31 marca 2014

1571

I co też ja bym chciała Wam powiedzieć, podsumowując ten miesiąc oraz liczne, przezabawne sytuacje, które mi się przytrafiają? Otóż, że się cieszę.

Same wszakże zyski. Wyobraźmy sobie na ten przykład, że PANI nie zadzwoniłaby do mnie, tylko rzuciła taki gryps prosto w twarz. No przecież nie mogę zaręczyć, że zniosłabym to z godnością. A na godności mi dość zależy. Tymczasem miałam niepowtarzalną szansę, żeby się wyśmiać w ukryciu. W dodatku, jakby na zawołanie, zabrałam dziś ze sobą tusz. Bez tuszu ani rusz. Ciuteczkę mi spłynął po takim dictum. I nikt nie widział, jak sobie poprawiam urodę, pokwikując przy tym radośnie.

Kolejny aspekt: Państwo wie doskonale, że ja mam niewyparzoną gębę. I przecież mogłam niechcący odpowiedzieć coś w deseń:
- Gratuluję. Wiele osób w fabryce o tym marzy, tylko wszystkie mają penisy.
Lecz ponieważ ze wszystkich sił starałam się zapanować nad rechotem oraz niespodziewanie odkrytą dusznością - milczałam. Milczenie jest złotem.

Przyznam - tak do końca nie wyszło. Bo PANI mnie jednak zawezwała do siebie. Ona do mnie mówi bardzo ciepło i powoli, pewnie chce, żebym dobrze zrozumiała. Bardzo się staram sprostać tej sytuacji, więc w miarę możliwości dokładam sił, by wyglądać licho i durnowato. Dziś miałam taki przebłysk, czyby nie utoczyć odrobiny śliny z kącika, ale finalnie zrezygnowałam, bo może to by ją naprowadziło na jakiś trop i nie byłoby więcej zabawy. Jednak wpadka się zdarzyła. Gdyż PANI mię pyta w te słowa, czy o spotkaniu pełnego składu wszystkich zespołów zawiadomię telefonicznie każdego z członków, czy też ona ma to zrobić. I mi się wypsło, psiajucha:
- Może sekretarka podzwoni.
Pani się zacukała i odpowiedziała:
- Dobrze, ja to zrobię.
Czyli sekretarka podzwoni.
Myślicie, że się zorientowała? Nie wybaczyłabym sobie. Zamierzam bowiem pielęgnować tę rozrywkę, jak długo się uda. Wszakże jasnych stron nigdy dość.

Ach, tak mnie kusi, żeby kiedyś wtrącić w rozmowie zwrot "proszem paniom". Szczypię się więc w udo i już mam siniaki. To nie był pierwszy raz! A ja się rozkręcam. I ten pysk niewyparzony! Wezmę sobie do roboty widelec, będę się drapać w język. Co za szczęście, że ona jest zbyt ważna, żeby się do mnie (na dół!) pofatygować. Jest jeszcze szansa.

Martu - wiem. Nie używać SŁÓW. Trzy sylaby (nie zgłoski, nie zgłoski!) to górny limit. Może się uda, bo przykładam się do tego lichego wyglądu, a to mnie wiele kosztuje, więc może się nie rozproszę niechcący. Myślisz, że powinnam kupić sobie jakieś obuwie w Tesco? Scenografia też się liczy!

I tak to, moi mili, marzec ma się ku całkowitemu upadkowi. Przede mną kwiecień - miesiąc wyzwań. Trzeba się będzie przygotować do rozmowy o pieniądzach, niestety. Samo życie...

1570

Ważność.

Oto jest temat - rzeka, zapewne godzien, by poświęcić mu choćby jedną notkę. Gdyż im dłużej żyję, tym bardziej osłabia mnie ludzka potrzeba zaznaczenia swojej obecności (obsikajmy kąty). Stoję, rozumicie, koło słupa i jestem od niego ważniejsza. Ba, mało tego! Słup jest nieważny, nawet jeśli akuracik podtrzymuje trakcję elektryczną dla Pendolino. Ja jestem kierownikiem tego słupa, patrzcie ludziska, kłaniajcie się i tytułujcie.

Po latach zarządzania mniejszymi i większymi zespołami ludzi, mam do tego podejście matematyczne. Mianowicie im jestem starsza, tym parcie na szkło mi maleje, czyli staje się wartością odwrotnie proporcjonalną. Z doświadczenia wiem, że kierownik to najbardziej fujska fucha, bo on tak naprawdę o niewielu rzeczach decyduje, za to za wszystko odpowiada, czyli laury go omijają - zbiera je dyrektor, natomiast kopy obrywa i z góry, i z dołu, czyli od zawiedzionego szefostwa i zniesmaczonego zespołu ludzkiego*.

Tedy poszukując ostatnim razem zajęcia, celowałam w biurko pracownicze. Święty spokój ponad wszystko - swoje robię, biorę czapkę z haka i do domu. Ale nie. Jak masz raz w curriculumie wpisane dyrektor, toś przepadł (niczym w starym kawale). Wobec powyższego zaproponowane mi stanowisko kierownicze przyjęłam z pokorą. I mam. Stan zapalny mięśnia stresu.

Swoją rolę w fabryce postrzegam jako w pewnym sensie służebną. Wobec szefostwa z jednej strony, a wobec zespołów badawczych z drugiej. Nieprzesadnie jestem wysrana, wiem, że oni mnie potrzebują do różnych rzeczy - głównie, gdy się coś zakleszczy. Czasem nie mogą znaleźć materiałów, innym razem przebrnąć przez las rzeczy (po łacinie: silva rerum), wreszcie zdarza się, że droga ku świetlanej przyszłości wygląda jak Wielka Pardubicka (po czesku: Velká pardubická) i ktoś musi podeprzeć te wielkie dupy, żeby się wspięły na przeszkody. Opcjonalnie: kopnąć w zad z dobrze wyważoną siłą.

Żeby się, prawda, nie skończyło tak.

W związku z powyższym nikogo nigdy do siebie nie wzywam (no, dobra - osobistych pracowników tak), gdyż mam nogi, to od czego mam nogi, jak nie pcham**. Gdy chodzę, to mi się tłuszcz ubija. A i ważna jestem jakby mniej, więc liczba osób nastawionych łagodnie wzrasta. Wszyscy zadowoleni.

Teraz przejdę do egzemplum, gdyż nie ma jak poprzeć teorię przykładem.

W zeszłym tygodniu, o czym zdaje się nawet napomknęłam, szef mnie wezwał i powiadomił, że szykuje się dwanaście kolejnych projektów naukowych.
- Ustalam skład zespołów - powiedział. - A ty pamiętaj, że musisz nadzorować całość, pokierować tym, zabezpieczyć z każdej strony, twoja działka. Jak coś walnie, grube miliony przejdą nam koło nosa.
Muszę się napić - pomyślałam. - I to dużo.
Albowiem posiadam dość wybujałą wyobraźnię, więc wizualizacja pierdyliona niezadowolonych, których trzeba przeganiać kopniakami po fabryce, zrobiła mi dzień. I dodatkowo ta subtelna sugestia, że jak ktoś coś zawali i kasa nam śmignie koło nosa, to winnego mamy już wybranego.
Zmniejszam dopuszczalne stężenie krwi w alkoholu. Necessarily. Oбязательно.

Dziś nadejszła ta wiekopomna chwila, gdy szef zawiadomił świat o dziele. Świat natentychmiast przeniósł się na półkę z napisem wypieram. Ja natentychmiast przeniosłam się na półkę otchłań rozpaczy. Świat ma mi za złe. Ja nie mam za złe, bo przecież wiedziałam i nawet pod to już wypiłam. To co się będę wygłupiać. Ale.

Gdzieś tak mniej więcej po dwóch godzinach zadzwonił telefon. To stanowisko nazywa się szumnie kierownik biura dyrektora. Czyli: gdy jest jakiś problem lub spiętrzenie roboty, to im bardziej zaglądasz do biura kierownika biura, tym bardziej w biurze kierownika biura nie ma kierownika biura***. Pani zwykle mnie zadziwia, mimo iż zakładam, wnioskując z naszych krótkich spotkań, że jest idiotką. Ergo - uzdolniona. Bo ja się mało czemu dziwię. Uwierzy Państwo na słowo: jednostka wybitna. Widziałam, że umi zrobić kawę z ekspresu.

Więc zadzwonił ten telefon. Odebrałam, a tu głos z wyżyn systemu zarządzania przemawia do mnie w ten deseń:
- Słyszałam, że została pani wyznaczona do nadzorowania prac, związanych z dwunastoma projektami.
- Owszem.
- Dzwonię, żeby panią powiadomić, że ja jestem nad panią.

Werble.
Jeszcze werble.
Jeszcze trochę.
Ciuteczkę.
I ostatni PYK w bębenek.


To ja już pójdę, bo dwanaście zespołów czeka na pierwsze wskazówki. A od pani nade mną ich nie dostaną.



* Zespół ludzki jest jednym z moich ulubionych określeń - tak bardzo, że aż sobie studia podyplomowe z tego machłam. I mam.
** TUTAJ klikamy i oglądamy wszystko, by zrobić sobie dzień, bądź też przewijamy do sekundy 52. i od strzału wiemy, o co kaman.
*** Jak zapewne Państwo się kapło, parafrazuję Kubusia Puchatka.

1569

Poniedziałek, dzień pierwszy.

Samochód nam się zepsuł. Prezio pożycza kółka od Zuzanny. Zuzanna nie ma od kogo pożyczyć. Ciekawe, ile to nas będzie kosztowało. W aspekcie remontu oraz mojego ekwiwalentu w miejsce wypłaty.

W niedziele Karol wypiera nieco mniej. Nadal gardzi pięterkiem, ale przynajmniej nie tkwi w kącie. W piątek Edward wymknął się drzwiami na górce i zakotwiczył na klatce schodowej, co na pierwszy rzut oka wydawało mu się atrakcyjne, ale szybko przestało. Wobec powyższego usiadł smętnie na schodku koło drzwi głównych, zadumał się i dostał z tego wszystkich gorączki. Znaleziony przypadkiem, oszalał ze szczęścia, trząsł się jeszcze przez moment, by po chwili fiknąć, bryknąć i oszaleć, jak to ma w zwyczaju.

Poza tym wszystko w normie.
Więc znikam.
Miłego dnia.

30 marca 2014

1568

Ponieważ remont się nie zakończył, weekend upłynął mi pod znakiem zużycia większej ilości wina. Albowiem nie mogę na to patrzeć.

Syf wszędzie. Warstwa syfu na wszystkim. Na podłogach, meblach, składziku w sypialni, pościeli i kotach. Suszarka pełna prania w salonie. Deska do prasowania w przejściu. Karol to wypiera. Ja też to wypieram. Mamy więc związek anonimowych wypieraczy. Karol ma gorzej, bo nie może się wesprzeć winem. Ja mogę i się wsparłam.

Los był dla mnie łaskawy, ponieważ przetrwałam bez bólu głowy. Kac objawił się jedynie zwiększonym zapotrzebowaniem na płyny, więc wprowadzam do organizmu. Płyny jeszcze nikomu nie zaszkodziły. Nawet pomarańcze kupiłam i Prezes zrobił mi soczek. Full wypas. W ramach zadośćuczynienia, ja z kolei zrobiłam mu pulpeciki z indyka w sosie śmietanowo - koperkowym. Na kacu gotuję lepiej niż zwykle. Należy wyciągnąć z tego wnioski. Gdybym była Prezesem, tobym mnie woziła, żebym mogła być na kacu, ile tam sobie chcę. Bo jak jeżdżę, to nie mogę.

To wino wprowadzałyśmy do krwioobiegu z koleżanką. W pewnej fazie upojenia wyznała, że ma dar i może mi rozmasować ten mięsień stresu. I rozmasowała. Rzeczywiście ma dar. Miło nie mieć debilnie przekrzywionej główki. Od razu świat poweselał. Może powinnam jednak była pozwolić to zrobić temu koledze, którego podejrzewałam o niecne zamiary, co było powodem mej odmowy. Aczkolwiek złapał mnie dość fachowo i wstrzelił się w epicentrum.

Żeby mnie tylko szef nie wyprowadził jutro z równowagi, bo mi zaburzy proces ozdrowieńczy. I wtedy mu powiem. Cholera jasna, psiakrew! W końcu mam doświadczenie, na studiach w czasie egzaminu tak zrypałam profesora, że wpisał mi do indeksu wyższą ocenę i zakończył odpytywanie, żebym się tylko wydaliła. Co uczyniłam z godnością. Pewnie mu się mną odbija przez ostatnie dwadzieścia lat.

