27 grudnia 2010

Wstydliwe wyznanie

Nie mam konta na Facebooku. Ba! Nawet w życiu nie byłam na Facebooku.
Mało tego – nie odczuwam potrzeby, by zaistnieć na Facebooku.

Czy czas, by zacząć się niepokoić?

17 grudnia 2010

Dialogi na cztery rogi

Występują:
Prezes
prezesowa

Czas akcji:
godziny wieczorne

Miejsce akcji:
kuchnia

Prezesowa miota się po kuchni celem przyrządzenia. Przy okazji na dłuższą chwilę zatrzymuje się przy zlewozmywaku, gdzie zastaje ją Prezes i spoglądając popada w zamyślenie, okraszone półuśmiechem.

prezesowa: Jak rozumiem, wyrażasz zadowolenie, widząc mnie w kuchni, gdzie moje miejsce.
Prezes (odsuwając prezesową subtelnie, omiata dłonią okolice blatu kuchennego, zlewozmywaka oraz płyty z pyrkającym garczkiem): Patrz! To są moje strefy erogenne. Bardzo lubię, gdy tu manipulujesz!

13 grudnia 2010

Na życzenie – ciąg dalszy sagi.

Proszę bardzo.
Love & peace.

Zocha jest kotem Potomstwa.
Tuśka jest kotem prezesowej.
Karol jest kotem Prezesa.

Edzio… jest kotem Karola.
Bezsprzecznie.

12 grudnia 2010

Passa trwa

1. Jeden kot mi się zepsuł. W sensie nóżki – ma bardziej.
2. Drugi kot dostał wyrok odosobnienia na czas niewiadomy, bo chce mi zepsuć trzeciego kota.
3. Czwarty kot chciałby to wszystko jakoś ułożyć, ale nie wie jak. Dureń.
4. Zepsułam sobie samochód poprzez uporczywe dążenie do przestawienia ściany.
5. Dziecko uparło się, żeby zostać na drugi rok w tej samej klasie. Widać lubi.
6. Idę jutro do pracy na 10 godzin.
7. Jest zima. Wstrętna, zła, brzydka. Nienawidzę.
8. Nie mam kiedy iść na urlop, którego posiadam w nadmiarze.
9. Ogólnie jest do dupy.
10. Jestem gruba.

Idę się napić.

6 grudnia 2010

Jak zepsuć Mikołajki

Należy wziąć:
- Prezesa,
- Potomstwo,
- prezesową,
- dwa prezenty.

Prezesowa obligatoryjnie powinna pracować ok. 10 godzin i być bardzo zmęczona. Należy dopilnować, aby z wywieszonym jęzorem dopadła drzwi mieszkania z dwoma prezentami w garści. Następnie trzeba zacząć się kłócić oraz pokrzykiwać i obrażać się na siebie. Potem powinno się odebrać prezent Potomstwu, a samemu nawet nie zajrzeć do pudełeczka. Oczywiście należy obowiązkowo pamiętać, aby nie pamiętać o prezencie dla prezesowej.

Ale oj tam! W zeszłym roku było gorzej. Uśpiliśmy kota. Po 19 latach wspólnego życia.

PS Czy gorycz jest wyraźnie wyczuwalna?

25 listopada 2010

Stadło nurza się w dysputach

Dyskurs pierwszy.

Występują:
Prezes
prezesowa

Miejsce akcji:
salon

Czas akcji:
popołudnie

prezesowa obficie i krytycznie komentuje poczynania Prezesa, związane z przepierką kanapy, obszczanej przez Miętkiego Edka*
Prezes: Boże, daj mi cierpliwość, bo jeśli dasz mi siłę, to ją zatłukę.

* Ksywa taka. Się wyjaśni przy okazji

Dyskurs wtóry.

Występują:
Prezes
prezesowa

Miejsce akcji:

łazienka

Czas akcji:
popołudnie

Prezes (zgoliwszy modny zarost): Jak wyglądam?
prezesowa: Pięknie.
Prezes: Czyli nic się nie zmieniło?
prezesowa: Zmieniło się, ale jest ładnie. Ty jesteś ładny sam w sobie. Jestem o tym głęboko przekonana od 10. lat.
Prezes: 10 lat temu wyglądałem inaczej.
prezesowa: Oczywiście, ale ty jesteś jak wino.
Prezes: Takie za 6 zł?

9 listopada 2010

Postarzałam się

Potomstwo o 7:05 ukończyło właśnie lat 16.
Hip hip hurra!

Przeżywam głęboko, że taka stara pudernica kręci mi się po domu. Smutek i sromota. Da się to pomniejszyć?

8 listopada 2010

Nie ma to jak talent mieć

Donoszę uprzejmie, że odbył się kolejny sabat wiedźm w postaci Koła Gospodyń Miejskich. U mnie się odbył. Musiało być miło, bo członkinie opuściły mnie po drugiej. W nocy, w nocy! Prawdą jest również, że Prezes się zmył, a potem się wmył, bo podobno nie miał się gdzie podziać i ogólna bezdomność mu doskwierała. Niemniej wmył się dość dyskretnie, obdarzając wiedźmy skąpym powitaniem i zniknął. Wtajemniczeni donoszą, że z wrażenia zasnął, przykryty z głową.

Tymczasem Kaja wiła się na podłodze i co uwiła, można zobaczyć T U.
Jakby kto nie miał pewności, to chodzi o Karolka i Edzia. Konkretnie to trzy ostatnie, tak?
A teraz ochy i achy.

PS Powiedziała, że przybędzie wraz ze słonkiem. I dorobi.
PS2 Kaja jest matką adopcyjną Tosi. Zaraz kole Edwarda.

3 listopada 2010

Dialogi na 4 nogi

Osoby:
Prezes
prezesowa

Czas akcji:
wczoraj ok. 17.30

miejsce akcji:
wnętrze samochodu osobowego marki Renault rocznik ’98

prezesowa: Tak się dzieje, bo ciebie nigdy nie ma!!! Permamentnie cię nie ma! Jesteś nieobecny!!!
Prezes: A coście się szaleju wszyscy objedli??? Przychodzę do pracy, a tam pretensje, że mnie ciągle nie ma! Wracam do domu – pretensje, że mnie ciągle nie ma! Jak mnie nie ma w pracy i w domu, to gdzie ja, do diaska, jestem???!!!
prezesowa (wymownie): …

25 października 2010

Ciąg dalszy nastąpił

Ja tu w nastroju niedbałem, a Państwo pewnie czeka. Doceniam wszakże, że mię Chuda nie upomniała, choć może zapadła w sen zimowy lub też depresję jesienną i zwyczajnie się jej odechciało.

