31 maja 2007

Tu zaszła zmiana

Ledwo się wczoraj zdenerwowałam artykułem Wyborczej o kotach, a już dziś, zgodnie z komentarzem Dary pod poprzednią notką, rzeczywistość zaskrzeczała i podczas porannej prasówki wgniotła mnie w krzesło.
W prasie same hity, zwyczajnie nie wiem, co pogrubić bo:

- Giertych usunął z listy lektur szkolnych Gombrowicza, Witkacego, Kafkę, Goethego, Conrada, Herlinga – Grudzińskiego, Dostojewskiego;
- władzunia opracowuje ustawę, która zakaże zgromadzeń;
- CBA szafuje słowami i podejrzanego G. nazywa doktorem Mengele;
- z radiowej Jedynki najpierw wywalono mojego ulubionego Tadeusza Sznuka, by potem posługiwać się jego głosem w spocie reklamowym rozgłośni;
- z powodu donosu sąsiadów i biurokracji odebrano rodzicom i zamknięto w placówce opiekuńczej ciężko chorego chłopczyka, który przez trzy miesiące umierał tam z tęsknoty za mamą.

Nie wiem naprawdę, co się dzieje wokół mnie. Sytuacja zaczyna żywo przypominać przykłady z lektur szkolnych, w dodatku zagrożonych wycofaniem. Coraz więcej osób zaczyna dostrzegać, że władzunia chce nam zafundować państwo totalitarne, no nie bójmy się tego słowa. Temat ten stał się zarzewiem ostrej wymiany zdań pomiędzy mną a Protoplastą z okazji ostatniego zlotu rodzinnego. Otóż Protoplasta wysnuł teorię, że władzunię w tym kraju wybiera tzw. motłoch, bo nim łatwo kierować, a kasta wykształciuchów nie ma w tej kwestii zbyt wiele do powiedzenia, bo jest w odwrocie. Teoria ta wzbudziła we mnie, skłonnej do samokrytycyzmu i przypatrywania się sobie i podobnym mi osobom bez zbytniego uwielbienia, falę buntu i prawdomówności. Się zwróciło Protoplaście uwagę, że wykształciuchy są przeintelektualizowane, pieprzą przy zastawionych stołach, a gdy dochodzi do potrzeby czynu, to idą sobie poczytać. A potem śmiało mogą sobie pozwalać na różne teorie.
- Jesteśmy winni, Tatusiu! – grzmiałam, a rodzina chowała się po kątach – Właśnie ja i Ty!!! Przyznaj się, uderz się w klatę cherlawą, do cholery! Od kiedy pamiętam, onanizujemy się intelektualnie i idziemy głosować niezgodnie ze swoimi przekonaniami, ubierając to zgrabnie w sformułowania typu: głosuję przeciw. Nie robimy niczego konkretnego, żeby się sprzeciwić!
- Jestem stary, do diaska!!! – wrzasnął Protoplasta w odpowiedzi – Po siedemdziesiątce to się nawet biletu w tramwaju nie kasuje!!!
- Pocałuj mnie w kant!!! Jesteś opiniotwórczy! Wychowujesz pokolenia wykształciuchów. Przydaj się! I nie zawsze byłeś stary, jak to określasz, ale zawsze byłeś nośnikiem typowych cech wątłego intelektualisty!
- Stworzyłem potwora! – pisnął Protoplasta, jakby usiadł na pinesce.
- Wychodzę – podsumowałam, kokosząc się na krześle.
- Co: wychodzę! Co: wychodzę!!! Nigdzie nie wychodzisz!!! Nie mam tu lepszego partnera do kłótni od własnego dziecka!

No i tak to jest, moi drodzy. Już czas, żebyśmy uderzyli się w te piersi cherlawe i wreszcie dla odmiany coś zrobili, zamiast gadać. Bo zrobiło sie naprawdę źle. Idę uzupełniać bibliotekę zanim Potomstwo dorośnie, a podpory naszej kultury znajdą się na indeksie.

PS Dowcip wczoraj usłyszałam. Na czasie.

Przyjeżdża premier Jarosław do jedej ze szkół podstawowych na wizytację. Wchodzi do klasy i pyta uczniów:
- Kto mi powie, co to jest: tragedia?
- Jeśli z siostrą pomagałybyśmy rodzicom w polu – zgłasza się Marysia – i siostrę przejechałby kombajn, to byłaby to tragedia.
- Taaaa… – odpowiada premier Jarosław – taaa… Z tym, że to by nie była tragedia, tylko wypadek.
- Już wiem – wyrywa się do odpowiedzi Krzysio – Gdybyśmy jechali całą klasą na wycieczkę autokarem i on wpadłby do rowu, a wszyscy by zginęli, to byłaby to tragedia!
- Taaa… – odpowiada premier Jarosław – taaa… Z tym, że to by nie była tragedia, tylko niepowetowana strata.
- Już wiem! – zgłasza się Jasio – Gdyby nasz pan premier i jego brat, pan prezydent, lecieli gdzieś swoim rządowym samolotem i ktoś by go zestrzelił, to To właśnie byłaby tragedia!
- Dobrze! Masz rację! A dlaczego? – pyta premier Jarosław.
- No bo to nie byłaby niepowetowana strata, a już na pewno nie wypadek!

30 maja 2007

Wpis emocjonalny

Rozeźliłam się po przeczytaniu TEGO arytułu w Wyborczej. A ja się rzadko rozeźlam.
Odpowiedziałam TU.

Dodatkowe atrakcje

W celu zniwelowania nudy, wynikającej z:
- pracy w Archiwum X (interwencje przycichły),
- pracy w spółdzielni (następne posiedzenie 21 czerwca),
- pracy we wspólnocie (chwilowa przerwa w remoncie dachu),
uzupełniłam zajęcia o korektę pracy doktorskiej mojej koleżanki. Nie bez znaczenia jest fakt, że doktorat powstaje w Akademii Medycznej, co dostarcza mi licznych atrakcji w postaci przerażającego bełkotu, którego normalny śmiertelnik nie zrozumie, ni cholery. Niestety nie mam możliwości unikania zrozumienia tego, co czytam, gdyż korekta nie mogłaby zaistnieć w tak skrajnych warunkach.

Przykłady:
„Tylko taki multidyscyplinarny wysiłek może wpłynąć na dalszy rozwój współczesnej kombustiologii”;
„Prowadzona od wielu lat w CLO w Siemianowicach Śląskich analiza czynników etiologicznych zakażeń krwi wraz z ich lekowrażliwością wykazuje znaczny udział bakterii Gram – dodatnich: Staphylococcus aureus i Staphyllococcus epidermidis, w tym szczepów metycylinoodpornych”;
„Za wirulencję tego drobnoustroju odpowiada wiele czynników, w tym: proteazy, cytotoksyny, fosfolipazy, polisacharydy otoczkowe i LPS, które umożliwiają kolonizację, penetrację i przeżycie, pomimo działania mechanizmów obronnych gospodarza”.
Cud, miód.
Do bełkotu dołączono liczne tabele, wykresy oraz wyjątkowej obrzydliwości zdjęcia, np. oparzenia głębokiego III stopnia odbytu. W dodatku dołączono w kolorze i bez ostrzeżenia, a ja – gdybym chciała coś takiego oglądać – z całą pewnością poświęciłabym się naukom medycznym, a nie jakiejś tam śmiesznej lingwistyce.
Nie narzekam wobec tego na brak bodźców.

Jeden z nowych członków rady nadzorczej zawisł na mnie oczami na początku wczorajszego posiedzenia i do końca nie mogłam go odwiesić, co jest irytujące wysoce, a także przeszkadza mi w pracy, w której za podjęte przez siebie decyzje ręczę całym swoim majątkiem oraz narażona jestem na odpowiedzialność karną, a dostaję jakieś psie pieniądze. W związku z powyższym na kolejne spotkanie przyjdę w worku, który dodatkowo zawiążę sobie nad głową, żeby nie było żadnych wątpliwości, co sądzę o podobnych poczynaniach.

Empirycznie stwierdziliśmy wczoraj w sypialni, że przestaliśmy rozmawiać ze sobą normalnie. Tematyka dialogów partnerskich oscyluje ostatnio wyłącznie wokół spraw wspólnotowych, firmy, którą puszcza w ruch Szef, że o Archiwumoiksowych nie wspomnę. Żadnych wzruszeń i przemyśleń. Zapomniałam napisać, że wciąż mówimy o pieniądzach? Ba!

Potomstwo podkręca się w usamodzielnieniu i staje się wytrawnym podróżnikiem komunikacją miejską. Dodatkowo przynosi ostatnio same 6, 5 i 4. Szkoda, że nie przez cały rok, bo na niektóre rzeczy jest już zwyczajnie za późno. Oby się pani z historii ulitowała i dała jej na koniec dostateczny! Jutro Potomstwo zaatakuje ją referatem o kampanii wrześniowej.

