30 listopada 2007

Andrzejki

Osobną notkę postanowiłam, natchniona przez Krysię, poświęcić Andrzejkom, a właściwie pewnemu Andrzejowi – memu protoplaście.
Andrzej nie jest łatwym materiałem. Mało tego – jest materiałem wyjątkowo opornym, niewdzięcznym i mnącym. Andrzejowi bowiem nie da się kupić prezentu.
Jakież podchody, jakie ceregiele się wyprawiało z matką oraz żoną (dwa w jednym) przez lata. Jak się szalało, rwało włos z głowy, uprawiało burze mózgów w przeróżnych towarzystwach i konfiguracjach. Jakąż kreatywnością się tryskało. I po co? No po co, pytam się! Nigdy w życiu nam się nie udało. A trzeba wam wiedzieć, że w pomysłowości osiągnęłyśmy wirtuozerię. Gdzie tam banały w formie:
- alkoholu (bez sensu, wszyscy mu znoszą);
- krawatów (zabija za krawaty – on musi sam);
- pachnideł (w tej kwestii jest absolutnie monogamiczny – jeden Andrzej, jedne perfumy);
- rękawiczek (na pewno nie spełnią jego oczekiwań);
- książek (nawet tego nie komentuję – strach się bać)!
Wzniosłyśmy się onegdaj na wyżyny wymyślności, że o zaangażowaniu finansowym nie wspomnę i zleciłyśmy złotnikowi wykonanie spinki do krawata z herbem rodzinnym. Był usatysfakcjonowany, myślicie? Ha! Uznał, że brakuje łańcuszka do zaczepiania spinki na guziczku… Dramat.
W trzydziestej drugiej wiośnie, tuż przed urodzinami protoplasty, uznałam, że nie chcę już żyć. Taki nastrój bywa twórczy. Historia literatury jest tego niemym świadkiem. W bezdennej rozpaczy złapałam w dłoń pióro gęsie (klawiaturę komputerową) i stworzyłam, poświęciłam i zadedykowałam protoplaście rapsod. I ten jeden, jedyny, jedyniusieńki raz w życiu… trafiłam! Wierszydło wisi na ścianie, oprawne i straszy. Poszukam go w domu i wam tu wrzucę, żebyście mogli ocenić mój stan ducha.
Niby fajnie. Ale proszę nie wypuszczać jeszcze powietrza – przed nami kolejne urodziny, imieniny, Boże Narodzenia, Wielkanoce i Dnie Ojca. Ostatnio straciłam nieumyślnie niepowtarzalną szansę – bez okazji i przypadkiem przyniosłam do rodziców książkę, która Tacie wyjątkowo przypadła do gustu. Więc go nią obdarowałam chlipiąc w rękaw, że gdybym była wiedziała, dałabym mu na imieniny!
Dziś Andrzejki. Postanowiłam bezlitośnie uderzyć w ojcowskie fobie. Niech wie. Nabyłam drogą kupna latareczkę (kto ma tatusia koło siedemdziesiątki, niech pierwszy rzuci kamieniem). Oryginalną. Wielkości karty kredytowej.

Błagam… MÓDLCIE SIĘ, ŻEBY DZIAŁAŁA!!!

PS Byłabym zapomniała przez to wszystko!

Kochani! Nareszcie ukazała się znakomita książka kucharska, wydana przez Stowarzyszenie.
Rekomenduję i ZAPRASZAM DO ODLĄDANIA.
A nastepnie rekomenduję i ZAPRASZAM DO KUPOWANIA.

Warto – zachowane reguły diety Montignac, skomponowana tak, by każdy z produktów można było nabyć w pobliskim sklepie, a przygotowanie posiłku nie zajmowało więcej niż 20 minut!
Do dzieła! Znakomity prezent pod choinkę.
A pieniądze, jak wiecie, na zbożny cel.

29 listopada 2007

Krótko doniosę

że mój dzisiejszy, popołudniowy, życzeniowy gospodarz w postaci pewnej uroczej Krystyny był mnie powiadomił, że poległ na polu wirusa. Wobec powyższego obiadku nie będzie. Nie wiadomo tak na pewno, czy przypadkiem rodzina nie wystawiła Krystyny na mróz bez skarpet w celu pozbycia się mojego towarzystwa. Jednakowoż nie mogę palić za sobą mostów. I udaję się z wizytą (wizytacją?), ale tylko oddźwierną. Znaczy w oddrzwiach będę stała przez pół minuty, przepychając wór z gazetami dla Mamy oraz pewien tajemniczy pakuneczek, który – wyjątkowo w listopadzie – Krystyna otrzyma w ramach wściekłych aniołków, grasujących mikołajków oraz dziadka mroza.
Byłabym nie pojechała zakładając, że gospodyni może mimo wszystko mówić prawdę i być polegniętą. Niemniej ona Wie. Wie już od jakiegoś czasu i aż dziw, że to wirus, a nie szaleństwo. Tak, przyznaję – byłam molestowana. Ale – może dzięki temu, że nie osobiście – okazałam się twardzioszkiem i nie pisnęłam ani słóweczka.

No dobra – wejdę na chwilę, bo przecież muszę zobaczyć jej minę, jak rozpakuje, tak?
Nie ma, żebym ja nic z tego nie miała.
O!

28 listopada 2007

Tak jakoś nie wyrabiam na zakrętach

I to w dodatku od około miesiąca. Codziennie wracam do domu w jakichś dzikich godzinach i na nic już nie mam siły ani czasu. Obiady gotuję na cały tydzień w weekendy.
Wczoraj na przykład.
Pracę skończyłam jak należy o 15.30. potem przeryłam się przez megakory zimowe do domu. Myślałam, że zjem obiad, ale czasu mi zabrakło, więc tylko przeskoczyłam z dżinsów w bardziej oficjalne ciuchy i wyprułam z domu w zimową noc celem dotarcia na zebranie w spółdzielni. Zdążyłam. Już o 19.30 byłam z powrotem w domu, ale tylko po to, żeby zrzucić część tych oficjalnych ciuchów i udać się na obchód wspólnoty w celach służbowych. Wróciłam o 21.20. Wykąpałam się i zaległam z książką. Już nie jadłam, bo mi się nawet grzać nie chciało.

Nie wiem, jak to jest, ale mam tak codziennie. Się cholerstwo przyplątało, no! Wobec powyższego zaniedbuję wiele rzeczy, np. nie piszę na blogu akcji tak często, jak bym chciała.
Dodatkowo jestem ostatnio niebywale popularna i nie wyrabiam z życiem towarzyskim!!! A to już skandal. Krynia w rozmowach telefonicznych (rzadkich!) mówi do mnie tonem obraziłamsięnaciebienaśmierć. Zapomniałam już głosu drugiej – mamy. Księgowanie leży. AAAAAA!!!
Tato ma na imię Andrzej, co jest nie bez znaczenia. Istotna wydaje się kwestia prezentu, który dwa tygodnie temu zamówiłam dla niego w sklepie internetowym i nie dotarł. Super. Bardzo będzie zabawnie na spędzie rodzinnym w sobotę. Bardzo.
No i nie zapominajmy, że chyba skończyły nam się ubezpieczenia NW – zmieścić gdzieś pośrednika. I wodomierze trzeba wymienić. I elektryka muszę umówić. Znaleźć wykonawcę do tablicy z numerem budynku.

