13 maja 2017

2403

Kiedyś Tato powiedział mi, że w pewnym momencie dojrzały czytelnik zaczyna odczuwać brak pociągu do beletrystyki. Puściłam to mimo uszu, ale zaczyna mi się wydawać, że miał rację i najlepszym przykładem wtórnego odprysku czytelnictwa w moim przypadku jest nie to, co czytam, ale to, co piszę. Coraz częściej czuję potrzebę, żeby wypowiedzieć się na tematy społeczne - coraz rzadziej, by pisać o kolejnym podkopie pod płotem. Wychodzi na to, że - jak zaśpiewał niegdyś zaprzyjaźniony zespół rockowy: ojciec ma zawsze rację*.

O czym więc dzisiaj zamierza opowiedzieć Ciocia Asia? Ano o odpowiedzialności i przewidywaniu konsekwencji. Dzięki temu wstępowi ci z Was, których moja czcza gadanina irytuje, mogą już wyłączyć telewizor. Cierpliwszych zapraszam do rozważań. Piszę na gorąco, ponieważ uważam, że sprawa tego wymaga. Być może powstrzyma to kilka osób od emocjonalnego kliknięcia i nie ukrywam, że na to właśnie liczę.

Dziś popołudniu internety (z naciskiem na fejsbuk) obiegła informacja, której - z przyczyn dla tej notki charakterystycznych - nie zalinkuję. Informacją tą był film z okropnego zajścia. Otóż w pewnej szkole ponadpodstawowej doszło do przemocy: cztery gimnazjalistki bez litości tłukły i kopały jedną dziewczynkę, czemu przyglądali się (i filmowali!) chłopcy. Film był straszny - obejrzałam go. Wdałam się również w całkowicie bezowocną dyskusję pod jednym z udostępnień. Czy żałuję? Chyba nie do końca. Finalnie nikogo chyba nie przekonałam, ale moi interlokutorzy znacznie spuścili z tonu, a opuściłam ich w momencie, gdy skończyły się argumenty i oberwałam od donosicieli. Nie wiem więc, co było dalej i - jak zapewne się spodziewacie - nie zamierzam sprawdzać.

Na wstępie, dla dobra późniejszych wywodów, pragnę wszystkich zapewnić, że jestem absolutnie przerażona tym, co zobaczyłam. Cztery dziewczynki "profesjonalnie" rozstawione, bijące w twarz, głowę, tułów swoją ofiarę, kopiące ją (również w głowę!!!), nienawistnie wykrzykujące pod jej adresem, a także chłopcy z drugiej strony telefonu, zachęcający oprawczynie do kontynuowania procederu, to aż za wiele na moją wytrzymałość. W chwili, gdy to sprawdzałam, pod filmem było 18.000 komentarzy, nienawistnych, pełnych agresji i zachęcających do bezlitosnego rozprawienia się z agresorkami (ciekawe, że nikt nie odnosił się do chłopców zza kadru). Naówczas film ten miał blisko 39.000 udostępnień. Strach pomyśleć, jaki był zasięg globalny.

Sytuację uważam za jednoznacznie złą i byłam prawdopodobnie jedyną osobą, która w komentarzu przywołała policję z prośbą o interwencję z urzędu (przyznaję z bólem, że nie mam mocy przerobowych na sprawdzenie wszystkich wpisów). Nienawiść, zachęcanie do samosądu, agresja lały się strumieniami. Nie wiem doprawy, co bardziej mnie przeraziło: czy sama sytuacja, czy kompletny brak odpowiedzialności dorosłych, którzy wyrzucili z siebie emocje kompletnie nie licząc się z konsekwencjami, jakie mogą z ich bezmyślności wyniknąć.

Daleka jestem od idealizowania świata. Sama byłam wielokrotnie ofiarą przemocy i z ogromnym wstydem nie potrafię przysiąc, że sama jej nie używałam. Nie zawsze byłam tą osobą, którą jestem obecnie. Mało tego! Doskonale pojmuję, że przez lata byłam głupkowata, pragnęłam akceptacji i poddawałam się psychologii tłumu, co prowadziło mnie po częstokroć na bezdroża debilizmu. Wstydzę się tego i nie usprawiedliwiam. Na szczęście mój spowolniony mózg w końcu zaczął działać, by doprowadzić mnie do sytuacji, gdy specjalnie nie krzywduję swojemu intelektowi.

