26 lipca 2015

2112

Niedziela.
Cisza. Cisza absolutna.

Praworządni mieszkańcy udali się zapewne do kościoła, by później poświęcić czas uczciwemu wypoczynkowi oraz trawieniu. Wyprałabym sobie to i owo, lecz boję się anatemy za niedzielne suszenie na tarasie. Poczekam do jutra.

Odbyliśmy wycieczkę zapoznawczą z okolicznymi miejscowościami. Okazało się, że wszędzie jest blisko. Gdy człowiek pochodzi z tętniącego życiem serca aglomeracji, słabo sobie wyobraża takie przyjemne miasteczka, jak moje obecne (oraz przyległości). Znaleźliśmy wydział komunikacji w powiecie - teraz wiemy, dokąd się udać, by przerejestrować samochody. Rzut, że tak powiem, beretką. I to bez antenki.

W najbliższym czasie muszę odnaleźć jakiś zakład fotograficzny i dać się zdjąć. Gdyby nie zmiana nazwiska, nie musiałabym obracać dowodem osobistym, gdyż albowiem w aktualnym dokumencie nie zamieszcza się już adresu. Ale skoro chciałam Się Nazywać, to teraz muszę być konsekwentna. Może zacznę z tą konsekwencją od jutra.

PS Obudziłam się dziś o piątej, wstałam, nakarmiłam czeredę, wróciłam do sypialni i zerknęłam przez okno. 100 metrów od ściany mojego domu pasło się leniwie stado saren. Pękłam ze szczęścia i to był jedyny dźwięk w tej części globu. Gdyż o piątej to się nawet psi uśpili i nic nie klaskało za borem.

23 lipca 2015

2111

Piątego dnia pobytu Karol wyszedł spod łóżka. Kamienie z naszych serc w duecie uderzyły o podłogę. Wychudł jak szczapa, prawie nic nie jadł przez ten czas. Tylko mu się w ryjku wydłużonym oczy świecą. Mam nadzieję, że teraz już będzie dobrze.

Jako że robię dziś za fizycznego od piątej (!) rano, wrzucam jedynie fotorelację. Na więcej nie mam siły.

Starszaki oglądają świat zza krat 
Młodszaki odpoczywają po licznych ucieczkach
Masażu stóp nie ma w pakiecie w tym SPA?
Czasem strach wyjść do ogrodu...
Niuniuś wpadł z wizyta sąsiedzką
Lustro? (Zocha rozkminia).
Pan przyjechał po nas zabawkowym samochodem, o czym zapomniał uprzedzić.
Książki się nie zmieściły i była siara.
Gdy przyjechała kanapa, Karolek dał się wydłubać spod łóżka.
Po trzech minutach tam wrócił.
Człowiek je sobie spokojnie obiad, a za oknem rolnik szuka żony.

Wiecie co? Tu jest CUDNIE.

21 lipca 2015

2110

Som internety.

Przyjechało dwóch młodzieńców o wyglądzie typowym*. Chyba se chcieli meble obejrzeć, bo zgodnie z przewidywaniami mogli to zrobić zdalnie. Nie wtrancałam się, spędzając czas w kuchni, gdzie moje miejsce. Tzw. technicy nie są zwykle przygotowani na spotkanie z moją wybujałą osobowością, a na internetach mi zależało. Wracam więc do nadawania.

Przenieśliśmy się, jak wiadomo, dzień przed przewidywaną godziną zero. Prezes tak zarządził i miał świętą rację. Koty - spanikowane od dłuższego czasu - w chwili pakowania do transporterów dostały maksymalnej schizy, która była tak wielka, że przegapiły moment zamykania za kratami (czyli poszło gładko i zrobiłam to w pojedynkę). Kupiliśmy transporter dwukotny i wraziliśmy w niego Edka z Cześkiem, gdyż Edek panikarz, więc mieliśmy nadzieję, że przebywanie z Czesławem nieco go wyciszy.
Taaaaa...
To było emocjonujące 20 minut. Mozart mógłby się wiele nauczyć.

Tak około drugiej minuty podróży Zocha skapowała, że wcześniej mówiłam prawdę i rzeczywiście ją ze sobą zabieramy. Na tę okoliczność przyjęła pozę godną, a wyraz twarzy na wpół zadowolony, na wpół sarkastyczny. Czyli normalny. Edek histeryzował, a gdy zamykał się na moment, to Karol podgrzewał atmosferę i wszystko zaczynało się od początku. Czesiek milczał - ostatnio sporo podróżuje, więc go nie brało.