Dzisiejszy poranny polecony od wagi przyniósł kolejną miłą niespodziankę. Pewnie dlatego, że wczoraj zwyczajnie nie miałam kiedy zjeść, a pracowałam na wysokich obrotach przez 14 godzin. W związku z powyższym mało nie pobiłam Szefa, kiedy wieczorem dogorywającej na kanapie ukochanej kobiecie oznajmił:
- Mam świetny pomysł! A może zaczelibyśmy biegać??

Jak sądzicie, czy to by podpadło pod zabójstwo w afekcie? A może pod obronę konieczną??

PS
Z dzisiejszej prasy:
nowa powszechna rozrywka wyższych klas (nagrywanie) święci kolejny tryumf: nagrano rozmowę Giertycha z Likusem;
wyrok sądu: Wierzejski kłamie, ale nie zniesławia (Michnika);
zakazano picia wódki na ulicy – ale nie martwcie się: w Rosji;
jakiś dupek z wrocławia publicznie oświadczył, że prof. Miodek był informatorem SB;
HIT: w Holandii w piątek TV wyemituje program, w którym śmiertelnie chora kobieta wybierze jednego z trzech kandydatów do swojej zdrowej nerki. A telewidzowie będą wysyłali sms, próbując wpływać na jej decyzję.

29 maja 2007

Wydarzenie dnia

Otóż wymyśliłam sobie, że będę codziennie robiła prasówki. No i jak złapię jakąś szczególnie wynaturzoną przez naszą kochana władzunię rzecz, to wspomnę. Bo to ucieka. A tak – codzienny przegląd nonsensów koalicji pisowsko – elpeerowsko – lepperowskiej.

Dziś:
rolnicy wciąż nie płacą żadnych składek ani podatków (albo minimalne, albo VAT, który sobie odliczą), zgaduj – zgadula: kto ich utrzymuje?;
oskarżeni o napad na zabrzańskie makro 8 lat temu oddali do sądu prokuraturę (siedzieli „niewinnie” prawie trzy lata – piszę o tym, bo od jednego z tych facetów kupiliśmy mieszkanie. Bezwiednie);
no i pamiętajmy, że teletubisie to pedały!

Lawendowa dama

- O cie, w twarz!!! – wrzasnęła na mój widok sekretarka o poranku.

Tak, tak, Moje Drogie Panie – wbiłam się w ten kostium w kolorze lawendy, który do tej pory zbierał jedynie kurz w szafie. Konkretnie to wbiłam się w żakiet, ponieważ uznałam, że na spódnicę jest za ciepło, a przez zupełny przypadek udało mi się kupić bawełnianą, letnią sukienczynę idealnie w tym samym odcieniu.
Bez kozery powiem – jestem z siebie dumna. Dum dum.
Nowy image zaprezentowałam również kadrówkom, które podniosły tumult i zarzuciły mhnie pytaniami w stylu: jak to znosi męska część widowni. Domyślam się, że chodzi o dekolt. Jeśli się rozniesie i dyrekcja wezwie mnie bez powodu, żeby sobie pooglądać (oczywiście wymyśli jakiś kiepski gryps, ale to nie ma znaczenia) – doniosę wam natychmiast.

Oczekuję hołdów.

Naturalnie nikt poniżej trzydziestki nie ma nic do powiedzenia, poczekamy – zobaczymy. Głos odbieram także Cotkowi i Cotowi – z racji wyglądu. Pozazdrościć. O drugiej-mamie nie wspominam, bo ona jest obła, ale w szafie, natomiast w życiu jest eteryczna.
Normalne kobiety wzywam do wydawania z siebie ochów i achów.

No to zrobiłam furorę w jednym zakładzie, a po południu przenoszę się do drugiego i tam zamierzam zrobić furorę numer dwa.
Matko, jakie to piękne.

Wczoraj dostałam polecony od wagi w łazience. Uwaga – pora na wynurzenia niezwykle prywatne: szóstka z przodu!
Kto sobie myślał, że przesadzam, jestem chuderlawa i kokietuję – teraz zna prawdę.

Żyć się chce, jak człowiek zrzuci zbędny balast. Chce się także ruszać. A wcześniej się nie chciało. Mam nadzieję, że do wczasów zeskoczy mi jeszcze za dwa kilo – więcej się nie spodziewam.
Mam niebieski kostium kąpielowy i, przypadkiem, niebieskie klapki. Pewnie to dlatego, że lubię niebieski, hehe.
Biorę je pod pachę i jadę, głodna… wrażeń :o)

Przepraszam, że notka taka przyziemna, żadnych wolt intelektualnych, ale cieszę się jak dziecko. Naprawdę.

Aha – remont na całego trwa. Pan Dekarski informuje mnie na bieżąco, że dachówki lecą bardziej niż się spodziewaliśmy. Codziennie apeluję do jego rozsądku w kwestii zakupu materiałów budowlanych – nie chciałabym rozstawać się w sporze, albowiem bo ponieważ mam wobec niego również inne plany remontowe.

Między mną a Szefem odbywają się następujące pogaduszki:

- A cóż ten Dekarski tak do mnie dzwoni codziennie?
- Widać wpadłaś mu w oko.
- A co ty na to, mój drogi?
- Ja się cieszę.
- Cieszysz się?
- No cieszę. Jak się podobasz innym mężczyznom, to tylko potwierdza, jaki mam dobry gust.
- No wiesz, spodziewałam się po tobie innej odpowiedzi.
- Ja tam się Dekarskiego nie obawiam.

Niby racja. Ale trochę mógłby być zazdrosny, nieprawdaż?

28 maja 2007

Oddałam

Panu z firmy dekarskiej, która od dziś naprawia nasz dach, dobrowolnie oddałam:

1. klucze od garażu – własnego;
2. klucze od klatki schodowej – własne;
3. klucze od piwnicy – wspólnotowe, ale jedyne;
4. klucze od sąsiedniej klatki – które są własnością J.

W związku z powyższymi działaniami:

1. fiestunia jest bezdomna, skończył się fajny, garażowy chłodek w samochodzie, dobrze, że jest lato i nie trzeba odśnieżać, nie mam dostępu do własnego magazynu wód pięciolitrowych, Potomstwo nie ma dostępu do rolek;
2. jestem uzależniona od litości i głębi serca sąsiadów, dalej sobie poradzę, bo kluczy od mieszkania nie oddałam;
3. trzeba żyć nadzieją, że firma jest uczciwa, bo w tej części piwnicy jest wymiennikownia ciepła, a więc wszystkie (drogie jak cholera) urządzenia;
4. J. musi siedzieć w domu, gdyż obecnie nie posiadam zdolności wejścia do jej klatki schodowej w celu ewentualnego nakarmienia kota; nie mam też dostępu do poczty wspólnoty, bo skrzynka jest w drugiej klatce – no chyba, że ktoś z sąsiadów okaże serce.

Reasumując:
jestem ubezwłasnowolniona. Poniekąd. Bezdomna. Poniekąd. Nie mam kontaktu ze światem. Poniekąd. Ale za to mogę sobie pospać w samochodzie.
Na parkingu pod oknami.

Niemniej cieszę się, bo lato w pełni, a na jesień nie będzie nam ciekło na głowę.
Dodatkowo właściciel firmy dekarskiej wyraźnie ma do mnie jakąś słabość, a więc jest szansa, że nas nie zniszczy.

Co innego – moje choinki.
Biedactwa.

PS Nadal jestem na diecie, jakby kto pytał. Na blacie 8 kg. Druga-mama zaszczyciła mnie komplementem, że mi się oczy zapadają. No dzięki.

25 maja 2007

Piątki – złe weekendu początki

Najprzykrzejszą rzeczą zawodową, jaka mnie dotyka, są tak zwane interwencje. Rano mnie wezwała dyrekcja i powiada:
- I co tam?
- Piatek, panie dyrektorze. Dobrze.
- Niedobrze. Musi pani jechać na interwencję.
No i kupa, jak muszę, to muszę.
Interwencje to jest oczywiście nazwa robocza. Tak naprawdę jestem posyłana w miejsca, gdzie coś się rozwala w tzw. sprawach pracowniczych. Biorę delegację i jadę na najzwyklejszą kontrolę, która wcale kontrolą nie jest, bo często chodzi o to, żeby postawić wszystkich do pionu, od dyrektora poczynając.
Dziś miałam na tapecie mobbing. To jest dopiero syf. Udowodnić się dziadostwa nie da praktycznie, a przynajmniej bardzo trudno. Zostawić pracowników po uszy w guanie nie można. Często dyrektorzy nie chcą ze mną współpracować. Nie mam praktycznie narzędzi do robienia tego, co robię, bo regulamin nie zezwala mi na przesłuchiwanie pracowników. Normalnie – kanał. W dodatku kanał wyjątkowo śmierdzący. Dziś przynajmniej było o tyle lepiej, że dyrektorką w trzepanej jednostce jest moja koleżanka, która słucha, co do niej mówię, wie, że jestem znacznie bieglejsza w te klocki niż ona i rozsądnie korzysta z moich wskazówek.
Niemniej – nie zawsze tak jest, niestety.
Dodatkowo w takich sytuacjach zawsze na powierzchnię wypływa jakiś syf, pracownicy nagle dostają słowotoku i mówią takie rzeczy, które nie powinny ujrzeć światła dziennego, ja ich nie mogę wysłuchać, ale wiem, że muszę. W dodatku na koniec muszę sporządzić z tego sensowny protokół i wymyślić, jakimi przepisami to wszystko uzasadnić.
Jestem bardzo zmęczona, a tymczasem w pracy czekała na mnie lista zakupów centralnych i kierownik rachunkowości wykazał mi niezbicie, że według pomysłów naszych jednostek plan na jednym koncie został przekroczony o pół miliona. A potem powiedział, że nie podpisze tego zamówienia, nie zmuszę go i koniec.
Zgaduj – zgadula, kto teraz musi przekonać dyrektorów, żeby odstapili od swoich wcześniejszych zamówień. Jestem po dwóch rozmowach. Krzyczą, że nie mają sprzętu.
A co ja za to mogę? Nie mają też pieniędzy.
Cholera.