Idę. Rozstawię tę deskę do prasowania w przejściu. A potem się położę i poczytam. Nie ma jak wieczór z książką, czego i Państwu życzę.

28 marca 2014

1567

SKOŃCZYŁAM!!!

Blisko pięć dni pracy, ale jest. Jest!
Będzie trzeba znaleźć jakiś nowy powód do zwolnienia mnie, co - skądinąd - szefowi trudności nie czyni. Wierzę, że da radę. Ponieważ się wydalił, wysłałam mu sms z tą cudowną wiadomością oraz życzyłam miłego weekendu. Ma dwa dni na przemyślenia, za co by mnie tu teraz. Stuknąć, że się tak wyrażę. Ale z drugiej strony - czy jakikolwiek powód naprawdę jest potrzebny?

Z tytułu napięcia (tak sądzę) o poranku wysiadł mi bark prawy. I teraz mam wysiadły. W dodatku po tak spektakularnym sukcesie nie zamierzam dziś już kiwnąć palcem.
- Idę do siebie i się położę - oznajmiłam po popołudniowym mózgotrzepie. - I tak będę leżeć do piętnastej. A potem pójdę do domu.
Zgłosiło się kilku ochotników do pomocy. Ciekawe, że jakoś żaden nie chciał pomóc przy robocie. Znaczy chcieli, ale tylko pomóc. Temat roboty był nieoczekiwanie pomijany.

Należy mi się to Prosecco, które kupiłam i nie wypiłam. Czasem warto nie wypić, żeby móc wypić pod okazję. Nieoczekiwanie przypadło mi też w udziale pół litra pigwówki, więc mogę się tym dobić na śmierć. A w ogóle to mam ochotę na ciastko. Bo znalazłam w przepastnych czeluściach internetów obrazek, dzięki któremu wreszcie zrozumiałam, po co żyję.


Jest uzasadnienie, c'nie?

Jestem umówiona u fryzjera, a stamtąd już całkiem niedaleko do najlepszej cukierni na Śląsku. Skorzystam nie zważając na konsekwencje.

I poszła sobie, delikatnie podrygując i podśpiewując pod nosem: ale ze mnie ciacho, ale ze mnie ciacho.

1566

Karolek jest zmęczony remontem.


Ja też.
Potrzebuję więcej wina. I jakiegoś specjalisty. Ponieważ zaobserwowałam u siebie niepokojący objaw. Otóż wczoraj i przedwczoraj mogłam się napić, miałam wino i... nie chciało mi się.
Są na to jakieś środki?

Mam nową sukienkę. W kwiatki. Od lat nie miałam sukienek w kwiatki. Czuję się... hmmm... w kwiatki. Dziś dokonam komuś dysonansu poznawczego. Że ja taka w kwiatki, ojej, ojej, a wiedźma, że dajcie spokój. Będzie się działo.

Dzię dobry się z Państwem. Miłego dnia.

27 marca 2014

1565

Powiem nieskromnie, że ja mam rękę do ludzi. Znów znalazłam kogoś fajnego. Mało tego! Pogrzebałam człowieku w sercu i wątrobie, prowokując do założenia blogu.

To nie będzie łatwa lektura, nie, nie. Ale nie o taką nam przecież chodzi, prawda? Czuję przez skórę, że może być dramatycznie. Jazda gołą dupą po żyletce. Krew, pot i łzy. Ale uważam, że warto. Będzie prawdziwie do bólu. Bo oto przed nami człowiek, który przeszedł najtrudniejszą chyba na świecie rzecz. I potrzebuje o tym opowiadać. Wierzę, że my chcemy posłuchać.

Poznajcie Anię - autorkę blogu NIEWYCZUWALNOŚĆ. Ania będzie opowiadała o macierzyństwie w dwóch odsłonach: aktualnym - bez lukru i tamtym, które się skończyło. Klapnęła przyłbicę, podniosła tarczę, stuknęła ostrogami i poooszła w cwał.
Opowie nam, jak to jest, gdy odchodzi dziecko.

Jesteśmy jej potrzebni i nie uchylajmy się od tego. Ludziom potrzebne jest podejmowanie każdego tematu - nawet jeśli to boli tak bardzo, że chciałby się odciąć sobie głowę, żeby się wreszcie skończyło. Ale to  niemożliwe. Nie można uciec od samego siebie. Wiem o istnieniu wielu osób, które chcą usłyszeć, że z TAKIM problemem nie są same. To nie zdarza się "komuś innemu", nie jesteśmy przed tym zabezpieczeni. Nikt nas nie zapewni. Nikt nam nie obieca. Tego się nie da opłacić. Nie ma TAKICH pieniędzy.

Zachęcam Was do towarzyszenia Ani w jej trudnej drodze, bo właśnie zrobiła pierwszy krok. Chciałabym, żeby nie ustała. Ma wiele do dania i wiele potrzebuje. Pomóżmy jej i w jednym, i w drugim, żeby świat mógł być ciut lepszy.

Witaj, Aniu.
Jesteśmy z Tobą.

1564

Popisówkę dziś odstawiłam. W dodatku z rana.

Mama mnie poprosiła, żeby pojechała z nią i jej przyjaciółkami na obiadek do restauracyi. Nie, no skąd, jaka tam bezinteresowna życzliwość! Ktoś musi emerytki odebrać, zawieźć, odstawić. Ponieważ suma emerytek wynosi cztery, zaistniała konieczność posiadania samochodu z kompletem pasów bezpieczeństwa. Smoczyca ma wybrak w postaci środkowego tylnego i nie mogę dokupić. A w firmie - matce nie chcę, gdyż mnie chwilowo dwa lub trzy tysiące nie swędzą. Używane natomiast są niezwykle chodliwe i zawsze dowiaduję się, że - owszem - przed chwilą przechodziły.

Na tę okoliczność zagadałam do Prezia, żeby się zamienił samochodami. On ma wszystko skompletowane. Jeden guzik od zamykania drzwi nie działa, ale jest. Wyciągnęlim dokumenty, z rączki do rączki. I pojechałam Krową. Wszystko cacy. Weszłam do biura, zdjęłam płaszczyk, odwiesiłam do szafy i rozpoczęłam poszukiwania służbowego pendrive'a. Nie znalazłam go, niestety, co mnie lekko zasmuciło. Po wytrzebieniu torebki okazało się natomiast, że w to miejsce posiadam... kluczyki do Hondy!

Taaaa... Nabrałam powietrza w płuca i zadzwoniłam do Prezesa w przekonaniu, że jeszcze nie wie. Oddzwonił po dziesięciu minutach. Wielce skruszonym tonem zaczęłam coś tam bąkać na swoje usprawiedliwienie.
- Ja już jestem w pracy. Pracownik mnie przywiózł.
- Bardzo cię przepraszam. Naprawdę.
- To była taka wymiana w twoim stylu - strzyknął jadem. - Wszystko zabierzesz, niczego nie dasz w zamian.
Nawet nie mruknęłam. Należało mi się.

1563

Okropnie długo się gramoliłam, ale w końcu sukces uwieńczył dzieło. Dziś do kawy Edward i Karol. Przepraszam za jakość filmów - dostawałam je przed adopcją i nie są mojego autorstwa, ale stanowią miłe wspomnienie początków.

Zanim Edzio do nas trafił, był bardzo, bardzo maleńkim koteckiem.


Potem ciutkę urósł.


I rozpoczął uprawianie głupawki, co mu pozostało do dziś.


Karol już tu był. Leżał...


Albo oglądał seriale, co jednak ciut go męczyło.


Więc musiał się położyć i odpocząć.


Trochę poleżeć.


Żeby potem móc poleżeć.


Czasami dla odmiany leżał.


Albo też ukrywał tę skłonność.


I na to wszystko przybył Edward.


Wprowadzając nierówność w rozkładzie sił.


I zupełnie niespodziewanie zmienił proporcje.


Karol tak się zestresował, że wstał i postanowił sprawdzić, czy wciąż jest od czegoś większy. Na przykład od ekspresu*.


"Kamień z serca" - westchnął. I tak sie zmęczył, że się położył. Obok Edwarda. Jak zawsze.



Miłego dnia Państwu życzymy. I przepraszamy za usterki oraz opóźnienia w realizacji programu.


* Zwracam łaskawą uwagę na proporcje - obok stoi półtoralitrowa butelka... Ja tak tylko, gdyby ktoś nie wiedział, jakiej wielkości jest ekspres do kawy. Albo też i drzwi.

26 marca 2014

1562

Tak myślę, czyby nie poodkurzać. W sensie metaforycznym.

I teraz mam pytanie. Co powiecie na nowy szablon? Przyzwyczajacie się czy tolerujecie zmiany? Bo mnie się chyba znudziło patrzenie na ten niebieski. Niepokoję się jedynie, czy wszystkie ustawienia przejdą, bo jakbym miała mieszkanie na nowo urządzać, znaczy od zera, to czniam na to. Za dużo roboty kosztowało mnie na przykład tworzenie blogrolla. Z palca, że tak powiem.

Poza tym - nie obraźcie się, ale założę na chwilę weryfikację komentarzy hasłem, bo koszmarnie się spam rozplenił. Wciąż jeszcze zatrzymuje go filtr - czyli Wy nie widzicie, ale ja widzę. Na kilogramy leci. Dam tę najmniej skomplikowaną weryfikację, bo sama tego nie cierpię i za - powiedzmy - dwa tygodnie zdejmę i sprawdzę, czy sobie poszło.
Może się ktoś wypowie na ten temat?
Jaśku? Pójdzie sobie? Okropnie mnie te automaty spamujące denerwują. Da się temu jakoś zapobiec?

Poza tym dziś dialog z Prezesem, który przyłapał mnie, gdy mierzyłam przed lustrem nową kieckę.

- Co my tutaj mamy? Znowu nowa sukieneczka?
- Nie warto rozmawiać. Kupiłam w największym szmateksie w kraju.
- Owszem, widziałam, że Allegro dostawiło możliwość płacenia kartą. To ci ułatwia, jak przypuszczam.
- Cóż... Nie mogę zaprzeczyć. Ładna?
- Zabraniam ci chodzić w niej do pracy.
- Nie mam zamiaru chodzić w niej do pracy.
- Nie? A dlaczego?
- Bo muszę zielone buty zanieść do szewca.
- Nie dostrzegam związku.
- Nie mogę tego zrobić Piotrowi. Wiesz, on śledzi, czy mam buty w tym samym kolorze, co kiecki. I jeśli założę inne, to go wytrąci z równowagi.
- A gdzie on siedzi?
- Nie rozumiem?
- Chciałbym wiedzieć, gdzie on siedzi. Wydaje mi się, że za słabo skupia się na pracy i chętnie mu pomogę.

Nie wiadomo, kiedy się taki agresywny zrobił, hehe.

1561

Ufff...

To był dzień pełen wrażeń, naprawdę. Cieszę się, że epicetrum nas ominęło - zaledwie kilka trzęsień w pobliżu. Nikt z pracy nie wyleciał, to plus. Mój niezdyscyplinowany pracownik nie uniknął jednak konsekwencji, choć - szczęśliwie - były tylko słowne. Nie ma opcji, żeby ktokolwiek docenił, że ocalał dzięki mnie. Wręcz przeciwnie. Jestem głęboko przekonana, iż wieść gminna niesie, jakobym była powodem całej tej przykrej sytuacji. Nie będę niczego tłumaczyła, to i tak nie ma sensu. Niech tak zostanie.

Zastanawiam się jedynie, czy jutro nie pojawi się kolejne L4. Wtedy być może strzelę sobie w stopę i będziemy mieli komplet.

Zmęczona jestem. Wbrew pozorom sytuacja z tego tygodnia jednak mnie dotknęła. Ból za mostkiem o poranku - typowy objaw nerwicowy. Trzeba sobie kupić Persen, nie ma to tamto. Okazuje się, że Niemiłość 2 jednak nie wystarcza.

A teraz do Castoramy - trzeba kupić lampy. Po remoncie źródeł światła zrobi się znacznie więcej i siędą w innych miejscach. Stanie się światłość.
Po warunkiem, że kupimy.

PS Czy wspominałam, że w międzyczasie dopięłam kolejny artykuł? Mam nadzieję, że recenzenci się wreszcie odczepią, bo mam przykre wrażenie, że nie tylko nie znają się na tym, co recenzują, ale też i z czytaniem - jako zjawiskiem - słabo. A przynajmniej z czytaniem ze zrozumieniem. Boszszsz...

1560

Proponuję zacząć ten dzień od właściwej czynności. Jedynej, że tak powiem, słusznej. W obecnych warunkach.

Ktoś się pytał onegdaj, jakie to Prosecco. I wyobrażą sobie, że jeszcze jedno było. O, takie:


Z łóżka bym nie wyrzuciła, bo i po co.

