31 grudnia 2007

Rozleniwiłam się przez to wolne

Och tak, tak, jestem wam coś winna. Choćby wytłumaczenia. Ale tak naprawdę, nie mam nic na swoją obronę – zwyczajnie tak się rozlazłam i rozleniwiłam, że nic mi sie robić nie chciało – nawet odpalać komputera. Dobrze mi było z rodziną w domu i tyle.

Jasne, wiecie przecież, prawda? No byłyśmy u drugich, byłyśmy.
Od pierwszej chwili podróż była niezwykle udana, bo pogoda zadbała o nas wyjątkowo. Tzn. o pasażera, bo kierowcy słońce w oczy. Jechałyśmy sobie z Krynią okrężnymi drogami, przez lasy i pola, gadałyśmy do upadłego niespiesznie, aż się drudzy zniecierpliwili i upomnieli nas telefonicznie, że się czajnik spalił. I już nie było wymówek, więc wyskoczyłyśmy na główną trasę, odważnie pokonałyśmy korki i zaparkowałyśmy, blokując bramę.
A potem to już były same przyjemności. Ściskanie drugich, dzieci drugich, zwierząt drugich i nawet mamy drugich, która pędem przybyła. Posiłki wydawano z podziwu godną regularnością. I nawet był wyszynk. Choć dla niektórych niedostępny.
Salony… powiadam wam! Jest się czym chwalić. Twórca salonów napalił w kominku, doglądał nas czule i nawet pozwolił mi zostawić wieczorem pół sławetnego gołąbka ziemniaczanego, bo oczy już mi z orbit wychodziły z powodu przejedzenia. Przez grzeczność nie wskażę chętnego, co go pożarł z mojego talerza, obrzydliwości nie czując (gołąbka oczywiście, a nie drugiego-tatę). Najciekawsze dyskusje wybuchły naturalnie w chwili, gdy Krynia zaczęła się kręcić nerwowo na okoliczność obowiązków opiekuńczych. Własnych. Ponieważ okropnie nie chciało jej się opuszczać gościny, to uznała intuicyjnie, że na kogoś trzeba zwalić i, przerywając wpół słowa kolejnemu mówcy, nakrzyczała na mnie potwornie, aż podskoczyłam na schodku (okupowanym właśnie) i udławiłam się poczuciem winy. Pisnęłam tylko nieśmiało, bo wiadomo, że najmłodszy nie ma głosu i racji, że litości i litości. Ale rzeczywiście trzeba już było jechać.

Obiad i gołąbki.
Słodycze dla dziatwy.
I inne.
Za to zapłacisz kartą MasterCard.

Parę zdjęć i garść rozgrzewających wspomnień… BEZCENNE.

Kochani Moi!
Nadchodzi Nowy Rok, a ja nie mam żadnych próśb. Mam za to całe mnóstwo podziękowań.
Za zdrowie.
Za miłość.
Za stabilizację.
Za zaufanie.
Za przyjaciół – najlepszych na świecie.
Za naukę, doświadczenia – choć bolesne, ale jakie dla mnie ważne.
Za cały ten rok – taki trudny, ciężki, ale jakże pouczający i otwierający nowe perspektywy.
Za to, że życie jest cudowne, a świat taki piękny.
Za to, że jak się obejrzę przez ramię, to coś chwyta za gardło i nie pozwala mówić. I tylko się człowiek usmiecha przez łzy wzruszenia.

DZIĘKUJĘ…

Och, jaka jestem bezbrzeżnie wdzięczna.
Tyle łask, naprawdę. Nie wiem, czym zasłużyłam.

I tego wam właśnie na następny rok życzę: żeby było za co dziękować.

28 grudnia 2007

Zabawne Zbiegi Zdarzeń – rulez!

Passa zbiegów okoliczności nadal trwa i wciąż świetnie się z tym bawię.

Muszę wyznać, że na początku grudnia zmartwiłam się trochę dowiedziawszy się, że moi lokatorzy* się wyprowadzają. Pomyślałam o kolejnych poszukiwaniach najemców, o tym, że człowiek nigdy nie wie, na kogo trafi, że chciałabym mieć spokój… Ale cóż. Nie ma co narzekać, sprawa przesądzona. Przed śwętami dałam ogłoszenie i czekałam sobie spokojnie na odpowiedzi. Koniec watku.
Tymczasem wczoraj wypadło nam spotkanie klasowe, na które punktualnie przybyły tylko dwie osoby. Ja i T. Spędziliśmy we dwoje około pół godziny, a że nie widzieliśmy się 17 lat (BOŻE!!!!!!!!!!!!!!! – teraz sobie to uświadomiłam….), opowiadaliśmy sobie spokojnie, co się z nami działo przez ten czas.
- No i tak właśnie wylądowałem z powrotem na łonie rodziny – T. sfinalizował swoją dłuższą wypowiedź o nieudanych związkach – Mieszkam z mamą i siostrami. Niedługo oszaleję. Szukam czegoś za wszelką cenę. No… może nie za wszelką.
- Do kupienia czy do wynajmu? – zapytałam czujnie.
- Wszystko jedno.
- Sprawy niemożliwe załatwiam od ręki, na cuda trzeba chwileczkę poczekać. Masz mieszkanie.
- Coś ty?
- Nie coś ty, tylko od 1 lutego. Lokatorzy mają się wyprowadzić do końca stycznia.
Dziś rano byliśmy pokazać/obejrzeć mieszkania. T. zadowolony. Usiedliśmy w samochodzie przed domem, zapaliliśmy papierosa i ubiliśmy interes. Ja wynajęłam mieszkanie poniżej kwoty, którą miałam w planie za nie uzyskać, ale za to spokojnemu i miłemu facetowi, którego znam. T. wynajął mieszkanie w ramach swoich możliwości finansowych i już za miesiąc rzuca silnie sfeminizowane środowisko matek i sióstr.
No sami powiedzcie – fajnie?

* Mówiłam, że mam w zapasie malutkie mieszkanko, przeznaczone na posag dla Potomstwa? Jeśli nie mówiłam, to mówię. Mieszkanko jest w wynajmie, żeby się utrzymywało.

26 grudnia 2007

Nie wytrzymałam

Muszę się z wami podzielić moimi małymi radościami. Otóż, jak wiadomo, dostałam pod choinkę panią do kłócenia się. Teraz mogę się kłócić, ile tylko zechcę i nikomu to nie przeszkadza. Dziś przetestowałam to pierwszy raz.
Jadę sobie trasą, którą doskonale znam i pani mówi do mnie:
- Za 50 metrów skręć w lewo.
A ja doskonale wiem, że to jest głupia droga. Więc mówię do pani pieszczotliwie:
- Wal się na ryj, kretynko. Wiem lepiej.
I co? I ona w ogóle nie oponuje. Tylko zgadza się ze mną bez słowa, skanuje i szuka nowej drogi. Tylko dla mnie.
I tak sobie możemy dwadzieścia razy.
Dojeżdżamy do celu i ja się zwracam do niej w te słowa:
- I co? Wyszło na moje, nie?
I ona znów nie oponuje.
Cudownie. Uwielbiam takie rozwiązania. Powinni jej jeszcze zaprogramować tekst:
- Jasne. Jesteś przecież genialna.
No i troszkę szkoda, że to jest pani, a nie pan Hołowczyc. Ale cóż…  nie można mieć wszystkiego. I tak jest super.

A w ogóle to strasznie fajnie jest mieć koty, wiecie?
Przychodzę sobie do łóżka, a tu czeka na mnie ciepła kulka, a jak się zbliżę, to ona już mruczy i się cieszy, że jestem. Tak po prostu bez powodu. No to niech ktoś znajdzie inny przykład bezpowodowego cieszenia się na jego widok. No proszę, śmiało.
I jeszcze przychodzi Karol i staje na głowie z miną wniebowziętego.
Żyć nie umierać.
To idę, zagram sobie w skrabelki.

25 grudnia 2007

Płyną sobie święta

Aż wstyd się przyznać, ale spędzamy te święta wyjątkowo rodzinnie i okropnie drobnomieszczańsko. Właściwie to jemy (za dużo) i oglądamy TV. Ale za to razem. Obecnie uznaliśmy, że cierpimy na przesyt oglądactwa i rozeszliśmy się każdy do innego pomieszczania i komputerka. Co oni tam robią, nie mam pojęcia, ja natomiast zabawiam się prezentem, który znalazłam w tym roku pod choinką, o którym cichutko marzyłam już od dawna i na który moje dzieciątko zarobiło ciężką pracą dodatkową.
Nie trzymam was w niepewności – dostałam GPS, a więc wszędzie teraz trafię, włączając w to własną ubikację.
Sprzęt ma piękną opcję – prowadź do domu. Obojętnie, gdzie się człowiek znajduje. I to powoduje, że myślę o nim ciepło. I pewnie nawet nadam mu jakieś imię. To tylko kwestia czasu.
Koniec błądzenia. Koniec pytania i dzwonienia z trasy, że nie mam pojęcia, gdzie się obecnie znajduję. HA!
Zamierzam go przetestować na wszystkie sposoby w najbliższym czasie.
A o 20.00 „Pada Shrek”. Więc znowu zgromadzimy się na dole i włączymy pudło. I może znowu Prezes pogłaszcze mnie po głowie mówiąc, że cieszy się, że jesteśmy razem w kolejne święta.
No i się rozczuliłam. To wracajcie do ciasteczek.

24 grudnia 2007

Boże Narodzenie

Drodzy i Kochani!

Nauczona licznymi doświadczeniami tego roku, spieszę, by złożyć Wam życzenia z głębi serca.
Abyście zawsze wiedzieli, co jest NAPRAWDĘ ważne.
Abyście umieli śmiać się z tego, co chce zaprzątnąć Waszą uwagę, a nie jest tego warte.
Abyście zawsze potrafili odnaleźć Miłość.
Abyście pamiętali, że wszystko wokół jest ulotne i nietrwałe, więc to – co ważne – trzeba pielęgnować i chronić. I cieszyć się każdą chwilą. I niczego nie żałować.
Życzę Wam, byście mogli być dumni, że jesteście dobrymi ludźmi.
I potrafili cieszyć się każdym drobiazgiem, a zrezygnować z Rzeczy Wielkich, które zwykle nas nie spotykają (choć ja uważam, że to, co mnie spotyka, jest WIELKIE i nie zamierzam rezygnować z takiego oglądu rzeczy).
Żebyście potrafili zauważać to, co wokół Was jest dobre.
Życzę Wam Spokoju.
Zdrowia.
Uśmiechu.
I wielkiej, wielkiej miłości.

Bo z resztą sami dacie sobie świetnie radę.

Dziękuję Wam za cały miniony rok. Uśmiecham się na myśl, ile jeszcze przed nami fascynujących chwil. Bądźcie blisko. To, że nie mogę Was dotknąć, nie znaczy wcale, że nie jesteście dla mnie ważni.

23 grudnia 2007

Idą święta – fotoreportaż


Karolek wyczuwa napięcie z powodu wielkiej znajomości rzeczy sedna.
Atmosfera świąt składa się bowiem z różnych pysznych zapachów i smaków.
Na przykład z… suszonych jabłuszek.

A co tu mamy pysznego?
Photobucket

Mmmm… Jabłuszka! Moje ulubione!

Gdzieś tu musi być wejście…

Jeszcze trochę i przecisnę się przez tę dziurę!

Ach, święta, święta… Lubię!

Dyskusje z Archiwum X


Osoby
:
prezesowa
Adaś

Miejsce akcji:
sala konferencyjna zakładu dla obłąkanych

Czas akcji:
wigilia zakładowa

Adaś i prezesowa zderzają się plecami w ferworze składania sobie życzeń wzajemnych przez ludzkość, obracają się i z błyskiem w oku…
prezesowa: Adasiu!
Adaś: O nie! Na pewno nie! Życzę ci wszystkiego najlepszego i nie dopuszczam cię do głosu! Ty potem gadasz i gadasz, a ja zapominam języka w gębie i stoję jak ten kołek! Masz, łam się opłatkiem!