Zmęczona jestem, naprawdę.
Policzyłam właśnie – 14 innych spraw leży na moim biurku i się nie zabiorę za nie dziś. Boję się przyjść do pracy w poniedziałek. Pozytywne jest tylko to, że ze zmęczenia i z nerwów zapomniałam, że rano chwycił mnie koszmarny nerwoból w klatce piersiowej. Klin klinem. Samo przeszło.
Jutro nie sprzątam. Mam to gdzieś.

24 maja 2007

Niezborność umysłowa

Nie umiem sobie kupić spodni. To jest stwierdzenie ogólne. Po prostu nie umiem i już. Zawsze, ale to absolutnie za każdym razem kupuję za duże, bez względu na to, jak bardzo oponuje pani w sklepie. Znowu to zrobiłam. Opamietanie przyszło, jak zwykle, za późno i jest po balu, panno lalu, a w gacie mogę w pasie włożyć dwie pięści i jeszcze mam miejsce na resztę mnie i kupę powietrza. Nie rozumiem tego. Inne ubrania przychodzą mi bardzo łatwo, co oczywiście nie znaczy, że przychodzą łatwo paniom w sklepie. Ze wszystkiego, co dotyka cielska, najtrudniej mi kupić stanik i okulary. Myślę, że u optyka, do którego chodzę od lat, pod stołem zamontowany jest specjaliny brzęczyk. Kiedy się zbliżam, ktoś na niego naciska, gasną światła, spadają rolety antywłamaniowe, a wszyscy uciekają na zaplecze, popychając się i wydając z siebie co chwilkę dźwięki w stylu:
- Ciiiiii….
- Ciiiiiii…….
W sklepach z bielizną obsługa płacze na mój widok. Jestem uparta jak wół, noszę tylko jedną firmę i jeden rodzaj. Zmieniam modele w tym samym rodzaju, jak mnie firma zmusi zmianą asortymentu. BO TAK! Nie będzie inaczej, koniec i bomba, kto czytał, ten trąba. No co ja za to mogę?
Ustaliliśmy niniejszym, że mam trzy wrażliwe punkty.

Dodatkowo znowu nie mam się w co ubrać.
Wczoraj mi się to stało. O północku.
Wstałam z łóżka, otwarłam szafę i powiedziałam sakramentalne:
- Nie mam co na siebie włożyć!
Szef rzucił okiem znad książki przez moje ramię w przepastne czeluście szafiszcza i sakramentalnie zapytał:
- A co to jest to wszystko na wieszakach?
- Same szmaty, ale nie wolno ci ich dotykać.
- Aha.

Muszę, po prostu muszę mieć czerwoną bluzkę na lato, bo wczoraj zrozumiałam, że MUSZĘ się ubrać na czerwono, a mam tylko z długim rękawem. Właściwie 3/4. Na dworze Afryka, a ja mam na sobie bluzkę z długim. 3/4 znaczy.
I w ogóle żądam więcej ubrań, i żeby Szef nie zamieniał się w psa gończego, kiedy tylko zwęszy w domu ślad po torbie firmowej jakiegoś sklepu.
Ostatnio zmuszone obmierzłym sadyzmem Dziecko wynosiło papierowe torby z Solara pod bluzą.
A ten podlec łypnął przekrwionym okiem i powiada:
- A to co jest???!!!
- Nic – zgodnie z prawdą odparło Potomstwo.
- To dlaczego jesteś taka kanciasta? A???!!! Mamusia znowu była w sklepie, tak?

A jakie „znowu”, moi drodzy, jakie „znowu”???
Tak dawno nie byłam, że w bieliźnianym to pracuje córka poprzedniej ekspedientki. A może nawet i wnuczka!

No i znow jesteśmy w punkcie wyjścia. Chyba będę musiała w tej sytuacji pójść do fryzjera.
A tego po prostu nie znoszę!

23 maja 2007

Znienackowe spotkania

Zrobiłam absolutnie wszystko, co w mojej mocy, czyli zwaliłam na Szefa większość spraw, które z przydziału miałam załatwić, a ten złoty człowiek, jak zwykle, stanął na wysokości zadania. I przybyłam przed dworzec w Ligocie na jakieś 7 minut przed drugimi-rodzicami. Zadzwoniłam do drugiej mamy, niewinnym głosikiem pytając:
- A gdzie ty jesteś, kochana?
- A w pociągu. Dojeżdżam do Ligoty. A gdzie ty jesteś?
- A przed dworcem stoję.
- A nie gadaj!!! – ucieszyła się druga-mama wyraźnie, co mi niezwykle schlebiło.
Jak się uporałam z cieniem (żeby był na samochodzie), butelką z niemoralną, marynarką, kluczykami i torebką, zauważyłam, że macha do mnie jakaś urodziwa istota, której nie rozpoznałam z powodu prywatnej ślepoty. Niemniej, jako że komórki (w mózgu, w mózgu!) mi się czasem zderzają, doszłam do wniosku, że to osławiona urocza dama, która również oczekiwała pod dworcem, kisnąc sobie w upale. Jak na to wpadłam, natychmiast zaczęłam odmachiwać uroczej radośnie, nie bacząc na fakt pozostawania na środku przejścia dla pieszych i pan w BMW się na mnie trochę zdenerwował. Bo ja z serca odmachiwałam, więc intensywnie i dość chwilę…
No dobra, ledwie się z Krysią wymieniłyśmy kilkoma uprzejmościami, a już z czeluści dworca wychynęli bohaterowie dnia. I coś wam powiem: sprawdziłam dokładnie! Druga-mama miała AB-SO-LUT-NIE czyste nogi! Kłamczuszka!
W dodatku jest chuda jak patyk, widać obłe kształty zostawiła w domu. No cóż – ja nie wymagam, żeby wszystko ze sobą do Katowic przywoziła…
Rzuciłyśmy się na siebie, postawą podkreślając emocjonalny głód kontaktów, co drugi-tata zniósł z prawdziwą godnością i nawet wielokrotnie nie podkreślił swojego zdania na nasz temat. Potem się okazało, że w przychodni trzeba bulić oraz czekać, więc druga-mama cichaczem buliła, a my czekaliśmy, bezlitośnie pokpiwając sobie z amnezji drugiego-taty i opowiadając mu różne historyjki z czasu, który odszedł w zapomnienie z powodu przykrości, a pozostał w pamięci z powodu anegdotek i takich tam.
A potem się okazało, że drudzy mają pociąg na styk, więc tylko pokłusowaliśmy na peron i rozstaliśmy się z żalem.
Z tego żalu bezwstydnie udałyśmy się z Krysią do pobliskiej mordowni, gdzie spędziłyśmy przemiło jedno piwko i dwie mineralne.
No i trzeba było wracać do domu.

Dobry był dzień, bo od drugiej-mamy bije światło, drugi-tata jest zgryźliwy jak zwykle, a Krysia ślicznie wygląda w nowej fryzurze za te idiotyczne 20 euro.
I nawet praca mi tego dnia nie zepsuła.
Zwłaszcza, że z wywiadówki wynika, że uporczywe bicie dziecka klamrą od paska po głowie, wiązanie do kaloryfera (zimnego!) i głodzenie dają efekty!

