31 lipca 2007

Przerażające przeżycia w trakcie zbycia, czyli notka ortograficzna

Nie mogę się oprzeć potrzebie podzielenia się z Wami moimi wczorajszymi doświadczeniami albowiem wydają mi się one absolutnie wyjątkowe. Może wcale nie będziecie tak uważali i dojdziecie do wniosku, że jestem chowana pod kloszemi i życia nie znam, niemniej mnie samą przygoda ta wbiła w grunt i pozostawiła tam na dłuższy czas.
Otóż…

postanowiliśmy sprzedać samochód.
Sama czynność nie jest zbytnio oryginalna ani emocjonująca, robiłam to już parokrotnie i myślą przewodnią, która przyświeca mi w takich sytuacjach jest jednynie: zakończyć to jak najszybciej. Oczywiście nie każdym kosztem, w końcu mamy tu klasyczny konflikt interesów: kupujący chce kupić jak najtaniej, ja chcę sprzedać jak najdrożej, on kupuje starego, rozlatującego się trupa, ja sprzedają cud techniki jak spod igły. Ale że nie lubię tego robić, to jestem skłonna do ustępstw. No to Szef obfotografował ten nasz dziesięcioletni cud techniki i zamieścił ogłoszenie na allegro w niedzielę, wyceniając go w sposób przyzwoity i umiarkowany. Odzew nas zaskoczył, spodziewaliśmy się bowiem, że przy obecnym zalewie rynku przez samochody używane, możemy mieć niejaką trudność w zbyciu. Okazało się jednakowoż, że cena widać nie była zaporowa, więc klienci pojawili się w liczbie większej niż jeden i to od razu w poniedziałek. Bardzo byłam zdziwiona, kiedy dowiedziałam się, że jakiś facet jedzie po nasze auto aż z Łodzi, ale oświecono mnie, że to handlarz i że oni jeżdżą po całym kraju. Przyjęłam do wiadomości.
Handlarze przyjechali w liczbie dwóch. Wielkie, dwumetrowe chłopiska, kafary, mordy takie, że za wygląd sam powinni siedzieć. W sposób typowy dla handlarzy, który znam z giełdy samochodowej, zaczeli wynajdywać wszelkie (faktyczne lub wyimaginowane) wady samochodu. Na koniec zapytali o cenę, Szef przedstawił propozycję i… wtedy się zaczęło. Zawsze wydawało mi się, że jak komuś chcę coś sprzedać za piątkę, a on chce kupić za trzy i nikt nie chce ustąpić, to mówimy sobie: no cóż, do widzenia. Jakże się pomyliłam!
- Ty chu… jeb…, jak ci przypier… w ryj! – subtelnie przeszedł do negocjacji kontrahent.
Zatkało nas.
Najszybciej głos odzyskała moja Mama.
- Proszę pana, proszę się zachowywać kulturalnie, nikt pana nie zmusza do zakupu tego samochodu.
- @$%%&*%(( !!! (Nie będę tego cytowała)
I jak nie trzaśnie z całej siły bagażnikiem, aż uszkodził zamek.
Mama nie wytrzymała.
- Uszkodził nam pan zamek w samochodzie, wezwę policję!
I wyobraźcie sobie, facet rzucił się z pięściami na moją Matkę!!!
I tu interesująca obserwacja psychologiczna. Wiele czytałam swego czasu na temat problemu związanego z koniecznością przełamania się w sytuacji kryzysowej i skrzywdzenia napastnika, który człowieka atakuje. Trudno jest wsadzić komuś palec w oko, choć to bardzo skuteczne. Ale wierzcie mi! Kiedy ktoś chce skrzywdzić kochaną osobę, pękają wszelkie bariery! Przeraziłam się słysząc swój własny głos. Zaczęłam tak wrzeszczeć, że słyszała mnie chyba cała dzielnica. Nigdy jeszcze nie wydobyłam z siebie takich dźwięków. W ułamku sekundy mózg sam wybrał jedyne chyba rozwiązanie. Co mogłam zrobić takiemu wielkiemu facetowi? Zorientowałam się, że biegnę i w biegu zdejmuję but, bo jedyne, co miałam, to dziesięciocentymetrowa, podkuta metalem szpilka na nodze.
Cała sytuacja mogła się skończyć dla mnie naprawdę źle, bo gdyby tylko dotknął Mamę, chyba zabiłabym bandziora tym butem i pewnie poszłabym siedzieć, jak za porządnego człowieka. Na szczęście facet się zmiarkował, wsiadł do samochodu i odjechał. Przeklinając oczywiście naszą rodzinę do dziesiątego pokolenia. Co robił w tym czasie Szef – nie wiem. Byłam jak opętana.
Trzęsłam się jeszcze przez dwie godziny.