22 grudnia 2007

Dysputy grubych bab

Osoby:
prezesowa
koleżanka prezesowej (obie przy kości)

Miesce akcji:
zakład dla obłąkanych

Czas akcji:
zagubione w przestrzeni czasowej przed świętami

koleżanka prezesowej: I tak sobie myślę, moja droga, że coś z tym (tu wskazuje na oponę) trzeba będzie zrobić.
prezesowa: Mam dokładnie te same wrażenia co do siebie.
koleżanka prezesowej: Bo ja tak wracam codziennie do domu, zziajana i głodna jak dziki wieprz i rzucam się na żarcie.
prezesowa (potakuje ze zrozumieniem)
koleżanka prezesowej: I tak się opcham, a potem jeszcze dołożę pół tabliczki czekolady.
prezesowa (odkrywa punkty wspólne)
koleżanka prezesowej: I ja oczywiście mogłabym zjeść rybę duszoną w folii z warzywami, ale…
prezesowa: Ale takie kluseczki na przykład.
koleżanka prezesowej: Właśnie. Z sosikiem.
prezesowa: Albo kopytka.
koleżanka prezesowej: No. Ze skwareczkami.
prezesowa: Albo inne mączne, na przykład lazania.
koleżanka prezesowej: Mniam. Z takim milusim farszem.
prezesowa: Albo…
koleżanka prezesowej: Zamknij się. Miałyśmy rozmawiać o odchudzaniu!!!

21 grudnia 2007

Szczęśliwe zbiegi okoliczności


Wczorajszy dzień zakończyłam we własnym łóżku, smakowicie pochłaniając lekturę i rozważając, jak to się czasem plecie, że wszystko układa się po naszej myśli. Opowiadam po kolei.
Opuściłam pracodawcę punktualnie i to jest duży plus.
Nikt mnie nie zastawił na parkingu, więc mogłam odjechać w siną dal bez zdenerwowania, że ktoś gdzieś czeka, a ja utknę w korkach.
Przemieściłam się do centrum handlowego (miejsce parkingowe jakby na mnie czekało – teraz, w okresie przedświątecznego szału!), gdzie miałam nadzieję zastać dwa miłe talerzyki deserowe, z których jeden miał stać się zwieńczeniem prezentu dla mojej Mamusi, a drugi – prezentem własnym dla moi. Były! Czekały!
Nabyłam pędem i nie stłukłam, mimo wizyty w Empiku, gdzie cichaczem wepchnęłam do torby trzeci tom Pilipiuka (kończę drugi), który właśnie był, mimo że gdzie indziej go nie ma.
Bez większych przeszkód przemieściłam się do centrum miasta, w którym zamieszkuję i udałam się spacerkiem do banku, by dokonać operacji finansowej oraz życzyć różnych miłych rzeczy moim ulubionym paniom z oddziału lokalnego.
Kolejka była nieobecna.
Zupełnie przypadkiem dogadałam się z moimi ulubionymi paniami, że posiadam lokal do wynajęcia, a nie posiadam chętnych do wykonania tej czynności, natomiast panie odwrotnie. Samorzutnie zobowiązały się do podjęcia działań, które mogłyby zbliżyć mój lokal z ich klientami.
Bardzo zadowolona spacerkiem udałam się w stronę parkingu, ale nie wiadomo dlaczego – zupełnie nie tą drogą, co zawsze. Ide sobie, patrzę, a tu jak byk – salon autoryzowany (sprzedaż i serwis) Nokia (nigdy go tam wcześniej nie spotkałam). Mając na uwadze ten telefon, o którym w poprzedniej notce, myślę sobie – wejdę, a co mi tam. Weszłam. Okazałam miłemu panu rozpadniętego grata i oczekiwałam zastrzelenia suma niestrawną oraz terminem nieprzyjmowalnym. Pan telefon zabrał, udał się na zaplecze, wrócił po chwili i powiedział:
- Mamy wszystkie części. Zrobimy, nie ma sprawy.
- Za ile?
- Za stówę.
- Tak? – ucieszyłam się, przewidując poważniejsze kwoty – A na kiedy?
- A za 5 minut.
Bajka. I jeszcze utargowałam 10% zniżki. Mam wreszcie kontakt ze światem bez stania na rękach i nie muszę wypruwać sobie flaków. I nawet mogłam zapłacić kartą. Kredytową, oczywiście – jak to o tej porze wiosny.
No to jeszcze wstapiłam do kolektury, bo świeciła napisem, że stawka wynosi 6 milionów.
To co? Idę, sprawdzę czy – być może na fali sukcesu – nie mogłabym już pójść do domu, co?

20 grudnia 2007

Notka drastyczna – tylko dla ludzi o stalowych nerwach


Zimowe poranki… Tjaaa… Ja się, Proszę Szanownych Czytelników, urodziłam na wiosnę. Wobec powyższego muszę w mieszkaniu zajmować miejsca szczególnie nasłonecznione, a stosownie podlewana rozkwitam i ogólnie się rozkręcam. Natomiast zimą… Zimą nieustannie odtwarzam ten sam poranny scenariusz.

5.30 – budzik w telefonie słodko tłumaczy, że trzeba wstać, przede mną nowy dzień pracy, pasmo sukcesów
5.30 i 2 sekundy – walę dziada bez litości, na ile tylko stać zaspane ramię; 10 minut drzemki
5.40 – budzik w telefonie słodko tłumaczy, że trzeba wstać, przede mną nowy dzień pracy, pasmo sukcesów
5.40 i 2 sekundy – walę dziada bez litości, na ile tylko stać zaspane ramię; 10 minut drzemki
5.40 i 10 sekund – nachodzi mnie refleksja, że pracodawca może mi nie wybaczyć – porzucam ją
5.50 – budzik w telefonie słodko tłumaczy, że trzeba wstać, przede mną nowy dzień pracy, pasmo sukcesów
5.50 i 2 sekundy – spazmy
5.50 i 20 sekund – usiłuję utrzymać górną część ciała w pionie
5.50 i 45 sekund – wściekły kłąb tych cholernych futrzaków, który jakiś kretyn przywlókł do domu, wyprawia idiotyczne harce, które mają przekazać mi informację, że w okolicy panuje głód i tylko ja mogę rozwiązać globalny problem
5.51 – usiłuję zlekceważyć wściekły kłąb tych cholernych futrzaków, który jakiś kretyn przywlókł do domu oraz utrzymać górną część ciała w pionie
5.52 – wściekły kłąb tych cholernych futrzaków, który jakiś kretyn przywlókł do domu, zaczyna wydawać wysokie dźwięki i Prezes już sapie wymownie
5.53 – poddaję się
5.53 i 30 sekund – wściekły kłąb tych cholernych futrzaków, który jakiś kretyn przywlókł do domu, oszalałym cwałem rusza w kierunku schodów, a za nim ja – jakby mniej oszalałym i zupełnie nie cwałem – no dobra: sunę po omacku obijając się o meble
5.53 i 40 sekund – wściekły kłąb tych cholernych futrzaków, który jakiś kretyn przywlókł do domu, wydaje obrzydliwie wysokie dźwięki z okolic kuchni; ja zastanawiam się, co za osioł chciał mieć dwupoziomowe mieszkanie
5.53 i 50 sekund – wściekły kłąb tych cholernych futrzaków, który jakiś kretyn przywlókł do domu, wydaje obrzydliwie wysokie dźwięki ze zwiększoną częstotliwością; ja zsuwam się bezwładnie ze schodów
Światło.
Lustro naprzeciw.
O mój Boże…

Gaszę natychmiast.
Wyciągam puszkę z żarciem, kłąb się kłębi i kwiczy, oczywiście wypada mi z rąk telefon komórkowy, klapka dziś mi właśnie odpadła. Używam kilku technicznych określeń wojskowych, opędzam się kopniakami od kłębu, w końcu stawiam te miski na podłodze, psiakrew, siku mi się chce.
Wściekłe mlaskanie i chrupanie.
Zastanawiam się, po co mi to było.
Nawet nie próbuję zamykać za sobą drzwi do łazienki, bo kłąb czuwa i mnie pouczy.
Naciskam guzik szczoteczki do zębów i przez trzy minuty nadrabiam zaległości czytelnicze (obecnie Pilipiuk).
Kłąb pożera w międzyczasie karmę, miski i meble kuchenne oraz co luźniejsze kafle, a następnie przybywa do łazienki i wydala, powodując smród i przepychanki (no co, rano musi być kupa, nie wiedzieliście?).
Udaję, że oślepłam, ogłuchłam i straciłam węch.
Podejmuję działania mające na celu znalezienie oczu.
Są.
Jeszcze krem na twarz (no co? ma się swoje latka), śniadanie dla wszystkich na wynos, ubrać się i wyjść.
No dobra – sprzątam w tej kuwecie, przyłapaliście mnie.
Oka zrobić nigdy nie zdanżam. Wpycham tusz do torebki z nadzieją, że uda się w pracy.
Wychodzę.
Noc.
Kur… eeee… ojejusiu.
Napadało mi na samochód i przymarzło.
Eee… ojejusiu.
Włączam silnik, grzeję, skrobię, zamiatam, staram się myśleć, że są na świecie ludzie, którzy nie mają na wino. A ja mam.
Jadę.
Słucham wiadomości.
Budujące i zachęcające. Kto słucha wiadomości o poranku, ten wie.
Docieram do pracy w ścisłym centrum miasta wojewódzkiego, wykonuję karkołomne wolty i wpycham samochód pomiędzy krawężnik a płytki chodnikowe.
Pełna nadziei i optymizmu ruszam.
Winda nie chodzi.
Pełna nadziei i optymizmu, lekka jak piórko, przemieszam się na trzecie.
Panowie robotnicy remontowi już są, nic nie zrobili konstruktywnego, ale zdążyli wypalić 18 paczek papierosów i rozsypać jakiś cholernie krztuszący pył.
Pełna nadziei i optymizmu przemykam do biurka.

A potem mnie wzywa dyrekcja i mówi, że działam jej na nerwy.
I niech ktoś wreszcie doceni, że jeszcze skur… eeee… ojejusiu nie udusiłam!!!

19 grudnia 2007

Wahania konwencyjne

Nie ukrywam, że odkąd prowadzę bloga, mieszane uczucia towarzyszą mi nieustannie. Jedno z tych uczuć to wahanie dotyczące konwencji. Taką mam już konstrukcję psychiczną, że liczne decyzje podejmuję w ułamku sekundy, nie przemyślawszy ich przesadnie uprzednio (ale ja szybko myślę!). To się nazywa postępowanie instynktowne. Mężczyznom daję pole do popisu: to takie babskie… Kobietom daję pole do popisu: rzadko się mylę. Kiedy pozwalam się popchnąć do działania tym wewnetrznym dzwonkom i światełkom (do wyboru), zwykle dobrze na tym wychodzę. (Piszę „zwykle”, żeby poprzez „zawsze” nie rozjuszać pragmatycznych Czytelników). A więc nie mędrca szkiełko i oko? Uciekać od przewagi kultury nad naturą? Bazować na tym, że drzewiej to ludzie wiedzieli, a dziś wiedzą jedynie nieliczni, którzy nie dali się zwieść elekrtyfikacji miast i wsi? Poddaję pod rozwagę.
Ale: ad rem (znowu te przeklęte dywagacje)!
Otóż i z blogiem tak było. Podjęłam decyzję i zrealizowałam ją. Nie zastanawiałam się naówczas, do czego ma mi to służyć, tylko poddałam się impulsowi. W związku z tym nie rozważałam również CO będę pisała ani tym bardziej JAK. I ten dylemat prześladuje mnie już od ponad roku (no tak, niektórzy wiedzą, że archiwum to zmyłka – przenosiłam się, bo mnie wyśledzili). Co tak naprawdę chciałabym osiągnąć, prowadząc tego typu działalność? Czy iść na całość? Czasem, nie ukrywam, szłam. Notki powstawały wtedy ad hoc – wytrzepane z rękawa, jak mawia moja ulubiona czytelniczka i recenzentka (ulubiona, bo zawsze chwali – przecież nie będę obdarzać przesadnym uczuciem kogoś, kto nieustannie wierci mi palcem w oku!!!). Często w pracy, która jest wszakże naszym wspólnym dobrem oraz Krainą Absurdu. Drugim źródłem dla notek szybkich jest dom – Siedziba Stadła – Latający Cyrk Monty Pythona every day, every night. Poza tym, jak doskonale wiedzą ci, co wiedzieć chcą lub zostali zmuszeni – charakteryzuje mnie nieuleczalna głupawka i po prostu nie zawsze jestem w stanie być poważna.
Ale.
No właśnie, zawsze się pojawi jakieś „ale” i dyszeć nam będzie w kark.
Ale tyle wokół dziwaczynych sytuacji, że może powinnam zachować powagę? Może pisać na serio o tym, co się dzieje? Na poziomie, na poziomie!!! To też troche ambicjonalne, prawda? Wyzwanie – ja kocham wyzwania. Tylko co wtedy z Krainą Absurdu? Bo bez tego nie dam rady, to utrzymuje mnie na powierzchni, daje wiatr w żagle i pozwala trwać. Więc prowadzić dwa blogi? A nie, dziękuję, postoję. W końcu i tak wiadomo, że prowadzę dwa – tak samo napiętnowane głupawką. Trzeci nie wchodzi w grę.

