30 lipca 2017

2407

Karolinie* wywalają bezpieczniki przy czwartym dziecku, co jest w pełni zrozumiałe. Mam nieomal bałwochwalczy stosunek do matek wielodzietnych, które uważam za najmężniejsze z mężnych, najsilniejsze z silnych, najtwardsze z twardych. Jeśli ktoś ma co do tej sprawy wątpliwości, niechże spędzi parę dni z czwórką (dajmy na to) drobiazgu. A potem niech wróci i złoży stosowną samokrytykę. Oraz pomyśli, że ta matka oprócz dzieci ogarnia również całą rzeczywistość - od prania do remontu i zakupu samochodu, nierzadko pracując zawodowo. To jest coś, czego mój mały, skromny rozumek po prostu nie pojmuje, iskrzy mi na stykach i muszę się natychmiast napić. Te same emocje odczuwam na myśl o matkach dzieci z niepełnosprawnościami.
W związku z powyższym notkę tę dedykuję Karolinie, mimo że w ogóle jej nie dotyczy. Ale potrzebuje oderwać się od codzienności, a skoro ona chce, to ja piszę.

----------

Pragnę zaapelować do wszystkich ludzi sprzedających odzież przez internet na skalę masową.

Otóż, Drodzy Sprzedający!

Jeśli ja jestem grubą babą, to chcę zobaczyć na zdjęciu, jak w wybranej kiecce wygląda gruba baba. Nie pokazujcie mi pani, która ma 1,75 m wzrostu i waży 48 kg, a reklamuje odzież dla rozmiaru od 44 w górę, bo to jest absurd. Skoro szukam rozmiaru od 44 w górę, to znaczy, że 48 kg ważyłam ostatnio w niemowlęctwie. I nie, ja naprawdę nie mam z tym problemu. Taka jestem, lubię siebie, wiem, że nie muszę sprostać niczyim oczekiwaniom, mogę pochłonąć ciacho czerpiąc z tego przyjemność w miejsce katowania się wyrzutami sumienia, mam pozytywne nastawienie do świata, lubię ludzi i czuję wdzięczność, że żyję. Każdego, każdziusieńkiego dnia. Po prostu wstaję rano i myślę sobie: "Ale fajnie! Jestem, świat jest, nie oślepłam podczas snu**, koty się cieszą, psy się cieszą, mam rodzinę, pracę, którą lubię - no, w pytkę! To do roboty!".

Nie zawsze tak było. Kiedyś nosiłam rozmiar 40 i byłam bardzo zgrabna, ale miałam duży biust, a moje koleżanki wbijały się w 36/38. W sklepach było to, co było, cycków nikt nie przewidywał, więc zawsze robiła mi się dziura w zapinanej odzieży na wysokości biustu, dzięki czemu czułam się OGROMNA w tych za małych łaszkach, co stanowiło wiecznie bijące źródło kompleksów. Nienawidziłam samej siebie do granic ludzkich możliwości. Kiedy myślę o sobie z tamtych czasów, to chciałabym jedynie przytulić się serdecznie do serca i jakoś wytłumaczyć, żebym przestała tak krzywdzić człowieka. Niestety doskonale wiem, że tego wytłumaczyć się naówczas nie dało.

Zaskoczę Was w tej kulturze bycia fit - o wiele mi lepiej 20 kg i 20 lat później. Mam nadmiar, zmarszczki, siwe włosy, czasem budzę się z bólem pleców, drętwieją mi palce w prawej ręce, ponieważ posiadłam zwyrodnienie kręgosłupa w odcinku szyjnym oraz różne tam takie. I co? I pstro. Życie jest super. Jedyne, niepowtarzalne, moje - najmojsze. Nie mam zamiaru go sobie zepsuć myśleniem złych rzeczy o sobie samej. Szkoda czasu.

Żaden dzień się nie powtórzy, 
nie ma dwóch podobnych nocy, 
dwóch tych samych pocałunków, 
dwóch jednakich spojrzeń w oczy.

Proceder ten ma się znakomicie do chwili, gdy ktoś usiłuje wepchnąć mi kieckę za pomocą modelki, którą nigdy nie byłam, a już na 100% nigdy nie będę. Na potwierdzenie tej teorii zamieszam zdjęcia tego samego modelu na dwóch różnych paniach. Uwaga!





Kumają różnicę?
Tak, obie pani są bardzo atrakcyjne i pięknie im w tej szmatce, ale wyglądają zupełnie inaczej. I ja dzięki zdjęciu nr 2 na pewno wiem, że ona bezlitośnie obnaży rzeczone nadmiary, więc luzuję i szukam czegoś innego. Nie dlatego, że ktoś sobie coś pomyśli, tylko żeby mieć komfort psychiczny.

Zatem, Drodzy Sprzedający!

