31 października 2007

To co? Dykteryjka?

W sobotę o godzinie 17.50 dzwoni do mnie mój warsztat samochodowy. Patrząc na wyświetlacz myślę sobie prywatnie, że zapewne Światowid ich opuścił i werbalizuję to natychmiast:
- Witam serdecznie. A co to, w pracy o 18.00 w sobotę? Jakieś problemy osobiste?
Po drugiej stronie łącza przed szereg występuje zakłopotanie.
- Eeee… Nie. Ja w innej sprawie.
- Słucham zatem z uwagą.
- Jestem w Media Markcie.
- Brawo.
- Ekspres kupujemy.
Tu czytelnikom należy się wyjaśnienie. Podstawowa komórka społeczna, w której skład wchodzi wycieruszek, nabyła onegdaj drogą kupna (na raty! na raty!) ekspresik do kawy, tzw. koło gospodyń wiejskich. Tańczy, śpiewa, ziarna miele na bieżąco, produkuje cappuccino, rozmawia z obsługą i zrujnował nas finansowo. Ale nie narzekamy, bo kawa jest pyszna. Ekspresik ów stał się solą w oku oraz przedmiotem zazdrości licznie zgromadzonych tłumów. Również moich panów warsztatowych. Ponieważ nie radzili sobie ze skomasowanym atakiem uczuć negatywnych, postanowili wejść w posiadanie takiegoż. Dzwonili wchodząc.
Zadali mi kilka trudnych i niewygodnych pytań o filtry, wymianę wody, zanieczyszczanie się, odkamienianie itp., a uzyskawszy zadowalające odpowiedzi, zakończyli rozmowę uprzejmym pozdrowieniem.
Wczoraj nie wytrzymałam. Biorąc pod uwagę, że mili panowie kilka dni temu wymontowali mi z renówki pewną część, zawitałam do niech po pracy pod pretekstem zwrotu.
- Dzień dobry. Przywiodły mnie tu dwa powody. Pierwszy to zwykłe ludzkie wścibstwo…
W tym momencie w rogu pomieszczenia zauważyłam ekspresik. Funkiel nówka. I się świeci.
- …które niniejszym zostało zaspokojone.
- Hehe.
- Nie hehe, bo jeszcze sprowadziła mnie tu sprawa pojemniczka.
- Zasadziliśmy sobie w nim kwiatek.
- Umarłam ze śmiechu, doprawdy.
- Naprawić się nie da, musimy kupić. Szukamy zamiennika lub używanego.
I tym torem snuła się rozmowa, płynnie przechodząc do konstytutywnej kwestii rodzaju kawy oraz przepłukiwania ekspresu. Pojemniczka nie mam. Ale panowie maja ekspres. Identyczny model, jak nasz. Człowiek nigdzie nie jest anonimowy.

Z innej beczki. Przypadkowo otrzymałam wczoraj propozycje pracy. Za godziwe wynagrodzenie. Skierowaną właśnie do mnie – wycieruszka (byłabyż dyrekcja zadziwiona, jak sądzę, że ktoś chce pozyskać WŁAŚNIE MNIE). Myślę. Mam sporo czasu na zastanowienie, więc nie muszę podejmować decyzji na chybcika.

30 października 2007

Dykteryjki sypią się, jak z rękawa

Dzwonię do rodzonej matki.
- Cześć mamo.
- O! Ściagnęłam cię myślami!
- A to mów pierwsza, ani chybi masz jakiś interes.
- Chciałam tylko zapytać, czy przyjeżdżasz do Katowic w czwartek na groby dziadków sama, czy kupą?
- A widzisz, ja w tej samej sprawie.
- To ci heca! Wcale nie jestem zaskoczona.
- Więc wstępnie miałam przyjechać sama, ale stanęło na komplecie. W związku ze związkiem dzwonię, żeby zamówić ciasto. Tylko żadnego kupowania mi tam! Do stolnicy, ale już!
- Ha! A ja ci chciałam zaproponować do tego ciasta obiad w postaci królika. Masz coś przeciwko?
- Wolę żywego, ale zeżrę, jak zrobisz. Co mi tam.
- To jestesmy umówione. A w piątek jedziemy do Bielska.
- A my w sobotę.
- A po co ty jedziesz do Bielska?
- Zakładam, że po to, co ty.
- No jak to? A kogo ty masz w Bielsku???
- Matko, kocham cię, ale chyba oszalałaś!!! Mam w Bielsku to, co ty! Same trupy!
- Nieprawda, bo nie same.
- No i proszę, dotarłyśmy do sedna. Mam też dwie żywe kuzynki. I chcę się z nimi zobaczyć.
- A, to co innego.
- Skapowałaś, to super. Bo już myślałam, że straciłaś rozum.
- No co? No co?
- No nic. Szuraj do stolnicy, papa.

Dykteryjka

Oto słowo, które robi ostatnio furorę u mnie w pracy. Nie opowiadamy sobie kawałów czy anegdot, tylko właśnie dykteryjki. Codziennie o godz. 10.00 stawiam się w zaprzyjaźnionym dziale, mówiąc:
- Dzień dobry, przyszłam po dykteryjkę.
Czasem w takiej chwili przed szereg występuje panika, ponieważ dykteryjkodawca się nie przygotował. Ale ogólnie bardzo nas to bawi.
Dziś dzień prezentacji. Nie ma to nic wspólnego z autoprezentacją, tylko z przygotowaniem wystąpienia kierowniczki na naradzie służbowej. Ponieważ w miarę biegle posługuję się pakietem, którego nazwy tu nie przytoczę, uczestniczę w budowie produktu z głosem doradczym. Podpowiadam co jak zrobić albo jak to zrobić szybciej i prościej. Pomagam wyszukiwać ilustracje do slajdów i ustawiać animacje. Zobowiązałam się również do przygotowania materiału do następnych wystąpień. Mam na myśli nowe tła i tego typu atrakcje.

Tymczasem dostałyśmy z Krynią ostrzeżenie, że mamy się jednak w ten weekend do stołecznego miasta nie udawać. Podobno już zaczyna być dramatycznie na drogach, a apogeum zostanie osiągnięte w okolicach 1, 2 listopada. Straszy się wytrawne wędrowniczki, że spędzą całą wycieczkę wewnątrz samochodu, trasę godzinną pokonując w godziny cztery. I to w jedną stronę. Nie wystraszyło nas to aż tak bardzo, jak informujący podejrzewał, robiłybyśmy pewnie to, co zawsze (pytlu – pytlu), a co to dla nas nawijać przez 8 h. Piszę 8, bo musimy liczyć, że po 4 godzinach na dotarcie, musiałybyśmy natychmiast udać się w czterogodzinną drogę powrotną. Niemniej konia z rzędem temu, kto mnie przekona, że bardziej rozrywkowe jest pytlowanie za kierownicą niż na kanapie z kubkiem herbatki w ręce (o papierosku nie wspominam przez wzgląd na młodzież nieletnią).
Wobec powyższych ograniczeń postanowiłam na szybko, że się walnę i będę leżała. Ale. No naszła mię przewrotna koncepcja doczyszczenia kabiny prysznicowej. Jakby zboczona nieco. Ta koncepcja. A może pójdę na całość i zamiast doszorowywać, kupię nową? Mielibyśmy przyczynek do spotkań towarzyskich przy montażu. Kuszące. Kto wie, jak mocno mnie przekręci, kto wie…
Oszszszsz… Muszę szybko zadzwonić do Szefa, żeby wziął urlop w piątek. Miał zamiar porzucić ten pomysł z racji krakowskich, lecz racje te – jak wiadomo – mają swoje racje. I będzie mi niezbędnie potrzebny do kultywowania więzi rodzinnych.
A jeszcze sobie pojadę do rodziców. Nawet zabiorę hałastrę, jeśli zechce. Zaraz telefonicznie złożę zapotrzebowanie na ciasto. No patrzcie, ile mam roboty! Huk! Udaję się wobec tego do czynności, jeszcze tylko…

…dykteryjka.
Wchodzę do palarni. W palarni znajduje się koleżanka w wieku przedemerytalnym. Lekko niezrównoważona. Maszeruje, macha rękami i śpiewa:
- Maszeruje wojsko, raz, dwa, trzy! A za wojskiem pchły!
Po czym przepisowym zwrotem przez lewe ramie kieruje się w moją stronę i pyta:
- Kiedyś pracowaliśmy rytmicznie. A teraz wszystko szybko, pilne, na wczoraj. Nie wiesz czemu?
Pojęcia nie mam, kochani. Może dlatego, że nikt nie rozumie, co i po co robi.