No już dobra, dobra. Powiem wam, skąd mi się to dziś wzięło. Z lekką pustką w zwojach postanowiłam coś urodzić. Wchodzę na stronę www.blog.pl z zamiarem logowania, patrzę, oczy przecieram (przy okazji tzw. gila), nadal nie wierzę, przecieram, przecieram, zakładam żakiet, żeby ukryć dziurę w rękawie, co ją sobie przetarłam, a tu nic sie nie zmieniło. Wykonałam nawet telefon kontrolny, żeby się upewnić, że nic mi się nie poptasiło. Ale nie… Polecają mnie na stronie głównej!
Od razu skurczyłam się w środku. No głupoty wypisuję, tak? Nieodpowiedzialnie mielę ozorem z przekonaniem, że czyta wąskie grono znajomych. A oni mi tu takie… Noooo dooobra. Halo: ekipo BLOGA, dziekuję za wyróżnienie. Naprawde jestem wzruszona i zakłopotana.

Więc gdzie jest złoty środek?
No i nie wiem: pisać poważnie czy nie?

PS Z półki – niepoważnie. Powróciłam do łask w zakładzie dla obłąkanych. Oficjalnie. Od 1 stycznia. Oj, ja biedny miś – teraz to dopiero robota mnie dopadnie. Mój powrót odtrabiono przy świadkach.

W pewnym sensie podmiotem twórczym dla tej notki stała się Gazeta Wyborcza. Gdyby nie ona, dziś byłoby bardzo poważnie i do znudzenia na ten sam temat, co wszyscy – in vitro. Ale GW w swoim portalu wykazuje artykuły z serii „Opinie” dzień po. A dziś, wiecie – Środa w środę. Nieco z jadem (czytałam w papierze), ale na poziomie i celnie. Jak zawsze (za co Pani Profesor dziekujemy). No i nie miałam skąd skopiować tekstu do komentowania, więc zostało wam oszczędzone. Choć jedno licho wie, na jak długo.

I w ogóle to: hops, hops! Wracam do domu! Przypomnijcie mi, jak się cieszyłam, kiedy seryjnie będę bluzgała na tę robotę.

18 grudnia 2007

Niech nie wie twoja ręka prawa, co robi ręka lewa


Dziś będzie o dobroczynności.
Temat wywołał zakład dla obłakanych, a właściwie dyrekcja. Albowiem zarządzono zbiórkę wśród pracowników. Dobrowolną - zaznaczam, anonimową – mam nadzieję. Zrzucamy się czasami na różne rzeczy, a tym razem na pomoc pewnemu stowarzyszeniu, które pełni opiekę dzienną nad dziećmi. Albowiem, jak powszechnie wiadomo, Archiwum X jest biedniutkie i jeśli chce wysyłać w delegacje zagraniczne swoich szefów (Chiny, Japonia i takie tam), to działalność dobroczynna jest prawie niemożliwa i polega wyłącznie na duszeniu pracowników. Nie miałabym nic przeciwko temu, choć przyznać muszę, że mam pewną własną wizję dobroczynności, gdyby nie fakt, że Pismo mówi, jak w tytule. Natomiast wierchowka zakładu dla obłąkanych robi z tego szopkę, co kłóci się z jakąkolwiek wizją, a nawet ze zwykłą ludzką przyzwoitością. Dajmyż. Dzieci są potrzebujące. Zrzućmyż się (nic mi nie wiadomo o tym, żeby dyrekcja się zrzuciła). I przekażmy to owemu stowarzyszeniu. Z pokorą i po cichu. Zwłaszcza, że nie dostrzegam zasług dyrekcji w tym przedsięwzięciu.
Nic za to nie mogę, ale tak właśnie pojmuję dobroczynność. Ciche i kulturalne działania, których celem jest pomoc. Bez poklasku. Bez błysku fleszy. Zupełnie jak w łacińskim powiedzeniu (choć nie na temat, ale oddaje sens) „Non scholae sed vitae discimus”. Nikt nie będzie oceniał mojego sposobu na życie, poza może Szefem Na Górze. A on i tak wie, co ma wiedzieć, jemu pisma i kamery niepotrzebne.
Tymczasem fakty wyglądają następująco: zwykli ludzie sięgnęli do swoich portfeli i, mimo że zakład dla obłąkanych w te święta podarował nam owoc zagraniczny (figa), zafundowali dzieciakom to, czego potrzebują najbardziej: pasty do zębów i proszki do prania, płyny do mycia i ścierki oraz szczotki. Bo te dzieci aktualnie nie potrzebują słodyczy, tylko zwykłego mydła. Taka sytuacja. Przykra i bolesna.
I złość właśnie gości w moim sercu. I żal. Bo dyrekcja pójdzie i w światłach przekaże ten dar serca. A ja chciałabym pójść zaraz za dyrekcją i przeprosić z głębi trzewi. Żeby mi te dzieciaki wybaczyły. Bo jestem dorosła i odpowiedzialna za niewydolne państwo, którego są ofiarami. I chciałabym móc coś sensownie zmienić. Albo pomóc, dopóki się nie zmieni. Po cichu i tak, żeby nikt o tym nie wiedział.

W tym roku w stajence, u stóp Maluśkiego, będziemy się modlić o pokorę dla ludzi.
O zastanowienie i zadumę.
O człowieczeństwo.
I żeby wreszcie zrozumieli, że nie jest najważniejsze głośne śpiewanie po kościołach, wystudiowana dobroć i gesty.
Tylko czyste, otwarte serca i umysły.
Czego wszystkim, a najbardziej sobie, ośmielam się życzyć.

17 grudnia 2007

A tymczasem w siedzibie Stadła…

… jakoś nikomu specjalnie nie udziela się nastrój świateczny. Mnie konkretnie się nie udziela, bo w tym roku szczęśliwie udało mi się wcześniej nabyć wszystkie prezenty. Jest to sytuacja wysoce pozytywna, zważając zwłaszcza na Seniora, którego (jak wiadomo) trudno jest obdarować. Ostatnimi czasy jednakowoż całkiem przyzwoicie mi to wychodzi, co można zrzucić na karb:
- łagodnienia Protoplasty z wiekiem,
- mojego dojrzewania z wiekiem,
do wyboru.
No i prezenty kupione, wciąż chodzę do pracy, więc w nosie mam sprzątanie. Jak przyjdzie 22 grudnia, to się będę martwiła. Ale chyba też nie za bardzo, bo się obdzieli ludzkość obowiązkami po równo i jakoś poleci. Okien w domu 7, w tym dwa dachowe, które należą niestety do mnie. Ale co tam, przetrwamy. Nie wiem czy dostanę wściekłej sprzataczki i wymyję szafki wewnatrz. Oraz lodówkę. Wewnątrz. I też się tym nie przejmuję specjalnie. Jak dostanę, to zrobię. Albo kogoś uszczęśliwię.
Tymczasem muszę zadzwonić do Protoplastów i ich zmartwić, albowiem wyasygnowali oni kwotę na wymarzony prezent dla Stadła, ale okazało się, że chwilowo prezent jest nieobecny, więc zmuszona będę dokonać zwrotu asygnaty i dostaniemy figę pod choinkę :o) A to Protoplastów nieco skonfunduje. Ale oj tam.

Zadzwoniłam i nie skonfundowało. Powiedzieli, że położą nam pod choinka kopertę z napisem „to właśnie”. Z nimi nie da się negocjować, niestety.

Tymczasem nastrój świateczny przejawił się w postaci telefonicznych uzgodnienień związanych z kolędowaniem, które zostało przyklepane i poplute. Dodatkowo postanowiłam w owo wkręcić Krynię, więc drudzy w niespodziewanej dla nich chwili zostaną zaskoczeni przez trzech pastuszków wyjących jak potępieńcy. Za siebie mówię: nareszcie, bo okropnie się już stęskniłam. OK-ROP-NIE! W zasadzie rozważam przymusowe przesiedlenie drugich gdzieś bliżej. Najlepiej w chwili ich nieprzytomności. Zasną i obudzą się w sąsiedztwie. A odwrotu nie będzie.

I tak właśnie o nastroju świątecznym świadczą u mnie tęskne myśli o przyjaciołach. O tych, których spotkam, o tych, którzy są za daleko i o tych, którzy odeszli na zawsze, a więc są zupełnie poza zasięgiem. Myślę, że złapię trochę czasu i pojadę w jedno miejsce, żeby w ciszy i samotnie zapalić światełko, a potem podumać nad nieuchronnością i niemożliwością zmiany pewnych rzeczy w naszym życiu.
A tak w ogóle to strasznie zmęczona jestem tym rokiem i po raz pierwszy w życiu chcę, żeby się zakończył. Rok znaczy. I mam bardzo poważne plany, związane z rokiem nadchodzącym. Otóż zaplanowałam, że będzie on cudowny i w 100% wynagrodzi mi wszystko, co spędzało mi sen z powiek w roku obecnym. Bez prawa do sprzeciwu. I tak sobie oczekuję z radosną nadzieją, bo zmęczona jestem psychicznie i mam zamiar wypocząć. Więc wizualizuję sobie te przyjemności i nie daję się wytrącić z pewności oczekiwania.
Powiadam wam – to będzie wyjątkowo udany czas.

15 grudnia 2007

Jest projekt ustawy obniżającej emerytury kobiet – ciąg dalszy naszych rozważań

Kobiety mają dziś średnio o 35 proc. mniejszą
emeryturę od mężczyzn. Rząd – jak wynika z projektu ustawy, który widziała
„Gazeta” – chce tę różnicę powiększyć o kolejne 15 proc. – Dojdzie do
katastrofy, kobiety będą żyć w biedzie – alarmuje Instytut Badań nad Gospodarką
Rynkową

Rewolucyjny – jeśli chodzi o sposób
liczenie emerytur dla milionów
Polaków – projekt podpisała właśnie minister pracy Jolanta Fedak. Zacznie
obowiązywać za niecałe 13 miesięcy. Wtedy bowiem Polacy oprócz jak dziś
emerytur z ZUS będą dostawać również świadczenia z kilkunastu otwartych
funduszy emerytalnych (OFE).

Pani minister – jak czytamy w projekcie ustawy o emeryturach z OFE – podzieliła
emerytów według płci i tym samym zastosowała różne przeliczniki emerytur dla
kobiet i mężczyzn. A to dla kobiet dramat: w porównaniu z mężczyznami będą
dostawać grosze. Jak to możliwe?

Minister Fedak uznała, że skoro kobiety żyją od mężczyzn średnio o pięć lat
dłużej, to dłużej trzeba im też emerytury
wypłacać. Sprawiedliwie więc będzie – jak czytamy w uzasadnieniu projektu -
emerytury kobietom obciąć. A mężczyznom, którzy wcześniej umierają – podwyższyć.
W ten sposób wszystko się wyrówna – Polka będzie dostawać mniej pieniędzy, ale
dłużej, Polak więcej, ale krócej.

- To jakiś absurd i jawna dyskryminacja kobiet – oburza się Irena Wóycicka,
ekspert polityki społecznej w Instytucie Badań nad Gospodarką Rynkową, w latach
1991-93 wiceminister pracy. Przekonuje, że pomysł rządu jest wbrew konstytucji.

- To tak jakby zbadać długość życia mieszkańców Al. Jerozolimskich. I gdy się
okaże, że mieszkańcy prawej strony ulicy żyją dłużej, to obcinamy im emerytury,
a tym z lewej podwyższamy – mówi Wóycicka.

Podobnie według niej można podzielić Polaków na zdrowych i chorych, palących i
niepalących – jednym dawać więcej pieniędzy, a innym odbierać.

Jeremi Mordasewicz, ekspert PKPP Lewiatan
i członek rady nadzorczej ZUS, zapewnia, że pomysł rządu jeszcze bardziej
zwiększy różnice między emeryturą mężczyzn i kobiet. Dziś emerytury kobiet już
są o ok 30-35 proc. niższe. Dzieje się tak dlatego, że Polki przechodzą na
emeryturę o pięć lat wcześniej niż mężczyźni (czyli mają mniej odłożonych
składek). Poza tym częściej biorą urlopy wychowawcze – a wtedy mają
odprowadzaną niższą składkę.

Pomysł Fedak spowoduje – zdaniem Mordasewicza – obniżenie emerytur kobiet o
kolejne 15 proc. W efekcie w nowym systemie ich emerytury będą o połowę niższe
niż mężczyzn.