A potem przyjechali dwaj młodzi chłopcy i kupili od nas samochód za tyle, za ile mogliśmy go sprzedać. Grzecznie, kulturalnie i z pocałowaniem w rączkę.

30 lipca 2007

Parkujesz? – Zdrapujesz!

Akcja doczekała się własnego bloga, którego linkuję po prawej stronie i w imieniu organizatorów serdecznie zapraszam do czytania.
Będziecie się mogli z niego dowiedzieć o postępach akcji, o nowych pomysłach, o radościach i bolączkach organizatorów.

Tak tylko nadmieniam, że jakby kto miał wolne parę złotych, to akcja jest potrzebowska. Nakład naklejek rozszedł się na pniu, a za wyprodukowanie następnych trzeba zapłacić, niestety (ech, życie!). Gdyby ktoś chciał się dołożyć, to i na stronie, i na blogu akcji znajdzie ścieżkę do konta bankowego fundacji.
To co?
Rzucamy palenie?
Słodyczy jedzenie?
Zgubne rozrywki?
I zrzucamy się na naklejki?

Odcinek szósty, czyli: jak nie zdechnąć z gorąca

Akurat potrzebny temat, bo za oknem pogoda jakby ciut nie dopisuje. W pracy mówimy na to: barowa i grupowo żądamy wyjść do baru, bez względu na koszty. Przełożeni sugerują bar mleczny i to w tempie ekspresowym. Cóż… nie można mieć wszystkiego.

Więc w Egipcie pogoda – jak wiadomo. Każdy turysta od momentu podniesienia powiek zaczyna kombinować, co dziś zrobi celem niewyzionięcia ducha natychmiast, w tej chwili i już.
Jeśli turysta wykupi sobie hotel z aquaparkiem i w dodatku fuksem się do niego dostanie (buchacha!), to może skorzystać z uroków tego przybytku, które stanowią:

zjeżdżalnie

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

baseniki

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

a nawet prysznice (zadziwiające stylistyką – spodziewałabym się raczej wielbłąda!)

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Jeśli turysta:
a/ nie wykupił sobie hotelu z aquaparkiem,
b/ wykupił, ale się nie załapał i go zakwaterowali 10 km dalej, więc nie korzysta,
c/ w nosie ma aquaparki,
to sobie może wyskoczyć nad morze.

Nad morzem standard plażowania jest zupełnie inny niż w Polsce.
Każdy (grupa maksimum trzyosobowa) ma swój parasol, który ma mu uratować życie

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Ma też tzw. wiatrołap, który ma za zadanie raczej wytyczyć turyście pewne terytorium i zapenić minimum prywatności. Ma leżak i materac, który w słońcu rozgrzewa się do 100 stopni

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Ma to wszystko oczywiście wtedy, jeśli wstanie na tyle wcześnie, żeby sobie zaklepać te atrakcje. Albowiem: kto późno wstaje, ten figę dostaje.
A na piaseczku siedzieć się nie da. Chodzić się nawet nie da. Bo piaseczek ma dla odmiany 200 stopni

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Naturalnie przy plaży też są baseny, tylko mniej ekstraordynaryjne. Ale można kąpać się dla odmiany w wodzie słodkiej, bo w Morzu Czerwonym, jak już kiedyś wspominałam, zasolenie jest mordercze

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Krysia mnie upomniała, że mam się wytłumaczyć, dlaczego sobie nie zdarłam majciochów na zjeżdżalniach.
Otóż:
1/ jest gorąco, że się ruszyć nie chce;
2/ trzeba tam wleźć w tym gorącu, a – jak wspominałam – ruszyć się nie chce;
3/ i tak stoją kolejki, a mnie się w kolejce nie chce, bo mam reminiscencje ze stanu wojennego;
4/ nachylenie zjeżdżalni jest stresujące i zapiera dech w piersiach;
5/ pojeździłabym więcej na tych zjeżdżalniach, gdzie używa się dmuchanego kółka lub pontonu, ale ten sprzęt trzeba samemu wywlec na górę, a przecież: 1, 2 i 3.

Czuję się wytłumaczona. Przyjmujecie argumenty?

