27 czerwca 2016

2321

Piesek Leszek uczestniczył w kolacji.

Co prawda odrobinę mentalnie, bo nie dopuszczono go do stołu, ale jednak fakt jest faktem. Bacznie obserwował każdy kęs wędrujący pomiędzy talerzykiem a ustami ludzi. Był odrobinę zawiedziony - w końcu ostatnio jadł aż godzinę wcześniej i było rzeczą absolutnie oczywistą, że za chwilę zemdleje z głodu. Tymczasem ludzie zdawali się w ogóle tego nie zauważać!

W pewnej chwili piesek Leszek dostrzegł, że na talerzu pozostała jedna kromka, którą nikt nie był zainteresowany. Pociągnął nosem i skonstatował, że mamy do czynienia z bułeczką, masłem i dżemem wiśniowym. Zasępił się srodze, jego brwi podskoczyły w niemej pretensji, a mars zmarszczył szlachetne czoło. Co robić?! Ludzie byli tak okrutni, że mogli nie zauważyć konającego z głodu psa! Przy tym, o czym piesek Leszek wiedział najlepiej, charakteryzował ich również całkowity brak rozsądku: potrafili wylać resztkę zupy! Wyrzucić do śmieci kawałek ziemniaka! A raz - o, Boże! - raz widział, jak pozbywają się suchej bułki... Była tylko troszeczkę zapleśniała! Nadawała się!!!

Piesek Leszek sądził czasami, że zmówili się, by morzyć go głodem. Co "trzy posiłki"? Co "trzy posiłki"?! Co to są dla psa trzy posiłki?!! Preludium, wstęp i, że tak powiem, awangarda!!!
Piesek Leszek powoli zstępował do piekieł i osuwał się w otchłań rozpaczy.

Nagle - udręczony do ostateczności - zauważył, że w jego stronę podąża talerzyk z kanapką. Kyrie elejson! Bułeczka! Masełko! I dżemik wiśniowy!!
OMNOMNOMNOMNOM!!!

Co za ulga, O Najszczekliwszy!, co za ulga...

26 czerwca 2016

2320

Kiedy rozpoczęła się nawałnica, postanowiłam skontrolować, jaką zwierzynę mamy w domu.
- Edek śpi na drapaku - powiedział Prezes.
Pies był oczywisty.
- A gdzie reszta? - zapytałam.
- Wygląda na to, że na survivalu.

Godzinę później, gdy deszcz już ustawał, otwarłam drzwi wejściowe. Na progu siedziała Zofia, zaledwie leciutko wilgotna, za to z miną wielce zniesmaczoną, że się tak ociągałam. Najwyraźniej przeczekała ulewę w garażu, bo wcześniej sprawdzałam czy nie wraca do domu, ale nie byłam aż taka lekkomyślna, żeby plątać się po ogrodzie w ulewie. Pod drzwiami jej wtedy nie było.
- A gdzie Karolek? - martwiłam się. - Myślisz, że ten deszcze gdzieś go złapał? Zaziębi się.
- Nic nie poradzimy - zasępił się Prezes.


Stojący między nami z zadartą główką Karolek minę miał również zaniepokojoną. Ale aż parowało z niego przekonanie, że przebywanie Karolka na takim deszczu byłoby wysoce niestosowne, a nawet niebezpieczne. Co prawda nie do końca wiedział, o jaki deszcz chodzi, ponieważ przespał go w szafie, ale co racja, to racja.

Obiekt niepokojów. Głównie własnych.

25 czerwca 2016

2319

Leśniewski chodzi do szkoły.

