30 grudnia 2013

1406

Telefon odebrała mama.
- Słucham.
- Cześć.
- O! Szlag cię trafił?
- Skąd wiesz?
- Po zakończeniu emisji ojciec przyszedł do kuchni i powiedział: zaraz zadzwoni, szlag ją trafił.
- Spostrzeżenie oparte o lata doświadczeń.

Spakowawszy pinkle, ruszyłyśmy w stronę metra, bo tam byłam umówiona z Gosią, która już przebierała nogami, o czym naturalnie zawiadomiła mnie via SMS. Po drodze zdobyłyśmy z córką kilka sprawności, w tym Krytycznego Obserwatora.
Warszawa. Stolica Rzeczpospolitej Polskiej. Schody do przejścia podziemnego. Ułatwienie dla jednonogich narciarzy. (Owszem, sprawdziłyśmy, na każdych).


Była tam i przykłusowała ku nam rączo. Kto nie zna Gosi osobiście, tego informuję, że jest dokładnie taka, jak na blogu: miła, ciepła, dowcipna, wyważona i mądra. Myśląca. Ma swoje zdanie i nie boi się go bronić. Człowiek czuje się komfortowo, jakby znał ją od lat; rozmowa toczy się wartko niczym górski strumyk i nie wiedzieć kiedy pijesz ósmą kawę. No i nie chce się rozstawać, bo nagle orientujesz się, że nie poznałaś jej zdania o sześciu tysiącach niezwykle ważkich problemów, a przecież nie można kobiety zamęczyć na śmierć. W końcu wielbiciele jej blogu nie darowaliby ci tego.
Dziękuję, Gosiu. Spotkanie z Tobą było cudowne i niezwykle pouczające.

Dziecko w czasie uprawiania przez nas plot, eksplorowało Złote Tarasy. Niestety, jak sie okazuje, moja pula genetyczna dostała jej się również w zakresie nienawiści do tłumów. A ludzkość 27 grudnia, po dwóch dniach przerwy od nabywania dóbr, dostała małpiego rozumu. Zuzia szybko zrezygnowała z wątpliwej przyjemności przebywania w duchocie i ścisku, wymiksowała się z rozentuzjazmowanego tłumu i przycupnęła gdzieś w kąciku, żeby nie przeszkadzać nam w rozmowie. Przypłynęła dopiero w chwili, gdy się z Gosią żegnałyśmy. Z żalem. Przynajmniej ja.

Nie przewidziałam takiego rozwoju sytuacji i zarezerwowałam bilety dopiero na 18.20. Coś więc musiałyśmy ze sobą zrobić. O wydawaniu pieniędzy nie było mowy z przyczyn opisanych powyżej. Zjadłyśmy więc obiad (podły i bardzo drogi). W tle dostrzeżecie, dokąd się nigdy NIE UDAWAĆ.


Pokrzepiwszy ciała doszłyśmy do wniosku, że wszędzie lepiej niż w centrum handlowym. Nawet na dworcu. Zaczepiłyśmy się w Coffee Heaven, bo tam można spokojnie i wygodnie posiedzieć, wypić coś (nawet na cydr się tym razem załapałyśmy) i jeszcze mieć dostęp do internetów. Niestety, niestety. Internetów nie dowieźli. Nie dowieźli też połączenia terminali; całe szczęście, że miałysmy trochę gotówki.


Omówiłyśmy w zasadzie wszelkie teorie na temat wielkiego wybuchu i innych niepokojąco istotnych kwestii i doczekałyśmy się wreszcie na pociag. Sprawdziwszy, że pustki podobne, jak w stronę wprost przeciwną, ulokowałyśmy się w przedziale z pewną sympatyczną starszą panią. Zuzia zwinęła się w kłębek i zasnęła. Ja oglądalam filmy na cudownie uzdrowionym laptopie. I w zasadzie nie byłoby o czym gadać, gdyby nie...

Obudziła się ok. godziny przed dojazdem do celu. Odebrała mi komputer i zapadła w typowy, młodzieżowy stuporek. Pociąg zatrzymał się na stacji Dąbrowa Górnicza, o czym zostałyśmy poinformowane z głośników wraz z życzeniem miłego pobytu. Nie był miły, mimo że krótki.
Do wagonu wsiadł rosły młodzieniec o czole znamionujacym dziewictwo intelektualne. Przeszedł koło naszego przedziału, zatrzymał się, przyglądając nam badawczo, i ruszył dalej. Odetchnęłyśmy z ulgą. Niesłusznie.

Po krótkiej chwili wrócił. Wstawił do przedziału stopę, złapał za komputer i dalejże szarpać ku sobie. Zuzia zgłupiała, ale nie puściła. Ja zareagowałam intuicyjnie, jak to samica przy młodych. Nie posądzałam siebie o taką sprawność w skoku, rozważę wzięcie udziału w olimpiadzie, adrenalina zadziałała bez zarzutu. Huknęłam na gówniarza, aż szyby zadrżały i odkryłam, że matki są nieobliczalne. Wszystkie teorie na temat bronienia młodych to stuprocentowa prawda.

Zgłupiał. Puścił laptop i rzucił się w kierunku wyjścia, pomstując ordynarnie z odległości, która zapewniała mu bezpieczeństwo. Wysiadł, a po chwili pociag ruszył, by dowieźć nas do celu.
Wysiadając, wymieniłyśmy kilka uwag ze starszą panią, naszą towarzyszką. Zostawała sama w praktycznie pustym wagonie, a jechała do końca trasy, czyli do Raciborza. Pozostało mi tylko życzyć jej spokojnej i bezpiecznej reszty podróży.

W nieco zwarzonych humorach dotarłyśmy do domu. Laptop niestety nosi ślady walki, ponieważ agresor uderzył nim w ścianę przedziału. Ja też noszę ślady walki w postaci potężnego sińca na ramieniu, który nabiłam sobie nie wiadomo kiedy. A przynajmniej nie poczułam - taka moc hormonu.



Finalnie w całej warszawskiej przygodzie widzę trzy jasne punkty. Pierwszy to czas, spędzony z Zuzią. Teraz, kiedy wyrosła z młodzieńczego focha, jest przeuroczą i szalenie dowcipną młodą kobietą, z którą chce się pobyć, słuchać jej uwag, przepychać się i śmiać bez końca. Druga to spotkanie z Preclową. Bezkonkurencyjne. Trzecia - doświadczenia, które być może uda mi się wykorzystać w różnych sytuacjach.

Nic nie jest jednoznacznie złe lub dobre. Ale zawsze możemy widzieć jasne strony i cieszyć się z wiedzy, która staje się naszym udziałem. Różnej, różnistej. Jestem więc wdzięczna za to doświadczenie. Na fp MbL przybyło lajkerów. Oby również kupców antologii. Wtedy będzie można uznać, że to wszystko miało głębki sens.

29 grudnia 2013

1405

Opowieści część wtóra.

Ustaliwszy, kto o której wstaje, kto się myje, kto się pindrzy i w jakiej kolejności, udałyśmy się w objęcia Morfeusza tylko po to, by mieć się czym licytować. Mianowicie: komu się gorzej spało lub też nie spało. Jej się gorzej spało, bo nie mogła zasnąć, a mnie się gorzej spało, bo się obudziłam i nie mogłam zasnąć. Podobno z powodu, że się obudziłam, ją też obudziłam i nie mogła zasnąć, choć nieco gubiła się w zeznaniach i ostatecznie uznała, że jednak mogła zasnąć. Prawda jest taka, że sapała, jak towarowy i nawet mój budzik jej nie ruszył, ale ja się spierać nie będę, bo naturę mam ugodową.

Tedy wstałam, obmyłam me boskie ciało, potem ona wstała - w...tentegowana jak zwykle o poranku - i, po wykonaniu paru zadań ablucyjnych, upuściła na podłogę laptop, ten zaś był uprzejmy wyzionąć ducha. Standardowe czynności serwisowe w postaci walenia pięścią w rzeczony i walenia rzeczonym w stolik nie odniosły rezultatu, wobec czego moje dziecko umarło na podłodze w łazience, gdyż laptop jeszcze śmierdzi nowością, a drugiego nie będzie z braku środków.

W czasie, gdy pod umywalką trwało konanie w bólach, całkowicie niepozbawione licznych odgłosów, podkreślających niską jakość konania oraz oświadczeń na temat: kto przyjechał do Warszawy, po jaką cholerę i nigdzie nie idę (k..., k..., k...), zastosowałam swój latami wyćwiczny trik. Delikatnie i z uczuciem ułożyłam uszkodzony sprzęt w piernatach, pogłaskałam go czule i przemówiłam w te słowa:
- Nigdy o nic cię nie prosiłam i już nie poproszę. Ale nie będź wieprzowiną i działaj. Asia cię BARDZO prosi.
Prośba była rozważana przez dłuższą chwilę, a następnie rozpatrzona pozytywnie, co wydajnie wpłynęło na wydalenie się wycieczki z pokoju w kierunku wind, udanie się na dziesiąte piętro i spożycie najważniejszego posiłku dnia. Oraz kawy cappuccino. Z ekspresu.

Stukając obcasami (ja) i szurając turbolaciem (ona), z łagodnym, matczynym uśmiechem (ja) i lekką nadpobudliwością ruchową (ona), połączoną z okazywaniem placków wysypkowych (stres jest katalizatorem alergii) wielkości przynajmniej równej dzielnicy Wola, pokicałyśmy do telewizji. Wszystkim, planującym zamach bombowy na TVN, odradzam, bo tam się nie da wejść bez zaproszenia. A nawet jeśli się człowiek wedrze do holu, to i tak na górę nie pojedzie, bo windy działają na kartę, ktorą posiada groźny pan z napisam STRAŻ na plecach.
- Słucham - burknął pan zanim zdążyłam westchnąć.
- Nazywam się Joanna Skotnicka - odparłam, bo to mi już owierało różne drzwi, więc miałam doświadczenie.
- Jest - mruknął pan groźnie, wykreślając mnie z listy. - A pani? - zawiesił stukilowe spojrzenie na dziecku jednorodnym.
- Córka - odparłam lekko.
- Nie ma na liście.
Szkoda było przeciągać tę nabrzmiałą znaczeniem ciszę, więc przybrałam TON, słynny w niektórych środowiskach.
- Iiiiii?
Pan okazał się mięczakiem, doprawdy. Zrejterował po pierwszej samogłosce. (Ja to bym mogła te zamachy bombowe, serio, serio).
- Zapraszam - westchnął i umożliwił nam wjazd.
Wjechałyśmy na dziewiąte, po drodze skontrolowane po raz wtóry i... wpadłyśmy w tygiel.





To są dobrze naoliwione trybiki machiny. Człowiek czuje się jak na taśmie. Tu kurtki, tu buty, tu poczekalnia, tu makijaż, tu kawa, tu oświadczenie, tu zwrot kosztów, tu mikrofon. Wszyscy obsługujący (poza gwiazdami telewizji śniadaniowej) superprofesjonalni, bardzo mili i grzeczni oraz życzliwi.

Dla niedowiarków: tak, byłyśmy tam obie.


Widziałyśmy Dorotę Gardias.


I Zubilewicza. Który zresztą jest kurduplem i usiłował wykolegować mnie sprzed służbowego komputera.


Siedziałam na foteliku dla oczekujących, a moje popularne ostatnio obuwie wąchało sztuczny trawniczek.


Machnęłyśmy również zdjątko owej słynnej kanapce, na której mieliśmy być niebawem maglowani na okoliczność Macierzyństwa bez lukru, a pytano nas o coś całkowicie innego.


Światła Prawdy są PRZERAŻAJĄCE. Przyszłam w makijażu - przyznaję, nieprzesadnym, bo nie mam zwyczaju. Zasiadłszy w makijażowni ujrzałam w lustrze trzydniowe zwłoki, mocno już nieświeże, z sińcami sięgającymi połowy policzków.
- O Jezuuuu... - jęknęłam.
- Niech się pani nie martwi - pocieszająco i ciepło odparła specjalistka. - Normalne. Zaraz to załatwimy.
Po czym wycisnęła na gąbkę czternaście kilo korektora i wprasowała mi go w twarz. Głowa zaczęła nieco mi ciążyć. Więc dołożyła konturówkę i pięć kilo szminki. Skupiłam się na utrzymywaniu sklepu kosmetycznego w pionie i przestałam zwracać uwagę na dokładany asortyment.
Porażające... na zdjęciach widać, że mam bardzo subtelny makijaż. Lekko zaznaczone błyszczykiem usta. Wierzcie lub nie - wlokłam za sobą tę głowę przed kamerę, bo nieść się nie dało.

