17 lipca 2017

2406

Tak śmy się z Zacofanym w lekturze* poprztykali o Nogasia redaktora oraz, przy okazji, Boczka Ewrzena, że zaczęłam myśleć, o co właściwie chodzi z tymi książkami. Dlaczego mianowicie mnie różne rzeczy nie śmieszą albo wręcz nudzą? Dwa dni myślałam. I co? I wymyśliłam! Co więcej - to prawdopodobnie jakaś prawda uniwersalna i dotyczy także Chmielewskiej. Czyli w końcu mamy odpowiedź na pytanie: "Dlaczego nie mogę w Chmielewską?".

Nie będę Was trzymać w niepewności, bo sprawa jest prosta, jak drut. Otóż ja Chmielewskiej nie wierzę. I nie wierzę też Boczkowi Ewrzenowi. Oraz kilku innym autorom. Przez to, że im nie wierzę, historie, które tworzą, nudzą mnie nieznośnie. A nawet męczą i żenują. Oraz całkowicie, od A do Z nie śmieszą.

Bo widzicie... historia opisana w powieści musi być autentyczna.
- Ale jak to?! - zakrzykniecie zapewne. - Czytasz fantasy i bredzisz o autentyczności?!
Ano tak. Uwielbiam nieodżałowanej pamięci Terry'ego, choć jego książki z założenia są bajką. Ale spójną!!! Wiecie, na czym polega "prawdziwość" historii? Otóż na tym, żebym na tę jedną chwilę (chwila jest pojęciem względnym) skorzystała z zaproszenia pisarza, weszła w świat, który stworzył i uwierzyła, dała się ponieść historii, podążała śladami bohaterów bez wrażenia, że - heloł! - coś ci tu, bracie, nie styka! Były trzy ręce, a teraz są cztery!

Świat Dysku jest spójny do ostatniej kropki. Już pomijam wyobraźnię, poczucie humoru z najwyższej półki (ukłony dla Piotra Cholewy - jest pan moim bohaterem), artyzm i klasę, po prostu skupmy się na jednej rzeczy: tym historiom niczego nie można zarzucić. Tam się nie rozchodzi w szwach. Wszystko jest idealnie prawdopodobne dla rzeczywistości, w której toczy się dany wątek. Bohaterowie mogą zachowywać się absurdalnie z naszego punktu widzenia i cały ten świat może być kompletnie od czapy, ale on sam siebie definiuje. Takie zachowania, myśli, dialogi w tej akurat rzeczywistości są idealnie naturalne i zwyczajnie czytelnika nie dziwią. Do chwili, gdy podniesie oczy znad ostatniej strony. Rozmyślnie pomijam fakt, że wiele z sytuacji u Pratchetta jest po prostu z życia wziętych, bo ja się zetknęłam z identycznymi. Owszem, były kosmiczne, ale jak najbardziej prawdziwe.

Dlatego nie bierze mnie Chmielewska. Jej świat nie jest spójny. Z jednej strony osadza akcję w realiach, które nie są obce większości czytelników, by z drugiej wciskać tam wydarzenia, przemyślenia i słowa, w które trudno uwierzyć w aspekcie snutej historii. Może gdyby inaczej skonstruowała kanwę, pociągnęła mnie ku jakiejś alternatywnej rzeczywistości, tobym jej uwierzyła. Ale nie potrafię. Chmielewska kłamie. A Boczek Ewrzen jest jej kumplem. Stąd w moim odczuciu nie są śmieszni, tylko się silą. Kłamczuszki.

Od lat irytowało mnie porównywanie tego, co piszę, do stylu Joanny Chmielewskiej. Bardzo przepraszam, ale gdy się człowieka dopasowuje do pisarza, którego nie lubi, choćby nie wiem, jak był znany, to go jednak wkurza. Teraz wreszcie pojęłam, na czym polega różnica. Otóż ja opisuję wyrywki z mojego życia. Tak, ono bywa wywalone w kosmos i dziwaczne, ale - na Boga! - to prawda. My tak głupio ze sobą gadamy, z tytułu pewnej odrębności umysłowej generujemy dziwne i śmieszne sytuacje**, co nie zmienia faktu, że one rzeczywiście mają miejsce. My jesteśmy wyciągnięci z tyłka makaka, w dodatku od pokoleń, więc aberracja genetyczna wydaje się tu dość prawdopodobna, a przynajmniej ja ochoczo na to zwalam. I kiedy czytam po czasie jakąś swoją notkę, to pod powiekami mam obraz prawdziwych zdarzeń. Być może idiotycznych, ale jak najbardziej spójnych, ponieważ rzeczywiście miały miejsce i często mam na to świadków. Naprawdę tańczymy ze sobą dla usprawiedliwienia wątków w rozmowie. Czasem nawet tańczymy z psami i kotami. Tak, potrafimy zacząć śpiewać wpół słowa i to w dodatku synchronicznie. Gadamy, jak potłuczeni, bo jesteśmy potłuczeni i chyba nikt w to nie wątpi.

