Posty

Wyświetlanie postów z maj, 2007

Tu zaszła zmiana

Ledwo się wczoraj zdenerwowałam artykułem Wyborczej o kotach, a już dziś, zgodnie z komentarzem Dary pod poprzednią notką, rzeczywistość zaskrzeczała i podczas porannej prasówki wgniotła mnie w krzesło.
W prasie same hity, zwyczajnie nie wiem, co pogrubić bo:- Giertych usunął z listy lektur szkolnych Gombrowicza, Witkacego, Kafkę, Goethego, Conrada, Herlinga – Grudzińskiego, Dostojewskiego;
- władzunia opracowuje ustawę, która zakaże zgromadzeń;
- CBA szafuje słowami i podejrzanego G. nazywa doktorem Mengele;
- z radiowej Jedynki najpierw wywalono mojego ulubionego Tadeusza Sznuka, by potem posługiwać się jego głosem w spocie reklamowym rozgłośni;
- z powodu donosu sąsiadów i biurokracji odebrano rodzicom i zamknięto w placówce opiekuńczej ciężko chorego chłopczyka, który przez trzy miesiące umierał tam z tęsknoty za mamą.Nie wiem naprawdę, co się dzieje wokół mnie. Sytuacja zaczyna żywo przypominać przykłady z lektur szkolnych, w dodatku zagrożonych wycofaniem. Coraz więcej osób zaczyna d…

Wpis emocjonalny

Rozeźliłam się po przeczytaniu TEGO arytułu w Wyborczej. A ja się rzadko rozeźlam.
Odpowiedziałam TU.

Dodatkowe atrakcje

W celu zniwelowania nudy, wynikającej z:
- pracy w Archiwum X (interwencje przycichły),
- pracy w spółdzielni (następne posiedzenie 21 czerwca),
- pracy we wspólnocie (chwilowa przerwa w remoncie dachu),
uzupełniłam zajęcia o korektę pracy doktorskiej mojej koleżanki. Nie bez znaczenia jest fakt, że doktorat powstaje w Akademii Medycznej, co dostarcza mi licznych atrakcji w postaci przerażającego bełkotu, którego normalny śmiertelnik nie zrozumie, ni cholery. Niestety nie mam możliwości unikania zrozumienia tego, co czytam, gdyż korekta nie mogłaby zaistnieć w tak skrajnych warunkach.Przykłady:
„Tylko taki multidyscyplinarny wysiłek może wpłynąć na dalszy rozwój współczesnej kombustiologii”;
„Prowadzona od wielu lat w CLO w Siemianowicach Śląskich analiza czynników etiologicznych zakażeń krwi wraz z ich lekowrażliwością wykazuje znaczny udział bakterii Gram – dodatnich: Staphylococcus aureus i Staphyllococcus epidermidis, w tym szczepów metycylinoodpornych”;
„Za wirulencję tego drobnoustroju…

Wydarzenie dnia

Otóż wymyśliłam sobie, że będę codziennie robiła prasówki. No i jak złapię jakąś szczególnie wynaturzoną przez naszą kochana władzunię rzecz, to wspomnę. Bo to ucieka. A tak – codzienny przegląd nonsensów koalicji pisowsko – elpeerowsko – lepperowskiej.Dziś:
rolnicy wciąż nie płacą żadnych składek ani podatków (albo minimalne, albo VAT, który sobie odliczą), zgaduj – zgadula: kto ich utrzymuje?;
oskarżeni o napad na zabrzańskie makro 8 lat temu oddali do sądu prokuraturę (siedzieli „niewinnie” prawie trzy lata – piszę o tym, bo od jednego z tych facetów kupiliśmy mieszkanie. Bezwiednie);
no i pamiętajmy, że teletubisie to pedały!