I… nie oszaleć!

PS A dyrektor mnie wczoraj wezwał i powiedział, że mu działam na nerwy. Ciekawy sposób oceny pracownika. Żeby nie było nieporozumień – powiedziałam mu, że on mi też.

27 listopada 2007

PROTOKÓŁ

z bieżącego Walnego Zgromadzenia VIPów Klubu Nastolatków 20 Kilo Później
sobota, 24 listopada 2007 roku

Lista obecności gdzieś się zapodziała

Porządek obrad:
1. Z pewną dozą nieśmiałości (trema spowodowana wieloletnią przerwą) powitano się nawzajem i w dodatku wielokrotnie. Witali się członkowie Klubu, a później także zabłąkane przypadkiem, a w konsekwencji silnie spanikowane osoby towarzyszące.
2. Nie dokonano wyboru Przewodniczącego Zebrania, ale nie ma sprawy – możemy uznać, że dożywotnio rolę tę obejmie Joanna eS – wybrana przez aklamację – dziękuję. Pana w ostatnim rzędzie ostrzegam. Będzie kara – opuszcza Pan dwie kolejki.
3. W planie figurowało głosowanie nad nową, promocyjną składką na rok 2008: dwa w jednym – płacisz za dwa lata z góry, a masz zapłacone za jeden rok. Niestety do głosowania nie doszło, ponieważ wszyscy nader ochoczo stawiali sobie nawzajem, co jest wysoce podejrzane i zapewne długo nie potrwa. Wobec powyższego do propozycji Przewodniczącej się jeszcze powróci. Pana w ostatnim rzędzie ostrzegam po raz ostatni – może się okazać, że będzie stawiał wszystkim. Wszyscy za? Kto przeciw? Nie widzę, nie słyszę, a nawet jakby, to ja posiadam narzędzia nacisku. Dziękuję – nie ma to jak uwielbienie dla Przewodniczącej.
4. Jak już wspomniano w punkcie 1, na zebraniu dopuszczono obecność 1. TW – Tajnego Współpracownika w osobie pani Aleksandry eks – Ż, a obecnie R, która – czy jej się to podoba, czy nie – uiści składkę, o której mowa w punkcie 3. i nie ma gadania. Sprzeciw nie jest przewidziany w programie spotkania. W części Zgromadzenia uczestniczyła też osoba, której personaliów nie przytaczam (w charakterze OZI – Osobowego Źródła Informacji) gdyż jest nieletnia i nie trzeba dużego nakładu środków, żeby od niej wyciągnąć, co tam piszczy w domu Państwa eR. W związku z powyższym OZI zostaje zwolniona z uiszczenia składki, przynajmniej narazie, a potem się pomyśli. TW oraz OZI informuje się, że prawo do obrażania się nie przysługuje.
5. Po licznych wrzaskach przystąpiono do realizacji jedynego, ale za to kluczowego punktu programu spędu, gwarantującego gładki i owocny przebieg spotkania, a więc do ustalenia co kto pije, kto jedzie do Rygi, kto później rozwozi nawalonych biesiadników po domach.
6. W tym momencie, prawdopodobnie z powodu szalejących emocji, zapomniano odśpiewać hymn Walnego Zgromadzenia („My młodzi, my młodzi, nam bimber nie zaszkodzi”). Inna rzecz, że samorzutna Przewodnicząca zapomniała przedyskutować ten punkt we wcześniejszych konsultacjach telefonicznych. Się nadrobi.
7. Głosów z sali w postaci wolnych wniosków Przewodnicząca nie dopuściła, bo szkoda czasu, alkohol się grzał, a i tak niczego konstruktywnego nikt by nie powiedział.
8. Na tym zakończono część oficjalną i przystąpiono do meritum, którym było liczne, radosne trącanie się szklanicami, bezładne wrzaski, płacz ze śmiechu oraz inne.
Z żalem stwierdza się, że sprawozdanie z części nieoficjalnej nie powstało, bo nie miał kto napisać. Natomiast finalnie Przewodnicząca, mimo wszystko pamiętając o spoczywającej na niej odpowiedzialności, zmusiła uporczywym biciem wszystkich obecnych do ustalenia terminu kolejnego spotkania, którym stał się 15 grudnia. Niektórzy podskakiwali, ale ja ostrzegam, że się im zwiększy składkę.

Podpisy nieczytelne.

25 listopada 2007

Spotkania w podgrupach

Zaczęło się od tego, że z moją koleżanką z klasy podstawowej umówiłyśmy się na kawę, odkrywszy, że mieszkamy niedaleko. Skończyło się wczoraj o północy w klubie jazzowym w mieście wojewódzkim. Przybyło 10 osób, co uważam za niesamowite, bo nie było planowane, wynikło wyłącznie ze skrzyknięć bez zobowiązań. Mam dziś kłopoty z mówieniem. Było nieprawdopodobnie. Boli mnie gardło od wrzasków i brzuch ze śmiechu. Nie pomyliłam się – nikt się nie zmienił, zarówno wizualnie, jak i charakteriologicznie. Jedna tylko dziewczyna zrejterowała wcześniej bez dania pardonu. Ale tego się akurat spodziewałam. Jeden kumpel przedstawił usprawiedliwienie na piśmie – impreza rodzinna, urodziny bratowej. O godz. 23.40 przysłał do mnie sms o treści: „Siedzicie jeszcze?”. Urodziny się skończyły i chciał wrócić!!! Hehe.
Następne spotkanie 15 grudnia. To samo miejsce i czas. Och, żeby nam ten, fartem odzyskany, kontakt nie uciekł!!!

23 listopada 2007

Cudze chwalicie, swego nie znacie

Drodzy Czytelnicy!

Pamietacie zapewne, jak to jakiś czas temu wezwałam do burzy mózgów i, finalnie, postanowiłam obraźliwie zawiesić działalność, bo nikt się nie produkował. Otóż nie do końca jest prawdą, że nikt. Jest tu pewna Anielica, która nie dość, że się wyprodukowała, ale z uporem doprowadziła swoją produkcję do finału. Co świadczy o jej konsekwencji i uporze.

Wczoraj otrzymałam paczkę od Jutty. Otwarłam i zamarłam. Jutta poruszyła niebo i ziemię, a następnie znalazła dla akcji takie cudeńka do zlicytowania, że ręcę drżą, a serce łopocze jak wróbelek. Przysłała nam książkę z autografami autorów, zdjęcia naszych pływaków z ich autografami i mnóstwo unikalnych góraszkowych gadżetów. Nie wiem, jaki wysiłek finansowy poniosła i boję się zapytać. Nie śmiem myśleć, ile włożyła trudu w zdobycie tego wszystkiego.
Ale przykład Jutty potwierdza moją roboczą teorię, że najchętniej dzielą się ci, co sami nie mają zbyt wiele.
Natychmiast zinwentaryzowałam cały dobytek i spis przesłałam do stowarzyszenia, wywołując tym falę ochów i achów oraz listów dziękczynnych dla Jutty. Sama zapaliłam się do jednej pozycji i zamierzam wziąć udział w licytacji oraz – naturalnie – wygrać, a tym samym przyczynić się do wsparcia finansowego akcji Parkujesz? – Zdrapujesz!