Następnie odbył się wywiad, przed którym ustaliliśmy we trójkę, że mówimy o MbL i o Mikołajku, bo nie przyjechaliśmy się lansować, a książka powstała w określonym celu.


Zabawne, jak to się można pomylić, prawda?

Zanim weszłam na scenę, dziecko wtrąciło dramatycznym szeptem:
- Chcę słit focię z Prokopem. Idź i załatw to.
Załatwiłam.


No, dooobra. To obróbka na rzecz fb. W rzeczywistości było tak (Dorota Wellman miała bardzo interesujące buciki - tak, zwróciłam uwagę, zawsze zwracam):


I tu nastąpiła chwila chwały. Mojej. Zemściłam się.
Gdy doszło już do zdjęć, na które czekało kilka osób, profesjonalnie uśmiechnięci Wellman z Prokopem stanęli przy Zuzi i skierowali oczekujący wzrok w moją stronę.
- Zapraszamy!
- Dziękuję - odpowiedziałam. - Nie ma takiej potrzeby.
Zapadła taka niezręczna cisza. Chichot mej duszy wypełnił studio i wylał się przez okno.
Tadaaam!
Tyle mojego.

Na koniec jeszcze jedno zabawne ujęcie, zrobione telewizorowi przez prezesa. Polecam uwadze osobę oraz podpis. Udane.


W kolejnym odcinku opowieść o tym, co wydarzyło się później i mroczne chwile oraz jazda po bandzie.

Dziękujemy za uwagę.
CDN.

28 grudnia 2013

1404

Powszechnie wiadomo, że nie potrafię gotować się zbyt długo. W związku z powyższym wzięłam głęboki oddech i poszukałam (metodą Pollyanny) jasnych stron. Otóż wizyta w tefałenie dużo mnie nauczyła. Przede wszystkim tego, że nie warto być kulturalnym. Gdyby rzecz się powtórzyła w jakiejkolwiek konfiguracji, nie będę odpowiadała na pytania, tylko przeproszę i powiem to, co mam do powiedzenia. A że wiem już, jak to jest - więc się uda.

Oto moje podsumowanie wizyty w DDTVN - całkowicie nie na temat.
Efekty można obejrzeć TUTAJ.
A teraz przejdźmy do opowiadań - wiem, że czekacie. Będą ze zdjęciami - wiem, że lubicie. Dużo tego wszystkiego, więc podzielę na dwie części - dziś: pobyt z córeczką w stolicy dzień pierwszy. Jutro: telewizja od środka i powroty.

Dużo było śmiechu, bo gen świra mamy obie - to wiadomo. Były też chwile mrożące krew w żyłach, po których pozostały rany cięte i kłute. Ale od początku.

Wyruszyłyśmy sobie za czasów jasnych, co nic specjalnie nie wniosło, bo i tak dotarłyśmy za ciemnych. Wolę podróżować wagonami bezprzedziałowymi. Wchodzimy, dążymy ku wyznaczonym pozycjom i... niespodzianka. Na Centralny postanowił również dostać się tzw. dziadek smrodek. Zasiadł kulturalnie - może miał świadomość, że zabija aromatem - na końcu wagonu. Problem tkwił w tym, że my też miałyśmy tam miejsca. Olaboga! Całe szczęście, że w drugie święto w pociagu puchy. Przemiksowałyśmy się w oddalę, wprost do stoliczka, gdzie można było postawić laptop, żeby oglądać film.


Dziadek smrodek - prócz roztaczania woni - nie przejawiał prawie żadnych niepożądanych zachowań. Prawie. Spał sobie bowiem, śmierdząc w kąciku, lecz za każdym przebudzeniem - średnio co kwadrans - wstawał i pytał: już Centralny? Uspokojony, że jeszcze nie, siadał, zasypiał, by po piętnastu minutach operację powtórzyć. I tak aż do celu. W międzyczasie przeszła kontrola biletów; dziadek radośnie oznajmił, że ma kredytowy, ale nie wie gdzie, bo go głowa boli. Pani kontrola była dość nieustępliwa, więc po dłuższych poszukiwaniach radośnie odnalazł zgubę, okazał i zasnął na kolejny kwadrans.

Dotarłszy do celu przegrupowałyśmy się, wyruszając w podróż pieszą, gdyż dworzec przy Alejach, studio przy Marszałkowskiej, a hotel przy Kruczej - nie opłacało się korzystać z żadnych środków komunikacji.
- A co to za zegareczek na wieży? - zapytało błyskotliwie moje dziecko w poczatkowej fazie spaceru i zarobiło torebką.


Komentując obficie, chichocząc bez pamięci i wzbudzając zainteresowanie przechodniów dotarłyśmy na miejsce. Głupawka rozkręciła się w pełni. Hotel rozmiarów solidnych, z założenia zapewne wypasiony, w rezultacie nie odbiegał standardem od sieciówek typu Campanile. Ciagnące się w nieskończoność korytarze, pozbawione światła dziennego.


Nie odbiegał więc ów hotel w niczym, poza jednym - cenami. Mieszkaliśmy onegdaj w identycznym standardzie w Campanile w Lublinie i płaciliśmy za pokój 140 zł. W Mercure Grand w Warszawie to samo kosztowało 850 zł. Bez komentarza - telewizja płaci, co mnie to obchodzi.
- Chcemy pokój z wanną - oznajmiłam panu w recepcji.
- Przykro mi, wanny tylko w apartamentach.
- Ale nam to nie przeszkadza!
Pan lekko spanikował.
- TVN zamówił pokój standard...
- Skąpcy, nie?

Znalazłyśmy pokój.


- Światło nie działa - zakomunikowało moje bywałe dziecko.
- Wraź kartę do czytnika.
- Po co?
- Wraź, to zobaczysz.
- O, cholera, mamy jedno łóżko!


- Dwa, tylko zestawione.
- Mam spać aż tak blisko ciebie? Nie wiem, jak to przetrwam!
No i się zaczęło.

- Przeczytam wszystkie instrukcje!
- Na zdrowie.
- Łoooooo, wypas! Maaaamooo - pacz!!!


- Dawaj pilota, dawaj! Będę naciskać!!! Albo nie. Chodź, pobiegamy po korytarzach. Będziemy pukać do wszystkich drzwi i uciekać.
- A może jesteś głodna?
- Jestem.
- To odpalaj internety, szukamy czynnej knajpy.

Z restauracji hotelowej zrezygnowałyśmy. Jeśli tam najtańszy pokój kosztuje 850 zł, to łyżeczka sosu na dużym talerzu pewnie z pięć dych. A wała! Sprawa okazała się jednak dość skomplikowana, ponieważ w żadnej restauracji w pobliżu nie odbierano telefonu.
- Wynijdźmy. Pójdziemy przed się, tam musi być jakaś cywilizacja.
I rzeczywiście. W końcu znalazłyśmy jakąś pizzerię, gdzie spożyłysmy produkt jakości słabej, acz bardzo drogi. Ale w sumie i tak tańszy niż hotelowe wypasy. Zapewne.

Najedzone, obejrzawszy zaciemnienie, postanowiłyśmy zwariować w hotelu.


- Co to jest?
- Automat do czyszczenia butów.
- Ooooo! Chcę! Będę czyścić!!!
- Ale ty masz turbolacie*.
- Nic nie szkodzi, nic nie szkodzi! Czyszczę.


Rozgrzewka została uznana za zakonczoną. I się zaczęło.
- Bierzemy wszystko!
- Po co?
- Dla idei. Oni mają za dużo. Są szlafroki?
- Nie ma.
- Błąd, błąd. Ryję w składzie. Szamponiki są?
- Są.
- Bierzemy. Mydełka?
- Są.
- Bierzemy? Herbatka?
- Jest.
- Bierzemy.
- Wypijemy.
- No tak. Ale jest szczotka do ubrań. Bierzemy. I czyścik do butów. I, o, patrz! Worek na pranie.
- Czy aby nie oszalałaś?
- Notesik!!!


- Czemu skaczesz na tej pufie?
- Sprawdzam, jak się siedzi. Bierzemy.
- Nie sądzisz, że to przesada?
- Przesada to by była - odpowiada moja jedyna córka, leżąc w ubikacji pod klozetem i obserwując śrubunek - gdybyśmy zabrały muszlę**.

Płaczę, bo to już ten etap.
- Spać, smarkulo!
- Wślizgnę się w tę cudowną pościel, zaścieloną idealnie.


- Żadnych zmarszeń. Pacz, jak umiem!
- Cudownie.

- Mamoooo, zburzyłaś łóżko!!!
- Filmy ci się skończyły?
- No to dobranoc. Nuda, nuda.
- Dobranoc, moja gwiazdo.


* Dla niewtajemniczonych... turbolacie:








** No pewnie, że nic nie wzięlyśmy. Po co? Mało tego - dowiedziałam się po fakcie, że barek był wliczony. Mogłyśmy się upić za darmochę.


27 grudnia 2013

1403

Jutro odpowiem na wszystkie komentarze i zabiorę się za opisywanie. Dziś jestem zmęczona i wściekła do granic możliwości. Chwilowo nienawidzę telewizji (ogółem), Doroty Wellman, Marcina Prokopa i całego świata. Niech sobie świat wysuszy suche włosy.

Zęby mam do podłogi i rysuję kafle w kuchni. Tak, w kuchni, żeby było bardziej dramatycznie.

26 grudnia 2013

1402

Minimalnie nerwowa przepychanka. Sprawdzanie, czy wszystko wzięłyśmy - wiadomo, dwie kobiety na obczyźnie, bez tuszu i różu się nie obejdzie.
- Dają nam kolację? - pyta zatroskane o występ matki dziecko jednorodne.
- Tylko śniadanie, z resztą musimy same sobie poradzić.
- Potworne.

Nie, nie mam tremy. Po pierwsze - bo traktuję to jako obowiązek, spełnienie którego jestem winna Mikołajkowi. Po drugie - bo z Zuzią w pobliżu zawsze czuję się raźniej. Po trzecie - bo już lata temu pogodziłam się z własnym głupim gadaniem. Trudno. Będzie, co ma być. Chociaż fajnie byłoby zachować się jak dorosła i wypaść poważnie.

Pod zdjęciem z wigilii, zamieszczonym na fb z opisem anonimowa czterdziestolatka, obżarta do granic przyzwoitości, pojawiają się kulturalne komentarze w stylu: nie kłam z tym wiekiem. Wiem, o co chodzi! Głupie gadanie po prostu odmładza. Co prawda bezustanne chichotanie produkuje kurze łapki, ale śmiech z głębi trzewi zdecydowanie wygładza cerę. No i w oczach człowiek ma coś nie do końca dorosłego. Obawiam się, że w moim przypadku to nieuleczalne i będzie mi towarzyszyło do ostatka. Taka permanentna głupawka. W końcu nie bez przyczyny dziecko przez lata zwykło było mawiać do mnie: zachowuj się jak matka.

Jak się zachowuje matka?!

25 grudnia 2013

1401

Święta z założenia powinny obfitować w niespodzianki, więc mam jedną. Jutro wyjeżdżam. I nie byłoby w tym zapewne nic zaskakującego, gdyby nie fakt, że pod poprzednim postem odpisałam dorze, że jeśli się za coś zabieram, to z przytupem. Więc wyjeżdżam do Warszawy, żeby... wystapić w telewizji.

Właściwie to jedziemy sobie we dwie: ja i córka moja jednorodna Zuzanna. Zgodziła się pod warunkiem, że nikt jej nie zmusi do okazywania twarzy całej Polsce. Pani redaktor przyjęła to z lekkim smuteczkiem, bo oto ktoś nie chce przyjechać z osobą towarzyszącą w postaci żony (nie posiadam), a dziecko ma się tematycznie i już była w ogródku, już witała się z gąską, a tu figa.