Lawendowa dama

- O cie, w twarz!!! – wrzasnęła na mój widok sekretarka o poranku.Tak, tak, Moje Drogie Panie – wbiłam się w ten kostium w kolorze lawendy, który do tej pory zbierał jedynie kurz w szafie. Konkretnie to wbiłam się w żakiet, ponieważ uznałam, że na spódnicę jest za ciepło, a przez zupełny przypadek udało mi się kupić bawełnianą, letnią sukienczynę idealnie w tym samym odcieniu.
Bez kozery powiem – jestem z siebie dumna. Dum dum.
Nowy image zaprezentowałam również kadrówkom, które podniosły tumult i zarzuciły mhnie pytaniami w stylu: jak to znosi męska część widowni. Domyślam się, że chodzi o dekolt. Jeśli się rozniesie i dyrekcja wezwie mnie bez powodu, żeby sobie pooglądać (oczywiście wymyśli jakiś kiepski gryps, ale to nie ma znaczenia) – doniosę wam natychmiast.Oczekuję hołdów.Naturalnie nikt poniżej trzydziestki nie ma nic do powiedzenia, poczekamy – zobaczymy. Głos odbieram także Cotkowi i Cotowi – z racji wyglądu. Pozazdrościć. O drugiej-mamie nie wspominam, bo ona jest obła, ale w…

Oddałam

Panu z firmy dekarskiej, która od dziś naprawia nasz dach, dobrowolnie oddałam:1. klucze od garażu – własnego;
2. klucze od klatki schodowej – własne;
3. klucze od piwnicy – wspólnotowe, ale jedyne;
4. klucze od sąsiedniej klatki – które są własnością J.W związku z powyższymi działaniami:1. fiestunia jest bezdomna, skończył się fajny, garażowy chłodek w samochodzie, dobrze, że jest lato i nie trzeba odśnieżać, nie mam dostępu do własnego magazynu wód pięciolitrowych, Potomstwo nie ma dostępu do rolek;
2. jestem uzależniona od litości i głębi serca sąsiadów, dalej sobie poradzę, bo kluczy od mieszkania nie oddałam;
3. trzeba żyć nadzieją, że firma jest uczciwa, bo w tej części piwnicy jest wymiennikownia ciepła, a więc wszystkie (drogie jak cholera) urządzenia;
4. J. musi siedzieć w domu, gdyż obecnie nie posiadam zdolności wejścia do jej klatki schodowej w celu ewentualnego nakarmienia kota; nie mam też dostępu do poczty wspólnoty, bo skrzynka jest w drugiej klatce – no chyba, że ktoś z sąs…

Piątki – złe weekendu początki

Najprzykrzejszą rzeczą zawodową, jaka mnie dotyka, są tak zwane interwencje. Rano mnie wezwała dyrekcja i powiada:
- I co tam?
- Piatek, panie dyrektorze. Dobrze.
- Niedobrze. Musi pani jechać na interwencję.
No i kupa, jak muszę, to muszę.
Interwencje to jest oczywiście nazwa robocza. Tak naprawdę jestem posyłana w miejsca, gdzie coś się rozwala w tzw. sprawach pracowniczych. Biorę delegację i jadę na najzwyklejszą kontrolę, która wcale kontrolą nie jest, bo często chodzi o to, żeby postawić wszystkich do pionu, od dyrektora poczynając.
Dziś miałam na tapecie mobbing. To jest dopiero syf. Udowodnić się dziadostwa nie da praktycznie, a przynajmniej bardzo trudno. Zostawić pracowników po uszy w guanie nie można. Często dyrektorzy nie chcą ze mną współpracować. Nie mam praktycznie narzędzi do robienia tego, co robię, bo regulamin nie zezwala mi na przesłuchiwanie pracowników. Normalnie – kanał. W dodatku kanał wyjątkowo śmierdzący. Dziś przynajmniej było o tyle lepiej, że dyrektorką w trzepan…

Niezborność umysłowa

Nie umiem sobie kupić spodni. To jest stwierdzenie ogólne. Po prostu nie umiem i już. Zawsze, ale to absolutnie za każdym razem kupuję za duże, bez względu na to, jak bardzo oponuje pani w sklepie. Znowu to zrobiłam. Opamietanie przyszło, jak zwykle, za późno i jest po balu, panno lalu, a w gacie mogę w pasie włożyć dwie pięści i jeszcze mam miejsce na resztę mnie i kupę powietrza. Nie rozumiem tego. Inne ubrania przychodzą mi bardzo łatwo, co oczywiście nie znaczy, że przychodzą łatwo paniom w sklepie. Ze wszystkiego, co dotyka cielska, najtrudniej mi kupić stanik i okulary. Myślę, że u optyka, do którego chodzę od lat, pod stołem zamontowany jest specjaliny brzęczyk. Kiedy się zbliżam, ktoś na niego naciska, gasną światła, spadają rolety antywłamaniowe, a wszyscy uciekają na zaplecze, popychając się i wydając z siebie co chwilkę dźwięki w stylu:
- Ciiiiii….
- Ciiiiiii…….
W sklepach z bielizną obsługa płacze na mój widok. Jestem uparta jak wół, noszę tylko jedną firmę i jeden rodzaj. Zm…