Po przybyciu na miejsce wypuściliśmy towarzystwo i histeria osiągnęła apogeum. Wszyscy postanowili odkorkować natychmiast, w tej sekundzie. Z najlepszych przyjaciół staliśmy się dalekimi znajomymi. Nieomal starą, zrzędną ciotką, której nikt nie lubi. Prawie obcymi. Ot - przechodziliśmy przypadkiem, a że jesteśmy zepsuci do szpiku kości - wstąpiliśmy i zniszczyliśmy kotom życie. Ktoś powinien tego zabronić ustawowo i natychmiast nas ukarać. Np. ściąć. Ale tak, żeby głowa trochę zwisała, co gwarantuje uporczywą mękę.

Finalnie Karol zniknął, postanowiwszy udusić się na śmierć pod kołdrą. Czesław, przetrwawszy pierwsze godziny, upewnił się, że matka na miejscu i rozpoczął eksplorację, przerywaną okresowym podbieganiem do mojej łydki i trącaniem jej mokrym nosem, żeby mieć stuprocentową pewność. No, dobra - jesteś, mogę iść dalej. Edward struchlał w wiatce, aż żałuję, że nie zrobiłam mu zdjęcia: siedzącemu twarzą w kącie, w wymarzonej pozie kary. Natomiast Zofia...

Pierwszy patrol salonu wykonała na ugiętych łapach. Następnie spojrzała na mnie z minimalną pogardą, kichnęła, poczuła się u siebie i zawładnęła terenem. Wyjrzała przez drzwi tarasowe, wykazała uprzejme zainteresowanie kurą u sąsiadów (zerknęła na mnie z miną: widziałaś, jakie tu gołębie wypasione?) i zażądała posiłku. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie uwielbiam tego kota nieomal naklęcznie.

My z kolei zjedliśmy kolację na tarasie, obejrzeliśmy film produkcji skandynawskiej i położyliśmy się spać. Jak dzicy. Prezes to po prostu na karimacie.


CDN.



* No, sorry. Seriale mówią prawdę. Tak, istnieją wyjątki od reguły - np. Prezes. Ale on ma MNIE.

18 lipca 2015

2109

UWAGA! UWAGA! OSTATNIA WIADOMOŚĆ!

Wczoraj pękł Prezes. Dziś Zofia. Z obojgiem odbyłam rozmowę uspokajająco-dyscyplinującą. W przypadku Prezesa zadziałało od strzału. Zofii musiałam poświęcić trochę więcej uwagi, a i chyba nie do końca uwierzyła, że jedziemy razem. W każdym razie przestała warczeć, gryźć i drapać oraz wyszła z walizki. Ale popatruje podejrzliwie i przychodzi do mnie od czasu, patrzy w oczy i coś mi opowiada. Więc za każdym razem tłumaczę spokojnie to samo:
- Nie bój się, jedziemy razem. Nigdy bym cię nie zostawiła. Nikomu bym cię nie oddała. Bo cię kocham.
To ją na chwilę uspokaja.
A ja jestem już wykończona.

Tymczasem wyciszony umiejętnie Prezes zakręcił się po odmalowanym domu, zerknął na powieszony przeze mnie zegar dworcowy, który zalicza z nami już trzecią lokalizację...



... udał się do swojego nowego gabinetu, coś tam pokręcił, po czym zawołał mnie z tarasu.
- Zmontowałem nam małe poczucie bezpieczeństwa. Na miarę posiadanych w tej chwili możliwości*.


A potem usiadł na taborecie roboczym i autorytarnie zarządził:
- Przeprowadzamy się jutro razem z kotami. W poniedziałek wstaniemy, zamkniemy je w jednym pokoju i pojedziemy przeprowadzić meble.
Na tę okoliczność galopem wróciliśmy do domu, by spakować resztę dobytku, co chyba nam się udało, ale jeszcze kwadrans temu śmierdziałam jak wytwórnia nawozu. Pogoda na takie wyczyny... idealna.

W związku z powyższym, Moi Drodzy, tu następuje przerwa techniczna. Gdyż internetów nie dowieźli. Najwyraźniej chcą się ze mną spotkać ponownie, a już przy zawieraniu umowy był kwasik. Być może pojawią się ofiary w ludziach i sprzęcie, więc rozsiądźcie się spokojnie. Wrócę przy pierwszej możliwości.