No to ten zabieg chirurgiczny wezmę najsampierw na warsztat. Otóż, ku zdumieniu wszystkich Państwa, był się odbył. W dodatku miast obiecanej półgodziny trwał gdzieś coś koło ponad całą, a do tego dodać należy godzinne oczekiwanie w korytarzu pełnym różnych mniej lub bardziej uszkodzonych świadczeniobiorców. Jeden nawet przybył z ojcem (wnoszę po skroni przyprószonej siwizną oraz burzliwym okrzyku: syn tu już dwie godziny czeka!!!), który nie był widocznie uszkodzony, chyba że umysłowo. Zdenerwował bowiem, panie dziejaszku, chirurga – i to przed moim zabiegiem. A zgodnie z wygłoszonym uprzednio przez owego exposee: stan wkurwienny chirurga jest jednym z czynników, wpływających na jakość blizny. No i masz. Szczęśliwie jako deser (pozostawiona na koniec), byłam potraktowana lekko i z uśmiechem. Oprócz znieczulenia, ma się rozumieć. Od którego mam siniak nie powiem gdzie. I o tym podyskutujemy sobie nieco w środę nad szwem nierozpuszczalnym. Nad rozpuszczalnym dyskutować nie będziemy, bo jest niedostępny z racji przebywania pod spodem.

Nowy się zadomowił całkiem przyzwoicie, zyskując zgrabne miano Edzia (Edziu, skup się, tu jest twój paśnik. I nie wyżeraj Karolkowi!) oraz wyprawkę na nową drogę życia w postaci młocki, wykonanej własnoręcznie przez Zochę, która do tego nie potrzebuje podwykonawcy. Obecnie Zocha jest nieco zdziwiona, że Edzio do niej nie lgnie. Też bym nie lgła na jego miejscu, a co najwyżej lżyła. Więc Edzio lży, jak potrafi – nie rozumiemy treści, lecz wnosimy z tonu. Ogólnie zrobiło się wielce wesolutko: jednego kota szlag trafił, drugi marzy, by się zaprzyjaźnić, trzeci nie wie, co zrobić z nadmiarem bodźców, a czwarty zniknął w czarnej dziurze mieszkania, jak to ma w autystycznym zwyczaju. Dodają se Państwo wrzeszczącego nastolatka i męża w permamentnej delegacji. A pośrodku ja – lekko opętana. Lekko, póki co, lecz to się może zmienić. W każdej chwili.

11 października 2010

Znaki, panie, znaki

Buchacha! Zabieg przełożony na następny tydzień. Może powinnam to przemyśleć i go nie robić?
Ale pan doktor miły. I ma poczucie humoru.
Powracamy do wersji większej imprezy. Tego terminu nie da się ukryć!!!

10 października 2010

Ogłoszenie parafialne

Z prawdziwą przykrością stwierdzam, że kolega lekarz medycyny o specjalizacji chirurgicznej jest mięczakiem i znikł był z poradni na samą wieść o moim przybyciu.

Z prawdziwą radością stwierdzam, że mu się nie upiecze, gdyż – trwając w stuporze – przebukowałam sobie termin i stawię się tam jutro. Czy to mu się podoba, czy nie.

W związku z opisanymi okolicznościami chytry i obszerny zbiór krewnych i znajomych królika na rzeczoną imprezę nie przybędzie, ponieważ nie przewidział ani małości charakteru lekarza, ani uporu pacjenta. Wszystkie zajęcia, prolongowane z daty 4 października na inną – niezwiązaną z moim w przybytku pobytem, odezwały się ze zdwojoną siłą i zbiór uległ obowiązkom służbowym, choć z żalem i pociąganiem nosem, o czym zostałam powiadomiona kilkoma połączeniami telefonicznymi. Tym samym kolega lekarz medycyny o specjalizacji chirurgicznej został się (biedaczek) na mojej całkowitej łasce, co naturalnie wykorzystam w sposób bezlitosny oraz godny podziwu i zawiści.

A potem będę odcinała kupony od mego męczeństwa. Zarówno w pracy, jak i w warunkach domowych.

PS Nie jestem aż taka znowu podła – ugotowałam dziś obiady na trzy dni naprzód. Ale malownicze omdlenia to już, jak mawiał Kipling – zupełnie inna historia.

4 października 2010

Powtórka z rozrywki

Donoszę uprzejmie, że mam deja vu. A właściwie będę miała jutro ok. 11.00.
Zainteresowanych odsyłam do cyklu wypowiedzi odautorskich, z których pierwsza znajduje się TU.

Tym razem postanowiłam zażądać zapłaty za okazywanie światu moich najlepszych stron.
Tym razem może być zabawniej, bo powiadomiona została zaprzyjaźniona służba zdrowia, która natychmiast uznała, że nie przepuści takiej okazji i zamierza przybyć silną grupą.
OSKŁADKUJĘ WSZYSTKICH!!!
A potem pojadę za te pieniądze na miesiąc na Dominikanę.
Szykujcie kółko dmuchane do wykorzystania:
- po pierwsze primo w wersji poddupnej do siedzenia,
- po drugie pirmo na Dominikanie – do unoszenia się na krystalicznych wodach tego, co tam jest płynne (zawsze byłam słaba z geografii, nie mylić z ortografią).

Złośliwie zacieram rączki – ten chirurg jeszcze mnie nie zna. Zderzenie z rzeczywistością może otworzyć mu oczy na alternatywną rzeczywistość. HA!

30 września 2010

Rozpoczęłam natarczywą akcję O

No bo październik za pasem, co to jest miesiącem oszczędzania. Wdarłam się na firmowe konto Prezesa i ogoliłam go do cna. Dał mi hasła, to niech ma za swoje. Teraz już za późno na mądry Polak po szkodzie.
Pieniądze natychmiast zamroziłam z dala od chciwych, lepkich rąk rodziny.

Z informacją o swoich poczynaniach udałam się na łono.
- Kochanie, chciałam cię poinformować, że jestem gospodarna, dobrze zarabiam, świetnie gotuję i jestem piękna. Czy myśl, że jestem twoją własnością jest w tej sytuacji satysfakcjonująca?
- Ta własność to takie nieostrożne określenie – zripostował Prezes – Mogę tu mieszkać, to naprawdę wiele.
Rozsądny, bądź co bądź.