Stąd ta notka, a jest ci ona dziękczynna. To mój blog i (uprzedzając krygowanie się zainteresowanej) oznajmiam, że będę tu sobie pisała, CO CHCĘ!!!

Juciu! Publicznie napiszę tu to, co już napisałam do ciebie prywatnie.
DZIĘKUJĘ!!!
Dziękuję za twoje zaangażowanie.
Dziękuję za trud.
Dziękuję, że chciało ci się przezwyciężać różne trudności.
Dziękuję ci w imieniu swoim – prywatnie.
Dziękuję w imieniu stowarzyszenia – dostałam pisemne upoważnienie.
Dziękuję w imieniu wszystkich tych osób, którym dzięki akcji (a więc pośrednio dzięki twojej dobroci) trochę polepszy się życie.
Moja ty Anielico.
Rozwiewam twoje wcześniejsze wątpilwości – anioły nie muszą być eteryczne. Na takie wielkie serce trzeba mieć miejsce!!!

22 listopada 2007

Normalnie nie zdanżam

dodać nowej notki, jak odpowiadam na tyle komentarzy.
Dzięki, dziewczyny! Zwycięstwo ma tym słodszy smak, że mogę je z wami podzielić, a wy wybuchacie entuzjazmem. Kochane jesteście. Nawet gdybym była na dnie, to tyle ciepłych słów pomogłoby mi znaleźć słomkę i przez nią oddychać.
;o)

W zasadzie nie ma dziś o czym specjalnie gadać, bo wczorajszy dzień mam praktycznie wycięty z życiorysu, a dziś wstałam poważnie przetrącona, z zawrotami głowy włącznie. Nie dla mnie takie emocje, słowo.
Teraz jestem już spokojniejsza, robię co do mnie należy i odpowiadam na dziesiątki pytań tym, którzy już się dowiedzieli. I co by nie gadać – mam wokół siebie sporo życzliwych ludzi.
I to cieszy.

21 listopada 2007

Zwyciężyłam

Moje największe osiągnięcie zawodowe.
Wygrałam.
Jestem trochę ogłupiała.
Wygrałam.
Wciąż nie mogę w to uwierzyć.
Wygrałam.
Rozmowa z dyrektorem zaczęła się od realnych gróźb pozbawienia mnie pracy.
Zakończyła się gdy wstał, pocałował mnie w rękę i powiedział, że przeprasza.
Wygrałam.
Zawdzięczam to wyłącznie sobie. Swojemu profesjonalizmowi, opanowaniu, merytoryczności, zaangażowaniu w pracę.
Wygrałam.
Nikt mi nie pomógł.
Wygrałam.
Już nie stoję w kącie.
W ramach zadośćuczynienia zaproponowano mi awans.
A jeszcze kwadrans wcześniej na stole leżało moje wypowiedzenie.

Awansu nie przyjmę, za dużo tłumaczenia.
Jestem potwornie zmęczona i chce mi się płakać.
Ale… wygrałam…

Pacia, nie czytaj przy jedzeniu, bo się splujesz*

Aż strach wstawić nową notkę po tej burzy komentarzy, którą wywołałam niechcący, donosząc o gołych, obcych facetach. Drogie panie – gdzie te oziębłe kobiety, o których donosi prasa? Kretyni! Wcale was nie znali. I nie kończcie, nie kończcie! Jestem zafascynowana waszymi opiniami.

Troszkę się dziś z wami podzielę tą moją nową pasją, do której nowy link pojawił się w prawym górnym rogu. Usprawiedliwiam się od razu, że o portalu www.nasza-klasa.pl słyszałam już wcześniej, ale machnęłam na to ręką, ponieważ uważałam, że ludzie – jak to ludzie – oleją temat. W końcu dałam się jednak wkręcić i… po prostu świetnie się bawię. Nawet nie w liceum, bo coś tam szwankuje z komunikacją międzyludzką, ale – wyobraźcie sobie – w podstawówce! Rzeczywiście jest tak, że na poziomie 1 – 8 miałam wyjątkowo fajną, zgraną klasę. Zresztą dużą grupą poszliśmy potem do jednej szkoły średniej. Może dlatego forum licealne nie hula zbytnio – wciąż siedzimy w podstawówce. Po ok. 1,5 tygodnia od mojej rejestracji klasa liczy dobrze ponad 20 osób. Przynajmniej kilka z nich zagląda na forum codziennie. Prawie wszyscy zamieścili zdjęcia: swoje, partnerów, dzieci. Wierzcie mi – niektórych kolegów, koleżanek nie widziałam 20 lat! Jacy oni teraz piękni: psotne chłopaczyska za rękę z jakże podobnymi do nich maluchami, te dziewczynki – takie eleganckie, zadbane, uśmiechnięte kobiety. Wszystkim poczucie humoru dopisuje aż miło. Umówiliśmy się, że w kwietniu zrobimy sobie całonocną imprezę – 20 lat od ukończenia szkoły. Świetny termin – rocznica okrągła, akurat porodzi się kilkoro nowych dzieci. Wyobraźcie sobie, że przyjadą ludzie nawet z Niemiec, Walii i innych miejsc! Czy to nie cudowne? Że im się chce, że się cieszą na to spotkanie, że rezerwują już bilety!
Oczywiście nie wytrzymaliśmy do kwietnia. To znaczy w podgrupach. Naturalnie panie przodem – organizujemy damskie w sobotę. Dziś zajrzałam na forum – jeden z kolegów pękł i się wkręcił. Ekstra. Szkoda, że tylko jeden, co?

I niespodzianka – oczywiście ta wścibska pacia mnie tam wyskrobała!!! Co to jest za dziewuszysko, no doprawdy! Wydłubałaby mnie z mysiej dziury. Boję się zajrzeć do lodówki… Ale to ma swoje dobre strony – mam paciofobię i Szef będzie musiał gotować! ;o)
A tak naprawdę to fajną ma paćka buźkę, wiecie? Usiłowałam się też dopatrzeć tego grubego tyłka, ale chyba nie zabrała go z domu.

* patrzcie, jak ja o nią dbam. Kiedyś jej nie ostrzegłam i wypluła pół talerza rosołu.

20 listopada 2007

Goły facet

Wczoraj dałam się zeszmacić na body ballu, więc postanowiłam w nagrodę zrobić dla siebie coś miłego, co nie boli i przy czym nie myślę bez przerwy, żeby się skończyło. Padło na padicure.
Wychodzę z gabinetu w skarpetkach (bez butów), kierując się w stronę szatni i w drzwiach zderzam się z moją trenerką (Zły Człowiek), która w ułamku sekundy popada w ekstazę.
- Oooo! Co Pani robiła?
- Nóżki.
- Natychmiast proszę zdjąć skarpetki!
- Nic z tego. Nie malowałyśmy wzorków.
- Ale tak zupełnie nic?
- No nic, jest zima i nie biegamy boso.
- Dlaczego? Ja Pani proponuję japonki.
- Rewelacja. Rozważę to o poranku, brnąc przez śniegi. A propos (zwracam się do kosmetyczki) – prosze zrobić B. nóżki. Ona jest fetyszystką!