22 maja 2007

Love story zwykłych ludzi

Nie mam zbytnich ciągotek do uprawiania rozrywki, jaką jest czatowanie. Ale wyznaję, że kiedyś mi się zdarzyło.
Na czacie onetu. Tacy się tam fajni ludzie zgromadzili, nie szukali nie wiadomo czego, wymieniali się uwagami o pracy, żartowali i śmiali się wspólnie. Do dziś z niektórymi utrzymuję kontakt w realu. Kupuję ich dzieciom prezenty na Mikołajki, piszę kartki świateczne, wiszę na GG. To był fajny okres – zawisało się milcząco na czas wykonywania różnych zadań w pracy, a potem strzelało lewiznę na czacie.
No i tam go poznałam – zaczynał przede mną. Już tam był, kiedy przyszłam i jakoś tak zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Najpierw w ogólnej dyskusji grupowej, potem częściej sami – na privie (nie wiem, jak to teraz wygląda, od lat nie próbowałam). Potem nasz programik do sms zamienił się w GG i coraz częściej zarzucaliśmy towarzystwo znajomych na rzecz wielogodzinnych rozmów we dwoje. Zaczęliśmy do siebie dzwonić. Z początku tylko w pracy, potem popołudniami i wieczorami. Spędzaliśmy razem wiele godzin. Ciekawe, że nigdy nie wymieniliśmy sie zdjęciami. Nie wiedziałam, jak wygląda. Wiedziałam, że jest ode mnie młodszy i – zawiedziona rozsypanym małżeństwem – nie paliłam się do niczego. W końcu uznaliśmy, że powinniśmy sie zobaczyć. Miał przyjechać przed północą w piątek. Czekałam na dworcu. Pociąg spóźnił się chyba ze dwie godziny, było okropnie, naprawdę. Przynajmniej ciepło, sierpień. Ale strasznie. Jakoś nie pomyślałam, jak go poznam. Kretynka. Pociąg wjechał na peron, on wysiadł i podszedł do mnie. Bez chwili namysłu, bez chwili wahania. Dziwne? Spędziliśmy razem cudowny weekend i okazało się, że nie możemy się rozstać. No to został na cały następny tydzień. Końcem tygodnia powiedział, że musimy się zastanowić, co z tym zrobić – mamy do siebie prawie 400 km. Byłam rozsądna, więc odpowiedziałam, że jeśli za rok o tej porze będziemy się chcieli jeszcze ze sobą spotykać, to przemyślimy, kto w którą stronę.
To było ok. 20 sierpnia.
Wyjechał, a ja nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Życie stało się po prostu żałosne. Kolory zblakły, nic mnie nie cieszyło. Byłam jak w transie. Nadal rozmawialiśmy, ale to już nie było to. Brakowało uśmiechniętych oczu, muśnięcia rąk, tego napięcia w powietrzu, czegoś nieuchwytnego.
Było po prostu okropnie.

29 września znów staliśmy na peronie, on miał w rękach torby podróżne, a ja klucze, które wyciągnęłam przed siebie i popłakałam się.

Żyjemy już ze sobą prawie 7 lat.
Pięknie.
W miłości.
Cuda się zdarzają, tylko trzeba wierzyć.

21 maja 2007

Obchody Dnia Kretyna

O godz. 11.oo wysłałam do kretyna sms o następującej treści:
„Informuję uprzejmie, że twoja córka, mimo swego wątpliwego zachowania, nadal żyje, wobec tego obowiązek alimentacyjny nie wygasł, wynosi 4oo zł, płatne do 1o. O każdej zmianie zawiadomię natychmiast”

O 14.3o obudził się i zadzwonił:

kretyn: Nie wytrzymałaś, tak?
ja: Jest 21. Twoje zobowiązanie wobec córki ma datę DO 1o.
kretyn: I co, nie wytrzymałaś! Musisz pisać sms!!!
ja: A propos. Kiedy zamierzasz spłacić swojej córce zaległości alimentacyjne, które narosły już do ponad 3.ooo zł? I to bez odsetek.
kretyn: Pocałuj mnie w dupę. Jestem nieściagalny.
ja: Wiesz, myślałam, że kiedyś zrozumiesz – to nie o komornika chodzi. Masz jedno dziecko i się na nim wyżywasz. Kogo chcesz ukarać? Małą?
kretyn (w roli wujka z Ameryki): Mogę ją zabrać na wakacje.
ja: Dokąd?
kretyn: Nie wiem.
ja: Zadzwoń, jak się dowiesz.
kretyn: Do niej zadzwonię, zapytać czy chce.
ja: Do mnie najpierw zadzwoń – zapytać czy pozwalam.

Wniosek: Uwaga! Byłam kiedyś żoną kretyna. Opamiętałam się, to prawda. Ale niesmak pozostał.

PS Zaległości alimentacyjne wynoszą o wiele więcej. Ale liczę mu tylko od 2oo4 r. Bez odsetek.
Szkoda gadać.

Było już o wszystkich prawie kotach

Oprócz Pana Stefana, który był pierwszy i otworzył drzwi do naszych serc wszystkim pozostałym futrzakom. Obiecałam kiedyś, że napiszę o nim notkę, ale trudno mi się do tego zabrać. Postanowiłam, że w końcu to zrobię, będę miała z głowy i nie będę już musiała do tego wracać. Takie katharsis.
Pan Stefan był jedynym kotem, na którego zdecydowaliśmy się świadomie (wszystkie pozostałe pojawiają się w dziwacznych okolicznościach). Znaczy ja i Szef – bo Potomstwo otrzymało towarzysza zabaw w prezencie na ósme urodziny. Pojechaliśmy po niego nie określając Potomstwu celu wyprawy. Stanęliśmy przed domem znajomych, powiedziałam, żeby poczekali, że muszę coś załatwić. Po paru minutach wróciłam, niosąc na rękach to:

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Potomstwo zamarło – nie spodziewała się dziecina. Zamarła tylko na trzy sekundy, a potem zalała ją fala czułości – zresztą sami powiedzcie, czy można było nie pokochać od pierwszego wejrzenia kogoś takiego!
Byłam spokojna, że maluszkowi nie stanie się krzywda – Potomstwo było od urodzenia niańczone przez koty moich Rodziców. Znało się na rzeczy i nigdy, przenigdy nie miało ciągotek do krzywdzenia czworonoga.
Pan Stefan był naprawdę kruszyną, w czym można się upewnić, zerkając na to zdjęcie:

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Skok w przepaść :o)
Z małego, komputerowego biureczka na oparcie kanapy!

Rósł na naszych oczach, stając się wielkim i poważnym kocurem. Zawsze skory do zabaw, uwielbiał ludzi ze wskazaniem na dzieci. Z całego osiedla złaziło się do nas wszystko, co już umiało chodzić, a Pan Stefan piszczał pod drzwiami balkonowymi, kiedy tylko zobaczył dzieciaki bawiące się przed domem. Był łagodny, kochany, cierpliwy i czuły. Nigdy się nie złościł, nigdy na nikogo nie fuknął, bawił się z psami na trawniku przed domem. Nigdy nie odchodził z zasięgu wzroku, a jeśli wypuszczał się na spacery – wracał kontrolnie co kwadrans, żeby sprawdzić, czy coś ciekawego w domu się nie dzieje. Po Panu Stefanie pojawiła się Tusieńka – przyjął ją z dobrodziejstwem inwentarza, choć na poczatku bez zbytniego entuzjazmu. Ale niańczył, przytulał, mył i dbał.
Był dość słabego zdrowia – zapadał na choroby układu pokarmowego i sporo czasu zajęło nam ustalenie, jakie leki i w jakich dawkach trzeba mu podawać, żeby się nie odwodnił. Wynosiłam go na rękach od okruszka, zaliczyłam przy nim sporo nieprzespanych nocy, siedząc na podłodze w kącie, kiedy chorował. Bardzo byłam z nim związana.

Zginął w prezencie urodzinowym dla mnie – 2 kwietnia 2006 r. Przyjechali goście, Pan Stefan udał się na spacer, wrócił ostatni raz koło 20.00 i wyskoczył jeszcze na chwilkę posłuchać robaków w trawie. Mieliśmy dżentelmeńską umowę, że wraca zawsze przed 22.00. Nie wrócił. Szukałam go przez pół nocy z latarka w dłoni. Szukałam o świcie. Nie przejechał go samochód, bo bym go znalazła. Nie poszarpały go psy, bo z większością był zaprzyjaźniony i znalazłabym go!!! Szef wziął urlop i szukał go wszędzie. Bezskutecznie.
Jestem przekonana, że ktoś zwyczajnie go ukradł. Wszyscy go znali, wiedzieli, że jest wyjątkowo łagodny. Był piękny.
Mam nadzieję, że żyje wciąż jeszcze i że ten ktoś na niego zasługuje. Że jest dla niego dobry, że się troszczy i że go kocha.
Wciąż nie tracę nadziei, że jeszcze się spotkamy. Mam nawyk przeglądania ogłoszeń w schroniskach, aukcji na allegro. W ten sposób trafił do nas Karolek – złudnie do Stefusia podobny, tylko straszna melepeta.

W starym mieszkaniu mam teraz lokatorów, którzy jako pierwszy punkt w umowie najmu mają napisane: Jeśli Pan Stefan kiedykolwiek się pojawi: WPUŚĆCIE GO DO DOMU!!! A potem dopiero dzwońcie, że jest. Obojętnie jaka byłaby pora.

Już pisałam kiedyś, że zwierzęta są dla mnie członkami rodziny. Traktuję je z szacunkiem. Kocham. Cierpię, kiedy odchodzą.
Ale to nie powód, żeby z nimi nie żyć.