***

Aktualizacja pamiętniczków.

Znów noszę nazwisko panieńskie. Urząd stanu cywilnego odstąpił od uzasadniania decyzji.
Nie gniewajcie się, że nie odpowiadałam na Wasze komentarze. Czytałam je na bieżąco, zapewniam, bo przychodzą do mnie mailami. Po prostu nie mam czasu. Wrócimy do tej miłej tradycji, gdy się trochę uspokoi.
No i nie rozłaźcie się po kątach, bo ja tu jeszcze wrócę!!!



* Zabawne, jak wielki wydawał się ten obraz na ścianie salonu w naszym mieszkaniu. A tu proszę: obrazeczek. Wszystko jest kwestią punktu odniesienia.

15 lipca 2015

2107

- Jak już przeniesiemy bambetle i koty, trzeba flaszkę kupić, czekoladki i do sąsiadów iść.
- Ale jak flaszkę?
- Normalnie. Pół litra dla sąsiada, czekoladki dla sąsiadki. I iść.
- Ale jak pół litra?!
- No co cię tak dziwi?
- Nie dziwi! Tylko jak ja przyniosę pół litra, to on się będzie chciał ze mną napić!!!
- Nooo, super. Ty idź pierwszy raz do sąsiada i powiedz, że niepijący jesteś. A potem sprzedajmy tę chałpę i przenieśmy się w Bieszczady. Zwłaszcza w jakiś ostęp. Dziki.


***

- Ale do których sąsiadów ja mam z tą wódką iść?
- No najpierw do tych naprzeciwko. A potem do reszty.
- Ale przy naszej uliczce cztery domy są!
- Tanio nie będzie, ale co robić...
- Tanio?! MOJA WĄTROBA TEGO NIE PRZETRZYMA!!!

***

Żeby mi nie było przykro, będę tu miała swój pomnik powstańców śląskich. W skali mikro. Ale podobieństwo rzuca się w oczy:



12 lipca 2015

2106

Właściwie cały czas jesteśmy gdzieś, to tu, to tam. Trudno nam usiedzieć w mieście, mieszkanie, w którym było nam przecież fajnie przez lata, nagle stało się nieomal więzieniem. Ciągnie nas do tych łąk, do pól zielonych. Prezes ledwo oko rano otworzy (a zwykle budzimy się równocześnie), już pyta:
- Jedziemy?!
Ja to się cieszę jak dziecko, on nic nie mówi, ale ledwo granicę działki przekroczymy, już rękawice wciąga i leci odchwaszczać. Taka jest właśnie jego radość. Kijek kupił, śliwkę będzie podpierał, bo się wykrzywia. Tak, mamy cztery małe drzewka owocowe.

Jego gabinet jest już prawie gotowy - poszedł na pierwszy ogień. Zawsze w tym samym kolorze: zieleń mchu. Meble tylko przejadą, biurko się ustawi i może siedzieć przy komputerze, ile chce.
Właśnie wróciliśmy, żeby zjeść obiad. Zgadnijcie, co mi powiedział w drodze powrotnej...
- To co, zjemy i wracamy?
Ano wracamy. Zjemy, skorupy w kuchni w kartony spakujemy, od będzie pielił, ja szafki wewnątrz umyję, powstawiamy. Herbaty będzie można się napić.

Pogoda cudowna, na taras wyjść nie można, bo tak grzeje, stół z czterema krzesłami i parasolem znaleźliśmy za 900 zł. Nie, nie kupiliśmy, ale kto wie czy nie zboczymy z drogi.


A tak w ogóle, to Prezes ma dziś urodziny.
Wszystkiego najlepszego, Kochany.
I... dziękuję.

9 lipca 2015

2105

No, naprawdę. Tylu fanów, a łóżka nikt nie chce.

Wystawiłam na OLX i poszło od ręki, mało się nie pobili, jeszcze mi dołożyli trzy dychy. Tak, że wiecie... Jestem poruszona Waszym brakiem chęci współpracy. Normalnie serce mi zatrzepotało.