Właściwie szkoła przychodzi do Leśniewskiego, a konkretnie to przyjeżdża na motocyklu. Z kamerą na kasku. Owszem, Lesiek był chętny, żeby ją zjeść.
Wycena psa opiewa na inteligencję, co było podejrzewane. Współpraca również na wysokim poziomie. No i w końcu...
- Jaki... hmmm... aktywny piesek.
Ano aktywny. Prawda jest taka, że nie trafił do właściwego domu, bo nikt z nim na kilometrowe spacery chodził nie będzie, o jeździe na rowerze nie wspominając. Mogę gada wlec za samochodem.
Musi mu starczyć ogród, ale coraz intensywniej pracuję nad przygarnięciem drugiego młodego pieska, co powinno obu stworzyć jakąś pożądaną perspektywę. Znajduję co jakiś czas atrakcyjne propozycje. O, na przykład taką:


Suczka, natychmiast ochrzczona przeze mnie Pajączkiem, waży zaledwie 3 kg! Uważam, że rozwala system*. Oczywiście Prezes zrobił mi przydługawy wykład, że psy nie są już przewidziane, ponieważ Leśniewski skutecznie go zniechęcił. Pragnę podsumować, że jest to góralska prawda wg Tischnera (czyli, po noszymu: gówno prowda). Decyzja w końcu już dawno zapadła i ja bym na jego miejscu próbowała przynajmniej mieć wpływ na wybór pieska.

<TU UPIORNY ŚMIECH>

Zresztą bądźmy uczciwi - sam wspominał o minipiesku. A w naszych warunkach możemy mieć i minipieska, i jakąś landarę. Nie bądźmy faszystami.

Wracając do meritum: Lesiek pracuje codziennie z Prezesem wg wskazówek pana kamerkowego. Ja się nie wtrącam, ponieważ zamierzam wyłącznie spijać śmietankę. Dawno już zrozumiałam, że nie muszę wszystkiego robić sama.


* Na tymczasie z interwencji.

23 czerwca 2016

2318

Pomyślałam sobie, że zachęcę trochę tych z Was, którzy jeszcze nie kupili najnowszego Macierzyństwa bez Photoshopa. Bo wiecie... Mikołajek czeka. Ponieważ nie mam chwilowo pomysłu marketingowego, który rozwali system, postanowiłam podzielić się z Wami rozdziałem mojego autorstwa.

Pamiętajcie, że wszystkie pozostałe są lepsze niż mój.

MOJE ŻYCIE — PASMO OLŚNIEŃ

Nie będę oryginalna. Ja tu*  teksty redaguję, więc znacznie wcześniej niż czytelnicy wiem, co się pisze. W bólu ze współautorkami się łączę, bo mi bardzo łatwo. Otóż, uwaga!, całe życie byłam potwornie zakompleksiona i nienawidziłam swojego ciała. Rzec by można — rozdwojenie jaźni: z jednej strony ja, z drugiej ono, niby razem, a osobno. Obecnie opowieści o przejawach tego zjawiska, z naciskiem na ówczesne przemyślenia i emocje, „robią” imprezy. Widownia płacze ze szczęścia, gdy roztaczam przed nią wizje szarpiących mną uczuć. Chyba zajmę się tym zawodowo, zwłaszcza że stand-up ma się w naszym kraju coraz lepiej.

Żyłam więc sobie bezpiecznie, bo w grupie — czyli ja i moje kompleksy — nie przyjmując żadnych bodźców z zewnątrz. Ani ciepłych słów życzliwych osób, ani opinii terapeuty, ani w końcu realnego zainteresowania mężczyzn, które bez specjalnego wysiłku wypierałam. A wszystko pomiędzy olśnieniami.

Olśnienie pierwsze
To było jakoś w czasie matur ustnych. Wiedzeni przynależnością grupową, stawialiśmy się na wszystkie egzaminy, włączając cudze, by dodawać skazańcom otuchy. Zdawanie matury było wtedy ściśle połączone z jaraniem za węgłem oraz dokonywaniem podsumowań. W wirze debaty, komentując atrakcyjność wizualno-towarzyską różnych osób, wypaliłam do otaczających mnie kolegów z grubej rury:
— W końcu spotykaliście się ze mną tylko ze względu na Zośkę. Wlekła mnie wszędzie ze sobą, to co mieliście robić?!
Zapadła taka niezręczna cisza. Moi koledzy popatrywali po sobie dziwnie, aż jeden mruknął, wydmuchując dym:
— Zapraszaliśmy Zośkę tylko dlatego, że była z tobą.
Co ja na to, spyta ten i ów? A jakże — nie przyjęłam do wiadomości! Znakomity żarcik.