29 października 2007

Notka na zamówienie – pacia

Pacia przypomniała mi, że jestem wam winna zakończenie historii Potomstwowych kolonii. Zdaje się, że opisywałam krótko okoliczności nadejścia pisma od organizatora, w którym całą winę zwalił na mnie, a nawet był uprzejmy napisać, że powinnam pamiętać, że mógł nie zabrać mojej córki na obóz, a jednak to zrobił, więc czas już najwyższy, żeby okazała stosowną wdzięczność, a nie podskakiwała jak pijany kogucik. Gwoli ścisłości informuję zainteresowanych, że za uprzejmość ze strony organizatora zapłaciłam żywą gotówką. Jedyne 1 644,46 zł. Ale nie bądźmy drobiazgowi, prawda? Cicho tam! Powiadam, nie bądźmy drobiazgowi! Pamiętać też należy, że pomimo mojej oczywistej winy organizator uchyli mi drzwi do swojego serca, proponując zwrot 75,46 zł (koszt poniesiony przeze mnie na bilety PKP w pociągu) oraz – w powołaniu na kartę frankfurcką * – zaproponował kwotę, która – jak od razu sprawdziłam, posiadała bliżej nieokreślona proweniencję. Karta frankfurcka proponuje bowiem, w wypadku zmiany na gorszą klasy podróży, zwrot do 15% wartości wypoczynku. Tymczasem nijak nie mogłam wyliczyć, jaki procent mi zaproponowano. Uznałam wobec tego, że nie ma to tamto – należy mi się 15%. A co! Poczekałam trochę, ponieważ organizator oświadczył, że załącza do pisma wyjaśnienia konwojentki**, a nie załączył i po ich dosłaniu szlag mnie trafił po raz drugi. Sytuacja zmieniła się znacznie od wyjazdu i było widoczne jak na dłoni, że konwojentkę pouczono na okoliczność zmiany miejsca pracy, jeśli zezna cos na niekorzyść organizatora. Nie są to czcze przypuszczenia, ponieważ już wcześniej do mnie dzwoniono i usiłowano „wziąć” mnie na argument, że ta właśnie pani za wszystko odpowie. Tymczasem ja, co już podkreślałam, nie żywię do tej osoby żadnej urazy i bardzo mi się nie podoba, że usiłuje się zrobić z niej kozła ofiarnego. Wobec powyższych faktów wysmarowałam pismo do mojego prawnika, w którym uprzejma byłam uzasadnić, dlaczego należy mi się odszkodowanie i że występuję o zadośćuczynienie wyłącznie z tytułu spieprzenia podróży, a nie przygody na dworcu, gdyż mam podstawy by podejrzewać, że ukarze się za to zupełnie niewinną osobę. W piśmie sprecyzowałam ostatecznie swoje oczekiwania wobec biura podróży. Prawnik niewiele dodał od siebie (właściwie to jedynie zmienił „ja” na „moja Mandantka”) i pchnął pismo do tych durniów. Po tygodniu na moje konto wpłynęła kwota 505,35 zł. Czyli tyle, ile zaśpiewałam. I tu właściwie historia się kończy. Nie mam zamiaru (i tak naprawdę nigdy nie miałam) sądzić się z organizatorem, bo ja, Proszę Szanownych Czytelników, nie mam zdrowia do takich szaleństw. W związku z tym przygodę na dworcu pozostawiam w sferze anegdotycznej i nie będę dociekała, kto jest największym matołem. Ani nie będę żądała żadnych zadośćuczynień.
Finalnie ostrzegam wszystkich przed biurem podróży Scout Tour oraz pośrednikiem – Koliba Travel i uważam ten rozdział za zamknięty. W przyszłym roku poślę młodą na wypoczynek z jakiegoś znanego już miejsca, a najchętniej w znajomej grupie. Nie mam, proszę ja was, cierpliwości do ludzkiej indolencji oraz okolicznych cech.

Z pracy. Panna, która mnie wygryzła, czuje się świetnie do tego stopnia, że dziś z ogromnym współczuciem w głosie zapytała:
- Zgubiłaś dokumenty?
Nie, querva, nie zgubiłam. Jak opuszczałam lokal w czwartek, wszystko było na miejscu. Jeśli coś zginęło, to ONA to zgubiła. Powstrzymałam się w ostatniej chwili i ostatni raz. Przy następnej okazji panna się popłacze. Słowo wam daję. Jak mnie wygryzła, to musi się liczyć z konsekwencjami. I tyle.

Dziś obchodzi urodziny mój maleńki bratanek. Pamiętam doskonale, jak się urodził, jak stawiał pierwsze kroki i – co najważniejsze – jak darł ryja. Obecnie ma 1,90 m wzrostu i 20 lat.
Wszystkiego najlepszego, Myszko-Kitku***.

*Przejrzyjcie sobie, bo nie wiadomo, kiedy się przyda.
** To taka pani, co konwojuje bachory, znaczy sprawuje nadzór.
*** No co??? To jego ojciec tak do niego mówi.

27 października 2007

Chciałam donieść, jaka jestem okropna

Nie do końca tylko ja, bo okazało się, że naród się strasznie rozpasany zrobił. To szkolenie, w którym właśnie uczestniczę, organizowane jest ze środków unijnych. Za darmochę znaczy. Dla uczestnika. Każdy może wziąć w takich kursach udział, warunek jest jeden: trzeba pilnie uczęszczać i się pozwolić przetestować na koniec. O wynikach pozytywnych testu nikt nic nie pisze.
Szukam tych szkoleń często, bo zwykle mają bardzo przyzwoity poziom, sporo wnoszą i wymagają tylko, żeby człowiek chciał. Ja, jak wiadomo, chcę. I jakoś nam po drodze – Unii i mojemu chceniu.
No więc z tymi szkoleniami jest tak, że forsy na takie przedsięwzięcie jest sporo. Wobec powyższego są one dobrze przygotowane, zarówno od strony merytorycznej, przekaźnikowej, jak i – nazwijmy to – bytowej. Ponieważ byłam już na kilku, to wiem, że można oczekiwać (poza wiedzą i mądrze prowadzonymi warsztatami):
- dobrze wyposażonych sal szkoleniowych,
- pełnej dostępności materiałów,
- bardzo kulturalnej obsługi,
- nastawienia na kursanta,
- elastyczności personelu i trenerów,
- pełnego i uczciwego wykorzystania czasu szkoleniowego,
- świetnie przygotowanej infrastruktury w pojęciu ogólnym (parkingi!),
- kawy, herbaty, napojów zimnych i przekąsek,
- obiadu.
I jak się człowiek zrobi bywały, to jest na to nastawiony. Zasadniczo jest dobrze nastawiony, bo wie, czego może oczekiwać. I oczekuje, bo sam sobie wyszukał, sam sobie trud zadał, sam się zgłosił i chce. Chce przede wszystkim świtkiem-rankiem (ziew, ziew) kawy. I co? No jajco. Zaczęło się od parkowania. Szkolenie w centrum miasta i nie ma gdzie zaparkować. Pani w sekretariacie kompletnie to nie interesuje. Wzrusza ramionami i informuje, że jak staniemy pod siedzibą, to nas zabutują. Zonk! Potem kawa. Gdzie jest kawa? Nie ma. Można iść i sobie kupić. W cukierni obok. Albo w automacie. Zonk! Potem mamy kolejną styczność z obsługą, która informuje nas, że robi nam uprzejmość. Zonk! Potem trenerka się spóźnia. Zonk! Potem się nas informuje, że godzin szkolenia jest o 1/3 mniej niż zaplanowano. ZONK!!!
Mojej koleżance lekko popuściło, na co obsługa poradziła jej, żeby sobie wykupiła szkolenie z komunikacji interpersonalnej, a na dictum, że odbyła, otrzymuje odpowiedź, że dla niej jedno to widać za mało. MATKO!!!
Od razu mówię, że to są drogie szkolenia. Kursant, który opuści 20% czasu szkolenia musi zwrócić kwotę ponad 400 zł. Łatwo wyliczyć, że ze strony uczestnika kwota globalna przekracza 2 000 zł. A jeszcze dofinansowanie. I, do jasnej cholery, za taką kwotę (32 h szkoleniowe – lekcyjne) mogę oczekiwać porannej kawy.
Myślę, że firma strzela sobie samobója. Bo każdy z uczestników niezwykle drobiazgowo musi szkolenie ocenić. I obawiam się, że po tej popisówce firmie może zamknąć się portfelik. A kompetencje pracowników i warunki wszyscy, jak jeden mąż, ocenią niezwykle dokładnie. Już o tym rozmawialiśmy.
Co za pech.
Jutro część druga.

Poza tym: Karolusio jest chory, bidulek. Ma ostre zapalenie spojówek, co jest częstą przypadłością kotów z plaskatym ryjem i wytrzeszczem. Ale Karolunio tak nie uważa i ma do mnie poranną żałość dotyczącą gonienia go z kropelkami do wytrzeszcza.

Kotka Mamy wreszcie „zaskoczyła” i postanowiła włączyć nerki. Wyniki gwałtownie się polepszyły, a co za tym idzie – mobilność rodzicielki wzrosła w sposób zauważalny. Zauważalny zwłaszcza dla jej psiapsiółek.

Kolonista trafił idealnie, jak się okazało. Nowy dom kolonisty stał się cichą przystanią, gdzie bez opamiętania wpiernicza on wszystkie gąbki, jest przekarmiany, całowany po łapach i obfotografowywany do porzygania. Uśmiechnij się do mnie, Najwyższy. Razem uratowaliśmy jeszcze jedno małe życie. Cieszysz się, prawda? Bo ja się cieszę.

W przyszłym tygodniu postanowiłam pracować tylko przez trzy dni. W nawiązaniu do tego postanowienia uznałyśmy z Krynią, że czas się odchamić i się udajemy na ucieczkę. Ucieczka trwać będzie cały boży dzień i zamierzamy sprawić sobie bardzo mnóstwo przyjemności, na które złożą się: oglądanie wystawy, włóczenie się po stołecznym mieście Krakowie, udanie się na wyżerkę polecaną przez Makłowicza i gadanie, aż nam języki kołkiem staną.
I jeszcze pojadę na grób dziadków i męża mojej kuzynki do Bielska. I się spotkam. Mniam.

Jak widzicie, nie katuję się specjalnie.
Albowiem życie jest jak papier toaletowy – absolutnie jednorazowego użytku. I nie wolno go zmarnować, bo w szczytowym momencie może się okazać dramat. Zostanie, że się tak wyrażę – goły palec.
Czego i wam nie życzę.