Tak, ryby i krewetki są na zesłaniu. W słoju. W którym miała być nalewka. Wychodzi na to, że dobrze zrobiłam nie robiąc. Nawet na szczęście. Gdzie zamieszkałyby ryby, gdyby?

Idę. Dam Wam znać, jaki jest skład osobowy. Bo może, na ten przykład, będzie odmienny. Aczkolwiek nie powiem - dopięłam. Jakkolwiek wiele by mnie to nie kosztowało.

Do boju!

25 marca 2014

1559

Mały Piotr ma taki zwyczaj, że im większą głupotę opowiada, tym jest poważniejszy. W szczycie absurdu prostuje się, słowa gładzi z namaszczeniem i poważnie, niczym wiekowy profesor, kiwa głową. Wszystko to dodaje tylko pieprzu sytuacji. Naturalnie rzecz się nie sprawdza w chwilach, gdy dostajemy masowej głupawki, bo wtedy nikt nie wytrzymuje. Nawet on. Koniec zabawy następuje zwykle, gdy Piotruś parska śmiechem.

Oczywiście nie chciałabym, abyście myśleli, że ma niepoukładane pod kopułą. Wręcz przeciwnie. Jest bowiem szalenie inteligentnym panem w słusznym wieku, o skroniach dyskretnie przyprószonych siwizną, zadbanym, wyprasowanym i klasycznie eleganckim oraz profesjonalistą - znakomitym fachowcem, którego chciałoby się spotkać na swojej drodze, kiedy czlowiek popadnie w tarapaty. Gdybym miała rozwiązywać jakiś swój problem na niwie fabrycznej i mogła do tego kogoś wybrać - prawdopodobnie byłby to właśnie Mały Piotr. Nie odbierając oczywiście niczego pozostałym kolegom.

Liczne dialogi przypadają nam w windzie, ponieważ pracujemy o odległych częściach kompleksu.

Mały Piotr: Asiu. Ja cię codziennie obserwuję i mam pewne spostrzeżenia.
Łoterloo: Mianowicie?
Mały Piotr: Zauważyłem, że dziś jesteś w niebiesiej sukience i masz buciki w identycznym kolorze. Za to wczoraj byłaś w różowej sukience i miałaś takie same buciki. Jak to robisz?
Łoterloo: Bardzo dobre pytanie. Widzisz, ja mam tylko jedne buciki, więc to wymaga organizacji. Przychodzę z pracy do domu i zastanawiam się, w co się nazajutrz odzieję. A potem siadam i farbuję. Voila!
Mały Piotr: To zupełnie tak, jak ja!
Duży Rafał: Co? Dobierasz sobie buty pod kolor ubrań?
Mały Piotr: Nie. Majtki.
Duży Rafał: Majtki pod kolor?!
Mały Piotr: A właśnie że tak! Ja patrzę na Asię, ona ma zawsze wszystko idealnie dopracowane. I też tak chcę. Zabroń mi!!!
Łoterloo: Masz jedne majtki?
Mały Piotr: Sama wiesz, jak tu płacą.

1558

Hupszsz!!!

Spotkałam szefa z rana przy windzie. Uśmiechnięty, odprężony. 
- Cześć - mruknął i podał mi rękę.
Niechcący się rozluźniłam.
- Znalazło się?!
Ożesz!!!
- Szefie, nie psujmy sobie z rana nastroju, może nas wszak spotkać dziś tyle miłych rzeczy. Wszystko będzie zrobione, proszę się nie martwić.
- Aha.

W windzie opowiedział dwa żarciki, zaproponował, żebyśmy kiedyś przyjechali do pracy każdy ze swoim kotem, ja odmówiłam, zasłaniając się liczbą kotów (rzeczywiście - zapomniałem, że ty masz całą gromadkę), na co zostałam odpytana jakiej są rasy (rosyjski niebieski - musi być ładny). Potem weszliśmy do konferencyjnej.

- Chciałem wam zakomunikować, że nic się nie znalazło. W związku z powyższym macie przerypane. Jutro rano cały dział Aśki do mnie. I kadrowa.
- Dział jest w okrojonym składzie - odparłam. - Bo L4.
- Przynajmniej ja nie muszę - walnął debilnie kolega Mariusz.
- I Mariusz. Ty też jesteś za to odpowiedzialny - zareagował natychmiast szef.
- Masz za karę - fuknęłam Mariuszowi do ucha. - Następnym razem spróbuj lepiej wyczuć moment na uprawianie ekspiacji.
I pokazałam mu język.
On też mi pokazał.
Wszyscy dorośli jak jeden mąż.

Siedzę od rana w arkuszach excelowskich i oko mi wylata. Postanowiłam zrobić najwięcej, jak się da i na dzień dobry walnąć mu to na biurko. Och, jutro będzie bajecznie. Jeśli zwolni mi wszystkich pracowników, to po prostu przyniosę sobie tutaj wiązkę zgniłej słomy i porzucę w kącie. Czasem trzeba jednak choć trochę sypiać.

1557

Dzię dobry się z Państwem.

Postanowiłam wszystkich zmotywować, gdyż dzię deszczowy i ponury.

Haha.

24 marca 2014

1556

Wróciłam do domu, a tu...


Rozpierducha na maksa. Nie będę gołosłowna. Proszę uprzejmie, specjalnie dla Państwa ruszyłam wielkie me dupsko i wlazłam na pięterko.






Kot marki Ędward, jak Państwo widzi, jest zachwycony. Szczególnie jara go folia, zawieszona w przejściu do sypialni. Nie dość, że buszuje w graciarni jak opętany, to jeszcze może pojawiać się i znikać. Gdy wylazłam na górę, aż się trząsł i siedemnaście razy mi pokazał ten numer z "jest kotek, nie ma kotka".
Standardowo podaje akcesoria malarsko - zdzierarskie, a nie wie przecież, że do zdjęcia przewidziano również podłogę. To się chłopina ucieszy.
Natomiast Karol się obraził i zniknął. Chodzą plotki, że Prezio przez dziesięć minut musiał go prosić, żeby wyszedł spod łóżka. Przeniósł się wtedy do Zuzi i wypiera.

Mistrz Remontowy po spożyciu obiadku oświadczył łaskawie, że w czwartek przyjadą płyty i w piątek skończy się rozpierducha. Tym samym z miłego kolegi awansował na najlepszego przyjaciela rodziny. Jak znam siebie - do godziny 23.59 wszystko będzie umyte i na swoim miejscu. Albowiem nie ma rzeczy, której bardziej bym nie znosiła niż bajzel.

1555

Och! Co poniedziałek, to lepszy.

Dziś szef mnie zwalniał z art. 52 jeszcze przed kawą. Cóż za oszczędnościowa wersja, zakrawająca na całkowite zaprzestanie upłynniania prawych środków płatniczych na podniesienie ciśnienia przy opadających wskazówkach barometrów! Jestem wzruszona troską. Mało mi płaci, ale za to dba o racjonalne wydatkowanie.
- Do środy! - grzmiał. - Do środy! Jak to się nie znajdzie do środy, to was wszystkich zwolnię! Cały dział. Dyscyplinarnie.
Przyjęłam to ze stoickim spokojem, bo po pierwsze nie mam zamiaru czuć się odpowiedzialna za rzeczy, które działy się w fabryce przed moim przybyciem, a po drugie - nie takie my już rzeczy słyszeli ze szwagrem po pijoku. Wobec mojego braku zaangażowania emocjonalnego, przewidywanego dla takich sytuacji, szef ciuteńkę się zacukał, a potem zmienił opcję.
- Dyscyplinarnie zwolnię cały dział! Oprócz ciebie.

Niegłupio - pomyślałam sobie. Ze mną zaczeka do zakończenia okresu próbnego. Nie będzie mnie musiał zwalniać, sprawa sama się rozwiąże. Byle się nie stresować. Chociaż z drugiej strony... Jeśli zwolni cały dział, a mnie zostawi, palcem do dupy nie trafię. Wróciłam do pokoiczku i puściłam sobie ulubioną piosenkę. Gdyż wyśmienicie mi wpływa na.


Jakiś czas później wpadła koleżanka.
- Co robisz?
- Swoje.
- Znalazło się?
- A skąd. Sądzę, że tego po prostu nigdy nie było.
- I co zamierzasz?
- Nic. Robię to od podstaw, bo musi być, co wiem i bez niego. Trochę słabo, że trafiło na okrojony skład, ale damy radę.
- Naprawdę zdążysz do środy?! To kobyła straszna!
- A mam wyjście? Inaczej może rzeczywiście się rozkręcić i zacząć zwalniać.
- Fakt - westchnęła i się wydaliła.

Na popołudniowym spotkaniu kolega podsunął mi pod nos stosik papierków.
- Patrz, z nazwiska cię wciągnął do schematu. To może nie wywali...
- Zawsze można wykreślić, nie?
- Na twoim miejscu byłbym dobrej myśli.
- Jestem wzruszona, że tak się przejmujesz bytem mojej podstawowej komórki społecznej.
- BARDZO. Ty natomiast jesteś podejrzanie wyluzowana.
- Lata pracy nad sobą. Nie pozwalam, żeby mi ktoś psuł wewnętrzny spokój.

I idę do domu. Tam mi spokój zepsuje remont. Przed czym się nie obronię.

1554

Ponieważ ciagle jestem upominana, nawet przez Oisaja, który twierdzi, że mu poranna kawa nie wchodzi pod brak notki na moim blogu, spieszę z uczciwym postanowieniem poprawy.
Dziś, Państwo Drogie, Zofia rozmemłana. Gdyż Zofia lubi być zaopiekowaną. Oraz zainteresowaną. I żeby, w miarę możliwości, świat kręcił się dookoła niej. W dodatku potrafi to na służbie wymóc. Proszę bardzo:


Owszem - Zofia jest spora. Jeśli kto miał wątpliwości. A Prezio lata po domu w gatkach bahama. Co mu będę żałować.

Miłego dnia.

23 marca 2014

1553

I zakończyła, i usiadła. Spojrzała z zadowoleniem, albowiem to, co stało się udziałem jej rąk, było piękne.

Nie wiem, czy też tak macie, ale odczuwam głęboką satysfakcję po wyprodukowaniu większej ilości żarcia. Szczególnie gdy sobie potem siądę, a kuchnia jest wypucowana na błysk. Co do jakości pożywienia nie mam żadnych wątpliwości, bo jeśli o czymś mogę powiedzieć "naprawdę umiem", jest to z pewnością przyrządzanie posiłków. Taki dar - jak prowadzenie samochodu. Za to nie umiem tańczyć. Muszą być jakieś koszty.

Im jestem starsza, z tym większą uwagą skupiam się na doskoleniu nabytych umiejętności, olewając uzyskanie ocen dostatecznych z przedmiotów, które nie konweniują. Mi.
Nie próbuję zrozumieć, o co chodzi w rachunku prawdopodobieństwa, nie mnożę w myślach do pierdyliona, nie naprawiam samochodu i nie tańczę. Co się będę ośmieszać. Wolę w to miejsce błyskotliwie zagadać (czasem się udaje, gdy interlokutor wyrozumiały) i na to przyłożyć eskalopkiem cielęcym w białym winie. Szur - szur, szach i mat. Szczególnie dobrze mi wychodzi inteligentne wyglądanie. Normalnie tabuny ludzi się na to nabierają od kiedy pamiętam. Wymyśliłam rzecz w podstawówce, udoskonaliłam w liceum, doszłam do poziomu mistrzowskiego na studiach, a potem już poszło. Bardzo inteligentnie kiwam głową, (martuuho, uwaga!) z prawdziwą wprawą posługuję się fatyczną funkcją języka i nawet umiem wyczuć, gdzie był żart. Co niekoniecznie oznacza, że go zrozumiałam. Ale haha, hihi, hehe - we właściwej chwili. I wychodzi, że intelektualnie sprawna. Okluski.

Wyuczam się również (bo lubię - do nadal!) licznych słów wielozgłoskowych, a i paremia, szczególnie łacińskie, nie są mi obce. Tedy mogę sobie z kogoś zrobić idiotę, jeśli mi się zachce. Natomiast nie tańczę, ponieważ nie mam chęci, by ktoś idiotkę robił ze mnie. W dodatku z powyłamywanym nogami. Powiadam Wam, kij mi się w przełyku otwiera w chwili rozpoczęcia pląsów. Czy jest na sali lekarz? Jeśli tak, to proszę o podpowiedź, czy istnieje choroba polegająca na, wywołanym określonym bodźcem, usztywnieniu wszystkich mięśni w ciele. Jeśli tak, to ja jestem na to chora. Jeśli nie, to znaczy że schizofrenia paranoidalna. Nawet nie będe się wykręcać. Coś trzeba w karcie mieć wpisane. Żeby potem nie było, że umarła na niespodziankę, jak - nie przymierzając - babcia Matki Chrzestnej.

