29 lutego 2016

2242

Doszło w końcu do spotkania na szczycie, czyli w wiatrołapie. Dodatkowe atrakcje polegały na przechodzącej po nas Zuzi i skaczącym po nas psie, od którego oganiałyśmy się jak od upierdliwej muchy, by w końcu zamknąć go, a właściwie siebie dla świętego spokoju. Średnio świętego, gdyż wydawał odgłosy - w końcu miał dla siebie tylko 160 m, a my aż 5.

W międzyczasie stałam się szczęśliwą posiadaczką drugiej flikflakowej torebki w stylu lekko psychodelicznym, w związku z czym weszłyśmy na wyższy stopień wtajemniczenia składając buty z torebkami. Ogólnie było bardzo zabawnie. Widać, że niewprawiona, bo gdy otwarłam szafę obuwniczą, to się zapowietrzyła. A przecież to zaledwie ze 100 par. Na oko.
No co? Jak nas przyciśnie, zrobię kiermasz i trochę jeszcze pożyjemy.

Tak gdzieś po dwóch godzinach zadzwonił do niej mąż z wyraźnie słyszalnym okrzykiem: Gdzie ty jesteś?!!!, na co bez zmrużenia oka odparła: U pacjenta. Byłoby to nieomal prawdą, bo usiłowała nawet wypytać o zdrowie poszczególnych członków naszej rodziny, ale wytłumaczyłam jej, że nie po to umawiamy się na kawę, żeby świadczyła usługi objazdowe. Co zreszta przyjęła z wyraźną ulgą (zakładam, że ma ten sam problem co lekarze od ludzi, czyli zawsze ktoś o coś pyta lub coś pokazuje).

Genialnego podsumowania tej sytuacji dokonała moja córka, nieświadoma z początku celu towarzyskiego tego spotkania*. Zeszło nam mianowicie na jednego z uczelnianych wykładowców, zamieszkałego nieopodal, który niedawno natarczywie wszedł w posiadanie naszego adresu.
- Zaproś go, skoro taki ciekawy - podsunęłam progeniturze.
- Mowy nie ma.
- Czemu?
- Bo ty się z wszystkimi zaprzyjaźniasz.

To źle?




* - A kto jest chory? 
   - Nikt. 
   - To ona do twoich butów tu przyszła, tak?

28 lutego 2016

2241

Owszem, udaliśmy się wczoraj Wyjaśniać Sprawy, co przyprawiło mnie o ból głowy i wybitna potrzebę zużycia większej ilości alkoholu. Jednak jako że przebywaliśmy w centrum handlowym, pochłonęłam jedynie 3 gałki lodów, czując, że powinnam pochylić się jeszcze nad piętnastoma.
Zapomniałam bowiem zupełnie, że telefon Zuzi też jest kupiony na firmę...
W związku z powyższą okolicznością, czekała nas również wizyta w firmie Orange i nie zawiodłam się, jako żywo. Ale po kolei.

Wbrew Waszym krwiożerczym oczekiwaniom, konsultantka Play okazała się osobą wielce na poziomie oraz życzliwą. Bez trudu zrozumiała, na czym polega problem, poprosiła o przeróżne dokumenty (w tym naprędce, przed wyjściem z domu, spreparowane odwołanie pełnomocnictwa, które nie było potrzebne, bo wygasło wraz z likwidacją działalności, ale mnie tknęło i słusznie), skserowała, napisała notatkę i posłała do centrali. Poinformowała nas, że prawdopodobnie kwestia pełnomocnictwa przerosła osobę zawierającą umowę, więc wpisała dane gdzie bądź. Niestety z poziomu punktu Play nie da się tego rozwiązać, musimy uzbroić się w cierpliwość, no i czeka nas jeszcze skarga, bo promocja, która objęty jest ten numer, kończy się jutro, więc za marzec zapłacimy rachunek w kwocie nieznanej. A ja sobie nie życzę, niech płaci pracownik, który to spieprzył.

Gładko poszło. Przenieśliśmy się do punktu Orange.
Długo by* opisywać. Stanęło na tym, że PAT musiał wypełnić (ręcznie) dokumenty cesji. Tak, dobrze czytacie. Jako nieistniejąca osoba fizyczna prowadząca działalność gospodarczą zrobił cesję na siebie - osobę fizyczną. Pani nie widziała w tym sprzeczności. Tym samym potwierdził, że jest właścicielem telefonu. Gdyby nie potwierdził - byłby właścicielem telefonu. Musiał się również poddać weryfikacji na okoliczność niezalegania. Jeśli zalega choć jeden grosz, cesja nie dojdzie do skutku i będzie właścicielem swojego telefonu. Kwestia mojego pełnomocnictwa (tak, tu też i w stu innych sprawach też) nie została w ogóle rozstrzygnięta, bo pani nią wzgardziła.

Kuriozum nastąpiło w momencie, gdy pani uznała, że kopiarka nie działa, po czym usiadła i rozpoczęła oczekiwanie na jej samonaprawienie. NAPRAWDĘ. Nie przesadzam i nie koloryzuję. Siedzieliśmy tam godzinę. Kto miejscowy - omijać punkt Orange w CH Dąbrówka szerokim łukiem.
Po wyjściu PAT stwierdził:
- Przynajmniej masz mnóstwo materiału do opisania na blogu.



* Nie mam stuprocentowej pewności czy nie powinno się tego napisać razem, ale nie chce mi się sprawdzać.

26 lutego 2016

2240

Prezes wrócił do domu i oznajmił:
- Nie mogę tego dłużej ukrywać!
Po czym wyjął z torby jakiś papier, wręczył mi go i stanął skromnie obok. Czytam, czytam, a tu awans. Rzuciłam się gratulować i być szczęśliwą.
- W związku z zaistniałą sytuacją - oświadczył Prezes - pragnę zawnioskować o podwyżkę kieszonkowego*.

Ponieważ już ktoś wprowadził korektę obywatelską, że Prezes przestał być prezesem i nazwa mu się zdezaktualizowała, a poza tym to źle się obecnie kojarzy, niniejszym oznajmiam, że od dziś Prezes zostaje Panem Architektem, w skrócie PAT**. Trochę żałuję, że już nie jest Seniorem Ciulem (Senior Tools Consultant), ale jestem sprzedajna i dla kasy ustąpię.

Można odpalać gratulacje***.


PS Aby mu się nie wydawało i nie wyszedł z wprawy, natychmiast wysłałam go do kocich gówien i z psem do prac piecowych. Awans awansem, a życie życiem.


* Ostatnio rzeczywiście było cienko i zwijałam mu większość wypłaty zanim się zorientował, że wpłynęła. Cóż... rachunki nie czekają.
** Nie, nie będzie parchem i nawet nie ważcie się tego proponować.
*** No, pewnie że puchnę z dumy. A co myśleliście?!

2239

Dziś będzie o zwierzętach. Ale też o rozsądku i prawdziwym, a nie udawanym, szacunku do życia.

Zaobserwowałam ciekawą rzecz. Mianowicie o ile sterylizacja kotów nie budzi w większości ludzi specjalnych emocji, o tyle to samo u psów generuje wzburzenie nawet u osób, które często mam za całkiem rozsądne.

Dlaczego pozbawiamy zwierzęta możliwości rozmnażania się?

Bo świat nie jest idealny. Byłoby nie od rzeczy, gdyby ludzkość wykazywała się wrażliwością i odpowiedzialnością za to, co oswoiła. Niestety odsetek informacji o podłości charakteryzującej wyłącznie nasz gatunek nieustannie wzrasta. Niekontrolowany rozród prowadzi prostą drogą do cierpienia, bólu, bezdomności, głodu i - najczęściej - śmierci. Są ludzie, którzy - szafując przekonaniami o naturze wszechrzeczy - nie chcą sterylizować zwierząt (nawet za darmo), ale bez zmrużenia oka mordują* ich narodzone już dzieci. Uporczywie nasuwa mi się pewna analogia, niestety.

Schroniska dla zwierząt pękają w szwach. I mam tu na myśli te porządne, które nie budują eutanazyjnych pasów transmisyjnych. A i tak każda rozsądna osoba wie, że są mniejszym złem niż powolne konanie na końcu drutu przywiązanego do drzewa. Kto nie był w takim miejscu, nie zrozumie, nawet jeśli jest człowiekiem wrażliwym. "Fauna" w Rudzie Śląskiej, z której przytuliliśmy Leśka, jest zadbana, czysta i nastawiona na pomoc w adopcji, ale i tak wizyta tam wiązała się dla mnie z nocnymi koszmarami. Aby nie wzbudzać powszechnego szczekania, nie zadzwoniliśmy przy furtce, tylko cichutko weszliśmy na teren schronu. WSZYSTKIE psy w ułamku sekundy znalazły się przy siatkach. Były przeróżne: duże, małe, średnie, łaciate, puchate, stare, młode - jedną rzecz miały wspólną: oczy. W każdym przypadku mówiły to samo. Weź mnie. Jestem grzeczny. Będę cię kochał. Nie będę brudził. Nie będę szczekał. Niczego ci nie zniszczę. Tylko weź mnie i kochaj.

Serce rozpadło mi się na milion kawałków. Czułam sie winna zła całego świata, tego, że ludzie porzucają, nie kochają, głodzą, męczą, katują. I przede wszystkim tego, że nie mogę przytulić całego schroniska. Ale one się nie gniewają. Po prostu kolejny raz są bezmiernie nieszczęśliwe. Przez nas.

Dlatego sterylizujemy zwierzęta, które nie są w sposób odpowiedzialny przeznaczone do rozrodu. Wszystkie, bez wyjątku. Rozsądny człowiek nie przyczynia się do męki Braci Mniejszych, tylko bierze odpowiedzialność. Nie produkuje następnych pokoleń, które będą żyły głodne, zmarznięte, bezdomne, niekochane. Gatunek nie ma znaczenia, ale w sposób szczególny myślę o psach i kotach.

Nie wyginą. Na świecie są ich miliony. A my, czyniąc sobie Ziemię poddaną, mamy o nie dbać i je szanować. A nie dręczyć.

Nie kupuj - adoptuj.



* Pamiętacie taką historię o kotce z małymi, wyrzuconej do śmietnika w pudle ściśle oklejonym taśmą? Albo o maleńkiej suczce ze szczeniętami, przypiętej do drzewa w lesie pięciokilowym łańcuchem? Nie potrafię używać w stosunku do takich ludzi innego określenia niż "morderca".

25 lutego 2016

2238

Jestem na skraju, być może zwariuję i kogoś zabiję.