Olśnienie drugie
Na terapię poszłam. No, dobra — może w innej sprawie, ale przecież musiało zejść na mój, pożal się Boże, wygląd. Starym, sprawdzonym sposobem wypierałam wszelkie uwagi terapeuty. Aż do dnia, gdy usłyszałam pewną opowieść. Dotyczyła ona Amazonek, które mają takie same problemy z samoakceptacją, jak większość kobiet, plus, w promocji, okaleczenie ciała, czyli usunięcie jednej lub obu piersi. Jak się okazuje, potrafią nienawidzić siebie do niewyobrażalnych granic. W trakcie jednego ze spotkań zadano im pracę domową. Miały stanąć nago przed lustrem, przyjrzeć się sobie i znaleźć jedną ładną część ciała. Choćby paznokietek w małym paluszku u stopy. Cokolwiek. Z całej, dużej grupy zadanie były w stanie wykonać tylko dwie panie. Na następnym spotkaniu obie opowiedziały identyczną historię. Otóż, pokonawszy obrzydzenie, stanęły przed lustrem, spojrzały na swoje blizny, na miejsca, gdzie kiedyś były piersi, a pozostały tylko zniekształcenia, i zrozumiały, że mogłyby być cudownie piękne i doskonale... martwe. Że te blizny to ich SZANSA, BY ŻYĆ. Żeby budzić się każdego dnia, cieszyć słońcem, przytulać ukochane osoby, czuć dumę z własnych i ich sukcesów.

Wysłuchawszy opowieści, pożegnałam się, wsiadłam do samochodu i pojechałam do domu. Tak gdzieś w połowie drogi jej głęboka mądrość dotarła do mnie z całą mocą. Coś pękło. Zaczęłam potwornie płakać, po prostu się zachłystywałam. Musiałam zatrzymać samochód, bo nie byłam w stanie prowadzić. Po powrocie do domu stanęłam nago przed lustrem i pierwszy raz w życiu zobaczyłam w nim kogoś zupełnie innego. 

Mam pełne kształty, bo moje życie jest dobre i spokojne, mogę jeść, co i kiedy chcę, nie znam lęku, ucieczki, zimna i głodu. Brzuch pozostał rozciągnięty po ciąży i znaczą go liczne rozstępy, a piersi są ciężkie i wiszące — ale na wyciągnięcie ręki mam wspaniałą, dobrą, mądrą młodą kobietę, moją córkę. Nie oddałabym ani jednego pęknięcia skóry, kicham na sterczące cycki. Nie żałuję. Moje nogi są grube i mocne, a niosą mnie wszędzie, gdzie tylko zechcę; nie narzekają i nie buntują się, choć od ćwierćwiecza katuję je bardzo wysokimi szpilkami. Zaledwie pomyślę, a one już robią, co do nich należy. Mam cudowne dłonie: silne i twarde, gdy trzeba, a delikatne, miękkie i ciepłe — w innych okolicznościach. Ręce, które chroniły kruche niemowlęta — ludzkie i zwierzęce — zapewniając im bezpieczeństwo. Te, którymi dałam w ryj wielgachnemu bykowi, co to odważył się zamachnąć na moją matkę. I przeprowadzkę umieją zrobić, i knedle ze śliwkami. Wszystko potrafią — jestem z nich dumna! Mam mnóstwo siwych włosów, skrzętnie ukrywanych pod farbą, ale każdy z nich to doświadczenie i życiowa mądrość. Puste, łatwe, płytkie życie... to nie dla mnie. Są też zmarszczki w kącikach oczu. Pewnie byłoby ich mniej, gdybym się tak ciągle nie śmiała. Ale na cholerę człowiekowi żyć, jeśli nie może się pośmiać do rozpuku! 