To była fascynująca historia. My się, Państwo rozumie, z Matką Chrzestną wychowywałyśmy wspólnie, czyli ja próbowałam ją jakoś wychować, a ona się uporczywie opierała (do nadal). Czasem nawet z rozmachem, np. pluła na mnie makaronem z balkonu, ponieważ moja matka uważała, że przy posiłkach należy nas separować, gdyż krzyż pański. Jeśli jej rosół wypadł akurat na pięterku, to miałam przechlapane. Dosłownie.
Albo mnie gryzła. Dosłownie. Do dziś na samo wspomnienie robi się jakaś taka rozmarzona.

Ale.
W związku z powyższymi okolicznościami dzieliłyśmy się różnym dobrem, dajmy na to wymemlanym cukierkiem lub i też babunią Matki Chrzestnej - malusią, dziarską staruszeczką o ponadnormatywnej aktywności. I otóż owa babunia nigdy w życiu nie bywała u lekarzy, co jest poniekąd zrozumiałe. Aż pewnego dnia, nawet nie w jesieni, a wręcz w zimie życia, babunia wyszła z domu na przystanek tramwajowy i, nie doczekawszy się na ten środek masowej zagłady, wzięła i umarła. Ale tak spektakularnie, naprawdę. Po prostu znudziła się oczekiwaniem i PYK! Nie ma babci. Pełen odlot.

Coś trzeba było wpisać do aktu zgonu, bo "ułańska fantazja" albo i też "wkurw na komunikację miejską" nie brzmi profesjonalnie. Specjalista od wypisywania biletów na motorówkę Charona sięgnął do babcinej dokumentacji medycznej i stwierdził, że babunia nie istniała. Pełen zwątpienia postanowił więc pogrzebać w wątpiach, od czego dość trudno było go odwieść. Wszakże nie dla wszystkich wciąż jest oczywiste, że życie to choroba przenoszona drogą płciową i ZAWSZE kończy się śmiercią. Nie pamiętam do końca, jak to tam było, może nas Matka Chrzestna naprowadzi (o ile zajrzy), ale zdaje się, że w ruch poszły prawe środki płatnicze, no i babunia została oddana matce ziemi w całości. Piękna śmierć.

Ale co ja tu o zejściach, gdy jutro poniedziałek, na który wszak wszyscy czekamy. Nowe bodźce, nowe wyzwania, nowe sukcesy, porażki, wkurwy i rozczarowania.
A poza tym, to wiosna.
Lalala.

1552

Hurtownia gastronomiczna.

Jutro poniedziałek, czas na gotowanie w odwrocie. Montuję obiady w ilości hurtowej. Pierogi z soczewicą, ruskie, krokiety z kapustą i grzybami, naleśniki z serem i rodzynkami, a nawet zupę kalafiorową. Zastanawiam się, czy machnąć też krem z cukinii, ale dochodzę do wniosku, że większość zup jest nieskomplikowana w przygotowaniu, więc zostawiam to sobie na później.

MamoPiotra, czy spakował w tej chwili kapcioszki?

Ostrzeżona przez przyjaciółkę, na koniec tygodnia planuję ociekającą tłuszczem golonkę, która skutecznie wypłoszy jej partnera, z zamiłowania bezmięsnego. Albowiem dobra ta kobieta ostrzegła mnie, że przekarmienie Mistrza Remontu może doprowadzić do jego zagnieżdżenia się. Jakkolwiek bardzo nie lubiłabym człowieka, to wizja kolejnej osoby, snującej się po domu i nastawionej roszczeniowo, ciut mnie jednak przerasta. Pięć zameldowanych, w tym trzy czworonożne, to i tak wiele, jak na moją - nieco krecią - wytrzymałość.

Zaraz zasiadam do lepienia, kolejny odcinek "Gry o tron" już się rozgrzewa. Później czynność najmniej przeze mnie ulubiona, czyli obsmażanie zawiniętych krokietów. Zawsze się rozwalają i na tę okoliczność szlag mnie trafia. W każdym razie pocieszam się myślą, że i tak powinni się cieszyć z zaistnienia posiłku. Nawet w rozpadzie. Gdyż mogę w dowolnej chwili wypowiedzieć tę umowę ze skutkiem natychmiastowym.

Wypełniona praniem suszarka na środku salonu nie jest podniecająca. Tudzież deska do prasowania oraz żalazko. Powiedzmy sobie szczerze - określenie "duży pokój" jest jednak nieco umowne. Właśnie jakiś niezrównoważony umysłowo kot wskoczył na to wszystko i wywalił z hukiem (przecież suszarka z praniem w salonie to przedziwne zjawisko!). Ludzie, żeby mnie tylko szlag nie trafił zanim przetrwam. Bo jak mnie trafi, to po co remontować?

22 marca 2014

1551

Wczoraj po południu, w pobliskim Lidlu - za niedawną radą Magdy Masny, która rzuciła mi w twarz wyzwanie, że zawsze jest czas na Prosecco - nabyłam rzeczone i rozpoczęłam zastanawianie się, co zrobić z tak mile rozpoczętym wieczorem. Zasadniczo mogłam wypić to Prosecco pod rozmowę z martuuhą, ale pomyślałam sobie, że może byłoby jej przykro, gdyż nie posiadła. Na szczęście, jak się niebawem okazało, chętni na Prosecco zawsze się znajdą, czyli Magda miała rację. Zauważayłam, że często ma rację, zwłaszcza gdy wspomina o alkoholu. Muszę jej to koniecznie powiedzieć (i tu na chwilę przerzuciła się na fejsa).

Tymczasem w domu istne pandemonium. Staram się nie angażować tak dalece, na ile tylko pozwala moje zaburzenie (polegające na wywoływaniu izolacji od świata). Przechodząc (jak najrzadziej) przez opustoszały gabinet, myślę uporczywie o czymś innym. Dość trudno jednak wypierać, że sypialnia wygląda odrobinę nietypowo. A to jeszcze nie koniec, bo na środku staną przecież regały na książki.



Przy przerzucaniu tego na powrót do gabinetu, zobowiązuję się dokonać selekcji tak poważnej, jaka tylko jest w stanie nie wpłynąć na podział majątku pomiędzy mną a Preziem.

Chciałabym niniejszym uniknąć również pytań ze strony PT Czytelników, którzy na ten przykład odwiedzają mój blog od niedawna i zdjęć z sypialni dotychczas nie widzieli. Tak. Mam czerwoną sypialnię. Owszem. Konkretnie, kolor nazywa się palona pomarańcza. Nie widzę związku, lecz pewnie dlatego, że nigdy nie paliłam pomarańczy, ale się nie będę spierać ze sprzedawcą o rzeczy nieistotne.
Więc - tak, mam czerwoną sypialnię. Kto, mianowicie, bogatemu zabroni?
Nadto ponad głowami zainteresowanych znajduje się okno dachowe, dające możliwość podziwiania gwiazdozbiorów, gdyż zasłony i firany posiadamy we wzgardzie. W całej chałupie.
Tak to, Drogie Państwo, łaczymy romantyzm z wyuzdaniem. Chyba. Bo ani jednego, ani drugiego u siebie nie zauważyłam, chyba że w warstwie yntelektualnej (osławiona bruzda).

Koty są zachwycone do poziomu drgawek. Buszują pomiędzy dziwnie ustawionymi szafkami, przeciskają się przez graty, wyskakują na siebie z całkowicie nieoczekiwanych miejsc, depczą, drepczą, wskakują, wdrapują się, zwisają, szeleszczą, przewracają i płoną zadowoleniem. A gdy im sił zbraknie - walą się na środek niezaścielonego (również nietypowo). O:


Mama zapytała mnie dziś przez telefon, czy mogłabym w tym tygodniu wraz nią i jej przyjaciółeczkami wyskoczyć na obiadek. Pewnie że bym mogła. Mam mnóstwo czasu do zagospodarowania POZA domem. Niech mnie ktoś obudzi za tydzień. Proszę.

PS Tak, będzie cioteczka. Ani chybi opowie mi dwieście historyjek, więc szykujcie się.

21 marca 2014

1550

Naprawdę chciałam napisać notkę. Naprawdę.
Ale zadzwoniła martuuha.
I zaczęła od: komu trzeba wpierdolić?.
To wiedziałam, że przynajmniej dwie godziny mam z głowy.

A chciałam nadmienić, że w czasie tych rozmów to ja głównie milczę. Długo milczę i namiętnie, a moje milczenie nabrzmiałe jest treścią. Za każdym razem zamierzam wytrwać w tym milczeniu, ale nie. Musi mnie sprowokować. Ja się oczywiście sprowokować daję, bo martuuha jest straszliwym lizusem i się śmieje z moich żartów. A przecież nikt lepiej ode mnie nie wie, że to są kiepskie żarty. Ile można się śmiać z bruzdy?!

W każdym razie, gdy ona zaczyna śmiać się z moich żartów, to czuję się jakoś tak zobowiązana i eskaluję. Żartuję coraz bardziej i bardziej, ocieramy się o granice absurdu... Nie, wróć. Nie możemy ocierać się o granice absurdu, chyba że z drugiej strony. Na przykład dzisiaj dostałyśmy kompletnej głupawki przy omawianiu drażniącej kwestii pobierania narządów ze zwłok, a konkretnie to oka. Normalnie nie zdajecie sobie sprawy, ile radości ma człowiek z pogrzebu. Nawet teoretycznie.

I to mi przypomina, że mieliśmy pochować prababcię, ale właśnie nadszedł sms, że mam się z kim napić. To co? Jak Ci teraz, martuuho, która wyśmiałaś mój status osoby nieposiadającej szwagra (dla niewtajemniczonych: z kim się człowiek tak pięknie nie nawali, jak ze szwagrem)? Nenenenenne - podsumowała, jak na intelektualistkę przystało. Z wywieszonym ozorem.
A to oznacza, że wszystkie trupy wracają do szaf.
A ja idę.
Se.
Pa.

1549

Oto, co myślę o dzisiejszym dniu.
Aczkolwiek nadal jeszcze nie złożyłam wypowiedzenia. Choć jestem blisko.

20 marca 2014

1548

Słońce wprawiło mnie w dobry humor, mimo że ból głowy odezwał się ponownie. Dodatkowo Oisaj, posługując się nosem starego wygi, wsparł mnie zdalnie, znajdując serwis, który wymienił ajfonu panel przedni w pół godziny, a więc na poczekaniu. Drobny ścisk zwieracza odbytu odczułam przy płaceniu, ale na oryginalnych częściach nigdzie taniej by nie było. Może ze 20 zł.

Przez te pół godziny coś musiałam ze sobą zrobić, w związku z czym mam kilka zabawnych obserwacji. Po pierwsze: żadna potrzeba do zrealizowania w centrum Katowic do głowy mi nie przyszła, więc kompletnie nie miałam pomysłu na spędzanie czasu. Po drugie: kawa to napój, który jestem w stanie pochłaniać wiadrami, więc zawsze jest rozwiązaniem. Patrzę - antyki, czekolateria. W bramie. Wlazłam. Strzał w dziesiątkę.

Trafiłam do niezwykle interesującego miejsca, przepełnionego sztuką oraz uroczą starszą panią. Zrobiła mi kawę i ucięłyśmy sobie półgodzinną pogawędkę o wszystkim. Pani okazała się szalenie kompatybilną rozmówczynią i czas zupełnie się nie dłużył. Zachwyciłam się kilkoma obrazami, a także zmysłem w ich rozmieszczeniu. I teraz refleksja. Zobaczywszy odjechane, ogromne płótno, zawieszone na suficie, odruchowo wsadziłam rękę do torebki, żeby NATYCHMIAST zdjęcie. A tu dupa. W pewnym momencie rozmowy, tak gdzieś przy końcu kawy, wsadziłam automatycznie rękę do torebki, żeby sprawdzić, która godzina. Ze skutkiem wiadomym. Zegarka nie noszę (myśl: wymienić baterię, w końcu mam i to ładny, oryginalny, markowy, luksusowy - chyba).

Bez telefonu… masakra. Masz zegarek, masz aparat, masz internet, gry, pocztę, smsy, możesz poczytać, posłuchać muzyki... Przeczekasz. Czułam się nieco zagubiona jednak. A przecież wyrosłam w czasach, gdy mało kto miał telefon stacjonarny i telewizja nadawała kilka godzin dziennie. Nieźle mnie wkręciło.