Po przebraniu zatrzymuję się jeszcze z obiema dziewczynami, bo czekam na Potomstwo i wdajemy się w dyskusję na temat sauny na podczerwień, którą mam w promocji, czyli mogę sobie tam posiedzieć za darmo. Wypytuję o szczegóły, w tym o liczbę osób obecnych w saunie. Dziewczyny mówią, że spokojnie, to jest mała sauna i zwykle siedzi tam tylko jedna osoba. Cieszę się, bo bardzo mnie krępuje siedzący obok na ławce goły, obcy facet. No tak mam i już. Dyskusja pięknie ewoluuje, opowiadamy sobie coraz to lepsze kawałki, nakręcamy się nawzajem, zaśmiewamy do rozpuku i w tym momencie z sauny wychodzi… goły, obcy facet! No, nie był goły – na biodrach miał ręcznik. Mało nie zjadłyśmy własnych butów. Jeszcze ja – mogę po prostu być głupawą klientką, ale obsługa? Facet bardzo aktywnie zadaje pytania, a ja widzę, jak dziewczynom łzy napływają do oczu z wysiłku. Spróbujcie się powstrzymać w takiej sytuacji!
Facet znika w czeluściach klubu, już udało sie nam wyśmiać, kiedy kosmetyczka postanawia nas uszczęśliwić historyjką, jak to opowiedziała swojej mamie o obsługiwaniu sauny. Rzecz była barwna i kończyła się świetym oburzeniem mamy, która krzyknęła:
- Dziecko! Ty natychmiast porozmawiaj z szefową! Przeciez ty nie możesz ciagle oglądać gołych facetów!!!

I co dziewczyny? Chciałybyście poobsługiwać saunę?

19 listopada 2007

Umiar i wyczucie przede wszystkim

Osoby:
Szef
Potomstwo
wycieruch

Czas akcji:
niedzielny wieczór

Miejsce akcji:
że tak powiem – living room

Szef: (muszę to nazwać po imieniu) beka po raz 20.
Potomstwo (wrzeszczy): Przestań! Przestań!!! To nie do wytrzymania!
wycieruch (to ten, co musi zawsze wszystkim pomóc): Kochanie, nie chciałabym ci dokuczać, ale mam wrażenie, że ty masz jakiś problem. Jakby zwieracz na żołądku ci się nie domykał…
Szef (olewająco): Ciesz się, że nie dolny.

Niepostrzeżenie

W sposób niezauważalny dla nikogo, włączając w to mnie, niespodziewanie upłynął rok od momentu pasowania na blogerkę. Impreza nie była huczna i polegała wyłącznie na westchnieniu:
- A to ci heca…
Nie spodziewałam się po sobie takiej systematyczności. Piszę praktycznie codziennie, włączając weekendy. Chyba że trafi się coś obciążającego – jak ostatnio.
Nigdy nie prowadziłam dziennika/pamiętnika i nie mam wyrobionych nawyków. Nie ukrywam, że mobilizuje mnie myśl o waszej obecności po drugiej stronie szybki.
I podsumowania.
To był jednak dobry pomysł. Zwłaszcza z powodu ludzi, których poznałam. I oczywiście ze względu na dotykanie niesamowitego i nieprzewidywalnego.
Bardzo jestem zadowolona.
Dziękuję wszystkim za ten wspólny rok. Za wzruszenia, uśmiechy i ciepło, które tu wyrosło.
Straszszszsznie fajni z was ludzie.
Dziękuję, że jesteście ze mną.

17 listopada 2007

Chwilowo zamknięte

Z powodu – Się Szkolę.
Ale ze względu na was, będę oczywiście systematycznie odchodziła od tych szaleństw. Zwłaszcza, że zaczyna mi brakować czasu na życie osobiste (czyt. towarzyskie), na co uskarżają się coraz to liczniejsze rzesze wielbicieli. Z Krynią na czele.
Ale, że szkolę się z tematu quasi komunikacyjnego, to pisać nie zaprzestanę. Tylko nie teraz. Muszę sprawdzić, czy mam jeszcze rodzinę.
To idę.

16 listopada 2007

Dialogi wieczorne

Szef: Wpadłem dzis na to, jaką ksywkę możemy nadać Tuśce.
wycieruch: ?
Szef: Spontaniczna ucieczka. Jest tak spontaniczna w swoich ucieczkach, że to wprost porywające.
wycieruch: Porywające?
Szef: Porywa za soba wszystkie pozostałe koty.

15 listopada 2007

Zmartwienie i niepokój

Otóż martwię się trochę, że nie wzruszają was ani odrobinę moje popisy intelektualne. Nie interesują was książki i filmy (wnoszę po komentarzach pod takimi notkami, których liczba wynosi zawsze całe 0), a nastawieni jesteście, Drodzy Moi Czytelnicy, wyłącznie na plotki, ksiutki i obgadywanki. To wam dobrze nie rokuje. Proszę mi tutaj nie obniżać poziomu, wypowiadać się ętelygętnie i dzielić z ludzkością swoimi przemyśleniami na temat. Nie tam takie: łatwo, szybko i przyjemnie.

Dziwi mnie również i niepokoi, że ABSOLUTNIE NIKT nie zainteresował się przejawianą obecnie przeze mnie aktywnością fizyczną, w postaci kiwania się na balonie. Ja się kiwam, kiwam, mało nie zasnę, a tu żadnego odzewu. To jest po prostu obrazoburcze!!!

Czy myślicie, że w takiej sytuacji ja mam jakąś motywację do kiwania? A musicie wiedzieć, że moja trenerka ma ksywę „Zły Człowiek”. To chyba powinno już mówić wszystko. Po każdym treningu wyczołguję się jak wąż z sali, sycząc przez zęby:
- Sssssss…padam sssssss…tąd!
A zaraz za mną wybiega na paluszkach, świeży jak wiosenka Zły Człowiek (który cały czas ćwiczył 2 razy więcej niż inni) i z usmiechem pyta o samopoczucie. Ja pełznę do szatni wytrwale. Mam do pokonania kosmiczną odległość 1,5 metra i żebyście wiedzieli, że zawsze mi się udaje! O! Twarda ze mnie sztuka.

A w grudniu to może będę nawet zostawała jeszcze na następne zajęcia. Tym razem w roli głównej wystapi BPU (brzuch, pośladki, uda). Myślę, że po dwóch godzinach wzmożonej potliwości coś z tego wyniknie, n’est ce pas?