Olśnienie trzecie
Po domu plącze się „ja — wersja druga, poprawiona”. Może kiedyś nie było to takie widoczne, ale teraz, gdy jest dorosła, ludzie reagują zawsze tak samo:
— Jesteście identyczne! To niemożliwe!!!

Patrzę na tę moją córkę… jaka ona piękna! Te sarnie oczy, rzęsy nieprawdopodobnej długości, zdecydowanie zarysowane brwi, serduszko ust, zgrabna, idealnie proporcjonalna figura i te nogi! No, nogi to ona ma do samej ziemi. Jest doskonała.
Ale zaraz! Skoro ona taka piękna, a jesteśmy identyczne…

***

Moje ciało jest jak moje życie — piękne, choć pewnie niełatwe. Widzę w nim odbicie tych wszystkich cudownych rzeczy, które mnie spotkały i wciąż stają się moim udziałem. Tyle czasu byłam dla niego niedobra, a ono mimo wszystko oddawało mi coś zupełnie przeciwnego. Może trochę wdzięczności?! Pokochałam je więc z całego serca i mam nadzieję, że będziemy sobie razem we względnej sprawności jeszcze przez długie lata. W końcu… nie ma czegoś takiego, jak „moje ciało — osobny byt”. Jestem całością: fizyczność nierozerwalnie połączona z intelektem, wdziękiem, poczuciem humoru. Jestem doskonała. I nigdy jeszcze nie byłam taka stara. Ani taka gruba. Wreszcie — nigdy, przenigdy nie byłam taka szczęśliwa.

Trzeba natychmiast żyć. Jest później niż się wydaje.

* Macierzyństwo bez lukru


Idźcie na stronę wydawnictwa i czyńcie dobro.

22 czerwca 2016

2317

Co to tam teraz nam leciało? Nie pamiętam. Ale ponieważ zrobiłam specjalnie dla Was zdjecia, to przodem roślinność.

Zacznijmy od najwyższego drzewa na Placu Defilad, które zainteresowało mnie z uwagi na przyrost tegosezonowy. Jak tak dalej pójdzie, w przyszłym roku skoczy o 1,5 metra.


Nawieźlimy se okrywowych i tujów też sześć, bo nam Wojtuś podarował. Póki co, nie znalazły jeszcze dla siebie lokalizacji, więc ustawiły się w szpaler i można kroczyć mimo. Jest to bez sensu, ale pociesznie wygląda.


Matka Dzika podarowała nam ostatnio akcję baby, czy jak to się tam cholerstwo nazywa. W ogóle jest śmiesznie, bo my dwa dni gadamy, żeby wybrać miejsce na jakąś sadzonkę. A moglibyśmy przecież rzucać i gdzie spadnie, tam rośnie. Po prostu lubimy komplikacje. Z akacją też tak było. Sprawa oparła się nieomal o miarkę krawiecką. Ale jest ładnie.
Na drugim planie po lewej wierzba, której Leśniewski JESZCZE nie zdemolował.


Tu natomiast był głóg. Z naciskiem na "był".


Powodowany troską o stan zarośli, Pan Architekt buduje zasieki. Obecnie objął nimi miłorzęby...


oraz orzechy (na zdjęciu Orzech Czesiek, jeśli się rozumiemy, a gazoniki jeszcze bez kwiatów):


Z wierzb to mamy jeszcze taką z różowymi listeczkami. Bardzo mnie rozczula, widziałam je w ogrodach w wersjach szczepionych, jak nasza, i nieszczepionych - jakoś mniej, bo krzaczor. Zdjęcie zrobione całkowicie nieumiejętnie, czyli po mojemu. Wcale nie widać, że różowe, ale możecie mi wierzyć na słowo i jestem gotowa wykonać zbliżenie.


