? Kiełbaskę z grilla bym zjadł. I wódeczką popił.
No i masz! Grilla nie kupiliśmy, jakoś nie udało się wybrać odpowiedniego. I prędzej się u nas kiełbasę znajdzie niż wódeczkę. Gdyby wina chciał - cały stojak. Ale trzeba będzie lecieć prędko, kupić jedno i drugie. Kto tam wie, co mu pisane.

Tatusiu? No co, co? To ja tego grilla jeszcze kupię w tym sezonie, dobrze? Kup! Ławeczkę z tyłu domu we wtorek postawimy, gdyby było ciepło, to zawsze w cieniu posiedzisz. I wódeczkę kup, bo ja bym się napił pod tę kiełbaskę, a nie mam z kim, mama nietrunkowa, coś okropnego, jakie człowiek ma ciężkie życie. Kupię ci, kupię. To ja przyjadę. Ja cię przywiozę - jeszcze byś czegoś chciał? Noooo... Czego, tatusiu? Jak chłodniej będzie, żebyś w kominku napaliła, ja sobie naprzeciw ognia cicho posiedzę, nie będę przeszkadzał. Nigdy mi nie przeszkadzasz, napalę, nie martw się - teraz za ciepło.

W lutym kończy osiemdziesiąt lat. Zawsze był takim mądrym człowiekiem, dalej jest. Był też ważny, miał wpływ na wiele istotnych spraw, może wręcz sam decydował. Pokolenia fachowców wychował, już o tym pisałam, zawsze pięknie o nim mówią. A teraz - staruszek. Nie jestem z długowiecznej rodziny - mruczy, żebym nie myślała, że się będzie narzucał. Tylko babcia długo żyła, wszyscy wcześniej umierali. Na własną prośbę umierali, dyscyplinuję go, zwłaszcza twój ojciec, nie idź w tę stronę, tyle jeszcze książek do przeczytania. O, fakt - cieszy się.

Kiedy patrzę na mojego tatę, w szczególny sposób dostrzegam upływ czasu. I zawsze ściska mi się serce, bo uświadamiam sobie, że to już mniej niż więcej. I że właściwie w każdej chwili. A tu tyle spraw do omówienia, zdjęć do opisania, miejsc do wysiedzenia, widnokręgów do wypatrzenia. I tej wódeczki trzeba się napić, ożeszty, jak nie lubię, ale co tam.

W rękę mnie pocałował na pożegnanie. Jakbym przynajmniej jakąś poważną panią była. A tu ledwie czterdziestka. No, dobra, z hakiem.

22 sierpnia 2015

2120

- Kochanie, poznałaś następnego sąsiada?
- Tak. Dał mi brzoskwinie. Popatrz, jakie piękne.
- A ty wzięłaś?
- No, pewnie.
- Wzięłaś zamiast powiedzieć, że już masz męża?
- Kiedy właśnie nie mam.

16 sierpnia 2015

2119

Filmy o dzikiej naturze kręcimy w kuchni. Bo wiecie, człowiek wstanie rankiem w niedzielę, przeciągnie się, oczęta przetrze, a świat nie czeka, tylko... dzieje się.


- Normalnie myszołów wpierdziela mysz mi tu - wymruczał Prezes, czając się z telefonem za lodówką.
- To nie jest mysz - odparłam, wyglądając partyzancko zza blatu i kontemplując wirujące piórka. - A to nie jest myszołów.
Po czym zgodnie rzuciliśmy się do internetów. No, jacieżpierdzielę, sokół. Olśniewający.
Taką mamy wiochę.

A sokół wygląda tak.

11 sierpnia 2015

2118

Dzisiejszą notkę sponsoruje piętnaście lat pożycia. Normalnie prawie jak




Mój Boże...
Kiedyś byłam taka piękna i młoda!
I goła.
Włosów siwych nie miałam ani cellulitu.
Ani doświadczenia.
I tak łatwo mnie było zranić.

A teraz?!
Teraz jestem stara i gruba.

Na większość rzeczy mam wyjebane.
Wytrzymałam 15 lat z jednym facetem i to w tym samym lokalu. Chyba się nawet pobierzemy.
Dziecko mi się udało wychować na dobrego, wrażliwego, mądrego człowieka.
Jestem ironiczna, sarkastyczna, zaradna i cholernie inteligentna.
Umiem zrobić takie rzeczy, że normalnie nie ogarniam.
Nie boję się wyzwań - uwielbiam je, bo potem mam satysfakcję, że wszyscy mogą mi naskoczyć.
Mieszkam sobie w zielonym domku, a w jego papierach widnieje moje nazwisko.
Jeśli chcę, przysposabiam dowolne zwierzę i umiem być za nie odpowiedzialna.

O, kurde! Teraz jest lepiej!!!

No to wszystkiego dobrego z okazji piętnastolecia dla nas, progenitury, protoplastów, wychowanków wszelakiej maści i konstrukcji genowej oraz tych, którzy mają ochotę. Co im będę żałować.

9 sierpnia 2015

2117

A u Zuzi 22 stopnie. Owszem, Celsjusza.

Wraca wcześniej niż zamierzała. Bardzo się cieszę. Tak mi jej tu brakuje, że jak jasna cholera. Dzielenie różnych przyjemności z własną córką jest bezkonkurencyjne. I Zośka się ucieszy, zwłaszcza że nie będzie się już musiała wspinać po drabinie na zuziowe łóżko. Obecnie Zośka jeszcze nie załapała, który jest jej pokój.
Pilota do bramy dziecku trzeba kupić. Szafę poskładać. Biurko. Resztę ogarnie sama.