29 lipca 2007

Uwaga na marginesie

Poprzednią notkę dokończyłam, jakby kto nie zauważył.
Dam sobie chwilowo spokój z tym Egiptem, ale zdjęcia mam przygotowane, to, jakby co, mogę jeszcze coś wrzucić.
Tymczasem idę się położyć na łóżku pod moim nowym oknem, obłożę się papierzyskami i trochę popracuję.
Bo niedługo muszę się zebrać i jechać do rodziców. Albowiem odkryliśmy nową knajpkę i zamierzamy zrobić zwiad w celu rozpoznawczym.
Powiedzcie ładnie: SMACZNEGO!

28 lipca 2007

Okno

Kiedyś, dawno, dawno temu (tak gdzieś wczoraj rano) mieliśmy miłą sypialenkę w kolorze eksperymentalnym z twórczym nieporządkiem.

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Potem uparliśmy się na dodatkowe okno, więc przygotowaliśmy pokój poprzez oczyszczenie z mebli, dodatków oraz zafoliowanie

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Dziś rano pojawili się dwaj niebezpieczni mężczyźni i narysowali nam nowe okno

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

A potem szybko zdarli kolor i walnęli 10 razy młotem, żebyśmy nie mieli szansy się rozmyślić

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Pod spodem, jak się okazało, była dziura. W dziurze były deski. I kupa śmiecia, roboczo nazwana ociepleniem

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

A pod ociepleniem było niebo

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Od nieba panowie postanowili nas oddzielić oknem

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

No i PYK! Okienko na swoim miejscu

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Potem pan jeszcze musiał wszystko wykończyć od zewnątrz. Ale zmęczył się, więc zrobił sobie przerwę na papieroska

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

No i proszę bardzo, oto efekt końcowy

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Ostatecznie okazało się, że zgodnie z prawem Murphy’ego nasz stolarz Rysio właśnie jest na urlopie.
W dodatku do połowy sierpnia.
A więc jeszcze przez trzy tygodnie tak to będzie wyglądało. A potem, mam nadzieję, Rysio nadciągnie z pomocą i zlikwiduje wszystkie dziury!

27 lipca 2007

A teraz z zupełnie innej beczki

Przygotowałam już sobie wczoraj zdjęcia, bo miało być o tych zjeżdżalniach, basenach i plażach, ale wpadła do mnie z wizytą pani pracująca w jednej z naszych jednostek i nastroiła mnie na przemyślenia.
Pani rok temu miała zdiagnozowany nowotwór i od roku czeka na operację – nie w sensie braku wolnych terminów, tylko z powodu powagi schorzenia. Od roku już blisko bierze chemię, naświetlania, leki – żeby zmiejszyć zmianę, która w chwili obecnej nie nadaje się do operacji ze względu na zagrożenie życia.
Obserwuję zmiany w jej osobowości, to – jak wpłynęła na nią choroba. Zawsze była niebywale irytującą osobą, taką, której nie można przerwać potoku wymowy, nikogo nie słuchała i na nic nie zważała.
Spokorniała.
Przycichła.
Słucha i uśmiecha się spokojnie.
Jest zupełnie innym człowiekiem.
Jednocześnie uznała, że będzie walczyła, że się nie podda. Jest pogodna, spokojna i jednocześnie zawzięta w swoich postanowieniach. Nabrałam do niej wielkiego szacunku, którego wcześniej nie żywiłam. Rozmawiam z nią o chorobie, ale nie o rokowaniach, tylko o tym, jak znosi kolejne leki, jak ustawia sobie rozkład dnia, jakie odczuwa uciążliwości, co ją cieszy, czym się zaiteresowała w ciągu ostatniego roku. Przyznaje się do chwil słabości, nie mówi o tym, lecz ja wiem, że miewa załamania. Ale trzyma się życia uparcie i nie chce ustąpić. Życzę jej jak najlepiej, mam nadzieję, że zwycięży w tym maratonie, choć dziś się dowiedziałam, że rokowania są naprawdę złe. Mam nadzieję, że starczy jej sił, że wokół niej są ludzie, którzy będą ją wspierali w najtrudniejszych momentach.
Trzymam kciuki.

Moja Mama już po drugim zabiegu, wróciła do domu. Następna wizyta w szpitalu na przełomie sierpnia i września. Lekarze odnotowują poprawę i mam nadzieję, że to wszystko pójdzie w dobrą stronę. Dla urozmaicenia stale kłócą się z Tatą, co trochę mnie już męczy, ale wtrąciłam się tylko raz, komunikując Protoplaście, że jeszcze trochę i zwymiotuję mu na kolana. Poza tym staram się nie angażować.