W 2014 Prezes zakupił numer telefonu w Play. Ponieważ był naonczas osobą fizyczną prowadzącą działalność gospodarczą, zawarł umowę jako firma oraz uczynił ze mnie pełnomocnika tej firmy. Na piśmie. Odbierałam na swój adres faktury i opłacałam je ze swojego konta, jak również prowadziłam w jego imieniu wszelkie rozmowy z firmą Play. W ubiegłym roku działalność gospodarcza została zlikwidowana. Prezes udał się do firmy Play, by ją poinformować o tym ważkim fakcie. Firma w osobie pracownika w salonie przyjęła to do wiadomości. Podkreślam, że od Prezesa przyjęła i nie wnosiła uwag. Wszak właściciel.

W tym momencie stało się COŚ. Otóż kolejna faktura przyszła... na mnie. Umowa się kończy, więc konsultant dzwoni i mówi, że tylko ja mogę decydować w tej sprawie. Mówię kmiotowi, że nie posiadam do tego plenipotencji z uwagi na fakt, że pełnomocnictwo zostało mi odebrane w chwili wygaszenia działalności gospodarczej, w związku z powyższym mogą rozmawiać wyłącznie z właścicielem. A on mi na to, że może ja nie jestem właścicielem, ale on mi udziela prawa do decydowania. Czujecie bluesa?! Pojebany.

Rozłączyłam się. Zadzwoniłam na infolinię, że chcę złożyć skargę. Niestety nie mogę, bo nie jestem właścicielką. Prezes też nie może, bo nie jest właścicielem. Zasadniczo nikt nie jest właścicielem. Dostałam ataku i powiedziałam pani, że skoro nie jesteśmy właścicielami, to przestaniemy płacić rachunki i ciekawe, do kogo będą mieli roszczenie. Pani mówi, że do właściciela. Więc się ucieszyłam i poinformowałam ją, że to fajnie, bo nie do nas.

Kolorytu sprawie dodaje jeszcze fakt, że w międzyczasie zmieniłam nazwisko, numer dowodu osobistego oraz adres zameldowania. I byłby to pikuś, ale te ciule mają wpisany mój poprzedni adres ZAMIESZKANIA jako adres ZAMELDOWANIA, co nigdy nie było prawdą. I nie jestem w stanie przedstawić żadnego dokumentu, ponieważ na tym adresie nigdy nie byłam zameldowana. Jestem wyczulona na takie sprawy, więc ze 100-procentowym prawdopodobieństwem mogę stwierdzić, że adres był podawany, jako siedziby firmy. Co te dupki z tym zrobiły, nie wiadomo.

Weszłam na e-konto w Play i dostałam po prostu padaki, bo widnieję jako właścicielka (bez mojej zgody, zaocznie), ale... z numerem dowodu osobistego Prezesa.

I teraz nic nie możemy zrobić, bo nie jesteśmy właścicielami. Ani on, ani ja. Tzn. chyba ja, ale nie ja. Jestem na granicy szaleństwa, musimy pojechać do salonu, ale wątpię, aby coś z tego wynikło, bo ja mam inne nazwisko, inny numer dowodu osobistego, inny adres, firma nie istnieje.
Jak, kurwa, mogli zrobić coś takiego?!!! Przychodzi jakiś facet do Play'a, ustala, że Iksiński jest właścicielem jego numeru i niech płaci, a Play mówi: spoczko, wyślemy mu rachunek na osiemnaście milionów, niech się pan nie martwi, miłego dnia.
Skoro JA jestem właścicielką, to na jakiej podstawie przyjęli zgłoszenie od Prezesa?!

Chcę umrzeć.




UPDATE 1
Prezes: Jak u Ephraima Kishona. Sprawdźmy, może mogę cię adoptować*.

UPDATE 2
Oczywiście, jakby tego było mało, nie możemy znaleźć umowy. Mam wszystkie, włączając w to umowę na ROR z 1998. A tej nie. Muszę się napić. Muszę.

* Polskie prawo nie zezwala na adopcję osoby pełnoletniej.

2237

Aktualności Leśniewskie.

Na poczatek chciałam Wam pokazać, jak zmienił się pies. Z twarzy.


Takiego wszyscy go poznaliśmy - smutne oczka, nosek jak serduszko, kłapciate uszy. Schroniskowa znajdka.

Gdy tymczasem po półtora miesiąca...


... po kłapciakach ani śladu, wyraźnie zbystrzał i niezaprzeczalnie urósł. Oraz jest podstępnie niegrzecznym, że ho, ho! Myślicie, że reszta psa dogoni uszy czy nie?

Lubi czytać


i kotrolować sytuację. Szczególnie w obrębie szeroko pojętego układu pokarmowego.


Na zdjęciu Eduś wygląda na dużego, a Lesiek na małego, ale jest zupełnie odrotnie. Przerasta kota przyjnajmniej trzykrotnie.

Ma też za sobą wiele pierwszych razów, z czego szczególnie ceni sobie ten:


Osobisty rzeźnik dziadków dał mu w prezencie. Ze cztery godziny wycięte z życiorysu. Był problem z sikaniem - odebrałam kość, musiałam ją schować, wykopać psa do ogrodu, a on wypadł, wysikał się na akord i z histerycznym piskiem wrócił do domu.

Jest cholernie mądrym psem i równie niegrzecznym. Cwana jucha, tylko patrzy, jak tu coś ukręcić. Przyłapany, w ułamku sekundy zostaje Zgredkiem.


Oraz brzuszek, brzusio, brzusiunio i jakim jestem biednym, posłusznym szczeniaczkiem ze schroniska. Oszust.

Doprowadza mnie do istnej furii.
I tak, bardzo go lubię. Myślę, że wyrośnie z niego nader udany egzemplarz. Jak tylko przestanie tak świrować, bo mogę nie doczekać.

24 lutego 2016

2236

Prezes kopnął się do Londynu (Londyn? Londyn? Nie ma takiego miasta. Jest Lądek Zdrój) i nie jestem pewna, że ma dokąd wrócić. Gdyż albowiem zafundował mi poranek wszech czasów, a ja o tym oczywiście opowiem, bo co mam być zmęczona na osobności, jak wszyscy mogą być zmęczeni. Od samego czytania.

3:00
Zadzwonił budzik Prezesa, zaczął się miotać, więc mnie - naturalnie - obudził. Wyparłam to i zapadłam w letarg.

3:05
Co gorsza, obudził też Leśka, który natychmiast popadł w euforię, zaczął galopować, tupać, skakać po schodach, walić ogonem w balustradę, więc obudziłam się ponownie, ale wyparłam to i zapadłam w letarg.

3:30
Prezes przyszedł się ubrać, jakby nie mógł wieczorem wziąć ciuchów na dół. Zaświecił światło w garderobie, więc obudziłam się ponownie, ale wyparłam to i zapadłam w letarg.

3:40
Prezes wyszedł. Trzasnął drzwiami, więc obudziłam się ponownie, ale wyparłam to i zapadłam w letarg.

4:05
Lesiek, który jest debilem, pomyślał, że nikogo nie ma w domu i postanowił zakraść się na pięterko. Był tak dalece przekonany o swej bezkarności, że nawet nie czaił się z tupaniem. Więc obudziłam się ponownie, opieprzyłam psa i chciałam zapaść w letarg, ale ten gnojek postanowił przeczekać, wcale nie zszedł na dół i musiałam wstać, żeby go przepędzić, co uczynił z ociąganiem. ale wyparłam to i zapadłam w letarg.

4:50
Psa coś pobudziło i zaczął szczekać. Obie z Zuzią zaczęłyśmy krzyczeć. Pies przestał szczekać, więc zapadłam w letarg.

5:40
Prezes przysłał mi SMS, żebym zajrzała do pieca przed wyjściem* i papa, kochanie. Przestałam wypierać, bo to nie miało żadnego sensu. Wstałam.

Wydałam kotom posiłek i napoje.
Potknęłam się na schodach o psa, który akuracik oszalał z radości, że oto nadszedł nowy dzień, będziemy biegać i skakać.
Wygłaskałam psa, choć powinnam gada zabić, ale jego nie da się usatysfakcjonować, więc wlazł mi natychmiast pod nogi.
Potknęłam się o psa.
Powiedziałam brzydkie słowo.
Założyłam kurtkę i poszłam wysikać psa.
Wróciłam do domu, zdjęłam kurtkę.
Pies wlazł mi natychmiast pod nogi.
Potknęłam się o psa.
Zmęłłam coś między zębami.
Wydałam psu posiłek i napoje.
Nastawiłam wodę na herbatę.
Pies zdążył już wciągnąć swoje chrupy, więc wlazł mi pod nogi.
Potknęłam się o psa.
Powiedziałam kolejne brzydkie słowo.
Podłączyłam telefon do ładowania.
Założyłam kurtkę i poszłam wykupić psa.
Wróciłam do domu, zdjęłam kurtkę, zaświeciłam światło w kuchni i zobaczyłam koszmarny burdel z wczoraj.
Znów powiedziałam brzydkie słowo. Właściwie nawet całą wiązankę.
Zabrałam się za porządkowanie kuchni.
Tymczasem pies z nudów i braku możliwości podcięcia mi nóg zaczął gonić kota.
Opieprzyłam psa i kazałam mu siedzieć w budzie, co obudziło Zuzię, która zaczęła krzyczeć.
Okazało się, że nikt nie wyrzucił śmieci i nie mogłam dołożyć do kosza nawet jednego papierka.
Pomyślałam sobie najbrzydsze słowo, jakie tylko znam.
Opróżniłam śmietnik, wyniosłam worek na ganek, założyłam nowy worek i znienawidziłam świat.
Zrobiłam sobie herbatę, pies umarł z żałości w budzie, więc poszłam się wysikać.
Wylazłam z łazienki i poszłam zajrzeć do pieca.
Okazało się, że Prezes nie dosypał węgla do podajnika.
Nie powiedziałam brzydkiego słowa, bo wena mi się skończyła.
Wróciłam do domu, założyłam kurtkę i baleriny, bo na inne buty nie było mnie emocjonalnie stać, poszłam z powrotem do kotłowni, wzięłam wiadro, udałam się do składu węgla, napełniłam wiadro z pomocą łopaty, wróciłam, wsypałam węgiel do podajnika, udałam się do domu, zdjęłam odzież wierzchnią i poszłam pod prysznic.
W międzyczasie pies ukradł mi klapek, który porzuciłam beztrosko w drodze do kotłowni. Moja wina, ale nie mogłam się napić, bo musiałam iść do pracy.
Wykąpałam się, uczesałam, namalowałam sobie twarz, ze szczególnym uwzględnieniem oczu, założyłam jakieś szmaty, co mi w rękę wpadły.
W międzyczasie pies ukradł majtki Prezesa z suszarki i się pastwił.
Miałam taki pomysł, żeby mu mściwie dołożyć jeszcze ze dwie pary, ale przyzwoitość zwyciężyła**.
Stoczyłam nierówną walkę z psem i wygrałam.
Właściwie wygrałam połowicznie, bo pies przerzucił się na moje skarpetki.
Odpięłam telefon od ładowarki, położyłam go na stole, żeby nie zapomnieć, wyszłam ostatni raz wysikac psa i przy okazji wyrzucić śmieci, które kwitły na ganku. Wychodząc zauważyłam dwa dorodne psie gówna, więc je zebrałam** łopatką.
Pies ze szczęścia wparował mi pod nogi, a ja niosłam przecież pełny wór śmieci i gówna na łopatce.
Zapragnęłam się rozpłakać, ale mi się przypomniało, że nie mam czasu na poprawienie oka, jeśliby mi się rozmazało, więc zrezygnowałam.
Wepchnęłam psa do domu, zamknęłam drzwi, wsiadłam do samochodu i coś mnie tknęło.
Wysiadłam z samochodu, otwarłam drzwi, poszłam do kuchni i sprawdziłam, że TAK, dziś wywożą śmieci.
Zamknęłam dom i poszłam wystawić śmietnik. W szpilkach. Po błocie. Jest ciężki.
Wsiadłam do samochodu i pojechałam do pracy.
Wysiadłszy pod budynkiem zorientowałam się, że zapomniałam telefonu, a dziś akuracik mi bardzo zależało, bo kurier miał przywieźć 25 kg karmy i chciałam go poprosić, żeby zostawił pod wiatą, a nie awizował, gdyż poczta czynna do 16, a poza tym - kto to będzie niósł?
No to mam zaawizowaną.
Kurwa.