18 maja 2007

Dyskusje z Archiwum X

Osoby:
dyrektor sąsiedniego centrum*
sekretarka
kierownik wycierucha
wycieruch domowy

Miejsce akcji:
sekretariat

Czas akcji:
10.00

wycieruch (do sekretarki): I chyba się wczoraj przejadłam, zaszkodziło mi.
sekretarka: A co robiłaś wczoraj na obiad?
kierownik - ślini się
dyrektor – przechodząc przystaje w sekretariacie i się skupia
wycieruch: Łososia upiekłam i brokuły w sosie beszamelowym. I pieczareczki. Z cebulką.
kierownik – ślini się
dyrektor – wchodzi do swojego gabinetu
sekretarka: Mniam.
wycieruch: No i coś mi zaszkodziło.
kierownik – milczy zawieszając wzrok na wycieruchu
dyrektor (wkracza na powrót do sekretariatu i staje przed wycieruchem): Chciałem tylko powiedzieć, że brokuły z sosem beszamelowym – pycha!
wycieruch: I łosoś pieczony.
sekretarka – wpada pod biurko ze śmiechu
kierownik – zamiera
dyrektor: Tak, łosoś też. Mniam. (Wchodzi do swojego gabinetu)

* Dyrektor ten nie jest zwierzchnikiem wycierucha, choć kiedyś był. Tymaczasem stosunki są jedynie poniekąd towarzyskie. Innej nazwy nie znajduję. Dodatkowo jest znany z utrzymywania wielkiego dystansu do pracowników. Ale co to dla mnie. Brokuły przełamują lody.

17 maja 2007

Parasolewo

Kierowniczek pożyczył ode mnie parasol, który przypadkowo kurzem naciągał w szafie w pracy, bo bez parasola nie było szans na dojście do banku. Po jego powrocie rozmawialiśmy o deszczu:
- Wiem, że ten deszcz jest bardzo potrzebny, wszędzie susza – mówię – ale naprawdę mam juz dość. Jest połowa maja, a zimno, jak w psiarni.
- A oglądałaś prognozę pogody? W poniedziałek ma być 31 st!

SUPERRRRRR!
Tylko muszę prędko kupić nasiona trawy, zmusić Szefa, żeby skosił trawnik w sobotę rano (bez względu na pogodę) i rozsiać. Bo potem może już nie być deszczu, nic mi nie urośnie i ptaki wszystko wydziubią.
A co ja? Stołówkę prowadzę???

Aha – podpisujemy dziś umowę na remont tego nieszczęsnego dachu i pewnie od poniedziałku się zacznie! Cieszę się i jestem przerażona, czyli uczucia ambiwalentne.

Kaszlę okropnie

Zaczęło się kilka dni temu. Niby wiosna. Niby w miarę ciepło. A ja się zaziębiłam. Już wczoraj rano dość mocno odczuwałam, że dopadło mnie przeziebienie, a po wyjeździe do Bielska czuję, że mi świszcze w oskrzelach. Ładnie. Dziś rano w pracy dostałam takiego ataku kaszlu, że mało się nie udusiłam. Nie ma to jak chorować w nietypowym terminie – nawet się nie można pocieszyć, że inni też tak źle mają.

Na diecie jestem nadal – to tak na marginesie. Waga prawie stoi w miejscu, „ale ci bluzka wisi!!!” ;o))
No.
Przymierzyłam kostium, ten – co wiecie – i weszłam w niego oraz się dopiełam. Na wdechu ;o)
Jeszcze trochę.
Godzina zero: 5 lipca – wyjazd na wczasy. I z kostiumem nie ma to nic wspólnego. Chyba że z kąpielowym.

16 maja 2007

Mam dość

L E D W O ż Y J E…

Oto czego nie lubię najbardziej: kontrolować ludzi. W ogóle nie mam duszy faszysty. Niu niu niu. W efekcie moje kontrole wyglądają tak, że to jest zwyczajne doradztwo zawodowe. Z ciężkim sercem przychodzi mi spisywanie protokołu pokontrolnego, a już najsłabiej – pisanie zaleceń pokontrolnych. W efekcie napisałam dziś zaledwie cztery zalecenia, chociaż prawdopodobnie mogłabym 40. Ale ja tam jestem zdania, że co włożysz, to wyjmiesz. Daj Boże, żeby chcieli dobrze pracować, to już wystarczy. Jak wyciągną wnioski z tego, co mówię, to ja będę zachwycona. To mi wystarcza.

Tymczasem dotarłam do domu i widzę, że na oczy nie widzę.
Potomstwo pojechało na wycieczkę trzydniową, więc idę zdychać w kącie, a Szef niech zmajstruje jakiś obiad.
Arivederci!

15 maja 2007

Wątpliwej jakości komplementy

Walczę w pracy z najnowszym tematem na wczoraj. Moja centrala ma zwyczaj zapominać, że pewne zadania są powtarzalne i zamiast przygotowywać sobie grunt do ich wykonania w stosownym czasie, wywala się z zadaniami, które mają termin na jutro. Wiem, wiem, też tak pewnie macie. Ale wyobraźcie sobie, że pracujecie – tak jak ja – w firmie, która jest największym prawdopodobnie pracodawcą w kraju. Jeśli przełożycie pewne zadania na taki rozmiar, to zaczyna wyglądać nieco inaczej. Trzeba wziąć jeszcze pod uwagę, że w Warszawie – jak to często bywa – siedzą ludzie, którzy od terenu oddaleni są tak, że kompletnie nie mają pojęcia, skąd biorą się niektóre zjawiska. Już po kształcie np. tabel do wypełnienia, łatwo można się zorientować, że osoba, która je tworzyła, nie ma zielonego pojęcia o tym, co robi. Czy nie wsydzilibyście się wysyłać w całą Polskę bzdur, które rzucają się w oczy od pierwszego wejrzenia? Bo ja bym się wstydziła. Naprawdę. Jakiś goguś, cieplutki jeszcze i nowo nabyty, popisuje się wiedzą, która nie ma na nic przełożenia, wydaje mu się, że jest umysłem analitycznym, a przeszedł po prostu kurs excela i umie stworzyć formułę w arkuszu. Natomiast założenie formuł nie stanowi wyniku analizy, do cholery! Ja mam zwyczaj zapoznawać się, w miarę możliwości, z całym dostępnym materiałem, a nie tylko z sumą na dole arkusza. I jak widzę, że jakiś nasz pracownik (i to nie administracyjny!) w pipidówie ma na dzień 1 stycznia 2007 r. 78 (sic!!!) dni urlopu, to od razu czuję, że coś jest nie tak. Nie brał urlopu przez przeszło 3 lata? Bzdura! Widać jest jakieś przekłamanie w miejscu, z którego czerpano dane do zestawienia. Ale ich, tam na górze, to nie zastanowiło.

W ruganiu centrali i próbie rozwiązania problemu w taki sposób, by coś sensownego z rozwiązania wynikało, wziął dziś (towarzysko poniekąd) udział mój kolega – inspektor kontroli. Ponieważ on też, choćby z racji charakteru pracy, ma zwyczaj wykonywania pełnego oglądu spraw, zapoznał się z otrzymanym przeze mnie wyjaśnieniem, zapytał mnie o sposób wydawania przeze mnie poleceń i powiedział:
- Za dobra jesteś.
No tak… Komplement watpliwej jakości, bo po przecinku powinno tam jeszcze być: jeleniu!

:o)

14 maja 2007

Klęska

Wyłączyli mi ciepłą wodę na trzy dni!!!
Nie mam wanny!!!
Jak się myć???

JAK żYć???

Notka może nawet wstydliwa

Zrobiło się ciepło. Wiem, że na krótko, ale nie zamierzam się tym martwić – teraz to się tylko cieszę, że słońce świeci i mam bose stopy. No właśnie – to jest ta wstydliwa część. Otóż muszę się przyznać, że jednym z konstytutywnych aspektów mojego ukochania lata jest chodzenie w sandałkach, klapkach bez palców itp. Że o bieganiu boso po trawie czy piasku już nie wspomnę, bo to tylko okazjonalnie, niestety. No więc uwielbiam to chodzenie bez skarpetek, rajstop, pończoch. Nałogowo uczęszczam do kosmetyczki, ponieważ wyznaję zasadę, że sama sobie takiego ślicznego pedicure’u w życiu nie zrobię. Nie potrafię się co prawda skusić na – ponoć najmodniejszą w tym sezonie – kwistą czerwień na paznokciach u stóp (dłonie to coś innego), ale pani Sylwia robi mi piękny i delikatny jak mgiełka french i jest bosko. No to przyznaję się tutaj, że nie jestem żadną tam heroiną, tylko zwykłą kobietą, która lubi być zadbana i w miarę przyjemna wizualnie.
Naturalnie istnieje druga strona tego medalu – sandały zakładam nie tylko ja. Boleśnie bywa, kiedy się człowiek przeleci po mieście i niechcący opuści wzrok na czyjeś stopy. Ał, ał.
Ja to nawet nauczyłam Szefa chodzenia do kosmetyczki na pedicure – nie wyobrażacie sobie tego zachwytu, jak pierwszy raz wrócił z zabiegu do domu. Oglądał sobie stopy przez tydzień. A on w końcu nie maluje paznokci ;o)))))
Teraz usiłuję namówić Mamę, która ma uraz psychiczny – 40 lat temu kosmetyczka zaraziła ją potworną grzybicą, której nie mogła wyleczyć niewiadomo jak długo. Oporna jest i nie chce uwierzyć, że teraz czasy są inne i nie zachęcam jej do pójścia gdziekolwiek, tylko do mojej własnej, prywatnej pani Sylwii, która już sprawę zna i 10 razy na oczach mamy wysterylizuje WSZYSTKO.
Słońce wyszło – trzymajcie więc kciuki za powodzenie mojej akcji STOPA.