Krynia też dziś na zabiegu. Po przejściach z czerniakiem usuwa podejrzane znamiona i bardzo się tym denerwuje. Kochana – też potrzebuje odpoczynku i mam nadzieję, że już w sierpniu uda jej się trochę złapać powietrza na luzie. Bardzo jej się to należy. Może wtedy druga-mama znajdzie trochę czasu, to sobie urządzimy sabat we trzy czarownice. Już się cieszę na każdą spędzoną z dziewczynami minutę.

A my w ramach samobiczowania jutro wstawiamy nowe okno. Obym nie przeklęła marzeń o świetle w sypialni. Mam nadzieję, że uda mi się sporządzić stosowną dokumentację fotograficzną i jak odzipnę, to wam zademonstruję przez co człowiek przechodzi na własne życzenie i za własne pieniądze – czyli: jak sobie higienicznie zrobić krzywdę ;o)

Potomstwo w niedzielę powraca z zaświatów, czy z tygodniowego wypadu z ojcem nad zalew, a potem wyjeżdża na kolonie. Jak jest w domu – doprowadza mnie do szału, ale jak jej nie ma… Wiecie jak to jest: z babami źle, a bez babów jeszcze gorzej. Inna rzecz, że i tak się cieszę, że trwają wakacje albowiem rok szkolny napawa mnie rozpaczą.

Sprzedajemy samochód, trzymajcie kciuki, żeby się udało jak najszybciej.
Kotów nie sprzedajemy, bo nie moglibyśmy żyć bez ich głupawych min pełnych zaskoczenia (przoduje w tym Karolek).

Tak się życie toczy powoli i niemrawo. I bardzo dobrze! Wolę to niż nieustanną gonitwę za własnym ogonem! O!

26 lipca 2007

Odcinek piąty, czyli podwodne życie ssaków

Od razu mówię, że zdjęć nie będzie, bo nie udało nam się kupić aparatu do zdjęć podwodnych. Pamiątkę mamy jedynie w postaci filmu, którego nie zdążyliśmy jeszcze sami obejrzeć. Może dziś. Do obiadu zarządzę.

Już na samym początku pobytu mózgi nam się gotowały, więc ochoczo przystaliśmy na plażową propozycję Khaleda, związaną z rejsem pt. „Cztery wyspy” (za jedyne 75 baksów na troje). Mieliśmy nadzieję, że na pełnym morzu (Czerwonym oczywiście) będzie ciut chłodniej i nie pomyliliśmy się. Niemniej aż do startu nie mieliśmy pewności, czy na pewno popłyniemy, ponieważ w Egipcie wszystkie transakcje odbywają się na gębę i jakby cuś, to szukaj sobie wiatru w polu. Tym razem okazało się jednak, że plażowy Khaled nie robił z gęby cholewy, otrzymaliśmy płetwy, maski, fajki i zostaliśmy zaokrętowani na bosaka.
Pierwszy przystanek po godzinie rejsu na Rajskiej Wyspie. Cholera zresztą wie, dlaczego nazywają ją Rajska – kupa piachu w kolorze żółtym (ale nie tam taki miękki, delikatny piaseczek, nic z tego), na plaży jest kibel oraz knajpa, gdzie za jedyne „obedrę-cię-ze-skóry” można kupić sobie coś do picia. Natomiast żeby nie było żadnej pomyłki, ustawiono na wyspie hollywoodzki napis, że to właśnie tu, człowieku, trafiłeś do raju (ani źdźbła trawy).
Na wyspę dopływa się motorówkami, bo statku nie da się przycumować przy brzegu, a wehikuły te są zaiste zadziwiające. Rolę baku pełni np. bańka z benzyną ustawiona na wysokości oczu klienta. Plus 100 stopni. Plus palący kapitan. Niezapomniane wrażenia.
Wyprysnęliśmy radośnie i dziarsko do raju, wyznaczyliśmy sobie obozowisko i ruszyliśmy do wody celem przeszkolenia w snorklingu. Naciśnięto nam maski, pouczono, żeby się nie szczerzyć głupawo i nie oddychać przez nos, bo nam woda wlezie i wpuszczono do wody sięgającej do pasa. W miarę szybko udało mi się opanować kilka czynności i tylko raz mi się woda nalała do oka, ale za to po nalaniu wydaliłam się natychmiast na brzeg, bo piecze jak ocet siedmiu złodziei.
Gwoździem programu były postępowe rodziny egipskie. Postępowe to są takie, w których mąż zabiera żonę w rejs, żeby sobie posnorklowała. W stroju kąpielowym*. Nie mogłam się napatrzeć, słowo daję. Jak on jej wciska tę maskę…
Droga powrotna na statek była emocjonująca z dwóch powodów:
1. nagle w pobliżu pojawiły się delfiny, które mogliśmy oglądać w pełnej krasie;
2. kapitan motorówki postanowił nas uszczęśliwić i ruszył w pogoń pełną parą, przechylając łupinę z zapałem. A i nikt nie usiedział na miejscu. Bajka.