Część kobiet nie wypracuje sobie nawet najniższej krajowej emerytury (obecnie
ok. 600 zł) – konieczne więc będą dopłaty z budżetu państwa.

- Całej populacji kobiet będzie grozić ubóstwo – ostrzega Irena Wóycicka.

Stanowisko Ministerstwa Pracy to zaskoczenie: jeszcze trzy dni temu Bożena
Diaby, rzecznik resortu, zapewniała nas, że w projekcie nie ma dzielenia
emerytur na płeć. Gdy zacytowaliśmy jej artykuł z ustawy z takim rozwiązaniem,
przepraszała: – Pomyliłam się. Każdy chyba może.

Przyznaje, że jej szefowa sama nie wymyśliła nowego sposobu liczenia emerytur.
Pierwszy na taki pomysł wpadł rząd PiS, a dokładnie były wicepremier Przemysław
Gosiewski. Trzy miesiące temu tłumaczył, że trzeba podzielić emerytury w
zależności od płci, bo w przeciwnym wypadku mężczyźni zbyt wiele stracą.

Platforma była wtedy oburzona. Zapowiadała wyrzucenie pomysłu poprzedników do
kosza. Jeszcze dwa tygodnie temu szef Klubu Parlamentarnego PO Zbigniew
Chlebowski przekonywał „Gazetę”: – Dzielenie emerytur według długości
życia kobiet i mężczyzn jest nie do przyjęcia, bo emerytury kobiet będą
głodowe. Nie dopuścimy do tego.

Wczoraj nie udało nam się z nim skontaktować.

Michał Boni, były minister pracy w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego, a od
przyszłego roku minister w kancelarii premiera Donalda Tuska, zapewnia, że na
temat pomysłu resortu są „różne opinie” i jeszcze nic nie jest
przesądzone. – Być może trzeba jeszcze raz usiąść i porozmawiać, jakie
rozwiązanie jest najlepsze dla kobiet i mężczyzn. Będą w tej sprawie
konsultacje – mówi.

Do poniedziałku projekt ministra pracy ma być konsultowany z innymi resortami,
później trafi do pracodawców i związkowców z Komisji Trójstronnej

Dlaczego pomysł minister pracy obniży
emerytury kobiet?

Każdy z nas już teraz odkłada do OFE ok. 7 proc. ze swojej pensji. W ten sposób
Polacy odłożyli ponad 140 mld zł. Z tych oszczędności będziemy od 2009 r.
dostawać emerytury. Zakłady emerytalne (które będą nam te świadczenia wypłacać)
muszą jednak określić, jak podzielić kapitał, który dostały od danej osoby -
tak by zapewnić wypłatę świadczenia przez cały okres życia tej osoby. Innymi
słowy, muszą podzielić uzbierany kapitał przez prognozowaną liczbę miesięcy,
jakie dana osoba będzie żyła. Zakłady nie wiedzą, ile lat będziemy żyli.
Dlatego będą dzielić otrzymany kapitał przez wyliczoną statystycznie długość
życia człowieka po przejściu na emeryturę. I tu szykuje się uderzenie w kobiety,
bo one dłużej żyją na emeryturze.
Ich odłożone pieniądze trzeba więc podzielić przez większą liczbę miesięcy.
Tego chce minister pracy. Prof. Marek Góra, twórca reformy emerytalnej
proponuje inne rozwiązanie – uśrednienie długości życia kobiet i mężczyzn przy
wyliczaniu emerytury. W ten sposób kobiety miałyby szansę na wyższą emeryturę.

Źródło:
Gazeta Wyborcza

I co, czy sądzicie, że moje wcześniejsze rozważania są odseparowane od rzeczywistości? A może czas, by zacząć się martwić? Bo ja już zaczęłam.

Pekao: Fuzja wypaliła, są ofiary

Zamieszanie po fuzji Pekao i BPH. Pracownicy
wcielonych przez Pekao oddziałów narzekają na kłopoty z obsługą klientów.
Klienci – na brak informacji o swoich pieniądzach. Niektórym przeniesiono do
nowego banku tylko część oszczędności lub kredytów.

Niespełna dwa
tygodnie temu szefowie Pekao
ogłaszali na konferencji prasowej sukces wielkiej fuzji z BPH.
W ciągu zaledwie kilkudziesięciu godzin pierwszego grudniowego weekendu udało
się zmienić szyldy na 285 przejętych placówkach i rozdzielić bazy danych o
klientach. Blisko 1,3 mln z nich, razem z oszczędnościami i kredytami, przeszło
do Pekao. W okrojonym BPH zostało 650 tys.

Aby uniknąć problemów znanych z innych wielkich fuzji (przy połączeniu Banku
Handlowego z Citibankiem przez kilka dni nie działały bankomaty i karty
płatnicze, a klienci nie mieli dostępu do pieniędzy), odłożono na później
przeniesienie informacji o klientach do systemu informatycznego Pekao. Na razie
klienci będą obsługiwani przez dotychczasowy system informatyczny BPH (Pekao
będzie płacić bankowi BPH za korzystanie z jego systemu). Stopniowe
przenoszenie danych klientów z systemu BPH do systemu Pekao zacznie się dopiero
od stycznia i skończy się w kwietniu.

Mimo to krajobraz po fuzji ma sporo rys. „Gazeta” rozmawiała z
menedżerami kilku byłych placówek BPH, które przejął Pekao. – Klienci są
niedoinformowani. Przychodzą do placówki i pytają, gdzie są ich pieniądze -
mówi menedżer jednego z warszawskich oddziałów BPH. – Niektórzy, wchodząc przez
internet na swoje konto przeniesione do Pekao, widzą np. tylko część swoich
pieniędzy. I dopiero od nas dowiadują się, że nie wszystkie oszczędności
zostały przeniesione do nowego banku. Są zdezorientowani – mówi anonimowo
dyrektor jednej z placówek.

Problemy mają też ci klienci, którzy w starym BPH korzystali z usługi
maklerskiej, od razu zostali przeniesieni do systemu informatycznego Pekao. Do
„Gazety” zgłosiło się kilka osób, którym nie zadziałały dotychczasowe
hasła dostępu do kont maklerskich. A nowe bank Pekao wysyła tylko pocztą. – W
BPH konto maklerskie było zintegrowane z rachunkiem osobistym. W Pekao nie
jest. Przelew z jednego konta na drugie dochodzi dopiero po sześciu-ośmiu
godzinach – żali się klient Pekao (wcześniej BPH) Mirosław Forowicz.

W Pekao obiecują, że po przeniesieniu do systemu Pekao danych o kontach
osobistych – ma to nastąpić w ciągu kilku miesięcy – konta maklerskie byłych
klientów BPH zostaną zintegrowane z osobistymi.

Klienci narzekają też, że wbrew obietnicom szefów Pekao nie wszystkie produkty,
z których korzystali w BPH, przeszły za nimi do nowego banku. Skontaktowało się
z nami kilka osób, które miały w BPH lokatę powiązaną z funduszem inwestycyjnym.
Po fuzji część pieniędzy zdeponowana na lokacie przeszła do Pekao, a część
funduszowa została w BPH (mimo że taki lokatofundusz to jeden produkt bankowy).

W podobnej sytuacji jest wielu klientów, którzy konto osobiste BPH łączyli z
inwestycjami w fundusze TFI
BPH. Konto przeniesiono do Pekao, a pieniędzy w funduszach już nie. – Te
niedogodności dotyczą tylko jednego procentu klientów – tłumaczy rzecznik
Pekao. – To nie do końca wina banku, tylko warunków fuzji. Zgodnie z umową
grupy UniCredit (właściciela Pekao) z polskim rządem fundusze inwestycyjne w
całości pozostały przy okrojonym BPH – mówi Moreń. Po podpisaniu stosownych
umów między Pekao i TFI BPH informacje o oszczędnościach klientów TFI BPH mają
być widoczne dla byłych klientów BPH przeniesionych do Pekao.

Problemy dotyczą nie tylko funduszy. Jedna z naszych czytelniczek miała w BPH
konto i założone przez internet lokaty. Konto przeszło do Pekao, lokaty zostały
w BPH. – Żeby je zlikwidować, będę musiała jechać do oddziału BPH – mówi. W
Pekao dowiedzieliśmy się, że w BPH zostały wszystkie tzw. e-lokaty. Ale po
upływie ich terminu pieniądze mają przepłynąć na konto osobiste przeniesione do
Pekao. Niestety, nie dotyczy to internetowych lokat odnawianych automatycznie.
Ich posiadacze będą musieli pofatygować się do placówki BPH.

Problemy mają też osoby, które miały np. konto osobiste zarejestrowane na
siebie, a kredyt hipoteczny wspólny, np. z żoną. Niektóre takie kredyty nie
przeszły razem z kontami do Pekao.

Rzecznik Pekao Robert Moreń podkreśla, że do wszystkich klientów zaraz po fuzji
bank wysłał listy z informacją o ich losie. – Nie mogliśmy tego zrobić
wcześniej, bo nie mieliśmy dostępu do bazy klientów BPH. Przepraszamy za
wszystkie niedogodności, staramy się je zminimalizować – zapewnia
przedstawiciel Pekao.

Problemy mają też niektórzy szefowie oddziałów przeniesionych do Pekao. Skarżą
się na kłopoty z obsługą klientów banku z żubrem w logo. – W naszym dużym
oddziale tylko kilka osób przeszło szkolenia z pekaowskiego systemu
informatycznego. Mamy też tylko jeden terminal, w którym możemy obsługiwać
klientów Pekao – mówi dyrektor jednej z warszawskich placówek.

Skutek? Kolejki w oddziale. – Z klientami byłego BPH nie ma problemu, ich i tak
obsługujemy w systemie komputerowym BPH. Ale jak przyjdzie kilku klientów
Pekao, to doradcy muszą czekać w kolejce na miejsce przy terminalu – opowiada
nasz informator, który nie chce ujawniać nazwiska. Inny z naszych rozmówców
twierdzi, że pracownicy oddziałów przeniesionych z BPH nie są wystarczająco
przeszkoleni ze znajomości i obsługi produktów Pekao – przeszli tylko krótkie
kursy internetowe.

Rzecznik Pekao Robert Moreń tłumaczy, że nie da się zrobić wszystkiego naraz. -
Naszym celem było zapewnienie w każdym oddziale przynajmniej jednego terminalu
z dostępem do systemu Pekao. Pamiętajmy, że na razie te placówki mają służyć
głównie do obsługi klientów, którzy posiadają tam rachunki, czyli tych, którzy
przyszli z BPH. Do czasu przeniesienia danych o klientach do naszego systemu
wszyscy pracownicy zostaną odpowiednio przeszkoleni – mówi Moreń.

PEKAO
  • Kurs:

245.0

  • Zmiana:

-5.0

  • Zmiana proc:

-2.0%

14-12-2007 godz. 16:29

   O spółce  
Transakcje
   Wiadomości


proszę
czekać

Źródło: Gazeta Wyborcza

Jesteśmy wieloletnimi klientami BPH, mocno związanymi z bankiem (konta, karty kredytowe, kredyt hipoteczny i inne). Zostaliśmy z bepehem – zawsze wierni. W tej sytuacji zaczynamy się martwić, co będzie za rok, półtora – kiedy dojdzie do fuzji z GE Money Bank :o(

Być ojcem

Mam dobrą wiadomość. Być
ojcem jest bardzo łatwo

Wystarczy tylko spełnić kilka warunków. Te warunki nie
są skomplikowane, każdy może sobie z nimi poradzić.

Trzeba chcieć
Po pierwsze, trzeba po prostu chcieć nim być. Być ojcem, czyli dorosłym
facetem. Mieć już za sobą zabawę. Niektórzy mają ją za sobą w wieku 20, inni 40
lat. A inni nigdy. Ale żeby mieć dziecko, trzeba o tym myśleć z minimalną
choćby przyjemnością. Jak nie, to lepiej po prostu nie mieć. Pozornie mała
rzecz, ale kluczowa.

Bo jeżeli się nie chce Jeżeli się nie chce, to wtedy wizja dziecka sprowadza
się powoli do obrazu czegoś, co się na przykład do ubrania przyczepiło.
Przyczepiło i nie można tego usunąć. I tak jest przyczepione, że ani strzepnąć,
ani uprać. Jest stale, 24 godziny na dobę, dzień po dniu, całe już życie. Coś
się do mnie przyczepiło – tak, niestety, traktuje dzieci wielu ojców, którym
zdarzyły się one nie dlatego, że chcieli, ale dlatego, że się zdarzyły.
Najczęściej, bo mieli wpadkę, albo dlatego, że kobieta chciała, a oni nie
bardzo umieli powiedzieć nie.