Co on mi obecnie podpowiada? Ano, że tak nie można. Po pierwsze ujawnianie publicznie czyjegoś wizerunku bez jego przyzwolenia jest niezgodne z prawem. Na tym etapie nie możemy dociec, czy agresorki same zamieściły relację w internecie, czy też zrobił to ktoś trzeci. Jakkolwiek nie byłabym zwolenniczką natychmiastowej, ostrej reakcji na tę sytuację zarówno rodziców, jaki i nauczycieli oraz organów ścigania, tak uważam, że działanie dorosłych niezgodne z prawem niesie jedynie przesłanie... że wolno działać niezgodnie z prawem. A przecież prawo nie musi się nam podobać, ale dura lex, sed lex. W jaki sposób młody, dopiero kształtujący się organizm ma się dowiedzieć, co jest dobre, a co złe, skoro dajemy mu sprzeczne komunikaty?

Po drugie: ujawnianie twarzy tych dziewczynek jest skrajnie nieodpowiedzialne. Czy każdy, kto bez chwili zastanowienia kliknął "udostępnij", weźmie na siebie odpowiedzialność za ewentualny samosąd na tych dzieciach, do którego może doprowadzić?! Sądzicie, że na świecie jest mało osób, które zechcą "zdyscyplinować", "pokazać właściwą drogę", pozwolić zrozumieć, jak należy się zachowywać? Wiecie, jak działa psychologia tłumu? Tłum nie myśli, tylko rozszarpuje na strzępy. A od tego nie ma odwrotu. A nie o to, zdaje się, chodzi.

Przypomniała mi się sytuacja, kiedy w szkole podstawowej Zuzi dowiedziałam się, że w klasie jest chłopiec, którego dzieci ordynarnie szczują. Wróciłam do domu i zrobiłam jej jesień średniowiecza. Do dziś nie wiem, czy brała w tym udział, ale jedno wiem na pewno: moje zachowanie przyczyniło się do stworzenia porządnego człowieka. Gdy pokazujemy dzieciom na własnym przykładzie relatywność, nie uzyskamy tego, co nam się marzy w mokrych snach. Gdy mówisz dziecku, że należy przekraczać ulicę wyłącznie na pasach, a sam tniesz gdziebądź, nie oczekuj, że ono cię posłucha. Wychowasz gnoma, jakim sam jesteś. Zachowujmy się przyzwoicie. Może nie zawsze to się opłaca, ale na pewno warto.

Po trzecie: czy chciałabym, żeby moralności nauczył moje dziecko pięścią obcy tatuś? Czy w ogóle można kogoś nauczyć etycznego postępowania stosując przemoc? Jaki dajemy dzieciom przykład wyważonych, adekwatnych reakcji, gdy sami postępujemy skrajnie emocjonalnie, łamiąc prawo niesieni wzburzeniem? Czy uczymy dzieci odpowiedzialności pokazując, że każda iskra wznieca w nas pożar? Jak powinien zachować się w takiej sytuacji dorosły, odpowiedzialny człowiek? Jeśli zna dramatis personae - na pewno podjąć interwencję u rodziców, wychowawców, na policji. A obcy? Zawiadomić służby. Wszak działamy post factum! Nie rozmawiamy wcale o interweniowaniu w trakcie sytuacji! W Intermecie na kopy moralistów, a statystyki wykazują, że gdy coś się dzieje - ofiara zwykle pozostaje sama ze swoją tragedią!

Już w głębokim, zafajdanym dzieciństwie przestałam myśleć, że świat zbudowany jest w tęczowym entourage'u i składa się wyłącznie ze stokrotek oraz puchatych kociąt, z subtelną muzyką w tle. Wiem, że istnieje tyle dobroci, ile świństwa, zła, przestępczości i krzywdy. Ale wiem też, że nie przeciwstawimy im się, stosując identyczne metody. Dobro to nie jest słabość, do jasnej cholery!!! A dorosły człowiek myśli i przewiduje (na ile to możliwe) konsekwencje swoich zachowań.