Ruszamy na podbój stolicy po południu, dotrzemy, gdy ciemność zapadnie, a i w końcu święto, więc włóczyć się nie ma gdzie. Za to pobędziemy sobie razem, śpiąc nawet w jednym pokoju, co nam się nie zdarzyło od lat. Będą przecieki, czy chrapię jak stary furman. Zamierzam prowadzić jakieś nocne Polaków rozmowy albo i też dostać zdublowanej głupawki, co wszak niesie nasza pula genetyczna. Może być wesoło.

Na dzień wtóry, czyli piątek, umówiłyśmy się podstępnie na kawkę z Preclową. No, proszę, możecie mi już zazdrościć! Sama sobie zazdroszczę. Zuzanna uznała to za znakomity pretekst do podboju stolicy w pojedynkę, mam tylko nadzieję, że zechce choć okazać swe oblicze matce Precla. Narazie, nie wnosi o obecność mojej karty kredytowej, co ani chybi jest wynikiem dłubaniny pod choinką. Może ocalę resztki debetu.

Fajnie buduję napięcie, prawda?

Dobra, koniec.
Tadaam. Dzień dobry TVN, piątek - 27 grudnia. Nie wiem, o której. Włączcie nagrywanie albo siedźcie przed telewizorami od ósmej, bo wtedy program się zaczyna.
Rozmawiamy naturalnie o Macierzyństwie bez lukru. Ja jestem delegat ciała redakcyjno - dezorganizacyjnego oraz pierwiastek mateczny w jednym. Resztę zespołu stanowią mężczyźni, czyli Maciek ZUCH Mazurek - grafik, autor komiksów z części trzeciej i Łukasz Kielban - twórca męskiego wprowadzenia do książki.

Nie ma bata, z pewnością powiem coś obrazoburczego, bo powszechnie przecież wiadomo, że mam tylko część uzębienia i język mi wylata w najmniej spodziewanych okolicznościach. Będzie się działo, szykujcie pupy.

24 grudnia 2013

1400

Szczyt wigilijnego cudu?
(Niezbędne akcesoria: świateczne rozleniwienie, schody - jak to w operetce).

Zejść po schodach do salonu jak dama, z krwią walącą z nosa strumieniem wprost do ust, i rozwalić wszystkich.

Dziękuję, czuję się standardowo.

1399

Otóż, moi drodzy, jestem porażona, jak mało macie roboty w wigilię, że siedzicie tutaj i czytacie jakieś bzdury archiwalne - hehe. Tak na marginesie - dzięki czyjemuś grzebaniu odświeżam sobie różne starocie, do których nie zajrzałabym pewnie nigdy. Fragment z króliczą mordką i pękaniem z żalu bardzo mnie rozbawił. Jaka ja dowcipna, niu niu niu.

Usmażyłam rybę, która nie jest karpiem, bo się karpia brzydzę i to nie tylko z przyczyn ideologicznych. Do mamy zadzwoniłam, żeby jej powiedzieć: bardzo jesteśmy zdolnymi planistkami, tylko nie uwzględniłyśmy, że wigilia dzień czarny i prezes w robocie. Protoplastka uznała, że możemy to olać, jest zaawansowana w przygotowaniach i ogólny luz.

W domu cisza, studentka śpi jak suseł (zaraz wyrwę chwasta z wyra), tylko kot któryś defekuje radośnie, dokładając się tym samym do nastroju świątecznego. Robię rachunek sumienia, czy aby o wszystkim pamiętałam. Zaraz wlezę pod prysznic, by później zrobić sobie jakąś wyjściową twarz i to zanim dziecko pójdzie w okupanta. Też sobie zwykle robi twarz, więc może być jatka.

To idę. Umyję patelnię. A następnie me boskie ciało.
Verry Merry Christmas, dżingl, dżingl!

23 grudnia 2013

1398

Wy też tak macie, że jak przychodzą goście i bardzo Wam zależy, żeby wszystko było idealnie, to ziemniaki się przypalają, śmietana warzy się w zupie, sernik opada, a kot w chwili, gdy przebrzmiewa dzwonek do drzwi, całym rozpędem wskakuje na stół, zwala zastawę na podłogę i zostawia na obrusie ślady żwirku z kuwety? No to ja nie będę mieć gości. Nawet zbłąkany wędrowiec z kulawą nogą się nie zapędzi.

Tak mi się  nie chciało po sprzątaniu zabrać za ciasta, że pierwszy raz w życiu zrobiłam drożdżowe niezgodnie z jakimikolwiek zasadami. Mąki nie przesiałam. Walnęłam wszystko na kupę, przypomniawszy sobie poniewczasie, że nie kupiłam drożdży. Z uczuciem lekkiej paniki przeryłam zamrażalnik i znalazłam tam kostkę drożdży nieznanego pochodzenia. Zabełtałam gluta z grudami i postawiłam na kaloryferze. Rosły jak opętane. Masło dodaje się na końcu, roztopione, ale ostudzone. Wrzuciłam zimne, wprost z lodówki, w kawałkach. Na początku.

Wyrosło nad podziw. Właśnie wyjęłam z piekarnika makowce - są piękne. Idealne. Równiutkie. Nigdy takie nie wychodzą. Pisząc to spoglądam na identyczne, jeszcze w trakcie pieczenia, zachwycająco podobne do siebie w rozmiarze strucle jabłkowe. Zaraz zrobię sernik i jestem przekonana, że nawet mu środek nie opadnie.
Mało tego! Po raz pierwszy nie zapomniałam zwijać strucli na papierze do pieczenia. Zawsze przeżywam olśnienie, kiedy na blacie leży grubaśna gąsienica o cieniutkiej skórce, której za cholerę nie da się przenieść do formy, nie rozwalając wszystkiego w drobny mak. A dziś? Pamiętałam o zwijaniu na przygotowanym papierze, w związku z czym idealne gąsieniczki przepłynęły w papierowych hamakach wprost do blaszek.

Co jest z tymi staraniami? Gdybym przyjmowała gości, na sto procent wszystkie pękłyby, ciasto rozrywałoby się na środku i nie mogłabym go równo rozwałkować. I z barszczem też coś byłoby nie tak - ani chybi by się zagotował i zbrązowiał. A z uszek wysypywałyby się grzyby. Tymczasem musiałam prezesa mokrą szmatą odganiać od gara, napełnionego idealnie czerwonym płynem, bo po spróbowaniu zażądał natychmiastowego spożycia, a przecież sezon "nie jedz tego, to jest na święta" mamy od jakiegoś czasu otwarty.

Jakby tego było mało - choinka jest idealnie równa. I - jak do tej pory - nikt jej nie zwalił na podłogę, nie ściągnął żadnych bombek. Nawet piórek nie wyszarpują. Ki czort?



Korzystając z tego podejrzanego dobrostanu, życzę Wam wszystkiego, co najlepsze. Zdrowia przede wszystkim. Miłości. Spokoju. Ciepła. Dobra. I pieniędzy! A co! Co macie nie mieć!

Dziękuję że jesteście ze mną kolejny rok, dziewczynki. Wiecie, że Was uwielbiam? Pewnie, że wiecie :o)

22 grudnia 2013

1397

Nie. No, nie wytrzymam.
KTO TU PRZYCHODZI Z KATARU?! Przyznawać się, ale już!

Normalnie rozczulają mnie statystyki. Polacy są wszędzie!
(Wnoszę po tym, że nie mam translatora, a Katarczyk się snuł wielokrotnie - ani chybi polskojęzyczny).

21 grudnia 2013

1396

Przed świętami nie znoszę dwóch rzeczy: oszalałych ludzi w sklepach i porządków. Właściwie to nie znoszę tego na co dzień, nie tylko w święta. Są natomiast zjawiska, które naprawdę lubię.

Krótkie dni bez słońca naprawdę nie są fajne. Ale te przedświąteczne wieczory i noce, które spędzam w kuchni, są jednak miłe. Przynoszę laptop, puszczam sobie filmy - lekkie, trochę wzruszające i zabawne, pod które obieram, kroję, siekam, mieszę, zawijam, lepię, próbuję, grzeję, wkładam do piekarnika. Gdy wszyscy już zasną i w całej kamienicy zapada cisza, w nierealnym, komputerowym świecie dzieją się jakieś historie - cicho, żeby nikogo nie obudzić. A dom pachnie.

Dziwnym trafem tuż przed Wigilią nic mi się nie przypala, nie kipi, nie wylewa. Przez moje dłonie przechodzą kilogramy warzyw, namoczone grzyby roztaczają niepowtarzalny aromat, drożdżowe ciasto rośnie powoli, lecz zdecydowanie, wszystkie hałaśliwe czynności (mielenie maku!) już się zakończyły. Gdzieś w tle wychwytuję ulotny zapach drzewka, kot asystujący okresowo sprawdza, czy nie trzeba w czymś pomóc i zasypia spokojnie nieopodal, widząc, że znakomicie daję sobie radę.

Każdego roku jedziemy na Wigilię do moich rodziców, ale wraz z upływem czasu zdejmuję z mamy coraz więcej obowiązków i coraz więcej potraw przygotowuje sama, choć ona zawsze uprzedza, żebym dała spokój. Ale wiem przecież, że jej z roku na rok trudniej.

Dziś na płycie powolutku szumi barszcz, w misce pęcznieją grzyby, obrałam nieskończoną liczbę warzyw. Jutro przygotuję ciasto, ulepię pierogi, usmażę ryby (J. wykona z nich mistrzowską rybę po grecku; nie zabieram się za to - jej wychodzi lepiej), przygotuję mak, jabłka i ser. W poniedziałek ogarniemy z Zuzią tę stajnię Augiasza i ubierzemy choinkę. A kiedy w domu zapadnie cisza, pozwolę rosnąć ciastu. Drożdżowe ciasto kojarzy mi się ze świętami, a specyficzny zapach rozczynionych drożdży jest miły dla nosa, choć obiektywnie...

Im moi rodzice są starsi, tym częściej myślę o Wigilii, jak o pożegnaniu. Tato powie coś bardzo poważnego i wzruszającego, atmosfera zawiąże nam gardła i będę jedyną osobą, której wolno wstać od stołu. Kiedyś była nią mama. Od kilku lat to ja wstaję, by wymienić wazy z zupami, podać patery z rybami, kapustą, przyjąć puste talerze i napełnić je, a potem odebrać. Gdzieś ponad nami będzie się snuła niepowtarzalna atmosfera bliskości.

A na koniec Zuzia pozwoli mi, ten jeden raz w roku, śpiewać na cały głos. Aż do północy. Skorzystam z tej łaski skwapliwie, nie przejmując się całkowicie jakością twórczości.

Tak. Lubię święta.

20 grudnia 2013

1395

Oczywiście wciąż snuję plany, dotyczące jakichś poważniejszych rozważań blogowych, ale oczywiście wcale mi to nie wychodzi. Istnieje podejrzenie, że to z powodu bruzdy (lub jej braku). Albowiem ja je snuję najczęściej w samochodzie, więc nim powrócę do domu, giną w pomroce dziejów. Potem coś mnie wkręca i po zabawie. Wiek nie jest tu bez znaczenia, nie ma się co czarować.

Tymczasem Rinonka przysłała mi piękną kartkę świąteczną z kangurem, misiem koala, wombatem i diabłem tasmańskim. Świąteczność tej kartki pochodzi głównie z własnoręcznych rysunków autorki, dokonanych najwyraźniej w tajemnicy, pod schodami i naprędce, żeby się nikt nie kapnął, że utrzymuje jakieś szemrane kontakty z ziemią ojczystą. Chociaż to by pewnie uszło, gdyby nie fakt, że utrzymuje je ze mną - co wybitnie świadczy o jej niedojrzałości emocjonalnej, a może nawet i umysłowej.
Dodam, że z drugiej strony kartki napisała dużo małych literek, zupełnie nie zważając na fakt autentyczny, że ja stara jestem i wzrok już nie ten. Ale porzućcie nadzieje - dałam radę! Teraz wiem już wszystko i stanowię większe zagrożenie niż dotychczas. (Zacieranie rączuń).

Rinonko - dziękuję. Nosem pociągam.