Zasadziłam też omawiane wcześniej kwiaty w skrzynkach. PAT protestował, a teraz jest zadowolony, co tylko potwierdza, że na drugie mam Chronicznaracja. Kwiaty szaleją i dziś jest ich jeszcze więcej. Oczywiście szkoda czasu na rozpisywanie się, że chciałam czerwone, wybierałam tylko takie (poszóstne) rozsady, po których było widać kolor. I co? I gówno. Ten głęboki fiolet to już mnie rozwalił po prostu.



Na oknie kuchennym w skrzynce z kwiatami zamieszkała również bazylia. W przyszłym roku to będzie zielnik w całości. Rozumiecie: marcheweczkę rach, ciach, ciach, pietruszeczkę rach, ciach, ciach, otwieram okno nad blatem kuchennym i ziółka rach, ciach, ciach.


Gdy ja sadziłam kwiaty, Pan Architek produkował Warzywa & Owoce Co. Tu plan ogólny. Zwracam Państwa uwagę na moje ulubione miejsce w ogrodzie, zwane roboczo grobkiem. Jak mi kto podpadnie, spocznie pod bobem.


Na deser pozostawiłam zdjecie o wdzięcznym tytule Zasieki. Patrzo - palety się przydali. Zasieki są przed Tym Psem. W środku poziomki (wieszczę, że nic z tego nie będzie, ale On się upiera, że ja się nie znam), pigwa (bo Ten Pies darzy pigwy emocją negatywną - znajdzie, wykopie i zatrenuje na śmierść każdą), mały świerczek z Polski centralnej i coś tam jeszcze, już nie pamiętam.
Ludzie mają zadbane ogródeczki, a my jak w squacie. Z litości nie obfotografowałam tych wszystkich desek i wiader antyleśkowych.


Sąsiedzi nas chwalą, że tyle nasadziliśmy.
Nie rozmawiajmy o pieniądzach.

Poza kwiatkami w skrzynkach wszystkim zajmuje się PAT. Niby się mówi, że ja nic nie robię w ogrodzie, ale jak robię, to mnie przepędza, bo ja się nie znam. To biere se wino na taras i też wysiłek w ogrodzie, c'nie? Nigdy nie upierałam się przy pracy fizycznej. Ani zresztą żadnej innej.

----

Słuchajcie - czy Was też tak drażni, jak mówię o Prezesie Pan Architekt? Jakoś nie umiem przywyknąć. Może wrócimy do Prezesa? W końcu jest Prezesem Wszystkiego.

20 czerwca 2016

2316

Aby obciąć pazury trzem kotom potrzeba:

  • krzesełka, 
  • jednego człowieka, 
  • nożyczek do kocich paznokci, 
  • pięciu minut 
  • i dziewięciu chrupków.


Aby obciąć pazury jednemu psu potrzeba:

  • zestawu mebli, które odetną mu drogę ucieczki, 
  • minimum dwóch dorosłych osób, 
  • nożyczek do psich paznokci, 
  • dwudziestu minut harówy, że pot oczy zalewa 
  • i pół paczki przysmaków.


Wykończy mnie ten dureń. Mowy nie ma, żebym z nim jeździła przycinać pazury do weterynarza. To jest wojna!

18 czerwca 2016

2315

Wasz ukochany pieseczek robi tak:


Ponieważ dziś jedziemy na urodziny Dzika, będzie sobie, biedaczysko, leżał na kaflach. Bo łóżko na parterze załatwił ze szczętem.

17 czerwca 2016

2314

Mówcie mi Miss Chytrości.

Mateńka moja jedyna wydaliła się na wczasy nadbałtyckie, zostawiwszy Ojca słomianym wdowcem. Ma karę, bo nie chce jechać. Mateńka namówiła się więc cichaczem z jego osobistą bratową i, zdaniem Ojca, all day long obsmarowują obu braci, a swoich mężów*. Jeden nie może zaprotestować, bo nie żyje, a drugi nie może zaprotestować, bo ewentualnymi odbiorczyniami protestów są jedynie córka i wnuczka, czyli całkowity brak targetu.