Za to Szef dziś, po raz bez mała dwudziesty, poinformował mnie, że zniszczyłam mu życie.
Nie wiem czy uwierzycie, ale go nie obrzygałam.



* Przecież rozmawialiśmy wieczorem, żeby przygotował piec w taki sposób, abym nie musiała robić niczego poza opróżnieniem go z odpadów. Ale se zapomniał, choć się nie przyzna. Taką już ma pamięć - jak gupik. Przepłynie akwarium w jedną stronę i witajcie nowe lądy. Muszę go bardzo kochać. Z naciskiem na "muszę".
** Tak, jestem idiotką, przecież się nie wypieram.

23 lutego 2016

2235

Mój Tatuś skończył dziś 80 lat. Ukłuło mnie w sercu, kiedy ściskałam go urodzinowo, więc natychmiast dziarsko dodałam:
- Żyj nam sto lat albo dłużej, bo jeszcze nie jesteśmy przemęczeni twoją wybujałą osobowością.
No to się rozhulał, bo co mamy nie być zmęczeni, jak możemy być.

Tatuś.
Choleryk, raptus, nie przebiera w słowach. Prawnik - wykończy świętego w dowolnej dyskusji, z łatwością przejdzie od meritum do argumentów ad personam i jeszcze go zrypie, że na niczym się nie zna, aż mu w pięty pójdzie. (Każdemu pójdzie, oprócz mnie, ale lata doświadczeń).
Człowiek z sercem na dłoni, spieszący pomóc potrzebującemu, serdeczny, otwarty i hojny. Niewyobrażalny wprost intelekt, pamięć wielkości Biblioteki Aleksandryjskiej, urodzony orator i znakomity nauczyciel, choć nigdy nie przyzna się, że to lubi. Człowiek, który wie, co to honor i nie rozmienia tego na drobne.

Nauczył mnie czujności, wychodzenia pięciu kroków do przodu, zabezpieczania wszelkich hipotetycznych "dziur", przewidywania nieprzewidywalnego, miłości do książek, szacunku do zwierząt, nieustawania w samodzielnym zdobywaniu wiedzy, odpowiedzialności.
Nauczył mnie myśleć.

Nigdy mnie nie chwalił, sprowadzał do parteru, był wiecznie nieusatysfakcjonowany. Ze wszystkich sił starałam się zasłużyć na jedno słowo jego uznania i zawsze ponosiłam klęskę.
- Zdałam maturę z historii* na piątkę - oznajmiłam stając w drzwiach, pewna, że to nareszcie TEN moment.
- No, ja myślę - burknął i wrócił do lektury.

Pierwszy raz usłyszałam, że jestem inteligentna, kiedy byłam po trzydziestce.
Gdy dobiegałam czterdziestki, dowiedziałam się, że jestem miłością jego życia. W nieskończoność celebruje opowieści, jak to czekał przy telefonie, by w końcu usłyszeć: Ma pan córkę. I jak mu wtedy urosły skrzydła, jak biegł, żeby dzielić się tą wiadomością.
- Spełniło się moje największe marzenie - powtarza z lubością i całuje mnie w rękę. - Wreszcie miałem córeczkę.

A potem jego córeczka urodziła mu wnuczkę i przepadł. Cała cudowność tego świata w jednej chwili zogniskowała się w małym człowieczku nieomal na jego oczach. Był świadkiem cudu pańskiego, zstąpienia z niebios wprost pod jego nogi. Pamiętam taką scenę - roczna mniej więcej Zuzia chybotliwym krokiem przemaszerowała przez cały przedpokój mieszkania rodziców, stanęła przed dziadkiem, uniosła główkę i z takim charakterystycznym, dziecięcym zaśpiewem powiedziała:
- Dziadziusiu**...?
Wtedy właśnie zrozumiałam, skąd biorą natchnienie twórcy kreskówek. Kumacie taki wątek, jak jakaś postać pęka na kawałki i się rozsypuje? (Szczególnie fajnie w "Tomie i Jerrym"). To było właśnie to. Przyszła, wyciągnęła malutką rączkę, wydarła mu serce, a on się cieszył i chciał dołożyć wątrobę.

Kiedy na niego patrzę, dopada mnie myśl o przemijaniu, nieuchronności i braku wpływu. Bardzo go kocham i bardzo potrzebuję, żeby tu jeszcze był. Żeby był jak najdłużej.

Lipiec 1937. Z nianią Michasią.

* Konik.
** Tak, Zuzia bardzo wcześnie mówiła. Tzn. ja nie wiedziałam, że to wcześnie, bo myślałam, że normalnie. Miałam ją jedną i nie było z kim porównać. Dwuletnią mogłam właściwie wypożyczać do prowadzenia imprez estradowych, czerpiąc z tego nieliche zyski, ale nie wpadłam na ten genialny w swej prostocie pomysł. Do dziś bardzo pięknie się wysławia i jest obdarzona naprawdę nietuzinkowym poczuciem humoru.

22 lutego 2016

2234

Od jakiegoś czasu noszę się z pomysłem na tę notkę, lecz najpierw zgubiłam artykuł, stanowiący punkt wyjścia, a potem jakoś nie miałam weny. Jednak cały czas coś mnie swędziało, a to niechybny znak, że tematu nie da się zakopać pod dywan. Nie w mojej głowie. Zaznaczam, że to jest sprawa, która mnie nie dotyczy. Od dawna już nie mam małych dzieci, przestał mnie interesować permanentny gil u nosa, moje problemy i lęki są zupełnie inne. Jak ułoży sobie życie? Czy znajdzie dobrą pracę, która da jej niezależność? Czy pokocha właściwego człowieka? Czy będzie szczęśliwa i bezpieczna? Wokół tego krążą obecnie moje myśli - czyli raczej z grubej rury.
Ale.

Ale czasem coś mnie jednak wkurwi.

Przeczytałam bowiem zupełnie przypadkowo wpis młodej mamy. Nie, żebym była zwolenniczką olewania dziecięcych chorób, skąd. Ale naprawdę nie można patrzeć na wszystko tak jednostronnie i oceniać (źle) każdego, kto robi inaczej niż autorka [1].
(...) jedno mi się udało - pisze. - Nie osądzam.
Wręcz przeciwnie. Niestety nie tylko osądza, ale również odsądza (od czci i wiary), zarzuca i poniża. Tak mnie to zeźliło, że w pierwszym odruchu pomyślałam: Ty głupia smarkulo z dobrze sytuowanej klasy średniej, co ty w ogóle wiesz o życiu, żeby zabierać głos?! A potem zrobiło mi się wstyd. Bo po pierwsze - zachowałam się schematycznie, a po drugie - wiedziałam przecież, że kierują nią dobre pobudki. To nie jej wina, że dąży do rozwiązań głupio [2].

Gdzie naprawdę tkwi problem, związany z przyprowadzaniem do przedszkola chorych dzieci? Tym powinniśmy się zająć najpierw, zanim ruszymy z pouczaniem, radami, sądami i słusznym gniewem. Od razu podkreślam, że rozmawiamy o w miarę ustabilizowanych emocjonalnie rodzicach, którzy nie czyhają o poranku na możliwość pozbycia się ukochanej pociechy z kwadratu [3]. Rozmawiamy o takich ludziach, co to martwią się gilem, że nie wspomnę o zapaleniu płuc. Dlaczego oni prowadzą do przedszkola chore dzieci, zamiast zostać z nimi w domu, poczytać książeczkę, przykryć kocykiem i dać pociesze spokojnie wyzdrowieć? Bo nie mają lub nie widzą innego wyjścia.

Dawno już nie żyjemy w czasach, gdy człowiek mógł spokojnie wziąć tzw. opiekę. Naprawdę dawno, bo ja też nie mogłam. Błogosławiona Matko, która gardło sobie podrzynałaś (Dibbler) i wydłużałaś dobę do czterdziestu godzin, łącząc opiekę nad chorą wnuczką z zajęciami w domu oraz pracą zawodową w dwóch miejscach! Gdyby nie Ty...


Niestety nie miałam nikogo innego, kto mógłby mnie zastąpić w opiece nad dzieckiem. Na szczęście miałam Mamę. Ale nie każdy ma. Koleżanki, znajome sąsiadki też najczęściej pracują. A nawet jeśli nie, to nie mają obowiązku niańczyć niczyjego chorego dziecka. Może zrobią to raz, ale nie ma co liczyć na bezinteresowną, stałą pomoc.

Wychowywałam przedszkolne dziecko sama. Wierzcie lub nie, ale w tym czasie w moim życiu nastąpił kataklizm i... praktycznie nie miałam znajomych. 95% z nich śmiertelnie się na mnie obraziło za zakończenie małżeństwa z panem Wu i niektórzy mieli nawet na tyle odwagi, żeby rzucić mi to w twarz [4]. Zostałam sama jak palec ze swoim nieszczęściem, trudami codzienności, małym dzieckiem, własną samotnością, bólem, poczuciem beznadziei, wrażeniem bezwartościowości i braku perspektyw. Na palcach jednej ręki mogłabym policzyć bliskich, którzy trwali. Jestem im za to wdzięczna jak cholera. Ale pracowali i byli prawie wyłącznie bezdzietnymi mężczyznami [5].