Ostatnio nos mam stale w użyciu, bo martuuha też mi przysłała kartkę, która w dodatku nosi wyraźne piętno jej działalności scrapbookingowej. Naklejała tam, co jej w rękę wpadło, aż się człowiek cieszy, że kosz na śmieci stoi w kuchni, a jej się wstawać z kanapy nie chce. Jednakowoż po drugiej stronie tego dowodu wybujałej zdolności plastycznej umieściła takie słowa, że w ruch poszła chusteczka do nosa. W dodatku w kolejności: najpierw spocone oczy.
Ech, martu - nader łatwo przychodzi Ci wziąć mnie pod siusiu! Muszę to przeanalizować. (Nie martw się, zgodnie z treścią z poczatku tej notki - niechybnie zapomnę w jakieś pięć minut po olśnieniu).

Wszystko to obudziło we mnie koszmarne wyrzuty sumienia i, jak co roku, obiecałam sobie, że w kolejne święta NA PEWNO wyślę kartki. Mam takie postanowienie co święta. Czyli dwukrotnie. Jak to się kończy - wiadomo.
Natychmiast po Bożym Narodzeniu postaram się czymś zająć, by zdusić te grzeszne myśli. Niczym Scarlett O'Hara.

18 grudnia 2013

1394

Nigdy w życiu nie potrafiłam zrobić nawet jednej pompki. Właśnie przed chwilą sprawdziłam, czy coś się w tej kwestii zmieniło. Otóż nic. Nadal nie potrafię.
Nawet damskiej.

Prawda że wiekopomne spostrzeżenie?


Update
A tymczasem gnajcie do kaczki ;o)

1393

Zupełnie nie mam czasu na czytanie gazet. Mało tego - nie mam też ochoty. Zastanawiające, skąd bierze się niechęć do kolorówek w jakimkolwiek wydaniu. Zrobiłam rachunek sumienia i wyszło, że czytuję (przeglądam) i - co istotne - kupuję następujące gazety:
- Książki,
- Wysokie Obcasy ekstra,
- Avanti (to z grupy: przeglądam),
- InStyle (jw.).
Koniec. I to są miesięczniki!
Z dzienników - świateczną Wyborczą, ze względu na Wysokie obcasy i felietony.

Doszło już nawet do tego, że nie przeglądam kolorówek siedząc u fryzjera. Albo w poczekalni u dentysty. Gdy zapomnę czegoś ze sobą zabrać, czyli książki, wydruków, które muszę przeczytać z różnych przyczyn, zaległej prasy z tych wyżej, przymykam oczy i tak sobie trwam.

Ostatnio dostałam egzemplarze Twojego Stylu, ale mnie odrzuca. Normalnie nie jestem w stanie skupić uwagi, czytając jakikolwiek artykuł. To jest bardzo dziwne. Ktoś wie, o co chodzi? Czytacie gazety? Może mnie odrzuca styl i sposób pisania? Sposób myślenia?!
Nawet Zadrę przestałam kupować (a kiedyś byłam prenumeratorką!). To już nie jest ta Zadra, co kiedyś. Przepraszam, ale z fascynującego, mądrego, feministycznego pisma zrobiła się po prostu nudna i męcząca sieczka. Dostrzegam takie wysilenie na niszowość, taką naciaganą oryginalność.
I tego pisma akurat mi szkoda.

Całkowicie przeoczyłam moment, kiedy mi się to stało. Ale, gdy o tym myślę... już naprawdę dawno. Z tym że coraz mocniej się zaskorupiam. W pewnym sensie podobnie mam z książkami. Kiedyś, jeśli zaczęłam, to musiałam dotrwać do końca, choćbym umierała z nudów. Obecnie daję autorowi pięćdziesięciostronicową szansę. Nie dałeś rady wciągnąć mnie przez pięćdziesiąt stron (wcale nie piszę o powieściach, inne gatunki też bywają wciagające)? No to już się nie uda. Pa.
I filmy wyłączam. W dodatku wcześniej niż po pięćdziesięciu minutach. Szansa jest jeszcze mniejsza.
Co? Nie jestem cierpliwa? A może to nie to?

17 grudnia 2013

1392

A co tam nowego u Dzika...

Otóż Dzik jest ROZCZAROWANY.
Z PRZYKROŚCIĄ STWIERDZA, że w sklepie nie było żółtych lizaków.
Dżordż... Otóż Dżordż mu UTKWIŁ.

Hit.
Przeprasza, ale ma inne plany na dzisiejsze popołudnie.

1391

- ... ale nie miałam takich sztywnych podeszw.
- Podeszew.
- Podeszew. Podeszew?
- Podeszew.
- Mamooooo! Nie oszukuj mnie!

16 grudnia 2013

1390

Muszę się minimalnie odkorować, ponieważ wciąż walczę z wyprowadzaniem tego ZUSu i jestem juz na skraju załamania nerwowego. Więc z innej beczki.

Odwiozłam dziś prezesa na szóstą do Katowic, żeby mógł sobie wsiąść do pociągu, zdążającego do stolicy. W drodze powrotnej zatrzymałam się w piekarni, nabywając świeże pieczywko na śniadanie dla Wyrodnej Córki (tak, znowu bałagan). Wchodzę po schodach, patrzę... a u mojego sąsiada* drzwi do mieszkania uchylone. Ki czort? Na zewnątrz ciemność, w całej kamienicy absolutna cisza, wszak wcześnie, a ranki teraz powoli się zbierają. Zrobiłam rachunek sumienia. A jeśli ktoś tam wlazł i go zabił? Nie idę, nie chcę oglądać trupa. A jeśli ktoś tam wlazł i go nie zabił, ale natłukł mu po łbie i on potrzebuje pomocy? Idę. A jeśli ktoś tam wlazł, nie zabił go, ale wciąż tam siedzi i zabije MNIE?! Wszystko trwało jakieś pięć sekund.

Wzięłam głęboki wdech i weszłam. Zapaliłam światło w przedpokoju. Cisza. Żadnego ruchu. Jakby ktoś tam kradł, to chyba byłoby słychać jakieś miotanie, nie? Powiadam ci, świecie, miałam pełne gacie. Ale idę. Przeszłam do pokoju i w tym momencie...

... chrrrrrrrrrrrrr!!!

Mało nie umarłam ze śmiechu. Na szybko rozważyłam, że może obudzę tego kretyna, co to nie umie drzwi zamykać, jakimś czułym komunikatem w stylu:
- A CO TY TUTAJ TAK ŚPISZ I KIM W OGÓLE JESTEŚ?!!!!!!
Ale machnęłam ręką. Zgasiłam światło w przedpokoju i cichutko wyszłam, dokładnie zamykając za sobą drzwi.

Oczywiście przyzwoitość kazała mi donieść sąsiadowi o tym wydarzeniu. Oto wymiana sms-ów.
- Nie wierzyłam, gdy mówiłeś, że już tu mieszkasz, ale rzeczywiście - śpisz. I chrapiesz!
- Aż tak chrapałem, że u ciebie było słychac?!
- Nie, byłam u ciebie.
/niezręczna i przedłużająca się cisza/
- Jak to - byłaś u mnie?!!!!
- Szłam sobie koło szóstej, a u ciebie były otwarte drzwi. No to weszłam sprawdzić, czy żyjesz. Żyłeś. Przynajmniej tak wnoszę po chrapaniu i obecnej dyskusji.
- Drzwi były otwarte?
- Owszem.
- O, cholera! Lecę sprawdzić, czy wszystkie wina są w lodówce!
- Zjadłam tylko śniadanie.
- Nie kłam! W domu nie ma nic do żarcia!
- Chciałam wywlec całą lodówkę, ale okazała się za ciężka.
- A tak w ogóle, to gdzie ty łazisz po nocy, że wracasz do domu o szóstej?
- Wiesz... ciężko ogarnąć z zasiłku. Nocami napadam na spóźnionych przechodniów. Właśnie wracałam z szychty.
- To nie krępuj się, gdyby ci przyszło do głowy wpaść ponownie.


Normalnie... życie pisze najzabawniejsze scenariusze.


* Przypis dla martuuhy. TAK.

14 grudnia 2013

1389

Zrobiłam interes życia. Za recenzję dostałam stówę i dwie pary odlotowych, firmowych, nowych butów. Uważam, że jestem miszczynią. Oby ten kanał się rozhulał.

Update
I zapomniałabym powiedzieć, że wczoraj miałam baaaardzo gorszy dzień. I poszłam do J., bo ona naprawdę dzielnie znosi moje jęczenie. I poszłam, a ona wyciagnęła moje ulubione wino. O.



I je bardzo trudno kupić, więc nie wiem, jak wyczuła, że ja mam ten baaardzo gorszy dzień i skąd wiedziała w ogóle. W każdym razie wypiłyśmy to wino. I potem drugie. I trzecie też otwarłyśmy.
I dzisiaj rano prezes mi powiedział, że to jest nie do wytrzymania, jak przychodzę do domu w środku nocy i czkam. Wielkie mi mecyje, czkawka. Pomyślałby kto.

1388

Mogłabym chyba napisać podręcznik pt. Jak stworzyć dobrą recenzję dla książki, której nigdy nie czytałeś - opornym poświęcam. Czego to człowiek nie robi dla pieniędzy, fiu, fiu. Jak państwo wie, mam znajomości w branży medycznej, pisuję więc o tych zaburzeniach we wzwodach czy innym leczeniu odleżyn, a dziś to akurat o aktualnych problemach w pielęgniarstwie pediatrycznym.

To mnie rozwija, nie ma to tamto. Nawet nie mogę powiedzieć, że ocieram się o pewne sprawy. Ja je, moim mili, studiuję dogłębnie. Zwykle dostarcza mi się literaturę, więc jej dobór nie jest przypadkowy. Nie ma mowy o wiedzy googlowej. Obryta jestem jak się patrzy.
Dzięki temu procesowi staję się jeszcze bardziej nieznośną pacjentką niż do tej pory. Nie, nie - nie wymandrzam się wszędzie, skąd. Ale śledzę ruchy. Używam SŁÓW. Wdaję się w debaty. Jestem głęboko przekonana, że służba zdrowia w województwie śląskim jest szczególnym darczyńcą okolicznych placówek parafialnych na okoliczność mego niczym niezmąconego zdrowia, co zapewni jej przedstawicielom tzw. święty spokój. Wierzę głęboko, że nie dają na mszę w intencji, by szlag mnie trafił. Z powodu tej wiary mnie nie trafia. O prawdę nie pytam, jeszcze bym się dowiedziała czegoś, czego wcale nie chcę.

Tymczasem przy stole toczą się urocze dysputy.

prezes: Zuzia...
prezesowa: Zuziu.
prezes: Fakt. Droga U. Czy pamiętasz takie doświadczenie, gdy ktoś do butelki coli wrzucał mentosa?
progenitura: Owszem. Oglądałam na YT. Ładna eksplozja.
prezes: Znakomicie, nie muszę nic wyjaśniać. W związku z powyższym bardzo proszę, abyś sie przygotowała, będziemy to sprawdzać.
progenitura: Ale w domu? (Ignorując obecność matki) Matka się wścieknie.
prezes: Gdzie chcesz, ale nie w butelce.
progenitura: Nie? A w czym?
prezes: Proponuję, abyś połknęła mentosa i wypiła szybko dużo coli.
prezesowa (obojętnie): Ale nie w domu.
progenitura: Frajera se znalazłeś? Lepiej kogoś przyprowadzę.
prezesowa: Ustanów jakieś wynagrodzenie, bo nie przyjdą. I - podkreślam - nie w domu.
prezes: Ciekawe czy się wybucha.
progenitura: Nie. Ale szybko oddaje się colę.
prezesowa: Mówiłam, że nie w domu?

13 grudnia 2013

1387

Chałupa z lekka ogarnięta, nawet cztery okna umyłam (zostały mi kolejne cztery, z czego trzy dachowe - nie-na-wi-dzę). Przy ostatnim, w tzw. NORZE (ew. na wysypisku), przyłapało mnie dziecko, więc skrzyczałam je natychmiast - powód normalna matka zawsze znajdzie. Jak to, dlaczego? Dla higieny, ma się rozumieć.