Znienackowe spotkania

Zrobiłam absolutnie wszystko, co w mojej mocy, czyli zwaliłam na Szefa większość spraw, które z przydziału miałam załatwić, a ten złoty człowiek, jak zwykle, stanął na wysokości zadania. I przybyłam przed dworzec w Ligocie na jakieś 7 minut przed drugimi-rodzicami. Zadzwoniłam do drugiej mamy, niewinnym głosikiem pytając:
- A gdzie ty jesteś, kochana?
- A w pociągu. Dojeżdżam do Ligoty. A gdzie ty jesteś?
- A przed dworcem stoję.
- A nie gadaj!!! – ucieszyła się druga-mama wyraźnie, co mi niezwykle schlebiło.
Jak się uporałam z cieniem (żeby był na samochodzie), butelką z niemoralną, marynarką, kluczykami i torebką, zauważyłam, że macha do mnie jakaś urodziwa istota, której nie rozpoznałam z powodu prywatnej ślepoty. Niemniej, jako że komórki (w mózgu, w mózgu!) mi się czasem zderzają, doszłam do wniosku, że to osławiona urocza dama, która również oczekiwała pod dworcem, kisnąc sobie w upale. Jak na to wpadłam, natychmiast zaczęłam odmachiwać uroczej radośnie, nie bacząc na fakt pozostawan…

Love story zwykłych ludzi

Nie mam zbytnich ciągotek do uprawiania rozrywki, jaką jest czatowanie. Ale wyznaję, że kiedyś mi się zdarzyło.
Na czacie onetu. Tacy się tam fajni ludzie zgromadzili, nie szukali nie wiadomo czego, wymieniali się uwagami o pracy, żartowali i śmiali się wspólnie. Do dziś z niektórymi utrzymuję kontakt w realu. Kupuję ich dzieciom prezenty na Mikołajki, piszę kartki świateczne, wiszę na GG. To był fajny okres – zawisało się milcząco na czas wykonywania różnych zadań w pracy, a potem strzelało lewiznę na czacie.
No i tam go poznałam – zaczynał przede mną. Już tam był, kiedy przyszłam i jakoś tak zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Najpierw w ogólnej dyskusji grupowej, potem częściej sami – na privie (nie wiem, jak to teraz wygląda, od lat nie próbowałam). Potem nasz programik do sms zamienił się w GG i coraz częściej zarzucaliśmy towarzystwo znajomych na rzecz wielogodzinnych rozmów we dwoje. Zaczęliśmy do siebie dzwonić. Z początku tylko w pracy, potem popołudniami i wieczorami. Spędzaliśmy ra…

Obchody Dnia Kretyna

O godz. 11.oo wysłałam do kretyna sms o następującej treści:
„Informuję uprzejmie, że twoja córka, mimo swego wątpliwego zachowania, nadal żyje, wobec tego obowiązek alimentacyjny nie wygasł, wynosi 4oo zł, płatne do 1o. O każdej zmianie zawiadomię natychmiast”O 14.3o obudził się i zadzwonił:kretyn: Nie wytrzymałaś, tak?
ja: Jest 21. Twoje zobowiązanie wobec córki ma datę DO 1o.
kretyn: I co, nie wytrzymałaś! Musisz pisać sms!!!
ja: A propos. Kiedy zamierzasz spłacić swojej córce zaległości alimentacyjne, które narosły już do ponad 3.ooo zł? I to bez odsetek.
kretyn: Pocałuj mnie w dupę. Jestem nieściagalny.
ja: Wiesz, myślałam, że kiedyś zrozumiesz – to nie o komornika chodzi. Masz jedno dziecko i się na nim wyżywasz. Kogo chcesz ukarać? Małą?
kretyn (w roli wujka z Ameryki): Mogę ją zabrać na wakacje.
ja: Dokąd?
kretyn: Nie wiem.
ja: Zadzwoń, jak się dowiesz.
kretyn: Do niej zadzwonię, zapytać czy chce.
ja: Do mnie najpierw zadzwoń – zapytać czy pozwalam.Wniosek: Uwaga! Byłam kiedyś żoną kretyn…