Pracuję ponad miarę ostatnio, co jakby nie jest wstrząsającą i zaskakującą informacją. Dziś harowałam w pracy numer 1 jak opętana, następnie przemieściłam się do pracy numer 2, powróciłam do domu już o 19.27, by ogarnąć snującego się Prezesa, zaropiałego gardłowo po raz czwarty w tym sezonie Potomka oraz bandę rozpasanych futrzaków; dowiedzieć się, że zakupy niezrobione, brak pomysłu na jutrzejszy obiad i stanąć do garów.
W kuchni. Gdzie moje miejsce.
Bowiem zawsze ukrywam w zamrażalniku jakiś produkt na czarną godzinę.
Właśnie zakończyłam. Zaprawdę jestem kobietą renesansu, dopóki mnie szlag nie trafi.

W pracy jestem chwilowo nazywana kierownikiem wszystkiego, a przecież jestem kierowikiem zaledwie trzech działów. Na osiem istniejących. W związku z powyższym borykam się z licznymi, zajmującymi problemami. Z najzabawniejszych, które wypłynęły w dniu dzisiejszym: worki z dokumentacją archiwalną, zalane fekaliami, wynikłymi z awarii sieci kanalizacyjnej. Rzec by można, że to jest śmierdząca sprawa. I trzeba się z nią obchodzić w rękawiczkach. W białych, bo takie mamy na stanie.
Nie odkryłam jeszcze, jak daleko jestem w stanie się posunąć w swych poczynaniach.

Na wszelki wypadek zapytałam dziś moich stałych pracowników, czy nie czują się zaniedbywani i czy nie poświęcam im za mało uwagi. Miło było ujrzeć ich ciepłe uśmiechy i usłyszeć:
- Spoko, szefowa, poradzimy. Rób swoje.
Fajnych mam ludzi, fajnych.

Nie wiem, jak Państwo, ale ja idę spać. Przede mną masa nieodkrytych dróg. Mam nadzieję – mniej alternatywnie aromatycznych.

27 września 2010

Dialogi na cztery rogi

Osoby:
Prezes
prezesowa

Czas akcji:
ok. 17.00

Miejsce akcji:
restauracja rocznicowa

Prezes z prezesową poszli sobie do dorocznej restauracji celem uczczenia.

prezesowa: I tak to, kochanie, wytrzymałeś ze mną 10 lat…
Prezes (fałszywie przesłodzonym tonem): Ależ to w ogóle nie było trudne!
prezesowa (z rezygnacją): Widzę, że odkryliśmy hasło dzisiejszego dnia.

17 września 2010

Niektóre tutaj to normalnie rury

No cooooo??? Żeby zaraz basenem człowiekowi grozić??? Nie do pomyślenia po prostu.

Otóż rozwiewam Wasze pobożne nadzieje – nie znikłam jeszcze od tego odgrubiania. W ogóle to wcale nie jest jakieś przesadnie spektakularne. Zwłaszcza, jeśli wziąć pod uwagę, że w międzyczasie odbyło się kolejne posiedzenie Koła Gospodyń Miejskich, w trakcie którego robimy mnóstwo pożytecznych rzeczy. Jak to Koło Gospodyń.
Głównie się obżeramy i nadużywamy alkoholu.
I to nie mogło pozostać obojętne dla wskazań wagi elektronicznej, posadowionej na działce mojej łazienki.

Ale ogólnie nie jest źle, bo jedna Pani mi wczoraj powiedziała, że zeszczuplałam i pytała czy jakaś dieta, czy co. Czyli, że coś tam już widać, a nie tylko czuć. Luz w gaciach.
Planuję kolejne załamanie, bo w niedzielę wyjeżdżam na kilka dni w delegację i będę spożywać delegacyjne posiłki oraz delegacyjny alkohol. No wódko, pozwól żyć. Polak to ma ciężko.
I dziecko nie będzie na mnie krzyczało bez powodu. Może poproszę o azyl. (Tu westchnęła i się rozmarzyła).

Wczoraj w salonie wieczornym odbyła się rozmowa a propos. Bo skojarzyłam sobie, że właściwie to nie muszę się katować do śmierci i mogę się zrzec praw rodzicielskich do Tej Osoby. Co spowoduje jej błyskawiczny rajd nach Krakau, gdzie przebywa stale niczego się niespodziewający ojciec uroczej dzieciny.
- Wszystko słyszę! – wrzasnęła urocza, przebywająca akurat w kuchni przy kuchence mikrofalowej.
Rozmarzyliśmy się natychmiast, wizualizując wersję alternatywną z krwawym mordem, rozkawałkowaniem i wyniesieniem ciała w walizkach w roli głównej. Zainteresowana przybyła w te pędy, zasiadła między nami na podłodze i z głębokim zainteresowaniem zaczęła śledzić rozwój dialogu, zawisając nam wzrokiem na ustach. Bynajmniej nie w milczeniu.

Jeśli ktoś jest ciekaw, co u mnie, odpowiadam – wszystko w normie.

9 września 2010

Notka na temat chwytliwy.

Donoszę uprzejmie, że szósty kilogram idzie sobie precz. Radość wielka. Tym większa, że chyba wreszcie znalazłam sposób odżywiania, ktory powoduje nietycie, a nawet wręcz przeciwnie i dodatkowo nie jest dietą, więc nie męczy mnie, nie wywołuje organicznego sprzeciwu oraz niezaspokojonej tęsknoty.
Przyznaję się na ten tychmiast, że z głębi trzewi wydobywa mi się czasami pisk za bułką. Ja go uciszam bułką. I nawet nie mam wyrzutów sumienia.

Żywię głeboką nadzieję, że nikt nie będzie nadgorliwy na tyle, by dopytywać o basen.

2 września 2010

Dzwoni Prezes

który jak zwykle przebywa w permamentnej delegacji.
- Miałem dziś zajęcia z psychologiem.
- O, to fajnie. I jaką dewiację wykrył?
- Dostałem polecenie, żeby do ciebie zadzwonić.
- To jakaś nowa terapia. Telefon do przyjaciela.
- Pani psycholog po zrobieniu testów powiedziała mi, że w wieku 40 lat będę kompletnym dewiantem. I uznała, że powinienem ci o tym powiedzieć. Oraz przekazać jej wyrazy współczucia.
- Podziękuj jej ode mnie po przerwie, ale dodaj, że ja znam Wojtka*, więc nic nie będzie dla mnie zaskoczeniem.