Umyte okno w tej sortowalni odpadów może być znakomitym punktem wyjścia do namiętnych rozmów o uprzątnieciu magicznie narastającej góry szmat. W ogóle cały ten proces jest dla mnie tajemnicą. Bo tak:
1. wpadam i sprzątam na tym wysypisku, bo już nie mogę lub - opcjonalnie - zmuszam do tego progeniturę (np. uporczywym separowaniem od prawych środków płatniczych),
2. automatycznie napełnia się kosz na pranie,
3. na drugi dzień stan jest identyczny - z szafy jakby nie ubyło, na komodzie HAŁDA ciuchów, kosz na pranie pełen, suszarka na pranie pełna.
Jak - pytam się? JAK?! Cudowne rozmnożenie? Wszyscy jesteśmy Chrystusami?!

Muszę jej kupię pokój z drzwiami. Po prostu zamknę i mam gdzieś. A jak będzie czyste pranie, to uchylę (szpareczka), wrzucę i zamknę. Niech zgnije.
Poddaję się.

12 grudnia 2013

1386

Normalnie... mówi, że chętnie by odkurzał, tylko mu przeszkadza, jak odkurzacz wyje. Wkłada sobie do uszu zatyczki.
- Ale chwileczkę... - napada mnie skojarzenie. - Wszakże na rynku funkcjonuje jakiś cichy odkurzacz. Widziałam onegdaj reklamy!
- Idź na Allegro i zobacz.
...

- Jest!
- A ile kosztuje - pyta (zupełnie niepotrzebnie).
- Pińcet.
- Tak drogo?!
- No. Sam zobacz.


- Faktycznie. Do tego grat!

1385

Pojechał do sklepu i kupił piłkę.
Wrócił.
Schylił się koło szafki*.
Znalazł piłkę.

O, BOGOWIE!!!

Cierpliwość. Tak, to jest ta cecha, nad którą pracuję czterdzieści lat. A im jestem starsza, tym więcej i częściej.



* A więc wystarczyło się schylić?! Gdy to jednak proponowałam, zostałam potraktowana ze wzgardą. To ja sobie coś zaśpiewam. To mnie uspokaja.

1384

Nieopatrznie zrobiłam sobie wczoraj dzień wolnego od komputera. Odbywam za to obecnie stosowną karę - nie wiem, w co ręce włożyć. Muszę naprawdę nad sobą panować, żeby nie przeskakiwać z tematu na temat, tylko trzymać się jakiejś rozsądnej ścieżki.
Najpierw sprawy MbL:
- maile odebrać,
- odpisać,
- sprawdzić, kto o nas napisał,
- wrzucić do listy kolejkowej,
- zaktualizować FB,
- przygotować notkę na blog,
- sprawdzić, czy są jakieś problemy z zakupami e-booka itd.
Punkt ostatni: nie pogubić się w tym wszystkim.

Jak na złość, buzują mi również sprawy techniczne we wspólnocie:
- napisać, wysłać pismo w sprawie naprawy gwarancyjnej dachu,
- wypełnić, wysłać wniosek do gminy,
- zadzwonić do księgowej i ustalić z nią pewne sprawy,
- wyprostować ZUS,
- przygotować dokumenty do wysłania,
- znaleźć kogoś, kto zdiagnozuje problem z kanalizacją w budynku,
- porozmawiać z inspektorem budowlanym,
- zapłacić opłaty.

Mama zdaje się myśli, że ja tu leżę, bo nawrzucała mi kilka spraw do załatwienia. Załatwiam.

W takie sprawy, jak pranie, gotowanie obiadu, sporządzanie listy zakupów czy porządki w ogóle nie angażuję mózgu, bo mi szkoda. Mam dwie ręce, to sobie nimi kręcę (rączka prawa, rączka lewa i raz, dwa i trzy!), a głowa w tym czasie jest zajęta zupełnie czymś innym.

Tymczasem z góry dobiegło do mnie nastęujące stwierdzenie:
- Idę się zdrzemnąć, masz chęć?
Powstrzymałam się od wyjścia na tam i zasadzenia mu porządnego kopniaka w szmaty. Bez komentarza i mściwie wyciagnęłam listwę (wyprodukowali, Państwo sobie wyobrażą) - niech no tylko wstanie, zaraz mu znajdę zajęcie.

Off topic.
Wpadłam wczoraj do rodziców, zebrałam się w sobie i stanęłam na wadze. 8 kg w dwa miesiące. Jest moc! Po powrocie do domu wyciągnęłam kilka ciuchów z szafy i wbiłam się w nie - pasują. Uffff... jakby trzeba było wyjść do ludzi, to mam w czym.

Dobra. Idę.
Idę, bo samo się nie zrobi.

10 grudnia 2013

1383

Jak to jest wypuszczać nową książkę? Czy ja wiem? Hmmm... Dziwnie.

Z jednej strony - wyczerpanie materiału. Walczymy od wielu miesięcy, udając, że nie mamy innych zajęć. Każdy autor jest wszakże tak samo ważny. Każdy wymaga indywidualnego podejścia. Z każdym trzeba porozmawiać... inaczej. I teraz proszę to sobie przemnożyć przez czterdzieści.
Od czytania tekstów czasem mi wzbiera. Niech nikt sobie nie myśli, że to są złe teksty - nie o to chodzi. Po prostu odbieram, siedzę, czytam, skupiam się, poprawiam, wymyślam synonimy, zawieszam się na zaburzeniach w związkach frazeologicznych, spieram o przecinki, spacje, półspacje, średniki, myślniki i domyślniki. Dla piszącego wszystko jest jasne. Dla czytelnika niekoniecznie.

Poprawiamy w nieskończoność. Ja, Chuda, Asia z wydawnictwa. Ustawiamy, przestawiamy, się spieramy. Chodzi o to, żeby było dobrze. Najlepiej. Gładzimy, głaszczemy, brzegi czynimy nieostrymi.
Najgorzej jest na dwa dni przed premierą. Na dzień. W dzień.
Jeszcze to zauważyłam. Popraw to. A macie to? Ale co? Zostaw, ja to zrobię. Nie, ja to zrobię. A co myślisz o? Zapomniałam o. Pamiętałaś o? Cholera! O czym zapomniałyśmy?!

A potem przychodzi TA CHWILA.
I zupełnie przestaję nadążać. Skrzynka pęka mi w szwach. FB pęka mi w szwach. WSZYSCY piszą. I to jest właśnie najlepsze. Śmietanka. Lukier. Wisienka na torcie.

Świetne! 
Gratulacje!
Jesteście wielkie!!!
Ja wiem, ile się narobiłyście, żeby to ogarnąć!
Super, będę propagować.
Cieszę się bardzo, tańczę i śpiewam!
Płonę z dumy. Ciekawe czy widać.
Jeszcze raz serdecznie podziękowania. Tobie szczególne :)
Jesteście super.
Przeczytałam jednym tchem, to zalewając się łzami, to z jakąś kulą w gardle łkając bezgłośnie, to znów zarykując się ze śmiechu lub tłumiąc chichot nieludzki tak, że aż pies kilka razy sprawdzał, czy mnie coś nie trafiło.
Piekne!
Napiszę ci całą czwartą część.
Czuję się, jak w dniu, gdy obroniłam magisterkę.
Miły wieczór? Ja już wiem, że spędzę go z pewnym e-bookiem, na który bardzo długo czekałem.
Stooooooolaaaat, stooooolaaaaat, niech żyje, żyje naaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaam!

I tak dalej, i tak dalej.
W takich chwilach wiem na pewno, że warto. Przecież te maile są dłuższe. Wszystkie pełne dobrych, ciepłych słów. Wszystkie, co do jednego - naj, najmilsze.
Wyobrażam sobie, jak te słowa płyną, lecą do Mikołajka. Otaczają go swoistym kokonem. Otulają i kołyszą do snu. Przekładają się na pieniądze na jego koncie w fundacji. Kupują waciki, ustniki, patyki i inne rzeczy, o których istnieniu nie chcę nawet myśleć.
I jestem... do cholery. Jestem po prostu wdzięczna. Wszystkim, którym zechciało się wysilić.

Dość mam tego Macierzyństwa bez lukru!
Będę to robić do końca świata. I jeden dzień dłużej!!!

1382

Obiecywałam, że dziś pomogę rozgrzać serca i umysły. I proszę - jestem słowna.

Szanowne Państwo! Z dumą przedstawiam trzecie dziecko:


Szczegóły znajdziecie na blogu MBL, nie będę się przecież powtarzać. Zwłaszcza że tym razem Chuda pozwoliła mi zostać Prowadzącym Imprezę, więc tekst, do którego Was odsyłam, jest mojego autorstwa. (No, mówię Wam, jak to fajnie - móc być pierwszą!!!).

Z całego serca zapraszam Was do Oficyny Wydawniczej RW2010. Pamiętajcie, że każda złotówka, wydana na publikacje MBL, trafia do Mikołajka. Nie ma się więc co wahać!

9 grudnia 2013

1381

Mówię Wam... już za chwileczkę, już za momencik!!!
Fanfary. (Szykować przelewy).

SPA upadło na ryj. Ale kiedyś pojadę. Na pewno.

Idę się denerwować na zebraniu wspólnoty. Kciuki są nie od rzeczy.

Update
Chomik robi i puszcza dziś samolociki ;)

8 grudnia 2013

1380

Ściagnęłam sobie odtwarzacz Chomika. Oczywiście jego podstawową funkcją jest przeglądanie różnych plików, ale stanowi też miłe towarzystwo.

Na przykład czyta sobie prasę.


Albo książki.


Pisze, myje nos, ma manię prześladowczą, domaga się czegoś do żarcia.


Wydaje mi się, że go lubię.

1379

Naprawdę nie mam o czym pisać. Czuję się jakaś taka pusta w środku. Pogoda tylko pogłębia ten stan, niestety. Może rzeczywiście powinnam wyjechać? Leżeć sobie albo pływać w basenie, plotkować, pić wino, nie zajmować się problemami. Choć przez kilka dni. (I udawać, że nie wiem, ile to kosztuje!).

Taka proteza dobrego samopoczucia. Bo potem trzeba będzie wrócić, prawda? I wszystko zacznie się od początku. Z drugiej strony - może warto zrobić sobie urlop od osobistego bagienka? Choćby miał być krótki. Jakiś akumulator człowiek sobie naładuje czy cuś.
Bardzo chciałabym pojechać nad morze. I żeby było lato. Morze w lecie zawsze dobrze na mnie wpływało. Dosłownie, haha.

Waga zepsuła mi się dawno temu, więc mogę wybierać spośród dwóch opcji.
Optymistyczna - nie wiem, ile ważę, ale pewnie dużo już schudłam, jak fajnie.
Pesymistyczna - nie wiem, ile ważę, pewno nic nie chudłam, okropność.
Tak bardzo chcę się utrzymać przy wersji optymistycznej, że boję się zważyć, gdy idę do kogoś z wizytą (a ten ktoś ma wagę i to czynną).

Spadł śnieg. Obserwowaliśmy dziś z Edwardem pewnego lokalnego kota, spracerującego po garażach. Jest wielki, gruby i bardzo z siebie zadowolony. Na pewno ma dom, bo kiedyś chciałam go nakarmić, ale mnie wyśmiał. Przy sporej tuszy dobrze sobie radzi ze skakaniem, co umożliwia mu patrolowanie całej okolicy. Edward był wielce zainteresowany. Zamarł w bezruchu i tylko oczka śledziły zaokiennego bohatera. Nie dam głowy, czy oddychał.

Dzik też jest zainteresowany.
- Mamuniu! Dach jest zaśnieżony. Jak teraz kotek na niego wejdzie?
Cała kamienica śledzi grubasa na dachu. Zabawne.

7 grudnia 2013

1378

Zamierzam pojechać do SPA. Owszem, nigdy nie byłam. Czy to przeszkoda? Chcę leżeć i mieć w dupie. Myślicie, że to jakieś przesadnie wypasione jest?

6 grudnia 2013

1377

Na pocieszenie obejrzałam sobie Krudów.



A teraz idę dać Dzikowi prezent na mikołajki. Kupiłam mu domek. Który, oczywiście, będzie mógł zdemolować w dowolnie krótkim czasie. Ech - wzdech, wzdech.