14 listopada 2007

Dwunastu gniewnych ludzi

Wczoraj z prawdziwą przyjemnością obejrzałam po raz kolejny, wyświetlany przez jakąś telewizję (z wrażenia nie zauważyłam jaką), film „Dwunastu gniewnych ludzi”. Niewtajemniczonych zaznajamiam z tematem:

„Dwunastu gniewnych ludzi” (ang. 12 Angry Men) to amerykański film nakręcony w 1957. W rolach głównych wystąpili Henry Fonda, Lee J. Cobb, Ed Begley i E.G. Marshall. Film został bardzo ciepło przyjęty zarówno przez krytyków jak i widzów, na internetowej liście najbardziej popularnych filmów znajduje się w pierwszej trzydziestce.
Nakręcono go w ciągu zaledwie 19 dni, a budżet wynosił jedynie 350.000 dolarów. Akcja prawie całego filmu, z wyjątkiem pierwszej i ostatniej sceny, toczy się w zamkniętym pokoju w którym znajdują się ławnicy, mający przesądzić o winie lub niewinności oskarżonego.
Reżyser Sidney Lumet nakręcił ten film w bardzo oryginalny sposób, na początku filmu większość ujęć robiona jest szerokokątnym obiektywem filmującym mniej więcej z poziomu wzroku, a w trakcie filmu stopniowo wprowadzane są ujęcia zrobione przy pomocy dłuższych obiektywów i filmowane od dołu (ujęcia zrobione przez obiektyw szerokokątny sprawiają wrażenie bardziej przestrzennych, optycznie powiększają pomieszczenia i zwiększają dystans między przedmiotami, a ujęcia zrobione przy wykorzystaniu obiektywów o dłuższej ogniskowej „skracają” odległości i mają znacznie mniejszą głębię ostrości). W zamierzeniu miało to stworzyć klaustrofobiczną atmosferę, jaka musiała panować w niewielkim pomieszczeniu, w którym odbywały się gorące obrady ławy przysięgłych – według większości widzów, którzy obejrzeli ten film, udało się to znakomicie.
Film otrzymał nominację do Oscara w kategoriach za najlepszą reżyserię, film roku i scenariusz.
W 1997 film ten został nakręcony powtórnie, tym razem wystąpili w nim George C. Scott, James Gandolfini, Tony Danza i Jack Lemmon, poza bardzo drobnymi zmianami cała akcja filmu i wszystkie dialogi są identyczne, jak w oryginale. Ale tej wersji nie znam.

Tytułowi gniewni ludzie to sędziowie przysięgli, powołani do wydania werdyktu w procesie o morderstwo. Sprawa chłopaka oskarżonego o zabójstwo ojca wydaje się już przesądzona. Wszyscy zgromadzeni, poza jednym, są pewni winy oskarżonego. Jednak wyrok musi być jednomyślny. Przysięgli, zebrani na naradę w dusznym pomieszczeniu, chcą jak najszybciej wydać werdykt, kiedy ławnik numer 8 (w tej roli Henry Fonda) zgłasza wątpliwości. Taka sytuacja nie jest na rękę kilku pozostałym osobom, którym się spieszy np. na mecz baseballowy. Zaistniały konflikt utwierdza ich w przekonaniu, że raczej nie zdążą do zaplanowanych na wieczór zajęć. Zaczyna się dyskusja. Dowody i zeznania świadków zdają się definitywnie wskazywać na winę chłopaka. W miarę upływu czasu sprawa zaczyna przybierać nieoczekiwany obrót. Okoliczności nie są tak do końca jasne, jak to wydawało się w sądzie.
Uwielbiam tę cudownie rozwijającą się historię. To, że można – jak w greckiej tragedii – operować jednością miejsca, czasu i akcji, nie tracąc uwagi widza i stale utrzymując napięcie. Te starcia osobowości. Rozważanie kolejnych dowodów w sposób prosty i jasny, i dochodzenie do nieoczekiwanych wniosków. Ludzkie postawy. Unaocznienie kierujących nami uprzedzeń.
I nade wszystko jedno – że można stanąć samemu przeciw wszystkim. I wygrać.

Pisząc te notkę posiłkowałam się m.in. Wikipedią.

13 listopada 2007

Opiekunowie

Karolek zachorzał ponownie, co wymusza opiekę na pełną skalę. Opieka wiąże się z zakraplaniem oczu kocich 3 razy dziennie oraz jednorazowym (dziennie) zamaściowaniem owych oczu. W związku z powyższym w domu mają miejsce sceny dantejskie. Bo Karolek nie jest fanem, tak?

Czas akcji:
późny wieczór

Miejsce akcji:
łazienka

Osoby:
Szef pokąpielowy
wycieruszek zęby szorujący
Karol milczący i uciekający

- Kochany, a zakropliłeś Karolka?
- Nie, a powinienem?
- … (oburzone milczenie)
- To ja pójdę po kropelki.

Szef wychodzi po kropelki. Wraca. Karolek obserwuje to z zainteresowaniem. Następnie Szef z rozbiegu rzuca się na podłogę, przygniatając niepotrzebnie zainteresowanego idiotę. Idiota spieprza, ile sił. Szef miota się po całej podłodze, usiłując przygnieść nieszczęsnego idiotę i wydźgać mu oko kropelkami. Idiota spieprza, ile sił. Szef wzmaga wysiłki (o ile to możliwe). Idiota spieprza, ile sił. Wycieruch nie wytrzymuje nerwowo, zaczyna wydawać niekontrolowane dźwięki i kopać w kotłowisko. Idiota spieprza, ile sił. Szef się poddaje i jest obrażony. Wycieruch sadza sobie Karolka (grzecznego jak aniołek) na kolanach i w ciągu półtorej sekundy zakrapla mu oba oka. Szef staje się nieodezwannym Szefem na smierć.

Kurtyna

12 listopada 2007

Piesek

Dobra, namyśliłam się. Trzeba się łapać przyjemnych myśli, więc napiszę wam o pewnym piesku. Otóż moja firma posiada ogromny wewnętrzny plac, którego etatowym stróżem jest pewien piesek, po którym wyraźnie widać szeroki gest wyobraźni Matki Natury, ze wskazaniem na wilczura. Piesek ów jest pracownikiem pełnoetatowym, a nawet więcej, ponieważ wyraźnie pracuje na trzy zmiany i to jednocześnie. Ponieważ ja z kolei pracuję w systemie jednozmianowym, więc nie mam zbytnio możliwości zaobserwowania pracy stróża w godzinach wieczornych, niemniej instynkt mi podpowiada, że jest ona zupełnie identyczna, jak w porannych. Dodatkowo budy nie zarejestrowano, wobec czego mogę wnioskować, że całkiem niegłupio się piesek urządził i wynajmuje lokal ogrzewany z nieustanną możliwością korzystania ze świeżego powietrza. Piesek nie jest czyjś. Jest ArchiwumIksowy. Narzuca się myśl, że pracownicy dokarmiają go ze środków własnych, choć przewrotność podpowiada mi, że cichaczem ustalono jakiś budżet karmicielski, albowiem piesek wygląda niczego sobie. Oprócz tego jest osobą radosną i wyraźnie „zaopiekowaną” przez liczne grono osób. Z przyjemnością w przerwach na palenie obserwuję dzikie hopsasy uprawiane przez naszego bohatera, któremu wielu pracowników poświęca czas i uwagę. Przed chwilą miałam okazję pooglądać, jak psiuńcio korzysta z pierwszych opadów śniegu, wkręcając pracowników w różne zabawy, z rzucaniem i aportowaniem śniegowej kulki na czele. Aż dziw, że mu się ogon nie ukręci od merdania. Oczywiście psia aktywność wzmaga się w sprzyjających porach roku, niemniej i zimą nic jej zarzucić nie można. Piesek jest ulubieńcem wszystkich i ma się świetnie, a to buduje moją wiarę w odruchy ludzkie – zarówno zwykłych, szarych pracowników, którzy nie zważając na ewentualne konsekwencje, opiekują się, karmią i niańczą pieska, jak i Bardzo Ważnych Dyrektorów, którzy udają, że tego nie widzą, a przemykając się czasami po placu wewnętrznym, głaskną pieska czule, z czego zainteresowany jest bardzo zadowolony. Sądzę, że odrobina dobrej woli mogłaby zapobiec wielu psim nieszczęściom. Na Śląsku firm jak grzybów po deszczu i gdyby każda zechciała przygarnąć jedną psinę, to prawdopodobnie schroniska ziałyby pustkami. I to jest pomysł na nową akcję społeczną „Zatrudnij stróża”. Byłabyż to akcja zapewniająca obopólną korzyść, nie sądzicie?