Zawziąwszy się na Ojca, podrzucam mu podstępnie obiadki, chociaż pyskuje, wmawiając światu, że niczego nie potrzebuje. Mam jednak wciąż świeżą ranę duszy po ostatnim matczynym sanatorium, gdy Ojciec odmawiał uczestnictwa w posiłkach, a następnie wydalił z siebie na widok Matki następujący komunikat:
- Nawet mi obiadu nie ugotowała!
Oooooo, tak nie będzie. Dziś zaopatrzyłam się wręcz w klucze do ich mieszkania i postanowiłam podrzucić placek po węgiersku wbrew woli Ojca, a nawet podczas jego nieprzytomności oraz ewentualnej nieobecności. Taka jestem przebiegła, podła i złośliwa (z natury).

Tymczasem Ojciec mój jedyny z powodu wiatru (nie, nie wiatrów) przebywał w domu, co pozwoliło nam odbyć burzliwą dysputę na tematy wszelkie. Często był to monolog, ale nie ma o co się rzucać.
W trakcie doznałam olśnienia.

- A wiesz, że pani Szaszkiewiczowa prowadziła blog?
- Co ty powiesz? Sama prowadziła?
- Nie. Z użyciem wnuka. Trafiłam na ten blog jeszcze za jej życia. Bardzo interesujący. Ty też byś mógł.
- Ja bym dziecku** tego nie zrobił.
- Dziecku nie, ale dajmy na to: córce.
- Córce też bym nie zrobił.
- Śmiało, śmiało - zrób. Córka zgłasza się na ochotnika. Piszesz sobie spokojnie, a gdy skończysz, ja odbieram, wdrażam wersję elektroniczną i puszczam w świat.

Tu nastąpiło pół niezwykle żenującej godziny wymyślania argumentów, dlaczego mianowicie Ojciec mój jednorodny nie może pisać bloga. Dysputa wymagała ode mnie niezłej gimnastyki w kontrargumentacji, a przypominam, że on jest prawnikiem***. Kluczył i zwodził. W końcu wyciągnął, w jego mniemaniu, wartość ostateczną.
- Jestem stary! Trudno mi! Ciężko! Czasem nawet nie mam siły czytać, a co dopiero pisać!!!
Zatarłam pod stołem mentalne rączęta i odstawiłam scenę finalną tańca z policzkowaniem rybami.


- KUP SE DYKTAFON!

No to trzymajcie kciuki. Jeśli się uda, czeka Was prawdziwa uczta. Osobiście zamówiłam wykład o roli kobiet w polskiej walce narodowowyzwoleńczej.

-------------

On jest urodzonym nauczycielem. Można go słuchać godzinami. Opowiada o historii w taki sposób, że człowiek zapomina oddychać. Chciałbym, żebyście też mogli tego doświadczyć.

Wychodząc, przybiłam ostatni gwóźdź do trumny.
- Tato, wciąż masz jeszcze wiele do dania innym.
I zostawiłam go na pastwę przemyśleń. BRAWO JA!




* Oczywiście że obsmarowują. Inaczej wszystko byłoby bez sensu.
** Ja nie jestem dzieckiem, tylko starą babą. Dziecko jest dzieckiem, chociaż też starą babą.
*** Wcale nie BYŁ. Oni są do końca życia. I pokłócą się nawet ze świętym Piotrem u niebios bram. Serio.

16 czerwca 2016

2313

Powróciłam z dalekiej podróży, w którą udałam się bez komputerka. Muszę Wam wyznać, że nawet przywykłam do tego braku i wczoraj, po przywiezieniu (właściwie nowego, z uwagi na liczbę wymienionych części) sprzętu, jakoś mnie nie ciagnęło do interakcji. Ale nie ma to tamto - czas wracać do normalności. Państwo było aż nadto cierpliwe.

