31 grudnia 2012

1091

Sylwester domowy, jak to przy zwierzętach. Tymczasem lęk okazuje (póki co) 1/3 zespołu. Właściwie nie wiem, czy okazuje, bo jej nie ma. Co ciekawe – kierowniczka. Chłopaki przed północą zachowują się w miarę godnie. Najbardziej Edzio. O:

Wiem, zdjęcie słabe, ale proponuje docenić, że bieżące – jeszcze ciepłe. Karollo gra w nową grę na górze (kurier z paczką z Empiku przybył dziś), Zosia znikła. Ani chybi siedzi w szafie.
I tak się rok stary kończy leniwie. Ostatni to już mój trzydziesty. Wkraczam w całkowicie nowy etap. Z relacji znajomej, która już weń wkroczyła:
- I wyobraź sobie, że nawet nie boli.
Wyobrażam sobie.
Cenię ten upływający rok, mimo – w pewnym sensie – niesprzyjającej sytuacji. Coś się skończyło nieodwołalnie. Coś się więc zaczęło. Wiele rzeczy przemyślałam. Odpoczęłam. Przewartościowałam liczne sprawy. Przyjrzałam się nieco z boku pędzącej rzeczywistości i zrozumiałam, że nie ma dokąd gnać. Ważne jest bowiem zupełnie gdzieś indziej.
A ponieważ wszystko to dobrze mi zrobiło, to i Wam tego właśnie życzę. Czasu i możliwości, by móc spojrzeć w głąb siebie. I podumać nad tym, co się tam zobaczy.
Do spotkania za rok. W zdrowiu i mądrości.

25 grudnia 2012

1090

Oto jedna z najpiękniejszych kartek ze świątecznymi życzeniami, jakie otrzymałam w życiu. Od razu dobrze się poczułam.
Wkraczam w etap wiedźmy (wie!) i niezwykle cieszę się z towarzystwa, które tam na mnie czeka.

23 grudnia 2012

1089

Ciasta wypieczone, aż miło.
Uszka ulepione smukłymi paluszkami mojej córeczki – kształtne i kuszące.
Barszcz przygotowany.
Prezenty zapakowane.
Na choinkę, jak zawsze, nie ma miejsca. Przeprowadzaliśmy się tu w lipcu i nikt nie pomyślał, że w grudni trzeba upchnąć drzewko. W związku z powyższym uczyniłam w tym roku świerk rewolucyjny.
O:

Niech Was nie opuszcza poczucie humoru.
I zdrowia, kochani – tego Wam życzę z całego serca i całej mocy.
Z resztą jakoś człowiek sobie poradzi, prawda?