* teść

1 września 2010

Niektórzy podejrzewają, że jestem cieniasem

więc długo z gołymi nogami nie wytrzymam. I mają rację. Silna wola okazała się odrobinę słaba i skończyła dziś rano. Donoszę uprzejmie, że mam pończochy, pełne buty, ciepłą kieckę i żakiet. Nie jestem, jak się okazało, aż taką idealistką, by polec na niwie.
Zdycham z wychłodzenia. Wczoraj – przyznaję się bez bicia – wyciągnęłam w pracy kaloryferek olejowy, włączyłam i przytuliłam do tyłka. Wot żyzń kakaja…
Jestem osobą ciepłolubną. Nie narzekam nigdy na upały, chyba że jest bardzo duszno, ale to inna bajka, bo kiedy jest zimno, też może być duszno, co stwarza dyskomfort. Kiedy lato chyli się ku upadkowi, to ja też się chylę i zaczynam obsesyjnie myśleć o śnie zimowym. Jak sobie zwizualizuję łyse drzewa i śnieg, to treść żołądkowa automatycznie wędruje mi do przełyku. Zaczynam mieć swędzące przeczucie, że bocian porzucił mnie w niewłaściwej szerokości geograficznej. W związku z powyższym chciałam lojalnie zakomunikować:
TY PALANCIE, KTÓRY STRZELIŁEŚ Z WIATRÓWKI W TYŁEK CIĘŻKO PRACUJĄCEGO BOCIANA 2 KWIETNIA 1973 ROKU W GODZINACH PORANNYCH – BĄDŹ PRZEKLĘTY!!!
Znajdę cię i będzie kara.

31 sierpnia 2010

Jak to jest

że prognozy, dotyczące słonecznej pogody, sprawdzają się w 50%, a deszczowej w 100%?

Postanowiłam okazać sprzeciw, płynący wprost z mego skołatanego brakiem lata serca:
- rajtkom mówimy stanowcze NIE!;
- pełnym butom mówimy stanowcze NIE!;
- ciepłym ciuchom mówimy stanowcze NIE!

Ciekawe, jak długo wytrzymam.

25 sierpnia 2010

- I gdzie to biurko?

- zapytała prezesowa Prezesa, zatrzymującego samochód przed garażem.
- W garażu.
- To może poprosisz Adama, żeby ci pomógł wnieść na górę? – prezesowa przemyślnie zaproponowała jakieś rozwiązanie, żeby sprawa nie nabierała mocy urzędowej.
- Nie wiem, czy damy radę.
- Mój drogi… wolałabym, żeby się okazało, że dacie radę. Żeby się nie okazało, że wskutek drobnej irytacji wniesiemy tę trzydziestokilową pakę na drugie z Młodą.
- Ja cię nie zniechęcam do takich rozwiązań – mruknął Prezes, ujrzawszy w tunelu światełko, które obwieszczało poranek bez noszenia paczek.
- Bo my z Młodą damy radę, wiesz?
- To super. Zróbcie to!
- Wolałabym jednak nie podejmować takich wyzwań ze względu na ciebie.
Prezes podniósł brew w kierunku prezesowej, objawiając zainteresowanie. Na swoją zgubę.
- Bo wiesz… mogłoby się jeszcze kiedyś okazać, że będziesz zainteresowany jakimś aktem płciowym. Z mułą. W wersji hardcore’owej: będziesz zainteresowany brakiem aktów z mojej strony. Z obcymi panami. Ja już sprawdziłam, że obcy panowie są zainteresowani aktami tego typu. Gorzej jest z płaceniem, ale akty to oni chętnie. Nie trzeba nawet specjal…
- A garaż się sam nie otworzy!!! – wrzasnął Prezes, ciskając w prezesową zestawem kluczyków.

Tak się załatwia niewygodne tematy! O!

19 sierpnia 2010

Odchudzanie, jak widać w komentarzach,

jest tematem chwytliwym. Swoją droga, moje panie, dlaczego nie darzymy się ciepłym uczuciem, tylko ciagle dopatrujemy się w sobie niedoskonałości? Na pewno są już jakieś badania psychologiczne na ten temat.

Siedziałam wczoraj w samochodzie podróżując do domu, a że ostatnio odcinam kupony od bycia lady na etacie i daję się Prezesowi wozić do i z pracy, więc gapiłam się przez okno, rozmyślając o tym i owym. I nagle… BRZDĘK! Pomysłowy Dobromir.
- Wiem!
- Co? – średnio chętnie zainteresował się Prezes, nauczony wieloletnim doświadczeniem, że moje olśnienia bywają szkodliwe dla jego egzystencji.
- Wiem jak schudnąć bez żadnego wysiłku i stresu!
- Jak? – jęknął Prezes, przewidując najgorsze.
- Trzeba się zhospitalizować i dać wprowadzić w śpiączkę farmakologiczną na miesiąc. I gotowe!!!

Nie skomentował.
Dziwne.

15 sierpnia 2010

Spasłam się

I to tragicznie łamane przez potwornie.
Przeczytałam książkę Dukana o diecie proteinowej i stwierdziłam, że nie jestem w stanie tego zrobić. Mogę zrezygnować z mięsa – nie potrafię z warzyw i owoców. Przemyślałam to głęboko i doszłam do wniosku, że odrzucę węglowodany i ograniczę do minimum cukry. Do tego przynajmniej 2 litry wody dziennie i zaczynam uczęszczać na basen.

Obecnie jestem na dnie rozpaczy i mam odruch wymiotny, kiedy patrzę w lustro.
A do tego uważam, że świat jest urządzony niesprawiedliwie. Dla mnie.

29 lipca 2010

Chowam się po kątach i chichoczę przebiegle

gdyż ponieważ przede mną całe dwa tygodnie i jeden dzień urlopu!
Nie powiedziałam: „wolnego”, tak? Wiem, że będą dzwonić i mailować. Ale nie będę wstawała o 5.35. Nie będę zakładała szpilek. Nie będę wysłuchiwała jakichś debili i czytała ich wypocin.
Niech żyje wolność, wolność i swoboda!

Wybywam.
Wobec powyższego chwilowo: wyszedłemk, zamkniętyk.

27 lipca 2010

Potomstwo, jak wspomniałam, pojechało do Poronina

Dopiero co, konkretnie w piątek.
Wczoraj zadzwoniło. Ma anginę…

Nie chciałabym wspominać, że miało anginę 3 tygodnie temu. Najgorsze jest to, że w ich ośrodku są problemy z zasięgiem i żeby zadzwonić, musi wyjść przed budynek. Wiem tylko tyle, że była tam wczoraj lekarka i chciała jej zapisać antybiotyk, a mała miała na tyle przytomności, że przyznała się do poprzedniej choroby. Pani doktor miała z kolei na tyle przytomności, żeby zapytać o poprzedni antybiotyk. Ja miałam na tyle przytomności, żeby w tej sytuacji wpaść na pomysł zadzwonienia do przychodni i zapytania, co to było. A przychodnia miała na tyle przytomności, żeby mi tej informacji udzielić telefonicznie.