13 maja 2007

Nie mogę

Nie mogę, normalnie, z tym chłopem! Ma jakieś przesilenie wiosenne. Stoi bezradny jak dziewica orleańska – chyba będę musiała nakopać mu w szmaty. Kocham tego człowieka nad życie, ale jak czasem widzę jego bezbronne spojrzenie, to mam ochotę przysolić mu w kostkę, aż zadzwoni.
To tyle, motyle.

12 maja 2007

Nigdy nie wątp w skuteczność wycierucha

Zebranie we wspólnocie odbyło się wczoraj o 17 i uwieńczone zostało sukcesem. I to niebylejakim. Mało, że dokonano wyboru firmy do wykonania remontu. Mało, że podpisano zaprojektowaną przeze mnie uchwałę o dodatkowych wywozach śmieci na koszt poszczególnych właścicieli mieszkań. Mało, że nie było żadnych pyskówek i kłótni, a zebranie zakończyło się po godzinie w przyjemnej atmosferze. Mało, że niektórzy zostali towarzysko na pogaduszki i kawę.
Mało.
Bo przede wszystkim udało mi się sprowokować towarzystwo do zobowiązania się, że w lipcu wpłacą od dwóch do czterech czynszów z góry – na koszty remontu. I mam to na piśmie! Wszyscy obecni podpisali stosowne oświadczenia!
Jestem bogiem tego interesu, nawet własny chłop mnie pochwalił, a to już – Proszę Szanownych Państwa – nie byle co!
Wychodzi na to, że jestem przekonująca.
Tak bardzo się cieszę – ten remont zaplanowany jest od 2001 r. i dopiero nam uda się go zrealizować. I to po trzech miesiącach zarządzania bałaganem. Jest dobrze.
Z wykonawcą wynegocjowałam spłatę na raty, choć w pewnym momencie zaczynałam się obawiać, że to się nie uda. Jako taka mała wspólnota mamy znikome pole manewru. Nie mówiąc już o tym, że nikt nie chce we wspólnotach pracować, bo zwykle nie płacą. Wychodzi na to, że jestem przekonująca, co?
No wychodzi.
Szef jest świetnym taktykiem, wiele rzeczy potrafi zaplanować co do joty. Ale słabo mu idzie rozmawianie z ludźmi. No to od tego jestem ja.
Niestety jestem też od prowadzenia księgowości – ja: humanistka z dziada pradziada! Dzieciom mówcie, żeby się uczyły wszystkiego i nie myślały, że coś się nie przyda. Skąd mogłam wiedzieć, że przyjdzie mi bawić się liczbami?
Przyszły tydzień zapowiada się burzliwie: w poniedziałek rano muszę dostarczyć wykonawcy projekt umowy, który powinnam właśnie przygotowywać, zamiast bajki pisać na blogu; we wtorek po południu nasiadówa w spółdzielni; w środę jadę na kontrolę do naszej jednostki w Bielsku – Białej; w czwartek podpisanie umowy i ustalenie daty rozpoczęcia prac; w piątek… byle do piątku! A przecież oprócz tego normalnie pracuję, prowadzę dom i staram się mieć znajomych :o)
Już tęsknię za drugą-mamą i Krynią, chętnie pobyłabym z nimi obiema lub każdą z osobna. Widzi mi się, że mniejsze szanse mam na rudą, a większe na czarną, bo bliżej mieszka i to po prostu łatwiejsze.
Książki mi leżą. Chce mi się czytać. Telewizornię zarzucam i tak nie dają nic wartego uwagi.
A w następnym tygodniu mam tzw. ZPCz w spółdzielni, czyli coś takiego jak walne zgromadzenie wspólników w spółce i muszę się do tego solidnie przygotować.
Podgonię jeszcze księgowość we wspólnocie, bo znowu leży kilka dni, napiszę pismo do gminy, żeby nam wyasfaltowali drogę dojazdową (odmówią), pogrożę dłużnikowi.

Na życzenie Potomstwa zmajstrowałam dziś pyszną zapiekankę z bakłażanem (u nas na taki obiad mówi się z zadowoleniem: jaki ładny obiadek! I nikt nie zginął!), a jutro obiad gotuje Szef. Uwielbiam to nie tylko dlatego, że sama nie muszę nic robić, naprawdę ma talent i świetnie mu wychodzi. A więc na niedzielnym stole pojawi się botwina i ja chromolę, że nie jem zup.

Mniam!

11 maja 2007

No już dobra, było tak…

Wjechałam w cichą, zieloną uliczkę. Nie musiałam wypatrywać numeru domu, ponieważ we właściwym miejscu czekała na mnie urocza dama z niezwykle sympatycznym czworonożnym dżentelmenem, którzy – po wymianie powitań – zabrali mnie ze sobą do domu.

No i się zaczęło!
Najpierw przywitałam się z Niezastapionym, ale krótko i zdawkowo, ponieważ zostałam natychmiast ograbiona z mineralnej, odarta z okrycia wierzchniego i odholowana do Mamy. Mama, Moi Drodzy, jest przemiłą starszą panią, niezwykle aktywną intelektualnie, czego dowodem niech będzie natychmiastowa krótka dyskusja o polityce, sposobie przekazywania informacji przez media oraz ogólej sytuacji światowej. Nie dano mi się zbytnio zagłębić w ten wysublimowany dyskurs, ponieważ zostałam porwana i usadowiona przy stole, wśród nieprawdopodobnie kuszących zapachów. Krynia, wywiedziawszy się uprzednio o moje preferencje kulinarne, na wszystko była przygotowana. Siedzieliśmy we troje z Niezastąpionym, opowiadaliśmy sobie różne rzeczy i zaśmiewaliśmy się do rozpuku. Niezastąpiony, wzorem drugiego-taty, natychmiast wpadł w nastrój podszczypujący, wywołując moje łzy ze śmiechu i zapędy wychowawczo – dyscyplinujące u Krysi. Po prostu widziałam oczami wyobraźni, jak ona wstaje, wyjmuje z szafki packę na muchy i strzela go w ucho! ;o)
Kiedy upewniono się, że nie odczuwam już absolutnie żadnego dyskomfortu ze strony układu trawiennego, zostałam zabrana „na pokoje” pani domu.
Krynia jest wyjątkowym interlokutorem. Przesympatyczna, bezbłędnie używająca pieknej polszczyzny, szalenie inteligentna osoba, którą życie doświadczyło wielokrotnie. Co więcej – ona wszystkie te doświadczenia przemyślała głęboko i wyciągnęła z nich wnioski. Rozmawiałyśmy o… no, o wszystkim. Było smutno, wesoło, pięknie i strasznie. A najstraszniej było, kiedy w połowie mojego opowiadania Krynia spojrzała na zegarek:
- O Matko Boska!!! 20.00!!!
Mało nie dostałam zawału. Co za wstyd! Siedzę, truję, czas zajmuję kobiecie! I wtedy nastapiło najstraszniejsze, bo Krynia wyjąkała:
- Zapomniałam przewinąć Mamę!
Chciałam wejść pod dywan, ale Krynia nie ma dywanu w tym pokoju! Postanowiłam natychmiast uciekać. Ale nic z tego, Moi Mili! Krynia wycelowała we mnie palec i tonem nieznoszącym sprzeciwu powiedziała:
- Jesteśmy dokładnie w tym a w tym miejscu. Pamiętaj. Ja lecę do Mamy, będę za 10 sekund i zaczynamy dokładnie z tej pozycji!
Ludzie! Przecież to przeze mnie było! Mama Kryni na pewno już mnie nienawidzi jak psa ostatniego (przepraszam, Maćku*, to nie o tobie)!
Oczywiście zaczęłyśmy dokładnie od wyznaczonego przez Krysię punktu :o)
Zwyczajnie nie mogłyśmy się rozstać. Jakieś żałosne resztki poczucia przywoitości wyciągnęły mnie stamtąd za włosy i kopniakami zapędziły do samochodu.

Krysiu… dziekuję Ci.
Było cu – dow – nie.
Mam nadzieję, że Mama nie złoży oświadczenia, że TEJ pani (tu zdjęcie) nie obsługujemy.
I że będę mogła przyjechać jeszcze raz.
I jeszcze raz.
I jeszcze raz…

* Maciek to ten miły czworonożny dżentelmen z początku historii.