Było już o wszystkich prawie kotach

Obraz
Oprócz Pana Stefana, który był pierwszy i otworzył drzwi do naszych serc wszystkim pozostałym futrzakom. Obiecałam kiedyś, że napiszę o nim notkę, ale trudno mi się do tego zabrać. Postanowiłam, że w końcu to zrobię, będę miała z głowy i nie będę już musiała do tego wracać. Takie katharsis.
Pan Stefan był jedynym kotem, na którego zdecydowaliśmy się świadomie (wszystkie pozostałe pojawiają się w dziwacznych okolicznościach). Znaczy ja i Szef – bo Potomstwo otrzymało towarzysza zabaw w prezencie na ósme urodziny. Pojechaliśmy po niego nie określając Potomstwu celu wyprawy. Stanęliśmy przed domem znajomych, powiedziałam, żeby poczekali, że muszę coś załatwić. Po paru minutach wróciłam, niosąc na rękach to:Potomstwo zamarło – nie spodziewała się dziecina. Zamarła tylko na trzy sekundy, a potem zalała ją fala czułości – zresztą sami powiedzcie, czy można było nie pokochać od pierwszego wejrzenia kogoś takiego!
Byłam spokojna, że maluszkowi nie stanie się krzywda – Potomstwo było od urodzeni…

Dyskusje z Archiwum X

Osoby:
dyrektor sąsiedniego centrum*
sekretarka
kierownik wycierucha
wycieruch domowy
Miejsce akcji:
sekretariatCzas akcji:
10.00wycieruch (do sekretarki): I chyba się wczoraj przejadłam, zaszkodziło mi.
sekretarka: A co robiłaś wczoraj na obiad?
kierownik - ślini się
dyrektor – przechodząc przystaje w sekretariacie i się skupia
wycieruch: Łososia upiekłam i brokuły w sosie beszamelowym. I pieczareczki. Z cebulką.
kierownik – ślini się
dyrektor – wchodzi do swojego gabinetu
sekretarka: Mniam.
wycieruch: No i coś mi zaszkodziło.
kierownik – milczy zawieszając wzrok na wycieruchu
dyrektor (wkracza na powrót do sekretariatu i staje przed wycieruchem): Chciałem tylko powiedzieć, że brokuły z sosem beszamelowym – pycha!
wycieruch: I łosoś pieczony.
sekretarka – wpada pod biurko ze śmiechu
kierownik – zamiera
dyrektor: Tak, łosoś też. Mniam. (Wchodzi do swojego gabinetu)* Dyrektor ten nie jest zwierzchnikiem wycierucha, choć kiedyś był. Tymaczasem stosunki są jedynie poniekąd towarzyskie. Innej nazwy nie znajdu…

Parasolewo

Kierowniczek pożyczył ode mnie parasol, który przypadkowo kurzem naciągał w szafie w pracy, bo bez parasola nie było szans na dojście do banku. Po jego powrocie rozmawialiśmy o deszczu:
- Wiem, że ten deszcz jest bardzo potrzebny, wszędzie susza – mówię – ale naprawdę mam juz dość. Jest połowa maja, a zimno, jak w psiarni.
- A oglądałaś prognozę pogody? W poniedziałek ma być 31 st!SUPERRRRRR!
Tylko muszę prędko kupić nasiona trawy, zmusić Szefa, żeby skosił trawnik w sobotę rano (bez względu na pogodę) i rozsiać. Bo potem może już nie być deszczu, nic mi nie urośnie i ptaki wszystko wydziubią.
A co ja? Stołówkę prowadzę???Aha – podpisujemy dziś umowę na remont tego nieszczęsnego dachu i pewnie od poniedziałku się zacznie! Cieszę się i jestem przerażona, czyli uczucia ambiwalentne.