1376

Jeśli chodzi o pracę, to wydaje mi się, że jestem w pułapce NAZBYT.

To jest trudna sytuacja, ponieważ działa w dwie strony.
Jeśli aplikuję na stanowiska, które mnie interesują, posiadam stosowne kompetencje, wiedzę, umiejętności i doświadczenie, a dodatkowo z punktu widzenia pracodawcy byłabym tam korzystnym nabytkiem, najczęściej później na jaw wychodzi, że rekrutacja rozpisana była tylko z konieczności jej odfajkowania. Nazbyt dobrze pasuję, niepokojąco, nie dla psa kiełbasa.
Jeśli aplikuję na obojętnie co, czyli spoza stanowisk menedżerskich, to przepraszam bardzo, nikt sobie garba na plecy nie weźmie. Nazbyt wiele wiem, umiem, jestem niebezpieczna. Na pewno będę pyskować.
To wszystko jest oczywiście dużym uproszczeniem.

Nieoczekiwanie znalazłam się w pułapce własnych umiejętności. To, co kiedyś wydawało się atutem, dziś jawi się jako wrzód na dupie i kamień u szyi. Wentylem bezpieczeństwa jest dla mnie kolega, pracujący jako szef sieciowej restauracji. Tak, już pytałam. Przyjmie mnie na zmywak, nie wnikając w nic. Zmartwił się trochę, kiedy rozmawialiśmy.
- Wiesz, że to ciężka praca? Nie chcę, żebyś to robiła.
- Wymyśl inne wyjście.
- U mnie zawsze znajdziesz miejce.
On wie, że nie mam w planie pod nim ryć. Bo mnie zna. Nigdy nie ryłam pod nikim, nie potrafię tego robić. Ale 99,99% hipotetycznych zwierzchników tego nie wie. Więc odsiewają mnie w pierwszym rzucie. Niebezpieczna.

To taki dodatkowy kamyczek do ogródka NieMamPMSaTylkoMoje ŻycieJestBeznadziejne.
Trochę się zagubiłam.

5 grudnia 2013

1375

Człowiek całe życie się uczy. Dziś poinformowano mnie, że sesja to jest skrótowiec.

System
Eliminacji
Studentów
Jest
Aktywny

Nie mogę powiedzieć, jakobym się nie uśmiała.

1374

Dziecko zdobywa wiedzę w najbardziej niezbędnym zakresie.

SMS godz. 10.49.
Zrezygnuj z diety! Zabraniam Ci na niej być.

Odpowiedź godz. 10.54.
Czyli pozostaje mi aktywność fizyczna. W moim przypadku będzie to SUMO.

SMS godz. 10.55.
Czasem Cię nawet lubię.


Podobno wczoraj doszło do zamieszek, ponieważ studenci pierwszego roku dietetyki Śląskiej Wyższej Szkoły Medycznej przeczytali w czasie zajęć mój sms o treści:
Jak jeszcze raz, dziewczynko, zostawisz pustą roleczkę zamiast papierku toaletowego, to cię ukarzę klapsikami!

3 grudnia 2013

1373

No, dobra. Kto chce porozmawiać o moim nastroju?

Chłop ma urlop i psuje w domu powietrze.
Od dwóch miesięcy jestem na diecie i efekty nie do końca mnie zadowalają.
Nadal nie mam pracy.
Spotkałam się dziś z moją ukochaną koleżanką i stwierdziłam naocznie, że schudła 22 kg. Wygląda bosko. Zawsze była piękna, a teraz jest jeszcze piękniejsza. W dodatku naturalna jasna blondynka. Ktoś powinien tego zabronić.
Zuzia doznała nagłego ataku kulinarnego. Najpierw upiekła muffinki, których nie zjadłam. A teraz piecze pizzę, której nie zjem. Zapach mnie dobija.
Na zewnątrz jest zimno. Z tego powodu jestem jeszcze bardziej głodna niż zwykle.
Inwestycja budowlana postępuje. Od kilku dni trup drzewny ściele się gęsto na moich oczach. Dźwięk pił doprowadza mnie do histerii.
Mam ogólnoustrojowy dół jesienno-zimowy.
Jestem nieszczęśliwa, na co nie pomaga nawet obkładanie się kotami.
Życie jest do dupy.

Albo coś się wydarzy, albo zwariuję.

1372

Z góry  dobiegają jakieś dziwne dźwięki.

- W co ty grasz?!
- Hackuję sieć.
- Ale wiesz, że to jest chore?
- Dlaczego?
- Bo to tak, jakbym ja grała w poprawianie błędów w tekstach!
- A nie ma takiej gry?
- Omatkoboska! Mam nadzieję, że nie!
- Szkoda. Na pewno nie mogłabyś się oderwać.

I teraz się boję, że on za punkt honoru przyjmie znalezienie dla mnie takiej rozrywki. A jak nie znajdzie, to sam napisze. Aaaaa...

1371

Podbijam temat.

Córka Pierworodna drugiej-mamy znalazła w górach przecudnej urody rudzielca. O, proszę.


Nie wiadomo, skąd się wziął - nikt go nie szuka i nikt go nie chce. Nie może zostać w schronisku, bo właściciel  nie lubi kotów, więc nie wpuszcza go do środka, a jest coraz zimniej. Jeszcze zdarzają się turyści, jeszcze ktoś go podkarmia, ale i to niebawem się skończy. Sytuacja jest dramatyczna - kota trzeba ratować.

Jest oswojony i nadaje się na domownika. Jeśli ktoś potrzebuje więcej informacji - zdobędziemy od strzału. Misia zobowiązała się dowieźć tego Mistera Universum na trasie do 500 km, co obejmuje Śląsk, Małopolskę, Podkarpackie i okolice.

No, weź ktoś, bo mi serce pęknie.

2 grudnia 2013

1370

Jeden dzień ma urlop.
Jeden, kurwa, dzień.

Snuje się po chałupie od bladego świtu, bo nie może spać. Specjalnie wstałam o siódmej, żeby w spokoju wypić herbatę, posprzątać kuwety i ogarnąć kuchnię. Ale nie.
- Czemu nie zrobisz tego z makaronem?! (Fuck).
W całym województwie nie ma, NIE MA, takich listewek, które pozwoliłyby zastąpić te odpadnięte przy oknie dachowym i na schodach. Wycofali po prostu z produkcji, złośliwe świnie.
Żeby coś napisać, musiałam znaleźć słuchawki, izolujące mnie od świata.
Zmywarka właśnie myje czyste naczynia. Bo chciał być u-ży-tecz-ny.

Dwa tygodnie. DWA. Jak ja to wytrzymam?!
(Może ktoś chciałby, żebym za parę groszy posprzątała mu mieszkanie? Albo co?)

1369

Właśnie sobie (niechcący) uświadomiłam, że pacia jest w moim blogowym życiu prawie od zawsze. Patrzcie. Śmieszny ten sen. I strasznie stara ta paćka.

Pacia! Jak do mnie trafiłaś?
Jak w ogóle wszystkie do mnie trafiłyście?
Ktoś pamieta, kiedy to było?

Opowiadajcie, co?

Zastanawiałam się kiedyś, od czego sama zaczęłam przygodę z blogami. Doszłam do wniosku, że pierwsi byli zamorscy. Albo zapiski teściowej. Potem druga-mama. Chuda (pamiętam Cię z czasów, kiedy nie miałaś WCALE dzieci!). A później już jakoś tak samo poszło. Natomiast pisać zaczęłam dopiero w listopadzie 2006 roku.
O! Znowu przegapiłam rocznicę. 17 listopada skończyłam 7 lat!

Aba się przedziera przez moje archiwum (wiem, że tak jest, bo widzę w statystykach, no i przecież się przyznała), więc współczuję. Sporo tego. Nie mam zbytnio cierpliwości sama do siebie, ale niektóre wpisy śmieszą mnie do dziś. A niektóre wzruszają. Czasem chodzę śladami Aby. W sumie dobrze jest móc do tego wrócić. Kawał życia. Niektóre posty przypominają mi też o wydarzeniach, o których nie pisałam, ale są tam gdzieś pod spodem. O ludziach. Szczególnie o tych, których już w moim życiu nie ma. Dobrze, że zostali choć tutaj.

Ciągnę ze sobą całe archiwum. To już trzecie miejsce. Najpierw był blog na Blogu: donosze-uprzejmie. Potem moje-waterloo, również na Blogu. Od 1 stycznia tego roku - na Blogspocie.
Na ile jestem tą osobą z sieci, a na ile z reala? Czy to się w ogóle da rozdzielić? Fascynujące rozważania.

1368

Polemicznie.

Teraz to już naprawdę....
#zadługienieczytam!


W Natemat natrafiłam wczoraj na wpis pani Violetty Rymszewicz, zatytułowany Uprzejmie proszę - wara od kobiet, wara od gender. Przeczytawszy go, pomyślałam o słabych punktach walki o równouprawnienie, ponieważ ten post takim właśnie słabym punktem jest.

Zaczyna się z pozoru dobrze. Autorka opisuje pomnik i historię Eleny Cornaro Piscopi (moim zdaniem w przypadku zależnym pisze się przez jedno "i", ale mogę być w błędzie), pierwszej kobiety, która dorobiła się doktoratu. To wiekopomne wydarzenie miało miejsce na uniwersytecie padewskim, lecz nie zaryzykowałabym twierdzenia, że było znaczące dla historii feminizmu. I to jest pierwszy kiks. A właściwie trzeci, ale o tym dowiemy się za chwilę. Długą, hehe.

Wydaje mi się, że o walce o równouprawnienie można mówić tylko wtedy, gdy jest ona świadoma. Czyli ktoś ją PODEJMUJE (bo idea jest mu bliska, razi go niesprawiedliwość lub też z jakiegokolwiek innego powodu). Jeśli więc coś dzieje się przypadkowo, choć nie od rzeczy, to o walce mowy nie ma. W związku z powyższym Elena na sztandary się zupełnie nie nadaje. Ona chciała po prostu zdobywać wiedzę. Poza tym była osobą wielce pobożną i pragnęła wstąpić do zakonu, czego zabronił jej ojciec, polecając rozpoczęcie studiów w Padwie. A szanowny tatuś wiele mógł, bowiem rodzina Piscopia wydała na świat kilku kardynałów i papieży. Ergo - na brak pieniędzy zapewne nie narzekał. (Pieniądz rządzi światem - to jeszcze dla kogoś tajemnica?).

Żadną tam bojowniczką Elena nie była - postapiła zgodnie z wolą ojca, choć wcale jej to nie odpowiadało. Fakt, że zrobiła doktorat jest więc dowodem wyłącznie na dwie rzeczy: była inteligentna i pracowita, a pieniądze ojca ochroniły jej życie, które niechybnie mogła stracić - niczym nasza rodzima Nawojka, co to psim swędem uniknęła stosu. (No, dobra, też dzięki pieniądzom tatusia). Polka doktoratu co prawda nie zrobiła, ale za to wyprzedziła Elenę o dwa stulecia. Nikomu, Drogie Panie, spod ogona nie wypadłyśmy!

Czyli omówiłysmy już pewną lukę w rozumowaniu - podawanie argumentu, który nijak się ma do udowodnienia tezy. I tu chciałabym powrócić do rzeczy, o której wypadało wspomnieć najpierw. Mianowicie z nieznanych przyczyn większość twórczości na tematy równościowe rozpoczyna się od próby udowodnienia, że kobiety też są - wstaw dowolne - inteligentne, silne, pracowte, dobrze kojarzące itp. Po co - ja się pytam? Równe prawa należą nam się BO JESTEŚMY LUDŹMI. Jeżeli rozpoczyna się publikację od jakichkolwiek tłumaczeń i zapewnień - to już na starcie jest droga donikąd. I jedyne, co się dzięki temu uzyskuje, to jest upewnienie interlokutora co do faktu konieczności aspirowania. My nic nie musimy udowadniać - równe prawa należą nam się jak psu buda i jeśli ktoś tego nie dostrzega - powinien się wstydzić.

Kobiety są niewolnikami wszech czasów. Wstydź się, świecie!