I wyszło szydło z worka

Tak, nie myliliście się. Za tą fasadą musiało się coś kryć. Jestem wredna. Podła i okrutna. Fałsz wycieka mi wszystkimi porami skóry.
Okazało się, że jestem innym człowiekiem niż wszyscy podejrzewaliście? I dobrze. Tak myślcie. Nie przeszkadza mi to w żadnym stopniu.

Pamiętajcie tylko, że Pismo mówi: niech nie wie twoja ręka prawa, co robi ręka lewa.

A jak mi przejdzie, to zamieszczę notkę o wczorajszej wizycie u Kryni02. Bez względu na to, czy kogokolwiek to obchodzi. W końcu to mój blog.

10 maja 2007

Nowe przyjaźnie

Donoszę uprzejmie, że zaraz po pracy wybieram się w odwiedziny do pewnej uroczej damy o imieniu Krystyna. Już wiem, że czekają mnie tam różne przyjemności: własnoręcznie przygotowany przez Krysię obiadek, siedzenie w ogródku, śmichy – chichy i rozmowy od serca. Bardzo mnie to cieszy, że z historii drugich – rodziców, która była przecież straszna, wynikają różne przemiłe rzeczy: znajomości, przyjaźnie, pomoc, wsparcie, ciepło, wiara w ludzi. Życie bez tego byłoby bez sensu.

Na osłodę:
Dialogi z małżeńskiego łoża.

Osoby:
wycieruch domowy
Szef

Miejsce akcji:
wiadomo

Czas akcji:
23.00

wycieruch domowy: Pranie wyszło z kosza. Gadać się nie chce. Poczekam, aż skończą ci się majtki i umrę ze śmiechu. Zapomnieliście oboje do czego służy pralka?
Szef (lapidarnie): Z całą pewnością ta dieta powinna skończyć się natychmiast!

9 maja 2007

Przychodzi baba do lekarza albo coś w tym stylu

Coś w tym stylu, bo przychodzi do mnie, a ja lekarzem być mogę jedynie dla zbłąkanych dusz. Lokator przychodzi. Lokator jest jeszcze ciepły, kupił mieszkanie miesiąc temu i nawet w nim nie mieszka – przyjeżdża tylko popatrzeć, co sobie i jak wyremontuje. Podejrzewam, że mamy go z głowy na rok, bo niewiadomo, czy do tego remontu w ogóle dojdzie. Ale ad rem! Przychodzi ów lokator i ma odkrywcze pomysły. np. jeszcze nie mieszka, ale uważa, że NATYCHMIAST musimy się zabrać za remont drogi dojazdowej do budyku (ok. 20 m), która nie dość, że nie jest naszą własnością, to jeszcze – jak podejrzewam – jest w pogardzie magistratu. Wiem, że nie powinnam go spuszczać w klozecie w pierwszej minucie, ale do histerii doprowadza mnie ktoś, kogo nie interesuje zapoznanie się ze środkami na koncie, ale za to ma podejście życzeniowe. Głupie w dodatku. Głupie, bo:
1. jesteśmy na dwa dni przed wyborem oferty do remontu dachu (o czym on doskonale wie), który MUSIMY zrobić, a kasy nie mamy;
2. zaraz po tym (piszę ZARAZ, ale daj Panbócku w przyszłym roku) musimy się zabrać za ściany szczytowe budynku, bo zrobiono tam źle ocieplenie i woda przecieka;
3. trzeba regulować faktury na bieżąco, taki dżings od ciepłej wody mamy uszkodzony od pół roku bo kosztuje 2.000 zł i ja go osobiście wiążę drutem, zaczynam widzieć potrzebę częstszego wywozu śmieci, a nie mam tego w planie gospodarczym, PWiK urwał nam zawór od wody i ma to w de, nikt nie ma aktualizacji wodomierzy.
I oczywiście mnóstwo innych.
Oprócz tego do szału doprowadza mnie ludzka mentalność blokowa. Jakoś nikt nie chce zrozumieć, że jak sobie czegoś sami nie zrobimy albo tego nie zapłacimy, to nie będziemy mieli. Nie ma żadnej instancji wyższej, nikt nam niczego nie da i koniec. Wspólnota mieszkaniowa i to mała, to coś jak własny dom. Ile włożysz, tyle wyjmiesz.
A wracając do rzeczy: kiedy my się tam sprowadziliśmy, mnie zależało na tym, żeby zapoznać się najpierw z kondycją finansową wspólnoty, z remontami, które były przeprowadzane, z potrzebami, z płynnością w opłatach itd. ZANIM zaczęłam konstruować wnioski. A gościu nie chce. On chce drogę.
No więc wiem, że nie powinnam go spuszczać w klozecie, ale po jego expose powiedziałam tylko:
- Nie, nie i jeszcze długo nie.
Zebranie w piątek. Mam nadzieję, że niektórych uda mi się nieco doprowadzić do pionu. Albo dach po raz kolejny zostanie niezrobiony.
C’est la vie.*

* Nie miała baba kłopotu, została członkiem. Zarządu.

8 maja 2007

Koszmar komunikacyjny

Donoszę uprzejmie, że Potomstwo postanowiło się usamodzielnić komunikacyjnie. Pomysł uważam za dobry – ja w jej wieku dawno poruszałam się samodzielnie. Problem tkwi jedynie w tym, że ja sama od lat nie używam komunikacji miejskiej. Przez te lata wszystko stanęło na głowie i nie mam najmniejszego pojęcia, jakimi autobusami czy tramwajami Potomstwo miałoby podróżować. Na szczęście KZK GOP uprzejmy jest prowadzić stronę internetową, na której pięknie pokazuje trasy komunikacyjne, godziny odjazdów i inne pierdoły, natomiast kto wyobrazi sobie przez chwilę, jaka jest skala problemu w obrębie aglomeracji śląskiej, ten od razu się zorientuje, ile samo wyszukanie odpowiednich numerów pojazów zajmuje mi czasu.
Dodatkowo okazuje się, że ni hu hu, Potomstwo musi się przesiąść przynajmniej dwukrotnie. To oczywiście wiąże się z: autobus mi uciekł, a nastepny za godzinę. Podejrzewam, że po jakimś czasie sama nauczy się kombinować z różnymi środkami transportu tak, żeby w miarę płynnie dostać się z miejsca A do miejsca B, ale to potrwa, bo na początku będzie się ściśle i nieodstępnie trzymała jednej, wyznaczonej trasy.
Ciekawe, ile razy będę jej szukała po Śląsku, jak się gdzieś zagubi. Po raz kolejny to powiem: niech żyje telekomunikacja komórkowa! W razie czego wysiądzie, podejdzie do najbliższego budynku, przeczyta nazwę ulicy i zaraportuje, skąd ją trzeba ściągnąć.
Mimo wszystkich problemów bardzo się cieszę, że mała chce się trochę odpiąć od mojej kiecki.
Przyda się jej jak znalazł.

Aha! Kupię jej miesięczny sieciowy na wszystko. Niech walczy :o)

7 maja 2007

Temat zagrzebany chwilowo

Donoszę uprzejmie, że trwam i silną wolę mam. Upłynęły trzy tygodnie i na liczniku jest 7 kg. Nie tracę wiary ani zapału, co rokuje przyzwoicie dla kostiumu w kolorze lila czy bzu, który wciąż jeszcze wisi w szafie ometkowany.
Proszę łaskawie zwrócic uwagę na samozaparcie związane z pobytem u drugich-rodziców, który – jak wiadomo – obfitował w obiadki oraz ciasta wykonane samodzielnie przez gospodarza. A drugi-tata nie ułatwiał, dręcząc mnie wielokrotnie na okoliczność pochłonięcia ciasteczka, a w ramach nieustepliwości proponował nawet, że własnoręcznie wydłubie dla mnie z ciasta truskawkę. Od której, jak wieść gminna niesie, się nie tyje. I ja się oparłam!!! Ale muszę przyznać, że zimny pot już rosił moje skronie.

Podsumowując: jestem dzielna jak czterej pancerni, co nie znaczy, że należy zaprzestać wspierania mnie w boju pozytywnymi myślami, słanymi w kierunku Śląska.
Za co wszystkim dziękuję.

