31 maja 2009

Agent 007

czyli Beethoven się ukrywa.

Póki co, jest słaby w te klocki. Wszystkie kryjówki są lokalizowane w krótkim czasie.
Ale kombinuje nadal.

28 maja 2009

Jasne, że powiem, co to jest ślojder,

natomiast nie powiem, co to jest gabla, bo nie wiem jak. Ślojder to proca. Weki od krauzuf to gumki od słoików typu wek, ale to łatwe. Natomiast gabla… nie ma na to słowa. To jest rozwidlony kijek, stanowiący podstawę budowy procy.

Dygresja.
To tak, jak z kotem. Kot składa się z futra, kota właściwego i aparatu mruczącego.
Koniec dygresji.

Ale ja dziś o pracy, bo dawno nie było.
Otóż odbywam poranną pogawędkę z moimi pracownikami. Stoję na środku pokoju, jest początek dnia, ogólne jeszcze rozluźnienie, ktoś pije kawę, ktoś się krząta socjalnie. Przy jednym z biurek gabinet kosmetyczny – M. odkryła nowe powołanie i robi żele. Oczywiście nie w pracy, bo do tego potrzebuje czasu i lampy. W pracy świadczy usługi w zakresie frenczu.
Więc stoję sobie i peroruję:
prezesowa: No i nie zapominajcie, że M. się mnie kiedyś bała.
M (znad lakieru): Ja się ciebie cały czas boję.
R: Coś w tym jest, wszyscy się ciebie boimy.
O (poddawana zabiegom kosmetycznym): Stale.
prezesowa: Tak, to się rzuca w oczy. Zwłaszcza w aspekcie czynności, które obecnie wykonujecie. Przypominam, że mamy właśnie godziny pracy.
grupa pracownicza: hehehe

Więc w końcu doszłam do wniosku, że to skandal, żeby ludzie mieli tak ładnie ręce zrobione, a ja nie i zawnioskowałam do M. o wyświadczenie usługi. Zamknęłyśmy się we dwie u mnie w kabineciku, wyszło bardzo ładnie. M., po wykonaniu pracy zleconej, opuściła zebranych, a po chwili w drzwiach ukazała się delegacja, której celem była kontrola jakości.
B: I jak wyszło?
R: Pokaż, pokaż!
prezesowa: pokazuje
J: Eeee, no nieźle.
O: Super. Tak sobie pomyślałam, że teraz to mamy fajnie. Bo jak kierownikiem był P., to musiałyśmy się z kosmetyką czaić oraz kryć po kątach.
prezesowa: No i odkryłyśmy wyższość szefa kobiety nad szefem mężczyzną.

Innym razem w rozmowie z pracownikiem płci męskiej.
H: Bo ja słyszałem, że jak mnie nie ma w pobliżu, to wy sobie pokazujecie staniki i chciałem zapytać, dlaczego nigdy nie jestem zapraszany.
prezesowa: No wybacz!
H: Po prostu nie rozumiecie, że mężczyźni powinni mieć poważne zdanie doradcze w takich sprawach!
prezesowa: Nie będziemy się tu przy tobie obnażać wszak!
H: W ogóle się nie znacie na problemie!!!

To ja idę załatwiać bardzo ważne sprawy, ponieważ Prezes odkrył nowe powołanie i postanowił zostać strzelcem wyborowym oraz wziąć udział w zawodach. I teraz musi poćwiczyć, a ja muszę go wkręcić na jakąś strzelnicę. W miarę możliwości za darmochę.

26 maja 2009

Przypomniała mi się

jedna z moich ulubionych zagadek. Niezmiennie od lat rozbawia mnie do łez.
Gratka dla osób spoza Śląska.

„Co to je ślojder?

Ślojder to je gabla i dwa weki od krauzuf.”

22 maja 2009

Aktualizacje


„Tak sobie postanowiliśmy, że kot nie będzie spał z nami w łóżku”*

Czy te oczy mogą kłamać?

Navigare necesse est

Moim celem jest zrobić sobie tyle krzywdy, ile się tylko da. W miarę możliwości dbam, by uczynili mi ją ci, u których mieszkam. Potem rozpocznę odcinanie kuponów.

* Buchachachacha – wtrąciła moje-waterloo z francuska, albowiem i ten język nie był jej obcy.