Jutro o 11 odbieramy klucze, jedziemy do wodociągów i urzędu miasta w sprawie śmieci, a potem do elektrowni. A po południu zawozimy na miejsce rodziców, żeby w końcu obejrzeli, gdzie mogą spędzać weekendy. Dopóki mnie nie wyprowadzą z równowagi, ma się rozumieć.
Prezes też pojedzie, bo on tam był raz, a z jego orientacją (we wszystkim) jest ogólnie średnio, więc mogłabym mu wmówić obojętnie co. Nawet nie pamięta, jakiego koloru jest dom, nie mówiąc już o innych rzeczach. W każdym razie role mamy obsadzone idealnie - ja sobie znajduję różne fajne drobiazgi, a on mnie kocha i mi kupuje, nie dyskutując wiele.
Nie, nie odstępuję, długo go szukałam i piętnaście lat piorę jego gacie, więc sorry.
Nie, dajcie spokój, ja naprawdę dobrze gotuję, więc szanse marne.
I tego... intelektualnie też jakoś nadążam.

Oto początek nowej ery.
Veni, vidi, vici.

7 lipca 2015

2104

Złożyłam dziś wniosek o urlop (oraz o tzw. gruszę) i został zaakceptowany. Dosłownie w tej chwili przestało mi się chcieć pracować, gdyż mój nos poczuł wolność.
Złudną pewnie, bo Szef (którego wcale nie ma) lubi mnie przeczołgać i w weekendzik, i na urlopie. Taki ma dar. Nastawiam się na kłamanie, że nie mam dostępu do internetu oraz wszystkie samochody świata się popsuły, a ja mam lęki przed komunikacją miejską. A także i koleją.

Wniosek ów, z uwagi na - jako się rzekło - nieobecność Szefa, akceptował mi jego zastępca. Przy okazji pociągnęło się go za język na okoliczność przepływu prawych środków płatniczych spod serca pracodawcy wprost na konto zaharowanych pracowników. I wyszło na jaw, że rzucono jakieś ochłapy premii. Zatrzepotałam zestawem rzęs firanek.
- Przestań! - wrzasnął w odruchu obronnym i przytulił się do drzwi windy. (Mężczyźni są słabi).
Po czym wyznał, ile mi dał. Dużo to nie jest, ale pamiętajmy, że u nas w ogóle nie istnieje takie pojęcie, jak "dużo". W każdym razie humor wyraźnie mi się poprawił po tym dictum. Tedy zatrzaskuję mózg, inkasuję forsę i znikam.

Wydaje mi się również, że zakończyliśmy proces urzędowy. Ostatnie wnioski poszły do sądu, ostatnie dokumenty do banku. W piątek odbieramy klucze, zawieramy umowy na odbiór mediów i ruszamy ostro z przygotowaniami do przeniesienia. Wyjadamy resztki z zamrażalnika, by go wyłączyć. Ograniczamy zakupy, żeby nie wywalać niepotrzebnie pieniędzy. Pakujemy ciuchy, pozostawiając jakieś minimum bytowe (nie, żadnych szpilek), celem szybkiego domknięcia pudeł.

Aha! Może ktoś jest z okolicy i chciałby za symboliczną kwotę łóżko na antresoli z IKEi? Nie podejmuję się wysyłania go nigdzie, bo cena przesyłki pewnie przewyższyłaby wartość, ale gdyby komuś chciało się po nie przyjechać, a będzie rozkręcone (jeszcze nie jest), to zapraszam serdecznie.
Łóżko wygląda tak:

Jest do wzięcia bez materaca, bo ma swoje lata (jest starszy od ramy) i się zużył. Poza tym postanowiliśmy go rzucić Zuzi na podłogę w ramach wiązki zgniłej słomy - meble będzie kupowała po powrocie, więc nie ma na czym złożyć podśmierdujących zwłok.
Nowa rama łóżka kosztuje 549 zł. Odstąpię za stówę oraz poczęstuję kawą. Z ekspresu. Gdyby była potrzeba, mogę ewentualnie olśniewać, byle nieprzesadnie długo, bo trupem można paść od tego gorąca. W ostateczności jestem nawet gotowa założyć szpilki, bo jednego kartonu jeszcze nie zakleiłam. Na więcej poświęceń mnie nie stać.

Zapraszam.

6 lipca 2015

2103

Trzynaście par butów wyrzuciłam, żebyście mi potem nie wypominali, że nie umiem. Właśnie że TAK!

Oto nadeszła wiekopomna chwila, gdy pokażę Wam, ile tego obuwia jest.
Tyle.