Co do pierwszego, zostawiam to, bo nie piszemy tu podręcznika antykoncepcji.
Jedna uwaga: jeśli się nie chce dziecka, warto o to zadbać samemu.

Co do drugiego, czyli „nie umieli powiedzieć nie”. To dotyczy często
miłych, grzecznych chłopaków, takich, co to się ich mamusie – a potem żony,
które dostały ich prosto od mamuś – nie mogą nachwalić. Nie chce taki, żeby
kobieta patrzyła na niego ze smutną miną, obrażała się albo nie daj Boże
płakała. Więc powtarza: tak, tak. Jedno za drugim, jak w wierszu Herberta,
tylko bez tej drugiej części, która w wierszu jest: nie, nie. Do sklepu skocz:
tak, tak. W niedzielę do rodziców: tak, tak. Na wakacje z teściową: tak, tak.
Dziecko: tak, tak. A potem, po paru latach, zostaje taki kierownikiem czegoś
tam albo nawet dyrektorem – bo czemu ma nie zostać? – i wtedy na boku czerwony
samochód (no, chociaż samochodzik) i sekretarka z nogami do samej ziemi. A
dziecko? Dziecko? Aaa, dziecko. No przecież – myśli – biegałem w nocy po
pieluchy, jak zabrakło. Teraz to niech się żona zajmie. Chciała, to ma.

Po pierwsze więc, trzeba chcieć być ojcem. A po drugie?

Kochać kobietę

Po drugie, trzeba kochać kobietę, z którą to dziecko chce się mieć. A jak już
nie kochać, to co najmniej lubić, pożądać i być z nią chociaż trochę
zaprzyjaźnionym. Bo jak się jej nie lubi, to trudno polubić dziecko, które się
z nią ma. Czasem to się zdarza, ale w zasadzie trudno.

Dziecko też człowiek

Po trzecie więc, warto zauważyć, że dziecko – dziewczynka, chłopiec – to też
człowiek. Nawet jak ma rok. Nawet jak ma dwa miesiące. Nawet jak ma dwa dni.
Miły i komunikatywny. Bardziej niż wielu dorosłych. Że kupę robi? Robi, bo
chce. W podcieraniu pupy nie ma nic uwłaczającego, co właściwie każdy powinien
wiedzieć z własnego doświadczenia. Chyba że nawet wobec siebie traktuje ten
zabieg jako upokorzenie. Ale wtedy raczej powinien poprosić o radę psychologa.

No więc człowiek taki, dość mały na początku, mruczy, kwęka, śmieje się i
płacze. Śmieje się Do ojca się śmieje. Bo go widzi. Więc jeśli człowiek chciał
mieć dziecko i lubi kobietę, z którą je ma – nic mu specjalnie nie przeszkadza
w tym, żeby ten uśmiech zobaczyć – to nagle ma szansę zauważyć, że ktoś
uśmiecha się ze szczęścia na jego widok. Ze szczęścia. Na jego widok. Bezcenne.

Można to przegapić. Ale zwykle znaczy to, że nie spełniło się któregoś z
poprzednich warunków. A poza tym można to przegapić jeszcze z dwóch poważnych
powodów.

Nie przegapić, bo małe

Naprawdę jest małe, na początku ma zwykle około 50 centymetrów, a nawet po paru
latach niewiele więcej niż metr. Gdzie mu tam do różnych rzeczy, które mają po
kilka metrów – jak na przykład samochody – albo po kilkadziesiąt, jak samoloty,
którymi się czasem lata, albo kilkaset, jak biurowce, w których się pracuje.
Gdzie mu tam nawet do tych mniej więcej dwóch metrów własnego ojca. Można
przegapić, kiedy człowiek skupia się na sprawach wielometrowych.

Nie przegapić, bo ciche

Szczególnie – i to jest drugi powód przegapiania – że kiedy małe dziecko jest
miłe i spokojne, mówi dość cicho. Mówi cicho: „Tatooo „. I można tego
nie usłyszeć. Słucha się wypowiedzi jakiegoś posła w telewizji. Albo tego, co
mówi ktoś znajomy przez telefon. Albo Leo Beenhakker o składzie na mecz. Albo
jeszcze czegoś lub kogoś. A dziecko chce coś opowiedzieć albo zapytać, ale mówi
cicho. W każdym razie póki jest miłe i się jeszcze nie rozkręciło. A na dodatek
czasem mówi dość niewyraźnie.

Bo kiedy się rozkręci, to wtedy nie jest ciche. Wrzeszczy. Nie słuchasz mnie,
to będę wrzeszczał, skakał, piał, fikał koziołki. Tak chyba myśli. Wtedy
oczywiście zwraca się na nie uwagę, ale po to tylko, żeby uspokoić. Uciszyć.
Doprowadzić do porządku.

Patrzy wtedy na nie taki jeszcze przed chwilą nieco nieuważny ojciec jak na
wściekłą małpę, wyszczerzonego pawiana, którego trzeba żelazną ręką chwycić,
buzię zamknąć i na glebę, i co sobie będzie smarkacz (smarkula) pozwalać! A
taki ludzik – w zaparte, już wściekły: -Nie dasz mi rady! A nawet jak dasz, to
ci tego nie zapomnę. Nie zapomni. Nagle mówi parę miesięcy później: „A
pamiętasz, tato, jak wtedy się zdenerwowałeś?”.

Mówić do
dziecka

I przypominaj sobie, chłopie, kiedy się zdenerwowałeś! Ale nie ma się co bać,
jeśli teraz do ciebie mówi, to znaczy, że ty, ojciec, teraz słuchasz. Zauważ,
słuchasz! I zamiast zapadać się w jakieś takie: „O k , co ja znowu
narobiłem, zawsze nie tak „, po prostu możesz powiedzieć: „No tak,
zdenerwowałem się, każdemu się może zdarzyć”. Bo mimo że dziecko ma tylko
mniej więcej metr i mówi cicho, a na dodatek dość niewyraźnie, to – zgodnie z
punktem trzecim tego, co powyżej – dziecko też człowiek i ojca zrozumie.

Więc szósty warunek łatwego bycia ojcem jest taki, że się do dziecka mówi. O
sobie i o nim.

Dać choć trochę czasu, uwagi i sympatii

I kolejna dobra wiadomość. Nawet jeśli ojciec raz czy drugi nawrzeszczy i co
więcej, nawet jeśli przeprosi, to i tak dla dziecka pozostanie supermanem.

I tak w ogóle to nie ma czego się bać. Dzieci są bardzo odporne. I to chyba
punkt siódmy (pierwszy – chcieć, drugi – kobietę lubić i pożądać, trzeci – że
też człowiek, czwarty – nie przegapić, bo małe, piąty – nie przegapić, bo
ciche, szósty – można do niego mówić). Otóż dzieci są produktem wysokiej
jakości, bardzo odpornym na niezręczność, a nawet, odważmy się to nazwać,
głupotę ojców (także obydwojga rodziców). Oczywiście nie skrajną głupotę. Ale
taką normalną, która każdemu się zdarza, owszem. Nie można ich łatwo połamać,
jak im źle, to raczej sygnalizują, nie mają przesadnych wymagań serwisowych. Potrafią
do maksimum wykorzystać nawet niewielką dawkę czasu, uwagi i sympatii, które
typowy ojciec im poświęca. I dzięki temu wybaczyć ten ocean braku – czasu,
uwagi i sympatii – z którym poza tym mają do czynienia.

A to, czy kosztują średnio, czy bardzo drogo, też zależy od rozsądku rodziców.
Coś tam zawsze kosztują. Ale umówiliśmy się, że zabawki dla ojca nie są już
takie ważne.

Pamiętać, że rośnie

Zresztą ojciec jest zawsze w niedoczasie. I to chyba po ósme. Dzieci bez
przerwy i nieznośnie rosną. Przyzwyczaił się człowiek do tego, że jest takie w
starszakach, w przedszkolu, a ono już w drugiej klasie. Miało być w drugiej, a
tu już nagle – w piątej. Wyszedł ojciec do pracy, wrócił, a tu już liceum. I
nagle, przypomina sobie, że nie dokończył z przedszkolakiem rozmowy o relacji
krasnala z królewną Śnieżką, nie omówił w drugiej klasie tego, skąd się biorą
pioruny, w piątej nie przedyskutował dostatecznie dokładnie kwestii
politycznych Więc staje pokornie pod drzwiami dziecka, które jest w liceum, i
mówi: „A z tą królewną „, i czeka.

Czasem usłyszy odpowiedź, a czasem nie. Ale to już właściwie nie dotyczy spraw
związanych z dzieciństwem. To są już sprawy między dwojgiem dorosłych ludzi.

O czym z własnego doświadczenia opowiedział nieco spóźniony ojciec Paweł Lente.


Autor jest praktykującym psychoterapeutą

Nadrabiam zaległości czytelnicze

Niestety tak to już jest, że nie zawsze nadążam z czytaniem tego, co bym chciała wtedy, gdy bym chciała. Staram się odkładać to, czego przeczytać nie zdążyłam i wracać do tego w weekendy. Niestety i to mi czasem nie wychodzi, ale nie narzekam.
Ogólnie rzecz biorąc mówię w tej chwili o prasie, ale nie o kolorowej, ponieważ ta jest zupełnie poza moim zainteresowaniem. Mam nawyk przeglądania dziennika, czytaj: Wyborczej, pewnie dlatego, że się do niej przyzwyczaiłam i nie chce mi się przestawiać na inny. Niestety zakład dla obłąkanych tnie koszty, więc i prenumeratę służbową. Zastanawiam się nad prenumeratą teczkową tego dziennika, bo pamiętam, że w teczkowej gazeta kosztowała złotówkę. W sumie to taniej o całe 50 groszy niż w sprzedaży egzemplarzowej lub prenumeracie jakiejkolwiek innej. Sprawdzę to w poniedziałek.
Powracając do merituum.
Przeczytałam dziś „Duży Format” z poniedziałku i dziennik z wczoraj. Moją uwagę przykuły 3 pozycje:
- w DF o byciu ojcem,
- w dzienniku o fuzji BPH i Pekao,
- w dzienniku ciąg dalszy rozważań o emeryturach kobiet.
Podzielę się tym z wami, ale w trzech osobnych notkach, bo wydaje mi się, że wszystkie sprawy są dość obszerne, a może kogoś interesuje jedna i po co ma przewijać notkę kilometrowej długości.
Jako że felieton z DF stanowi treść miodem okalającą serce me, to pójdzie na pierwszy ogień.
Dwie pozostałe mnie martwią.
I nie wiem, która bardziej.

14 grudnia 2007

A wczora z wieczora

WWczorajszy wieczór z pewną Krystyną. Bardzo entuzjastyczna uczennica. Aparat wyrwała mi z ręki, gdy tylko pokazałam jej, jak się go włącza. A potem nie chciała oddać, bo miała parcie na rejestrowanie rzeczywistości. Nogi musiałam kobiecinie podciąć, żeby zmusić ją do pobierania dalszych nauk.
Żeby nie było, że nie ostrzegałam: nie chodźcie nago! Najnowszy narybek wśród paparazzich ruszył w teren.
Maksio stał się posiadaczem licznych podobizn psiego tyłka, ogona i tylnej łapy oraz miejsc, w których jeszcze przed sekundą przebywał. Wdzięcznym tematem zdjęć została Zuzia, która nie raczyła poświęcić nawet kawalusiątka wąsa kociej uwagi nowej pasji swojej właścicielki i ani drgnęła. Kuchnia też się nie ruszała. No i w końcu ja. Nie ośmieliłam się. Tymczasem zdjęć na blogu jeszcze nie będzie, z powodu zakończenia nauki na etapie zrzucania z aparatu na dysk, ponieważ uczennica się zbiesiła.
Mnóstwo czasu poświęciłyśmy także na obsmarowywanie tyłka pewnej mamie. Po raz 1568 Krystyna żądała rozważań na temat nieprawdopodobieństwa nawiązywania stosunków międzyludzkich, gdyż jest to, jak wiadomo, jej stała pasja. A i mnie, wyznaję szeptem, wciąż jeszcze się to nie znudziło. I pewnie długo się nie znudzi, bo gdy widzę tę rozentuzjazmowaną buzię i błyszczące się oczy, to mogę w nieskończoność analizować każdą sytuację minuta po minucie.
Bezlitośnie posłałyśmy Niezastąpionego po fajki w śnieg i zawieruchę. Sarkał, że szlag nas trafi z przepalenia, ale wytłumaczyłam mu, że robimy to wyłącznie z troski o jego osobiste zdrowie. Wiecie, spacery na świeżym powietrzu…
Opanowałyśmy także rejestrację użytkowników na pewnym portalu i obecnie (droga paciu) można sobie Krystynę pooglądać, jaka piękna.
Otrzymałam również kilka bonusów:
- 2 (słownie: dwa) mikołajki z czekolady, z których jednego bezwstydnie pożarłam;
- obiadek z dwóch dań;
- różne tam łakocie;
- całusek w czółko;
- „po prostu nie mogę się z tobą nagadać” (to było najfajniejsze).
Pełna wewnętrznego ciepła uciekłam do domu.
A w samochodzie pełną piersią ryczałam wraz z radiem:
„Snow is falling
All around me
Children playing
Having fun
It’s the season
Love & understanding
Merry Xmas
Everyone!”
Albowiem właśnie w tym momencie falling.