W każdym razie bilans jest następujący:
- mam całego, sprawnego iPhona,
- mam całego, sprawnego AirBooka,
- jest wiosna.
Żyć, nie umierać.


Owszem, wiosna będzie się teraz często przewijała, gdyż NAPRAWDĘ czekałam.

1547

Dziś jest dzień na nie.
Nie chcę z tobą rozmawiać.
Nie mam czasu.
Nie zawracaj mi głowy.
Oraz mistrzostwo: NIE! - na sam mój widok.

Nie to nie. Co mi zależy. Przecież się nie zawali, nikt nie umrze, za oknem wiosna. Gdy nie chcą ze mną gadać, to nie dokładają mi roboty, więc nawet wolę. Tak, naturalnie, zdaję sobie sprawę, że później będzie: czemu wcześniej nie przyszłaś?. I właściwie nie da się tego wytłumaczyć. Ale to będzie później, więc teraz nie zaprzątam tym sobie mojej ślicznej główki.

Gdyż mnie boli fatalnie od rana.

Oczywiście wymiękają bardzo szybko. Ledwo dojdę do swojego pokoju, już dzwoni sekretarka naczelnego (NIE!). Namyślił się. No dobra. Z powrotem tę samą trasę. W końcu kultywujemy dbałość o szczupłą (haha) sylwetkę. Idę. Całkowita zmiana nastroju - andropauza zaczyna być wyzwaniem ponad moje siły. W drodze powrotnej spotykam szefa, nie zważając na okoliczności uśmiecham się do niego prmiennie. On się nie uśmiecha, naburmuszony od poranka, ale sprawozdaje, że musi szybko i dokąd. Odnoszę się ze zrozumieniem i nie naciskam na spotkanie. Prędzej czy później zmięknie. A potem będzie zadowolony.

Za chwilę zadzwoni facet, dla którego piszę rozdział do książki i będzie truł. Nawet mu nie powiem, że mam już piętnaście stron, nie ma co wykazywać nadaktywności.

Tymczasem rozpuszczam w kubku dwie musujące aspiryny, bo ból przemieszcza się do oka. Nie znoszę tego. Zwłaszcza że za oknem wiosna - słońce daje mi znaki, czas zacząć żyć, wokół wszystko się nagle zazieleniło, ubóstwiam te chwile. Nie będę się przejmować pierdołami, pracą, remontem, tkwiącymi gdzieś tam głęboko uczuciami, ni stąd ni zowąd wyciągającymi łeb spod kupy gruzu, którym je przemyślnie przywaliłam.
Wiosna.
Dobrze że jesteś - bardzo tęskniłam.

1546

Dziś pierwszy dzień wiosny (nareszcie!) i, przy okazji, urodziny Edka. Który ma naprawdę szczęście, bo wczoraj zrobił mi to:






I mogłabym w tym miejscu nadmienić, że telefon był droższy niż kot. Ale postanowiłam wyjątkowo darować tej wyliniałej szczotce do obuwia. PRZEDOSTATNI RAZ! Wykazałam ogromną łaskę, gdyż nie urwałam mu głowy, a nawet pozwoliłam wylizać maselnicę. I ćwiczyłam rano rzut w dal klipsem od chleba. A on ćwiczył sprint, podskok i aport.

Miłość do zwierząt nie zna granic.

Miłej wiosny Wam życzę. Całej.

19 marca 2014

1545

Dwudziesta minęła, a ja skończyłam część pierwszą prac pozafabrycznych. Ktoś mi powinien dać jakiś medal, tak uważam.

Dzień upłynął na najwyższych obrotach. W pracy owszem, siadałam, ale to nie był wypoczynek, bo gdy siedzę, to cały czas ruszam palcami. Poza tym ludzie nie noszą przy sobie telefonów*, więc straciłam w piguły czasu na bieganie po fabryce celem lokalizacji. Pociechą niech będzie fakt, że w końcu udało mi się zgromadzić w jednym miejscy PRAWIE CAŁY zespół pieśni i tańca. Na tyle prawie, że można było odbyć nasiadówę. Nawet owocną. Mam nadzieję, że nie będziemy musieli się spotykać już więcej niż trzy razy. Od dziś.

W drodze powrotnej zrobiłam zakupy i wpadłam do mechanika, żeby zapłacić za Zuziną wymianę oleju w samochodzie. Potem dom - mistrzostwo organizacji. Jedną ręką pranie do pralki, drugą - naczynia ze zmywarki, co ją puściłam rano. Trzecią nogą marcheweczkę rach-ciach-ciach, obiadek na dziś i jutro (wczoraj nie ugotowałam, bo koszmarnie bolała mnie głowa). Czwartą nogą wyczyściłam kuwety. Zębami zamieszałam ciasto.
A potem kot zrzucił na podłogę mój telefon i potłukł całą szybkę. Nudziło mu się i był nieusatysfakcjonowany tempem mojego poruszania się przy napełnianiu misek.

I wtedy zrozumiałam, że mam dość. Nie mieszkam tu sama, w dodatku wyłącznie dorośli ludzie. Więc nakrzyczałam na Prezia. Przybyła później Zuzanna obejrzała mój telefon, pożałowała mnie oraz eksplodowała szczęściem, że nie tkwiła w polu rażenia w trakcie wypadku. Po czym wydaliła sie do kina. Prezio cichaczem, bez wzywania rozwiesił pranie i przełączył resztki telewizora ze sportu na serial komediowy. A potem sprawdził, kto mi naprawi telefon, ile to go będzie kosztowało oraz zobowiązał się wyrobić mi chody w serwisie, żeby dokonali niezbędnych napraw jutro od ręki.

Chciałam sobie kupić kieckę, ale już nie chcę.
Dziecko wielkopańskim gestem wyciagnęło na stół ciężko zarobioną stówę, z sugestią, że się dołoży. Podziękowałam uprzejmie.

W zasadzie winna Wam jestem opis dnia wczorajszego, gdyż było kilka błysków, ale głównie chce mi się umrzeć na środku kuchni, gdzie moje miejsce. Bo po tej myśli, że nie jestem tu sama, przerzuciłam swą działalność na sprawy wspólnotowe. I dziubałam do teraz. Więc sorry. Next time. Se wezmę książkę, se zdechnę w łożu boleści.


* Są wyjątki. Takie, co to odbierają i mówią: U ciebie? Wszystko rzucam i już lecę, moja śliczna. Jednakowoż wyjątki mają wąsy. Dopóki nie zgolą - komplementów nie przyjmuje się.

1544

Państwo wybaczy - nie mam nawet kiedy tu zajrzeć, a co dopiero pisać. Czytam Wasze komcie, bo przychodzą mailami. Każdy cieszy.

Wracam do domu, zrobię po drodze zakupy, potem obiad, mam kupę roboty pozafabrycznej, może znajdę chwilę na sprawozdawczość. Tak, też tęsknię.

A od poniedziałku remont. Chcę umrzeć. Już. Żeby zdążyć przed.

17 marca 2014

1543

Muszę, inaczej się uduszę.

Bo wydarzenie jest sensacyjne.
Zadzwonił do mnie eksmałżonek. Czy, mianowicie, będę jutro na pogrzebie. Będę. Więc, mianowicie, żebym nie wracała do siebie prosto z cmentarza. Przynajmniej na kawę. I, mianowicie, gdybym przyjechała wcześniej, to on prosi, żebym nigdzie nie chodziła ani nie stała, tylko przyjechała do domu.

Słabo mi się zrobiło, więc zadzwoniłam do dziecka. I mu sprawozdałam.
- Ojciec? Do CIEBIE? ZADZWONIŁ?!
- Tak.
- I prosił, żebyś przyjechała do niego do domu?!
- Tak.
- Jezu.

Nie mogę się otrząsnąć.
Nie mogę sobie przypomnieć, ile lat go nie widziałam.
Czy jest na sali kardiolog? Albo i psychiatra?

1542

Biegnę sobie, biegnę. Mentalnie i dosłownie. Przemierzam kilometry korytarzy, wielokrotnie w dodatku. Myślę o pozytywnych stronach tej sytuacji: kto biegnie - nie żre; kto nie żre - temu dupa nie rośnie. Martuuha mi się, jak wiadomo, rzeczoną dupą odgrażała, więc postanowiłam przeciwdziałać. Dołączył do tego mój szef, on jest bardzo pomocny, czysta razy mnie przegoni albo i czterysta, a potem powie, że on nie uważa, jakobym była gruba. No, pewnie że nie, jak cały czas biegnę.

Przy okazji szef przyszedł dziś do roboty z nawisem weekendowym, wtentegowany, że ja cię przepraszam. Wklepał o poranku sinym jakimś pięciu osobom, a potem miał spotkanie ze mną. Więc mnie też wklepał. Moje ulubione hasło:
- Daj mi spokój, nie będę rozwiązywał twoich problemów.
Zapomniał dodać, że sam te problemy wygenerował. Ale ojtam. Się z nim nie kłócę, bo nie potrzebuję mieć racji. Przy tym za osobisty sukces uważam fakt, że gdy do niego wchodzę, jest wściekły, a gdy wychodzę, to nie jest. A że sobie w międzyczasie na mnie poburczy? Niech ma. Co mu będę żałować, nie biorę do siebie, a racji mieć nie muszę, bo mi niepotrzebna.

Zdaję sobie sprawę, że on lubi ze mną rozmawiać, bo ja się, jak wspominałam, nie kłócę. On się kłóci za nas oboje, a ja milczę z godnością, bo co mu będę mówić, że wszystko jest zrobione, jak sobie życzył i nic nie mogę za to, że zmieniła się wizja. Wypowie się zamaszyście, ja się nie fantuję, to ma potem dobry humor. Bo są tacy, którzy się fantują. W dodatku (high level) publicznie. Trzeba mieć do czegoś takiego skłonności samobójcze.

Zaraz mam spotkanie, więc tak sobie myślę, że może zjem śniadanie. Byłoby niezręcznie, gdyby zapadła cisza, a tu rozgłośne burczenie wprost z mojego żołądka, c'nie?


Update

Komentarze roku.
(Po spotkaniu).
Szef (do Bardzo Ważnego Gościa): To jest Joanna. Zapamiętaj ją, proszę. Oto nasze najlepiej przemyślane zatrudnienie. Jest tu od miesiąca, a patrz, jak wszystko nabrało rozpędu.
Szef (później, do mnie): Dziękuję ci bardzo. Wszystko było perfekcyjnie przygotowane. Idealnie. Tak właśnie, jak chciałem.

Niech mi to ktoś wydrukuje i oprawi w złotą ramkę, se powieszę na ścianie. Trzeba kupamiętać, bo się wymydla.

1541

Dziś pod górkę. Nie wiem, czy uda mi się coś napisać. Choć będę próbować.

W związku z powyższym spieszę życzyć Wam miłego dnia. Oraz prosić, byście ciepło pomyśleli o mojej Mamie, która kończy niniejszym 73 lata. A trzyma się znakomicie. Wierzcie mi na słowo - marzycie o tym, by 10 lat wcześniej wyglądać tak, jak ona 10 lat później. Ja - póki co - przywabiam geny. Cip, cip, cip. Bo to są bardzo dobre geny. Jest się trochę upierdliwym, ale za to profesjonalnie zakonserwowanym.

Wszystkiego najlepszego, Mamusiu. Dużo, dużo zdrowia. I dużo, dużo czasu. Ze mną.

16 marca 2014

1540

Obejrzałam sobie właśnie, z opóźnieniem - czyli standard, kolejny kawałek serialu Lekarze i załapałam wkurwa, jak rzadko. Nagromadzenie stereotypów na odcinek jest porażające. Ze sceny na scenę czułam coraz większą irytację, by w finałowej przemyśleć dalsze losy naszego związku. Uwaga, omawiam.

1. Głównej bohaterce w spadku po tragicznie zmarłym mężu pozostaje dziecko, które zrobił innej kobiecie w trakcie trwania związku. Ona to dziecko adoptuje i kocha, jak własne. Do tego stopnia, że.. o czym w kolejnym stereotypie. Tak, tak, zdaję sobie sprawę, że takie sytuacje się zdarzają. Rzadko, ale się zdarzają. Chcę w to wierzyć. Kobieta kocha mężczyznę, on ją niby też, ale śpi z kimś innym, czego owocem jest potomstwo, które ta kobieta przygarnia z miłością o wadze "ponad wszystko na świecie". Zamykam oczy, zatykam uszy i chcę w to wierzyć. Na świecie dzieją się rzeczy, o których nie śnili filozofowie.
Miłość, Drogie Państwo, miłość uber alles. Z miłości to się nawet byk ocieli.