MagdaM uprzejmie mnie wyręczyła w liczeniu głosów, ale rzeczywiście jeden rzut oka wystarczy, by pojąć, że nieomal wszyscy jesteście hienami pragnącymi żerować na obsmarowywaniu niewinnych ludzi. Przy tym wcale Wam się nie dziwię, też kocham tam bywać, bo to mi udrażnia kanaliki łzowe. Podsumowując: wynik mnie nie zaskoczył.

Teściowie tkwią obecnie w okresie rekonwalescencji po operacjach w obrębie jamy brzusznej. Tak, oboje. Gdy usłyszałam, że Mama będzie operowana w poniedziałek po naszym wyjeździe, skóra ścierpła mi na tyłku. Bo jakże to tak? Oboje?! Rzeczywiście ich stan zdrowia spędza mi sen z powiek, nie mogę powiedzieć. Ale porzućmy te dywagacje na rzecz plotkarskiego brukowca.

- Tata będzie leżał - zasugerował mi Pan Architekt w drodze do.
Okoliczności były takie, że teść (zwany Wojtusiem) poprzedniego dnia przyjechał ze szpitala, a obecnie pobyty w tych uroczych placówkach nieszczególnie się przeciągają.
- Taaaaa... - mruknęłam, gdyż nasunęła mi się wątpliwość. Znamy się lat bez mała pietnaście. Albo dłużej.

Rzeczywiście nie leżał, bo co będzie leżał na grządce. Stał i mruczał, a następnie kłujnął palcem powietrze i zakomunikował mi:
- Nie pieliła!
Już miałam wystąpić w odruchu kobiecej solidarności i przypomnieć, że ja też nie pielę, jeszcze bym spróbowała przy nieodrodnym synu swego ojca. Wszystkim wiadomo, że się nie znam, a komu nie wiadomo, to mu Pan Architekt powie. Ma to po ojcu. Więc zmilczałam, nauczona wieloletnim doświadczeniem. Wiem nie od dziś, że Tereska poradzi sobie bez mojej pomocy.

Nasza wizyta była przepełniona cudownymi wydarzeniami i opowieściami. Jak ta, w której Wojtusia nawiedził młody chirurg, asystujący do jego operacji.
- Jak się pan czuje? - zapytał obłożnie chorego.
- Może być - odpowiedział zainteresowany. Po czym, nie zważając na ważność persony dodał - przelej mi wodę do małej butelki.
Młodemu chirurgu się zagotowało, pewnie nie był zwyczajny.
- Pielęgniarkę trzeba zawołać, to przeleje. Ja jestem chirurgiem!
- To i dobrze - podsumował Wojtuś bez krzty zażenowania. - Jesteś chirurgiem, to ci się ręce nie trzęsą. Przelej mi wodę do małej butelki.
Podobno była to jego ostatnia wizyta w tej sali*.

Zagadałyśmy się z Tereską na tematy zdrowotne. Wypłynęły przy tym sanatoria.
- Ojciec nigdy nie pozwalał mi wyjeżdżać do sanatorium - opowiadała. - Taki zazdrosny. A dzisiaj to mówi: "Jedź!". Po cholerę teraz pojadę, kiedy jestem stara?!

Teściowie przyjmują mnie z atencją. Nie jest to jakieś sztywne czy nadmuchane, tylko takie zwykłe, ludzkie i ciepłe. Tereska mówi do mnie "córcia" i wspomina, że w ogóle nie czuje potrzeby, żeby się przy mnie spinać. Natomiast Wojtuś... on mnie, że tak powiem, adoruje. Po swojemu.
- Mężczyźni powinni się żenić ze starszymi kobietami** - ogłasza i zerka na mnie wymownie. - Starsze kobiety są mądre.
Albo.
- Kobieta powinna mieć na sobie ciało***. Wszystko to teraz takie chude, że człowiek od razu sobie wyobraża, jak się taka złamie.
Gdybym miała kompleksy, prawdopodobnie bym umarła. Ponieważ nie posiadam (kompleksy są przereklamowane), wyjmuję z tych wypowiedzi to, co najważniejsze: lubię cię, cieszę się, że jesteś.