Kaszlę okropnie

Zaczęło się kilka dni temu. Niby wiosna. Niby w miarę ciepło. A ja się zaziębiłam. Już wczoraj rano dość mocno odczuwałam, że dopadło mnie przeziebienie, a po wyjeździe do Bielska czuję, że mi świszcze w oskrzelach. Ładnie. Dziś rano w pracy dostałam takiego ataku kaszlu, że mało się nie udusiłam. Nie ma to jak chorować w nietypowym terminie – nawet się nie można pocieszyć, że inni też tak źle mają.Na diecie jestem nadal – to tak na marginesie. Waga prawie stoi w miejscu, „ale ci bluzka wisi!!!” ;o))
No.
Przymierzyłam kostium, ten – co wiecie – i weszłam w niego oraz się dopiełam. Na wdechu ;o)
Jeszcze trochę.
Godzina zero: 5 lipca – wyjazd na wczasy. I z kostiumem nie ma to nic wspólnego. Chyba że z kąpielowym.

Mam dość

L E D W O ż Y J E…Oto czego nie lubię najbardziej: kontrolować ludzi. W ogóle nie mam duszy faszysty. Niu niu niu. W efekcie moje kontrole wyglądają tak, że to jest zwyczajne doradztwo zawodowe. Z ciężkim sercem przychodzi mi spisywanie protokołu pokontrolnego, a już najsłabiej – pisanie zaleceń pokontrolnych. W efekcie napisałam dziś zaledwie cztery zalecenia, chociaż prawdopodobnie mogłabym 40. Ale ja tam jestem zdania, że co włożysz, to wyjmiesz. Daj Boże, żeby chcieli dobrze pracować, to już wystarczy. Jak wyciągną wnioski z tego, co mówię, to ja będę zachwycona. To mi wystarcza.Tymczasem dotarłam do domu i widzę, że na oczy nie widzę.
Potomstwo pojechało na wycieczkę trzydniową, więc idę zdychać w kącie, a Szef niech zmajstruje jakiś obiad.
Arivederci!

Wątpliwej jakości komplementy

Walczę w pracy z najnowszym tematem na wczoraj. Moja centrala ma zwyczaj zapominać, że pewne zadania są powtarzalne i zamiast przygotowywać sobie grunt do ich wykonania w stosownym czasie, wywala się z zadaniami, które mają termin na jutro. Wiem, wiem, też tak pewnie macie. Ale wyobraźcie sobie, że pracujecie – tak jak ja – w firmie, która jest największym prawdopodobnie pracodawcą w kraju. Jeśli przełożycie pewne zadania na taki rozmiar, to zaczyna wyglądać nieco inaczej. Trzeba wziąć jeszcze pod uwagę, że w Warszawie – jak to często bywa – siedzą ludzie, którzy od terenu oddaleni są tak, że kompletnie nie mają pojęcia, skąd biorą się niektóre zjawiska. Już po kształcie np. tabel do wypełnienia, łatwo można się zorientować, że osoba, która je tworzyła, nie ma zielonego pojęcia o tym, co robi. Czy nie wsydzilibyście się wysyłać w całą Polskę bzdur, które rzucają się w oczy od pierwszego wejrzenia? Bo ja bym się wstydziła. Naprawdę. Jakiś goguś, cieplutki jeszcze i nowo nabyty, popisuj…

Klęska

Wyłączyli mi ciepłą wodę na trzy dni!!!
Nie mam wanny!!!
Jak się myć???JAK żYć???

Notka może nawet wstydliwa

Zrobiło się ciepło. Wiem, że na krótko, ale nie zamierzam się tym martwić – teraz to się tylko cieszę, że słońce świeci i mam bose stopy. No właśnie – to jest ta wstydliwa część. Otóż muszę się przyznać, że jednym z konstytutywnych aspektów mojego ukochania lata jest chodzenie w sandałkach, klapkach bez palców itp. Że o bieganiu boso po trawie czy piasku już nie wspomnę, bo to tylko okazjonalnie, niestety. No więc uwielbiam to chodzenie bez skarpetek, rajstop, pończoch. Nałogowo uczęszczam do kosmetyczki, ponieważ wyznaję zasadę, że sama sobie takiego ślicznego pedicure’u w życiu nie zrobię. Nie potrafię się co prawda skusić na – ponoć najmodniejszą w tym sezonie – kwistą czerwień na paznokciach u stóp (dłonie to coś innego), ale pani Sylwia robi mi piękny i delikatny jak mgiełka french i jest bosko. No to przyznaję się tutaj, że nie jestem żadną tam heroiną, tylko zwykłą kobietą, która lubi być zadbana i w miarę przyjemna wizualnie.
Naturalnie istnieje druga strona tego medalu – sanda…

Nie mogę

Nie mogę, normalnie, z tym chłopem! Ma jakieś przesilenie wiosenne. Stoi bezradny jak dziewica orleańska – chyba będę musiała nakopać mu w szmaty. Kocham tego człowieka nad życie, ale jak czasem widzę jego bezbronne spojrzenie, to mam ochotę przysolić mu w kostkę, aż zadzwoni.
To tyle, motyle.

