30 września 2015

2136

Nie wiem czy Wam kiedyś mówiłam, ale nadano mi w fabryce ksywę. Brzmi ona: Matka Joanna od nauki. Co, oczywiście, szalenie mnie śmieszy*.

* Zwłaszcza w sytuacjach pozafabrycznych. Już dawno uznałam, że to nawet wygodne. Jadę na spotkanie, dzwonię, że jestem, przedstawiam się: Dzień dobry, tu Matka Joanna od nauki.
Satysfakcja gwarantowana.

29 września 2015

2135

Na życzenie Zacofanego w lekturze (kokiet taki) miała być cebulowa. Jednakże w aspekcie zaistniałych wydarzeń, musimy ją przesunąć na inny dzień. Gdyż Dzieje Się.

Otóż przyjechalim z fabryk do domu i rzucilim się do prac różnorakich. Koty - do jedzenia i włóczenia się po ogrodzie. Zuzanna - do bezwstydnego gnicia. Prezes - jak to prawdziwy mężczyzna, do garów. Ja - jako ta wątła kobietka (nieomal kobieciątko), do przygotowania dużego gabarytu, gdyż pojutrze wywóz.
Kursuję sobie spokojnie (dysząc, słaniając się i powłócząc nogami) pomiędzy wiatą a bramą, aż tu nagle Zocha koło mnie przebiega lisim truchcikiem i, imaginujcie sobie, mówi PI.
Ej.
Zocha robi różne zaskakujące rzeczy, ale - jako żywo - nie mówi PI. Nie myśląc wiele (oraz z chęcią) porzuciłam targany balast i nuże za Zochą, która celowała prościutko w drzwi wejściowe. Udało mi się przydybać ją zanim zabunkrowała się na zawsze w jakiejś dziurze. Patrzę, a tu z Zochy wystaje obcy.
- Zocho - przemówiłam więc czule do czterech oczu. - Oddaj obcego.
- Wrrrrrrrr... - odpowiada Zocha, łypiąc jednym z (obecnie) czterech oczu.
- Zocho - podjęłam kolejną próbę. - Oddaj, ja cię proszę, nie bądź torba.
Wierzg, wierzg, odpowiedziały malutkie stopki, wyrastające z pyska Zochy.
Wreszcie dała się ubłagać. Wypluła ciałko i kichnęła rozgłośnie.
- Dobra Zośka, dobra - pochwaliłam. - Pyszne mięsko. Teraz idź się pobawić, a ja przetworzę.

Zadowolona z siebie bohaterka dnia powędrowała do domu, a pyszne mięsko łypało na mnie ze schodów udając trupa. Nawet nieźle mu szło, bo profesjonalnie zesztywniało i powykręcało kończyny w różne strony. Może bym się i nabrała, gdyby nie hiperwentylacja i tachykardia.
- No, dobra, myszo czy kim tam jesteś. Uratowałam ci życie. Spierniczaj, ile fabryka dała.
Mysza wykręciła nogi jeszcze bardziej Żeby Dać Mi Do Zrozumienia. Westchnąwszy, udałam się po rękawicę roboczą, bo nie wiadomo czy w trupim szale mnie taka nie użre. Gdy wracałam, rączo nadbiegł Czesław, który odważnie oddalił się trzy kroki od schodów. Kicał radośnie i gapił się na mnie, dumny ze zdobytej sprawności. Po czym... potknął się o trupa, wrzasnął, podskoczył i zwiał do domu. Trup załapał stan przedzawałowy.

Podniosłam go delikatnie. Był martwy od siedemnastu lat. Łypał dyskretnie bez mrugania, nóżki miał powykręcane i głowę też wykręcił, żeby było bardziej malowniczo. Wiadomo - trza się starać, gdy trafisz na tępaka.


Obejrzałam malucha na ile się dało. Sprawdziłam czy Zocha nie zrobiła mu jakiegoś dodatkowego otworu, ale chyba nie ma wprawy.
- Idziemy na wycieczkę, myszo - podsumowałam i udaliśmy się na koniec ogrodu (czyli jakieś siedemdziesiąt cztery kilometry). Wybrałam miejsce tuż przy płocie, z widokiem na łąkę, tam, gdzie trawa nieskoszona, a latem była dżungla i subtelnie ułożyłam trupa nogami do dołu.