Nie traktujcie mnie jak towaru drugiej kategorii. Pokażcie mi prawdę. Może nie kupię tego akurat ciuszka, ale jeśli będziecie traktować mnie poważnie, wrócę do was. Gdyż albowiem mam histeryczny wręcz wstręt do centrów handlowych, co czyni mnie idealną odbiorczynią waszych internetowych sklepików. I może preferuję latanie w bawełnianych, luźnych gatkach, ale czasem muszę wyjść do ludzi (choć tego unikam), w dodatku odświętnie odziana. Łatwo możecie sprawić, bym zasiliła na tę przykrą okoliczność waszą właśnie kieszeń. Po prostu uszanujcie we mnie klientkę taką samą, jak pani ze zdjęcia nr 1.
O ile w ogóle istnieje.





* Karolina jest PIĘKNA. Przywołała na świat czworo dzieci, wygląda jak licealistka, posiada figurę fotomodelki i buzię podlotka. Do kompletu dano jej wielkie serce, które każe pomagać wszystkim potrzebującym istotom, choć ona nikomu o tym nie mówi. Ja WIEM. 
** Cóż... ludzie mają różne kłopoty, ja mam taki. Zamiast myśleć: "Co będzie, kiedy oślepnę?!", myślę: "Dziś to jeszcze nie jest mój problem".

17 lipca 2017

2406

Tak śmy się z Zacofanym w lekturze* poprztykali o Nogasia redaktora oraz, przy okazji, Boczka Ewrzena, że zaczęłam myśleć, o co właściwie chodzi z tymi książkami. Dlaczego mianowicie mnie różne rzeczy nie śmieszą albo wręcz nudzą? Dwa dni myślałam. I co? I wymyśliłam! Co więcej - to prawdopodobnie jakaś prawda uniwersalna i dotyczy także Chmielewskiej. Czyli w końcu mamy odpowiedź na pytanie: "Dlaczego nie mogę w Chmielewską?".

Nie będę Was trzymać w niepewności, bo sprawa jest prosta, jak drut. Otóż ja Chmielewskiej nie wierzę. I nie wierzę też Boczkowi Ewrzenowi. Oraz kilku innym autorom. Przez to, że im nie wierzę, historie, które tworzą, nudzą mnie nieznośnie. A nawet męczą i żenują. Oraz całkowicie, od A do Z nie śmieszą.

Bo widzicie... historia opisana w powieści musi być autentyczna.
- Ale jak to?! - zakrzykniecie zapewne. - Czytasz fantasy i bredzisz o autentyczności?!
Ano tak. Uwielbiam nieodżałowanej pamięci Terry'ego, choć jego książki z założenia są bajką. Ale spójną!!! Wiecie, na czym polega "prawdziwość" historii? Otóż na tym, żebym na tę jedną chwilę (chwila jest pojęciem względnym) skorzystała z zaproszenia pisarza, weszła w świat, który stworzył i uwierzyła, dała się ponieść historii, podążała śladami bohaterów bez wrażenia, że - heloł! - coś ci tu, bracie, nie styka! Były trzy ręce, a teraz są cztery!

Świat Dysku jest spójny do ostatniej kropki. Już pomijam wyobraźnię, poczucie humoru z najwyższej półki (ukłony dla Piotra Cholewy - jest pan moim bohaterem), artyzm i klasę, po prostu skupmy się na jednej rzeczy: tym historiom niczego nie można zarzucić. Tam się nie rozchodzi w szwach. Wszystko jest idealnie prawdopodobne dla rzeczywistości, w której toczy się dany wątek. Bohaterowie mogą zachowywać się absurdalnie z naszego punktu widzenia i cały ten świat może być kompletnie od czapy, ale on sam siebie definiuje. Takie zachowania, myśli, dialogi w tej akurat rzeczywistości są idealnie naturalne i zwyczajnie czytelnika nie dziwią. Do chwili, gdy podniesie oczy znad ostatniej strony. Rozmyślnie pomijam fakt, że wiele z sytuacji u Pratchetta jest po prostu z życia wziętych, bo ja się zetknęłam z identycznymi. Owszem, były kosmiczne, ale jak najbardziej prawdziwe.

Dlatego nie bierze mnie Chmielewska. Jej świat nie jest spójny. Z jednej strony osadza akcję w realiach, które nie są obce większości czytelników, by z drugiej wciskać tam wydarzenia, przemyślenia i słowa, w które trudno uwierzyć w aspekcie snutej historii. Może gdyby inaczej skonstruowała kanwę, pociągnęła mnie ku jakiejś alternatywnej rzeczywistości, tobym jej uwierzyła. Ale nie potrafię. Chmielewska kłamie. A Boczek Ewrzen jest jej kumplem. Stąd w moim odczuciu nie są śmieszni, tylko się silą. Kłamczuszki.