2. Główna bohaterka jest lekarką - chirurgiem. W omawianym odcinku przygotowuje się do zdawania egzaminu specjalizacyjnego. Rzecz ma, jak se Państwo pewnie wyobraża, nawet jeśli akurat nie jest lekarzem, kolosalne znaczenie. Egzaminu specjalizacyjnego można naturalnie nie zdać. Znam takich, co już cztery razy nie zdali. I żyjo. Ale ona na ten egzamin przychodzi i w trakcie odbiera telefon od koleżanki, która się jej adoptowanym dzieckiem akurat opiekuje. Dziecko jest chore (ale zdiagnozowane), ma zapalenie gardła. Opiekunka jest oddziałową pielęgniarką. I ona dzwoni, że mały ma temperaturę, co robić, redakcjo pomóżcie. Na miejscu ordynatora to bym takiej oddzialowej pomogła i zdjęłabym jej z pleców ciężar dźwigania funkcji. Naprawdę. Co się ma dziewczyna męczyć. A nasza bohaterka? Wybiega, oczywiście. Po pierwszym pytaniu, na które odpowiedziała śpiewająco.
Tu mamy cztery stereotypy w jednym. Pierwszy: miłość macierzyńska, nawet jeśli dziecko wpadło do domu jedynie na obiadek (Gieniusia) - uber alles. Drugi: pielęgniarki są idiotkami. Trzeci: blondynki (ergo - wszystkie kobiety), gdyż nasza oddziałowa jest blondynką, są idiotkami. Czwarty: kobiety nie powinny pełnić żadnych odpowiedzialnych funkcji, bo jak im dziecko zachoruje, to mają reset mózgu i mogą kogoś pozbawić życia.

3. Na oddziale, gdzie pracuje nasza główna bohaterka, mamy chirurga Nowaka (bardzo oryginalne). On się nie myli jak saper. On się myli jak Totalizator Sportowy, gdy po raz enty nie rozbijam banku. On przyjmuje dziewczynę z wypadku komunikacyjnego, widzi, że ma rozwaloną głowę i  nie robi jej tomografii. A potem ona wraca i o mało nie umiera z tytułu: wylew. Zespół w ostatniej chwili ratuje jej życie.
Genialna wolta. Ależ podkopujmy zaufanie społeczne do lekarzy, ile się tylko da. Pokazujmy w telewizji, że są lekkomyślni, więc lekceważą poważne objawy u ofiar wypadków. Bo społeczeństwo zbyt rzadko rozmawia o tym, że lekarze zabijają pacjentów. Nagminnie zabijają, bo mają z tego zajęcia na studiach. Myślę, że społeczeństwu to jest naprawdę potrzebne.

4. Nasza bohaterka, jak wiemy lekarka, ba, mało tego - bardzo ceniona specjalistka, budzi się w nocy, gdyż dziecko płacze. Mierzy mu temperaturę i... Co? Pomyśleliście, że dzwoni do kolegi pediatry? FIGĘ! Ona jedzie na ostry dyżur. A tam dopiero szaleństwo! Całe miasto się zleciało. Pielęgniarka w izbie przyjęć - chamka, jak rzadko. Nasza pani doktor siada w kolejce i czeka. Gdy poczekalnia pustoszeje, to ona się niecierpliwi, podchodzi do pielęgniarki i mówi, jaką postawiła diagnozę, ale nie ma stuprocentowej pewności, więc pragnie konsultacji pediatrycznej. Na co pielęgniarka rzęzi, że miała od razu mówić, bo lekarzy obsługuje się poza kolejnością. Co nie stoi w sprzeczności z poprzednią opinią, czyli, że trzeba czekać, bo cała izba pełna jest CHORYCH dzieci.
W tym momencie naprawdę mi piana poszła.

5. Za każdym razem pani doktor obchodzi szpital dookoła. Wewnatrz przejść nie ma. Ach, jak to podkreśla dramatyzm! Szpitale to najbardziej nieprzyjazne miejsca ze wszystkich miejsc na świecie.

6. Pan pediatra potwierdza diagnozę, sugeruje pozostawienie dziecka w szpitalu, ale zastrzega, że nie mają leku, który należy podać. Sądzicie może, że doświadczony lekarz po takiej sugestii pozostawia dziecko na oddziale, idzie do apteki, kupuje lek i przynosi do szpitala? Ależ skąd! Nasz pani doktor obrażonym tonem stwierdza: "po co zostawiać, skoro nie macie czym leczyć?". I wychodzi. Ciekawe jak by się zachowała, będąc po drugiej stronie. Pełna profeska.
I mamy następujące stereotypy: w szpitalach nie ma podstawowych leków, lekarze lekceważą zalecenia innych lekarzy, do których sami przyszli po diagnozę, lekarze-matki są chamkami i budyń z mózgu.

7. Ze szpitala nasza bohaterka leci do apteki. Oczywiście naokoło (dramatyzm). Samochodem jeździ do kibla, ale z gorączkującym dzieckiem na ręku lata po ulicach jak popierdolona. Jest środek nocy. Apteka ma zamknięte drzwi. Zamiast zadzwonić, wali pięścią w drzwi, w końcu znajduje dzwonek, dzwoni na alarm, bo przecież tego walenia nikt nie usłyszał. Farmaceutka otwiera okienko, realizuje receptę, lek kosztuje poniżej 10 zł, a płatności kartą przyjmują powyżej tej kwoty. Pani doktor wobec powyższego chce dwa opakowania. Farmaceutka informuje, że nie może ich jej wydać, ponieważ na recepcie jest tylko jedno opakowanie. Na co pani doktor krzyczy, że przecież wypisze sobie drugie!!!
Ludzie... Małe apteki, które dyżurują w nocy (obsługuje jedna osoba) SĄ ZAMKNIĘTE. Zwyczajnie - dla bezpieczeństwa. W aptekach trzyma się, zadziwę Was, narkotyki. I być może ktoś nawet o tym wie, więc zechce zawłaszczyć? Osoba dyżurująca w aptece nie jest debilem oraz jasnowidzem. Na recepcie ma jedno opakowanie, nie może wydać dwóch i nie poznaje lekarzy po aurze świętości, która ich otacza. A już pokazywanie farmaceutki jako rozespanej i leniwej kretynki jest po prostu skandaliczne. I do tego kolejny budyń zamiast mózgu.

Nie chce mi się. Po prostu nie chce mi się omawiać kolejnych punktów programu. Jestem zwyczajnie oburzona. Tym, jak pokazuje się kobiety, matki, lekarzy, aptekarzy, pielęgniarki, szefów (o tym nie mówiłam), profesjonalizm (nie mówiłam) i relacje damsko-męskie (nie mówiłam). Zaczęło mi się chcieć obejrzeć film o debilnych ekipach filmowych. Poczynając od scenarzystów.
Bo to było głupie i złe.
BARDZO.

1539

Drink Monte pija się teraz w "sferach". Znaczy młodzież pija, a my powinniśmy nadążać. Drink Monte polega na zmieszaniu Soplicy orzechowej z mlekiem w proporcjach 1:4. Piję.

Szukam wina. Na pewno gdzieś je tu miałam.

Może jestem stara, ale za to z przekonaniem. Piję wino, ładnie się wysławiam, do teatru odziewam elegancko i nie pyskuję starszym. Cosik mi się zdaje, że to mi zostanie do śmierci.

In vino veritas.


Update
Martuuha przysłała mi zdjęcie, na którym siedzi na tarasie i pije coś z kubka. Silnie okutana. W akcie zemsty wysłałam jej zdjęcie klusków wraz z informacją, że pójdzie do piekła. A ona mi na to, że mnie pójdzie w biodra.

JESZCZE SIĘ BĘDZIESZ PODLIZYWAĆ NA OKOLICZNOŚC MOICH KLUSKÓW!

HA!!!

15 marca 2014

1538

Już o szóstej z minutami udało nam się włączyć ogrzewanie. Uznaliśmy to za zwycięstwo. Nadal nie było ciepłej wody, a w piwnicy dodatkowo prądu (popieścić?), ale była zimna. I każdy miał prawo przytulić się do kaloryfera. Godzinę temu opuścił nas miły pan, który wypompował wodę z piwnic oraz wykonał tzw. obejście. Mianowicie rurką obszedł zbiornik z ciepłą wodą, pominąwszy go ze wzgardą. Ludzkość może umyć nogi. Radość.

Oczywiście nie jest to rozwiązanie docelowe, bo ciepła woda z sieci nie działa na skórę tak dobrze, jak ze zbiornika. Np. lubi się ni stąd, ni zowąd zamienić w zimną. Zbiornik trzeba wymienić. Lub też i naprawić za pomoca spawania spawarką. Ja tam się nie znam. Od rana wydzwaniam do majstra od zbiornika, ponieważ uznaję, że to jest sprzęt, który z natury ma wytrwać dłużej niż trzy czy cztery lata. Więc będę dochodzić swych racji. Majster nie odbiera. Może się zwiedział.

W poniedziałek planuję rzucić się na dyrekcję PWiKu oraz dopaść w końcu pana zbiornikowego.

Ciekawa uwaga, przeznaczona dla osób, które szukają źródła poważnego dochodu. Pogotowie wod - kan jest na wagę złota. Szczególnie takie 24/7. Nie zastanawiać się - otwierać. To jest kura znosząca złote jajka. Miły pan, który pomógł nam w odzyskaniu ciepła i wody, opowiadał, że jego ekipa pracowała równocześnie w dwóch miejscach: u nas i w Tychach. Tylko tam wyrąbało kanalizację. Mieli kolorowo. Spytaliśmy, czy udało mu się choć odrobinę zdrzemnąć tej nocy. Podobno półtorej godziny. Ciągle tak ma.

U nas pękł tysiączek. A końca nie widać.

Kontynuując wątek: jeśli szukacie źródła dochodu, to zarządzanie wspólnotą nim nie jest. Zatkać uszy, zamknąć oczy i udawać, że człowieka nie ma. Orka na ugorze. Jeśli już, to najmniej spółdzielnią. Wtedy ma się od wszystkiego ludzi.

Kark mi trochę zesztywniał i jestem śpiąca. To pobieżę, ulepię kluskę na obiad. Co mi tam.


Update
A jednak siedemset. Pan naprawdę był miły i okazał łaskę.

14 marca 2014

1537

Ach! I jeszcze mamy awarię! A tak chciałam się położyć spać...

Zawsze
Tak
Jest

Poszedł nam zbiornik na ciepłą wodę w piwnicy. Wody do pół łydki. Zawór się zaciął. Prawo Murphy'ego działa. Póki co - cały budynek odcięty od wody. Od ciepła też. Dobrze że Prezes wpadł na pomysł, żeby wyłączyć w piwnicy prąd. Chciałam jednak podkreślić, że nie za pierwszym pobytem. Cud, że żyje. I radość.

Pogotowia wod-kan nie istnieją. Nie wierzcie w to. Na pewno nie w piątek o 23.00. Najgrzeczniejsze "zbycie"? Mamy dziś dużo awarii. Nalepszy jest PWiK. Jak, proszę bardzo, zrozumielibyście takie ogłoszenie:


Dla mnie rzecz jest jasna. Tylko dla mnie. Pan aż sobie zajrzał na stronę i przeczytał nam na głos zawartą w niej treść.
- No właśnie - odparliśmy.
- Ale na zewnatrz - odpowiedział pan, głosem niezmąconym niepokojem.

A w poniedziałek zapytam, co o tym myśli pan dyrektor PWiK. Może kończyliśmy inne szkoły podstawowe i uczono nas innych literek. Sprawdzę.
Dawno się nie krzyczało.

1536

Umarła nam ostatnia prababcia.

Starowinka z niej była. Nawet ja pamiętam ją wyłącznie malusieńką i przygarbioną. Bieluteńką i jakby nieco zadumaną. Zawsze uśmiechała się na mój widok, nawet kiedy rozwiodłam się z jej wnukiem. Witała mnie serdecznie i nieodmiennie była zainteresowana tym, co się u nas dzieje. Siadywała na ławeczce przed domem, grzała się w słońcu i niezobowiązująco pogadywała o tym i owym. Kiedyś. Bo od dawna praktycznie nie opuszczała łóżka.
Lubiłam ją.

Podarowała mi przed laty apaszkę. Wiele rzeczy przeszło przez moje ręce od tego czasu, ale ona została. Myślę, że zabiorę ją ze sobą, żeby pożegnać prababcię.

1535

Zapomniałam zupełnie, że dziś Dzień Gracza. W związku z powyższym zespół graczy przyłapał mnie gadającą przez telefon i opróżniającą kuwety z produkcji kotecków, wykonanej pod naszą nieobecność. Nie myślcie sobie, że kotecki są leniwe i, gdy nikogo nie ma w domu, śpią. Otóż nie! One wspierają wzrost PKB w dziedzinie produkcji. Na ten przykład - nawozu.