6 maja 2007

Veni, vidi

Widziałam, że druga-mama już wszystko doniosła, więc w zasadzie nie mam nic do dodania. Poza tym, że ja też się bardzo stęskniłam. Że czekałam i czekałam, i nie mogłam się doczekać. I że było mi bardzo dobrze siedzieć na Magdusinym ganku w deszczu, śmiać się i opowiadać, opowiadać bez końca.
Drugi-tata – niesamowicie. Przechodzi wszelkie oczekiwania. Ugotował dla nas obiadek, upiekł DWA ciasta! Cały czas był z nami, rozmawiał, dowcipkował i naturalnie – dokuczał. Wiadomo powszechnie, że on nie może być w moim towarzystwie przez dłużej niż pięć minut i mnie nie podszczypać. Emocjonalnie, oczywiście. Pewnie nawet nie wie, jak mnie te jego podszczypywanki cieszą.
Przy okazji wysnułam odważną teorię, że wpływam na drugiego-tatę motywująco i za każdym razem, jak się spotykamy, musi coś udowodnić. Wczoraj na przykład wybrał się do sklepu. Pierwszy raz. Druga-mama nie mogła wyjść z podziwu. Teraz będzie śmigał po bułeczki świtkiem-rankiem ;o)
Wszystkim, którzy czytali u drugiej-mamy, że dzieci cudem były grzeczne muszę powiedzieć, że powinna była napisać, że dzieci były CUDOWNIE grzeczne. Jestem przekonana, że to nie jest rzadka sytuacja. Zawsze, kiedy tam przyjeżdżam, dzieci są grzeczne, z czego wnioskuję, że się jakieś kalumnie snuje na tamtym blogu.
Zresztą – kochani – jakie dzieci? Damy i kawalerowie. Do gatunku DZIECI należą wyłącznie bliźniaki.
Wszyscy byli dla nas mili i kochani, rozmowni i ciepli. Każdy z domowników poświęcił nam swój czas. Nawet Kajtuś przyszedł z nami posiedzieć, co ucieszyło mnie niezwykle. W pewnej chwili uświadomiłam sobie, że zamiast w pokoju z dużymi, siedzę w kuchni z Michasią i Kacperkiem, i gadamy sobie w najlepsze. I że wcale nie odczuwam różnicy. A Zuzia była najdzielniejsza z dzielnych – zajmowała się maluchami cały czas, żebyśmy mogli sobie poplotkować.
Oblazły nas wszystkie zwierzęta, a Gruba jest wielka jak słoń. Popłakałam się ze śmiechu, kiedy druga-mama podrzucała jej jakieś smaczne kąski, a ona załatwiał je jednym kłapnięciem. Jak krokodyl. Widowisko było, jak się patrzy. Wszystkie psy są tak samo grzeczne, jak dzieci, wiedzą, kiedy trzeba usiąść, kiedy dać głos, a kiedy podać łapę. Kodi podaje nawet dwie. Dodatkowo jest niezwykle praktycznym nabytkiem – jak człowiek zje jabłko w salonie, to nie musi wynosić ogryzka do śmietnika w kuchni. Zaprasza się kulturalnie Kodi do konsumpcji, a ona wdzięcznie i delikatnie (żadnego tam hapsania!) odbiera ogryzeczek. No… nie idzie z nim do kosza ;o)
Wszystkie koty przychodzą na mizianki i mruczą człowiekowi do ucha kołysanki.
Wywiozłam z domu drugich-rodziców spokój i ciepło w sercu. Tak dobrze, jak u nich, nie czuję się chyba nigdzie. Musiałam przysiąc (plując obficie na palce), że przyjadę niedługo i to na weekend, bo drudzy-rodzice nie dali się zbyć moimi żałosnymi informacjami, że goście jak ryby – psują się od głowy.
Żeby oni wiedzieli, jak ja bardzo CHCĘ przyjechać!
I przyjedziemy, oczywiście. I będzie ładna pogoda. I będziemy siedzieli pod brzózką, i zrobimy ognisko, i będziemy chodzić boso po trawie. Będzie cudownie, ja to wiem i nie mam ani krzty wątpliwości. Istnieje nawet możliwość, że sobie z drugą-mamą strzelimy po Soplicy (no, nie po butelce!), a drugiemu-tacie pokażemy tylko figę.
Nie mogę się doczekać wprost! Mam nadzieję, że druga-mama, załatwiając parę rzeczy na Śląsku, zajrzy do mnie jeszcze w międzyczasie, bo dla mnie widzenia raz w miesiącu, to za mało. Stanowczo!

Aha, kocia kupa na schodach* w ogóle mnie nie rusza, nawet sprzątnę na ochotnika ;o)))

PS Wszystkich zainteresowanych proszę o zajrzenie TU. Nie zapominajcie, proszę, o ważnym.

* To jest odpowiedź na Magdusine rozterki.

2 maja 2007

Przyzwyczajam się do ludzi

To nie moja wina. Taki mam układ organizmu. Robię zakupy stale w sklepie niedaleko domu, od lat chodzę do tego samego dentysty, od mojej fryzjerki jestem uzależniona. Nie bardzo lubię tłumaczyć, o co mi chodzi. Ludzie, których znam od lat, zwyczajnie to wiedzą. Do załamania nerwowego doprowadza mnie potrzeba wytłumaczenia, jaką chcę mieć fryzurę. Aneta nie pyta. Strzyże mnie od lat, wie co lubię, a czego nie i w tych granicach składa mi różne oferty oraz proponuje nowe rozwiązania. Zaprzyjaźniona pani w sklepie nie wpycha mi szynki nie pierwszej świeżości. Moja dentystka nie docieka, czy wytrzymam wiercenie bez znieczulenia (nie wytrzymam).
Lubię, jak ludzie się do mnie uśmiechają i nie jest to wyłącznie uśmiech służbowy. Dlatego przeprowadzki są dla mnie kłopotliwe. Muszę albo poznawać nowych ludzi, albo dojeżdżać do tych poprzednich. Zmieniłam kosmetyczkę – bardzo duże osiągnięcie. Nowa oczywiście rozpoznaje mnie z kilometra, wiem, że ma dwoje dzieci – synków – w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. Zmieniłam sklep spożywczy – tu dojeżdżanie byłoby bez sensu. Sklep jest duży, o czym już kiedyś pisałam, ale najważniejsze, że rozpoznaje mnie pani od chleba.
Od lat chodzę do tego samego szewca i dojeżdżam do niego z sąsiedniego miasta! No co? Szewc jest solidny i nie zdziera skóry – nie tylko z butów.
Od lipca zeszłego roku mam nowych sąsiadów. Znam wszystkich nie tylko z racji pełnionej funkcji. Z większością jestem po imieniu.
No i praca. Mam bardzo dobry słuch, więc większość osób rozpoznaję w telefonie, zanim zdążą się przedstawić. Zwracam się do nich na wpół familiarnie, po imieniu z przedrostkiem pan i pani. Nie do wiary, jakie można osiągnąć efekty takim działaniem. Każdy czuje się wyjątkowy, nie zdając sobie sprawy, że takich wyjątkowych, jak on (w samych jednostkach, które nam podlegają) jest pewnie z 50 osób :o)
Wszscy są grzeczni, nikt się ze mną nie spiera i nikt nie kwestionuje moich poleceń – przynajmniej dopóki jestem na nasłuchu hihihi.
Ogólnie chyba lubię ludzi. Oczywiście na piechotę. W samochodzie ludzi nienawidzę i ogłaszam to codziennie całemu światu. Ale to już, jak mawiał Kipling, zupełnie inna historia.

PS do Dary: ciśnij TU.

Leniuchy

Nic nie robię. Nic. Nicusieńko. Leniwce włażą przez okna, rozłażą się po ścianach. Wspólny rytm życia matki i córki trwa. Dziś dostałyśmy już szczytowego ataku – rozłożyłyśmy po południu kanapę w dużym pokoju przed telewizorem i postanowiłyśmy tam zgnić marnie. Nie udało się, ale przespałyśmy się uczciwie. Wcale nie uważam takich chwil za zmarnowane. Zwykle mam mało czasu na leniuchowanie, albo wcale go nie mam. Jak sobie pogram z Potomstwem w karty, pośmieję się na „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”, machnę od niechcenia racuchy albo jakąś sałatkę – to jestem w pełni uszczęśliwiona. Kocham mój dom i jak ognia unikam wyjazdów służbowych. Storpedowałam już chyba z 10 narad wyjazdowych. Aż dziw, jaka jestem skuteczna.

Żeby nie było – dieta trwa. Ubytek wagi – 5 800 kg. Walczę dalej. Potomstwo od niechcenia zapytało dziś w kuchni:
- Masz jakiś plan, kiedy zamierzasz przestać?
Otóż nie mam.
Zawsze jest tak, że w pewnym momencie wszystko szlag trafia, bo człowiek już dłużej nie może. Zobaczymy, jak długo uda mi się zawalczyć tym razem. I tak uważam, że całkiem nieźle mi idzie – pewnie to przez urozmaicenie posiłków. Kto się odchudzał kiedykolwiek dietą Cambridge, rozumie o co mi chodzi. Chociaż jest to dieta wyjątkowo skuteczna – niemniej koszmarnie męcząca.
Tymczasem szafa zaczęła się znowu przede mną otwierać, ale najbardziej drażni mnie, że zrobiłam sobie porządek w buciarni, wyciągnęłam do przodu sandały i klapki bez palców, machnęłam pedicure i wtedy pogodę szlag trafił. Grzejemy. Nie wiem naprawdę, kiedy uzbieramy pieniądze na centralne. Okres grzewczy w Polsce nie trwa w porywach 4 miesiące, a ja jeszcze nie mam pokrycia wszystkich faktur za rok bieżący. Ból.

Od piątku spotkania w kandydatami do naprawy dachu, oby owocne.

Ziew, ziew – jutro pobudka przed szóstą.