Nigdy nie wątp w skuteczność wycierucha

Zebranie we wspólnocie odbyło się wczoraj o 17 i uwieńczone zostało sukcesem. I to niebylejakim. Mało, że dokonano wyboru firmy do wykonania remontu. Mało, że podpisano zaprojektowaną przeze mnie uchwałę o dodatkowych wywozach śmieci na koszt poszczególnych właścicieli mieszkań. Mało, że nie było żadnych pyskówek i kłótni, a zebranie zakończyło się po godzinie w przyjemnej atmosferze. Mało, że niektórzy zostali towarzysko na pogaduszki i kawę.
Mało.
Bo przede wszystkim udało mi się sprowokować towarzystwo do zobowiązania się, że w lipcu wpłacą od dwóch do czterech czynszów z góry – na koszty remontu. I mam to na piśmie! Wszyscy obecni podpisali stosowne oświadczenia!
Jestem bogiem tego interesu, nawet własny chłop mnie pochwalił, a to już – Proszę Szanownych Państwa – nie byle co!
Wychodzi na to, że jestem przekonująca.
Tak bardzo się cieszę – ten remont zaplanowany jest od 2001 r. i dopiero nam uda się go zrealizować. I to po trzech miesiącach zarządzania bałaganem. Jest dobrze.
Z wykonawc…

No już dobra, było tak…

Wjechałam w cichą, zieloną uliczkę. Nie musiałam wypatrywać numeru domu, ponieważ we właściwym miejscu czekała na mnie urocza dama z niezwykle sympatycznym czworonożnym dżentelmenem, którzy – po wymianie powitań – zabrali mnie ze sobą do domu.No i się zaczęło!
Najpierw przywitałam się z Niezastapionym, ale krótko i zdawkowo, ponieważ zostałam natychmiast ograbiona z mineralnej, odarta z okrycia wierzchniego i odholowana do Mamy. Mama, Moi Drodzy, jest przemiłą starszą panią, niezwykle aktywną intelektualnie, czego dowodem niech będzie natychmiastowa krótka dyskusja o polityce, sposobie przekazywania informacji przez media oraz ogólej sytuacji światowej. Nie dano mi się zbytnio zagłębić w ten wysublimowany dyskurs, ponieważ zostałam porwana i usadowiona przy stole, wśród nieprawdopodobnie kuszących zapachów. Krynia, wywiedziawszy się uprzednio o moje preferencje kulinarne, na wszystko była przygotowana. Siedzieliśmy we troje z Niezastąpionym, opowiadaliśmy sobie różne rzeczy i zaśmiewal…

I wyszło szydło z worka

Tak, nie myliliście się. Za tą fasadą musiało się coś kryć. Jestem wredna. Podła i okrutna. Fałsz wycieka mi wszystkimi porami skóry.
Okazało się, że jestem innym człowiekiem niż wszyscy podejrzewaliście? I dobrze. Tak myślcie. Nie przeszkadza mi to w żadnym stopniu.Pamiętajcie tylko, że Pismo mówi: niech nie wie twoja ręka prawa, co robi ręka lewa.A jak mi przejdzie, to zamieszczę notkę o wczorajszej wizycie u Kryni02. Bez względu na to, czy kogokolwiek to obchodzi. W końcu to mój blog.