Ale powróćmy do postu pani Rymszewicz. Ukończywszy udowadnianie, że na świecie bywają kobiety inteligentne, posłuszne i pracowite - jeśli ktoś powie: czyli wszystkie, to oberwie - autorka płynnie przeszła do argumentacji, że kościół katolicki jest zły, bo odsądza gender od czci i wiary, nie pochylając się wcale nad zbadaniem problemu i zapoznaniem się z założeniami. Kolejny błąd. Jestem głęboko przekonana, że hierarchowie i niehierarchowie kościelni na bieżąco się ze wszystkim zapoznają. Dzięki czemu jest im łatwo celnie żądlić.

Kobiety zasadniczo mają poważny problem - jest nim niskie poczucie własnej wartości. Zaatakowane z którejkolwiek strony, natychmiast zaczynają się bronić i coś udowadniać. Kobiety mają też, od wieków wpajane, więc trudne do usunięcia, poczucie winy. Przepraszam, że znowu zahaczę o Caitlin Moran, ale palce świerzbią. Ona pisze: WYŚMIEJ TO.
Wyobraźmy sobie taką sytuację: stoicie na przystanku autobusowym. Ludu mrowie. Podjeżdża ten środek masowej zagłady, ruszacie do drzwi i nagle ktoś się odwraca i mówi: ta pani w czerwonym obuwiu, na koniec! Czerwienią obuci wsiadają ostatni. I co robicie? Tłumaczycie coś? Udowadniacie, że nieprawda, bo w konstytucji napisali, że ci w zielonych kamaszach mają być na końcu? Już to widzę. Prychacie, kreślicie kółko na czole i wtarabaniacie się do środka.
Ale jak ktoś powie, że kobietom się nie należy, do tyłu ta pani, to zaczynamy się tłumaczyć. O co kaman?

I tu doszłam do fragmentu, który spowodował, że powietrze zatrzymało się w drodze do płuc, a ślinianki gwałtownie wzmogły pracę. Uwaga, będę cytować. Gorąco Was proszę, Drodzy czytelnicy – nie mylcie obrony praw kobiet z tanim feminizmem. Ożeszjasnatwojakurwamać!!! Co? CO?! Cocococococo?! Oto mamy clou wypowiedzi, nie tylko zresztą tej. A mianowicie ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA SŁOWO. To jest właśnie druga z rzeczy, o których mówiłam na początku.

Niech mnie ktoś wyprowadzi z błędu, bo ja uważam, że jak coś robić, to dobrze. Jeśli chce się zostać elektrykiem, to warto wiedzieć, co to jest prąd, którędy płynie i że może człowiekowi przypierdolić, aż go z kamaszków wywali. Chcesz być skutecznym handlowcem? Naucz sie sprzedawać. Chcesz walczyć słowem? Naucz się za nie odpowiedzialności. Raz napiszesz i przepadło. (Ma się również do mówienia, ale może o tym innym razem).

Nie czytałam komentarzy, choć się do tego zabieram. Ale zdaje się, że więcej osób to wyusterkowało. W związku z powyższym autorka strzeliła peesa.
Drodzy, Szanowni Czytelnicy
Wybaczcie proszę, że nie nadążam odpowiadać na wszystkie komentarze. Ponieważ często pojawia się zarzut dotyczący "taniego feminizmu", pozwolę sobie wyjaśnić swoje intencje.
Z całego serca popieram wszelkie działania mające na celu zrównanie i obronę praw kobiet. Epitet "tani" odnosi się wyłącznie do dyskursu z Kościołem nt. gender.
Szkoda, że Panie pozwoliły Kościołowi strywializować problem i sprowadziły go do "seksu", "masturbacji" i przebieranek. Wielka szkoda. W tym sensie uważam polemikę o gender za tanią, płaską i czysto ideologiczną. 
Proszę, bardzo Was proszę - nie czepiajcie się słów - porozmawiajmy o kobietach, dobrze?

Otóż chciałam uświadomić autorce (sobie, Wam i całemu światu), że narzędzia należy wykorzystywać zgodnie z ich przeznaczeniem. Palce i język to też narzędzia. I nie ma chciałam powiedzieć coś innego. Mówi się dokładnie to, co chciało się powiedzieć (najlepszy przykład - oniegdysiejsza sprawa molestowania dzieci przez księży). Gdy się pisze, warto nie robić tego w emocjach. One rzadko są właściwym doradcą. No, dobra - jak trzeba dać komuś w mordę, to napędzają adrenalinę. Ale to jeden z nielicznych przypadków i tylko potwierdza regułę.
Przemyśleć.
Napisać.
Odłożyć. (Spacer, sen, pół litra wódki, komedia romantyczna, co tam kto chce).
Przeczytać. Można też dać komuś do przestudiowania i uwag wysłuchać Z POKORĄ.
Dokonać korekty. Wtedy nie będzie problemu.

Zasadniczo zgadzam się z jedną z końcowych uwag wpisu pani Rymszewicz. Też uważam, że afera o gender to nic innego, jak cyniczne odwracanie uwagi od afery pedofilskiej w kościele katolickim. No to, do licha, nie dajmy się wkręcić, co? Wszystkie nie dajmy się wkręcić. Pani Violetta również. (A piszę to specjalnie, bo...).

Szkoda, że Panie pozwoliły Kościołowi strywializować problem i sprowadziły go do "seksu", "masturbacji" i przebieranek. Wielka szkoda.
Otóż gdy o coś walczymy, nie sramy we własne gniazdo. I nie dajemy sobie wmówić, a już na pewno nie mówimy same, że jesteśmy czemuś winne. Co, znowu niska samoocena? Albo, nie daj Boże, sugestia, że są kobiety lepsze i gorsze? Mądrzejsze, światlejsze, sprawniejsze i reszta biedaczek?
Caitlin Moran pisze:
Czym jest feminizm? Feminizm to nic innego jak przekonanie, że kobiety powinny cieszyć się taką samą wolnością jak mężczyźni, bez względu na to jak bardzo są stuknięte, tępe, naiwne, źle ubrane, łysiejące, leniwe i zadowolone z siebie.
Och! Kocham ją, wiecie?

Reasumując.

Cały ten artykuł jest błędem, bo wychodzi z błędnych założeń: że musimy się z czegoś tłumaczyć, coś udowodnić, pokazać się od najlepszej strony. Nie, nie musimy. Mnie to się nawet nie chce. Po co? RÓWNE PRAWA NALEŻĄ NAM SIĘ, bo jesteśmy ludźmi! Jeśli ktoś tego nie rozumie, to jest jego, a nie mój problem. I niech się wali na ten rasistowski ryj.

Przestańmy wierzgać, złościć się, pałać świętym oburzeniem - WYŚMIEJMY KMIOTA! Potwarców mijaj obojetnie, a z głupcem się nie wdawaj w spór (owszem, Puszkin). Nie krzewić? - spytacie. Krzewić. Ale mądrze. Nie dać się tak łatwo zapędzić w ten róg, gdzie lądujemy od tysiącleci.

Czyli - miało być dobrze, a wyszło jak zawsze. Ale doceniam wysiłki.

1 grudnia 2013

1367

Na specjalne życzenie - Babcia Sąsiadka (ciag dalszy).

Pani Małgosia nadal przebywa w szpitalu. Przechodzi intensywną rehabilitację. Jest trudno.
Trwają rozmyślania nad tym, co zrobić z guzem. A właściwie z piersią, bo guz jest przecież usunięty. Sytuacja jest bardzo skomplikowana, bo jedni lekarze mówią, że mastektomia jest konieczna, a inni, że nie przeżyje chemii, która musi nastapić po operacji. Tak, wiem, cudowna historia.

Wciąż nie chce się ze mną widzieć, pytam od czasu do czasu. Jej syn mówi, że taka po prostu jest. On pamięta, żeby co jakiś czas pytać.

Nie wraca już do swojego mieszkania. Zostało wynajęte. Po szpitalu syn zabiera ją do siebie. Mam nadzieję, że to wszystko się uda, bo jeśli nie dadzą rady wypracować czegoś wspólnie, będzie musiała pójść do domu opieki. Smutne to. Miałam nadzieję na jakieś lepsze zakończenie, ale życie nikogo o zdanie nie pyta.
Wzdycham.

29 listopada 2013

1366

A teraz chwila dla zainteresowanych. W pewnym sensie nakręciła mnie na to martuuha (ładną ma najnowszą notkę o feminizmie, idźcie zobaczyć) - ona ma takie zwyczaje bezbożne, pisać do mnie nocą ciemną z żądaniem porad językowych. Niby przypuszczenie posiada, że ja coś wiem.

I tak nam się wczoraj złożyło, że wyjaśniałyśmy pisownię pewnego słowa, sięgając przy tym do jego etymologii, gdyż martuuha jest osóbką niezwykle dociekliwą i nie daje się spławiać formami typu "a skąd ja to mam wiedzieć". Uważa po prostu, że wiem i mam obowiązek natychmiast się z nią podzielić. Kocham tę moją martuuhę i się dzielę, no przecież nie będę udawała, że jestem z wykształcenia inżynierem górnictwa. Nawet zwlekłam się z fotela i poszłam na pięterko po Brücknera, który co prawda niczego nie rozjaśnił, ale dał nam chwile radości (Marcie jedną, mnie - jak zwykle - znacznie więcej). Owszem, mam w domu TEGO Brücknera z 1927 r. Mam i nie oddam*.

Dzięki tej chwilowej, nocnej uczcie intelektualnej, wpadł mi do głowy pomysł, żeby urządzić tu sobie kącik polonistyczny. Od razu podkreślę, że do niczego nie aspiruję, tytułów nie posiadam (magister to nie jest tytuł naukowy) i ogólnie się nie szanuję. Ale powiedzmy, że czasami coś gdzieś dzwoni, trzeba tylko ustalić w którym kościele. Na bardziej skomplikowane pytania odpowiada profesor Bańko. (Tak mówię, jakby się ktoś zapomniał). Są jednak sprawy proste. Jak na przykład słynne nie.

Pisowania łączna i rozdzielna przeczenia nie z różnymi częściami tego, co chcielibyśmy przekazać światu, ma swoją długą historię, okraszoną wstrętem użytkowników. Jeszcze z czasownikami to było w miarę łatwo. Od początku rozdzielnie (no, pewnie że z wyjątkami, ale dość klarownymi, czyli: niedowidzieć, niedosypiać, niecierpliwić się, nienawidzić, niecierpieć = nie znosić). Ale zaraz potem zaczynały się schody.

Co do pozostałych kwestii, to już musiano walnąć ludzkość edyktem. W związku z powyższym w roku 1918 Akademia Umiejętności zarządziła, że owo uprzykrzone nie należy pisać łącznie również z zaimkami, przysłówkami, przymionikami i rzeczownikami. Nie wpadła azali na pomysł, być wcisnąć kaganek oświaty w imiesłowy. Jednak nie zamierzam przed Państwem ukrywać, że w słownikach można było w owym czasie spotkać zalecenia, dotyczące pisowni łącznej partykuły nie z imiesłowami przymiotnikowymi, czyli: niedouczony, niedozwolony czy też nieopłacony (który to imiesłów, zwłaszcza w połączeniu z rzeczownikiem rachunek, jest mi ostatnio szczególnie bliski).

A co potem? Tylko gorzej. Nadszedł rok 1936, a z nim upragniona i wyczekana reforma ortografii. Parę spraw wyprostowano, dowalając jednocześnie imiesłowom tak, że statystyczny Polak - jeśli jeszcze do tej pory tego nie zrobił - właśnie zaczął nienawidzić wszystkich tych cholernych imiesłowów, niech je dunder świśnie. Żeby różnicować pisownię w zależności od znaczenia?! Bogobojny człowiek nie robi takich rzeczy!
A jednak.

No i się zaczęło.
Palacze, choć w danej chwili nie palący, nie powinni siedzieć w przedziale dla niepalących.
Niezbadane wyroki losu wiodą nas w gąszcz dziedzin nie zbadanych.
Mężczyzna ten miał temperament niepohamowany - nie pohamowany był żadnym zakazem.
Jednym słowem - zasadodawca zażądał od użytkownika wiedzy doprawdy tajemnej, czyli rozróżniania dwóch typów imiesłowów przymiotnikowych: w znaczeniu przymiotnikowym lub czasownikowym.
Litości.