Na szczęście w domu było coś do żarcia, więc chłopcy dostali obiad, pośmiali się z "Opowieści z fabryki", po czym poinformowali mnie, że koniec uspołeczniania i udali się w miejsce odosobnienia, by zgładzić, dajmy na to, hitlerowskich niedobitków. Albo coś. Bo ja ich nie śledzę.

Tymczasem mój ulubiony szef utknął w korku, więc miał czas, by przemyśleć sobie różne sprawy. Owocem tych przemyśleń były trzy telefony. Chyba zacznę do niego dzwonić w godzinach pracy, bo jakoś więcej udaje się nam ustalić telefonicznie.
- To zrób to w poniedziałek przed spotkaniem. Będziesz miała czas - podsumował.
- Jasne - odpowiedziałam, zastanawiając się, skąd mu przyszedł do głowy ten szalony pomysł o czasie.
Chyba jednak zacznę zabierać do domu notes.
Poniedziałek będzie cudownym dniem. Już to czuję w kościach.

Bleblanie językowe* poszło w komentarzach, ale gdyby jednak ktoś miał chęć, to profesor Bańko ostatnio mnie zranił. I mogę się wypowiedzieć.
Pamiętam również, że "wiszę" Wam serię zdjęć moich kocich mężczyzn**. Wywiążę się, daje słowo. Jak tylko przekopię dyski.


* Drogie Anonimie (nie znam płci). Gdy piszę "bleblanie językowe", mam na myśli siebie, a nie Ciebie. Gdyż z komentarza wynika, że sobie przypisałoś tę zasługę. Wyprowadzam Cię za łokieć z błędu.
** Jądra nie czynią mężczyzny.

1534

Ktoś mi chce popsuć piątek.

Nie do wiary - przebiegłam już maraton i to wszystko w obrębie fabryki. Niektórych ludzi minęłam jakieś siedemnaście razy, a oni stali wciąż w tym samym miejscu! Przypominają mi się sceny z filmów fantasy, gdzie ktoś zatrzymuje czas:
- wszyscy zastygają, bohater się przemieszcza,
- wszyscy się normalnie przemieszczają, bohater napierdala tak, że widać jedynie smugę koloru.

Za chwilę popołudniowy mózgotrzep. Szef przyspieszył z uwagi na piątek. Zwykle odbywa się o czternastej, bo potem następuje rozprężenie. Przy piątku pozwala się niektórym odprężyć po trzynastej. Mnie to nie dotyczy, bo ja mam robotę.

Chwała Panu! Z przeklejeń wyszło mi 14 stron tekstu, a dopiero zaczęłam. Muszę uzyskać minimum 25, ale pocieszam się, że:
a. w końcu trzeba tam wcisnąć coś twórczego,
b. niektóre punkty planu mam nieruszone i - wreszcie -
c. od czego są zdjęcia i wykresy!
Obym się tylko zatrzymała na 30. Bo potem muszę napisać kolejne 25. Albo i 30.

Już starożytni mawiali, że pecunia non olet, więc nie narzekam, tylko oczekuję na mamonę.

Pokazałam pracownikom, jak się robi automatyczne przypisy. Zareagowali falą meksykańską.

Czy z uwagi na komentarz do poprzedniego wpisu, ktoś oczekuje rozwinięcia wątku "z wyjątkiem" i "za wyjątkiem"? Bo dawno językowego bleblania nie było.

13 marca 2014

1533

Nie wiem, co na siebie jutro włożyć.
A na obiad będzie koperkowa.

1532

Very good day.

Lubię dni, gdy świeci słońce, a człowiek nie musi biec. Pośpiech pozbawia godności.

Za stodołą kolega opowiedział nam, dwóm kobietom - dość nieopatrznie zresztą - jakiś szowinistyczny dowcip i potem mu było przykro. Nagle zaczął się spieszyć do pracy, z czego wnioskuję, że mogłybyśmy przysłużyć się fabryce na stanowiskach ekonomów. Żeby nie nadużywać określeń bezpośrednich, mogę przejść na angielski i nazwać to coachingiem. Wszakże w wyniku naszej niedługiej rozmowy kolega nie poczuł się zmuszany do pracy - wręcz sam jej zapragnął. Z punktu widzenia zarządu fabryki jest to sytuacja idealna.

Być może ma to niejaki związek z faktem, że powrócił do stricte samczego środowiska. A my z koleżanką nie. To znaczy połowicznie nie, bo u niej w dziale same dziewczyny, a u mnie same chłopaki. Wydaje mi się, że z kimś już ustalałam, że jestem mężczyzną, choć wygląd na to nie wskazuje.

Wygląd natomiast wskazuje na wiosnę, co było obiektem komentarzy od poranka. Prywatnie uważam, że przywdziewanie czerni oraz palety szarości i burości na okoliczność niesprzyjającej pogody nie licuje z moją godnością. Właściwie bardzie sensownie byłoby odziewanie się w ten sposób latem, gdy nie potrzebujemy dodatkowych bodźców wspomagających, albowiem pogoda wystarcza. To zimą należy się podkoksowywać na, dajmy na to, poziomkę. Jak ja dzisiaj.

Lub też i na truskawki. W Milanówku.

A wczoraj miałam czerwony pasek, więc za stodołą godnie odśpiewałam "Czerwony pas, za pasem broń", rozchylając przy tym sweterek i ukazując zgromadzonym telefon i zapalniczkę. Za pasem. Czerwonym. Pewna wesołość się przy tym wytrąciła. Muszę sobie zaplanować jakąś pieśń na jutro. Nie pozostającą bez związku. Albo przypasować tło do pieśni.

Poza tym jutro piątek. Niegłupio.

1531

Pogoda taka piękna, że nie chce mi się wierzyć w zapowiedzi o śniegu. Codziennie, jadąc do pracy, myślę o myciu samochodu. I to takim porządnym, czyli również od środka. Słońce prawdziwie wiosenne - daje czadu, nic nie widzę, za wyjątkiem tego, że mam od środka brudne szyby.

Nowa droga coraz bardziej mi się podoba. Wczoraj również nią wracałam i okazało się, że popołudniami ruch jest tak umiarkowany. Drzeć z nie wiadomo jaką prędkością nie można, ale - jeśli tylko nie trafi się zawalidroga - praktycznie nie redukuję i jadę sobie spokojnie jednostajną prędkością. Poza tym przejeżdżam koło hurtowni kosmetycznej, w której zwykle kupuję np. lakier do włosów w objętości dla mamuta (słoń ma szczątkowe owłosienie), co pozwala mi nie latać po sklepach co chwilę. A to wszystko za jedyne 17 zł. Allegro po prostu wysiada.

I byłoby cudownie, gdyby nie dziury. Oczywiście doceniam, że buduje się autostrady i drogi szybkiego ruchu. Większość ludności w tym kraju porusza się jednak mniejszymi szosami, które są w stanie strasznym. Lub nawet w potwornym - jak ta.

Przy okazji kazałam Prezesowi sprawdzić, czy na trasie mojego nowego przejazdu nie ma jakichś chałup w budowie. Albowiem okolica, mimo że niedaleko centrów miast (na Śląsku nie ma praktycznie przestrzeni typu: pola, pola, las, pola, samotna kapliczka), siedzi sobie całkiem przyzwoicie na uboczu i w sympatycznych okolicznościach przyrody: laski, jeziorko (zauważyłam jedno) i tym podobne. A może nie trzeba się wynosić gdzieś daleko?

Szefowie dziś całkowicie nieobecni i wreszcie będę mogła trochę popracować. Przede mną więc sporo pisania. No i wyjaśniania, bo system utrzymywania dokumentacji w tym dziale doprowadza mnie do histerii. Właściwie brak systemu. Konkretnie to wielka, nieogarniona wprost kupa papierów na biurkach ludzi przy całkowicie pustych szafach. Segregatory nie istnieją. Jeśli będę czegoś potrzebowała, nie będę przecież grzebać komuś w biurku!

Namyśliłam się. To nie jest brak systemu. To jest głęboko przemyślane działanie, mające na celu podkreślenie czyjejś niezbędności.

Czasem się zastanawiam, dlaczego ludzie nie chcą PO PROSTU pracować.

12 marca 2014

1530

Temat domu się rozwija. Oznacza to niechybnie, że rzeczywiście nadszedł właściwy moment. Nikt nikogo nie zbywa, rozmawiamy o potrzebach i wizjach, planach finansowania. Przyjaciele pomagają. Dobrze mieć przyjaciół. Mój dom gdzieś tam na mnie czeka. I chyba zaczyna przywoływać. Tak, pokój gościnny przewidziano, więc bedzie można przyjeżdżać (martuuho, doczekam się?).

Rozmawiamy o tym również z kotami.
- Zofio - przemawiam czule do domowego Hitlera - obiecaj, że nie będziesz się włóczyć po całej wsi.
- Akurat - mruczy Prezes.
- Co do Edka, jestem spokojna. Opanuje ogród. A Karol taras. Jak dobrze pójdzie. Po jakichś dwóch latach od przeprowadzki.
- Taaa... - Prezes ma własną wizję. - Będzie stał na tarasie, jedną łapą trzymał się futryny i wołał: "patrzcie, jestem na zewnątrz!".
- Trzeba Zośce zrobić obrożę z imieniem, adresem i adnotacją: "nie karm mnie, jak to kobieta - całe życie na diecie".
- Wiesz, że to nic nie daje - podsumowuje Prezes, przywołując Bardzo Przykre Wspomnienia.
- Może dopiszmy: "żywa jestem warta tyle złota, ile ważę"?

Najbardziej z całego procesu martwię się o losy Zośki. Cholerna powsinoga. Koszmarnie przemądrzała, a tak naprawdę, w niesprzyjających warunkach, zupełnie bezbronna.

Zaczęliśmy też płacić podatek od marzeń. W czwartek kolejna kumulacja.
Czuję, że zapowiada się bardzo burzliwy rok.
Nadzieja.
Lęk.

1529

Od rana mam dobry humor...

Zapomniałam worka z paputkami na zmianę i pendrive'a. Na pendrivie miałam przygotowane pół protokołu na dzisiejsze spotkanie, ale ojtam, rano napisałam raz jeszcze. Niemniej znalazłam nową drogę do pracy, która nie jest krótsza, lecz szybsza, więc przybyłam wcześniej bez straty na spaniu. Ergo - mam miejsce do parkowania pod samymi drzwiami. Albowiem wolna amerykanka.

Przed windą spotykam kolegę, nazwijmy go na zawsze Małym Piotrem (w opozycji do Dużego Piotra). Uwielbiam poczucie humoru Małego Piotra, jest zawsze przygotowany i rozbawia mnie do łez. Podchodzę, on już czeka.
- Dobrze że jesteś. Odjazd windy nastąpi (patrzy na zegarek) punkt 8.14.
Pochylam się do pozycji startowej.
- Czekam w blokach.
- To ja też.
Czekamy w blokach. Myślę, co będzie, gdy nas ktoś zobaczy.
Winda zbliża się do poziomu 0, mija go i jedzie do lochów. Patrzymy na siebie, wstajemy. Na twarzy Małego Piotra maluje się skupienie.
- Ta jedzie z Mysłowic. Jesteśmy przystankiem pośrednim. Psiakrew! Wszystkie miejsca przy oknie będą zajęte!
Nadjeżdża winda, drzwi się otwierają. Mały Piotr wsadza tam głowę i woła radośnie:
- Są, są! Asiu, prędko! Pod okno!
Wsiadamy. Mały Piotr staje na palcach, zbliża usta do mikrofoniku na ścianie:
- Do Gdyni poproszę.

Do konferencyjnej wtaczam się łzawiąc. Dobry początek dnia.

1528

A wczora z wieczora...

- Zuzanno...
- Tak?
- Ile osób myje tym zęby?
- Buuuuu!!! Kup mi natychmiast nową szczoteczkę!!!
- O 22.45?


Konkurs pt.: Kto jest winny?!