Przeciwko komu tak naprawdę powinien obracać się nasz słuszny gniew? Otóż przeciwko systemowi. Specjalnie nie piszę, że pracodawcom, bo oni nie zawsze są winni, czasem zwyczajnie ich nie stać na utrzymywanie wiecznie nieobecnych rodziców. To nasze państwo, rękami rządzących [6] zgotowało nam ten los. Jeśli nie jesteśmy bardzo wysoko wykwalifikowanymi specjalistami - i to najlepiej w niszowej dziedzinie - nie mamy co liczyć na gwarancję zatrudnienia.

Dygresja
Nie oczekuję odpowiedzi - udzielcie jej sobie sami, do lustra. Ilu z Was zobowiązało się, że będzie świadczyć pracę z domu, podczas choroby dziecka? Bo to jest jakieś wyjście i w niektórych sytuacjach można. Mam znajomą, która tak robiła i nikt jej nawet kijem nie tknął przez dwie ciąże (na L4) oraz okres przedszkolny dwóch pociech. Tatuś w niebycie, żebyśmy mieli jasność.
Koniec dygresji

Fajnie dywagować o stracie pracy, gdy jest Was do tego dwoje i ewentualna utrata źródła dochodu wpłynie na Wasze życie, może nawet bardzo istotnie, ale jednak nie zdechniecie z głodu. Ja byłam sama. Moja najniższa krajowa to było być albo nie być nas obu. I daję Wam słowo, bywało pod górę fhuj.

Nie wiesz, jak mi ciężko - sugeruje autorka. I ja się z tym zgadzam. Nie wiem. Ale ona też nie wie, jak ciężko jest osobom, które czytają jej tekst. Być może nawet nie może sobie tego wyobrazić [7]. Zatem podsuwanie prostych, zdawałoby się, rozwiązań jest - ujmując kolokwialnie - chybione.

Finalnie pojawia się argument, by każdy traktował innych tak, jak sam chciałby być traktowany. Czy zatem chciałabyś (autorko), by ktoś, nie znając ni w ząb twojej sytuacji, dawał ci dobre rady tonem nieznoszącym sprzeciwu?!

Co robicie, drodzy rodzice przedszkolaków, by załatwić sobie jakąś samopomoc? Organizujecie się? Podrzucacie sobie nawzajem chore dzieci? Umawiacie się na dyżury - raz ja tobie, raz ty mnie? CZY ROBICIE COŚ DLA KOGOŚ?! To są naprawdę kluczowe pytania w dzisiejszych czasach. Nie zauważyłam w omawianym wpisie ani jednego zdania, które proponowałoby konstruktywne wybrnięcie z impasu. Nie zauważyłam woli pomocy bliźniemu.

I jeszcze jedno, choć może niektórzy z Was mnie za to znienawidzą. Otóż - naprawdę - katar to nie jest choroba. Etap przedszkolnego gila do pasa od jesieni do wiosny jest dziecku POTRZEBNY. I, bądźmy szczerzy, tak bez demonizowania - najczęściej to jest właśnie gil, a nie zapalenie płuc. Ręka do góry, kto ma starsze i zauważył, że przestały bez przerwy zapadać na wszelkie możliwe infekcje. Jakoś trzeba budować system odpornościowy i nie zrobi się tego w czapeczce, pod kołderką, w domu. Serio, serio. Bakterie i wirusy wszystkich krajów - łączcie się.



[1] A robi w ten sposób, bo ma możliwości. Gdyby nie miała, toby nie robiła i cicho siedziała.
[2] Dekonstruktywne granie na emocjach w miejsce konstruktywnych działań uważam za głupie i co mi zrobicie.
[3] Bo na to żadne wpisy blogowe nie pomogą.
[4] Serio, serio. Potem przepraszali, ale co z tego.
[5] Ergo: zaopiekuj się moim chorym dzieckiem. PANIKA.
[6] Których sami wybieramy i zmierzmy się z tym.
[7] Czytałam ostatnio artykuł o rodzicach, którzy mieli troje dzieci, z czego dwoje chore na tzw. choroby rzadkie - w stanie terminalnym. Oboje bez pracy, bo nie można jej było połączyć z 24-godzinną opieką. Gdy wyznali, że czekają na śmierć własnych dzieci, coś mi pękło w środku i już nie jestem tym samym człowiekiem.

20 lutego 2016

2232

Grupa lepszych haseł.

Zuzanna: Już nie umie się przepchnąć między szczebelkami w bramie.
Łoterloo: Też zauważyłam.
Zuzanna: Tuczenie psa - mission completed.

Prezes: Przylałbym ci, ale przecież nie mogę, bo ona się patrzy.

Łoterloo: Musimy zabić psa.
Prezes: Dlaczego?
Łoterloo: Bo już nie możemy zwrócić go do schroniska.
Prezes: Możemy zapomnieć.
Łoterloo: Czego zapomnieć?
Prezes: Że przywiązaliśmy go do drzewa w lesie.

Łoterloo: Włóż syfy do szuflady z workami.
Prezes: Jakie syfy?
Łoterloo: Aromatyczne psie przekąseczki*.

Łoterloo: Co on znowu żre za świństwo?
Prezes: Znalazł mocno nieświeżego ślimaczka.
Łoterloo: A ja w naiwności swojej myślałam, że je kamienie.
Prezes: Bynajmniej.
Łoterloo: Jednak w tym punkcie wychodzi wyższość kotów nad psami.
Prezes: Jak pies osiągnie wyżyny swoich możliwości, to trafia do punktu, od którego kot zaczyna.

Pomysł z karmą w plastikowej butelce jest genialny (dziękujemy). Ok. 45 minut spokoju, chociaż głośno, niestety.

Leśniewski znów zjadł kocie gówno. Rozkoszował się nim w wiatrołapie pod naszą nieobecność i musiała być to przeciągająca się uczta bogów, bo ślady objęły pół podłogi.

Niedługo będziemy musieli kupić nowy drapak dla kotów. Taki duży, wielopiętrowy. Nie, koty go nie zniszczyły, skąd.



* Póki co, wędzone żołądki wołowe nie biorą jeńców.

19 lutego 2016

2231

Na szczęście nareszcie piątek.

- Zróbmy coś - mruknęła J. z kanapy w moim kierunku. - Zapalmy, wypijmy kawę, ale coś zróbmy.
Bardzo wygodnie siedziało mi się w fotelu (a właściwie wpółleżało na fotelisku), co nieszczególnie konweniuje z aktywnością. Ale dobra.
- To idźmy zajarać, a potem zrobimy sobie kawę i porozmawiamy o ważkiej kwestii.
- Jakiej? - zapragnęła wiedzieć.
- Że byłoby dobrze, gdyby Szef dziś nie przyjechał.

I w tym momencie zadzwonił telefon.
J. wróciła z sąsiedniego pomieszczenia z miną grobową.

- Nie gadaj, że dotarł? - zdziwiłam się uprzejmie.
- To wszystko twoja wina, bo nie chciało ci się tyłka podnieść!
- Boszsz, to ja spieprzam do siebie, może mnie nie znajdzie...
- Akurat.
- Nie bądź wredna i nie poddawaj mu tego pomysłu, bo się zemszczę.

I teraz siedzę cichutko w ostatniej komnacie najwyższej wieży z nadzieją, że przy piatku się odpierpapier. Nawet nosa nie wychylam. Ciiiii...

18 lutego 2016

2230

O, matko! Ktoś nam podrzucił ze 3/4 psa! Ma też regularnego pierdolca, zwłaszcza wieczorami. Czy Wasze psy też dostają korby przed snem? No i chyba łapie jakieś zwidy, że jest kotem, bo tak skacze po meblach, że nieustannie mam wizje połamanych łap. Hurtowo. Nic nie jest dla niego przeszkodą.
Przed chwilą przyłoił łbem w kominek, bo MUSI nosić miskę tak, żeby mu zasłaniała oczy. I nie mieści się w przejściu, co go oczywiście nie powstrzymuje. Bo i czemu.

Obecnie popisuje się przed Zochą, która patrzy na niego mściwie. Albowiem Zocha chce mieć po prostu święty spokój, który jest u nas w domu ostatnio towarem deficytowym. Kolejkujemy po niego wszyscy (poza psem), systematycznie odgrażając się, że go zabijemy. Niektóre propozycje przyjmują formę wyrafinowaną.

- Słyszałam, że byliście z Leśkiem na spacerze? - zaćwierkałam czule do telefonu.
- Owszem - mruknął Prezes. - W lesie. Ćwiczyliśmy przywiązywanie do drzewa.

Na szczęście firma Apple wiedziała, że zamieszka z nami świr i wymyśliła ładowarki do komputerów, które trzymają się dzięki magnesowi i łatwo odskakują, gdy dziesięciokilogramowa, rozwydrzona, rozpędzona kula futra wpada na kabel z impetem, by w ułamku sekundy zniknąć za rogiem.
Aha! I podkopuje się pod płotem do sąsiadów.

Przypomnijcie mi, jaka miałam motywację, żeby przygarnąć tego szatana?!

17 lutego 2016

2229

Myślę ostatnio sporo o projekcie 500, co pozwala mi na pewną refleksję, dotyczącą własnego macierzyństwa.

Otóż należę do grupy, która w kwestii udogodnień rodzicielskich została po prostu wyruchana rozjechana walcem. Za moich czasów nie dostawało się żadnych dodatków finansowych z tytułu narodzin potomstwa, ponieważ jakoś niespecjalnie bito na alarm, że dzietność się obniża i skończymy wszyscy gnijąc w domu starców, nad którym nie będzie miał kto sprawować pieczy. Dodatkowo nie skorzystałam też z dobrodziejstwa, wynikającego z powszechnych ubezpieczeń społecznych, gdyż urodziłam dziecko studentką będąc - macierzyńskiego nie miałam (ani urlopu, ani zasiłku). Nawet dodatek rodzinny w zawrotnej kwocie złotych czterdziestu mi się nie należał - poszedłszy do pracy przekroczyłam próg zasiłkowy o... złotówkę. Matek samotnych nikt wtedy nie hołubił i rzecz ma się znakomicie do dzisiaj. Jedyne, co było mi dane, to możliwość wspólnego rozliczania podatku z dzieciną-niebogą.