Na koniec powiem coś straszliwie niepopularnego. Otóż, widzicie, ja od zaistnienia uważam gimnazja za zło. Oczywiście nie chcę negować pracy, jaką wkładają liczni nauczyciele w podniesienie jakości wychowania i nauczania w placówkach tego poziomu, ponieważ to szanuję i doceniam. Nie jestem również zwolenniczką likwidacji etapu gimnazjalnego, ponieważ sądzę, że raczej powinniśmy udoskonalać to, co już istnieje niż zaorać wszystko, co udało się do tej pory osiągnąć. Ale zmierzmy się z myślą, że widzimy jest odprysk. Grupujemy w odosobnieniu burzę hormonalną. No to mamy efekty.

Co ja właściwie chciałam tu powiedzieć? Och, zaskoczę Was! To, co zawsze. Nie bądźcie chujami płci obojga. Nie kierujcie się wzrostem adrenaliny. Zachowujcie się wyważenie i adekwatnie. Interweniujcie, gdy sytuacja tego wymaga.

------

PS Na koniec dykteryjka w aspekcie wpisu o odpowiedzialności za komentowania na podstawie sędziego Gwizdaka. Otóż wrócił z poprezesowkich, urlopowych, zagranicznych, rowerowych wojaży i przeczytał moją notkę. Zachował się tak, jak przypuszczacie. BARDZO EMOCJONALNIE** ;-)
Oraz znów mi wyznał. Jego tajne spowiedzi doprowadzą mnie kiedyś do schizofrenii. Ale liczę, że będzie się działo! I oczywiście całym sercem wspieram te szalone, wspaniałe plany. Niech się dzieje!

PS 2 Ludzie, ja się czuję czasem jak konfesjonał. Myślę o wprowadzeniu opłat. Ja mam liczne kredyty i chcę, żebyście to przyjęli do wiadomości. Howgh.


* Żeby nie było, że taka poważna jestem: chodziło o spożycie alkoholu. Ale hasło chwytliwe.
** Dużo emotikonek. Dużo wykrzykników.

9 maja 2017

2402

Dziś zapragnęłam Wam wytłumaczyć niezwykle łopatopogicznie, dlaczego Hanusia jest Bardzo Niegrzecznym Pieskiem. Ujmując rzecz w najkrótszym możliwym skrócie - Hanusi nie da się wychować, ponieważ przestępstwa popełnia radośnie i człowiek nie potrafi jej skarcić.

Egzemplum.

Hanusia wykopuje kolejną dziurę pod płotem, a następnie zwiewa do tych łąk i pól zielonych. Człowiek (czyli ja) wyparza z chałupy i ryczy: HANKAAAAAAAA!!! A Hanusia...

video

Człowiek podejmuje kolejne wyzwanie i ryczy: HANKAAAAA, CHODŹ TUTAJ!!! A Hanusia...

video

Do tego odwraca główkę w stronę człowieka, wywiesza józiowy ozór, łopocze nim na wietrze i...

video

Jeśli akurat trawa lub zboże podrośnie, to widzimy tylko fragmenty całej zabawy (bo część Hanusi znika), ale zawsze...

video

I ja nie potrafię się na nią gniewać. Gdyż w Hanusi jest cała radość życia, te muchy pomiędzy zębami, łopot ozora na wietrze, furgająca kita i cwał.

Jeśli mi się kiedyś uda - sfilmuję i sami zobaczycie. To znaczy... nie zobaczycie, bo już widzieliście. Wygląda I-DEN-TYCZ-NIE.