Mam numer do jej koleżanki i łudzę się nadzieją, że go nie zmieniła. Wyślę dziś sms, żeby do mnie zadzwoniła, bo inaczej odgryzę sobie podeszwę z buta.

25 lipca 2010

I jeszcze wierszyk mi się przypomniał

Jedna ze zwrotek (zaznaczona pogrubieniem) męczy mnie przez całe życie.
Prawda, ze piękny?

Janusz Minkiewicz
„Lenin w Poroninie”

Lokomotywa poci się, sapie,
Podróżnych górski owiewa wiatr.
Pociąg pod górę stromą się drapie,
Przez okna widać już szczyty Tatr.

„Patrz! – mówi ojciec – oto Świnica
Ta w samym środku, najwyższa z gór!”
Lecz Jurka bardziej jeszcze zachwyca
Giewont, co właśnie wyjrzał zza chmur.

„Tam pod Giewontem, jest Zakopane-
Powiada ojciec- lecz chciałbym dziś
Wysiąść o jeden wcześniej przystanek
I resztę drogi piechotą iść”.

Na małej stacji w wiosce Poronin,
Gdy pociąg stanął wśród zgrzytu szyn,
Wysiadł z wagonu ojciec, a po nim
Raźno wyskoczył na peron syn.

Wyszli na drogę. Wesoło idą.
Wartko, radośnie płynie im czas,
Gdy podziwiają wspaniały widok:
Góry i chmury, strumień i las.

Ożywczy strumyk chłodził im mile,
Przez kładkę przeszli na drugi brzeg.
Ojciec przystanął, pomyślał chwilę
Spojrzał na syna i tak mu rzekł:

„Tu, po tych dróżkach, dawno już temu
Za moich młodych dziecinnych lat
Chodził na spacer człowiek, któremu
Nową epokę zawdzięcza świat.

Wiesz, o kim mówię?” „Wiem, o Leninie.
Czy Lenin tutaj mieszkał, tu żył?”
„Tak, na tej ziemi, tu, w Poroninie
Przed żandarmami cara się krył.

Nim rewolucja wstrząsnęła światem,
Zanim się carski zawalił tron,
Lenin dwukrotnie mieszkał tu latem,
Tu swe zwycięstwa obmyślał on.

Tu przemyśliwał nad tym jak skruszyć
W ojczyźnie swojej ucisku rząd…
Tutaj przyjmował proletariuszy
I swe wskazania dawał im stąd”.

Zamilknął ojciec. I zamyśleni
Obaj w skupieniu i ciszy szli
Podgórską ścieżką, po której Lenin
Być może chodził za dawnych dni.

Wyszli na drogę i przed oczyma
Piękny, góralski dom wyrósł im.
„Teraz muzeum jest tu Lenina,
Lenin przebywał w budynku tym”.

Dom ocieniony jest, zaś w pobliżu,
Mieniąc się w słońca promieniach,
Lśni postać Lenina wykuta w spiżu,
Pomnik wzniesiony ku jego czci.

Właśnie skupiła się pod pomnikiem
Wycieczka dzieci z Tarnowskich Gór.
Stąd do muzeum, za przewodnikiem,
Powoli wchodzi młodzieży sznur.

Rzekł ojciec: „wejdźmy za tą wycieczką”.
I przeszedł z synem muzeum próg.
„Do przewodnika przybliż się, dziecko,
Byś jego słowa usłyszeć mógł”.

„W tej pierwszej sali wiele pamiątek
Mamy z najmłodszych Lenina lat.
Oto widzimy tu, na początek,
Dom, w którym Lenin przyszedł na świat.

Ramka za ramką, za zdjęciem zdjęcie-
Mówią, jak wielki zawsze żył duch
W dziecku i w uczniu pilnym, w studencie,
Co wszczął w uczelniach podziemny ruch.

Zląkł się skromnego tego studenta
Sam samowładny tyran, car:
Kazał go śledzić, deptać po piętach,
Chciał go zastraszyć groźbami kar.

Tak to we wczesnym życia zaraniu,
Ledwo wkroczywszy w swe męskie dni,
Pierwszy raz znalazł się na zesłaniu
Lenin w odległej, odludnej wsi.

Mijają lata. Kończy się kara.
Znów tam jest Lenin, gdzie cierpi lud,
Znów się ukrywa przed zemstą cara
I znów pracuje, działa jak wprzód.

Na tajnych zbiórkach, wiecach w fabrykach
Do walki wzywa Lenina głos.
Słowo Lenina z broszur przenika,
Ucząc, jak zmienić zły ludu los.

Na fotografiach w następnej salce
Czytamy dalszą historii treść:
Lenin przy pracy i Lenin w walce,
Znów zsyłka, Sybir, zapadła wieś…

Lata zesłania, powrót ze zsyłki…
Znów na wygnanie przyszło mu iść…
Ludowi oddał swoje wysiłki,
Mowę i pióro, serce i myśl…”

Słowa o Wodzu padają w ciszę,
A na słuchaczy patrzą ze ścian
Uczniowie jego i towarzysze,
Bo Lenin w trudzie swym nie był sam.

„Ten oto obraz nam przypomina
Fakt, jakich mało historia zna:
Lenin młodego wita Stalina,
Gdy się poznali owego dnia…

Przy swoim wielkim nauczycielu
Stanął towarzysz wierny i druh…
I do jednego zmierzając celu
Wiedzie narody tych wodzów dwóch.

Kiedy decyzji przyszła godzina,
By rewolucji zapalić lont,
Lenin u boku mając Stalina
Stworzył z nim pierwszy ludowy rząd.

Kiedy w zaciętej domowej wojnie
Chciał rewolucję obalić wróg,
Serce Lenina biło spokojnie,
Bo Armię Stalin do boju wiódł”.

I oto kończy się już w muzeum
Opowieść z pięknych Lenina dni…
Jest w środku Moskwy mauzoleum,
W którym na wieki wielki wódz śpi.

Chociaż od zgonu jego daleki
Okres ćwierćwiecza dzieli nas dziś,
Żyje i będzie żyła przez wieki
Myśl nieśmiertelna, Lenina myśl.