Karakuliambro

26 października 2007

Siedzę sobie i dłubię

Przyszłam rano w nowe miejsce. Uprzednio nabyłam ciasteczka dla koleżanek na wkupne. Poranna kawa została odcelebrowana należycie. Opowiedziałam dziewczynom, jakie są zarzuty wobec mnie, bo znam ten pierdolnik i wiem, że za tydzień rozejdzie się wieść, że zabiłam dyrekcji rodzinę słoikiem z musztardą. Dziewczyny mają prawo wiedzieć, o co chodzi i jestem im winna wytłumaczenie, więc załatwione. Rozbawiły mnie pełne oczekiwania spojrzenia po zakończeniu opowieści.
- I? – pytały.
- I tyle.
- No ale co właściwie zrobiłaś?
- Przecież wam opowiadam.
- Ale my dalej nie rozumiemy, co takiego zrobiłaś.
- Oj, dziewczyny. Siedziałam. A to krzesło jest potrzebne dla kogoś innego.
- Chodź, nie damy ci krzywdy zrobić. U nas się przynajmniej odprężysz.
No i odprężam się. Jest spokój, ludzie kręcą się normalnie, jak to w biurze. Przygotowuję się do pracy, czytam wcześniejsze materiały, w międzyczasie robię dla nich bazę, bo nigdy nie założyły. Uśmiechamy się do siebie. Co rusz ktoś przychodzi, poklepuje mnie po plecach i wychodzi bez słowa. Fajnie jest.
Rano zadzwoniła do mnie kierowniczka z jednej z jednostek, w której ostatnio byłam na kontroli. Z tej, co wypadła najlepiej. Ani jednej usterki.
- To prawda?
- Prawda.
- Nie mogłam spać.
- Dlaczego?
- Bo widzisz… Moi ludzie do mnie przyszli. My myślimy, że to przez nas. Bo przez nas nie masz wyników. I wiesz… moi pracownicy powiedzieli, że oni wszystko popsują. Żebyś przyjechała i zrobiła tę kontrolę jeszcze raz. I dużo będzie źle. I napiszesz protokół, a my potem poprawimy. Wypadniesz wtedy pozytywnie.
Boże…
Tak mi się coś rozsypało w środku na maleńkie kawałeczki.
- Nie pozwalam wam robić takich rzeczy. Nie mieliście na to żadnego wpływu. Jeszcze by tego brakowało, żeby najlepsza jednostka psuła sobie wyniki. Ja jestem z was dumna. Powiedz to ludziom. I że ich pozdrawiam, że wszystko się ułoży.
Dzwonią. Piszą.
Tego cholerna dyrekcja nie przewidziała.
Kadrowa podeszła do mnie na korytarzu i stoi jak dziecko w przedszkolu. Zakłopotana.
- Mam coś dla ciebie.
- Wiem, przynieś. Podpiszę ci.
- To ty wiesz, tak?
- Jasne, sama sobie napisałam to polecenie.
- Cholera, do czego to doszło.
- Daj spokój, dawaj szmatławca.
No i jakoś leci. Siedzę, spokojnie wykonuję jakieś drobne czynności. I tak pewnie do końca roku.
No i dobrze.
Odpocznę.

25 października 2007

Czuję się po prostu okropnie

I nie dość, że ta praca, to jeszcze po południu zebranie wspólnoty.
A potem przypięłam się do Metaxy.
I jest mi smutno.

No i doczekaliśmy

Będzie teraz trochę trudniej niż było. Dyrekcja mnie właśnie wywaliła. Oczywiście nie wywaliła mnie z pracy, bo nie ma możliwości, ale przeniosła mnie do magazynku w piwnicy*. Dla mnie bomba – dostałam krzesło, biurko, znam buzie, które już tam są, bo pracowałam kiedyś w tym dziale. Nikt mnie nie będzie znieważał, poniżał i wrzeszczał na mnie.
Zostaje kierowniczek. Tak mi go żal, biedaka, bo nie da sam rady. Mam nadzieję, że uda mi się mu cichaczem pomagać. Tymczasem dałam mu prochy na uspokojenie, bo byłby mi zszedł. Ja się nie dziwię.

Będę się starała pisać do was z domu, ale mogą pojawić się przestoje. Przepraszam za to góry. Z góry do końca roku. A potem się zobaczy.

*Żart

23 października 2007

Tegesy

Dzień w terenie. Realizuję swój plan wynijścia. Wierzcie mi, że w gruncie rzeczy to jest plan męczący. Bo nie dość, że człowiek musi szukać dziury w całym, to nagle się okazuje, że co za szczęście, że przyjechał, bo jest do niego 18 tysięcy pytań. I do tego muszę się przemieszczać. Jutro dubel. Tym razem również dwa miasta, z tym, że inne niż dziś. A w jednym to nawet będzie fajnie. A w drugim to nie. Czyli tak, jak dziś. Zaczynam od niefajnego, żeby dobrze skończyć. Czyli tak, jak dziś.
A w czwartek wrócę do pracy i znów usłyszę, jaka to jestem nieudolna i że dyrekcja wyciągnie konsekwencje.
Boże, daj mi cierpliwość, żebym z zamkniętym pyskiem doczekała, aż go wywalą.
Albo, żeby mi materiału do kontroli nie zabrakło.
Skontrolować was? Czy cuś?

Aha – kot się wyprowadził. Pisałam czy nie? Bo już tracę rozeznanie w tym, co sama gadam. Lub nie. No więc, tak jak przewidywałam, zawładnął sercem swojej nowej właścicielki niepodzielnie. Kobita już nie ma innych tematów do rozmowy. Dobrze, dobrze! Jakby się ten rudy pojawił, to też go będzie trzeba gdzieś upchnąć, no nie?

22 października 2007

Czuję się wypompowana

Późno poszliśmy spać, bo jak wiadomo, cisza wyborcza się przedłużyła, a dla nas tym razem wynik wyborów był kwestią osobistą. Wynik nocny był znacznie bardziej optymistyczny niż poranny, więc zasnęliśmy spokojnie. Kolejne obsesje włączyły mi się oczywiście z rana.
No bo tak to już w tym kraju jest, że z wyborów na wybory coraz bardziej głosujemy przeciw, a nie za. Tym razem to nawet socjologowie się włączyli w ogólnonarodową dyskusję na temat tego oporu.
Bez względu na wszystko tym osobom, które wcale nie chciały iść do urn, a poszły, bo mnie lubią i widziały, że się miotam – dziękuję. Pisiory wylatują.
Inną zupełnie sprawą są te moje wspominane obsesje, które dotyczą tego, co się będzie działo PO wyborach. Nie leciałam tym razem na żadna kiełbasę wyborczą i naprawdę nie interesowało mnie to, co tam PO obiecuje. Mam to gdzieś, bo spodziewam się niestety, że i tak niewiele z tego zostanie wykonane. Interesuje mnie jedynie jak szybko i jak bardzo skutecznie usunięte zostaną PiSowskie aparatczyki. I kiedy wreszcie będzie można w miarę normalnie żyć. Nie oczekuję niczego specjalnego.
Szef przywlókł zwłoki do łóżka jako ostatni i w odpowiedzi na moją uniesioną brew zakomunikował:
- Irlandia jeszcze trochę musi sobie poradzić bez nas. Zostajemy.
A mnie się marzy demokracja z prawdziwego zdarzenia. Chcę móc głosować na konkretnego człowieka, wysłuchać jego wyborczych obietnic i, co najważniejsze, móc go potem rozliczyć z ich realizacji. Nie interesują mnie plany stronnictw i ugrupowań politycznych. Chcę zdroworozsądkowego rządzenia, odpowiedzialności za działania lub ich zaniechanie, ostrego spojrzenia na ludzkie bolączki. Możecie sobie myśleć, że jestem niereformowalną idealistką, ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto głośno powie, że moje oczekiwania są bezsensowne.
Mam nadzieję, że za mojego zycia dojdzie do zmiany ordynacji wyborczej i będzie można dzieciom i wnukom zostawić Polskę murowaną, choć zastaliśmy ziemianki. Chciałabym móc przejść do historii jako pokolenie, które poszło po rozum do głowy i wreszcie trafiło. Kiedyś, za czasów młodości durnej i chmurnej, sądziłam, że to właśnie moje pokolenie wystąpi w roli rewolucyjnej. Długo tak myślałam. Aż przyszło opamietanie, bo zobaczyłam u sterów moich rówiesników (przedział wiekowy, oczywiście). I uciekłam z krzykiem.
Inna rzecz, że sama mam wyrzuty sumienia. Nie wystarczy wsadzić tyłek w fotel przed telewizorem i zająć się krytyką. Bo ona nie jest konstruktywna. I tak pewnego dnia stanęłam przed lustrem i zapytałam:
- A co ty zrobiłaś, żeby wyciągnąć nas z tego bagna?
No właśnie. Czy coś zrobiłam?
A co wy zrobiliście?

21 października 2007

Dostałam w dekiel, aż mi grzywka podskoczyła

Muszę się wam bowiem przyznać, że lapidarność mojej poprzedniej notki wynikła li i jedynie z lenistwa. Oczywiście, że zamierzałam wam trochę na pozostałe wiedźmy podonosić, mimo tych wspominanych Kryniowych ostrzeżeń, tylko zwyczajnie mi się nie chciało. Teraz mam zresztą wolną drogę, bo sama zainteresowała zeznała telefonicznie, że wy sobie pewnie myślicie, że my nie wiadomo co robiłyśmy*, że tak nie można**, że jestem wredna i podła*** do ósmego pokolenia wstecz, a następnie zostałam ostatecznie odsądzona od czci i wiary.
No to jestem.
Od razu nadmienię, że dzięki temu lenistwu znowu wygrałam, bo przypadła mi rola komentatora i dementatora. HA! To ja sobie poszaleję bez litości, nie ma to tamto.
Naturalnie Krynia sporządziła ucztę, choć pewnie będzie się krygowała w tej kwestii, jak panna na wydaniu. Z czystej uprzejmości (naturalnie) rzuciłyśmy się na żarcie jak wściekłe, latami głodzone niewolnice w kamieniołomach i przez chwilę przy stole panowała absolutna cisza****, przerywana rozkosznym ciamkaniem oraz komentarzami Niezastąpionego na okoliczność opóźniania głównych posiłków dnia z powodu przyjazdu byle kogo. Wyśmiałyśmy biedaka, bo był w mniejszości i niech się nie czuje, jak u siebie. W końcu: gość w dom, Bóg w dom*****. Na osłodę, długotrwałym biciem zmusiłam Niezastąpionego do podpięcia się pod przytaszczone przeze mnie winko, co uczynił, choć nieentuzjastycznie i rzeczywiście się zmył. Ja mu się nie dziwię, też bym się zmyła w takiej sytuacji. Następnie, zbierając pod pachę co się da, udałyśmy się na pokoje, myśląc głównie o drugiej-mamie, która jak wiadomo ma dużo dzieci, dużo zwierząt i w ogóle wszystko ma, więc ma również rwę, która przeszkadza jej w normalnej egzystencji znacznie bardziej niż cały dzieciniec i cały zwierzyniec. Jak się wkręciłyśmy tyłkami w miękkie, to już się nas wykręcić nie dało. Zgodnie z przewidywaniami gadaniu nie było końca, a jak nam gospodyni zaczęła odjeżdżać o 1.00, to ją powrzaskiwaniami zmusiłyśmy do robienia herbatek, przynoszenia ciasteczek i tak przegoniłyśmy bidulę, że się nieco rozochociła i sprzedała nam jeszcze kilka skandalizujących historyjek ze swego życia, których nie będzie, bo obiecałyśmy, tak? Tak. No to nie będzie. Dziś natomiast Kryni zebrało się na wyrzuty sumienia z powodu uszczęśliwienia nas historiami o rozwiązłości, braku człowieczeństwa, nieludzkim postępowaniu i w ogóle o wszystkim, o co ją naturalnie posądzacie od początku. Albowiem to nie jest żadna miła kobieta, tylko zarośnięty, tłusty zboczuch, zaczepiający dziewczynki nieletnie w internecie i jeśli kto na to do tej pory nie wpadł, to teraz ma fakty, jak na talerzu. A gdyby nie to, że parę osób widziało już drugą-mamę, to też bym teraz napisała, że ona wcale nie istnieje, a jedynie jest projekcją schorowanych umysłów jakiejś instytucji. Co za pech, że to nie przejdzie.
A przejdzie, jak napiszę, że Niezastąpiony latał goło po mieszkaniu? No przejdzie czy nie? Albo że się gości lekceważy i żadnych pościeli w różyczki nie było, tylko materace na podłodze, w dodatku nienapompowane?
A pies pierdzi.
Aha – byłabym zapomniała. A rano to przyszedł syn tych państwa, co się przez omyłkę do nich zapędziłyśmy i nawet dzień dobry nie powiedział.
No dobra, potem się wstydził i chciał się jakoś wytłumaczyć, ale i tak wiemy, że gospodyni go naprogramowała.