18 maja 2009

Usiłuję obecnie zostać studentką,

ale normalnie ciężko jest. Tak w ogóle to się zastanawiam, czy w moim wieku to się nie powinno raczej stać po drugiej stronie katedry, co słusznie wykonuje J., uprzednio zapewniwszy sobie tytuł doktora nauk medycznych. Ja tam z medycyną mieć wspólnego nie zamierzam NIC, wypinam się na doktorat zadkiem w ogólności, lecz problem jakby pozostaje.
Znalazłam czas jakiś temu informację o projekcie europejskim, który osobom zdeterminowanym dofinansowuje studia podyplomowe. Ze zwykłego ludzkiego wścibstwa podejrzałam uczelnie na Śląsku i jest. Nawet kierunek znalazłam całkiem zabawny: psychologia w zarządzaniu.

Dygresja
Pracownicy, wejdziąwszy/wejszłszy w posiadanie wiedzy o moich planach, natychmiast poczuli się królikami doświadczalnymi i rozpoczęli burzliwe dyskusje pod hasłem: Czy to się godzi?
Koniec dygresji.

Dziś zarejestrowałam się elektronicznie i wygenerowałam dokumenty. Za piątym chyba podejściem, niech piekło pochłonie komputery. Jutro sobie wydrukuję i zaniosę do kadr, celem potwierdzenia, że jestem pracownikiem Archiwum X. Następnie chytrze się zaczaję i wystartuję o 4 nad ranem 6 czerwca, bo liczy się kolejność zgłoszeń. A od jednego pracodawcy do grupy przyjmują tylko 4 osoby. Podli.
Ale ja mam srebrnego szerszenia, niech sobie nie myślą.

Jak się załapię, będzie mnie to kosztowało złotych polskich 580. Za rok.
A potem będę się znęcała nad wszystkimi.
Was też nie ominie, bez złudzeń.

17 maja 2009

Co za przeokropne babsko z tej Kryni,

podebrała mi puentę do zdjęć. No to już wszystko wyjawiam, jak na świętej spowiedzi. Zwłaszcza, że pojawiły się pewniki.

Kotek rzeczywiście nie jest mój – został nowym wnuczkiem Kryni i synkiem jej mało motorycznego (jak sama pisze) syna oraz niezwykłej synowej – mojej zresztą imienniczki i w dodatku rówieśnicy (dobrze się dogadujemy). W związku z powyższym jestem „na bieżąco” albowiem w sposób zaskakujący zostałam mianowana (no dobra, sama się mianowałam) matką chrzestną. Mam nadzieję, że w związku z tym będę miała wpływ na zmianę imienia, co i tak jest bez znaczenia, ale o tym za chwilę.

Kotek jest reprezentantem rasy devon rex, ma cztery miesiące i imię nadane nie bez przyczyny. Jest głuchy.
Oprócz tego w swoim króciutkim życiu miał już tyle pecha, że należy mu się naprawdę dobry, ciepły i kochający dom, więc taki właśnie otrzymał.
Urodził sie jako największy w miocie i przez pierwsze dni wszystko wyglądało super. Po tygodniu, jako jedyny, zatruł się mlekiem własnej mamy (z zastoju) i od tej pory był karmiony pokarmem syntetycznym. W związku z tym nikt nie zauważył, że jest głuchy, ponieważ na pojawienie się człowieka reagował entuzjastycznie, co na nic nie wskazywało. Potem okazało się, że nie słyszy. Finalnie trafił do pewnego małżeństwa z dwojgiem małych dzieci. Wszystko wyglądało całkiem nieźle, dopóki nie okazało się, że złapał koszmarną grzybicę, a nowi właściciele (niech ich piekło pochłonie) nie zajęli się jego leczeniem. Dopiero kiedy było już naprawdę źle, pojechali do weterynarza, a dowiedziawszy się, co jest na rzeczy, prędziutko doszli do wniosku, że nie chcą kota z grzybem, więc zostawili go u weterynarza, gdzie maluch – ledwo żywy – tydzień spędzil samotnie w klatce. Cała sytuacja wyszła na jaw w chwili, gdy zaniepokojeni hodowcy zażądali widzenia. Ujrzawszy kocie nieszczęście i warunki, w których przebywało – natychmiast zwrócili pieniądze i zabrali kotka do siebie, a następnie nakładem sił i środków przywrócili go do żywych.