A potem przepływaliśmy z miejsca na miejsce, za każdym razem na nielichą głębinę i skakaliśmy ze statku prosto do wody. Trochę było strasznie za pierwszym razem, ale szybko okazało się, że do utopienia w Morzu Czerwonym trzeba wiele samozaparcia i przekonania. No i… było cudownie! Na wyciągnięcie ręki bajecznie kolorowa rafa, zaciekawione rybki, które przypływały bliziutko, żeby obejrzeć sobie te nowe wieloryby (ekhm, ekhm!), ogromne ryby (z półtora metra długości, słowo) o bojowym imieniu Napoleon i barakudy. Jednym słowem – jeśli się kto wybierze do Egiptu – snorkling to jazda obowiązkowa. Jest wart swojej ceny, wspaniałe przeżycie, niezapomniane wrażenia. Bosko.
Wróciliśmy zmęczeni, oblepieni solą i szczęśliwi.

A zdjęcia nie spod, a znad wody są po prostu kiepskie, światło było tak ostre, że nie mogliśmy ustawić aparatu. Więc w niczym nie oddają uroku wyprawy.
Jeśli jednak kogoś to ciekawi „na sucho”, to proszę wpisać w wyszukiwarkę słowo „snorkling” – wyskakuje dużo interesujących zdjęć.
Polecam.

* strój kąpielowy postępowej Egipcjanki składa się z:
legginsów do kostek,
bluzki z długim rękawem,
luźnej tuniki do kolan
i nieśmiertelnej chusty szczelnie opasującej głowę

25 lipca 2007

Odcinek czwarty – roślinność

Egipt, jak wiadomo, znajduje się w Afryce.
W Afryce, jak wiadomo, jest w cholerę gorąco i nie pada.

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

A co, myślałyście, że nie ma roślinek, a? Figa!

A teraz, moje drogie, wyjaśnienia, skąd biorą się roślinki. Otóż biorą się one ze smrodu. W egipskich hotelach istnieje cała rzesza mężczyzn zatrudnionych w celu nawożenia* i podlewania codziennego za pomocą szlaucha całej roślinności. To jest bardzo fajna fucha, facet się snuje godzinami lejąc wodę, niczym wyjęty żywcem z pewnej polskiej komedii.
Zapach jest, że się tak wyrażę: alternatywny.
Ale rośnie.
Jak wściekłe.
Jak zechcą, to nawet na środku plaży, o:

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

* krówska kupa z przeproszeniem

PS Kto już się znudził? Proszę o oddawanie głosów, to się przerzucimy na tematy lokalne.

24 lipca 2007

Odcinek trzeci – fascynująca potrzeba uszczęśliwiania bliźnich

Egipcjanie mają zadziwiającą potrzebę obdarzenia czymś każdego napotkanego bliźniego. Najchętniej odpłatnie, oczywiście. Jeśli nadzieja na wciśnięcie bliźniemu o białej skórze (białe skórzane portfele, hehe) czegokolwiekabądzia jest nikła, statystyczny Egipcjanin natychmiast postanawia umilić mu życie serdeczną rozmową. Dialogi są absolutnie standardowe i zaczynają się zawsze tak samo:
- Łer kam ju from?
- Poland.
- Oooo! Jak si masz?!
- Dziękuję, dobrze.
A potem następuje seria maniakalnych prezentacji wszystkiego, co nie jest na stałe przytwierdzone do podłoża (za szybko nie ucieka), ale to przecież też nie problem, bo jak chcesz, Polaku, to sprzedamy ci własną matkę, grobowiec faraona i karabin dziadka.
Wariacje dialogu z „łerkamjufrom” też się zdarzają i bywają zaskakujące:

- Łer kam ju from?
- Poland.
- Oooo! Jak si masz?!
- Dziękuję, dobrze.
- Bardzo dobrze, zajebiście???
Pffff…*