Nie mogę się doczekać powtórki.
Naprawdę.

* I słusznie
** Co nie można, jak można, ale niech będzie
*** Nie dementuję
**** Ale nie za długo
***** Wersji bardziej realnych jest więcej, np: Gość w dom, kiełbasa do lodówki, ale niech tam

19 października 2007

Notka optymistyczna (mam nadzieję)

Całkiem niezły dzień mi się dziś trafił i nie będę się zastanawiała czy nie zapeszam, chwaląc go przed zachodem słońca. Zupełnie zapomniałam, że mam dziś szkolenie z prawa pracy i to już o 8.00 rano. Zaraz po przybyciu do pracy zostałam zaszczycona przypomnieniem i to wywołało uczucia ambiwalentne, a że z natury jestem optymistką, to jednak pociągnęło w stronę zadowolenia. Bo tak: szkolenie było koszmarnie nudne i w dodatku oczywiste jak to, że po nocy przychodzi dzień. W sumie czas można by uznać za zmarnowany, gdyby nie fakt, że jeśli jestem tam, to nie ma mnie tu. A jak nie ma mnie tu, to nie ma też okazji, żeby dołożyć mi roboty, ewentualnie zrugać jak burą sukę i po raz setny odebrać mi premię. Czasem się zastanawiam, jak złym pracownikiem musiałam być przez te wszystkie lata, skoro nowa dyrekcja, urzędująca zaledwie od miesiąca, aż tak po mnie jeździ. Ziew, ziew. To tak na marginesie, żeby uzmysłowić czytelnikom, jak bardzo przejmuje mnie opinia dyrekcji.
Szkolenie szczęśliwie się zakończyło i nie narzekam, bo zapisałam sobie aż dwie informacje. Pierwszą jest numer dziennika ustaw, cobym go szukać nie musiała, a drugą fragment orzeczenia sądu najwyższego, który się przyda w sądzie, gdy będę walczyła z dyrekcją na okoliczność zwolnienia mnie z powodu utraty zaufania. Będzie jak znalazł.

A teraz zaplanowałam sobie posiadanie świętego spokoju, gdyż dyrekcja ma od 13.00 negocjacje ze związkami zawodowymi, więc się do końca dnia nie pojawi. I co? I to wszystko, o czym już powyżej pisałam.

W ogóle tydzień był udany, bo dyrekcję widziałam zaledwie dwa razy i ani razu z nią nie rozmawiałam. Po prostu FUN.

Oprócz tego, myśląc wiele o świętym spokoju, zaoferowałam kierowniczkowi, że mu zrobię do końca listopada cały plan kontroli. Zaczynam w przyszłym tygodniu i co wtoreczek wyjeżdżam pa pa. Wstręt do kontroli jest mniejszy niż do dyrekcji. Się pojedzie, się skontroluje, się kawę wypije, się poplotkuje i się będzie miało z głowy wiele rzeczy. Jeszcze się przy tym jaki piniądz zarobi. Pełny komfort. Przerzucam się na działania terenowe.

A do godz. 0 pozostało nam 180 minut.
A potem się gna do kryni02.
A potem się zasuwa na dworzec po drugą-mamę.
A potem to się już tylko śmicha – chicha, cieszy i gada, gada bez końca.

I co, optymistyczna notka, co nie?

18 października 2007

Wielki powrót

Wróciłam z zaświatów.
Zaświaty w tym wypadku były obszarem terytorialnym naszego regionu (województwa śląskie i opolskie). Umęczyłam się strasznie. Niby przejechałam tylko 300 km, ale prawie cały czas w ruchu miejskim o wyjątkowym natężeniu. Stań, rusz, przyspiesz, zwolnij, hamuj, przyspiesz, stań, rusz, przyspiesz itd. Koszmar. A nie zapominajmy, że panów trzeba było bawić lekką i dowcipną rozmową na poziomie i przez cały czas. Oprócz tego wchodziłam z nimi do każdej jednostki, wzywałam szefa, przedstawiałam, srutututu. A potem się zmywałam, bo w końcu ja nie byłam na kontroli, więc nie ma sensu dokładać ludziom dodatkowych emocji. Taka centrala na kontroli to i tak są megaemocje. Oczywiście nie wszędzie mi się udawało, bo ostatecznie wiele osób znam, a jeśli nawet nie osobiście, to telefonicznie i niektórzy nie chcieli mnie wypuścić, więc piłam tę kawę za kawą i byłabym się świetnie bawiła, gdyby nie skok ciśnienia z powodu tej kawy. Najśmieszniej było w mieście zamieszkania i zameldowania, gdzie dyrektorka po prostu zwiała kontrolerom, żeby posiedzieć ze mną i poplotkować (hehe). Ogólnie było bardzo miło i kulturalnie, panowie byli uprzedzająco grzeczni, mało brakowało, a otwieraliby mi drzwi od samochodu (Bukietowa). Największą tragedię przeżyli, kiedy zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, żeby zatankować i ja naturalnie zobiłam to sama (niedoczekanie, żeby ktoś dotykał mojego autka), a oni siedzieli w samochodzie i ich męska duma cierpiała katusze.
Zrobiłam im przerwę w podróży, zabrałam do cukierni, bo wiadomo – mężczyźni i słodycze to jedność. Wszystko odbyło się na moim terenie, więc w wybranym przeze mnie miejscu (najlepsze ciastka na Śląsku, śmiem zaryzykować twierdzenie). Chciałam im postawić tę rozrywkę z własnej kasy, ale nie pozwolili, zapłacili, obsłużyli, a potem zrobiła się rewolucja w cukrze, więc przycichli zachwyceni i do końca dnia mieli pozytywne nastawienie do życia. W związku z powyższym kontrola szła, jak po maśle. Moje jednostki się spisały, a ja przecież też (ciastka, ciastka!), więc usterek chyba nie będzie.
Panowie rozochocili się do tego stopnia, że pokrzyczeli mojego kierownika, kiedy na koniec dnia usiłował jeszcze sprzedać mi jakiegoś syfa i zabronili mu mnie denerwować, co kierownik przyjął z dziką radością.
No i zarobiłam dwie paczki (oczywiście minus koszty). A to nie bez znaczenia.

Nowości lokalne.
Sąsiadka, załamana postępowaniem Baby Jagi, wymiękła i przed Czartkiem rozsnuła się wizja bezdomności. Okazało się jednak, że jakaś dobra dusza już czekała, więc nie wyląduje matoł na ulicy, tylko w domu: jeden na jeden z miłą panią. Wobec powyższego gościmy kota na koloniach po raz ostatni, a w weekend odbiera go nowa właścicielka. Myślę, że będzie im dobrze razem, bo to wyjąktkowo wdzięczne zwierzątko i straszny pieszczoch, więc niewątpliwie chwyci ją za serce od pierwszego wejrzenia i już nie puści. Przewiduję, że po kastracji zrobi się już kompletnym melepetą w stylu Karola i dziewczyna będzie w nim miała najlepszego przyjaciela po kres dni. Ciekawe czy to się nie rozwinie w poważniejsze okocenie, bo taki przyjazny kot (na pierwszy rzut) pozytywnie nastraja do meldowania w domu kolejnych lokatorów.
Co do Jagi, już wiemy, że jest elementem absolutnie antyspołecznym i nie będzie miała przyjaciół kocich ani psich do końca świata.
Jaki z tego wniosek? Jak chcecie kotka – bierzcie na początek raczej kocurki. Lepiej się dostosowują i nie są terytorialne, więc nie walczą o swoje. Inna rzecz, że zwykle jeśli ludzie są pogodni i pozytywni, to ich zwierzęta również. Stwórz dobrą atmosferę w domu, a wszyscy będą chcieli zamieszkać.
Ja to nawet nie mogę podnieść w domu głosu, bo zaraz przybywa Karol, siada koło mnie, dotyka mnie łapką i patrzy w oczy, żebym się uspokoiła i zamknęła. No i co mam robić w takiej sytuacji? Zamykam się i tyle.

Dobrze, że dziś czwartek. Mam rewolucyjne plany na popołudnie: wrócę do domu, sporządzę posiłek, zjemy, ja się wykąpię i z lekturą udam się do sypialni.
Ciekawe czy uda mi się wytrwać w tym obrazoburczym postanowieniu.