Za to, nie mogę powiedzieć, państwo bardzo mi nie pomogło w odzyskaniu niezapłaconych alimentów. Posiadłszy stosowny wyrok sądowy oraz brak wpływu, udałam się po pomoc do komornika sądowego zrejonizowanego, który poświęcił mnóstwo czasu i uwagi, by rękami swoich pracowników kwieciście opisywać, dlaczego nie zastał dłużnika alimentacyjnego lub nie mógł go odnaleźć, a także - z jakich przyczyn dłużnik ów nie będzie swemu dziecku uiszczał. Jakby tego było mało, komornik ten osobiście (tu nie szukał zastępstwa w żadnym pracowniku) namówił mnie na zawieszenie czynności, przy czym zapomniał dodać, że jeśli nie przypilnuję odwieszenia, sprawa zostanie z automatu umorzona. Będąc dziewczęciem łatwowiernym, któremu w głowie nie powstało, że osoba urzędowa pragnie gorąco wydymać wyrolować samotną matkę, zastosowałam się do serdecznych rad komornika, zaprzepaszczając tym samym szansę na jakąkolwiek windykację. Jak mnie później poinformowano, ponowne wszczęcie postępowania odbywałoby się już za moje pieniądze, których miałam co prawda zbyt wiele, by otrzymać 40 zł miesięcznie zasiłku, zbyt mało jednak, by utrzymywać jakąś świnię, której punktem honoru było nie udzielić pomocy nieletniej za pomocą markowanych działań wywalać w błoto.

Mojemu dziecku z rodziny patologicznej niepełnej nie należało się żadne ułatwienie w dostaniu się do przedszkola, ponieważ nikogo nie obchodziło, jak zdobędę środki na utrzymanie. Z pomocy społecznej nie korzystałam, bo się wstydziłam. Za to chętnie zmywałam po nocach gary, jeśli tylko była okazja i tego się wcale nie wstydzę. Długo zarabiałam bowiem najniższą krajową, więc perspektywa przepracowania fizycznie nocy lub weekendu, za co mogłam pozyskać upragnione prawe środki płatnicze, najczęściej z pominięciem systemu, była niezwykle kusząca.
Chwilunia! Raz progenitura na patolstwie skorzystała! Dostała mianowicie dwa (sic!) dodatkowe punkty w czasie rekrutacji do ogólniaka. Co pozostało bez wpływu i jestem z niej dumna. Uporczywie nie chciała śmierdzieć i być zaniedbaną, leniwą idiotką, jak wszystkie dzieci z rodzin patologicznych niepełnych, o czym przecież każdy wie. A ja uporczywie nie chciałam być alkoholiczką, wstającą tylko po to, by skoczyć do monopolowego lub MOPSu. Za to pracowałam np. w trzech miejscach naraz. Ot, ruja i poróbstwo.

Tym oto sposobem całe życie z problemem finansowania borykałam się sama. Nie, kłamię. Otrzymałam wiele pomocy, ale nie systemowej. A przecież o taką właśnie chodzi. Jednak dodatek w kwocie pińcet uważam za pomysł kuriozalny.

Nie chciałabym, byście myśleli, że jestem sfrustrowana i obrażona, więc zachowuje się jak pies ogrodnika, bo tak nie jest. Po prostu pomysł, by rzucić wybranej grupie osób gotówkowy ochłap jest mi obcy, a nawet wstrętny. Ani to dzietności nie przysporzy (jak nie przysporzyło becikowe), ani problemów rodziców borykających się z niedopiętym budżetem nie rozwiąże i pozostanie całkowicie bez wpływu na poczucie bezpieczeństwa. A to przekłada się na dzietność bezpośrednio.

Czego bowiem tak naprawdę potrzebują osoby zainteresowane rozmnażaniem? Otóż stabilizacji. Uzyskać ją można pewnością, że znajdzie się pracę, która da utrzymanie i ubezpieczenie. Że nie będzie się dymać na śmieciówce lub w ogóle na czarno za pieniądze urągające ludzkiej godności. Uzyskać ją można poczuciem, że systemowe zainteresowanie dziećmi to nie są puste frazesy, którymi wypasieni politycy wycierają sobie ryje przyspawane do koryta: obniżeniem podatku VAT na artykuły dedykowane nieletnim (nie tylko niemowlętom), darmową opieką przed- i przedszkolną oraz wczesnoszkolną, zaopatrzeniem dzieci w artykuły niezbędne do rozwoju umysłowego, opieką zdrowotną i pełną refundacją leków (lub dużym dofinansowaniem) oraz możliwością diagnozowania i leczenia dzieci nawet nieubezpieczonych, co dziś jest utopią i nie ma zastosowania. I tym podobne.

Nie jest prawdą, że obecny rząd po raz pierwszy w historii w ogóle pochylił się nad dziećmi. Ani ten, ani poprzedni, ani żaden inny nie zrobił w tej sprawie niczego. Pomysł, by wyselekcjonować jakąś grupę i dać im po pińcet, nie poświęcając reszcie najmniejszej uwagi, jest obrzydliwy, obleśny, paskudny, jest jeszcze gorszy niż nierobienie niczego, bo służy wyłącznie do wypisywania zgrabnych haseł na afiszach. Politycy mają dzieci w dupie, bo to nie jest elektorat. Mam tylko nadzieję, że rodzicom - obecnym i hipotetycznym - przy urnach wyborczych przypomni się parę rzeczy. Ja bym np. oddała głos przeciw. Przeciw wszystkim, którzy choć jeden raz wzięli poselskie wynagrodzenie. Bo żaden z tych kmiotów nie zasługuje na pół grama rodzicielskiego zaufania.

Ciekawe, co by było, gdyby oddano większość głosów nieważnych.

2228

O poranku sinym przyłapałam Edwarda i Leśniewskiego na drobnych czułościach w kąciku. Kot na stole, pies na dwóch łapach obok, jakieś całuski, jakieś trącanie noskiem ogonka, a łapką noska - no, sielanka. Zatrzymałam się na schodach, kontemplując scenę i zostałam na tym przyłapana przez dramatis personae. Obaj zastygli w bezruchu, spoglądając na mnie w niemym oburzeniu. W zakłopotaniu zachichotałam niczym pensjonarka, przeprosiłam i zwiałam na pięterko.
Człowiek czuje się we własnym domu jak intruz.

***

Jak pisałam wczoraj na fejsie, padło w końcu to wiekopomne stwierdzenie, które Prezes rzuca mi w twarz przy każdym zwierzęciu. Aż dziw, że tym razem wytrzymał aż miesiąc!
- Robisz z niego kolejnego mamusi laluńka!
Pragnę w tym miejscu podkreślić, że ja nic nie robię. To tak samo jakoś wychodzi (szydło z worka, przepraszam za szydło).

***

Drapak w znakomitym stanie przetrwał ataki czterech kotów, lecz prawdopodobnie twierdza ta upadnie pod naporem psich zębów mlecznych. Leśniewski dokonał już ekstrakcji wszystkich wiszących kulek, podczepionych pod poszczególne półki, ogolił ze sznurka połowę dolnego poziomu konstrukcji, oskubał z wyścielającego futerka jeden element. I nie przerywa działalności. Pozwalam mu, bo z dwojga złego wolę, żeby poszatkował drapak, który można odkupić za stosunkowo umiarkowaną kwotę niż nogi od stołu lub krzeseł, za co musiałabym go skazać na wieczne potępienie oraz trzydziestocentymetrowy łańcuch u komina. Albo coś równie podłego. Np. odcięcie od ulubionych chrupek i wyniosłe, trzyletnie milczenie.

***

Powoli stajemy się coraz bardziej widocznymi właścicielami psa. W samochodach na tylnych siedzeniach pojawiły sie kocyki w kolorze blue, na których można złożyc skołataną psią głowę w czasie podróży. Oraz brudne psie nogi. W wiatrołapie na stałe zainstalował się ręcznik do uwalanych błotem stóp, a w całym domu - regularny pierdolnik z różnych psich przydasiów. Co zabawne, Lesiek - adresat wykładu Prezesa na temat robienia syfu - pozostawia na schodach różne przepyszne patyczki, choć rzuca się w oczy, że chętnie zająłby się nimi na kanapie. Taki młody, a taki inteligentny. To po mamusi.

***

Nie wiem, jak Wy, ale ja dziś wstałam z okropnym bólem głowy. Wciągnęłam już trzy prochy, w tym przeciwmigrenową aspirynę. I nic. A właściwie coś, bo mi z tego ćmienia tak niedobrze, że istnieje realne niebezpieczeństwo zwrotu śniadania.
Mam nadzieję, że uda się u Szefa.

Miłego dnia.

16 lutego 2016

2227

- Kto to zrobił?! - rzucił oskarżycielsko Prezes, okazując posiekaną gąbkę do mycia naczyń.
- Kto to zrobił?! - podchwyciłam natychmiast.
- No, właśnie! Kto to zrobił?! - do chóru dołączyła Zuzia.

Pies stanął na dwóch łapach, przybrał wygląd oburzony i też zapragnął wiedzieć, kto to zrobił. To się po prostu rzucało w oczy.

15 lutego 2016

2226

Posiadanie nosa w kształcie serduszka zobowiązuje. Wobec powyższego Leśniewski przyniósł mi w darze inną część psa. Oczywiście w kształcie serduszka.


Przyniósł i wypluł u mych stóp. Tak, dobrze myślicie - oto mleczny ząbek trzonowy. Został porzucony na rzecz stałego zęba trzonowego. Co, ma się rozumieć, nie przeszkodziło Lesławu w przyjmowaniu posiłków. Ani w niczym innym. Porzucił, że tak powiem, bez żalu i ruszył w dal podskakując radośnie.

Oraz wyprowadził Prezesa do lasu, co można odczytywać jako działalność przestępczą podstępną, gdyż Prezes bez GPSa nie trafia do domu z końca działki. (Pół życia siedzę jak na szpilkach).


***

Nie chce ktoś kupić naszego mieszkania?

14 lutego 2016

2225

Gdyby ktoś jednak podejrzewał, że układamy tego psa na poduszkach, a potem robimy mu zdjęcia, to...


... pragnę zwrócić uwagę, że charakteryzuje nas duże okrucieństwo. Szczególnie w okolicy tylnych łap. I tak, pies się wydłużył.

Wkrótce owca sobie poszła, a przyszedł prezesowski kapeć.


Ale podusia... OBOWIĄZKOWO.

Zdjęcia wieczorne, a dzień był pełen wrażeń. Jednym z nich stała się niezwykle okazała kupa, osadzona w realiach salonu. Leśniewski wyraźnie czuł się winny, ale w krótkich, żołnierskich słowach wyjaśniłam mu, że w całej rozciągłości obarczam tym Prezesa, któren był zapomniał, że adoptowaliśmy szczeniaka, a ten z kolei musi częściej. Namówieni - udaliśmy się ukarać winnego grupowym wskakiwaniem na plecy i tonem pełnym pretensji. Oraz poleceniem usunięcia wątpliwej jakości ozdób.