- Łer kam ju from?
- Poland.
- Oooo! Jak si masz?!
- Dziękuję, dobrze.
- Mucha rucha karalucha!!!
- Aj beg ju pardon???
- Mucha rucha karalucha!
Dalej rozmowa toczy się po angielsku:
- Wiesz, co to znaczy, lady?
- Wiem.
- Powiedz mi!
- Nie, to bardzo nieładnie.
- Hej, powiedz mi!
- Mucha to fly.
- Rucha! Rucha karalucha!!!
- Nie mów tak, bo to bardzo brzydko, naprawdę.
- MUCHA! MUCHA RUCHA KARALUCHA!!!
Pffff…*

- Łer kam ju from?
- Poland.
- Oooo! Jak si masz?!
- Dziękuję, dobrze.
- Studiowałem w Polsce przez kilka lat. To piękny kraj…
( O)(O )**

- Łer kam ju from?
- Poland.
- Oooo! Jak si masz?!
- Dziękuję, dobrze.
- I hew a speszyl ofer for ju!
(Tu załamanie nerwowe, bo to już 86. specjalna oferta for mi w tym dniu)

Jeden jedyny raz spotkaliśmy sprzedawcę na poziomie. To była perfumeria, a on był właścicielem. W dodatku nie takim kramikowym – właścicielem pełną gębą, z pracownikami skaczącymi na każde jego skinienie. Przesiedzieliśmy u niego ponad dwie godziny.

Tak wyglądają ściany w egipskiej perfumerii:
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

A tak wygląda sufit:
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

A spójrzcie tylko na te flakoniki!

żabki
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

krokodylki
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

kwiaty paproci
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

słoniki
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

żółwiki
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

i moje ulubione – palemki kokosowe
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Posadził nas na kanapach w klimatyzowanym pomieszczeniu. Polecił zrobić dla nas pysznej czerwonej herbaty. Poczęstował własnymi (!!!) papierosami. Na wstępie poinformował, że u niego ceny są oficjalne, wynoszą tyle a tyle za gram perfum, bo z tego płaci 15% podatek i on się nie targuje. Uprzedził, żebyśmy nie czuli się zobowiązani do kupowania u niego czegokolwiek, że jeśli nie zechcemy, to nie ma sprawy – be my guests! Był zachwycony, że mówimy po angielsku, bo Polacy to taki sympatyczny, radosny naród, tylko oni w ogóle nie mówią po angielsku! Zabawiał nas rozmową na różne tematy. Przy tym demonstrował perfumy – zachwycony, że nie chcemy tych europejskich, tylko jego rodzime – egipskie. Wysmarował nas olejkami nawet pod kolanami, bo już nie było nigdzie wolnego miejsca! Opowiedział o swoim bracie, który mieszka i pracuje w Niemczech, pokazał nam zdjęcia swojego pełnej krwi arabskiego konia i opowiadał dowcipy.
Naszym znajomym, którzy kupili perfumy dołożył gratis olejek z aloesowy i piekne flakoniki na perfumy. Zaproponował zapłacenie kartą, a kiedy okazało się, że nie można nawiązać połączenia, spakował im wszystkie zakupy w piękne pudełeczka, zabezpieczył przed stłuczeniem w samolocie i wręczył do rąk.
Nie chcieli wziąć, informując, że odbiorą następnego dnia – płacąc.
Żachnął się – no wybaczcie… Przecież wiem, że przyjdziecie…***
Like in Europe… (tu westchnęła)

Wierzcie mi, że pod koniec pobytu w moich majakach sennych pojawiała się polska ekspedientka. Taka, co to podchodzi do ciebie i pyta:
- Czy mogę w czymś pani pomóc?
A jeśli nie potrzebujesz – zwyczajnie odchodzi.

Ogólnie ten nachalny, południowy sposób bycia doprowadza mnie do szaleństwa. Nie znoszę bowiem, gdy dotyka mnie ktoś obcy, zwłaszcza obcy facet. Nie lubię się powtarzać. Moje „nie” znaczy właśnie „nie” i nie chcę mówić go po 15 razy.
I nienawidzę przekradać się pod ścianami albo przemykać biegiem w celu uniknięcia czyjejś serdeczności i otwartości****.