PS Paciu, jest jakaś bolesna d..a i nie chodzą prywatne informacje w miejscu oglądania zdjęć. I nie wiem, czy dotarło do ciebie to, co napisałam.

Przerwa techniczna

Przepraszam, ale muszę chwilkę odreagować. Wrócę na dniach, bo nie mogę bez was żyć. No i mam wam przecież opowiedzieć Śmieszną Historyjkę.
Tymczasem trochę podbam o Mamę, jeśli pozwolicie.

PS Córciu – już byłam. Przeczytałam o tym u Cotka.

11 listopada 2007

Najlepszy Przyjaciel

Miałam dziś dla was przygotowaną bardzo zabawną notkę i obiecuję, że jeszcze ją napiszę. Ale dziś nie mogę. Bo dziś zadzwoniła Mama i powiedziała, że Już Czas. Zbiegłam do samochodu i pojechałam po nie. Obie były spokojne i patrzyły na siebie z czułością. W lecznicy Pani W Białym Kitlu spojrzała na nas i nie zapytała o nic. Znalazła dla nas pokój, w którym było cicho i spokojnie, i nikt nie przeszkadzał. Potem były formalności. I Najlepszy Przyjaciel odszedł od nas cichutko, tak – jak żył, głaskany i przytulany przez dwie kobiety, które kochały go najbardziej. A potem stałyśmy jeszcze trochę przy stole i płakałyśmy wszystkie trzy: Mama, ja i Pani W Białym Kitlu, która znała Najlepszego Przyjaciela od wielu, wielu lat.
Później zawinęłyśmy Najlepszego Przyjaciela w kocyk, taki biało-niebieski w baloniki. Włożyłyśmy go do pudełka, zadzwoniłyśmy po Męskie Ramię z narzędziami i pojechałyśmy w Specjalne Miejsce Pod Sosenką. Mama sama chciała ułożyć Najlepszego Przyjaciela do snu, ale nie dała rady. Więc uklękłam na świeżo rozkopanej ziemi, ułożyłam Najlepszego Przyjaciela i owinęłam go szczelnie kocykiem. Tym biało-niebieskim. W baloniki. I pogłaskałam ostatni raz.
Mama mówi, że Najlepszy Przyjaciel jest bezpieczny. I nie jest sam. Bo w nocy, we śnie, przyszła Babcia, wyciągnęła ręce i powiedziała:
- Daj mi już Ją.
Pewnie siedzą sobie gdzieś razem przy kominku, w ten chłodny, śnieżny, listopadowy dzień i uśmiechają się myśląc o nas.

W domu moi Przyjaciele wiedzieli. Czekali w drzwiach, wyciągając do mnie pyszczki i patrząc ze zrozumieniem. Ile mądrości w tych kocich oczach, nie do wiary.

10 listopada 2007

Impreza urodzinowa się udała

Przybyli licznie zaproszeni goście i zabrakło nam krzeseł. Sytuacja zaczęła być napięta, gdy okazało się, że JA nie mam na czym siedzieć. Już rozważałam kto wylatuje, ale dokonaliśmy przegrupowania, rozważyliśmy propozycję zapożyczenia się u sąsiadów, a potem się okazało, że mam taborecik na górze. Taborecik przybył więc z odsieczą i bawiliśmy się bez przeszkód.
Bohaterka wieczoru wydawała się zadowolona i udała się w dniu dzisiejszym choć częściowo upłynnić otrzymane dary.
Było kilka zabawnych wpadek:
- kiedy dawno niewidziani goście dostawali szczękościsku na widok solenizantki, której wzrostu i wyglądu nie przewidzieli;
- kiedy rozwinęła się kolorowo dyskusja na temat obdarowywania nastolatek w trzynastej (czternastej już!) wiośnie, a ja – umiejętnie rozgrzewając atmosferę – puściłam z dymem kilku ofiarodawców;
- kiedy jeden z gości złośliwie zażądał kończącej się nalewki produkcji Teściów, za co został zmieszany z błotem (ale nalewkę otrzymał – odliczymy mu to z innych świadczeń).
Oraz naturalnie humor sytuacyjny.
Ostatni goście opuścili nas przed 23. Starzejemy się, nie ma co.

A dziś?
Pada śnieg, cholera. Zaliczyliśmy wizytę u weterynarza w silnym składzie 2 na 2. Karolowi niestety powróciło zapalenie spojówek i to ze zdwojoną siłą. Na szczęście – wyczuleni do granic możliwości – wychwyciliśmy to natychmiast i zapewniliśmy mu atrakcję w postaci wymazu z oka. Niezaprzeczalną atrakcją dla nas i weterynarza było wydłubywanie Karola z kosza. Do towarzystwa zabraliśmy Zochę, bo ma łyse kolana. Zocha wyszła z oględzin bez szwanku, a łyse kolana ma mieć.
W tajemnicy wyznam wam, że Tuśka też ma łyse kolana. Widać to u nas cecha kotów żeńskich. Męskie mają oko na Maroko.

Potomstwo szaleje, Szef poszedł uprawiać kulturę fizyczną i sport, Mama wczoraj podrzuciła nam pyszną zupkę, więc: leniuchuję.
I dobrze mi z tym. Szkoda, że tak krótko.

9 listopada 2007

To dziś

Minęło właśnie 13 lat od chwili, kiedy moja maleńka córeczka postanowiła ujrzeć świat swoimi ogromnymi, roześmianymi oczami.
Niech się święci najpiękniejszy dzień w moim życiu.
Dziękuję Ci, Córeczko, za wszystkie piękne i niezapomniane chwile, które mi dałaś. Niech ich będzie jak najwięcej.
Niech ci sie życie ściele pod stopy płatkami róż.
I: kocham cię. Najbardziej na świecie.