22 grudnia 2012

1088

Dzień pierwszy po końcu świata.
Drogie Panie! Kuchnia należy dziś do nas.
Zacznijmy od nalania sobie kieliszka wina. Na pewno nie zaszkodzi, a może pomóc, kiedy szlag nas trafi.
Oczywiście istnieje prawdopodobieństwo, że mąż bądź niewielkie (lub wielkie, choć to mało prawdopodobne) dziatki zechcą się tu plątać w poszukiwaniu atrakcji, miski do wylizania czy lodówki do eksplorowania. Jest na to niezawodny sposób. Zapytajcie uprzejmym, pełnym słodyczy głosikiem:
- Chcesz pomóc, kochanie?
Efekt gwarantowany. Szczególnie mężczyźni poruszają się naówczas z prędkością światła. Mają przecież swoje, niezwykle ważne i niecierpiące zwłoki sprawy (na przykład napierdalanie do Niemców* z szybkostrzelnego działka). Problemem mogą być małoletnie – bardzo małoletnie, bo to szybko przechodzi – dziatki. Te możemy bez żenady zesłać mężowi na głowę, roztaczając mglistą obietnicę gigantycznego wora prezentów, które otrzymuje wyłącznie bardzo grzeczna progenitura. Czyli taka, co to się pod nogami nie plącze. I nie przesadzajmy z troską o rozwój. Dzień przy komputerze jeszcze nikomu nie zaszkodził. Jeśliby tak było, to co tu robicie?
Jeśli jeszcze tego nie zrobiłyście, to teraz jest znakomity moment, żeby napić się wina. I natychmiast nalać kolejny kieliszek. Na drugą nóżkę. Nie możemy, drogie panie, chwiać się kulawo przy serniku czy makowcu. Trzymajmyż pion.
Czynność tę można, a nawet należy, powtarzać wielokrotnie.
Dziś kuchnia należy do mnie, Ędwarda – mego wiernego asystenta – oraz radia internetowego, nadającego klasyczne ballady rockowe.
Z tym że Ędward nie przetrzymał współpracy z maszynką do mielenia maku, która jest de facto maszynką do mielenia mięsa i pamięta czasy mego zasmarkanego dzieciństwa. A warto podkreślić, że na tym padole łez niewiele jest takich, co to pamiętają. No niestety.
Maszynka zawyła niczym startujący Apollo 13, co zaowocowało natychmiastowym brakiem asystenta. Mimo że na blacie tryumfy święciły jajka, ser, masło i piana z białek (nie wspominając o skorupkach), czyli to, co tygrysy lubią najbardziej.
Na święta zawsze piekę wyłącznie klasyczne ciasta o prastarym rodowodzie. Co zresztą wychodzi mi najlepiej, bo jakoś nie mam ręki do tych nowomodnych dziwactw. Więc owszem, przekręcam ten mak dwukrotnie, a potem smażę. Kto mi zabroni. Nie używam żadnych gotowych mas makowych, raz do roku mogę się poświęcić. Za to kocham ser biały, co to go mleć nie trzeba. Moja wiekowa maszynka mogłaby takiego sera nie przetrzymać. A zamierzam jej używać do końca życia – w dodatku mojego.
Akurat złapałam chwilę przerwy. Serniki się upiekły i godnie spoczywają w cieple, żeby nie opadły (i tak opadną, ale będę miała czyste sumienie), mak – usmażony – stygnie w oczekiwaniu na rozkładanie, ciasto drożdżowe rośnie sobie, przytulone do kaloryfera. Właśnie doceniłam po raz kolejny ogromną kuchnię mojej mamy. gdzie kulturalna kobieta może sobie dolewać wina do woli, siedząc przy stole, a drożdże mogą bąblować na piecu kaflowym (nie takim do gotowania, tylko do ogrzewania pomieszczenia), dzięki któremu pieszczotliwie podgrzewane są od dołu. Kaloryfer zapewnia jedynie grzanie z boku, więc należy obracać. Rosną jakby z mniejszą pasją.
Wino w kieliszku się kończy, więc moje-waterloo bieży dolewać. Oraz przygotowywać jabłka, bo same się nie obiorą i nie pokroją, niestety. A zaczyn wyrósł nad podziw. To teraz mój ulubiony moment: miesić ciasto, a potem wydłubywać resztki spod paznokci. Ech, doloż moja, dolo…
Aha! Byłabym zapomniała! Pamiętajcie, że najsensowniejsza w czasie przygotowań świątecznych odpowiedź brzmi: NO I CO Z TEGO.
Wiecie, jakby się okazało, że jego mamusia robiła coś inaczej, Kaśka z pracy (ta lafirynda) robi to inaczej lub on zrobiłby to inaczej.
Czyli na sugestię: moja mamusia mełła mak 13 razy, a ty tylko 2, odpowiadamy: „no i co z tego?”. Hardcore, jeśli ktoś ma psychikę ze stali i kamienia:
- To pokaż mi jak, bo ja nie umiem.
Powodzenia.
* Wstaw sobie dowolne, może być kosmita.

17 grudnia 2012

1087

Przyniosła sobie wszystkie dzieci i teraz leżą, wyglądając przez okno. Ciekawe, czego je nauczyła?

PS „Automatycznie zapisany szkic” jako tytuł poprzedniego posta mnie rozwala. W ustawieniach mam 1086. I choćbym nie wiem, ile razy dokonywała zmian, to nic nie daje. Blogu… ty wiesz.

15 grudnia 2012

1086

Jak małe pudełko można wziąć, by zmieścić tam NAPRAWDĘ DUŻEGO KOTA? Otóż wyjątkowo niewielkie.

Bierzesz sobie pudełeczko, w którym uprzednio Farmona przysłała ci różne fajne kosmetyki za nieduże pieniądze. Kota tam nie wpychasz, bo robi to z własnych dzielnic Warszawy (Wola i Ochota). I wszytko.
A Farmonę polecam. Mniam, mniam.