Nowe przyjaźnie

Donoszę uprzejmie, że zaraz po pracy wybieram się w odwiedziny do pewnej uroczej damy o imieniu Krystyna. Już wiem, że czekają mnie tam różne przyjemności: własnoręcznie przygotowany przez Krysię obiadek, siedzenie w ogródku, śmichy – chichy i rozmowy od serca. Bardzo mnie to cieszy, że z historii drugich – rodziców, która była przecież straszna, wynikają różne przemiłe rzeczy: znajomości, przyjaźnie, pomoc, wsparcie, ciepło, wiara w ludzi. Życie bez tego byłoby bez sensu.Na osłodę:
Dialogi z małżeńskiego łoża.Osoby:
wycieruch domowy
Szef
Miejsce akcji:
wiadomoCzas akcji:
23.00wycieruch domowy: Pranie wyszło z kosza. Gadać się nie chce. Poczekam, aż skończą ci się majtki i umrę ze śmiechu. Zapomnieliście oboje do czego służy pralka?
Szef (lapidarnie): Z całą pewnością ta dieta powinna skończyć się natychmiast!

Przychodzi baba do lekarza albo coś w tym stylu

Coś w tym stylu, bo przychodzi do mnie, a ja lekarzem być mogę jedynie dla zbłąkanych dusz. Lokator przychodzi. Lokator jest jeszcze ciepły, kupił mieszkanie miesiąc temu i nawet w nim nie mieszka – przyjeżdża tylko popatrzeć, co sobie i jak wyremontuje. Podejrzewam, że mamy go z głowy na rok, bo niewiadomo, czy do tego remontu w ogóle dojdzie. Ale ad rem! Przychodzi ów lokator i ma odkrywcze pomysły. np. jeszcze nie mieszka, ale uważa, że NATYCHMIAST musimy się zabrać za remont drogi dojazdowej do budyku (ok. 20 m), która nie dość, że nie jest naszą własnością, to jeszcze – jak podejrzewam – jest w pogardzie magistratu. Wiem, że nie powinnam go spuszczać w klozecie w pierwszej minucie, ale do histerii doprowadza mnie ktoś, kogo nie interesuje zapoznanie się ze środkami na koncie, ale za to ma podejście życzeniowe. Głupie w dodatku. Głupie, bo:
1. jesteśmy na dwa dni przed wyborem oferty do remontu dachu (o czym on doskonale wie), który MUSIMY zrobić, a kasy nie mamy;
2. zaraz po tym (p…

Koszmar komunikacyjny

Donoszę uprzejmie, że Potomstwo postanowiło się usamodzielnić komunikacyjnie. Pomysł uważam za dobry – ja w jej wieku dawno poruszałam się samodzielnie. Problem tkwi jedynie w tym, że ja sama od lat nie używam komunikacji miejskiej. Przez te lata wszystko stanęło na głowie i nie mam najmniejszego pojęcia, jakimi autobusami czy tramwajami Potomstwo miałoby podróżować. Na szczęście KZK GOP uprzejmy jest prowadzić stronę internetową, na której pięknie pokazuje trasy komunikacyjne, godziny odjazdów i inne pierdoły, natomiast kto wyobrazi sobie przez chwilę, jaka jest skala problemu w obrębie aglomeracji śląskiej, ten od razu się zorientuje, ile samo wyszukanie odpowiednich numerów pojazów zajmuje mi czasu.
Dodatkowo okazuje się, że ni hu hu, Potomstwo musi się przesiąść przynajmniej dwukrotnie. To oczywiście wiąże się z: autobus mi uciekł, a nastepny za godzinę. Podejrzewam, że po jakimś czasie sama nauczy się kombinować z różnymi środkami transportu tak, żeby w miarę płynnie dostać się z …

Temat zagrzebany chwilowo

Donoszę uprzejmie, że trwam i silną wolę mam. Upłynęły trzy tygodnie i na liczniku jest 7 kg. Nie tracę wiary ani zapału, co rokuje przyzwoicie dla kostiumu w kolorze lila czy bzu, który wciąż jeszcze wisi w szafie ometkowany.
Proszę łaskawie zwrócic uwagę na samozaparcie związane z pobytem u drugich-rodziców, który – jak wiadomo – obfitował w obiadki oraz ciasta wykonane samodzielnie przez gospodarza. A drugi-tata nie ułatwiał, dręcząc mnie wielokrotnie na okoliczność pochłonięcia ciasteczka, a w ramach nieustepliwości proponował nawet, że własnoręcznie wydłubie dla mnie z ciasta truskawkę. Od której, jak wieść gminna niesie, się nie tyje. I ja się oparłam!!! Ale muszę przyznać, że zimny pot już rosił moje skronie.Podsumowując: jestem dzielna jak czterej pancerni, co nie znaczy, że należy zaprzestać wspierania mnie w boju pozytywnymi myślami, słanymi w kierunku Śląska.
Za co wszystkim dziękuję.