Dygresja.
Hodowcy są niezwykle sympatycznymi ludźmi (poznałam). Są tez bardzo kulturalni, ponieważ TYCH TAM GNOJÓW nazywają „ci państwo”. Ja ich tak nie nazywam. Natomiast radośnie zacieram rączki, ponieważ okazało się, że Beethoven zaraził się grzybicą od drugiego kotka w ich domu. A ponieważ pozbyli się Beethovena, bo mają małe dzieci i „musieli je chronić przed taką paskudną chorobą”, wszystko odwróci się przeciwko nim. Jako że u Beethovena choroba była wtórną, a źródło jest gdzieś indziej. U nich w domu.
I możecie sobie uważać, że jestem wredna. Ale cieszę się myślą, jak wszyscy pokrywają się strupem.
Buchacha – zaśmiała się szatańsko.
Gińcie, źli ludzie!
Koniec dygresji.

Hodowcy postanowili, że za Beethovena nie chcą pieniędzy. Chcą tylko, żeby znalazł dobry dom. A że, jak mawia przysłowie, „Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy”, oczekiwania zostały spełnione. Maluch dostał w prezencie cały pakiet ludzi, zachwyconych nim do granic wytrzymałości.
Ma dom, o jakim każdy kot zobowiązany jest marzyć.
Opiekunów, którzy otaczają go uczuciem i troską.
Babcię Krynię w pakiecie (nie mówcie nikomu, ale godność poszła w kąt i babcia Krynia bez żenady czołgała się za kotem po podłodze, a to jeszcze nie koniec).
Rodziców chrzestnych w postaci Stadła.
I w ogóle – fajnie jest.
Kotek ma jeszcze jeden problem – nie zstąpilo mu jedno jądro. Ale czy ktoś przejmowałby się takim drobiazgami?

Śmieję się w duchu, myśląc o tym, że ktoś stworzył tę kocinę specjalnie dla tej właśnie pary. Po pierwsze dla A., ponieważ ma uczulenie na kocią sierść, a devony nie uczulają (skądinąd – ciekawe). Po drugie dla M., bo ma w domu studio obróbki dźwięku (nie uwierzycie, jak głośno można puszczać muzykę), a kot jest głuchy jak pień. Zdrowe koty mają niezwykle wrażliwy słuch i prawdopodobnie nie wytrzymałyby takiej dawki.

I co? Zgrabnie pomyślane, nieprawdaż?
Zawsze uważałam, że z Pana Boga to jest niezły kawalarz!

A teraz zdjęcia. Już normalne. Zobaczcie, jaki piękny kotecek.

PS Do Martuuhy: pod R. Ja tam się na tym nie znam, ale chyba mogłaś to zrobić bez mojego udziału ;o)

12 maja 2009

Poznałam dziś przemiłego faceta,

czyli notka dedykowana Kryni.

Nic nie napiszę, bo – póki co – nie ma jeszcze pewników. Jak coś się zmieni, to pewnie, pewnie.
Drodzy Zgromadzeni! Teatrzyk Zielona Gęś ma zaszczyt przedstawić…

BEETHOVEN

No co? Każdy może sobie ziewnąć.



Milusi, co?



Z cyklu: zastanawiające pozycje.

A to już prawdziwie dla Kryni. Plus informacja: w pięć minut po przyjściu.
Zapytasz może o reakcję?
- E tam, gąbkę można zawsze wymienić.

;o)

Sam czar.

10 maja 2009

Potomstwo zadzieżgnęło

po raz wtóry.

„Co to znaczy defetyzm?”

Kwiknęłam radośnie, przewidując ciąg dalszy.

„Siejesz defetyzm? Na zielonaj szkole???”
„Tak”

Przyznaję ze wstydem, że nie wytrzymałam i zadzwoniłam.
- I kto ci to powiedział?
- Pani.
Wytłumaczyłam, walcząc z wybuchem radości. Nie, żebym nie miała pewności, że moja pierworodna nie może siać defetyzmu. Może. I to jeszcze jak.
- I co? – dopytałam podefinicyjnie.
- Sieję.