Więc drogie dziateczki, które marzycie o karierze poczytnych pisarzy: twórzcie historie prawdziwe. Gdy zaczniecie kłamać, czytelnicy to wychwycą. JA to wychwycę! A potem znajdę was i zabiję!!!

***

Jest jeszcze taki drobiazg: powieść musi wciągać. Jeśli nie mam ochoty poznać, jak rzecz się kończy, to znaczy, że książka jest do dupy. Ale to już, jak mawiał Kipling, zupełnie inna historia***.



* Nigdy nie linkujcie do Zacofanego w lekturze. Człowiek sobie blog otworzy celem pozyskania adresu do linku i dwie godziny ma z głowy, bo niechcący przeczytał jedno zdanie i go wessało.
** Zapytajcie martuuhy. Ona widziała mnie nie raz w akcji. Tak, biegałam między samochodami pod kościołem dominikanów w Poznaniu, wznosiłam okrzyki i robiłam miny. Bo ja mam sieczkę w głowie. Za to ona gada do windy, więc nie da rady wymiksować się z towarzystwa.
*** Nie podejmujemy w ogóle wątku języka, ponieważ ta część rozważań dotyczy nie tylko pisarza. Z brudasami i niechlujami nie gadam. Idźcie sobie śmierdzieć gdzieś indziej.

13 lipca 2017

2405

W moim pięknym mieście, roboczo zwanym "tą wsią, gdzie mieszkamy", dystrybuowany jest bezpłatnie miesięcznik, którym jestem zafascynowana do granic wytrzymałości.


Za każdym razem, gdy odkrywamy kolejny numer w skrzynce pocztowej, porzucamy wszelkie czynności - choćby nie wiem, jak pilne były - i biegniemy czytać. Zawsze zaczynamy od tego samego miejsca...


Jeszcze nigdy się nie zawiedliśmy, bo lokalni reporterzy czuwają, by nie umknęło im najmniejsze zdarzenie niepożądane. Dziś do łez wzruszenia doprowadził mnie następujący przypadek:


Cóż za zmotywowany człowiek, naprawdę.

Mamy też kronikę strażacką (6 czerwca na ul. Wandy nasi dzielni strażacy uwalniali kota ze rury kanalizacyjnej - trochę martwi mnie słowo "uwalniać", bo sugeruje niepowodzenie), porady prawne mecenasa Orzeła (w tym miesiącu dokonujące wtórnej wiktymizacji ofiary wyłudzenia, ale ufam, że w zbożnym celu), informacje o pakiecie 500+, dofinansowaniu wymiany pieców, dyżurach radnych, pełen radości artykuł o tym, jak cudownie jest mieszkać w Imielinie, czego cała Polska może dowiedzieć się z anonimowej ankiety, ostrzeżenie przed Tour de Pologne, informacje szkolne, przedszkolne czy żłobkowe, a także kulturalne i sportowe. W Kurierze zamieszczanych jest wiele szalenie pożytecznych informacji, a moją najulubieńszą (zaraz po rzeczonej kronice policyjnej) w tym miesiącu stało się sprawozdanie z Festynu farskiego.


Niespodziewana pralka. To musiało być święto.

***

Tak, troszkę się naśmiewam, ale przysięgam, że czytamy każdy numer od deski do deski. Co prawda regularnie myślę, żeby się odezwać do osób odpowiedzialnych i zobowiązać, że będę im to wszystko pisała, byle wyrzucili obecnych grafomanów, ale po chwili namysłu się powstrzymuję, bo na co bym czekała cały miesiąc?! Życie nie byłoby już takie samo, gdyby do moich rąk co rusz spływały raporty policyjne z interwencji w stołecznym mieście Imieliniu. Może i byłoby śmieszniej, ale innym. Mnie za to wcale. Więc biorę głęboki wdech i rozpoczynam oczekiwanie na numer sierpniowy.

***

Gdybyście chcieli przejrzeć cały numer naszej lokalnej prasy, to zapraszam serdecznie! Jest dostępny w wersji elektronicznej. Polecam Księgę Wyjścia. Mieszkańców na ulicę. Miłej lektury.