No, dobra. Będzie jeszcze jeden karton. Góra dwa! Sześć kartoniczków, wielkie mi mecyje. A w jednym to będzie niewiele, bo tam spoczywają buty święte, czyli w opakowaniach. Mniej wejdzie.
I sama przewiozę.
Chyba wszystkie sama przewiozę.
Nie będzie mi jakiś łachmyta obuwiem rzucał, c'nie?

Okazało się przy okazji, że mam kryzys torebkowy. Ostatnio co którą w rękę wezmę, to się okazuje, że obłazi i nic się z tym nie zrobi. Niestety torebki wykonane z tworzyw, jakkolwiek złudnie nie przypominałyby skóry, nie są wieczne. Ja lubię wieczne i latami noszę. Tzn. dopóki szlag ich nie trafi. Znów odkryłam następną.
Więc przyjmuję tuje i torebki.
Albo lepiej fundusz jakiś torebkowy, bo jestem w tej sprawie koszmarnie marudna.

Zuzia pojechała, to i my się zbieramy.
Urlopy od piątku włącznie.

5 lipca 2015

2102

A! Zapomniałam Wam powiedzieć, że wniosek o zmianę nazwiska złożyłam. Na którą to okoliczność przeżyłam szok głęboki i to podwójny.

Po pierwsze, bo z SEKAPu wynika, że odpis zupełny aktu urodzenia trzeba mieć. A ja z Bielska pochodzę. Owszem, Białej. I jedź pan teraz. I jeszcze odpis zupełny aktu małżeństwa z adnotacją o rozwodzie. To z kolei w Katowicach. Benzynę pal, płać za papiery, bujaj się po całym województwie. Do niczego. Zmartwiona, do miejscowego USC zadzwoniłam. I SZOK!
Pani kierowniczka słodka jak lody Bambino.
Rejonizacji nie ma, urząd dokumenty sam załatwia, nie muszę się fatygować.
Zajechałam przed USC: parking i miejsca wolne!
Załatwiłam wszystko w 10 minut. Z płaceniem. I pogawędką.

Po drugie, bo w mojej obecności pani kierowniczka do systemu zajrzała i wyszło na jaw, że... jestem mężatką! Szczęśliwą mężatką od 21 lat. Oczko, normalnie. Słabo mi się zrobiło.
Na szczęście dokument stosowny z sądu posiadam. Z adnotacją, że pełnomocny. W razie problemu przedstawię. Ale i tak będę musiała w mieście wojewódzkim klamki wycierać, żeby to potem zmienili. Nie po to się, panie, burzliwie rozwodziłam, żeby teraz być mężatką!!!

Jak się sprawa dalej potoczy - zobaczymy. Pani mój numer telefonu wzięła, da mi znać czy po decyzję przyjeżdżać, czy najpierw z papiurem się stawić i udowodnić. Postanowiłam naciągnąć ją na sprawdzenie, czy były tez żonaty, hehehe. I nic mu nie powiem! A niech ma!!!

Dziecko skonało z radości na tę okoliczność. Cucić musiałam nieomalże. A jak jej powiedziałam, że ojcu nie przekażę w razie czego, to się popłakała ze szczęścia.

***

No i kolejny rok studiów zaliczyła, i pojechała w świat na cały kwartał. Smutno. Nie lubię, gdy jej w domu nie ma, chociaż kiedy jest, to też jej ciągle nie ma. Ale ma człowiek wrażenie jednak.
Moja kruszynka... Za rok o tej porze będzie miała wyższe wykształcenie, mądra, po świecie się samodzielnie buja, prowadzi jak szatan, a zaradna jak rzadko. I jeszcze taka ładna do kompletu. Strasznie z niej dumna jestem.

Ciekawe, dokąd wróci końcem września. Dam sobie rękę uciąć, że podjedzie do Chorzowa i pod klatką się kapnie, że coś nie teges. Ach, życie...

3 lipca 2015

2101

Ze wszystkich kotów na świecie, ze wszystkich oczu wszystkich kotów na świecie, to właśnie lewe oko Cześka musiało ulec wypadkowi.
TAK, TO OKO!!!
Toż my go miesiące już leczymy, tego oka, a Czesiek, niewdzięczny gad, gdzieś nim przyłoił, rozwalając sobie koncertowo rogówkę... No ludzie!!!

O 6 rano napisałam maila do weterynarza - okulisty. Z roboty się urwałam, bo przyjęto mnie poza kolejnością. Do sądu z wnioskiem nie pojechałam, bo weterynarz pilniejszy. Nowy zestaw leków musiałam wykupić, a terapia związana z leczeniem choroby przewlekłej poszła w diabły. Rogówka pilniejsza.