13 grudnia 2007

Wcześniejsze emerytury

Obiecałam, że powrócę do tematu wcześniejszych emerytur dla mężczyzn. Oto, co sądzi o tym prof. Magdalena Środa i z czym zasadniczo się zgadzam. To jak, porozmawiamy?

A po co nam równouprawnienie?

Felieton z cyklu „Środa w środę”

Mężczyźni ruszyli do boju o wcześniejsze emerytury. I słusznie, wszak nie może być tak, by w egalitarnym społeczeństwie byli równi i równiejsi. Jeśli kobiety mają przywilej wcześniejszego odpoczynku, to dlaczego nie mężczyźni? Konstytucja gwarantuje równość obywateli i obiecuje zniesienie dyskryminacji. Trzeba z tego korzystać, trzeba wysuwać słuszne roszczenia i domagać się ich zaspokojenia. Bo w końcu żyjemy w demokracji.

Tylko dlaczego nie robią tego kobiety? I dlaczego nasze społeczeństwo obywatelskie nie jest społeczeństwem obywatelek?

„Diagnoza społeczna” prof. Janusza Czapińskiego pokazuje, że, niezależnie od wieku i zawodu, „w grupach o równych kompetencjach, obowiązkach i stanowiskach różnica w dochodach między kobietami a mężczyznami nie tylko zanika, ale wręcz wyostrza się tak, że przeciętne dochody mężczyzn są o 28 proc. wyższe od dochodów kobiet”. Chodzi oczywiście o dochód uzyskiwany w sferze publicznej. A tylko niewielki procent kobiet ma dostęp do rynku pracy na równych prawach z mężczyznami. Odpadają w konkurencji o awans (bo są kobietami), i niezwykle rzadko dochodzą do wysokich stanowisk. Pracując w sferze publicznej, pracują jednocześnie w domu, co rzadko jest przypadłością mężczyzn. Jednak praca domowa jest niewymierna i kompletnie niedoceniana. Wychowanie dzieci, sprzątanie, gotowanie, opieka nad niepełnosprawnymi nie jest – jak się powszechnie uważa – pracą. Kobiety wydzielają bowiem z siebie troskę o innych, jak pszczoła miód. Mężczyźni takiej wydzieliny nie posiadają. Gdyby ją mieli, z pewnością domagaliby się nie tylko wcześniejszych emerytur, ale też codziennej afirmacji.

Za pracę domową nie należy się ani płaca, ani gwarancje bezpieczeństwa ekonomicznego na starość. Nawet rekompensata w postaci wcześniejszych emerytur jest kwestionowana. Praca domowa została uznana za bezproduktywną, choć tylko ślepcy nie widzą, że buduje ona jeden z ważniejszych, mimo że „skrytych”, filarów dochodu narodowego. Ile musiałoby wydać państwo na opiekę nad dziećmi, ludźmi starymi czy chociażby na zapewnienie posiłków niepotrafiącym gotować mężczyznom? Nie mówiąc o innych usługach niezbędnych do przetrwania gatunku.

Mężczyźni, a w każdym razie politycy, są ślepi na fakt powszechnej dyskryminacji kobiet, choć są szczególnie wrażliwi na fakt dyskryminacji własnej. Premier Tusk właśnie zrezygnował z podpisania Karty Praw Podstawowych, by zapewnić sobie prawo do spokojnego sprawowania władzy. Karta Praw, którą odrzucił, zawierała zapis, że rządy państw UE będą dążyły do „zapewnienia równości między kobietami a mężczyznami, we wszystkich dziedzinach, w tym w zakresie zatrudnienia, pracy i wynagrodzenia”. Dawała również nadzieję na wspomaganie kobiet w sferze publicznej jako osób „niedostatecznie reprezentowanych”. Bo równe traktowanie nie znaczy traktowanie w identyczny sposób, lecz tak, by efekt działań dawał równościowe skutki. Kobiety mają się gorzej w każdej sferze. W pracy, bo są dyskryminowane; w polityce, bo są nieobecne; w domu, bo nader często bywają ofiarami przemocy; w życiu intymnym, bo to wyznaniowe państwo decyduje o kształcie ich macierzyństwa.

Nie mamy Karty Praw, nie mamy polityki równościowej, nie mamy instytucji, które stałyby na straży praw kobiet. Mamy zapewne jednak dość siły, by wspomóc mężczyzn w ich walce o wcześniejsze emerytury oraz – w dłuższej perspektywie – w staraniach o sukces Kaczyńskich i Tusków w następnych wyborach. A prawa kobiet? „Niech pani da spokój! Są ważniejsze sprawy”.

Magdalena Środa – Filozof i etyk 

Rozmówki rodzinne

Nie myślcie sobie, że tacy jesteśmy kurturarni.

Osoby:
Prezes
prezesowa
Potomstwo

Miejsce akcji:
salon

Czas akcji:
21.oo

Potomstwo (leżąc na kanapie pod kocykiem): Muszę puścić bąka.
prezesowa: Fuj. Idź do łazienki.
Prezes: Albo w ogóle wyjdź z domu.
Potomstwo (do Prezesa z oburzeniem): A ty to możesz pierdzieć w samochodzie???
Prezes: W swoim samochodzie!
prezesowa (mimochodem): W moim, dla ścisłości…
Prezes: Pffffff…
Potomstwo: HA! I co? Zatkało kakało???

12 grudnia 2007

Notka ćwiczebna

Muszę, jakby nie było, popróbować coś tu zrobić. Weszłam do skafandry i tam jest bardzo dużo brzydkich wyrazów na temat. Przeraziło mnie, bo skafandra nie może wstawić zdjęć. To obróciłam się na pięcie i będę walczyć.
Jak wojna, to wojna!
Nie ustąpimy, póki nie zwyciężymy.

HA!!!
Chyba mi się udało!
Teraz muszę tylko pamiętać, żeby wykasować połowę kodu HTML, który wcześniej musiałam wpisywać…

O ja cię sunę…

Nikt mnie nie uprzedził!!!
Wchodzę sobie dziś rano na mojego bloga, który jest wszakże naszym wspólnym dobrem, ale w końcu ja tu płacę czynsz i patrzę: jak spałam, ktoś mi przemeblował*!
Normalnie szafa stała tu, a teraz jest tam; biurko stało pod oknem, a terez przy drzwiach; fotel miałam na środku i ktoś go za drzwi wystawił! To ja wyszłam, bo pomyślałam, że pomyliłam piętra. Potem doszłam do wniosku, że jednak nie pomyliłam, to weszłam jeszcze raz z nadzieją, że mi się śniło, uszczypnęłam się 20 razy w tyłek i okazało się, że – niestety, niestety – oto realia.
I co ja teraz zrobię, biedny miś? Siadłam w szafie, piszę na podłodze i obłęd mam w oczach.
Tak, wiem, może to lepsze rozwiązanie, ale żeby tak zaraz bez ostrzeżenie? W nocy? Jak normalne ludzie śpią???
I ile czasu mi zajmie znalezienie wszystkich drobiazgów, które są Absolutnie Niezbędne do pisania bloga?
No ile? Hę???!!!

* informacja dla tych, którzy nie wiedzą, o co chodzi, bo nie prowadzą bloga na blogu: wszystko w edycji pozmieniali, wszyściusieńko…

PS Miałam się odnieść do odpowiedzi pod poprzednią notką, ale nie dam rady, bo się normalnie duszę!

11 grudnia 2007

Mam mieszane uczucia

Oto tytuł, który mogłabym stosować codziennie. Zrobię prasówkę i od razu mam. Mam też oczywiście sporo uczuć o innym zabarwieniu, ale ten artykuł w Gazecie Wyborczej wybitnie mna potrząsnął i to na różnych poziomach.

Sąd przyznał emeryturę 60-letniemu mężczyźnie

Mężczyźni masowo żądają od ZUS prawa do wcześniejszej emerytury na tych samych zasadach co kobiety. Wczoraj pierwszy z nich wygrał przed sądem

Łódzki sąd przyznał 61-letniemu Marianowi Rojakowi prawo do wcześniejszej emerytury, choć teoretycznie przysługuje ona tylko kobietom. Ustawa o emeryturach i rentach z 1998 r. gwarantuje każdej Polce emeryturę po ukończeniu 55 lat i po 30 latach pracy. Mężczyźni – poza wyjątkami (praca w szczególnych warunkach lub o szczególnym charakterze) – muszą pracować do 65 lat.

Zwycięstwo Mariana Rojaka to konsekwencja orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, który uznał, że obowiązujące przepisy dyskryminują mężczyzn.

- Jestem szczęśliwy, bo wywalczyłem coś także dla innych panów – cieszył się wczoraj.

Walkę o wcześniejszą emeryturę Rojak zaczął w 2006 r. Nie miał innego wyjścia. Stracił pracę, a rok wcześniej zmarła mu żona, która opiekowała się ich niepełnosprawnym synem. – Była na rencie opiekuńczej, a ja mogłem pracować – tłumaczy.

Na bezrobociu, z 1000-złotowym zasiłkiem samotny mężczyzna nie był w stanie utrzymać chorego dziecka. A że miał 60 lat i ponad 40 lat stażu pracy, poprosił ZUS o przyznanie wcześniejszej emerytury.

Zakład odmówił. – Nie ma przepisu, który by na to pozwalał – tłumaczy Cecylia Woźniak, naczelnik wydziału obsługi prawnej ZUS.

Kobieta w podobnej sytuacji wcześniejszą emeryturę by dostała.

Marian Rojak odwołał się do łódzkiego sądu okręgowego, sąd zaś poprosił o opinię Trybunał Konstytucyjny. W październiku TK uznał, że przyznanie prawa do wcześniejszej emerytury tylko kobietom jest dyskryminacją mężczyzn. Dał parlamentowi rok na zmianę przepisów.

Jednak łódzki sąd postanowił nie zwlekać. – Sądy są związane wyrokiem Trybunału i nie mogą chować głowy w piasek, czekając na nowe rozwiązania legislacyjne – mówił wczoraj sędzia Jacek Sobczak. I uznał, że już teraz można przyznawać mężczyznom prawo do wcześniejszej emerytury, stosując przepisy obowiązujące wobec kobiet.

Marian Rojak jest tylko jednym z wielu mężczyzn, którzy zgłaszają się do ZUS, by przejść na wcześniejszą emeryturę. Na razie jest ich ponad 10 tys., ale problem potencjalnie dotyczy ok. 170 tys. mężczyzn urodzonych przed 1949 rokiem.

- Trybunał nie zdawał sobie sprawy, jakie mogą być konsekwencje finansowe jego decyzji. Skutki dla Funduszu Ubezpieczeń Społecznych mogą być nie do przewidzenia – ostrzega Cecylia Woźniak z ZUS.

Wniosek o przyznanie wcześniejszej emerytury złożył już szczecinianin Jan Zarzyka. W lutym 2008 r. i tak osiągnie pełny „męski wiek emerytalny” (65 lat). Ale – jak mówi – dla zasady już teraz wystąpił do ZUS. – To ma być gest mobilizujący rząd i posłów, by w końcu się wzięli za te nasze emerytury.

Pan Zbigniew, budowlaniec z woj. zachodniopomorskiego, też ma gotowy wniosek do ZUS. – Zanoszę go w piątek, bo w piątek kończę 60 lat – mówi. – Robota w błocie, na dworze, zimą ziąb, latem upał. Jest okazja, to będę się starał.

Oddziały ZUS przyjmują wnioski mężczyzn, ale wydają decyzje odmowne. Jacek Dziekan, rzecznik centrali ZUS, wyjaśnia, że Ministerstwo Pracy kazało Zakładowi stosować stary przepis do czasu wprowadzenia nowego.