Myśl ta się wznosi nad świat jak orzeł,
Który się wzbija nad szczyty skał.
Lenin na świecie socjalizm tworzył
I fundamenty trwałe mu dał.

Z tych fundamentów, z owych podwalin,
Które przez życie swe Lenin kładł,
Gmach socjalizmu zbudował Stalin.
Stalin, to Lenin dzisiejszych lat.

Wyszła wycieczka z ostatniej sali.
Ojciec i Jurek jeszcze zostali.
„Wróćmy na chwilę. Ta oto sala
Lenina pobyt w Polsce utrwala.

Patrz! Dom w Krakowie tutaj widzimy,
W domu tym Lenin spędził dwie zimy.
Tutaj narady trwały u niego,
Tutaj Stalina gościł młodego.

Stąd, by w ściślejszym działać sekrecie,
Do Poronina przyjeżdżał w lecie.
Niejeden z gazdów spod Poronina
Jego tu pobyt dotąd wspomina.

Przy wyjściu księga jest wyłożona
Gruba, oprawna. Zawiera ona
Podpisy wielu tysięcy osób,
Które dać wyraz chciały w ten sposób

Swojej głębokiej czci dla Lenina.
Dziś przybył podpis ojca i syna:
Wacław Kowalski. Górnik węglowy,
Jerzy Kowalski. Uczeń z Dąbrowy.

18 lipca 2010

Poznajcie Państwo kogoś ciekawego

Musi mieć niezwykle silną osobowość, bo nie zrobił niczego, poza łaskawym pojawieniem się, a decyzja zapadła w ułamku sekundy. Dwoma głosami (na dwóch decydentów): BIERZEMY.

Teraz musimy tylko wytłumaczyć to jakoś ktosiowi. Bo on się nigdzie nie wybiera.

10 lipca 2010

Nikt mnie nie przygotował

na zupełnie niespodziewane wzięcie jednego dnia urlopu w piątek, więc budząc się z pominięciem budzika o przyzwoitej porze, czułam się dziwacznie. Szczęśliwie dzień cały poświęciliśmy na pracę w stowarzyszeniu, co nie do  końca jest pracą, a w dużej mierze przyjemnością, zwłaszcza ze względu na wspólnotę interesów i doświadczeń z małżeństem eM. Najfajniejsze z całej pracy było siedzenie przy kawce na tarasie restauracji z widokiem na jezioro, czyli: nie ma to, jak dobrze się urządzić, by łączyć hobby z przyjemnością.
Najmniej oszalały ze szczęścia był Prezes, któremu w pewnym momencie przypadła rola społeczna pchacza. Trasa wycieczkowa, którą „obrabialiśmy” do informatora, wiodła w fazie pierwszej przecudnie równym asfaltem, o którego istnieniu pan eM zapewniał nas, gdy ruszaliśmy w fazę drugą. Realia ukazały wyjątkowo urocze leśne widoki oraz wyjątkowo urocze leśne dróżki – znaczy ostro pod górę i kamiory. Co prawda wraz z panią eM natychmiast zaproponowałyśmy, by porzucić pana eM u stóp wzgórza, dramatycznie zwisającego z wózka inwalidzkiego, ale nie przeszło, bo ów zaczął zagrzewać do boju Prezesa, któremu nie wypadało się wykręcać.
W zaistniałych okolicznościach, wraz z panią eM, wyżęłyśmy Prezesa, rzężącego na ławce w cieniu na szczycie „równej, prostej, asfaltowej ścieżki” (jeśli się ktoś nie zorientował, to cudzysłów znamionuje tu ociekanie ironią i sarkazmem). Niezrozumiałe w tej sytuacji stało się radosne nastawienie do życia pana eM, którego nie omieszkałam poinformować, żeby w miarę możliwości nie rozpędzał się w komentarzach, albowiem może nadejść chwila, gdy w trakcie pokonywania jakiegoś ostrzejszego zjazdu zupełnie niespodziewanie utracę kontakt cielesny z rączkami wózka, co predystynuje go do rozpoczęcia ćwiczeń w zakresie zgrabnego przeciągania okrzyku „Jerooooonimooooo!!!”. Oraz uprzejmie wskazałam skarpę, która gwałtownie kończyła się kilkumetrowym uskokiem do zbiornika wodnego. I tak to, w związku z równym traktowaniem niepełnosprawnych, dopuściłam się ohydnego szantażu, co oczywiście zostanie mi zadośćuczynione w piekle.

Ogólnie niemożliwie wprost odpoczęłam psychicznie i mam nadzieję na więcej.

5 lipca 2010

Staram się unikać wtrętów politycznych

ale od wczorajszej nocy nie opuszcza mnie literackie skojarzenie.

(…) Wspólnym wysiłkiem ządu i społeceństwa
pozbyliśmy się zabiego bezeceństwa.
Panowie! Do góry głowy i syje!
A społeceństwo: Zecywiście,
dobrze, ze tę zabę złapaliście.
A teraz wsyscy ksyknijmy: Niech zyje!

2 lipca 2010

Wielkie szczęście zapanowało w rodzinie

gdyż Potomstwo wyrekrutowało się do wybranego przez siebie liceum. Mam więc w domu licealistkę i trzy lata przerwy do następnego kosmicznego stresu, jakim będzie matura. Mam nadzieję, że do tego czasu przybędzie pańci nieco rozumku i przy maturze nie będzie już takich jazd, jakie matka miała w roku bieżącym.
Oczywiście nie wiążę się z tym pragnieniem jakoś obsesyjnie, ponieważ jestem rozsądna.

Oprócz miejsca w liceum, Potomstwo posiadło przecudnej urody ropne zapalenie gardła wraz z wysoką gorączką do kompletu. Jako że zawsze lubię – metodą Pollyanny – w każdej rzeczy znaleźć coś dobrego, cieszę się, że przynajmniej wiem, gdzie obecnie przebywa (zwykle nie wiem, bo ona ma prawie 16 lat, matki nastolatków zrozumieją, o czym piszę). Mianowicie w dużym pokoju, snobistycznie określanym mianem salonu. Leży tam na kanapie i głęboko przeżywa swoje nieszczęście, łamane przez: śpi, gra na PSP, ogląda telewizję, inne.

Nie wiem z kolei, gdzie przebywa Prezes, gdyż – jak wiadomo – jest w permamentnej delegacji. Myślę, z czego się wobec tego cieszę….
Myślę…
Myślę…
No dobra, jak go nie ma, to nie skwierczy mi nad uchem. Zawsze coś.