16 października 2007

Żyję

Ale ledwo co.
Wróciłam kwadrans temu.
Jutro znów w trasie.
Nie nadaję się do tego, naprawdę.

Zapomniałam wam powiedzieć

w ramach tego obnażania, że jak leżę w łóżku i patrzę w okno nad głową, to centralnie nade mną siedzi Wielka Niedźwiedzica.
I to jest piekne.

15 października 2007

Trzeba się będzie obnażyć

Bo mi czytelnictwo spada. Nie uważam się za osobę specjalnie kontrowersyjną lub obrazoburczą, ale może jakaś mała demonstracyjka, czy coś… Spora grupa czytelników się znudziła ostatnio, a ja nie mam koncepcji, czym by was tu zaskoczyć.
Jednak mimo wszystko nie martwię się aż tak bardzo, jak można by się spodziewać. Wciąż zdarzają mi się jakieś drobne przyjemności. Uniknęłam dziś na przykład, przez tak zwany cufal, mandatu oraz punkcików – pierwszych zresztą w życiu. Załapał się pan przede mną. Ostatnimi czasy panowie w żółtych kamizelkach strzelają do nas zza zakrętu i z terenu stacji benzynowej byłego CPN w jedym. Na szczęście byłam uprzejma nie ścigać się z panem przede mną, tylko kurturarnie jechałam za nim i razem przekroczyliśmy dozwoloną prędkość, ale on był na linii strzału. Co za fart, powiadam wam.

Pracy huk. Zostałam się w robocie sama z dwiema (że się tak wyrażę) początkującymi, a że nie mam żadnych skrupułów, dowalam im roboty, aż miło. A potem jeszcze dodaję szczyptę stresu – opieprzyłam dziś sekretarkę, aż się obie początkujące zwinęły w nadświetlnej do domu. Najmniej ze wszystkich przejęła się sekretarka, która zna mnie od dawna i niewiele sobie z tego robi. No co??? Ona mi udowadnia, że rozdanie poczty do niej nie należy! Jakby trochę przegięła. To tyle tytułem wytłumaczenia. Się.

Jutro robię za kierowcę. Nie pamiętam, ale chyba już o tym pisałam. Przybywa tajemniczy Don Pedro z centrali i wyruszamy razem w trasę. Dokąd? Nie wiadomo, bo to tajemnica. Kim jest tajemniczy Don Pedro? Nie wiadomo, bo to tajemnica. O której przyjedzie? Nie wiadomo, bo to tajemnica. Ubaw będzie po pachy, bo na wstępie oznajmię, że najpóźniej o 16.15 Don Pedro musi być z powrotem w hotelu, bo ja mam spotkanie o 17.00 i muszę na nim być. A trzeba wszak dojechać. Jeśli się nie wyrobi – zostaje na środku ulicy. Dokładnie tam, gdzie stał. Albowiem o 16.15 to ja jestem osobą prywatną. I robię Don Pedru uprzejmość. Co wielokrotnie podkreślę. Howgh!

W niedzielny wieczór nasz kolonista wrócił do domu, co wywołało potworną burzę zmysłów. Jadwiga odmówiła bowiem współpracy w sposób ostateczny. Doszło do tego, że pół godziny temu zadzwoniła moja sąsiadka z prośbą, żebym wyszła i otworzyła drzwi jej klatki od zewnątrz, bo Jadwiga chce wybyć, a ona się boi wyjść z mieszkania na schody, gdyż Jadwiga jest agresywna.
Sprawa jest taka, że ja nie przejawiam NIGDY żadnej agresji w stosunku do zwierząt. Ale w tym wypadku zaczynam podejrzewać, że Jadwidze dobrze by zrobiło małe wytrzepanie fochów z futerka. Zabawne, bo jedyną osobą, w stosunku do której Jadwinia się nie stawia, jest Szef. Ma autorytet. Kto by powiedział, no no no. W każdym razie póki co, zorganizowałyśmy się następująco:
1. kolonista jest w domu,
2. Jadwinia wprost przeciwnie, ale zaniosłam jędzy żarcie i wodę do wymiennikowni ciepła, gdzie uchyliłam okienko na szerokość kota niewielkich rozmiarów.
Pocieszyłam sąsiadkę, że wszystko będzie dobrze, kot ma ciepłe, suche i ciche miejsce, do którego tylko my mamy klucze, ma zapewniony wikt i opierunek, no i nie ma się o co martwić.
Tymczasem sąsiadka znów wyjeżdża i od środy popołudnia kolonista wraca, a więc i Baba Jaga będzie mogła pomieszkać w chałupie.
Niech mi ktoś powie, że posiadanie kotów jest łatwe, lekkie i przyjemne.

No i co? Obnażyłam się? Może nie zauważyliście, ale:
1. wykraczam drogowo,
2. jestem krnąbrna w stosunku do przełożonych,
3. jestem wredna w stosunku do czynników niepożądanych,
4. jestem wrzaskliwa w stosunku do podwładnych,
5. jestem okrutna w stosunku do zwierząt.
Podsumowując: oto liczne cechy, których istnienia nie podejrzewaliście, a ja wam je daję, jak serce na dłoni.
I róbta se z tym, co chceta.

13 października 2007

Zdobycze techniki

Wykupiłam sobie pakiecik. Operator komórkowy mi zaproponował. Za dychę miesięcznie mam do przegadania 2000 minut m. in. na stacjonarne (w weekendy). Jestem przyspawana do telefonu. Dzieckowego, ale jakoś to toleruje.
Bilans?
Krynia02 – 20 min. Ale z jej winy.
Druga-mama – 1 h, 40 min.
Drugi-tata odpadł, kiedy po raz trzeci zapytał drugą-mamę z kim rozmawia i to wciąż byłam ja.
Wróciłam, kochane. Teraz już nie będzie wam tak łatwo.

A wam, drodzy czytelnicy, uchylę rąbka tajemnicy. W piątek mamy zlot czarownic. Wreszcie tylko we trzy. Ciekawe, o której nocką padniemy na twarz.
Ciekawe, jakie będą trzy relacje :o)

Przegadywanki domowe

Osoby:
Szef
wycieruch

Miejsce akcji:
duży pokój

Czas akcji:
12.00

Szef, na wyraźną prośbę wycierucha naprawia schody na górę. Prośba była NAPRAWDĘ wyraźna.

Szef: No chodź, chodź. Możesz teraz zobaczyć, jak to wygląda?
wycieruch: Ślicznie wygląda. Widzisz, jaki ty jesteś dzielny? Wszystko potrafisz zrobić. Wszyściusieńko. Zaraz po tym, jak tylko na ciebie wrzasnę.
Szef: Bo ja to ci zapewniam full service. I schodki naprawię, i pieniądze przyniosę, i masz na kogo powrzeszczeć.

Dyskusje z Archiwum X

Osoby:
wycieruch
strażnik

Czas akcji:
15.30

Miejsce akcji:
przy drzwiach wyjściowych

strażnik: Co masz taką minę?
wycieruch: Mam dość. Kaput.
strażnik: A mówiłem ci rano po siódmej, że idziesz w niewłaściwym kierunku. Żebyś szła do domu.
wycieruch: I miałeś rację. Ale ja taka tępa jestem i nie posłuchałam.
strażnik: Nieważne, jaka jesteś tępa, ważne, że w końcu udało ci się skojarzyć, o co chodzi. Miłego weekendu.

12 października 2007

Wspominałam, że organizuję naradę?

Chyba zapomniałam.
Na ponad 100 osób.
Same dyrektory.
Więc wybaczcie, że nie piszę.

Oni są jak dzieci, cały dzień odbieram telefony pt. koncert życzeń. Ja chcę spać z tym, a ja nie chcę z tamtym.
Mój ulubiony kierownik ośrodka w Ustroniu, o którym już kiedyś wspominałam, jęknął tylko, że coś mu się sypie.
Poprosiłam, żeby mnie nie wnerwiał.
Uprzejmie poprosiłam.

Oprócz tego naturalnie robię WSZYSTKO.
A dyrekcja po raz enty w dniu dzisiejszym odebrała mi premię.
Niech ma.
Z głodu nie zdechnę, a dumą się nie udławię.

Spróbuję jutro, ok?

11 października 2007

Dla rozrywki

Wiem oczywiście, że tekst jest wtórny, ale pomyślałam sobie, że w obecnych, ciężkich czasach warto czasem dostać jasne wytyczne.
To taki poradnik dla żon z roku 1955.

* Przygotuj obiad. Zaplanuj go wcześniej, nawet poprzedniego wieczora, tak by pyszna potrawa czekała na jego przyjście. W ten sposób dajesz mu znać, że myślałaś o nim i przejmujesz się jego potrzebami. Mężczyzna jest głodny, kiedy wraca do domu i perspektywa dobrego posiłku (zwłaszcza jego ulubionego dania) to część niezbędnego ciepłego powitania.

* Przygotuj się. Odpocznij 15 minut, byś była odświeżona na jego przyjście. Popraw makijaż, zawiąż wstążkę na włosach i wyglądaj promiennie. Pamiętaj, że on właśnie wraca z pracy, gdzie napatrzył się na zmęczonych ludzi.

* Bądź trochę bardziej radosna i trochę bardziej interesująca dla niego. Coś musi rozświetlić jego nudny dzień – to twój obowiązek.

* Posprzątaj. Przed jego przyjściem ogarnij wzrokiem główną część mieszkania.

* Pozbieraj podręczniki, zabawki, papiery itp. i odkurz stoły.

* W czasie zimnych miesięcy powinnaś rozpalić ogień w kominku, by on mógł się zrelaksować. Twój mąż poczuje, że jest w raju, w świątyni odpoczynku i porządku, co tobie również polepszy samopoczucie. Przecież dbanie o jego komfort przyniesie ci ogromną satysfakcję.