Następnie pogłaskałam delikatnie, jednym paluszkiem po głowie i życzyłam spokojnej podróży. Trup przyjął moje karesy bez rozszalałego entuzjazmu.


Tak się rozstaliśmy. Po piętnastu minutach poszłam sprawdzić czy nie potrzebuje więcej wsparcia. Kilka metrów dalej, w wyższej trawie, coś zupełnie niewidocznego powiedziało PI.

***

Tymczasem dumny Krwawy Morderca Okrutny Mściciel Łowca o Niespożytej Energii Postrach Województwa udał się na drugi koniec ogrodu, wygrzebał w ziemi dziurkę i się zesrał. Tym samym, mam nadzieję, Rozpoczął Proces. (Dziewczynki wiedzą wcześniej).

***

W tym czasie Karol miał cały kominek dla siebie.

28 września 2015

2134

Fascynuje mnie to. Ewentualnie nie oglądajcie.

Najpierw wstałam ja.

Chwilę później wstało słońce.
Owszem, gdyby kto pytał - wisiałam z okna. Na tym mrozie. Ale było mi smutno na myśl, że w kadrze znajdą się ciapki z szyby.

Koty chodzo. Koty lejo sie z innymi kotami. Znaczy... Czesiek nie wychodzi, Edek fuka i spiernicza aż się kurzy, Zocha spiernicza aż się kurzy i wrzeszczy na całe gardło, że ratunku, gdyż jest molestowaną, a Karol oddziałuje całom siłom i godnościom osobistom, na jakom go stać. Trzeba przyznać, że dość skutecznie.

Tu mianowicie mamy spotkanie dwóch Karolów. Państwo zwróci uwagę na rudą parówę bez uszu. Tak, wygrał w konkursie paczania. W pewnej chwili Karol sąsiedzki zauważył chmurkę na niebie, więc odszedł pogwizdując, ponieważ znalazł się tam całkowicie przypadkowo i niezamierzenie. Ot, wzion, przechodził i ups.

Brak uszu oraz stan skupienia i zawartość kota w kocie okazały się przejściowe.
A Zośki nie stresuje kosiarka.
Gdyż w końcu skoszone, a już się bałam, że nic z tego.

26 września 2015

2132

Odczuwam jakąś nieomal atawistyczną przyjemność z patrzenia na ogień i słuchania go. Wiem, że to dziecinne, ale potrafię dorzucić do kominka pół kilo papieru, żeby przyglądać się buzującym płomieniom.
Piec nadal chodzi w trybie letnim - ot, żeby podgrzać wodę.

Tymczasem słynni siewcy sierści (polecam przyjrzenie się obiciu kanapy), czyli lokalne SS, również zalegają naprzeciw kominka w ramach imitowania skór z dzików. Gdzie pójdą jak pada.


Jak to - gdzie reszta? I tak cud, że na kanapie mieszczą się aż dwa koty.

24 września 2015

2131

Ja dla nich zdjęcia z dedykacjami pstrykam, a une jeszcze wybrzydzajo!
Włączo se dźwięk, bo Karol ma im coś do powiedzenia.

video

21 września 2015

2128

Prezes dokonuje ostatnich poprawek w zuzinej norze. Docierają do mnie strzępy dyskusji.

Prezes (prawdopodobnie o kimś, kto na ekranie): Ale kicha, jest beznadziejny.
Zuzanna: Wiesz, że to nie jest program pt. "Skomentuj to"?

19 września 2015

2127

Pozostawione w damskim gronie - nie licząc kotów - postanowiłyśmy się nażreć. Na tę okoliczność rozpaliłyśmy grill, zakupiłyśmy pstrągi, sporządziłyśmy sałatkę i otwarłyśmy wino. Znaczy wszystko ja zrobiłam, a ona przyjdzie na gotowe, gdyż dzieci to zakała i wrzód na zdrowym organizmie, jak wiadomo*. Pstrąg się piecze, sałatka oczekuje, a wino wprost przeciwnie.