30 czerwca 2010

Mówię i mówię do Prezesa

a on mnie nie słucha, ponieważ – wygodnie się rozsiadłszy – grzebie w komputerze (jak to Prezes).
Zirytowana podchodzę do niego i otwartą dłonią przejeżdżam po całej klawiaturze, generując zamieszanie. Prezes zastyga w bezruchu, wciaga głeboko powietrze i…

- A co ty mi tu wykonujesz za jakieś KOPYTKO???

25 czerwca 2010

Dawno nie było o MM

I co se myślicie (a właściwie: co se myślisz, doro, bo tylko ty to czytasz)? Że umarł? Że odszedł? Że rzucił pracę?
Że mię może przestał darzyć uwielbieniem???
HA!
Nic z tych rzeczy.

Otóż MM był na urlopie. Miał więc czas, by przemyśleć to i owo. Jest mądrym i chętnym chłopcem, więc przemyślał. Wyniki przemyśleń mi przedstawił, przynajmniej w pewnym sensie. I tak po kolei:

- onegdaj w rozmowie grupowej się wyraziłam na okoliczność zapachów męskich, bynajmniej nie au naturel, lecz zupełnie markowych. Że właściwie to jeden jest taki, który darzę absolutnym uwielbieniem. Otóż, że daję d..y bez wazeliny. Wobec czego w trakcie trwania urlopu MM zrobił co? No co, pytam się??? Ależ to oczywiste – nabył. Czuje się z tym znakomicie. Ja – średnio. Mianowicie jakbym miała 15 lat, a wcale nie jest to szczytem mego pożądania;
- w rozmowie komunikatorowej był się do mnie wyraził na „ty”. Mianowicie zapytał (cyt.): A kto jest twoim Krzysiem, Kubusiu? Dałam mu do myślenia, odpowiadając niezwykle pokrętnie. A niech myśli teraz;
- skonfigurował mi na szybko laleczkę voodoo z cukierków marki Solidarność o smaku ajerkoniakowym. Interesująca koncepcja. Laleczka została pożarta. Nie wiem, jak to wpłynie na voodoo.

Ogólnie to on uważa, że cięta riposta w moim wykonaniu mogłaby stać się dyscypliną olimpijską. Podzielam ten pogląd poniekąd.

Make peace, not war.

22 czerwca 2010

Ostatnio nabywałam gumki do włosów

dla mojej jakże udanej córki (to nie jest prosta operacja, bo one muszą być bezskuwkowe, te gumki, gdyż skuwkowe się zeszmacają). Kurtularnie oczekuję do kasy i co widzą moje piękne oczęta? No co widzą?
Normalnie sklep gumkowy prowadzi handel laleczkami voodoo.

Aż mię zatrzymało przemyślenie, czyby nie nabyć. Nie żebym obecnie posiadała jakiś imperatyw.
Ale taka laleczka, leżąca w szufladzie, tuż pod ręką, gotowa do natychmiastowego wykorzystania?
Kuszące.

20 czerwca 2010

Egzamin gimnazjalny a mądrości ludowe

Potomstwo z egzaminu gimnazjalnego z języka angielskiego otrzymało 49/50 pkt. No przecież nie nauczyła się tego w szkole. Przy okazji omawiania drażliwego tematu, jakim jest przyszłość bliższa i dalsza, usiłuję ugrać „małe conieco”.
- Wynika z tego, że moja uwaga na temat pobierania nauk zgermanizowanych w świetle twojego egzaminu językowego nie wydaje się być całkiem bezsensowna – walę z grubej rury do zamkniętych drzwi.
- Wybij sobie z głowy, matko, że będę uczęszczała popołudniami na więcej niż jeden język – odpowiadają drzwi.

A wydawałoby się, że argument miałam nie do zbicia.

10 czerwca 2010

Zofia Śródtrawna wydaje się być szczęśliwa

Zwłaszcza, gdy trawa przerasta kota. Całkiem sporego, nawiasem mówiąc.

Pruć w niej niczym łodołamacz. Rozchylać źdźbła nosem, krocząc na ugiętych łapach. Zapadać w spore kępy, wyciągać szyję, jak żyrafa, strzyc uszami, wytężać wzrok, aż oczy wychodzą z orbit i węszyć, węszyć, węszyć. Wciskać się w środek choinki, kichać pajęczynami, wycofywać się radykalnym rakiem i z satysfakcją spoglądać w górę, strzepując z głowy zeszłoroczne igliwie. Oraz oczywiście bezkarnie tarzać się w kurzu.

A potem, gdy pojawia się obcy staruszek, niepokojąco postukujący laską, zwiewać do domu w pozie lekko przykurczonej po to, by przed własnymi drzwiami dumnie wyprostować ogon i udawać, że ta ostatnia sytuacja w ogóle nie miała miejca. I że się nie przerywało spaceru od czasu do czasu, żeby przylgnąć całym kotem do łydki tego człowieka, przy którym tylko czasami traci się czujność i zapomina, że nie będzie się spoufalało i okazywało żadnych uczuć byle komu. I wtedy mruczy się, aż drżą szklanki w kuchennej szafce.

Nie mówcie nikomu, ale Zofia jest moim ulubionym kotem. Przy niej człowiek wie, gdzie jego miejsce i że niepytany ma się nie odzywać. Że na wejrzenia łaskawe trzeba sobie zasłużyć. Ale jak się zasłuży (trzeba być grzecznym przynajmnie przez tydzień, robić wszystko, co Zofia każe i nie podskakiwać), nagroda bywa OGROMNA.
Mnie to kręci.
No co? Nigdy nie upierałam się, że mam wszystkie klepki na miejscu.

PS Zofia kicha seryjnie (prawdopodobnie alergia) oraz pasjonująco zabawnie. Najśmieszniej natomiast czka.

9 czerwca 2010

Powiem krótko

Jest ciężko.
Podszczypywany Prezes donosi ze stolicy:
- Nie zachęcam cię. Ale i nie zniechęcam.