* Przygotuj dzieci. Przeznacz kilka minut, by umyć im ręce i buzie (jeśli są małe), uczesać włosy i, jeśli to konieczne, przebrać je. To małe skarby i on chce zobaczyć je w tej roli. Na czas jego przyjścia wyeliminuj hałas zmywarki, suszarki i odkurzacza. Zachęć dzieci, by były cicho.

* Uciesz się, że go widzisz.

* Powitaj go ciepłym uśmiechem i okaż szczerość w twoim pragnieniu ucieszenia go.

* Wysłuchaj go. Być może masz wiele ważnych rzeczy, o których chcesz mu opowiedzieć, ale moment jego przyjścia nie jest właściwy. Niech mówi pierwszy – pamiętaj, jego tematy konwersacji są ważniejsze niż twoje.

* Spraw, by ten wieczór był tylko dla niego. Nigdy nie narzekaj, gdy wróci do domu późno lub wychodzi na kolację lub w inne miejsce bez ciebie. Spróbuj zrozumieć, że żyje w świecie napięć i stresu.

* Twój cel: spróbuj sprawić, by dom był miejscem spokoju i porządku, gdzie twój mąż będzie mógł odświeżyć ciało i umysł.

* Nie witaj go narzekaniem i problemami.

* Spraw, by było mu wygodnie. Zaproponuj, by się oparł na wygodnym fotelu lub by położył się w sypialni. Przygotuj mu coś chłodnego lub ciepłego do picia.

* Ułóż dla niego poduszki i zaproponuj, że zdejmiesz mu buty. Mów cichym, kojącym i miłym głosem.

* Nie kwestionuj tego, co robi, nie podważaj jego sądów. Pamiętaj, to on jest panem domu i zawsze czyni swoją wolę sprawiedliwie i rozmyślnie. Nie masz prawa tego kwestionować.

* Dobra żona zawsze zna swoje miejsce.

No i od razu wiem, gdzie jest moje miejsce. Okropna jestem. Po prostu nie realizuję nawet jednego punktu. Nie sprzątam, nie gotuję, nie przemawiam cichym głosikiem, a po domu szwęda się naburmuszony bachor (hehehe – ciekawe, co będzie, jak to przeczyta). I oczywiście nie zawsze odczekam na mężowskie rewelacje, zanim sprzedam swoje.
Oprócz tego w naszym domu królują kocie włosy, które są wszędzie, wliczając maselniczkę.
I znowu mamy kolonistę. Od dzisiejszego popołudnia.
Ciekawe, jak taki mały kotek wszystkich męczy. Myślałam, że to ja jestem po prostu wredna, bo kotek oraz jego dzikie pomysły i brak dyscypliny mnie osłabiają, ale okazało się, że katuje się cała rodzina, wliczając nasze koty. Szczególnie widać to w chwili, kiedy kolonie się kończą. Odprężenie Karola jest tak namacalne, że nie do przeoczenia. Mimo że z małym się bawi i skacze, a nawet czasem śpi. O naszych kotkach już po prostu nie wspominam. Nie bardzo pamiętam, ile kolonie potrwają tym razem.

Na kanwie tych przemyśleń rozwinęła się pomiędzy nami dyskusja o dzieciach i rodzicach. Powiadam wam, że to mnie przeraża – taki samowystarczalny kotek działa mi na nerwy, a co dopiero dziecko???
Szef twierdzi, że kiedy wyprowadzi się Potomstwo, to prawdopodobnie w domu zagości dotkliwa pustka i jakoś to będzie trzeba rozwiązać. To pobudziło mnie do myślenia o nieobecności domowej Potomstwa. Otóż kiedy Potomstwo było mniejsze, jej wyjazdy powodowały uciążliwy brak obecności w domu. Bardzo szybko chciałam, aby w te pędy wróciła. Od jakiegoś czasu Potomstwo stało się mocno samodzielne i żyje swoim życiem. Oczywiście nie jest tak, że przestaliśmy się kontktować ;o)
Ale zdecydowanie środek ciężkości układu przeniósł się w inne miejsce.
W związku z tym ja też zaczęłam żyć inaczej i nie odczuwam już takiej pustki w czasie nieobecności Potomstwa. Nie należy też zapominać, że instynkt macierzyński amputowano mi w niemowlęctwie, a zatem może się okazać, że moją jedyną potrzebą po wyjściu Potomstwa będzie zrobienie w jej pokoju jadalni.
Konflikt oczekiwań.

Dobrze, że mamy jeszcze parę lat na zastanowienie, to nie muszę się spieszyć z decyzjami.

PS
Przeczytałam kolejny odcinek przygód babci, która została oskarżona o nękanie telefoniczne pewnego wykładowcy Akademii Medycznej. Do nikogo nie dociera, że babina ma 80 lat i nie obsługuje telefonu komórkowego.
Zadziwia mnie rzecz inna, bo przecież nie głupota poszkodowanego, policji czy sądu. Zadziwia mnie, jak ów poszkodowany doprowadził do sprawy sądowej. Otóż ja sama przeżyłam taką sytuację i wiem, że nie ma byka, żeby się tym zajęli. Niska szkodliwość społeczna.
Od razu poczułam się jak królewna z bajki o ostracyzmie.

PPS
Zabawne.
Dzwonię do ginekologa w celu uzyskania informacji o wynikach badań.
- Dzień dobry pani, Nazywam się…, chciałam zapytać o wynik badania cytologicznego.
- Dzień dobry, proszę chwileczkę poczekać.

- Halo?
- Tak?
- PAPA I. Gratuluję Pani serdecznie i życzę miłego dnia.

10 października 2007

Nucę sobie: „Najtrudniejszy pierwszy krok…”

Dostalim w końcu naklejeczki w kolorze red i zrobilim pierwszy krok, czyli nakleilim. Z Potomstwem wespół. Nie widzielim miny obklejonego, bo nakleilim wchodząc na zakupy, a jak wychodzilim, to jeszcze stali i nie odjechali. Czyli: pół przyjemności.
Ale przyznać trzeba, że emocje są i człowiek czuje się jak partyzant. Domyślamy się, że liczne przed nami jeszcze emocje, związane z akcją.
Naklejki nosi się w torebeczce (wyobraźcie sobie, jakiej wielkości ciągnę za sobą torebeczkę) stale i jest się przygotowanym na wszystko.

Mama w szpitalu. Dzwoniła, że już po zabiegu i specjalnie się z nią nie pieszczą, bo się winda zepsuła i z racji przytomności musiała z bloku operacyjnego zapychać do sali o własnych siłach. Przewóz jedynie dla osób nieprzytomnych lub pozbawionych czucia w rejonach dolnych. Resztę opieka medyczna kopniakami goni po klinice, nie zważając na wiek i predyspozycje psychiczne. Matka jednak twarda jest.

Kotu się polepszyło, a z braku obecności mamy, z misją do lecznicy (pobieranie krwi do badań) ruszyli tata z Szefem. Efektów jeszcze nie znam, ale już się cieszę na samą myśl. Kocina słabowita, ale w końcu toż to kot! A kota, jak wiadomo – stać na wiele.
W zależności od złożonego sprawozdania, w kolejną misję „Wenflon” wyruszę dziś po południu. Lub nie. To nam weterynarz określi. Nie uśmiecha mi się spędzanie dwóch godzin z różnymi zwierzęcymi bidami, ale taka widać karma. Może się przynajmniej na coś dodatkowo przydam, gdyż mam doświadczenie w bieganiu za kotem leczonym po suficie. Wieloletnie, dodam, a to nie bez znaczenia. Przecież w końcu jak już tam będę, to tyłek by mi spuchł od siedzenia. A kot w takich sytuacjach jest zgodny wyjątkowo, to posiedzi, popatrzy, poczeka, kroplówkę otrzyma i się zobaczy.

W pracy nadal odpał na maksa.
Dziś, tak zupełnie nie wiadomo czemu, zaczęłam uzupełniać swoje CV. A że nic nie dzieje się bez przyczyny, oznaczać to może, że osiagam kres swoich możliwości i mogę wystartować na zewnątrz zamiast rotować.

Potomstwo natomiast zapisało się do LOPu, zostało redaktorem gazetki szkolnej, organizuje nauczycielom imprezkę na Ten Dzień i ogólnie jest aktywne społecznie.
Chwałaż Ci – Ty, który sprowadzasz ją na właściwe ścieżki.

9 października 2007

Na drogach niebezpiecznie

Naprawdę go nie zauważyłam. Było ciemno, teraz wcześnie zapada zmrok, a lało jak z cebra. Ulica bardzo kiepsko oświetlona, te drzewa z obu stron. O krzakach nie wspomnę. I jeszcze wije się jak wąż. A ja byłam zmęczona, było późno, miałam ciężki dzień i chciało mi się spać. Marzyłam tylko o tym, żeby dotrzeć wreszcie do domu i walnąć się do łóżka. Nie jechałam szybko, ale w końcu wystarczająco, żeby nie móc tego uniknąć.
Wyskoczył mi przed maskę w ostatniej chwili. Nie miałam szans na żaden manewr. Ślisko. Uderzyłam go zderzakiem, zaklęłam i natychmiast pomyślałam o rudym kociątku, które miało się u nas pojawić z powodu lotów Karola. Był rudy – tyle zdążyłam zauważyć przez ułamek sekundy, kiedy mignął mi w światłach samochodu.
- Dlaczego wciąż zdarzają mi się takie rzeczy? – pomyślałam z wścikłością. – Dlaczego nigdy na nic nie mogę się przygotować? Wszystko mnie zaskakuje, mam tego dość!
Zatrzymałam się kawałek dalej i nabrałam powietrza do płuc pełnym haustem. Nie ma co się wracać, to i tak niczego nie zmieni. Ktoś zadecydował za mnie. Ogarnął mnie bunt i jakaś taka bezradność. Zwyczajnie nic nie mogłam zrobić.
- Cholerny liść!
Jesień przyszła w pełnej krasie, a ja nawet nie zauważyłam – kiedy.