Bardzo kocham moich teściów. Są cudownymi, bezpretensjonalnymi, otwartymi, życzliwymi ludźmi. Szalenie mi imponują. Mam nadzieję, że kiedyś, gdy sama będę teściową, wystarczy mi klasy, żeby zachowywać się tak, jak oni. Oby żyli w najlepszym możliwym zdrowiu sto lat. Albo ile tam tylko zechcą.

-------

PS Kiedy nieśmiało napomknęłam Mamie, że prace ogrodowe to dość nowatorskie podejście do rekonwalescencji po operacji jelit, uśmiechnęła się, machnęła ręką i skwitowała:
- Poprzednim razem, jak wrócił po operacji ze szpitala, to poszłam mu coś kupić do sklepu. Z pół godziny mnie nie było. Gdy wróciłam, siedział na drzewie i przycinał gałęzie.
Kurtyna.


* Przelał. Wojtusiu trudno się oprzeć.
** Wiadomo nie od dziś, że jestem starsza od Pana Architekta.
*** Wiadomo nie od dziś, że jestem gruba.

13 czerwca 2016

2312

Tak, wiem.

Ale w domu nie mam komputera (nadal!), a w pracy nie nadążam ładować. Jeszcze czasem podrzucam coś na fejsa, bo to mi w miarę sprawnie idzie z telefonu. Jednak na dłuższe teksty z tym pośrednictwem nie ma co liczyć, gdyż ja się urodziłam w latach siedemdziesiątych i nie będę dziubdziolić. W każdym razie, kto jeszcze tego nie zrobił, se zalajkuje fanpejcza, to mu coś tam skapnie (np. zdjęcie Karola).

Komputer miał być dzisiaj i to już drugi termin. A pani w serwisie była bardzo zdziwiona, gdy zadzwoniłam. Trzeci termin w środę. Tymczasem zabrałam się za "Księgi Jakubowe".

Wyobraźcie sobie, że oglądam filmy z napisami na telefonie, to nie będzie trzeba niczego dodawać. Determinacja level hard. Poza tym żyjemy, a pies idzie do szkoły w środę.
Mam zapaść finansową, gromadźcie cebulę.
Zrobiłam dla Was zdjęcia roślinności.
Wciąż nie podliczyłam głosów.
Pisząc usiłuję zjeść obiad, a jest prawie 19... Więc sorry, ale resorry. Zmykam. Wykażcie jeszcze odrobinę cierpliwości. Błagam. Też Was kocham.

3 czerwca 2016

2311

Nie, nie siedzę w miejscu szczęśliwego odosobnienia w związku z zabójstwem psa imieniem Lesio. Ma się znakomicie i idzie do szkoły.


Po prostu nadal nie mam komputera. Jak widać na załączonym obrazku, wyciągnęłam z czeluści jakiegoś starego rzęcha, który nie ma nawet baterii, ergo: jest niemobilny*. Coś tam przeglądam na fejsie czy też stary Teatr Telewizji, ale pisać mi się nie chce, bo nie nawykłam do tej klawiatury i szlag mnie trafia, gdy kolejny raz włączają mi się funkcje ze skrótów klawiszowych, co to ich wcale włączyć nie chciałam.
A w fabryce armageddon.

Mam jednak nadzieję, że zmierzamy ku szczęśliwemu zakończeniu tej kłopotliwej historii**, więc teścik dla Państwa.

Czy Państwo woli najpierw notkę o:
a. strajku pielęgniarek,
b. wizycie u teściów,
c. codzienności i roślinności (mam zdjęcia).

Odpowiedzi proszę udzielać w komentarzach. Można wybrać jedną opcję. Ta, na którą zagłosuje najwięcej osób, pójdzie jako pierwsza, a reszta w kolejności.


* Pomijając całkowicie fakt, że komputery tych rozmiarów z natury rzeczy są niemobilne.
** 2,5 k nadal będzie mi stało kością w gardle. Ja jestem dość stabilna w uczuciach.