Czesiek jest kaprawy.
I nawet pozłościć się człowiek na niego uczciwie nie może i moralniaka jakiegoś wygłosić, bo kot cierpi. Tym razem oko boli i nic nie można na to poradzić, bo wszystkie krople przeciwbólowe hamują regenerację uszkodzonej rogówki, a sama widziałam, że ubytek potężny. Tylko się można nad kotem litować i niuniać go, bo bidok straszliwy. Serce się kraje na kawalątka.

Pani doktor najpierw za głowę się złapała, potem załamała ręce, a na koniec wyrwała sobie wszystkie włosy. I gdyby nie zdążyła już poznać mojego stosunku do kota jako takiego, pewnie by myślała, że my te wory na kocią karmę złośliwie uszkadzamy. Ale nie. Patrzy na mnie współczująco, gdy nieszczęśliwego Czesława na rękach noszę, przytulam, czule przemawiam, a on szuka miejsca do zdechnięcia i w końcu znajduje je w moich ramionach, przytula się całym Czesławem i po rękach całuje, żeby mu jakoś ulżyć, a mnie się smarki na końcu nosa zatrzymują, bo jakże to tak? Siła złego na jednego?!
- Kituś - mówię do niego. - Kituś, syneczku mamusi, kruszyno, czegóż ty taka faja jesteś?

No, faja.

2 lipca 2015

2100

Pojechałam dziś zobaczyć czy nasz dom jeszcze stoi (i takie tam, z dokumentami). A że akurat dzidziuś szedł spać, to cichutko siedziałam w kącie przez czas jakiś. Bo wiadomo - szurniesz, a tu po spaniu. Ale wreszcie nie wytrzymałam i wyjrzałam przez okno. I... tego.


Trudno było wrócić.

1 lipca 2015

2099

Termina jakoweś wreszcie ukazują się. Remont wchodzi 11 lipca. Zaś po ustaleniu na wstępie, ile ów potrwa, przeprowadzka szykuje się. I oby wreszcie nastąpiła, bo się pozabijamy. Taka, mianowicie, sytuacja.

Żyjemy jak dzicy, na pudłach. Wszędzie są. A pomiędzy nimi - kurz i koty. Wszystko w komplecie bardzo z tego stanu rzeczy zadowolone. Kurz, bo lubi się posnuć, a koty, bo zasieki jakby dla nich stworzone. Ja już małpiego rozumu przez to wszystko dostaję, a przy tym mam podkręcony wysiłek pracowniczy na wszystkich polach. I, jakby tego było mało, koncern się zapowiedział do mnie w piątek. Zza oceanu. Ani chybi nic do roboty nie mają, psiekrwie.
Nie, nie koncert, nie.
A trochę szkoda.

Przy tym samochody oba popsuły się trochę, aż w rozpaczy zapewniłam właścicieli warsztatu, że i tak będziemy do nich przyjeżdżali, bo już mi ostatnią skórkę od suchego chleba dla konia z ust wyrwali. Boję się pojechać do weterynarza. Człowiek taki długi język ma, zupełnie niepotrzebnie, szparę między zębami do tego i ten język mu wylata.
Teraz wszyscy chcą się na nas odegrać na odchodnym.

Broker zaczął ze mną rozmowę od 1100. A wie doskonale, że ja usługą finansową brzydzę się głęboko.

Dziecko do Anglii na trzy miesiące wyjeżdża, z całym tym burdelem nas zostawiając.
Receptę jej wykupiłam - znowu stówa pękła.
Ubezpieczenie jej wykupiłam (a brzydzę się, jw.), kolejne dwie stówy.
Przegląd zrobić musi.
Niech mi ktoś za wóz przeprowadzkowy chociaż zapłaci, nie bądźcie świnie.
Resztki z zamrażalnika wyjadamy.

No i Tepsa się na nas wypięła, internetów nie pociągnie. Wyraźnie będę musiała słać do Was listy na papierze czerpanym. Z makulatury czerpanym. Tylko tłustym paluchami nie zaciaprajcie, bo jeszcze i śniadanie się w niego zawinie, i nos wytrze, i na koniec w piecu spali, gdy nadejdą mrozy.
Więc z szacunkiem poproszę do słowa pisanego, z szacunkiem.

Zwariuję.