8 października 2007

Obciążenia genetyczne, czyli trudno żyć z matką artystką

Donoszę uprzejmie, że natura nie znosi próżni. Zawsze, kiedy na horyzoncie pojawia się cień względnego spokoju, do akcji wkracza moja mama i z wrodzonym wdziękiem funduje nam przeróżne atrakcje. Artystyczna dusza mojej mamy posiada niezmierzoną wprost głębię, która ujawnia się w sposób zaskakujący i niespodziewany. Mama nas nie zanudza, a jej pomysłowość jest po prostu legendarna. Ostatnimi czasy wzięła sobie za punkt honoru zatrzaskiwanie kluczyków w samochodzie w przeróżnych abstrakcyjnych sytuacjach. Każda sytuacja jest naturalnie zupełnie nietuzinkowa, więc na nic nie możemy się przygotować.
Do rodzinnej anegdoty przeszedł już przypadek zatrzaśnięcia kluczyków w samochodzie w wąskim garażu, w sobotni późny wieczór, kiedy to (w skrócie rzecz ujmując) trzeba było postawić przy niedzieli na nogi pół miasta wojewódzkiego, żeby się matce włamało do auta. Kiedy się już włamało (też perypetie – ale wam oszczędzę), mama uznała, że trzeba dorobić dodatkowe klucze, wybuliła jakąś abstrakcyjną górę szmalu, zjeździła pół Śląska by odkryć, że zapasowe kluczyki śpią cichutko w domu, czekając lepszego jutra. Wobec powyższego mama wywaliła kolejną kupę szmalu, żeby doprogramować trzeci kluczyk (jak szaleć, to na całego) i teraz ma już trzy komplety, co wcale jej nie przeszkadza uparcie wozić ze sobą jeden i zatrzaskiwać go w samochodzie.
W dziwacznych warunkach.

Godzina 12.30, dziś, dzwoni telefon.
- Cześć, mamuś. Co tam u ciebie?
- Wiesz… yyy… eee… w lecznicy z kotem jestem.
- I jak się kot czuje?
- Podają jej kolejną kroplówkę. Chyba jest troszkę lepiej.
- No to świetnie.
- Nie.
- Nie?
- No nie.
- A to dlaczego?
- Bo nie mam jak wrócić do domu.
- Ukradli ci auto?
- Nie, zatrzasnęłam sobie kluczyki.
- Hihihihi, już jadę.
- Kochana jesteś. Nie mów tacie, dobra?
- No jak mam nie mówić tacie, przecież muszę wziąć zapasowe kluczyki od was z domu.
- Ale może go nie będzie…
- Mamo, bądź dorosła. Musisz stawić temu czoła. I tak się dowie.
- No dobra. Ale żeby się nie znęcał.
- Tego nie mogę ci obiecać…

Jestem w centrum Katowic. Jadę do Chorzowa po zapasowe klucze do mieszkania rodziców. Wracam do Katowic. Zabieram zapasowe kluczyki do samochodu. Z kluczykami jadę do Bytomia, bo tam jest zaprzyjaźniona lecznica, osierocona przez samochód matka i kot z wenflonem.
Wszystko dobrze się skończyło, a ja z Bytomia pojechałam do Chorzowa, żeby się dowiedzieć, że księgarnia dostała w końcu ćwiczenia do angielskiego dla Potomstwa (jedyne 34,90 zł – szkoła publiczna) i muszę po nie pilnie jechać do Katowic. To pojechałam.

A tymczasem mamę wezwano do szpitala na kolejny zabieg w środę, z kotem ktoś musi jeździć na kroplówki, łamiąc prawo weszliśmy w posiadanie wyników badań teściowej i one wykazały jak na dłoni, że NATYCHMIAST potrzebuje zaawansowanej pomocy kardiologicznej, a ona kłamie w żywe oczy, że jest zdrowa jak niemowlę, Kasia czeka na szpital, a ja dostałam biegunki.
Co w całej tej historii wydaje się radosnym zwieńczeniem dnia.
Byle do przodu.
Ole!

7 października 2007

W tajemnicy

Nadaję z katakumb.
Cichaczem.
Jakby co, to nic nie wiecie. Nawet jakby pasy darli. Nie przyznawać się do czytania.
Bo oficjalna wersja brzmi, że księguję.
A Szef poszedł do piwnicy włączyć ogrzewanie. Zaraz wróci i mnie przyłapie, i będzie opowiadał dyrdymały o moim braku poczucia obowiązku. Więc nie dajmy mu szansy.

Weekend jest fajny.
Nawet jak trzeba księgować.

O cholera, przypomniało mi się, że w tym tygodniu pracuję też w spółdzielni.
Niech to drzwi!
Zmykam, bo idzie!!!

PS Chwila prawdy o 23.00.
Godzina jaka jest – każdy widzi. I naprawdę właśnie skończyłam pracować. Z niedosytem skończyłam albowiem rozkręciłam się poważnie i przyszło mi do głowy parę pomysłów. Niestety na ich realizację jest chyba za późno. Więc odchodzą do zadań przyszłych.
Zdaje się, że zadziwiłam Szefa, bo w szale zaczęłam analizować plan gospodarczy dla wspólnoty, robić symulacje całoroczne na podstawie zużycia 3 kwartałów i ustawiać nowe stawki.
Nawet nie skomentował, tylko się jakiś taki cichy zrobił.
Od razu mówię, że obniżek nie będzie. Choć mogłyby być.
Po prostu to, co urwę z jednej stawki – przeniosę do funduszu remontowego. Będziemy mieć najwyższy fundusz remontowy na tej planecie. Ale co tam – to się odbywa kosztem mojej pracy racjonalizatorskiej.
Jestem dzielna jak czterej pancerni.
Dobranoc się z Państwem.

5 października 2007

Marzyłam o niej

Już od dłuższego czasu. Myślałam często, jak będzie wyglądała, gdy już będzie moja. Czy będziemy do siebie pasowały? Czy będzie fajnie być tak razem z nią codziennie i wszędzie, gdzie tylko się ruszę. I czy ludzie będą zwracali na nią uwagę. Czy będą się oglądali za nami, przyglądali się z bliska, komentowali między sobą, pytali mnie o coś? A może na nikim nie zrobi wrażenia? Może ludzie przejdą obojętnie? Może nawet nie zwrócą uwagi, że jest?
Mam nadzieję, że będzie inaczej.
Że nas zauważą.
Że będą o tym myśleli, kiedy wrócą do domu.
I że będą pamiętali, że ja…

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Co mnie kompletnie rozwala

Głupota.
Bo jak wy sobie myślicie, co można odpowiedzieć na pytanie, zadane pisemnie, w tabeli, w następujący sposób:
przyjazd (niedziela/poniedziałek)?
Myślicie sobie może, że się pisze „niedziela” lub „poniedziałek”? Nic podobnego. Moim hitem na dziś jest odpowiedź: X (słownie: iks). I już wiem, czy przyjeżdża w niedzielę, czy w poniedziałek, czy zarezerwować nocleg, czy nie trzeba. Proste, nie?
Pani, upomniana przez mnie bardzo grzecznie, dokonała korekty i odpowiedziała: 14.
Na poczatku myślałam, że to jest bardziej abstrakcyjna wersja tego samego, ale potem spojrzałam na kalendarz i niedziela wypada czternastego. Luz. Nie jestem ostatnia gópia, tylko powolna po prostu.
Pytanie numer 2: Czy dyrektor przyjeżdża z kierowcą? Jeśli tak, proszę podać imię i nazwisko kierowcy (nie napisałam „jego”, bo na bank by mi podali nazwisko dyrektora).
Odpowiedź (dla pięciu dyrektorów z jednego z regionów):
tak
tak
nie
nie
tak.
Zameldujemy ich w hotelu pod tym właśnie nazwiskami.

A w ogóle to tryskam energią bo:
1. dyrekcja się na mnie wczoraj obraziła i się do mnie nie odzywa, więc spokojnie mogę robić, co do mnie należy;
2. dziś dotarł do dyrekcji niezwykły knot, co do którego skromna osoba autorki tego bloga musi się przyznać, że go znała już od wtorku, ale nic nie powiedziała. Otóż dyrekcji odebrano pełnomocnictwo kadrowe. Co więcej – powiedziano dyrekcji, że wszystkie decyzje kadrowe podjęte przez nią od 1 października są nieważne. Normalnie bym powiedziała, że to kompletny kretynizm. Co to za dyrektor, który nie może zatrudnić, zwolnić, nagrodzić, ukarać pracownika? Delegować? Dać premię? Idiotyzm. Ale… Otóż w obecnych okolicznościach to ja jestem podskokliwy miś. Skoczyło się wywalanie. Skończyli się spadochroniarze. Nie będzie oddelegowań do Psiej Wólki.
Mamy spokój.
Kierowniczek ma spokój.
Podlegli dyrektorzy maja spokój.
Wszyscy mają mambę! Mam i ja!
Choć zapewne atmosfera nieco się zagęści.

Ale…
Na pohybel!!!

4 października 2007

Jestem, jestem

Przepraszam, nie miałam nawet chwili na cokolwiek innego poza pracą. Zdechnięta jestem. Właściwie to miałam jedną chwilę wytchnienia – posłano mnie z misją do jednej z naszych jednostek. Sprawa była do załatwienia w ciągu pięciu minut. Zostałam godzinę. Dostałam pyszną kawę, siedziałyśmy w gabinecie dyrektorki we trzy (dyrektorka, jej zastępczyni i ja) i opowiadałyśmy sobie historyjki, zaśmiewając się do rozpuku. Było okropecznie fajnie i bardzo odpoczęłam psychicznie. Musiałyśmy się rzeczywiście zachowywać wesolutko, bo sekretarka, która po prostu drętwieje na mój widok, gdy tylko staję w drzwiach, uśmiechnęła się dziś do mnie wychodzącej od serca. Jak to zobaczyłam, nie omieszkałam podsumować:
- Chyba muszę częściej przychodzić na kawę, co? Bo wy się okropnie usztywniacie na mój widok. Bardzo mnie to stresuje.
Inna rzecz, że ja się nie dziwię. Jak wpadam, to zwykle na kontrolę. I mimo, że nie mam zwyczaju się szarogęsić ani wywyższać – kontrola sama z siebie jest stresująca i już. A skąd ma biedna sekretarka wiedzieć, że od lat jesteśmy z jej szefową zaprzyjaźnione, po imieniu i nie robimy sobie kuku. Że siadamy przy stole, ona proponuje kawę, wyciągamy papierosy i ja oznajmiam:
- Mów, co masz spieprzone, bo mi się nie chce szukać.
No nie mam duszy kontrolera.
Ale tak sobie myślę, że może przy obecnej koniunkturze urządzę sobie jakiś rajdzik po jednostkach – przynajmniej odpocznę, co? Posiedzę, pogadam, coś tam napiszę, jakąś głupotę się znajdzie do usterki, żeby nie podpadło i po sprawie. W tej chwili myśl owa mnie olśniła i wydaje mi się wyjątkowo kusząca. Zwłaszcza, że przy okazji wyjdę na bardzo wydajną i nie będę musiała tego wszystkiego na miejscu słuchać.