Urzędnicy liczą na szybką nowelizację ustawy. Mają nadzieję, że gotowa będzie najpóźniej do końca pierwszego kwartału 2008 r. Czy tak się stanie? Resort pracy zapewnia, że jeszcze w grudniu departament ubezpieczeń społecznych przekaże swój projekt nowelizacji przepisu o wcześniejszych emeryturach do uzgodnień międzyresortowych i konsultacji społecznych.

Źródło: Gazeta Wyborcza”

I co?
Najpierw chciałam przytoczyć 30 własnych argumentów na tę okoliczność. Ale zaraz potem pomyślałam, że wolałabym poznać wasze. Zanim. W końcu nie mam monopolu na rację.
Więc: co o tym sądzicie?

10 grudnia 2007

W weekend byłam nieobecna

Czy ktoś zauważył?
Jeśli tak, oto notka dla spostrzegawczych.
Zepsuło się. Tak wiem, to pomyłka jakaś jest. Zepsuło się i to tragicznie, boleśnie i na niewiadomo jak długo.
Najpierw zepsuło się wszędzie. Trzasło, prasło i wysiadło w całym domu. Potem przyszedł Prezes. Podumał, pokiwał głową i udał się do sąsiada, który (jak wiadomo) jest dawcą. Wrócił po jakimś czasie, zupełnie trzeźwy i oznajmił, że negocjacje zakończyły się pomyślnie i będzie. Następnie przystapił do działań mających na celu będzie. I rzeczywiście, po jakimś czasie było. Na laptopie służbowym Prezesa.
W tym momencie nastąpiło zdecydowane weto cześci damskiej mieszkańców. Wobec powyższego Prezes udał się na kolejne negocjacje. Wrócił niebawem, nadal trzeźwy i oznajmił, że negocjacje zakończyły się pomyślnie i będzie. Następnie przystapił do działań mających na celu będzie. I rzeczywiście, po jakimś czasie było. Na komputerze Potomstwa.
Wszelkie próby, których celem miałoby się stać będzie na komputerze, z którego korzystam ja, spełzły na niczym. Na szczęście Prezes sam doszedł do właściwych wniosków i skwitował, że bez sensu, jakby miało nie być na stałe. Niestety żadne negocjacje już w grę nie wchodziły, ponieważ problem leży po naszej stronie. Niestety nadal nie stwierdzono – jaki. Pojawiła się mglista wizja potrzeby zakupu płyty głównej. Gwałtownie złapałam się za portfel i dostałam ataku kontrolowanej histerii.
Niestety nic z tego nie wynikło, bo nadal nie ma.
Wszyscy mnie przeganiają ze stanowisk komputerowych, tak? W tej sytuacji praca staje się błogosławieństwem. Tylko przelewu nie mogę tu zrobić. Więc muszę żebrać w domu. Każden sobie bierze za punkt honoru upokorzyć mnie maksymalnie poprzez przeciąganie czasu żebrania.

Oprócz tego w piątek kolejna impreza klasowa, przez co jestem ciagle niewyspana. W sobotę czułam się nietęgo, a tu zakupy na cały tydzień, obiady na cały tydzień i kto by tam sprzątał. W niedzielę dziecko wzięło i wyszło, zabrawszy telefon, co mnie odcięło od drugiej-mamy i kryni02. Potem wróciło, więc wysłuchałam lokalnie od jednej pani na swój temat licznych uwag i normalnie bałam się zadzwonić do tej drugiej pani.
Więc upiekłam ciasto i zrobiłam sałatkę owocową. O obiadach nie wspomnę. I o IKEA, gdzie akurat się zjechała Polska cała.
Nikt naturalnie mnie nie docenił, żeby była jasność.
A Internetu nadal nie mam.

7 grudnia 2007

Fajnie mieć rodziców

Mikołaj i Mikołajka zawitali wczoraj późnym popołudniem. Mikołajka niepokojąco przypominająca Walkirię, odziana w czerwienie, w mikołajkowej czapeczce z długaśnymi, białymi warkoczami. Śmiechu było co niemiara. W torbach różne miłe przedmioty, wydarte Państwu Mikołajostwu spod serca. W tym naturalnie rodzinna wiśnióweczka.
Dyskusje, jak zwykle, były burzliwe i trwały do późnych godzin wieczornych. Wiśnióweczka też wyskoczyła na stół.

Już w przedpokoju Mikołaj odwrócił się do mnie, pogłaskał mnie po buzi i powiedział:
- Tak lubię tu do Ciebie przyjeżdżać, córeczko. Dyskusje z Tobą z roku na rok stają się coraz bardziej porywające.

Och, ach i smark.

6 grudnia 2007

Jestem zmęczona i zła

Dyrekcja nas zmusza do różnych dziwnych czynności. Zabieram pracę innym, a moja leży odłogiem. Sprzedałam dziś pół Archiwum X.
Wszyscy się z nas śmieją.
Co za gówno w tym zakładzie dla obłakanych.

A jak mnie nie było, to dyrekcja kolędowała i dała każdemu po czekoladowym mikołajku. I jest strasznie z siebie dumna, jaki to zsocjalizowany.
Nienawidzę sukinsyna.

5 grudnia 2007

Gotowanie to wyzwanie

Ogólnie to ja nawet lubię gotować. Ba! Więcej: umiem. Liczne przykłady ustne i pisemne to potwierdzają. Niestety zwykle w takich śmiałych teoriach tkwi „ale”.
Więc… ale:
- w tygodniu zwyczajnie nie mam czasu, bo jak wracam do domu, to grupa mi wyje z głodu i żąda posiłku jak najszybciej, bo musi wyjść;
- po całym dniu pracy siada mi natchnienie oraz wyobraźnia;
- u mnie się nie toleruje zbytniej powtarzalności;
- właśnie mi zabrakło jakiegoś produktu;
- zdania na temat „co się komu chce” są podzielone (zwykle na trzy);
- i inne.

Podstawowym kryterium staje się czas przygotowania, ergo: niekłopotliwość i niewyrafinowanie. O pieczeniu mięs mowy nie ma. O godzinie na przygotowanie posiłku mowy nie ma. Wczoraj był ryż, więc o ryżu mowy nie ma. Potomstwo chce bez mięsa, a Prezes wręcz przeciwnie, o czymś wspólnym mowy nie ma. Koty też preferują posiłki mięsne, bo się załapują na przygotowania, ale o kierowaniu się kocim widzimisię mowy nie ma. Ja preferuję bezmięsne i niekoniecznie na słodko. W zamrażalniku mam kupę ziemniaczków i frytek, a nie da się zrobić ziemniaków z frytkami.

Szukam natchnienia.
Dziś już pewnie nie zdążycie, ale nie szkodzi – pobudźcie wyobraźnię mą na: jutro, pojutrze, resztę życia.
Tymczasem wpadłam na pomysł, żeby skoczyć do „Złotego osła”. Będzie szybko, bezmięsnie, z surówkami i urozmaicenie.

Ale się nagotowałaaaaaammm…
Dzisiejsze menu (do wyboru):
- zapiekanka ziemniaczana z kiszoną kapustą i grzybkami,
- tarta z białą fasolką;
- zapiekanka z brokułami.
Do tego surówki (do wyboru):
- marchweczka (rach ciach ciach),
- selerek na słodko,
- buraczki,
- czerwona kapusta z sosem vinegret.

Ach, jakie te kobiety mają ciążkie życie!

4 grudnia 2007

Ryba

W moim obecnym miejscu siedzenia jednym z pracowników była Ryba.
Dziś rano komisyjnie stwierdzono, że Ryba nie chce już z nami pracować. Okazała to bardzo dobitnie, pływając brzuchem do góry i wykazując daleko posuniętą obojetność na bodźce.
Ryba odpłynęła do Wiecznego Oceanu z pełnymi honorami. Machałam jej siatką do wyławiania Ryb.
Koleżanki w rozpaczy zlikwidowały akwarium.
Bytność Innej Ryby wciąż pozostaje pod znakiem zapytania.

PS Pomór jakowyś.
W marketingu Ryba też odmówiła współpracy.
Po Archiwum X krąży rybia śmierć*.

* ciekawe czy rybia śmierć wygląda analogicznie jak pratchettowska chomikowo – mysia?

3 grudnia 2007

Dialogi miłosne

Szef wyjechał w delegację. Mamy umowę, że dzwoni do mnie, kiedy dotrze na miejsce, żebym się nie martwiła, czy go śniegi w górach nie przywaliły.

Osoby:
Prezes (dawny Szef)
pani prezesowa (ukłon w stronę Skierki)

Czas akcji:
19.30

Miejsce akcji:
przestrzeń telekomunikacyjna

Telefon dzwoni, jak opętany. Lecę do przedpokoju i zaczynam kopać w wielkiej torbie. Telefon cały czas dzwoni. Kopię coraz bardziej nerwowo. Telefon przestaje dzwonić. Przypominam sobie, że mam go w kieszeni kurtki. Wyjmuję i oddzwaniam.

Prezes (tonem obrażonym): Słucham.
pani prezesowa: Dzwoniłeś, kochanie.
Prezes (tonem megaobrażonym): Nie czekałaś na mój telefon!
pani prezesowa: Ależ czekałam. Po prostu nie dobiegłam.
Prezes: Dziwię się. Jak ja wyjeżdżam, to telefon powinnnaś nosić stale przy sobie. On się staje najważniejszym sprzętem w domu. Przemyślę następne połączenie!
pani prezesowa (oraz uchodzące powietrze): Pfffff…

2 grudnia 2007

W sypialni

- Co to jest???

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

- Kto to tutaj przyniósł???

- Może ty?

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

- Jaaaa??? Ale o co chodzi?

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

- Cały czas tu spałem!

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

- Biec… biec w tamtą stronę natychmiast!

Konkurs dla czytelników: kto, kiedy i w jaki sposób dostarczył „TO” do sypialni.

Znalazłam, wpisuję

Na kolejne (nie licząc) urodziny, rapsod* z elementami humoru, jakże niezbędnymi w tej rozpaczliwej sytuacji.

* dla maści wszelkiej dowcipnisiów, którzy w szkolnej ławie jeden zaledwie rapsod na oczęta swe myśleniem nieskalane widzieli („Bema pamięci żałobny rapsod”), autorka skromnego tego utworku definicję gatunku przytacza, informując niniejszym, że bynajmniej nie o żadne epitafium jej chodziło:
RAPSOD – (z gr. „rhapsoidós” od „rháptein” – szyć, wymyślać, knuć + „oidé” – pieśń, poemat) fragment większego poematu epickiego lub samodzielny utwór poetycki o charakterze podniosłym, patetycznym, sławiący znanego bohatera lub opiewający ważne dziejowe wydarzenie.

Zacny Seniorze, nadeszła chwila,
byśmy Ci mogli życie umilać
chwaląc, prócz męstwa, wszelkie zalety
z zalet niezwykle barwnej palety.

Pozwól, Nasz Drogi, niechaj Twe dziatki
niosą za Ciebie Twe niedostatki.
Pozwól, gdy słońce, gdy księżyc świeci,
by wsparły zgodnie Cię Twoje dzieci.

Zasiądź wygodnie, godnie, pogodnie,
gdy uwierają – rozepnij spodnie,
na dłoni wesprzyj myślące czoło,
a wszyscy skromnie siędą wokoło.

Teraz się zacznie zalet plejada
taka bogata, że szkoda gadać…
Można godziny o Twej mądrości,
wdzięku, talencie, szczodrobliwości,

można by dniami o Twej kulturze,
obyciu, wiedzy oraz posturze;
czole wysokim, szerokim geście,
drżeniu, co budzisz w sercach niewieściech.

Można tygodnie o pozie skromnej,
solidnej, czerstwej i nieułomnej.
Można miesiące, lata i wieki
chwalić bez przerwy Twoje zalety.

Wszystkie je znamy, każdą z osobna:
głos Twój przedźwięczny i twarz nadobna.
Każdą z nich znamy, w pamięci mamy
i za nie wszystkie tak Cię kochamy!!!

I tak sobie chórkiem raźno śpiewamy:
(wchodzi chór i bez jakichkolwiek problemów gatunkowych przechodzi do limeryka)

Pewien pan miał korzenie w Krakowie.
To po prostu nie mieści się w głowie!
I tym puszył się cały,
wszystkim nerwy puszczały…
i co dalej z tym było, nie powiem *

* czując niedosyt zakończenia, które wyraźnie rozminęło się z jej elokwencją, autorka przygotowała jeszcze kilka innych, których można używać do woli w zależności od nastroju swego lub Szanownego Jubilata, oraz okoliczności:
1. wreszcie dostał czymś ciężkim po głowie;
2. aż zadzwonił ktoś po pogotowie;
3. aż zaplątał we własnej się mowie;
4. cierpliwości nie ma tyle człowiek;
5. można wpisać po prostu cokolwiek.