Veni, vidi

Widziałam, że druga-mama już wszystko doniosła, więc w zasadzie nie mam nic do dodania. Poza tym, że ja też się bardzo stęskniłam. Że czekałam i czekałam, i nie mogłam się doczekać. I że było mi bardzo dobrze siedzieć na Magdusinym ganku w deszczu, śmiać się i opowiadać, opowiadać bez końca.
Drugi-tata – niesamowicie. Przechodzi wszelkie oczekiwania. Ugotował dla nas obiadek, upiekł DWA ciasta! Cały czas był z nami, rozmawiał, dowcipkował i naturalnie – dokuczał. Wiadomo powszechnie, że on nie może być w moim towarzystwie przez dłużej niż pięć minut i mnie nie podszczypać. Emocjonalnie, oczywiście. Pewnie nawet nie wie, jak mnie te jego podszczypywanki cieszą.
Przy okazji wysnułam odważną teorię, że wpływam na drugiego-tatę motywująco i za każdym razem, jak się spotykamy, musi coś udowodnić. Wczoraj na przykład wybrał się do sklepu. Pierwszy raz. Druga-mama nie mogła wyjść z podziwu. Teraz będzie śmigał po bułeczki świtkiem-rankiem ;o)
Wszystkim, którzy czytali u drugiej-mamy, że dzieci …

Przyzwyczajam się do ludzi

To nie moja wina. Taki mam układ organizmu. Robię zakupy stale w sklepie niedaleko domu, od lat chodzę do tego samego dentysty, od mojej fryzjerki jestem uzależniona. Nie bardzo lubię tłumaczyć, o co mi chodzi. Ludzie, których znam od lat, zwyczajnie to wiedzą. Do załamania nerwowego doprowadza mnie potrzeba wytłumaczenia, jaką chcę mieć fryzurę. Aneta nie pyta. Strzyże mnie od lat, wie co lubię, a czego nie i w tych granicach składa mi różne oferty oraz proponuje nowe rozwiązania. Zaprzyjaźniona pani w sklepie nie wpycha mi szynki nie pierwszej świeżości. Moja dentystka nie docieka, czy wytrzymam wiercenie bez znieczulenia (nie wytrzymam).
Lubię, jak ludzie się do mnie uśmiechają i nie jest to wyłącznie uśmiech służbowy. Dlatego przeprowadzki są dla mnie kłopotliwe. Muszę albo poznawać nowych ludzi, albo dojeżdżać do tych poprzednich. Zmieniłam kosmetyczkę – bardzo duże osiągnięcie. Nowa oczywiście rozpoznaje mnie z kilometra, wiem, że ma dwoje dzieci – synków – w wieku przedszkolnym…

Leniuchy

Nic nie robię. Nic. Nicusieńko. Leniwce włażą przez okna, rozłażą się po ścianach. Wspólny rytm życia matki i córki trwa. Dziś dostałyśmy już szczytowego ataku – rozłożyłyśmy po południu kanapę w dużym pokoju przed telewizorem i postanowiłyśmy tam zgnić marnie. Nie udało się, ale przespałyśmy się uczciwie. Wcale nie uważam takich chwil za zmarnowane. Zwykle mam mało czasu na leniuchowanie, albo wcale go nie mam. Jak sobie pogram z Potomstwem w karty, pośmieję się na „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”, machnę od niechcenia racuchy albo jakąś sałatkę – to jestem w pełni uszczęśliwiona. Kocham mój dom i jak ognia unikam wyjazdów służbowych. Storpedowałam już chyba z 10 narad wyjazdowych. Aż dziw, jaka jestem skuteczna.Żeby nie było – dieta trwa. Ubytek wagi – 5 800 kg. Walczę dalej. Potomstwo od niechcenia zapytało dziś w kuchni:
- Masz jakiś plan, kiedy zamierzasz przestać?
Otóż nie mam.
Zawsze jest tak, że w pewnym momencie wszystko szlag trafia, bo człowiek już dłużej nie może. Zobacz…