Oprócz tego doprowadziłam dziś dyrekcję do furii i to było bardzo przyjemne. Moja Kasia, sama tego nie wiedząc, bardzo mi pomogła i dała wyjątkową siłę i luz. Nawet jeden raz się nie zdenerwowałam.
A was by nie zdenerwowało, że im bardziej się pienicie, tym bardziej ktoś słucha z idiotycznym uśmiechem, kiwa głową i mówi:
- Oczywiście. Tak jest. Naturalnie. Jak sobie życzysz?
Hehe.
Jestem podła, wiem.

A jutro po pracy jadę do Krysi i to jest dopiero fajne.

3 października 2007

Wiadomości

Dzwoni telefon.
Mało sobie nogi nie złamałam. Tak myślałam, że to ona.
- Słucham?
- … (westchnienie)
- No gadaj!!!
- Żyję.
- Nie wątpię. Ale co ci powiedział???!!!
- Że jeszcze trochę pociągnę.
- Nie denerwuj mnie. Co z operacją?
- Narazie idę do szpitala na kilka dni. Zrobią mi jeszcze jakieś badania. I pan doktor powiedział, że jeśli mogę żyć tak, jak jest, to ok. A jeśli bym chciała, to może mi dorobić jakieś dziurki w głowie.
- Nienawidzę cię.

PS Przyjedzie tu za półtorej godziny, to wyciągnę z niej jakieś szczegóły. Rozgrzanymi do czerwoności szczypcami. I kawą.

PSS Kot jest na koloniach. Uznaliśmy, że nie tylko nie stać nas emocjonalnie na małe dzieci. Na małe koty też nie. Właśnie mnie oblazł i gapi się w sposób maślany. Idę, poszukam Jagi. I wstawię auto do garażu, bo ta od dziur w głowie przywiezie razem ze sobą także Potomstwo. Z angielskiego. Ofkors.

Poukładało mi się

W głowie.
Przed chwilą zadzwoniła do mnie przyjaciółka.
Taka, wiecie, najlepsza. Taka, co to w nic się nie wchrzania, nie spieszy z dobrymi radami, stoi spokojnie z boku, a kiedy trzeba, to bez pytania o powód wstanie o trzeciej nad ranem i przybędzie z pomocą. Nigdy się na niej nie zawiodłam.
Zadzwoniła i powiedziała, że była w szpitalu, ale nic mi nie powiedziała, bo mam masę swoich kłopotów.
I że dziś po południu dowie się, czy będzie miała operację. Mózgu.

Dziękuję Ci, Kasieńko, za tego kopniaka. Należało mi się. Wszystkie klepki wskoczyły mi na właściwe miejsce. Ostatnio jakieś rozbiegane miałam. Znowu wiem, co jest naprawdę ważne, bo jakoś się zapomniałam. I za to Cię przepraszam.
Wstyd mi, że działałam w taki sposób, że choć przez chwilę mogłaś przypuszczać, że moje problemy w pracy są ważniejsze od Twojego zdrowia. Bo to znaczy, że zachowywałam się źle. Jest mi wstyd. Nigdy więcej tego nie zrobię.

Bo już nie jestem zmęczona.
Bo już jestem silna.
Zwarta i gotowa.
I już Cię nie odstapię nawet na krok.
Resztę się zrobi przy okazji i mimochodem.
I już nic mnie w pracy nie dotknie, bo zwyczajnie nie ma żadnej siły przebicia.
W dupę niech mnie pocałują!
O!!!
Teraz jest najważniejsze, żeby wszystko ułożyło się po naszej myśli. Już ja tego przypilnuję.
Obiecuję Ci mdłości z nadmiaru mojej obecności.

Słuchajcie Wy!
Moi bliscy, kochani, przy sercu, najcieplejsi.
To dobrze, że codziennie pokazujecie mi właściwe ścieżki.
Ale czy nie moglibyście po prostu się przeziębiać?

2 października 2007

Ogarnia mnie zmęczenie, a przecież dopiero wtorek

Właściwie to powinnam zawiesić pisanie tego bloga na jakiś czas. Moje życie jest teraz obsesyjnie zdominowane przez pracę, a zdaję sobie sprawę, że ten temat dla osób niezwiązanych, jest po prostu nudny. Ile można o tym czytać, zwłaszcza, że – z przyczyn oczywistych – muszę pisać na okrętkę, bo nie można tak kawę na ławę. Nikt nie jest anonimowy w internecie, prawda? Oczywiście, w zależności od umiejętności uzytkownika, dostęp do każdej osoby można jakoś utrudnić. Ale utrudnić, a nie uniemożliwić.
Chciałabym w związku z tym pisać o czymś łatwym, lekkim i przyjemnym, ale nie wiem, czy potrafię.
No bo było zabawnie – przypadkiem spotkałam dziś kolegę, którego nie widziałam jakiś czas. Kolega jest osobą wielce inteligentną i niepozbawioną poczucia humoru. Śmiałam się przez kwadrans. Tylko co z tego, jeśli kolega jest z Archiwum X i nasze żarty były wyłącznie branżowe, więc nie nadają się do publikacji. Może z wyjątkiem jednego watku.
Otóż kolega ów żyje obecnie radośnie na kocią łapę z bardzo udaną kobietą, którą naturalnie znam od dawna. Kobieta ta, nie przez przypadek zapewnie, obchodzi urodziny w tym samym dniu, co ja. Taki gwiezdny bliźniak. Pewnie dlatego nadajemy na tych samych falach. Kolega z koleżanką, jak wspominałam, żyją na kocią łapę od wielu lat. Na stanie mają córkę sztuk 1 (słownie: jedna) w wieku wczesnoszkolnym, czyli ich status jest podobny do naszego (poza wczesnoszkolnością dziecka). Koleżanka świadczy pracę w pobliżu Szefa, co pozwala im na spiskowanie w różnych konfiguracjach, o czym my z kolegą zwykle dowiadujemy się po fakcie albo nawet przypadkiem. I w ten właśnie sposób weszliśmy w posiadanie wiedzy o planach naszych partnerów, dotyczących stworzenia przez nas podstawowych komórek społecznych (każdy we własnym zakresie, oczywiście). Koncepcja jest mianowicie taka, że w naszym wieku i z naszymi doświadczeniami, człowiek już nie będzie się wygłupiał. Większość ma już jakieś śluby za sobą, a (o zgrozo!) ma też za sobą jakieś rozwody. Wobec powyższego uradzili, że najlepiej, jak z cichacza wyskoczymy w czwórkę do urzędu: my, jako ich świadkowie, a oni, jako nasi. Sprawę się odfajkuje i z głowy. Przyznam, że takie pomysły i mnie chodziły po głowie swojego czasu. Jest tylko jeden szkopuł: matka. Matka, jak wiadomo, jest tylko jedna. Znaczy w naszym wypadku jedna matka jest dwie i przeszło moje najśmielsze oczekiwania wyobrażenie sobie wypowiedzi dwóch matek na ten temat. Ja jestem jedyną córką mojej matki, ponieważ oprócz mnie posiada wyłącznie syna. Szef jest wyciucianym synusiem swojej mamy albowiem jego dwaj bracia są od niego znacznie starsi i Szef się jej trafił na pocieszenie.
I teraz: ryp!
Wysyłamy do naszych mamuś powiadomienie, że się pobraliśmy.
Tak, naturalnie jest prawdą, że w obu naszych przypadkach sam ślub w urzędzie jest tylko uregulowaniem prawnym istniejącej od lat sytuacji, mającym na celu zabezpieczenie się nawzajem w kwestii majątkowej, jakby się komuś kojfło.
Tak, wszyscy jesteśmy już w tym wieku, że nie myślimy o koronkach, falbanach i bezach sukien ślubnych, a cenimy sobie święty spokój i dyskrecję.
Tak, cała nasza czwórka ma lepsze pomysły na wydawanie ciężko zarobionej krwawicy niż na żarcie dla gości (kredyty, moi drodzy, kredyty!).
Tak, robić trza, a nie podskakiwać głupawo na imprezkach, w dodatku niekoniecznie z ludźmi, z którymi chciałoby się spędzać czas (kuzyn siostry wujka dziadka Jurka).
No jasne – co będziemy dzieciom obciach robili.
Ale…
No właśnie. Ale mama.
I fajnie jest się czasem pośmiać na tematy osobiste. Ale okazuje się, że człowiek, istota społeczna, tak silnie zdaje się być zdominowany przez opinię, słuszność wyborów, kręgosłup moralny i inne atrakcje, że jego wolna wola nie jest wcale taka wolna.
No cóż… Przewaga kultury nad naturą, jak sądzicie?

1 października 2007

Przychodzi facet na dworzec

- Bilet do Krakowa poproszę.
- Normalny?
- Nieeeeeee, popierdolony.

Tak się pracuje w moim dziale. Styl oddany idealnie.

Dyskusje z Archiwum X

Osoby:
dyrektor
wycieruch

miejsce akcji:
gabinet dyrektora

czas akcji:
14.30

dyrektor (trzymając się za głowę): O matko, jaki jestem zmęczony…
wycieruch (zatykając uszy i podskakując): Bla, bla, bla, bla bla! Nie słucham cię, nie słucham cię.