11 marca 2014

1527

Osoby:
Babcia
Dziadek
Łoterloo
Zuzanna

Czas akcji:
godziny popołudniowe

Miejsce akcji:
mieszkanie dziadków

Zuzanna: Jadłam śledzie w śmietanie.
Łoterloo (twórca śledzi): I jak?
Zuzanna (tryumfalnie): Kto daje jabłko do śledzi w śmietanie?!
Łoterloo: Właśnie że się daje.
Zuzanna: Chyba w snach.
Łoterloo (tonem oskarżycielskim): Maaaamoooo...!!!
Babcia (do piekarnika): Coooooo?
Łoterloo: A ona mówi, że się nie daje jabłka do śledzi w śmietanie!
Babcia (nie przerywając grzebania w piekarniku): Zawsze się daje.
Łoterloo (pokazując Zuzannie język): Nenenenenene!
Dziadek (do Zuzanny - od czapy, jak zwykle): A jak wy tu w ogóle przybyłyście? Bo widziałem tylko twój samochód. A matka*?
Zuzanna (tryumfalnie): Pewnie z buta przycięła. I w dodatku na sępa! Zaraz będzie chciała, żeby ją zawieźć do domu!!!
Łoterloo (tonem oskarżycielskim): Maaaamoooo...!!!
Babcia (do gara): Coooooo?
Łoterloo: A ona mi dokuczaaaaaa!!!
Babcia (nie przerywając mieszania w garze): Nie dokuczaj matce.
Łoterloo (pokazując Zuzannie język): Nenenenenene!
Zuzanna (mściwie): Poczekaj tylko, jak wrócimy do domu! Tam mamusi nie będzie. HA!!!


* Przyjechałam swoim, ale nie zauważył. Pewnie, taka tam czterometrowa ociupinka.


Z ostatniej chwili. Zuzanna właśnie weszła.
Zuzanna: Postanowiłam ci to powiedzieć, bo ktoś musi. Wiesz, że masz już 40 lat?!
Łoterloo: Maaaaamooooo...!!!
Zuzanna: I co? Ha! Nie ma mamusi!!!
Łoterloo: Zobaczysz, kiedyś umrę i ci będzie przykro!


Update
(Żeby paćka nie zeszła na serce).

21.30. Dziecko wychodzi z domu. Zasłaniając twarz łokciem, łkam w koszulinę.
- Ale wrócisz? WRÓCISZ?!
- Wrócę. Za godzinę "Prawo Agaty". (Łaskawca).
- Tylko nie odchodź za daleko (piszczę).
- Wyprowadzę się! WYPROWADZĘ! Daleko! Może nawet do Sosnowca!!!
Wychodzi. Zamyka za sobą drzwi. Po czym otwiera drzwi, wsadza przez nie głowę i syczy:
- Zabraniem ci pisać o tym na blogu!!!

A tu Matka Zua, hehehe.

1526

Wczorajszy dzień potraktował mnie okrutnie od samego rana.

Już droga do fabryki była wykańczająca, gdyż ludzkość posuwała się jak niemowlęta - z obawą, że się jej uleje. Potem miałam problem z porzuceniem samochodu, bo jakiś mędrzec zaparkował w przejeździe. Następnie udałam się na poranne pranie mózgów, z którego zostałam wyłuskana przez dyrekcję - a ta dowaliła mi roboty na cito w takiej ilości, że głowę podniosłam znad klawiatury w okolicach 12.30. Sikania nie przewidziano. Następnie było tylko gorzej.

A wieczorem jakaś podła pani zapowiedziała publicznie powrót zimy. Jestem obrażona na śmierć. I idę sobie, bo mi zajmną wszystkie miejsca siedzące. Albowiem ludzkość jest podła i podstępna. Ot, co!

Państwo się nie przepracowywuje. Do miłego.

9 marca 2014

1525

Oto nadejszła wieść radosna, serce me roście i świat wydaje się jakiś lepszy. To ja może od początku. Prawie.

Otóż otrzymałam kiedyś w spadku po Prezesie, który nad urok osobisty i czar sprzętu przedłożył tempo pracy, przecudnej urody Jabłuszko w wersji AirBook. Nad wyższością świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiejnocy nie będę się rozwodzić, bo już to robiłam. (Se Państwo same szuka, bo mnie się nie chce). Trochę czasu zajęło mi przestawienie się na klawiaturkę jabłeczną, która posiada klawisz CMD w miejscu pecetowskiego ALTA, a ja piszę bezwzrokowo, więc nieustanne otwieranie się różnych okienek zamiast ęąów z początku doprowadzało mnie do minimalnej irytacji. Jednak gdy człek dużo pisze, to dość szybko może skorygować pamięć mięśniową.

Potem zabrałam się za pracę nad sobą w zakresie jabłkowskiego pakietu Office i dało radę. Opanowawszy komplet czynności rozsiadłam się dumnie, wielce z siebie zadowolona. I wtedy... się spierdzieliło. Znaczy czasło, prasło i zawisło. Do widzenia się z panią.

Zaniosłam Prezesu sprzęt w ząbkach, gdyż jestem osobą rozsądną i uważam, że nie ma co się kopać z koniem, gdy ktoś może człowieka zastąpić. Wziął się Prezes skopał i to nie tak, że rzecz nie wymagała ode mnie pewnej dozy samozaparcia. Wiecie, te powiedzonka, że gdy mężczyzna powie, że coś zrobi, to zrobi i nie trzeba mu o tym przypominać co pół roku. Najpierw zaniósł do serwisu i tam mu powiedzieli, że oni nie wiedzą, o co kaman, ale mogą zacząć wymieniac części i może się naprostuje. Pierwsza część - 1.000 zł.

Jasne. Już lecę. Opamiętam się przy dysze. A notebook, dajmy na to, dalej nie dysze. W związku z powyższym dobitnie wyraziłam swoje niezadowolenie i już po kilku miesiącach Prezes znalazł źródło problemu. Radość nastała, wino polało się strumieniami, półnagie nimfetki zatańczyły w takt, a niedorostki poniosły wśród gości winne grona. Ustaliliśmy, że Prezes zaniesie Jabłko do serwisu, ale w Warszawie, bo tam się gada bezpośrednio z serwisantem (on musi, bo ja mówię w polskim i nie jestem w stanie dogadać się z serwisem komputerowym, który mówi w dziwnym - serwis natomiast może nie ogarnąć mojej żywiołowej natury). No i każe mu wymienić WŁAŚNIE TO. Na swoją odpowiedzialność. Koszt - 1.000 zł.

Zaledwie po kilku miesiącach, oscylując wokół wysokiego C, doprowadziłam do wymarszu komputera z domu. W tak zwanym międzyczasie katowickie Jabłko dokonało rozwoju systemowego i podzieliło się na sklep oraz całkowicie odrębny serwis. W związku z powyższym jest z kim gadać na miejscu i nie trzeba do tego być słoikiem. Może bardziej stoikiem. Poszli.
Serwis, podniecony zapewne faktem, że Prezes mówi w dziwnym, zlecenie przyjął. Mało tego - powiedział, że część wymieni i nawet sprawdzi, czy wszystko jest OK. Koszt... 650 zł.

Ach. Czekam.


PS Czy wspominałam, iż otrzymałam pierwszą wypłatę i zanierzam ją wydać na spirytus, z którego wyprodukuję nalewkę? Prezes bardzo zadowolony, ponieważ wyliczył właśnie stosunek mojej wypłaty do swojej wypłaty i teraz mówi do mnie:
- Do kuchni, kobieto, gdzie twoje miejsce.
Odbija sobie za długie lata, gdy stosunek ów był zdecydowanie odwrotny.

1524

Od rzeźbienia w bakłażanie odrywa mnie sceniczny szept Prezesa:
- Patrz, patrz!
Odwracam się - stoi zastygły z moją świeżo zaparzoną kawą w dłoni i gapi się w okno. Podążam za jego wzrokiem. Na środku uliczki z boku domu wielkie kocisko. Z wyglądu - Zośka. Byk jak się patrzy, aż miło pomyśleć, co jada. Z grupy takich, co to zawstydzą kubaturą nawet Karola. Wyraz twarzy wielce zniesmaczony. Ogon lekko napuszony. Postawa: "no... podejdź, podejdź". Interlokutora nie widać. Śmiem przypuszczać, że kocur, choć nie trzymałabym się tej myśli uporczywie, bo Zośka też zwykle jest brana za mężczyznę z uwagi na wzrost.

Nabrzmiała znaczeniem chwila wyraźnie się przeciąga. Wyraz niesmaku eskaluje. Cisza, jak makiem zasiał. W tym momencie z osiedla powyżej wyjeżdża samochód osobowy. Toczy się w dół uliczką. Kot nawet nie drgnie. Mało tego! Ani się ucho obróci w kierunku pojazdu! Istny Król Julian. Omiatam wzrokiem pobliskie krzaki w poszukiwaniu Morta.

Samochód zatrzymuje się grzecznie przed kotem. Ten ani drgnie. Pojazd stoi, kierowca w oczekiwaniu, że zawalidroga się namyśli. Kot ma to gdzieś, on tu mieszka, nie będzie go byle kto spychał z JEGO ulicy. Zniecierpliowny kierowca naciska na klakson.
Piiiiiii...!!!

Kota odrywa od podłoża, ląduje o 1/18 centymetra dalej. Obrzydzenie, wymalowane na jego obliczu, osiąga apogeum. Wolno, wolniutko, by nie być podejrzewanym o schodzenie komukolwiek z drogi, przesuwa się w stronę chodnika. Żeby była jasność - właśnie tam chciał teraz pójść i żaden samochód nie ma z tym nic wspólnego. Leniwym, miękkim krokiem wspina się na krawężnik. Samochód odjeżdża.

Dusimy się od tłumionego śmiechu, jakby mógł nas usłyszeć. Jak w domu! Żadna Zośka nie będzie przychodziła do kuchni na posiłek tylko z tego powodu, że ją wołam! Owszem, właśnie miała zejść na dół, ale nie tak całkiem. Ma przystanek na schodach i będzie tam siedziała, ile tylko chce, nikt jej nie zabroni. Absolutnie nie fatygowała się do miski, w poważaniu ma moje zaproszenia, gdyby miała wargi, toby je wydęła. Każdy ma znać swoje miejsce, służba jest od wydawania posiłków i dba, żeby państwo było zadowolone.

Udaję się za róg ku schodom.
- Zechcesz uczestniczyć w obiedzie? - pytam.
Może i zechcę - odpowiada mi wzrok Zofii. - Nie narzucaj się, bo to męczące.

Koty są CU-DOW-NE. Uwielbiam.

1523

Temat na notkę, jak widać poniżej, winien być skrupulatnie dobierany. Jeśli się to uczyni z namysłem, palce komentatorek rwą się do działania. Komentatorów niekoniecznie, bo Jasiek (jedyny Igrek, który ośmiela się tu dodać coś od siebie, co oczywiście cenię i podziwiam) przemilczał to wszystko z godnością. Ja wiem dlaczego - on ma brodę! Ergo: poczuł się urażony.
A wiem, że czyta, bo z rozmów wynika, że jest na bieżąco, hehe.

Gdy piszę o facetach, każda ma coś do dodania, nawet martuuha, chociaż się kreuje na taką, co jest ponad to. Oficjalnie wszystkie jesteśmy potwornie przemądrzałe, nie? W praktyce to się jakoś nie sprawdza. Znaczy znam jedną, co się jej sprawdza, ale ona jest, że tak powiem, chlubnym wyjątkiem.
Chociaż... Prezes dziś wstał po siódmej (niedziela!) i pociekł po świeże bułeczki. W dodatku na piechotę, a blisko nie jest. Nawet już się zastanawiałam, czy nie słać kogoś na pomoc, bo tak długo go nie było. Obecnie, jak donoszą dźwięki z gabinetu, poszukuje domu. Słusznie - on ma rękę, to mieszkanie też znalazł. Może się jednak przeprowadzę? Zocha będzie miała całą wieś do zarządzania. Ona o tym marzy!

Jakieś gówno przyczepiło mi się do ręki i nie mogę zwalczyć. Kilka tygodni smarowałam Clotrimazolem, niestety bez spodziewanego wyniku. Znajomy lekarz poradził mi, żebym kupiła sobie Nizoral i myła nim ręce zamiast mydłem, z zachowaniem zasady potrzymania piany na dłoniach przez chwilę za każdym razem. Robię to od piątku i zaczynam mieć nadzieję, że chwyci.
Kupcie sobie rekawiczki gumowe i nie wychodźcie z gołymi rękami na ulicę - bakterie, grzyby, pleśnie, drożdże czyhają w każdym zakamarku. Strach się bać. Dobrze że nie jeżdżę środkami masowej zagłady. Zapewne można złapać kiłę przez dotknięcie uchwytu.

Wracając do Zofii. Rozpoczęła niedzielę należycie, czyli ofuczała Edwarda i stłukła Karola. A teraz wyprowadza kolejno wszystkie myszy, żeby mogły popatrzeć przez okno, jaki ten świat piękny.


Miłej niedzieli się z Państwem.


Update
Fragmant dotyczący Oisaja stał się nieaktualny, bo przybył Królik. Okluski dla Królika. Oby tylko nie było, jak w Puchatku (Im bardziej Puchatek zaglądał do norki, tym bardziej Królika tam nie było).