* uchodzi powietrze
** gały
*** pewnie, że przyjdą, on tam ma kolegów
**** która w dodatku przenigdy nie jest bezinteresowna

23 lipca 2007

Odcinek drugi – sprzeczności

Egipt jest zdecydowanie krajem sprzeczności, a może raczej kompletnej dwubiegunowości.
Bo w Egipcie bywa zwykle tak:

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Choć czasem (w nielicznych przypadkach) bywa tak:

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

To, co widzą w Egipcie turyści, wygląda tak:

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

A realia wyglądają tak:

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

I muszę wam powiedzieć, że to są wyjątkowo pozytywne realia, bo nad Nilem (zaledwie 4% powierzchni kraju). Nie chcielibyście widzieć pozostałych. Zresztą jakoś tak nie mogłam na bezczela fotografować tej biedy, ale słowo wam daję: ogromne śmietnisko, na nim zwierzęta, dzieci, mężczyźni palący miliony skrętów, zakutane kobiety i 45 stopni Celsjusza.
Jednocześnie hotele proponują całkiem przyzwoity (z punktu widzenia Europejczyka) standard + zdobienia w stylu „pokażę wam przepych, aż wam tyłek odpadnie” – w moim odczuciu nie do końca przekonujący.

Temperatura zgoła inna niż w Polsce i, wierzcie mi, nawet w świetle ostatnich upałów. Tam po prostu wstaje dzień i ŁUP! słońce jest w zenicie, daje czadu aż do wieczora i nagle około 20.00 ŁUP! noc. Na początku wydawało nam się, że w Hurghadzie jest gorąco, ale potem pojechaliśmy na wycieczkę do Luksoru – zobaczyć Karnak i Dolinę Królów, Świątynię Królowej Hatszepsut i fabryczki alabastru i nawet popłynąć Nilem. I… NIGDY CZEGOś TAKIEGO NIE PRZEżYłAM I KTO TAM NIE BYł, TEN SOBIE TEGO NIE WYOBRAZI!!! W Dolinie Królów jest bez mała z 60 stopni, to po prostu coś nieprawdopodobnego. Człowiek chce umrzeć, skonać natychmiast, w tym miejscu, gdzie stoi i już!!!
W związku z tym zjawiskiem w Egipcie zdarzają się wielce zabawne sytuacje. Na przykład świątynia na Karnaku, sala kolumnowa, ogromna, bezludna przestrzeń. Nagle zwiedzający dostrzega odrobinę cienia za jedną z kolumn. Wali tam jak opętany! Zagląda i co widzi? W tym dziesięciocentymetrowym cieniu stoi już dwustuosobowa wycieczka z Niemiec! I figa!
Egipcjanie budują dla turystów specjalne zadaszone przestrzenie, żeby mogli zwiedzać skokami: od daszku do daszku.
Siedzę skulona pod jednym z zadaszeń między królewskimi grobowcami i marzę tylko o tym, żeby znaleźć się na biegunie. Przed nami zwiedzanie. Wzdycham i mówię do egipskiego przewodnika:
- Jeszcze 20 kroków, a potem zejdziemy pod ziemię i będzie trochę chłodniej.
- Odzwyczaj się od takich myśli – odpowiada przewodnik – chłodniej to będziesz miała w Polsce!
I wiecie, co jest najstraszniejsze? Że przechodzisz koło tysiącletniej historii, koło czegoś co przytłacza i uwzniośla i… nie chce ci się na to patrzeć, bo myślami jesteś już w autokarze, gdzie kierowca czeka na włączonym silniku, żeby klima utrzymała temperaturę, z puszką zmrożonej coli (only łan dolar za puszkę).
Smutne.
Pomyślałam, że chciałabym tam pojechać raz jeszcze. Na rejs po Nilu połączony ze zwiedzaniem.
W grudniu.