7 maja 2017

2401

Internet jest dla mnie źródłem uczuć skrajnych. Z jednej strony uważam go za absolutny cud: ta unikalna w historii świata dostępność informacji, które są na wyciągnięcie nawet krótkiej ręki*, interakcje, którym zawdzięczam swoje dobre, ba! cudowne życie oraz multum znajomości, których nie nawiązałabym w żadnej innej sytuacji, dobro i pomoc, jakiej doświadczają potrzebujący**, pospolite ruszenia w obronie praw, wzrost społecznej świadomości i wiele, wiele innych. A z drugiej... to poczucie anonimowości i bezkarności, które pozwala niektórym osobom*** myśleć, że mogą napisać każdą bzdurę i świństwo, ponieważ nikt ich nigdy nie znajdzie. Jakże się mylą.

Ta dualna rozterka, która zaprowadziła mnie do dzisiejszej notki, odkłada się gdzieś w duszy od lat, ale szczególnie ukłuła w sprawie sędziego Jarosława Gwizdaka - osoby medialnej i nietuzinkowej, dającej się dostrzec w morzu głów. Na głowy te sypie się wiele oskarżeń o złą, krzywdzącą szarego obywatela pracę. Wypowiadający się nie dostrzegają wszakże jednego: otóż rozgoryczenie przegranego w danej sprawie zwykle jest równoważne z satysfakcją wygranego. Tu tkwi prawdopodobnie źródło irytacji. Niemniej warto zauważyć, że na tym właśnie polega problem, przez sędziego Gwizdaka często podkreślany.

Dlaczego akurat ta kwestia mnie boli? Z dwóch powodów. Otóż sama, jak wiadomo, pochodzę z prawniczej rodziny, a co za tym idzie - z rozterkami tej grupy zawodowej stykam się niemal od urodzenia. Mój Tato, człowiek honoru i kryształowej wprost, niemal idiotycznej uczciwości, na swoim zawodzie dorobił się mieszkania komunalnego i pożyczki, którą zaciągnął, by jakoś wypuścić mnie w dorosłe życie. Trudno w to uwierzyć, ale moi rodzice są ludźmi, posiadającymi... NIC. Przeszło pięćdziesiąt lat pracy zawodowej Ojca (serio - uwierzylibyście, że można pracować tyle lat?) w zawodzie, postrzeganym jako źródło wyjątkowych wprost dochodów i facet nie ma nawet linii debetowej w koncie. Jego największą finansową radością jest karta kredytowa. Myślicie, że na dużą sumę? Bynajmniej. Cieszy go zwykła możliwość spłacania w ratach tabletu, zakupionego przez nas online ślepej matce, żeby se mogła czytać książkę za pomocą dużych liter. I on, 81-letni staruszek, nie musi o te raty nikogo prosić.

Co w całej sytuacji jest jeszcze istotne? Otóż mój Tato nie jest przypadkową osobą. Nasze nazwisko jest bardzo znane w środowisku, Ojciec przez wiele lat pełnił różne świecznikowe funkcje i robił to (uwaga - będzie trudne słowo) społecznie. Wiecie, co to znaczy "społecznie"? Ja Wam powiem: to znaczy, że nie pobierał wynagrodzenia. Z jednej strony grzeje mnie to do czerwoności, ale z drugiej, cóż... mało kogo tak szanuję, jak Tatę. Byłam tam i widziałam, ile pracy, czasu, zaangażowania wkładał w robotę, za którą nie dostał nawet złamanego grosza. I finalnie, co on zrobił, ten mój Ojciec? Otóż zamknął mnie w pokoju na klucz w trzy sekundy po tym, jak oznajmiłam, że zamierzam studiować prawo. Zamknął i oświadczył, że nie nakarmi, póki nie zmienię zdania. Dziś, po czterdziestce, myślę, że pozwolił mi wyciągnąć lepszą kartę z puli losu. Wtedy szlag mnie trafiał. Gwizdaka ojciec w pokoju nie zamknął.