:o)

Donoszę uprzejmie, że Potomstwo powróciło na łono, w całości w dodatku i z górą brudnych szmat.
Od razu zażądało, żebym opuściła lokal, bo się wytrzymać nie da.
Witaj, Stabilizacjo!

7 maja 2009

Onegdaj wzburzony Prezes

zarzucił mi, że mam niewłaściwe podejście i wszystkich ludzi uważam za kretynów.
Nieprawda, nie wszystkich. Zaledwie większość. I to wyłącznie dlatego, że mam dowody rzeczowe.
Taki przykład na przykład:
Od 1 maja przerzuciliśmy pewne czynności, które wykonywało do tej pory Archiwum X, do Archiwum Y. Czynności dotyczyły magazynowania, zaopatrzenia, a co za tym idzie – rozsyłania określonej grupy towarów po kanałach dystrybucji. W związku z powyższym, posiadając liczne dowody, świadczące o debilizmie większości pracowników, w połowie kwietnia sama – tymy ręcami – napisałam stosowne procedury (ja nikomu nie ufam, niestety), które podpisali najważniejsi szefowie Archiwum X i Archiwum Y. Naturalnie wszystko poddane było licznym konsultacjom, bo – jak mawia Potomstwo – głupia żem nie jest. Następnie materiał został przekazany do wykonania.
I w tym momencie zaczęłam przewidywać trudności. Nie pomyliłam się.
Od tej chwili każdego dnia, wchodząc do pracy, wystosowuję w przestrzeń następujący apel:
„Każdy pracownik Archiwum winien obligatoryjnie złożyć egzamin z umiejętności czytania ze zrozumieniem. Kto nie zda – won!”.
Moi pracownicy się śmiali. A ja to przyjmowałam spokojnie. Przeczekałam ich śmiechy do momentu przejścia w stan łkania z rozpaczy. Jak odpowiedzieli na 375102827364538 debilnych pytań, przestali się cieszyć.

Następnie zebrałam te pytania i wywaliłam w teren maila, w którym przetłumaczyłam wszystko z polskiego na nasze. A przewidując kolejne kłopoty napisałam:
„Proszę do 29 kwietnia stosownie zatowarować kanały dystrybucji w przedmiotowy asortyment, a 30 kwietnia jego pozostałość przekazać do magazynu Archiwum Y.”.
No i co? G…o. Dziś dzwonią, że już im zabrakło, a magazyn nie realizuje dostaw.
Mam ich dość. Mieli towar, który powinni byli rozprowadzić, mając na uwadze, że magazyn będzie odbierał, przeliczał, zapoznawał się i trzeba im dać 5 minut, bo nigdy się tym nie zajmowali. Nie mam słów. Nie znoszę pracować z kretynami. To mnie szef rozliczy z realizacji planu i ta pozycja będzie widoczna, naprawdę. Bo sprzedaży nie ma. Wyprzedali się, intelektualiści w mordę kopani. Ciekawe, jak mam się z tego wytłumaczyć.

Takich przypadków to ja mam na pęczki. I nie ma się co dziwić, że jestem rasistką.
To ja przepraszam.

Na koniec dobra wiadomość – za dwa lata będą już wykonywane przeszczepy siatkówki. Idę się ustawić w kolejce, bo jak z materiałem do przeszczepów jest – każdy wie.

5 maja 2009

Wymiana esemesalna

Potomstwo na zielonej szkole (tak, tak, w naszym gimnazjum organizują), nie odzywa się wcale. Na zainicjowany przeze mnie kontakt odpowiedziało:
- Muszę z tobą rozmawiać?
A skąd, nie musi. Ważne, że się dobrze bawi.

Dziś nawiązało. Widząc na wyświetlaczu „Nać”*, uniosłam brwi.

„Nie chciałabyś mi przelać kieszonkowego?”
„Aż tak zabrakło ci kasy?”
„AŻ TAK to nie, ale wolę mieć.”
„Już masz stówę** na koncie. Znaj serce matki.”
„Kocham”
„Ja ciebie też, tylko bezinteresownie ;o)”

Ech i ach…

* Potomstwo zwane Nacią, bo „jaka matka, taka natka”.
** Kieszonkowe wynosi 50 zł miesięcznie. Ale oj tam.