22 lipca 2007

Odcinek pierwszy, czyli: jak zostać Maryją Dziewicą

Na wstępie oczywiście nie napiszę, że (mimo posiadania hiperdokładnej mapy) zgubiliśmy drogę na lotnisko. Ale nic to – wszak wszystkie drogi prowadzą ponoć do Rzymu, a w samochodzie miałam balast w postaci obojga Rodziców, którzy nieustannie urozmaicali mi to zagubienie się poprzez spory różne oraz wymianę zdań na aktualne tematy. Nie nadmienię także, że ich wersje zwykle różnią się dość znacznie. Tak więc nudno nie było, a ja – osoba wielce przewidująca – posiadałam spory zapas czasu. Oczywiście wtajemniczeni wiedzą, że to wyłącznie z powodu tzw. rajzefibra – i tak nie mogłam już usiedzieć na tyłku.
Nie napiszę również, że nowy terminal Pyrzowice otwarły w dzień po naszym wyjeździe, więc tłok był nieludzki, a kwestia okienek biur podróży wydających bilety – rozwiązana w najidiotyczniejszy z możliwych sposobów.
Napiszę natomiast: Drogie Panie, nigdy, przenigdy nie róbcie żadnych zakupów na strefie wolnocłowej w Polsce, bo chyba nigdzie na świecie nie jest tak drogo do cholery!!! Absolutnie nigdy i NIE!!! Mało mnie szlag nie trafił, jak zobaczyłam ceny na tejże strefie w Egipcie.
Lot był nudny, czterogodzinny i nocny, więc obsługa nawet nam filmu nie puściła, niemałą atrakcję stanowili natomiast nasi sąsiedzi za plecami, którzy postanowili rozpocząć imprezę już na pokładzie i dali nam popalić, że hej. Na szczęście okazało się, że jadą do innego hotelu.
W Hurghadzie na lotnisku trzeba wykazać się nie lada przebiegłością, o czym mieliśmy niestety nikłe pojęcie, gdyż wiedzę zdobywaliśmy dopiero podczas pobytu. I – Kochani – żaden przewodnik Wam tego nie opisze! Otóż normalna polska rodzina, przybywając tam na wakacje, powinna mieć już z góry ustaloną taktykę: ojciec (nie przebierając w środkach typu: łokcie, kolana i bagaż podróżny) winien nie słuchając nikogo, rzucić się natychmiast do okienka z wizami; matka (gryząc, drapiąc, łkając i jodłując) do okienka pieczątkującego wizy; a dzieci – niech się uczą survivalu. Bo w Egipcie jest zupełnie inaczej niż u nas – tam każdy zatrudniony facet musi znaleźć jakieś uzasadnienie dla swojego bytu, więc paszporty sprawdza ci przynajmniej 15 osób za każdym razem, włączając dziadka klozetowego, a wszystkie czynności rozdzielić należy tak, by utworzyło się maksymalnie dużo kolejek, co jest niezwykle atrakcyjne o 4 nad ranem.
Jako że my nie znaliśmy realiów, to kulturalnie ustawiliśmy się najpierw w jednej, a potem w drugiej kolejce, więc po wszystkim musieliśmy zapinkalać jak wściekli, poganiani przez niezliczone rzesze tambylców, sprawdzających wielokrotnie nasze paszporty.
Wreszcie dotarliśmy do autokaru, gdzie natychmiast z radością powiadomiono nas, że wery sory, ale nie ma dla nas miejsca w hotelu, hahaha. Byłam taka zmęczona i śpiąca, że nie było mnie stać nawet na szlagtrafił – uznałam, że coś z nami muszą zrobić, prawda? Musieli i zrobili. Cóż to było za przeżycie: tysiące kilometrów od domu, pustynia, charkocząca ludność i nie ma dla nas miejsca w gospodzie, oby się trafiła jakaś stajenka, głodna jestem, śpiąca jestem, Egipcjanie w recepcji hotelowej o 4.30 pracują jeszcze wolniej niż zwykle (choć to wydawać się może niemożliwe), gdzie jest boy z moimi walizkami, czemu nikt nie dał nam pościeli i ręczników dla dziecka i w ogóle super. W końcu życzliwy nosiciel walizek poinstruował nas, jak włączyć klimatyzację i zainkasował za to zaledwie dolca! Padliśmy na 10 minut, a następnie uznaliśmy, że jest już taka pora, że szkoda czasu na spanie, więc wbiliśmy się w plażówki i poszliśmy na śniadanie. A potem nad morze, gdzie uczciwie przespaliśmy ze dwie godzinki w warunkach ekstremalnych (ale pod parasolkami!).
CDN

21 lipca 2007

Jestem

Bardzo Was przepraszam, że się nie odzywam, ale pochorowałam się po prostu fatalnie. Wczoraj cały dzień spędziłam w toalecie i jestem ledwie żywa. Stać mnie na to, żeby położyć się na kanapie i spędzić tam dzień.
Obiecuję, że zrobię Wam serial ze zdjęciami i opowiem wszystko, ale zacznę chyba najwcześniej jutro, bo dziś nie mam na to siły. Nawet nie mogę pojechać do drugiej-mamy…
Za to wszystkim, którzy jadą oraz gospodarzom życzę dobrej zabawy.
Papa.

5 lipca 2007

Nerwówka i absolutny szczyt

Żeby było weselej, Pan Dachowy, po dwutygodniowej przerwie, dostał szwungu.
Więc widok z okienka mamy następujący:

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Kufry spakowane.
Dopilnowane.

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Niektórzy nawet wybitnie się zaangażowali w swojej pracy strzegącego:

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Czyli, że co?
Jedziemy???

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

O MATKO!!!