Od lat irytowało mnie porównywanie tego, co piszę, do stylu Joanny Chmielewskiej. Bardzo przepraszam, ale gdy się człowieka dopasowuje do pisarza, którego nie lubi, choćby nie wiem, jak był znany, to go jednak wkurza. Teraz wreszcie pojęłam, na czym polega różnica. Otóż ja opisuję wyrywki z mojego życia. Tak, ono bywa wywalone w kosmos i dziwaczne, ale - na Boga! - to prawda. My tak głupio ze sobą gadamy, z tytułu pewnej odrębności umysłowej generujemy dziwne i śmieszne sytuacje**, co nie zmienia faktu, że one rzeczywiście mają miejsce. My jesteśmy wyciągnięci z tyłka makaka, w dodatku od pokoleń, więc aberracja genetyczna wydaje się tu dość prawdopodobna, a przynajmniej ja ochoczo na to zwalam. I kiedy czytam po czasie jakąś swoją notkę, to pod powiekami mam obraz prawdziwych zdarzeń. Być może idiotycznych, ale jak najbardziej spójnych, ponieważ rzeczywiście miały miejsce i często mam na to świadków. Naprawdę tańczymy ze sobą dla usprawiedliwienia wątków w rozmowie. Czasem nawet tańczymy z psami i kotami. Tak, potrafimy zacząć śpiewać wpół słowa i to w dodatku synchronicznie. Gadamy, jak potłuczeni, bo jesteśmy potłuczeni i chyba nikt w to nie wątpi.

Więc drogie dziateczki, które marzycie o karierze poczytnych pisarzy: twórzcie historie prawdziwe. Gdy zaczniecie kłamać, czytelnicy to wychwycą. JA to wychwycę! A potem znajdę was i zabiję!!!

***

Jest jeszcze taki drobiazg: powieść musi wciągać. Jeśli nie mam ochoty poznać, jak rzecz się kończy, to znaczy, że książka jest do dupy. Ale to już, jak mawiał Kipling, zupełnie inna historia***.



* Nigdy nie linkujcie do Zacofanego w lekturze. Człowiek sobie blog otworzy celem pozyskania adresu do linku i dwie godziny ma z głowy, bo niechcący przeczytał jedno zdanie i go wessało.
** Zapytajcie martuuhy. Ona widziała mnie nie raz w akcji. Tak, biegałam między samochodami pod kościołem dominikanów w Poznaniu, wznosiłam okrzyki i robiłam miny. Bo ja mam sieczkę w głowie. Za to ona gada do windy, więc nie da rady wymiksować się z towarzystwa.
*** Nie podejmujemy w ogóle wątku języka, ponieważ ta część rozważań dotyczy nie tylko pisarza. Z brudasami i niechlujami nie gadam. Idźcie sobie śmierdzieć gdzieś indziej.

13 lipca 2017

2405

W moim pięknym mieście, roboczo zwanym "tą wsią, gdzie mieszkamy", dystrybuowany jest bezpłatnie miesięcznik, którym jestem zafascynowana do granic wytrzymałości.


Za każdym razem, gdy odkrywamy kolejny numer w skrzynce pocztowej, porzucamy wszelkie czynności - choćby nie wiem, jak pilne były - i biegniemy czytać. Zawsze zaczynamy od tego samego miejsca...


Jeszcze nigdy się nie zawiedliśmy, bo lokalni reporterzy czuwają, by nie umknęło im najmniejsze zdarzenie niepożądane. Dziś do łez wzruszenia doprowadził mnie następujący przypadek:


Cóż za zmotywowany człowiek, naprawdę.

Mamy też kronikę strażacką (6 czerwca na ul. Wandy nasi dzielni strażacy uwalniali kota ze rury kanalizacyjnej - trochę martwi mnie słowo "uwalniać", bo sugeruje niepowodzenie), porady prawne mecenasa Orzeła (w tym miesiącu dokonujące wtórnej wiktymizacji ofiary wyłudzenia, ale ufam, że w zbożnym celu), informacje o pakiecie 500+, dofinansowaniu wymiany pieców, dyżurach radnych, pełen radości artykuł o tym, jak cudownie jest mieszkać w Imielinie, czego cała Polska może dowiedzieć się z anonimowej ankiety, ostrzeżenie przed Tour de Pologne, informacje szkolne, przedszkolne czy żłobkowe, a także kulturalne i sportowe. W Kurierze zamieszczanych jest wiele szalenie pożytecznych informacji, a moją najulubieńszą (zaraz po rzeczonej kronice policyjnej) w tym miesiącu stało się sprawozdanie z Festynu farskiego.


Niespodziewana pralka. To musiało być święto.

***

Tak, troszkę się naśmiewam, ale przysięgam, że czytamy każdy numer od deski do deski. Co prawda regularnie myślę, żeby się odezwać do osób odpowiedzialnych i zobowiązać, że będę im to wszystko pisała, byle wyrzucili obecnych grafomanów, ale po chwili namysłu się powstrzymuję, bo na co bym czekała cały miesiąc?! Życie nie byłoby już takie samo, gdyby do moich rąk co rusz spływały raporty policyjne z interwencji w stołecznym mieście Imieliniu. Może i byłoby śmieszniej, ale innym. Mnie za to wcale. Więc biorę głęboki wdech i rozpoczynam oczekiwanie na numer sierpniowy.

***

Gdybyście chcieli przejrzeć cały numer naszej lokalnej prasy, to zapraszam serdecznie! Jest dostępny w wersji elektronicznej. Polecam Księgę Wyjścia. Mieszkańców na ulicę. Miłej lektury.