Lecz niech Cię, Panie Ojcze, żart nie konfunduje,
każdy sam Ci powie najlepiej, co czuje.
Wszyscy się łączymy w życzeń pełnej krasie:
żyj nam, Głowo Rodu, ile tylko da się!
Żyj nam i upiększaj wszystkie nasze chwile,
byśmy Cię po latach wspominali mile.
Żyj nam sto lat! Dłużej!! Ile zechcesz tylko!!!
Wszystkie lata z Tobą wydają się chwilką.
Prowadź nas przez życie swoim doświadczeniem,
a dziarsko ruszymy za Twoim imieniem!

oklaski
kurtyna

Urodziny Głowy Rodu
Anno Domini 2004

30 listopada 2007

Andrzejki

Osobną notkę postanowiłam, natchniona przez Krysię, poświęcić Andrzejkom, a właściwie pewnemu Andrzejowi – memu protoplaście.
Andrzej nie jest łatwym materiałem. Mało tego – jest materiałem wyjątkowo opornym, niewdzięcznym i mnącym. Andrzejowi bowiem nie da się kupić prezentu.
Jakież podchody, jakie ceregiele się wyprawiało z matką oraz żoną (dwa w jednym) przez lata. Jak się szalało, rwało włos z głowy, uprawiało burze mózgów w przeróżnych towarzystwach i konfiguracjach. Jakąż kreatywnością się tryskało. I po co? No po co, pytam się! Nigdy w życiu nam się nie udało. A trzeba wam wiedzieć, że w pomysłowości osiągnęłyśmy wirtuozerię. Gdzie tam banały w formie:
- alkoholu (bez sensu, wszyscy mu znoszą);
- krawatów (zabija za krawaty – on musi sam);
- pachnideł (w tej kwestii jest absolutnie monogamiczny – jeden Andrzej, jedne perfumy);
- rękawiczek (na pewno nie spełnią jego oczekiwań);
- książek (nawet tego nie komentuję – strach się bać)!
Wzniosłyśmy się onegdaj na wyżyny wymyślności, że o zaangażowaniu finansowym nie wspomnę i zleciłyśmy złotnikowi wykonanie spinki do krawata z herbem rodzinnym. Był usatysfakcjonowany, myślicie? Ha! Uznał, że brakuje łańcuszka do zaczepiania spinki na guziczku… Dramat.
W trzydziestej drugiej wiośnie, tuż przed urodzinami protoplasty, uznałam, że nie chcę już żyć. Taki nastrój bywa twórczy. Historia literatury jest tego niemym świadkiem. W bezdennej rozpaczy złapałam w dłoń pióro gęsie (klawiaturę komputerową) i stworzyłam, poświęciłam i zadedykowałam protoplaście rapsod. I ten jeden, jedyny, jedyniusieńki raz w życiu… trafiłam! Wierszydło wisi na ścianie, oprawne i straszy. Poszukam go w domu i wam tu wrzucę, żebyście mogli ocenić mój stan ducha.
Niby fajnie. Ale proszę nie wypuszczać jeszcze powietrza – przed nami kolejne urodziny, imieniny, Boże Narodzenia, Wielkanoce i Dnie Ojca. Ostatnio straciłam nieumyślnie niepowtarzalną szansę – bez okazji i przypadkiem przyniosłam do rodziców książkę, która Tacie wyjątkowo przypadła do gustu. Więc go nią obdarowałam chlipiąc w rękaw, że gdybym była wiedziała, dałabym mu na imieniny!
Dziś Andrzejki. Postanowiłam bezlitośnie uderzyć w ojcowskie fobie. Niech wie. Nabyłam drogą kupna latareczkę (kto ma tatusia koło siedemdziesiątki, niech pierwszy rzuci kamieniem). Oryginalną. Wielkości karty kredytowej.

Błagam… MÓDLCIE SIĘ, ŻEBY DZIAŁAŁA!!!

PS Byłabym zapomniała przez to wszystko!

Kochani! Nareszcie ukazała się znakomita książka kucharska, wydana przez Stowarzyszenie.
Rekomenduję i ZAPRASZAM DO ODLĄDANIA.
A nastepnie rekomenduję i ZAPRASZAM DO KUPOWANIA.

Warto – zachowane reguły diety Montignac, skomponowana tak, by każdy z produktów można było nabyć w pobliskim sklepie, a przygotowanie posiłku nie zajmowało więcej niż 20 minut!
Do dzieła! Znakomity prezent pod choinkę.
A pieniądze, jak wiecie, na zbożny cel.

29 listopada 2007

Krótko doniosę

że mój dzisiejszy, popołudniowy, życzeniowy gospodarz w postaci pewnej uroczej Krystyny był mnie powiadomił, że poległ na polu wirusa. Wobec powyższego obiadku nie będzie. Nie wiadomo tak na pewno, czy przypadkiem rodzina nie wystawiła Krystyny na mróz bez skarpet w celu pozbycia się mojego towarzystwa. Jednakowoż nie mogę palić za sobą mostów. I udaję się z wizytą (wizytacją?), ale tylko oddźwierną. Znaczy w oddrzwiach będę stała przez pół minuty, przepychając wór z gazetami dla Mamy oraz pewien tajemniczy pakuneczek, który – wyjątkowo w listopadzie – Krystyna otrzyma w ramach wściekłych aniołków, grasujących mikołajków oraz dziadka mroza.
Byłabym nie pojechała zakładając, że gospodyni może mimo wszystko mówić prawdę i być polegniętą. Niemniej ona Wie. Wie już od jakiegoś czasu i aż dziw, że to wirus, a nie szaleństwo. Tak, przyznaję – byłam molestowana. Ale – może dzięki temu, że nie osobiście – okazałam się twardzioszkiem i nie pisnęłam ani słóweczka.

No dobra – wejdę na chwilę, bo przecież muszę zobaczyć jej minę, jak rozpakuje, tak?
Nie ma, żebym ja nic z tego nie miała.
O!

28 listopada 2007

Tak jakoś nie wyrabiam na zakrętach

I to w dodatku od około miesiąca. Codziennie wracam do domu w jakichś dzikich godzinach i na nic już nie mam siły ani czasu. Obiady gotuję na cały tydzień w weekendy.
Wczoraj na przykład.
Pracę skończyłam jak należy o 15.30. potem przeryłam się przez megakory zimowe do domu. Myślałam, że zjem obiad, ale czasu mi zabrakło, więc tylko przeskoczyłam z dżinsów w bardziej oficjalne ciuchy i wyprułam z domu w zimową noc celem dotarcia na zebranie w spółdzielni. Zdążyłam. Już o 19.30 byłam z powrotem w domu, ale tylko po to, żeby zrzucić część tych oficjalnych ciuchów i udać się na obchód wspólnoty w celach służbowych. Wróciłam o 21.20. Wykąpałam się i zaległam z książką. Już nie jadłam, bo mi się nawet grzać nie chciało.

Nie wiem, jak to jest, ale mam tak codziennie. Się cholerstwo przyplątało, no! Wobec powyższego zaniedbuję wiele rzeczy, np. nie piszę na blogu akcji tak często, jak bym chciała.
Dodatkowo jestem ostatnio niebywale popularna i nie wyrabiam z życiem towarzyskim!!! A to już skandal. Krynia w rozmowach telefonicznych (rzadkich!) mówi do mnie tonem obraziłamsięnaciebienaśmierć. Zapomniałam już głosu drugiej – mamy. Księgowanie leży. AAAAAA!!!
Tato ma na imię Andrzej, co jest nie bez znaczenia. Istotna wydaje się kwestia prezentu, który dwa tygodnie temu zamówiłam dla niego w sklepie internetowym i nie dotarł. Super. Bardzo będzie zabawnie na spędzie rodzinnym w sobotę. Bardzo.
No i nie zapominajmy, że chyba skończyły nam się ubezpieczenia NW – zmieścić gdzieś pośrednika. I wodomierze trzeba wymienić. I elektryka muszę umówić. Znaleźć wykonawcę do tablicy z numerem budynku.

I… nie oszaleć!

PS A dyrektor mnie wczoraj wezwał i powiedział, że mu działam na nerwy. Ciekawy sposób oceny pracownika. Żeby nie było nieporozumień – powiedziałam mu, że on mi też.

27 listopada 2007

PROTOKÓŁ

z bieżącego Walnego Zgromadzenia VIPów Klubu Nastolatków 20 Kilo Później
sobota, 24 listopada 2007 roku

Lista obecności gdzieś się zapodziała

Porządek obrad:
1. Z pewną dozą nieśmiałości (trema spowodowana wieloletnią przerwą) powitano się nawzajem i w dodatku wielokrotnie. Witali się członkowie Klubu, a później także zabłąkane przypadkiem, a w konsekwencji silnie spanikowane osoby towarzyszące.
2. Nie dokonano wyboru Przewodniczącego Zebrania, ale nie ma sprawy – możemy uznać, że dożywotnio rolę tę obejmie Joanna eS – wybrana przez aklamację – dziękuję. Pana w ostatnim rzędzie ostrzegam. Będzie kara – opuszcza Pan dwie kolejki.
3. W planie figurowało głosowanie nad nową, promocyjną składką na rok 2008: dwa w jednym – płacisz za dwa lata z góry, a masz zapłacone za jeden rok. Niestety do głosowania nie doszło, ponieważ wszyscy nader ochoczo stawiali sobie nawzajem, co jest wysoce podejrzane i zapewne długo nie potrwa. Wobec powyższego do propozycji Przewodniczącej się jeszcze powróci. Pana w ostatnim rzędzie ostrzegam po raz ostatni – może się okazać, że będzie stawiał wszystkim. Wszyscy za? Kto przeciw? Nie widzę, nie słyszę, a nawet jakby, to ja posiadam narzędzia nacisku. Dziękuję – nie ma to jak uwielbienie dla Przewodniczącej.
4. Jak już wspomniano w punkcie 1, na zebraniu dopuszczono obecność 1. TW – Tajnego Współpracownika w osobie pani Aleksandry eks – Ż, a obecnie R, która – czy jej się to podoba, czy nie – uiści składkę, o której mowa w punkcie 3. i nie ma gadania. Sprzeciw nie jest przewidziany w programie spotkania. W części Zgromadzenia uczestniczyła też osoba, której personaliów nie przytaczam (w charakterze OZI – Osobowego Źródła Informacji) gdyż jest nieletnia i nie trzeba dużego nakładu środków, żeby od niej wyciągnąć, co tam piszczy w domu Państwa eR. W związku z powyższym OZI zostaje zwolniona z uiszczenia składki, przynajmniej narazie, a potem się pomyśli. TW oraz OZI informuje się, że prawo do obrażania się nie przysługuje.
5. Po licznych wrzaskach przystąpiono do realizacji jedynego, ale za to kluczowego punktu programu spędu, gwarantującego gładki i owocny przebieg spotkania, a więc do ustalenia co kto pije, kto jedzie do Rygi, kto później rozwozi nawalonych biesiadników po domach.
6. W tym momencie, prawdopodobnie z powodu szalejących emocji, zapomniano odśpiewać hymn Walnego Zgromadzenia („My młodzi, my młodzi, nam bimber nie zaszkodzi”). Inna rzecz, że samorzutna Przewodnicząca zapomniała przedyskutować ten punkt we wcześniejszych konsultacjach telefonicznych. Się nadrobi.
7. Głosów z sali w postaci wolnych wniosków Przewodnicząca nie dopuściła, bo szkoda czasu, alkohol się grzał, a i tak niczego konstruktywnego nikt by nie powiedział.
8. Na tym zakończono część oficjalną i przystąpiono do meritum, którym było liczne, radosne trącanie się szklanicami, bezładne wrzaski, płacz ze śmiechu oraz inne.
Z żalem stwierdza się, że sprawozdanie z części nieoficjalnej nie powstało, bo nie miał kto napisać. Natomiast finalnie Przewodnicząca, mimo wszystko pamiętając o spoczywającej na niej odpowiedzialności, zmusiła uporczywym biciem wszystkich obecnych do ustalenia terminu kolejnego spotkania, którym stał się 15 grudnia. Niektórzy podskakiwali, ale ja ostrzegam, że się im zwiększy składkę.

Podpisy nieczytelne.