Tym przydługim monologiem pragnę PT Czytelnikom zasygnalizować, że nie tylko mówimy już o chęci wyjścia z impasu, ale również odczuwamy emocje, gdy się ów impas rozśmierdnie na pokojach. Szybko, c'nie?
I rosną nam trójki. W części całkowicie niekompatybilnej do impasu, oczywiście.


Miłych Walentynek Wam życzę, szczególnie jeśli nie obchodzicie. Ot, tak chciałam zza węgła wyskoczyć i zaskoczyć. Mało kto, obdarzony walentynką, powie: "A fe, zły człowieku, odejdź ze swymi darami, gdyż jestem darom tym przeciwny!". Jeśli więc są wśród Was tacy, którzy myślą, że nikt ich nie kocha, to - a kuku! Ja owszem, ja tak! I jak się teraz czujecie, hę?!

13 lutego 2016

2224

Możecie się śmiać, ale zmiana w wyglądzie psa rzuca się w oczy po trzech dniach. I wcale nie chodzi o to, że nagle zgrubł. On urósł! Biedny Lesiek. Co sobie myślał?! Człowiek przy pierwszym dziecku każdego gatunku zachowuje się jednak głupkowato. Dobrze, że refleksja na mnie spłynęła zaledwie po miesiącu. A powinnam była pamietać o radzie mojej położnej: nikogo nie słuchaj, rób jak uważasz, wtedy będzie dobrze.

Dziś Dzień Czyszczenia Pieca. Leśniewski pomaga z dużym zaangażowaniem, więc Eduś się nażarł i szaleje. Normalnie ma pod górkę, bo pies aportuje wszystkie jego zabawki, najchętniej z całym kotem. Teraz nareszcie może aportować sam. Muszę częściej organizować takie rozrywki, czyli ktoś z domowników znika z Leśkiem, a ja poświęcam maksimum uwagi mojemu małemu kotku. On i jego skromność po prostu nie są w stanie przebić się przez energetyczny wulkan psa. Oby się wreszcie zrobiła wiosna, to będą mogły wszystkie spędzać w ogrodzie czas nielimitowany.

O, wrócił i robi bardachę. Z wiatrołapu dochodzą mnie okrzyki: "stój, ty uparty diable". O, matko, wniósł aromat mokrego psa. Oraz wlazł na mnie i udaje, że spał tu od godziny! Idę szukać ciepłej wody.

12 lutego 2016

2223

Obecnie szczytem ambicji jest zaanektować psie legowisko pod lekkomyślną nieobecność właściciela. Oczywiście w żadnej innej sytuacji koty nie zniżyłyby się do przebywania w jakimkolwiek legowisku, koszu itp., które ktoś by przeznaczył specjalnie dla nich. Pomysłodawca zostałby wyśmiany, a być może - sprzedany na Allegro. Jednak nie teraz.


Kto siedzi w skarbcu, ten ma władzę nad skarbami, prawda?

Poza tym doszłam do wniosku, że głodzimy psa, co skutkuje ubocznie. Leśniewski szaleje, jest nadpobudliwy, miota się i doprowadza mnie do wkurwu. Wczoraj się wreszcie złamałam, wsadziłam w kąt zalecenia weterynarza i dałam mu pojeść. Nie to zwierzę.
Milusi, spokojny, sympatyczny, przytulaki. Większa ilość żarcia nie wpływa na jego aktywność - bardzo zresztą dużą - ale wycisza galopujące komórki mózgowe. W związku z powyższym zamierzam powrócić do swojego stałego stylu postępowania, czyli niesłuchania nikogo. Z chłopem mi wyszło, z dzieckiem mi wyszło, z kotami mi wyszło. Statystycznie rzecz rozpatrując, z psem też powinno się udać.

No i dziś pierwszy raz przyszedł, żeby poinformować, że siku-kupa-bąk. Ach, jak te dzieci szybko rosną, człowiek się obróci, a tu proszę.

PS Śliczny Eduś, mamusi laluniek, nie?

11 lutego 2016

2222

Byłam już rudzielcem.

2004
I byłam blondynką.

2006
Teraz - wiadomo.

Rok nieznany.

A potem się dziwię, że fryzjerka toczy pianę z ust. Wychodzi na to, że przynajmniej 12 lat mam tę samą fryzurę (z drobnym potknięciem, ale mi przeszło) i uporczywie nie pozwalam niczego zmienić.

10 lutego 2016

2221

A tymczasem przybył nowy kapciuch. W domu szaleństwo. Zofia była pierwsza i zrobiła się siara. Mały kapciuch już się pierze, by polecieć do innego pieska. Tymczasem specjalnie dla Państwa...

2220

Nie moja wina, że obdarzono mnie nieprzeciętną urodą. Teraz muszę dźwigać to brzemię!


Prezes powinien pracować. A co robi? Zdjęcia robi.

Prezes: Wiesz, że są takie psy, które grymaszą przy jedzeniu?
Łoterloo: Nasz nie je, to nie grymasi. On wpierdala na akord.
Prezes: I są takie psy, które się obrażają albo są niezadowolone.
Łoterloo: Nasz nie ma czasu, bo na półtora etatu się cieszy, a na półtora szaleje lub zakrada podstępnie.
Prezes: Fajny z niego pies, wiesz? Udał nam się.
Łoterloo: Następną weźmiemy suczkę, co?
Prezes (zastyga i popada w stupor).
Łoterloo: Co? Jednego psa będziemy mieli? Przesz jakoś głupio. I bez sensu.
Prezes: Ale...
Łoterloo: Nazwiemy ją Krycha.

9 lutego 2016

2219

Normalnie... moje życie obfituje w atrakcje. Ledwo mi jeden kot wyłysieje [1], ledwo drugiemu zepsuje się  sikawka [2, 3], ledwo psa adoptujemy, a już windykator dzwoni. No, ludzie...

Ja to się nie umiem awanturować, bo zawsze wietrzę, że coś zawaliłam. I jak mi pani mówi, że nie opłaciłam ubezpieczenia samochodu, to ja nawet jestem skłonna uwierzyć. Szczególnie że termin przypadał w najgorętszym okresie - zarówno temperaturowym, jak i dotyczącym kupna domu.
Poleciałam na konto, sprawdzam, przelew jest. Kwota inna, numer polisy inny, konto inne. O, żesz! Ale żebym tak WSZYSTKO pomyliła?! Owszem, mam świra, nie przeczę, jednak mało prawdopodobne. Zadzwoniłam do agentki, która na szczęście jest moją serdeczną koleżanką. Oraz wysłałam jej maila o zgrabnym tytule "Ratunku!!!".

Rzeczywistość mnie przerosła. Okazało się, że wszystko zrobiłam dobrze, tylko przy wystawianiu polisy agentka sie pomyliła, więc ją anulowała, a potem wystawiła drugą, która mi dała, a ja grzecznie zapłaciłam. Różnica w kwocie wynikała z zakresu ubezpieczenia (tak, porywam się na AC), konto było inne, bo polisa inna, a numer - oczywiste. Nie miałam o tym zielonego pojęcia, bo i skąd. Trudno się dopatrywać winnego: czy system nawalił, czy nie dopełniła jakiejś procedury, wszystko jedno. Faktem jest, że stałam się dłużniczką towarzystwa ubezpieczeniowego, które nie bawi się w żadne uprzejmości, tylko nasyła windykatora.

Nie było fizycznej możliwości, żebym wyjaśniła tę sprawę bez udziału agentki. W nerwach na pewno nie umiałabym znaleźć polisy, bo w dokumentach wozi się tylko odcinek. Niby kwota nie była zabijająca, ale konia z rzędem temu, kogo nie swędzi pięć stów.

Teraz mi przyszło do głowy powiązanie z pewnym rządowym programem...

Przesłałam informację i skany dokumentów do windykacji, zadzwoniłam i muszę czekać. 30 dni. I znowu popłynę finansowo na znieczulaniu się. Człowiek zawsze stratny.

***

Poza tym wczoraj wieczorem pomyślałam, żeby koniecznie umówić się na przegląd u dentysty, bo dawno nie byłam. A wiadomo powszechnie, że mam fobię stomatologiczną i muszę, ach, MUSZĘ mieć zdrowe zęby, bo szlag mnie trafi. Zaledwie wczoraj wieczorem to pomyślałam, a już dziś rano ułamał mi się ząb trzonowy.
No to wizyta nastąpi szybko.

A Leśniewski poszedł na szczepienie, które zniósł nieomal z godnością. Nieomal, bo musiałam go trzymać na rękach i potem zapierdział całą przychodnię. Ale przynajmniej nie wył, nie smarkał, nie rzucał się na plecy, nie gryzł wszystkich, nie płakał i nie wzywał pomocy. Tak, poprzednio dostał antybiotyk w zastrzyku i było atrakcyjnie. Za dwa tygodnie wścieklizna i mamy przerwę do kastracji.



[1] Zofia.
[2] Karol.
[3] Edek jest zdrowy i bardzo zazdrosny o zabiegi na wszystkich [4] oprócz niego. Nie, żeby znosił z godnością, skąd. Ale domagać się można. Poza tym Edek lubi zachorować spektakularnie. Lewatywa u kota... bezcenne.
[4] Lesiek nadal dostaje leki wzmacniające odporność oraz Rumen, żeby nie żarł gówien. Edward jest więc poważnie osamotniony w swym zdrowiu, biedaczek.

7 lutego 2016

2218

Leśniewski w coraz lepszej formie. Dziadkowie, z którymi jest systematycznie (czyli raz w tygodniu) socjalizowany, twierdzą, że urósł. My tego nie widzimy, co zrozumiałe. Za to z przyjemnością odnotowujemy, że w samochodzie nie płacze już cały czas - trochę pojęczy na początku, a potem zwija się w kłębek i drzemie. Radość, że znów udało się wrócić do domu po podróży, jest ogromna.

Wyprowadzany na spacer na smyczy zachowuje się w miarę przyzwoicie. Zresztą niczego specjalnego od niego nie oczekujemy. Ot, żeby się nie wyrywał i nie darł mordy. Z tym drugim jest gorzej, ale podejrzewam, że on to robi ze strachu. Lubi się kopnąć tu i tam, bodźców ma wtedy dużo, więc sikawka z emocji się wyłącza, ale świadomość, że za płotem istnieje jakieś życie, wydaje się całkiem pociągająca.

Przestał zwiewać przez szparę między szczebelkami, może dlatego, że urósł i już się chyba nie mieści, co przyjmuję z ulgą. Ogólnie jest wyraźnie spokojniejszy i być może zaczyna wierzyć, że nie pozbędziemy się go z byle powodu. Bo pewnie jeszcze nie wie, że nie pozbędziemy się go wcale, ale ufam, że i to kiedyś zrozumie. Lubi leżeć na ciepłej podłodze przed drzwiami na taras i obserwować kury sąsiada, znajduje zagubione pół roku temu kocie obroże i wyschnięte żaby z zeszłego sezonu. Jest radosny, po szczenięcemu aktywny, psoci, roznosi chałupę i przysposabia sobie różne sprzęty. Niech ma. Czekam na nowe, większe legowisko, by móc aktualne wysłać innemu, potrzebującemu pieskowi.