Pstrąga robi się następująco:
Bierze się pozbawioną flaków padlinę, obsypuje pieprzem cytrynowym i zostawia w zlewie, przykrywając szczelnie deskami do krojenia, bo koty już się zgromadziły. Kiedy "przejdzie", trochę się soli (lub nie), do środka wkłada pokrojony w plasterki czosnek, kawałeczki masła i posiekaną natkę (której nie miałam, więc nie włożyłam). Bierze się boczek, kroi w cienkie plastry i owija nimi pstrągi. A potem zamyka w łódeczki z folii aluminiowej. Jeśli ktoś ma, bo ja jeszcze nie, to wkłada takiego gotowca w specjalne grillowe trzymaczki do ryb. I na grilla z nimi.

Po przepis na sałatkę leci się do Dwóch Chochelek, bo obie dobrze gotują i je lubię, albowiem są to fajne kobity - możecie mi wierzyć na słowo. Kto nie zna, oczywiście. Bo kto zna, ten wie.
Oczywiście kolejny raz podkreślam, że nie wolno być kulinarnym Hitlerem. Mnie na przykład ktoś wyżarł wszystkie gruszki i orzechy, więc bez cienia skrępowania zastąpiłam je słonecznikiem i jabłkami. Brak składników potraw nigdy mnie przed niczym nie powstrzymał.

W międzyczasie robi się pranie, ogląda jakiś śmieszny film, pije wino czy tam inną kawę. I jest się zadowolonym z życia, mimo że trawnik nieskoszony, a mroczny kosiarz udał się na imprezę integracyjną i powróci jutro. Zapewne nieświeży.

Teściowa pojechała, a Zuzanna urządziła swoją norę. Z grubsza to tam ładnie wygląda, gdyby nie permanentny bajzel. Jednak takie drobiazgi nie będą psuły mi humoru - mamy wszakże drzwi do nory. I możemy je zamknąć, co nas pozbawi możliwości oglądania. Wtedy wystarczy zapomnieć i już!

Idę, podmucham na węgle. Oraz uzupełnię kieliszek. A Wy leniuchujcie, bo poniedziałek nadejdzie czy tego chcemy, czy nie.



* Zaraz to pewnie przeczyta i będzie wrzeszczeć z wyrzutem przez okno na cało wieś coś w stylu: maaaamoooooo...


EDIT
Owszem, już wrzeszczała.

- W garażu stoją dwa pudła oznaczone "Zuzia". Może sobie rozpakuj?
- Nie mam czasu, idę leżeć.

10 września 2015

2126

Przyjechała moja ulubiona teściowa.

Od poniedziałku biegaliśmy jak szaleni poszukując łóżka, montując łóżko, kupując stoliczki nocne, wieszaki, wieszaczki, półeczki, ustawiając światła, sprzątając, szykując pościel, poduszki, kocyki - żeby jej było wygodnie. I jest. Uśmiechnięta, serdeczna, zachwycona domem, zadowolona, że nas widzi. Bardzo ją lubię.
Przywiozła suszone grzybki i pigwóweczkę. Obiecała, że zostanie cały tydzień.
Palimy w kominku, pijemy wino, opowiadamy, śmiejemy się, cieszymy swoją obecnością. Jest ciepło i dobrze.

I Zuzia wraca! Wyrusza za pół godziny, o czwartej nad ranem ma prom. Tak bardzo nie mogę się doczekać, że jak nie wiem co.

Prawdopodobnie jutro o tej porze będę najszczęśliwszym człowiekiem na świecie - we własnym, ślicznym domu, otoczona bliskimi, z moją małą córeczką na wyciągnięcie ręki i bandą leniwych, futrzanych worów na wysokogatunkową kocią karmę, porozkładanych po wszystkich meblach. A przy tym - WEEKEND! Och, mówię Wam - życie jest takie fajne.
A dom...
Dom to tak naprawdę nie jest miejsce, tylko przestrzeń między ludźmi. Coś niebywale ulotnego, a jednocześnie trwałego. Jak stal. Jak granit.

Czego i Wam z serca życzę.