Z drugiej, jakby Wam to powiedzieć... znam człowieka. Tyle, ile on w czasie czteroletniej zaledwie kadencji, nienadęty, ludzki, normalny w najlepszym tego słowa znaczeniu, zrobił dla wymiaru sprawiedliwości, a tak naprawdę: dla nas, szarych obywateli, trudno opisać. Jeździł na wózku inwalidzkim po swoim sądzie, żeby samemu sprawdzić, jak trudno jest osobom z fizycznymi niepełnosprawościami dotrzeć tam, gdzie szary obywatel wskakuje bez zastanowienia. I wyciągnął z tego praktyczne wnioski. Stworzył unikalne w skali kraju rozwiązanie mediacyjne, pozwalające zwykłym ludziom uniknąć spraw cywilnych, po których - uwierzcie - zostają tylko ruiny i zgliszcza relacji. Jest współautorem wspaniałego, napisanego LUDZKIM JĘZYKIEM  podręcznika dla gimnazjalistów**** na temat tego, o co w ogóle chodzi w tym strasznym, nieludzkim językiem pisanym prawie. Wielokrotnie występował publicznie, mówiąc wprost o niedomaganiach systemu, ale - fakt - mówił wprost, z tym, że do inteligentnych. Znajdował czas, by spotykać się się z uczniami i studentami, by mogli poznać zawiłości dróg dochodzenia "sprawiedliwości". Urządzał gry terenowe w swoim sądzie - ja się na tym nie znam, ale podejrzewam, że to wydarzenie na skalę światową. Apelował o standard postępowania w czasie konferencji branżowych (istnieją tego dowody na YouTubie), udzielał wywiadów w prasie, występował w telewizji, udzielał się społecznie i zwyczajnie, po ludzku, wieczorową porą pomagał przez telefon, kiedy jakaś sprawa niecierpiąca zwłoki wymagała fachowego wsparcia.

A teraz jakiś chuj, za przeproszeniem, pisze, że szerokiej drogi i nie będziemy tęsknić. Otóż będziemy. Bo Jarek jest naszym dobrem narodowym, bo nie boi się (w tej sytuacji!) głośno wyrażać niepopularnych poglądów*****, bo jest człowiekiem - co podobno brzmi dumnie. Bo zawiadamia mnie cichaczem o różnych planach, których nie mogę ujawniać publicznie. Bo jest kimś, kogo - jako obywatele - BARDZO potrzebujemy. Nie wiem, czy to przeczyta. Jego kadencja, jako prezesa sądu, już się skończyła. Zabrał swój kaseciok (młodzi czytelnicy: kiedyś nie było kompaktów ani empeczy lub cztery), parę satyrycznych grafik stworzonych specjalnie dla niego, maszynę do pisania, co to miała mu przypominać o pokorze i poszedł do domu. Ja to rozumiem. Wiem, że czeka na niego żona, dzieci i oni mają prawo do normalności. Szanuję to. Ale zwyczajnie, po ludzku, jest mi w cholerę żal.

Potrzebujemy Jarków, choć nie mamy prawa żądać, by poświęcili dla nas swój świat.
Potrzebujemy odpowiedzialności, która nie pozwoli lekkomyślnie wieszać psów na ludziach, zasługujących na największy szacunek.
Boszsz... jaka jestem stara. Mam wśród znajomych IKONY. Obym choć trochę mogła doskoczyć do tego poziomu.

W swych rozmyślaniach o Internecie i zwykłym użytkownictwie pamiętajcie o linijce. Niech Wam służy do prania się po paluchach nim wydacie pochopny sąd o kimś, w czyich butach nie przeszliście nawet kilometra. Bądźcie odpowiedzialni. Bądźcie wyważeni. Kierujcie się myślą, że nie bez powodu mamy dwoje uszu i jedne usta - to wyraźna wskazówka, by w dwójnasób słuchać, a istotnie rzadziej wyrażać opinie. Zwłaszcza publicznie.
Pamiętajcie, że istnieje takie słowo, jak "szacunek".
Szacun, Jarku.

----


* Dla choć trochę inteligentnych, mających świadomość, co to jest źródło.
** Bardzo odsyłam Was na fp na fejsie, gdzie proszę o wsparcie dla młodych ludzi oczekujących TROJACZKÓW.
*** Wielu debilom.
**** Czyli dla każdego.
***** Zawsze mu obiecuję słać ziemniaki i cebulę do miejsca cichego odosobnienia.