Przysposabia - np. żyrafkę antyprzeciągową. Nie znajdowała zastosowania, bo u nas nie ciągnie.
Przymila się do kotów, a dziś przyłapałam go na jakichś zażyłościach z Edkiem. Obaj się zerwali i odeszli w różne strony pogwizdując. Niemniej matczynemu oku nic nie umknie i to jest dodatkowa informacja dla Zuzanny, jeśliby ewentualnie jeszcze nie pojęła, że matki wią. Fakt, że nic nie mówią, nie oznacza, że nie przyjęły do wiadomości.

Poza tym pogoda jest boska i tulipany nam wzeszły. Niebawem może być całkiem ładnie. Pod warunkiem, że pies wszystkich nie wyciągnie, co czyni z lubością.

6 lutego 2016

2217

Wydaje mi się, że pisałam już kiedyś o słowach w kontekście ich mocy sprawczej, sile niszczenia i odpowiedzialności za to, co wypada nam z ust. Krążąc ostatnio po internecie, rozmyślam często nad ludzką naturą, która - miast dążyć do wiedzy i poznania - steruje w zupełnie innym kierunku. Zastanawiam się często nad butą i zarozumialstwem, które pozwala osądzać innych, dawać "dobre" rady, krytykować i narzucać własne opinie.

Za moich czasów brało się w szkole literaturę czasów wojny i okupacji, obozową, literaturę zniewolenia - i na jej przykładzie tłumaczyło relatywizm postaw. Tak naprawdę, to zaczynało się wcześniej, od "Dzikiej kaczki" Ibsena, ale chodziło o to samo. Mianowicie, żeby uzmysłowić uczniom, że nie mają zielonego pojęcia, jak zachowaliby się w sytuacjach skrajnych.

Łatwo z pozycji fotela w ciepłym domu i z napełnionym brzuchem myśleć, że postawa obozowego kapo była jednoznacznie zła. Ja bym się tak nie zachował, trzeba ocalić resztki człowieczeństwa. Ja bym tego nie zrobiła, nigdy. Ja bym tak nie mógł. Naprawdę?! Co możesz wiedzieć o roli zaszczutego zwierzęcia, o głodzie, zimnie, przeraźliwym strachu, zagrożeniu czyhającym za każdym rogiem? Skąd wiesz, do czego można się posunąć, by ratować życie: swoje, bliskich, ukochanych? Byłeś tam? Widziałaś? Przeżyłeś razem z tymi ludźmi? Zagrałaś główną rolę w takim życiowym filmie o prześladowaniu? Nigdy nie myl kata z ofiarą, nie obarczaj jej nawet częściową winą. Nie masz prawa nikogo osądzać.

Ostatnio w prasie wiele miejsca poświęcono informacji o prezydenckim akcie łaski dla kobiety, która po pięćdziesięciu latach upodlenia, przemocy, gwałtów zabiła swojego męża-oprawcę. Ruszyła fala hejtu: "ja bym nigdy na to nie pozwoliła", "nie dałabym skrzywdzić dziecka", "on gwałcił i bił dzieci, mogła uciekać, to jej wina", "mogła się zwrócić do kogoś o pomoc". Otóż nie mogła. Jeśli czegoś nie zrobiła, to znaczy, że nie mogła. Niemożność ma różne podłoża: to nie tylko brak okazji, pomocy, instytucji, to także klin w środku człowieka. Czy Twoje życie jest jednoznacznie udane? Wszystko w nim jest dobre? Nie? To czemu tego nie zmienisz? Praca jest niskopłatna i wyczerpująca, a Ty w niej tkwisz - odejdź. Że co? Że trudne warunki na rynku? To Twoja wina, na pewno można znaleźć coś innego, tylko się nie starasz. Co? Nie masz kwalifikacji? Trzeba się było szkolić - to Twoja wina. Jeśli w Twoim życiu istnieje jakakolwiek płaszczyzna, z którą nie jest Ci dobrze, to przemyśl czy masz prawo kogokolwiek oceniać, osądzać, obarczać winą.

Tryumfy święcą "dobre rady" dla rodziców. Że dzieci niegrzeczne, niewychowane, na baczność nie stoją, żreć marchewki nie chcą, nie uczą się, wagarują, palą za śmietnikiem. To wina rodziców. Mogli więcej, lepiej, nie starali się. Fajnie, że Twoje idealne, na pewno wychowałeś ośmioro. Wyniańczyłaś, wyprowadziłaś w dorosłość cały pułk. Pewnie buty mają zawsze czyste i paznokcie też, dorobiły się apartamentu w centrum Warszawy, są wzorowymi rodzicami. A pytałeś czy są szczęśliwe? Zastanawiałaś się, dlaczego córka nigdy nie przyjeżdża wieczorami, a w sortowanych skrzętnie śmieciach ma zawsze dużo szkła? Jeśli na Twoim rodzicielstwie są jakiekolwiek rysy, to przemyśl czy masz prawo kogokolwiek oceniać, osądzać, obarczać winą. Nie dawaj rad, nie wymądrzaj się.

Po artykułami o przemocy seksualnej zawsze znajdzie się jakaś dobra dusza, która uzna, że ofiarę można obciążyć choćby częściową winą. Ubrała się jak kurwa, a po co tam szła, niepotrzebnie piła, sprowokowała. Winny jest tylko i wyłącznie sprawca. Koniec, kropka. Wtórna wiktymizacja ofiary przestępstwa to najgorsze, co można zrobić. Nie ma usprawiedliwienia dla takiego zachowania. Nikt nie jest odpowiedzialny za czyjąś seksualność, a napastowanie i gwałt mało mają wspólnego z seksem. To tylko kompleksy i upośledzenie. Jeśli ktoś przywali Ci łopatą, to raczej nie nazywasz tego ogrodnictwem, prawda? Nawet gdy byłaś lub byłeś ofiarą przemocy na tle seksualnym, to nie była ta sytuacja. Nie ma dwóch takich samych okoliczności. Nie ma dwóch identycznych osób o przystającym do siebie idealnie garniturze przeżyć i doświadczeń. Jeśli nie chcesz pomóc, po prostu się zamknij.

Najnowsze hejterstwo dotyczy naturalnie uchodźców. Niektóre osoby czują się predystynowane do oceniania, co może lub powinien zrobić człowiek, nad głową którego wybuchają bomby, którego życie jest zagrożone, który egzystuje w nienormalnych warunkach. Kto z was - pytam - mieszkał przynajmniej miesiąc w strefie działań wojennych? Komu z Was zastrzelono dziecko? Kto widział, jak w wybuchu bomby giną ludzie? Widzieliście kiedyś rozerwane ludzkie szczątki na ulicy? Skąd to zarozumialstwo, ta pycha, by wiedzieć, jak zachowalibyście się w takiej sytuacji?! Czy wiecie, że w czasie Wielkiego Głodu na Ukrainie ludzie zabijali i zjadali własne dzieci? Nie zrobiłbyś tego? Do bestialstwa byś się nie posunęła? A skąd wiesz?! Śmiem sądzić inaczej, skoro w idealnych warunkach nie potrafisz nawet powściągnąć swojego języka i palców. Z przykrością stwierdzam, że z takich, jak Ty, rekrutuje się potem obozowych kapo.

Twoje słowa budują komory gazowe. Jeśli nie chcesz lub nie potrafisz pomóc - PO PROSTU SIĘ ZAMKNIJ.

I odśwież wiedzę z poziomu szkoły średniej.

4 lutego 2016

2216

Tak sobie pomyślałam, że warto raz jeszcze pochylić się nad problemem "czy decyzja o tak niebezpiecznej i niepewnej podróży była absolutnie konieczna".


Nie, kurwa. Przesz zajebiste widoki. Takie oldschoolowe. Jak w czterdziestym czwartym. Czad! I mogliby przecież walczyć - kamienie leżą, nie? Dać im karabin, odesłać z powrotem i niech... gruzy przerzucają. A tak wogle, to miasto ma potencjał do własnej aranżacji.

3 lutego 2016

2215

Powiem Wam, że pierwszy raz od niepamiętnych czasów każde z nas pracuje tylko w jednym miejscu. Nie, żebym miała złudzenia, że tak pozostanie dłużej niż dwa tygodnie, ale jednak dziwnie. Że co? Że wstaję rano, idę do fabryki, a potem mam wolne? Nie miałam tak przynajmniej 10 lat. A, nie - więcej. Nie potrafię już policzyć, jak długo.
To może sobie z tydzień poudaję, jak jest fajnie, a potem się za coś zabiorę? Co tak sam będę siedział.

Robota głupich lubi, nie?

***

Kupiłam Leśniewskiemu nowe, większe legowisko, opłaciłam jego abonament w Safe Animals, a ten debil zeżarł gówno, a czego nie zażarł, w to wdepnął, przeleciał się obsranymi łapami po domu i Zuzi oraz podkopał do sąsiadów. Normalnie... atrakcyjny Kazimierz.
A teraz padł na kanapie i śni, że w nieskończoność rzucam mu piłkę. Od czasu do czasu się budzi, żeby spojrzeć na mnie wzrokiem niewinnego szczeniaczka ze schroniska. Jakie to podłe i przebiegłe.

***

Tak się bawi, tak się bawi E-LY-TA!


No chyba nie sądzicie, że ktoś z nas zniża się do układania piłek w rządku.
Swoją drogą - nieźle wymierzył odległości.

2214

Oto najodważniejszy (i najprzystojniejszy) pies we wsi. Na spacerze. Jak widać - cały świat do niego należy.


Za to kiedy tylko przekraczamy furtkę...


A tak w ogóle to przez dwa tygodnie ktoś nam podrzucił pół kilo psa.

2 lutego 2016

2213

Dla rozluźnienia zagadka. Kto to jest? Zaskoczę Was - wiecie! Tylko nie wiecie, że wiecie.


Odpowiedź znajdziecie TUTAJ. Naprawdę warto przeczytać. Miłej lektury.

2212

Naprawdę dobrze się zastanów czy chcesz to przeczytać. Powrotu nie będzie.
Nigdy.


Wczoraj w drodze powrotnej do domu zrobiłam uprzejmość Trójce (nieprzesadnie często robię, bo lubię, gdy mi diesel mruczy). Innym stacjom radiowym już zupełnie przestałam, czyli syndrom podobny do telewizyjnego. Zrobiłam więc uprzejmość i nie wiem czy nie żałuję. Wpadłam w środek audycji, popłakałam się w czasie jazdy, a teraz nie mam apetytu i nie mogę spać. Niestety z ramówki Trójki nie potrafię przejść do konkretnego nagrania, więc Was nie odeślę. Może to nawet i lepiej.