A tymczasem trwa orka na ugorze. Orka z Olką. Olki nie usuwam, bo Olka się potem piekli, że została wycięta z rodziny. Raz wycięłam, to wiem i mi wystarczy. Więc Państwo paczy, jak się bawi elyta. W robocie.


Nawiasem mówiąc - co ta Olka taka chuda?! Do domu nie wpuszczę, cholerajasnapsiakrew!

8 sierpnia 2015

2116

Teraz jest właśnie ta chwila, gdy - jeśli do tej pory miałam jakiekolwiek wątpliwości - upewniłam się, że podjęłam najlepszą decyzję w życiu. W domu wciąż ciepło, choć pewnie i tak nie ma porównania z atmosferą blokowisk, a ja na tarasie, usadzona na leżaczku, w jakiejś bawełnianej szmatce, z kieliszkiem białego, musującego wina i wifi w zasięgu jabłuszka. Temperatura idealna, wieś powoli usypia, gdzieś w oddali poszczekuje pies, wokół mnie jak szalone grają świerszcze, migają pojedyncze latarnie, bo w końcu moja wieś to jednak miasto.

Zrozumiałam nawet, że literackie określenie "kobierzec traw" nie jest w żaden sposób naciągane. Jeszcze półtorej godziny temu zanurzałam bose stopy w niczym innym, jak właśnie kobiercu, który okrywa cały mój ogród. Ponieważ  nie mam ani ogródka, ani trawnika, tylko rozległą łąkę - która tętni życiem mimo niewiarygodnych temperatur, przycichając jedynie w omdlewającym upale i budząc się wraz z zachodzącym słońcem - nie znam, co to żółte, suche, nieprzystojne placki wokół domu. Moja trawa jest zielona, gęsta, wilgotna i miękka. Stopy zapadają się w niej, choć skoszona; wędruję po pieszczącym stopy kobiercu i jestem bezbrzeżnie szczęśliwa.
Dopóki nie natrafię piętą na oset.
Bo wtedy to: kurwa.

Wreszcie poznałam się bliżej z czterema drzewkami owocowymi, które są uprzejme nas zaszczycać. Przyjrzałam się umęczonym gorącem listkom, pogłaskałam je lekko, przeprosiłam za zaniedbanie i obiecałam poprawę. Dziś kupiliśmy wreszcie węża na gustownym wózeczku. Wcześniej Prezesowi, mimo wezwań z mojej strony, nie chciało się napełniać wiadra, żeby podlać młode, rachityczne istotki. Uparłam się więc przy tym właśnie zestawie, a ci, którzy mnie znają, wiedzą, że ja potrafię się uprzeć, choć nieczęsto to czynię. Wiedziałam co robię - pięćdziesięciometrowy wąż dociera nawet do najodleglejszych zakątków ogrodu, bo dom stoi pośrodku działki. Standardowe dwadzieścia metrów można sobie ewentualnie w dupę wsadzić.

Wyczekałam ten dom i wymyśliłam go. Serdeczna atmosfera przy kupnie ciągnie się nadal - naszymi najbliższymi sąsiadami są rodzice zbywców: mili, sympatyczni, weseli państwo koło sześćdziesiątki. Doceniają i szanują ustępstwa, które poczyniliśmy na okoliczność wygody ich dzieci, służą pomocą i dobrą radą - a tej wysłuchujemy bez zarozumiałości, wręcz o nią zabiegając. Wierzymy, że wspólnie tworzyli tu wszystko sercem, dla siebie, a nie "pod sprzedaż" - nie zaburzamy więc naturalnego w pewnym sensie rytmu istnienia całości. Przyjmujemy ich z uśmiechem, ciepło, machamy sobie z oddali (bo u nas nie istnieje pojęcia domu przy domu), przystajemy przy płocie na papieroska i krótkie komentarze, pozbawione jakichkolwiek tematów, która mogłyby nas skłócić. A oni pilnują naszego domu, jakby nadal był własnością ich dzieci - ot, choćby dzwoniąc, że nadciąga burza, a tu okna pouchylane, więc wracajcie prędko, jeszcze wam przeciąg coś poniszczy.
Trawnik skoszą.
Przy piecu pomogą.
Poradzą, gdzie co kupić, żeby było dobrze i nie za drogo. My przecież tego nie wiemy, więc można nas wydutkać bez litości.

- Furtkę - mówię - furtkę tutaj, między ogrodami, panie Heniu, trzeba było zostawić, po co pan ją wyjmował, przecież byłoby łatwiej.
- Aaaa - macha ręką - nie chciałem, żeby pani myślała, że my zachodzimy, gdy was w domu nie ma.
- Nie myślimy tak.
- Ano teraz wiem.
- W razie czego zawsze możemy wstawić - uśmiecham się i on odpowiada mi uśmiechem.
- Pani powie mężowi, żeby na dolnym ruszcie palił do grzania wody w lecie. Węgla szkoda. Ja też taki sam piec mam i przez lata sprawdziłem. Pokażę, gdzie kupić najtaniej opał.

Gdy będziemy sadzić tuje, miejsce na furtkę zostawimy wolne. Może się przydać.