27 stycznia 2010

Dialogi na cztery nogi

Mam takiego pracownika, który doprowadza mnie do kompletnej rozwałki. To się podzielę.

Osoby:
prezesowa
MM

Miejsce akcji:
komunikator służbowy

Czas akcji:
w treści

MM                          (14:16) czy dalej trwa okupacja pokoju 209
prezesowa               (14:17) eeee?
MM                          (14:17) sorry, znaczy się Pani pokoju
MM                          (14:21) czy ja mógłbym przyjść w wtorek na około 9.30
prezesowa               (14:21) powiedz mi to w poniedziałek jeszcze, co?
prezesowa               (14:22) gdyż pamięć mam dobrą, tylko krótką
MM                          (14:22) a i owszem (ale to nie odnośnie pamięci)
prezesowa               (14:23) pozostanie to w sferze umowy dżentelmeńskiej pomiędzy nami
prezesowa               (14:23) czyli, jak będę chciała iść z tobą na kawę po godzinach, to musisz się zgodzić :D
MM                          (14:23) ma się rozumieć MRUKNĄŁ PROSIACZEK
prezesowa               (14:24) moją miłością jest Kłapounio
MM                          (14:26) ale z tego, co pamiętam, on miał ogonek przyciśnięty pinezką – taka mała perwersja
prezesowa               (14:31) niech ci będzie – moją miłością jest ten perwer Kłapouchy
prezesowa               (14:31) oraz jego pinezka
prezesowa               (14:31) a wiesz, że pinezka się pisze przez „S”?
prezesowa               (14:31) syf, nie?
MM                          (14:32) ale PLAMA (tom pokazał pineskę)
prezesowa               (14:33) e tam plama, to taka nietrafiona, moim zdaniem, innowacja komisji
prezesowa               (14:35) siedzą tam takie grubasy, których nikt nie kocha od dziesięcioleci i wymyślają
prezesowa               (14:35) bógwico
MM                          (14:38) ale za to brakuje tych gestów serdeczności i przemówień jak w danej egzekutywie (no kolego, załatwicie sprawę bo 
                                            tawariszcz Grudzie
ń liczy na was, albo witanie w progu drzwi z jednoczesnym uściskiem)
prezesowa               (14:38) z całuskiem z języczkiem, chciałeś powiedzieć
MM                          (14:40) tak słynny gest Honeckera i Breżniewa pamiętam z kronik
prezesowa               (14:42) czekaj, bo z powodu sprawy wagi państwowej (fryzjer po południu) zjadłam posiłek, nabyty w bufecie i coś mi wlazło w zęba, 
                                            co wydajnie utrudnia pisanie


W tym momencie dyskusja się przerwała, a po 40 sekundach rozpromieniony MM wpadł do mojego pokoju z wykałaczką oraz nicią dentystyczną. Nie muszę dodawać, że był z siebie bardzo dumny?

26 stycznia 2010

Z absolutnie nieznanych mi przyczyn


odgórnie sie przyjęło, że ja jakaś, tego, śmieszka jestem. Ależ skąd. Jestem wściekłym, toczącym pianę z pyska babiszonem. Okrutnym w dodatku i tej wersji będziemy się trzymać, choćby nas przypiekali na mękach. Żadnych ludzkich uczuć.

Odbyłam przed chwilą własne exposee na naradzie służbowej. Dwie prezentacje i dykteryjka. Potem wstała dyrekcja i powiedziała, że skoro rozluźniłam atmosferę, bo ja tak mam, to teraz przerwa. Ja się idę nie zgodzić, co już wyżej było. Absolutnie. Te śmiechy, to była reakcja histeryczna na wykazane nieprawidłowości zgromadzonych.

Dyrekcja przybyła za mną do mnie i nadal się wywnętrzniała na ten sam temat. Naonczas pojawiła się moja Oleńka. Ona mnie zna, bo już ze mną lata pracuje. To ja się pytam:
- Prawda, Oleńko, że ja jestem…
- Tak, bezsprzecznie – odpowiedziała Oleńka, nie czekając na to, jaka jestem.
- I widzi dyrekcja, jaki pracownik wytresowany? To jest dowód potwierdzający teorię o pianie z pyska. Opowiadaniem kawałów się pracownika do takiego stanu nie doprowadzi. HA!

Na marginesie – trzeba będzie nieco potoczyć tej piany, bo mi się załoga za dobrze coś czuje. Ona chodzi, ta załoga, i mówi, że jej fajnie jest.
A Oleńka chodzi i mnie ostrzega, że jeszcze tydzień takiego zachowania i ludzie przestaną wierzyć, że jestem jędzą. Mam na to tylko jedną odpowiedź: jak coś takiego usłyszysz, natychmiast dementuj!!! Piana, panie. Z pyska.

25 stycznia 2010

Przyszłam, gdyż mnie ciekawość gna

Otóż od dawna pasjami wysłuchuję reklamy pewnego specyfiku na Ka, co to się pisze przez Ce. I oni w tej reklamie mówią, że Ka – szybka i skuteczna erekcja zawsze i wszędzie.
Ja się idę pytać, czy ktoś chciałby mieć tę erekcję zawsze i wszędzie, np. w spożywczaku na rogu. Że nie wspomnę o gabinecie lekarskim, dajmy na to proktologa (nie bądźmy małostkowi) albo i innego dentysty? I jak on weźmie ten Ka, to on potem ma… Co też chciałbym panu powiedzieć, panie doktorze, ekhm… A doktor na to: celna uwaga.

Co do pani w spożywczym, to nie wiem i wolę sobie nawet nie wyobrażać, bo wyobraźnię mam plastyczną i zawsze mi na złe wychodzi. I ona mi stale płata figle, ta wyobraźnia. W szczególności na pogrzebach, ale to zawsze można zwalić na ból po szacownym denacie, co to mi w głowie pomieszał. Co do owego pomieszania, to nikt, jak sądzę, żadnych wątpliwości nie posiada. W dodatku to jest rodzinne, ja zawsze zwalam na geny. A matka mówi, że raz jeden poszła ze mną i ojcem do kina, i już więcej nie pójdzie. I to wcale nie dlatego, że ma pierwszą grupę inwalidzką z tytułu posiadania ślepoty, tylko, że ona się wstydzi, bo wszyscy ludzie się normalnie zachowują, a my kwiczymy. Zupełnie bezasadnie.

Ja tam się nie zgadzam, bo uważam, że zasadnie, a one to tempe som, matkę się wyklucza, bo jest ślepa.

Swoją drogą, ciekawa sprawa z tą niepełnosprawnością – taka matka ma pierwszą grupę, bo posiada. A inni, bo nie posiadają.
Ale oj tam, znowu idę w dywagacje. I co ja tam chciałam… eeee… dzień dobry.