Jak pójdą goście, to chyba dam jej poczytać ;o)

8 listopada 2007

Dociążenie

Z nudów obciążyłam się dodatkowymi zadaniami w pracy (na ochotnika) i chyba przeholowałam ciuteńkę. Wskoczyła mi sprawa na cito, czyli na zeszły tydzień, a tak naprawdę na dwa miesiące temu. Wszyscy oczekują ode mnie, żebym się zachowała jak magik i: czary – mary załatwiła niezałatwialne. Nikt się pewnie nie zdziwi, gdy powiem, że się podjęłam oczywiście. I nie byłoby to dziwne ani nienaturalne, gdyby nie fakt, że moje działania są zależne od działań osób trzecich, które się grzebią. Jest to o tyle zastanawiające, że to te osoby mają w tym interes, a ja nie.
Tyle o pracy, bo miało nie być o pracy.

Sprawdziłam się jako wieszczka, ponieważ po niedzielnym szale obiadowym (wyprodukowałyśmy z Potomstwem 6 obiadów hurtem) oznajmiłam Szefowi, że w przyszłym tygodniu on żywi naród. Na takie dictum Szef dostał czkawki oraz okolicznych przypadłości. Tymczasem wczoraj dał sobie zrobić kuku panu chirurgowi i otrzymał w nagrodę druk L4. Moi Państwo! Szef kuchni poleca.
Dziś (przygotowany przeze mnie) kurczak w śmietanie i przygotowane przez Szefa ziemniaczki oraz jarzynka. Jak mi Bóg miły – zażądam kompotu! HA! A w przyszłym tygodniu… pełne szaleństwo.
W najbliższą niedzielę oddam się obowiązkom zawodowym z pracy numer 3 i kicham wydawkę posiłków. Powiem wam w tajemnicy, że facet w roli gospodyni domowej jest naprawdę fajny. Szkoda, że tak krótko.

A jutro tort.

PS Jestem świeżo po rozmowie telefonicznej, w której wielokrotnie nadużyłam słów typu: „pałować się”, „kretyn”, „stary, ślepawy pierdziel”, „wszyscy możecie mnie pocałować w d…” itp.
Odpowiedź kolegi po drugiej stronie słuchawki:
- Od początku miałem wrażenie, że jesteś zaangażowana w ten projekt.
Lubię tego kolegę. I inwektywy nie dotyczyły jego osobiście. Choć on mógłby wykazać nieco zaangażowania.

PSS Zauważam z lekkim niepokojem, że popularność mojego bloga traci na rzecz rozczytania parkujesz-zdrapujesz. Choć pochwalam wasze zaangażowanie, to apeluję: nie opuszczajcie misia. Naprawdę. Byłobyż to brzemienne w skutkach (załamanie nerwowe, mania prześladowcza, lęki i moczenie nocne).

7 listopada 2007

Pokolenia

Małymi kroczkami zbliża się rocznica urodzin mojej Córki. To właśnie 7 listopada miałam termin na urodzenie tej miłej dzieweczki, ale spotkałam się z wyraźnym sprzeciwem ze strony rodziny. Senior rodu podjął rękawicę i oświadczył na forum, że nie ma takiej możliwości, aby w jego rodzinie oczekiwana wnuczka obchodziła urodziny w rocznicę rewolucji, po czym się oflagował i zasiadł na styropianie. Jako że od zarania dziejów byłam bardzo grzecznym dzieckiem*, postanowiłam się Ojcu nie sprzeciwiać, żeby mi dziecka nie wyklął, zebrałam się w sobie i poczekałam (do 7.05 rano 9 listopada). Dziadek powstał ze styropianu i był ukontentowan.

Sprzeciwy mojego Taty skierowane do kobiet w tej rodzinie mają bogatą tradycję. Nie trzeba długo szukać, ta sama sytuacja miała miejsce 21 lat wcześniej, kiedy na świat miała przyjść ukochana córeczka**. Uznałam, że już czas ujrzeć twarze rodzicielskie w Prima Aprilis. Ojciec się zaparli i oświadczyli, że w jego rodzinie oczekiwana córka nie będzie obchodziła urodzin w takiej głupiej dacie, po czym się oflagował i zasiadł na styropianie. Mama także była czuła na te manifesty i postanowiła zrobić, co w jej mocy, więc powstrzymała się (do 7.15 rano 2 kwietnia)***. Tato powstał ze styropianu i był ukontentowan.

Mam nadzieję, że moi rodzice doczekają prawnuczki i już mię śmiech chwyta pusty (a potem litość i trwoga), jak sobie pomyślę, jaki termin przyzna lekarz mojej córce. 1 listopada? 1 maja? A może 23 lutego – datę wkroczenia do ojczyny Armii Czerwonej? Buchacha!!! Muszę wam wyznać w tajemnicy, że to jest właśnie dzień urodzin Ojca i Dziada – dwa w jednym! Wot niespodzianka, co?

A tak na marginesie: możecie się naturalnie buntować przeciwko używanemu przeze mnie rodzajowi żeńskiemu, ale w mojej rodzinie dziewczynki są lubiane.

* i tej wersji będziemy się trzymać do upadłego
** jasne, że o sobie piszę
*** mięczak, nie? ja byłam twardsza

6 listopada 2007

No już dobra, niech tam

Ale od razu mówię, że jestem tu, bo obiecałam, że się pochwalę nową twórczością. Kto żyw, szoruje na bloga akcji „Parkujesz? – Zdrapujesz!” i tam odbywa wieczorek zapoznawczy z nowym redaktorem bezczelnym. Link w prawym górnym rogu.

Instrukcja obsługi:
1. Ciś guzik bloga.
2. Czytaj wstępniak.
3. Popadaj w zachwyt.
4. Trwaj w zachwycie.
5. Można wznosić okrzyki.
6. Kiedy odzyskasz przytomność, dodaj do ulubionych.

Uwaga: będę oglądała statystyki i jak stwierdzę, że nie jesteście na bieżąco, to kęsim!
Należy polecać znajomym.
I nieznajomym też.
Można rozpuszczać ploteczki o wydźwięku pozytywnym.

Nadal apeluję o pomysły. Dziękuję Jutcie, która od razu skumała, o co chodzi. Mam nadzieję, że niedługo wywieszę tu transparent z podziękowaniami za dobre pomysły, na którym lista beneficjentów będzie niekończąca się.
A tymczasem – idę udzielać się rodzinnie.

5 listopada 2007

Veni

Kolejny dzień pracy i kolejna irytacja. Miałam cztery dni wolnego i sobie sympatycznie odpoczęłam, więc jest uzasadnione, żeby dziś doprowadzono mnie do szału. Najbardziej do szału doprowadza mnie, jak mi ktoś snuje za plecami różne bzdury, a ja nie mam możliwości, żeby się wypowiedzieć. W dodatku publicznie snuje. Mam wobec tego apel: Drogi Rządzie! Pospiesz się, bo naprawdę.
Kara trwa.
I ja trwam.
Dyrekcja też trwa i ja już tym jestem zniecierpliwona, więc niech się coś podzieje wreszcie.