14 grudnia 2012

1085

Notkę napisałam, wrzuciłam i pożarło. Czyżby koniec kariery witryny blog.pl zbliżał się nieuchronnie?
Bo niezauważenie w listopadzie upłynęło latek sześć. Może starczy, jak na romans. Niedoinformowanym tłumaczę, że zaczęłam od bloga donosze-uprzejmie, który potem przeniosłam tutaj, czego ślady mamy w pierwszym miesiącu funkcjonowania. Ręcznie przeniosłam. I drugi raz tego nie zrobię.
Ponieważ nie udało mi się znaleźć platformy, która zaimportuje archiwum, pytamsie, czy kto nie zna sposobu, żeby to ściągnąć na dysk.
Aha! Ten tusz, co to go kupiłam za trzy piątka, bardzo fajny. Polecam.

7 grudnia 2012

1084

Siedzimy już z Matką Chrzestną w samochodzie i ruszamy spod kliniki. Jeszcze wymieniamy się uwagami.
- Z moją jaskrą jest jak z trotylem na skrzydłach Tupolewa. Ponieważ nie można wykluczyć, przyjmuje się, że zaistniała – chichra się MC. – A co tobie powiedziała?
- Żadnego wysiłku fizycznego. Nie ćwiczyć, nie dźwigać, nie biegać.
MC daje po hamulcach, samochód tańczy na lodzie. Ona wrzuca wsteczny, odwraca się do mnie i komentuje z oburzeniem:
- Psiakrew! Wracamy! Też chcę takie zalecenie! Pójdę tam i zażądam, żeby do kompletu kazała mi jeść ciastka!!!

6 grudnia 2012

1083

Wpadamy do domu po wizycie u okulistki pospołu z Matką Chrzestną*.
Kobieta, Która Ze Mną Mieszka przygląda się nam, rozchichotanym, o wyraźnie poszerzonych źrenicach, podejrzliwie, a następnie, dźgając palcem wskazującym powietrze, oznajmia z wyrzutem:
- Wciągałyście coś! A mnie nie pozwalasz!!!

* Matka Chrzestna jest moją rówieśnicą i przyjaciółką, z którą spędziłam wspólnie całe usmarkane dzieciństwo (komuna taka). Oraz matką chrzestną, ma się rozumieć.

5 grudnia 2012

1082

Siła nałogu – oto jedyny argument, który był w stanie ruszyć mnie dziś z domu.
Ale ma to swoje plusy dodatnie. Gdyby nie nikotyna, nie poszłabym na pocztę. A tak – paczka nadana, Robótka zrealizowana. A jak u Was (przypominam dyskretnie, bo grudzień)? Oprócz tego nie pojechałabym po ten tusz! Ruszyłam się, znalazłam w gąszczu uliczek sklep pod tytułem „hasie, szkło i byle co”, tusz nabyłam za 3,50 zł. Taką marżę rozumiem (przypominam: cena producenta – 3,22 zł). Specyfiku do plucia nie było. Poza tym charakter sklepiku nieco utrudniał wybrzydzanie i poszukiwania, bo obsługowy, zapchany towarem do niemożliwości i za ladą… pan. Nie chciałam go katować.
No i przywiozłam ten tusz do domu, wcisnęłam do opakowania po Estee. Jak użyję, złoże sprawozdanie. Oczywiście rozumiem, że informacja jest cenna (na wagę trzech i pół złotego). Na stronie Celii można sobie sprawdzić, gdzie w danym mieści prowadzona jest sprzedaż.
A teraz lecę szukać roboty, bo dziecko zapłaciło dziś u dentysty 270 zł. W promocji. A to jeszcze nie koniec, oczywiście. Nastąpił właśnie nieoczekiwany koniec lata (czytaj: wakacji) i trza się, niestety, brać.
Nie chce ktoś mnie zatrudnić?

1 grudnia 2012

1081

Zajrzałam na stronę Celii – tak, tak, wciąż istnieje, nieprzerwanie od 1959 roku – a tam:
Photobucket
Jak ktoś ma chęć, może w stylu vintage nadal pluć w tusz.
Oprócz tego mają tusz w tubie za, bagatela!, 3,22 zł. Gdzieś czytałam, że jest świetny, a chodzi przecież głównie o szczoteczkę. Zajrzałam do wykazu sklepów i znalazłam jeden nieopodal. W poniedziałek skoczę, kupię, wycisnę z tubki do opakowania po Givenchy (fajna, „trzykulkowa” szczoteczka) i zobaczymy.
Porażające, jak tanio można coś ciekawego wykonać.