O uchodźcach było. A konkretnie o dzieciach. Niestety wcale to tak nie wygląda, jak głoszą różni komentatorzy z islamofobią, że do Europy przyjeżdżają wyłącznie zdrowi, silni, młodzi mężczyźni. Otóż wg danych Europolu i Amnesty International na milion uchodźców przypada ok. 280.000 dzieci w różnym wieku. Mówimy wyłącznie o dzieciach, które przy wjeździe do Europy udało się zarejestrować. Ile z nich "weszło" z pominięciem procedur, a więc o ich istnieniu możemy rozmawiać wyłącznie hipotetycznie, nie wiadomo.

Z danych wymienionych wyżej instytucji wynika, że po ok. 10.000 ZAREJESTROWANYCH dzieci ślad zaginął. Powody mogą być różne. Od najbardziej optymistycznego, że częścią z nich zaopiekowali się krewni, którzy w Europie mieszkają już od dawna (choć wydaje się to grubymi nićmi szyte), po sprawy, które przechodzą ludzkie pojęcie, zatruwają mi myśli i odejmują spokój. Niestety możemy przypuszczać, że te 10.000 (tak naprawdę znacznie więcej) syryjskich dzieci trafiło:

  • do przemysłu pornograficznego, który je wykorzysta i wyrzyga skrzywione na zawsze,
  • do burdeli, gdzie będą latami gwałcone, ale może przeżyją,
  • do nielegalnych adopcji [1],
  • na części zamienne, czyli czarny rynek transplantacyjny.

W Europie działają organizacje, które na te dzieci czekają od początku. Wszystko jest nieomal zinstytucjonalizowane, pracuje z rozmachem, na szeroką skalę.

Zastanówmy się teraz, kto to wszystko robi? Czy owi krwiożerczy "islamiści", przybyli z dzikiego kraju, by gwałcić nasze kobiety i mordować dzieci? Czy ci utajnieni współpracownicy ISIS? A może terroryści? Zamachowcy-samobójcy?!
Prawda jest zupełnie inna. To nie straszny islam, ale chrześcijańska Europa wyprawia te okropieństwa. To tutaj czyha się na niewinne dzieci, zmuszone do ucieczki z własnych domów, do oglądania śmierci, przerażone, odarte z poczucia bezpieczeństwa i intymności. To my, Europejczycy, wykorzystujemy je, gwałcimy, kradniemy i zabijamy. My! Żadne tam ISIS.

Kim jesteśmy? My, wypasieni, rozpuszczeni, rozkapryszeni, z pretensjami, że o 23 nie chcą nam pokroić sera w sklepie? My, nieznający prawdziwego bólu? My, którzy śpimy spokojnie w ciepłych domach, marudzimy źli, że na drodze korek i tkwimy w samochodach za dziesiątki tysięcy złotych? KIM MY JESTEŚMY?!
Wybraliśmy Parlament Europejski, który nie potrafi dać sobie rady z problemem uchodźstwa, a więc jest niewydolny.
Wybraliśmy polski rząd, którego ksenofobia przechodzi wszelkie granice i przez który jako kraj odmawiamy współpracy w przyjmowaniu uciekinierów z terenu działań wojennych.
Wybieramy niewiedzę lub lęk, by móc blokować się na innego człowieka.

Czy jesteśmy winni? Czy ja jestem? Jestem. I Wy też jesteście. Nie mamy czystych sumień, nie wstajemy, by zaprotestować, nie zmuszamy rządzących żadnego szczebla, by ratowali ludzi. Z lubością wynajdujemy przykłady złego zachowania uchodźców i uspokajamy swoje sumienia, że odrzucamy bydlaków. Lub mówimy: cóż mogę ja jeden?
Mogę wszystko.
Milion, dziesięć milionów, sto milionów pojedynczych ludzi MOŻE WSZYSTKO.

Nie bójmy się krwiożerczych uchodźców. Bójmy się siebie nawzajem.
Dla względnego spokoju przymykamy oczy na zbrodnie, które przechodzą ludzkie pojęcie.
Teraz, gdy to czytasz, ktoś porywa, gwałci lub zabija niewinne dziecko.
JAK SIĘ Z TYM CZUJESZ [2]?


UPDATE

Wczoraj Tygodnik Powszechny puścił artykuł na ten temat (dotarłam do niego dopiero dziś). Dostep do publikacji Tygodnika jest płatny, ale można się zarejestrowac na stronie i czytać do trzech artykułów tygodniowo za darmo - ukłony dla serwisu.


[1] Co musi się człowiekowi stać w głowę, by chciał przygarnąć dziecko taką drogą?! Czyżby ograniczenie umysłowe było aż tak porażające, by nie wpaść na pomysł, że ono jest porwane?!!!
[2] Liczę, że wielu osobom zepsułam dziś humor. Od czegoś trzeba zacząć.

1 lutego 2016

2211

Dobra, dosyć tego  psa. Pomyślałby kto, że świat jest jakiś canisocentryczny.

Ostatnimi czasy niebywałą karierę w mediach społecznościowych robi mem, stanowiący wyrywek z wywiadu Newsweeka z Krystyną Jandą*.


Należę do tej części świata, którą niebywale drażni retoryka posłanki Pawłowicz, jej sposób mówienia, argumentacji oraz zachowanie. Należę do tej części Polski, która sprzeciwia się łamaniu prawa przez PZPR (Partię Zawsze Przeciw Rozsądkowi, dla niepoznaki nazwaną prawem i sprawiedliwością). Przy tym czuję się wyprowadzona z równowagi na tyle, by wstać (i wstałam), choć zdecydowanie wywodzę się z gatunku zwierząt kanapowych oraz jestem nośnikiem grzechu głównego inteligencji polskiej, czyli wrzątek na czworo i nocne Polaków rozmowy, a mało działania.

W związku z powyższym wiele rzeczy mogę zrozumieć. Też mam ochotę na emigrację wewnętrzną i powstrzymuje mnie przed tym jedynie poczucie obowiązku. Warunki u mnie sprzyjające, mogłabym się praktycznie odciąć - mieszkam na zadupiu, telewizji i radia nie poważam, znacznie bardziej lubię miźnąć kota czy psa niż rozważać, co tam, panie, w polityce. Ale wiem, że kontrola wyższą formą zaufania. Zatem tkwię w naszym małym, polskim piekiełku i oczy mnie szczypią.
Zatem - mogę wiele zrozumieć. Zniecierpliwienie, irytację, poczucie zagrożenia, frustrację. Nie mogę tylko przyjąć spokojnie jednej rzeczy - głupoty.

Każdy człowiek jest odpowiedzialny za to, co mu z ust wypada. Im wyżej, tym widoczniej - tę prawdę znamy od kilku stuleci. O ile więc słowa Łoterloo (blogerki niszowej) mają niewielką moc sprawczą, o tyle jedno zdanie wielkiej aktorki Krystyny Jandy - wręcz przeciwnie. Nie wiem czy odpowiedzialność można mierzyć różną miarą, ale wiem na pewno, że osoba publiczna winna ważyć słowa w sposób szczególny. Gdyż skala rażenia.

Jaki efekt osiągnęła pani Krystyna J.? Czy na pewno oczekiwany? Co tak naprawdę przekazała światu? Otóż niestety zupełnie coś innego niż prawdopodobnie zamierzała,

Ja wiem, że posłanka Pawłowicz jest cholernie wkurzająca. Warto jednak wziąć pod uwagę, że ona pełni pewną rolę. Jarosław Kaczyński nigdy by nie pozwolił, żeby mu ktoś we własnym obozie podskakiwał i mamy na to liczne dowody**. Jeśli podskakuje i pyskuje, to znaczy, że ją do tego celu namaszczono. Pawłowicz pełni w PiSie identyczna rolę, jaką w PO w pewnym momencie pełnił Palikot, a później Niesiołowski. Jej poziom chamstwa i oszołomstwa*** jest tak ogromny, że skupia na sobie uwagę. Dzięki temu z tyłu można wykonywać różne dziwne ruchy, ponieważ społeczeństwo akuracik patrzy w drugą stronę.

Owszem, Pawłowicz posiada do tego skłonności. To jest babsko o mentalności przekupy na targowisku, czego nie ukryją żadne stopnie ni tytuły naukowe. Ale bądźmy szczerzy - wybór do takiej roli osoby spokojnej, inteligentnej i wyważonej byłby całkowicie bezcelowy.

Wróćmy jednak do meritum. Co mianowicie przekazała nam Krystyna Janda? Ano powiedziała wprost, że kobietami niepodzielnie władają hormony, które wyłączają mózg. Stwierdziła to w wierzchniej warstwie o Krystynie Pawłowicz, głębiej o sobie, a tak naprawdę o nas wszytkich. Czy naprawdę tak uważa? Czy sądzi, że mężczyźni nie posiadają garnituru hormonalnego? A może tylko u kobiet wyłącza on mózgi?

Zasadniczo osiągnęła fatalny poziom i efekt. Żałosny wręcz. Mogła stanąć przed tłumem i powiedzieć: jestem głupia, idę do kuchni, gdzie moje miejsce. Na jedno by wyszło. Przynajmniej byłoby uczciwie. Nie lubię, gdy ktoś wyskakuje na mnie zza rogu i wali pałą w łeb. No, nie lubię i już. Oraz - nie godzę się. W związku z tym mam koszmarny żal do Krystyny Jandy, która - lubiana czy nie - bezdyskusyjnie pozostaje wielką aktorką, a co za tym idzie - osobą opiniotwórczą. I chciałabym, żeby przeprosiła, że jej się w nerwach wypsnęło.

Jako podsumowanie pozwolę sobie zacytowac moją znajomą. Nazwiska nie podaję, bo nie otrzymałam na to pozwolenia. Ale stwierdzenie jest cudowne, zarówno w prostocie formy, jak i głębi treści. Otóż powiedziała ona:
Owszem, można odrzucić kulturę i całą naszą cywilizację, a człowieczeństwo sprowadzić do mięcha. Na szczęście jeszcze nie trzeba.

Nic dodać, nic ująć.





* Linkuję do fragmentu, bo jest nieodpłatny, ale wystarczy, żeby wyrobić sobie opinię.
** Kto nie widział filmu z sali sejmowej, gdzie odsyła Asta do budy, niech poszuka. Ja też tak pokazuję psu palucha, gdy się włamie na pięterko. I Leśniewski zmywa się identycznie, jak Ast.
*** Przy czym jest malownicza.