Z rzeczy przyziemnych: popełniłam szaleństwo. Polega ono na zapisaniu się na body ball. Że niby nie wiecie, czym to się je? To są takie ćwiczenia na duże piłce. Przewiduje się zejście śmiertelne po pierwszym tygodniu ćwiczeń. Sięśmy zapisały razem z Córką. Ona już ma doświadczenie, a ja nie. Swoją drogą – szczególna sytuacja, prawda? Więc ona i jej doświadczenie mają w planie umrzeć ze śmiechu, jak będę spadała z piłki. Niech ma. Życie jest wystarczająco ciężkie, żebyśmy mieli sobie oszczędzać odrobiny radości, prawda?
Istnieje też niebezpieczne prawdopodobieństwo, że zaczniemy z Córką tańczyć salsę. Osobno znaczy, bo to jest salsa solo, ale w jednej grupie. I znowu jest tak, że ona ma doświadczenie i już się cieszy. Ludzie, ale się czasów doczekałam, no doprawdy…

Jeszcze mała sensacyjka – zostałam wciągnięta na członka. W piątek. Było całkiem, całkiem. Może nawet otrzymam ledykimację o wciągnięciu. To sobie będę nosiła na szyi.
Kolejnym krokiem po wciągnięciu na członka było uczynienie mnie redaktorem bezczelnym nowego (dla mnie) bloga. Jak dostanę materiały i popełnię pierwszy czyn, to dam wam znać wraz z linkiem. Będziecie się mogli udzielić.
Tymczasem pobudzam was intelektualnie, gdyż poszukujemy interesujących przedmiotów, które będzie można wyaukcjować charytatywnie w celu pozyskania środków na nalepki. Więc oczekuję barwnych propozycji i bardzo proszę się nie wykręcać wyniosłym milczeniem. Pożądane są również dobrowolne chwalenia się znaniem różnych sławnych ludzi, co to nam się na czymś autografną i się ludzie na to rzucą jak wściekli. Więc proszę przeszukać telefony oraz notesiki z adresami, tak? I myśleć oraz dawać temu wyraz.

Hops, hops.

4 listopada 2007

* * *

A tymczasem leżę pod gruszą
na dowolnie wybraaaaaanym boku…

Dykteryjka pt: Dialogi domowe

Jakiś kot: Miau.
Szef: Wybacz, ja teraz ścielę łóżko.
Jakiś kot: Miauuu.
Szef: No coś ty, muszę pościelić łóżko.
Jakiś kot: Miau!
Szef: Oj przestań i posuń się.

3 listopada 2007

Czuję się osaczona

Normalnie przyszło na górę Potomstwo, więc wołam je do siebie i przemawiam w te słowa:
- Zobacz, moja droga, jakie piękne zdjęcie zrobiłam gównojadowi!
- Yyyy… – komentuje Potomstwo z niewyraźną miną.
- Czy mam rozumieć, że już tu byłaś?
- Wczoraj.
- Noszszsz… człowiek nie ma prywatności za grosz!

I tak to rzeczywiście jest, że wszystko wystawiam na widok publiczny. Choćby tu. Jasne, jasne – uciszam protestantów – oczywiście, że piszę tu dokładnie to, co chcę i sprzedaję szerokiej (mam nadzieję!) publiczności jedynie te przeżycia, które chcę uwypuklić, swoje prywatności pozostawiając dla życia pozakomputerowego. Jeśli ktoś nie wierzy, to od razu informuję, że jestem człowiekiem otwartym, mało co sprawia mi problem, więc o wielu sprawach rozmawiam ot tak sobie. I nawet o tej pracy kulawej, choć oczywiście poza zakładem dla obłąkanych.
Nie informuję was oczywiście, że pochodzę z rodziny zboczeńców, dewiantów i takich, co to maksymalnie potrafią utrudnić życie sobie i bliskim. Ani o tym, ilu psychicznie chorych było pośrednimi dawcami moich genów. Ani nawet ilu psychicznie chorych otacza mnie dziś. No bo nic was to nie obchodzi, a jeśli nawet, to może powinniście się zastanowić, co jest nie tak w waszym życiu. Więc, wracając do meritum, sprzedaję to, co chcę. Ale mimo wszystko czuję się nieco odarta, że tak powiem. Zwłaszcza przez córkę pierworodną i ostateczną, dwa w jednym.

Inna rzecz, że (i tu nawiązuję do przylegania i przenikania) niewysłowienie fajnie było dziś śmiać się do rozpuku w samochodzie, w drodze powrotnej z Bielska i czuć, jacy jesteśmy sobie bliscy, zwłaszcza, że w końcu konflikt pokoleń nie jest bez znaczenia.
Mimo że (uważaj Kryniu!): matkom zwykle się wielu rzeczy nie mówi, bo tak.

A teraz zapraszam, odsądźcie mnie od czci i wiary.

2 listopada 2007

To po prostu niebywałe,

jak mawiał wierszem Kubuś Puchatek.
Oto naocznie miałam okazję sprawdzić, skąd bierze się fortuna fotoreporterów. Jedno właściwie upolowane zdjęcie i zaraz człowiekowi popularność niebywała na głowę spada. Oraz prawe środki płatnicze.
Tym razem muszę się obejść bez tej drugiej radości, ale i tak szaleję ze szczęścia, że jednym maleńkim pstryczkiem tak wiele przybyło.

Czas sunie leniwie. Wczoraj odwiedziliśmy cmentarz numer 1 i pożarliśmy tego obiecanego królika. Honor trzeba Matce oddać, bo stanęła na wysokości zadania i popełniła prócz królika 2 (słownie dwa) ciasta. W dodatku drożdżowe, więc miała szansę się zdrzemnąć w międzyczasie, gdy jej rosło. Oklaski.
Dziś odkryłam, że Urząd Miasta nie pracuje. Trochę mi było przykro, bo wydaliłam się z domu w tę okrutność pogodową i pocałowałam klamkę. W nagrodę kupiłam lody Grycana i ciastka w Szarlotce. I zrobiłam kurczaka. I mizerię. I nie było mizerii, bo się rzucili jak wściekli i wszystko pożarli.
I udało mi się domyć w dużej części kabinę prysznicową oraz pewną niezmywalną i zarościałą plamę na podłodze w łazience. Że o udrożnieniu rury odpływowej w umywalce nie wspomnę. Przez wrodzoną skromność.

Już niebawem udajemy się na proszoną wizytę do młodego małżeństwa, którą (wizytę) odbywamy za plecami Kryni. Choć być może nie całkiem, bo do poprzedniej – choć odwołanej – sama jej się przyznałam. Istnieje wobec powyższego podejrzenie, że weszła w posiadanie różnych informacji (Krynia) i WIE (jest wiedźmą, znaczy się).

Tymczasem odbywam pilnie czterodniowy urlop i czuję się jak ptak w przestworzach – wolna. To nic, że właściwie wydarzenia nie walą nam się na głowę jak oszalałe. Ja nawet wolę. Co sobie pokrzyczę w domu na rodzinę, to moje. Trzeba cementować związki.

Wiadomość z ostatniej chwili:
trzeba wam wiedzieć, że jest tak dobrze, że glonojad zwany Glonusiem wychynął z otchłani. Więcej – zgłupiał na mój widok tak bardzo, że udało mi się zrobić mu zdjęcie!
O:

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

A jest wyjątkowo nieśmiały i zanim wróciłam do biurka, zniknął w czeluściach.
Ale macie farta!

PS Czytam Wawrzyńca w papierze, powodując niesnaski rodzinne wynikające z rżenia.