Ale, ale! Nie wszyscy poloniści są takimi świrami, jak podejrzewacie! Piąta kolumna została utworzona, przegrupowana i rozpoczęła atak... trwający bez mała lat 61. Zasadniczo niektórzy opozycjoniści pomarli. Nawet może ich dzieci pomarły. Ale wnuki, napędzone dwoma pokoleniami podjudzaczy, doprowadziły wreszcie do stanu, o którym marzyliśmy wszyscy przez długie lata.

Moi Drodzi! Informuję Was uprzejmie, że istnieje Błogosławiona Uchwała Ortograficzna Nr 1 Rady Języka Polskiego w sprawie pisowni nie z imiesłowami przymiotnikowymi (przyjęta 9 grudnia 1997 r.), która brzmi:
Nie wykluczając zasadniczych zmian w przyszłości w polskiej ortografii, Rada Języka Polskiego podejmuje decyzję pozytywną co do łącznej pisowni "nie" z imiesłowami odmiennymi z dopuszczalnością świadomej pisowni rozdzielnej.

Prawda że pięknie? Kamień z serca. Jak pisać? Razem! Razem pisać! Nie dumać, nie kombinować, nie sięgać do kompetencji językowych, tylko RAZEM PISAĆ**! Ufff...
Cieszycie się?

Wiem, wiem, część z Was jest zapewne zaskoczona. Szczególnie faktem, że to już w 1997 r. (uprawomocniło się w 1998). Ale oj tam. Kto (oprócz mnie) śledzi pracę Rady Języka Polskiego?!
Zwłaszcza że ostatnio jakby przysnęła. Opiniuje tylko te imiona dla USC i opiniuje.
Nuda.



Posiłkowałam się artykułem jednego z moich wykładowców - profesora Edwarda Polańskiego. Pełną treść (polecam!) można znaleźć tutaj.
Natomiast do RJP - tędy. A do umiłowanej uchwały - tędy.


* Starsze książki też (buchacha!!!).
** Kto jeszcze tego ode mnie nie słyszał? Word to nie jest słownik. Word jest głupi. Będziecie się radzić idioty?!

1365

Ktoś powiedział, że zemsta to danie, które najlepiej smakuje na zimno. Był to człowiek przepełniony mądrością. Krynica. Chwała mu.

Chwila mojego tryumfu nadchodzi. Jest już blisko. Rączki zacieram.

I tak się jakoś układa, że to, co spędzało mi sen z powiek, denerwowało - niepotrzebnie przecież, niebawem obróci się przeciw sprawcy. Mało tego, z całej afery wynika kilka dobrych dla mnie rzeczy, bo ja wiedzę uważam za jedną z najwyższych wartości.

Może ja wreszcie zaczynam iść w dobrym kierunku?

28 listopada 2013

1364

95 lat temu, 28 listopada 1918 r. marszałek Józef Piłsudski podpisał dekret, na mocy którego Polki uzyskały prawa wyborcze. Mamy więc co dziś świętować, Drogie Panie.

A poza tym ładnie się zbiegło z numerem notki. W roku 1364, staraniem króla Kazimierza Wielkiego, powstał Uniwersytet, dziś zwany Jagiellońskim.

Fajnie być kobietą. Inteligentną kobietą jeszcze fajniej. Wypijmy za to!


I teraz to naprawdę brakuje guzika "lubię to" ;o)

1363

Całkiem niespodziewanie napadła mnie dziś jedna z ulubionych piosenek w wykonaniu Anny Marii Jopek (i oczywiście trzyma).


Chodzę sobie i mruczę, mruczę sobie i chodzę. Wiecie, jak to jest. I nagle...


Pogadajmy o cichych wielbicielach. To swoisty gatunek, naprawdę. Mawia się, że każda przyzwoita kobieta powinna mieć przyjaciela geja, ale ja uważam, że choć jednego cichego wielbiciela. Żeby można było za lat iks, w długie zimowe wieczory, trzęsąc się starczo - opowiadać wnukom (wnuczkom!): och! jak on się we mnie kochał!

Onegdaj w zdecydowanie za krótki i zdecydowanie niewieczór opowiedziałam martuuże (żebyś wiedziała, że tak, skoro piszesz przez h) o moim osobistym cichym wielbicielu, co nie doprowadziło jej do spazmów ze szczęścia tylko dlatego, że jest niezwykle dobrze wychowana. W każdym razie nie omieszkała wydobyć na światło dzienne kilku niepochlebnych uwag pod moim adresem. (Znowu kwestia bruzdy - lub też jej braku, kto wie - wypłynęła).

Otóż mój wielbiciel był tak cichy, że o samym fakcie dowiedziałam się od osób trzecich, zupełnie przypadkiem, w dodatku dwadzieścia lat później. Mogłabym wręcz zaryzykować twierdzenie, że był kompletnym idiotą, choć martuuha sugerowała nieco odmienne rozwiązanie. (Jest bezpośrednia). Prawdopodobnie skrywanie tego uczucia przed zainteresowaną naprawdę wiele go kosztowało. Nie był bowiem w moim życiu osobą przypadkową, tkwił tam naonczas lat z piętnaście, widywaliśmy się na co dzień. Gdy o tym obecnie myślę, to naprawdę żal mi chłopaka (no, dobra, dziś ma czterdzieści lat). Kochać się bez wzajemności w osobie spotykanej przynajmniej raz dziennie, musi być mordęgą.

Niedługo po tym, gdy tzw. osoby trzecie wyjawiły mi tę latami skrywaną tajemnicę, a ja pozwoliłam im śmiać się z mojej skrajnie zdziwionej miny przez godzinę, natknęłam się na cichego wielbiciela w internetach. Podejrzewam obecnie, że to nie był przypadek, w dodatku to nie ja się na niego natknęłam, tylko mnie odnalazł. I pierwszy raz, tak na oko po trzydziestu latach znajomości, zaproponował mi pójście na kawę! (Po śląsku to się nazywa langelajtung*). No, pewnie że się zgodziłam! W końcu w latach szczenięcych spędziliśmy ze sobą mnóstwo czasu i NAPRAWDĘ go lubiłam.
A w dodatku, posiadłszy wiedzę tajemną, chciałam go poobserwować (suka).

I co? Jajco. Nawyk zwyciężył. Na kawę nie poszliśmy, a z internetów zniknął. I tyle go widziałam. Proceder ten zapewne potrwa do końca czyjegoś życia.

Dziewczyny! Nie bądźcie takie! Sprzedajcie jakąś historię o swoim cichym wielbicielu, co? Albo chociaż o takimż koleżanki (siostry, kuzynki). Uwielbiam opowieści!


* coś w stylu: zwolniony refleks

27 listopada 2013

1362

Kiedy dotarła do mnie informacja, że TVP1 postanawia po przeszło dwudziestu latach wskrzesić Kobrę, poczułam ten miły dreszcz, który towarzyszy mi, gdy dowiaduję się, że (ach!) wreszcie wznowiono "Cholonka", w telewizji niepublicznej jakiś maniak wygrzebał spod kurzu "Zacne grzechy" lub mogę kupić na DVD "Kolację na cztery ręce". Dla smaku dodam, że po obejrzeniu tej ostatniej wstałam z fotela i biłam brawo. Tak, u siebie w domu. Aż cud, że się nie popłakałam. Geniusz w czystej postaci.

Naturalną konsekwencją było więc i napisanie notki, i informacje na fejsie. Ludzie - bierzcie i jedzcie. Nie będę takich wiadomości zostawiała zazdrośnie dla siebie. Mam nadzieję, że przyłożyłam rękę do oglądalności, czyli ok. półtoramilionowej widowni ostatniego Teatru Sensacji. Krzew się, kulturo. Rzadko się widujemy.

Pełni zapału zgromadziliśmy się przed telewizorem z dziesięciominutowym wyprzedzeniem. Sensacja to nie lada - mało się u nas ogląda telewizji, a już kupą... niespotykane. Żeby tylko to niepospolite wydarzenie nie było łabędzim śpiewem.

Dawno już nie oglądałam sztuki zagranej tak źle. Właściwie - niezagranej w ogóle. Trudno mówić nawet o aktorskim rzemiośle, artyzm pomijam. Czwórka aktorów, z których cokolwiek dobrego można by powiedzieć jedynie o Fryczu, choć i on zagrał zdecydowanie poniżej swoich możliwości. A rólkę, choć maleńką, miał całkiem przyzwoitą, i wydobyć z niej mógł o wiele, wiele więcej.
Karolak - człowiek, który w każdych okolicznościach gra tylko siebie. Sympatyczny i dający się lubić, ale niezdolny kompletnie do wyjścia poza ramy własnej cielesności i charakteru. Nie potrafię o nim nawet powiedzieć: aktor charakterystyczny. To po prostu Karolak, zupełnie odrębny gatunek. Dobrze mu w rolach łapiących za serce, zabawnych, lekko podstarzałych, niegrzecznych Piotrusiów Panów - przypuszczalnie taki ma właśnie charakter.
Baar - znakomity dowód na to, że wygląd to nie wszystko. Ładna twarz, zgrabne nogi i pustka. Mimika na poziomie ameby. Płaska, pozbawiona wyrazu, niemająca zupełnie nic do przekazania. Całkowicie położona, jedyna w tym spektaklu rola kobieca. Smutek i sromota. Żartowaliśmy, że najlepsza scena z jej udziałem to ta, gdzie Karolak wnosi ją do pomieszczenia zawiniętą w dywan. I człowiek ma nadzieję.
I wreszcie Woronicz, który swoim brakiem przygotowania na poziomie elementarnym zepsuł całe przedstawienie. Człowiek normalnie w pewnym momencie przestawał śledzić akcję i zaciskał pośladki w oczekiwaniu na kolejną wpadkę. Nie potrafię napisać nic, poza: żenujące. A przecież znam tego aktora i wiem, że potrafi.

Scenariusz? Niczego sobie. Na pewno można było wydobyć z niego i humor, i napięcie.
Scenografia? Nic ciekawego. Poprawna.
Choreografia? Nieprzemyślana. Aktorzy zasłaniali się czasem i nie grali do widza.
Publiczność w studiu? Dała się ponieść magii bezpośredniego kontaktu (co zresztą w teatrze uwielbiam).
Reżyseria... No, właśnie. Tknęła mnie, nie będę oszukiwać, myśl - a może wszystkiemu winny jest reżyser? Może nie pozwolił się aktorom rozwinąć i to on odpowiada za tę klęskę? Pewnie nigdy się tego nie dowiem.
I wreszcie autor. Szczęśliwie ominęły go wszystkie wpadki werbalne. Ale jak on się musiał czuć, skupiony - z racji bariery językowej - na grze, a właściwie jej braku? To zresztą było widać, gdy wywołano go na scenę. Wyraźnie chciał być miły.
I jeszcze ta eksplodująca optymizmem prowadząca. Coś na kształt: posikajmy się ze szczęścia. Czy naprawdę w dzisiejszych czasach w miarę inteligentny człowiek musi być nieustannie rażony prądem, by mógł odebrać jakiekolwiek bodźce?

Paradoksalnie pomyślałam dziś, że ta klapa ma jednak pozytywny wydźwięk. Pół Polski właśnie... rozmawia o teatrze! Czy można sobie życzyć czegoś więcej?

Będę oglądać wytrwale wszystkie następne przedstawienia, które - żywię głęboką nadzieję - telewizja zechce nam zaprezentować. Jakieś zasady trzeba mieć. Prawda?

1361

Pewien Bob Budowniczy


otrzymał dar serca matki w postaci swojego pierwszego "dorosłego" łóżka. Matka natomiast otrzymała dar serca Boba w postaci nocy spędzanych w pojedynkę. Oboje wydają się zadowoleni z zaistniałej sytuacji.
Dowód (połowniczny, ale zawsze):


Wpadłam tam dziś na chwilę, korzystając z przytomności Boba (zwykle, gdy przypływam, on odpływa). Na mój widok zawył radośnie:
- Ciociuuuuuu! A widziałaś moje nowe łóżko?! Mama takiego nie ma!!!
Widziałam, ale nie podzieliłam się z nim tymi szczegółami. Co ma się dziecko nie cieszyć.