6 września 2015

2125

Veni, vidi, grill zdobyty. A już zaczęłam myśleć, że to niemożliwe.
Mamy kolejne rośliny. I kolejne półki na książki. Chyba upchnęłam wszystkie książki! (Chwilowo).
Krawcowa nareszcie wykończyła m firanki (5,99 za 1 mb). Zasłony w toku.
Istnieje możliwość, że w poniedziałek zobaczę jak wyglądam wychodząc z domu. Do tej pory tylko to sobie wyobrażałam, bo nie miałam gdzie się przejrzeć. (#EliminacjaWiszącychSmarków).
Zofia nieustannie w blokach startowych. Jej ucieczki stają się nieomal mityczne.
Zastanawiam się czy napisać post o uchodźcach, czyli włączyć się w trend. Nie wiem czemu, ale istnieją rzeczy, o których nikt nie pisze. Hm.
A w ogóle to idę zajarać i dobranoc się z Państwem.

3 września 2015

2124

Ballada o gupim kocie.

Pierwszy gupi kot jest czarny, stuningowany na biało.
Leżę sobie spokojnie w łóżku, godzina nieomal 22, film oglądam. Wchodzi Prezes.
- Wyobraź sobie - mówi - że już miałem iść na górę, a tu patrzę, na tarasie Niuniuś* się pałęta i przez okno tarasowe zagląda, Gapi się i gapi, nos na szybie oparty.
- Niuniuś chce u nas zamieszkać, zauważyłam to. Czy Karolek się wpienił?
- No właśnie nie. Też mnie to zaciekawiło, więc podszedłem do okna, patrzę, patrzę... a to wcale nie Niuniuś!
- Jakiś nowy kot zochopodobny?!
- Taaaa... O, zobacz, właśnie przyszedł.
Na takie dictum do pokoju wkracza Zofia, wielce z siebie zadowolona, i ładuje się z brudnymi nogami w moją nową, białą pościel. Po czym sugestywnie wskazuje, że mam ja pomiziać po brzuszku, gdyż zdobyła nową sprawność.
Kiedy i komu zbiegła, którymi drzwiami, gdzie była - nie wiadomo. Gupi kot.

Drugi gupi kot jest rudy.
Spaceruje sobie po trawie krokiem statecznym i niespiesznym. Godnie oraz nienachalnie. Gdy tylko któreś z nas mrugnie, kichnie, obróci się (wstaw dowolne), spieprza pod wiatkę i tam tkwi zadekowany.
- Chodź, Karolku - grucha czule Prezes. - Idziemy do domu.
Karolek zastyga w bezruchu. Gdy Prezes zbliża się do niego nieomal na wyciągnięcie ramienia, spieprza mu szparą pomiędzy wiatką a murem. Tam oczekuje aż Prezes obejdzie garaże, zastyga w bezruchu, a gdy odległość pomiędzy nimi zmniejsza się do długości ramienia, spieprza pod wiatkę przez szparę. I tak siedem razy. Dopadnięty - protestuje, gdyż zepsuliśmy mu znakomitą zabawę. Gupi kot.

Trzeci gupi kot jest niebieski.
Ten to nie ma kompleksów. Wychodzi z domu i nie mówiąc nic nikomu zbiega do sąsiadów przez żywopłot. Albo galopuje po całej działce, czyniąc zwody i uniki dopóki, zziajana, nie dopadnę go ostatkiem sił. Wtedy dostaje ataku histerii, bo ON CHCE IŚĆ SAM. Ale nie do domu, oczywiście. Gupi kot.

Jedynym kotem w domu, który nie jest gupi, jest kot biały.
Ten chodzi tam, gdzie mamusia. Ewentualnie oddali się o pięć ludzkich kroków, ale cały czas kontroluje czy go widzę i czy jestem dumna, że taki zaradny.
- Chodź, syneczku - mówię.
A on gna do mnie galopem, cały czas opowiadając, jak to wyruszył w dzikie knieje pełne groźnej zwierzyny, był bardzo odważny, ale teraz już chodźmy, bo w domu jest tak fajnie. No, chyba że chcę go jeszcze wyczesać na tarasie, to proszę bardzo, tu ma ogon, tu boczek, tu podwozie.


Mówię Wam: 3 na 4 - NIEZDYSCYPLINOWANE BACHORY.



* Niuniuś - kot sąsiadów, lustrzane odbicie Zochy, można zobaczyć TU.