No i znowu, pozostawiona sama sobie, toczę trudną walkę pomiędzy chęcią a rozsądkiem.
Jakże nierówną.

tu klikać

6 czerwca 2010

Prezes w permanentnej delegacji


Nie wiem, czy wspominałam, ale zaczynam podciągać się pod syndrom Penelopy.
Dziś Prezes znów wyjeżdża na cały tydzień do Warszawy.
Na odchodnym (odjezdnym?) rzuca mi ostatnie przemyślenia.
Prezes: Chyba sprawdzę, co dają w teatrze. Jestem rzut beretem od Ateneum.
prezesowa: Jasne, aż żal nie skorzystać.
Prezes: Starzeję się chyba. Na te spotkania przyjeżdżają tacy młodzi chłopcy, których marzeniem jest iść do knajpy i walnąć browca. Szczytem wysublimowania jest wódka. A ja bym się napił whisky albo mojito.
prezesowa: Nie twój target jakby.
Prezes: Czas spojrzeć prawdzie w oczy.

3 czerwca 2010

Myślę, że ten blog jakoś w naturalny sposób się kończy

Nie chodzi oczywiście o to, że nie mam o czym pisać. Moje życie zmieniło się bardzo od czasu, kiedy wiedziona impulsem zaczęłam opowiadać o mojej codzienności. Nie na gorsze czy lepsze się zmieniło, ot – jest po prostu inaczej. Sięgnęłam onegdaj do archiwum, poczytałam nieco, pośmiałam się, a potem zadumałam nad tymi wszystkimi zmianami, które w moim życiu zaszły.

Kiedyś odczuwałam potrzebę, żeby opowiedzieć komuś o tych różnych śmiesznostkach, które spotykam na każdym kroku. One nadal istnieją, bo nie zmieniło mi się postrzeganie, tylko jakoś nie mam potrzeby, żeby mówić o nich. Tutaj. No i dzieje się tak, że w miesiącu pojawiają się dwie notki, a to z poczucia obowiązku.

Nie, to nie jest notka pożegnalna. Ja po prostu szczerze informuję, jaka jest sytuacja. Nie zamykam bloga, może nawet otworzę go w całości. Może nawet będę czasem coś pisała. Ale na pewno nie tak, jak kiedyś.

To se ne vrati, pane Havranek.

30 maja 2010

Po imprezie

Świeżo po czterdziestce syna pewnej naszej wspólnej znajomej na K (nie piszę, że chodzi o Krynię, bo po co miałaby się przyznawać, że ma czterdziestoletniego syna) jesteśmy wszyscy bardzo zadowoleni. Organizacja przyjęcia niespodzianki zajęła nam sporo czasu i energii, ale – zaprawdę powiadam wam – było warto.
Jubilat wyglądał na wielce usatysfakcjonowanego. W miarę upływu alkoholu satysfakcja rosła.

Była knajpka tylko dla nas, przyjęcie pierogowe (tak! I wszystkim się podobało), prezentacja multimedialna i muzyka live. Wyjątkowo dobra muzyka, zaznaczam.
A cała organizacja to opowieść na osobną notkę. W życiu się tyle nie nakłamałam, co przez ostatni miesiąc! Nawet nie podejrzewałam, że potrafię. Wyrzuty sumienia, jeśli jakieś były, zniknęły za dotknięciem czarodziejskiej różczki na widok podrygującego jubilata. Lekko rozklochmalonego – dodam.

Winszuję sobie więcej takich chwil w życiu.
Oby.

17 maja 2010

Rodzina Addamsów

Poczułam się wezwana przez drugą-mamę do odpowiedzi.

Z cyklu „Rodzina Addamsów”



Z cyklu „Moje najlepsze zdjecia”

3 maja 2010

Waterlowe reminiscencje

Ponieważ druga-mama zamieściła już swoją notkę na temat komunii (ma pierszeństwo), więc teraz pora i na mnie. Zwłaszcza, że pracę zadaną na długi weekend już łopatą przerzuciłam.

Ćmoje boje o ratowaniu w ekstremalnej sytuacji, opisane przez tę panią, dementuję. Po prostu byłam pod ręką, wielkie mi mecyje. Przejeżdżałam, to się zatrzymałam i zabrałam ocucone zwłoki Syna Nr 2 wraz z matką do domu, bo mi się miejsce w samochodzie marnowało. Zresztą w ramach rekompensaty, zostałam potem przekarmiona do rozpuku.

Było naprawdę fajnie, jak to zawsze u drugich. Szum, ruch, śmiechy i grupowe potrącanki. Szczęśliwie zjechała również siostra drugiej-mamy z potomstwem sztuk 2 (słownie: dwie), z czego jedno było chłopcem bardzo grzecznym (choć chodzą plotki, że czasem bywa inaczej), drugie natomiast dziewczynką trzymiesięczną, nieustannie przechodzącą z rąk do rąk. Tak, przyznaję się, również do moich, co zostało przez drugą-mamę już obśmiane, więc wszyscy mogą sobie darować. Tak, uprzedzam, że niańczyłam również Mańkę, a w dodatku uważam taką sytuację za zupełnie naturalną, skoro Córce Nr 1 noga ścierpła pod śpiącą Maniusią. Oczywiście, że nie lubię dzieci, co nie znaczy, że pożeram je bez gryzienia lub nie zbieram z podłogi, jak sobie nos rozkwaszą. I wystarczy już tych uśmieszków. Zresztą dzieci u drugich są wyjątkowe, nawet zastępcze. W ten czy inny sposób.

Syn Nr 1 był uprzejmy wykonać niewielki koncercik beatboxowy specjalnie dla mnie. W kuchni zresztą. Wesolutko się natomiast zrobiło, gdy do szalejącego przy pianinie Syna Nr 1 dosiadł się drugi-tata z gitarą. Na grupowe wycie spuśćmy zasłonę milczenia. Pocieszające jest jedynie to, że na moją skromną uwagę:
- Jak ja zaśpiewam, to pożałujecie!,
Syn Nr 1 spokojnie odparł:
- Daj spokój, jesteśmy przyzwyczajeni do mamy.
I to mnie nieco podniosło na duchu.

Niewątpliwą atrakcją dnia były dwie wizyty tzw. wzdychulców: jedna zaplanowana (narzeczony Córki Nr 1) i druga znienackowa (narzeczony Córki Nr 2). Obaj przeszli ciężkie chwile – chyba nikt sobie nie wyobraża, że nie rzuciliśmy się na świeże mięsko jak zgraja wygłodzonych wilków. Obu trzeba przyznać, że znieśli to mężnie, co jednoznacznie kwalifikuje ich przydatność. Zwłaszcza tego drugiego, gdyż nie miał biedaczek ani chwili na psychiczne przygotowania, a wpadł w samo oko cyklonu, gdy teściowa in spe dopadła go radośnie kwicząc:
- Rosołku???
Zaznaczam, że to było już przy torcie.

Druga-mama jest oczywiście całkowicie wydolna wychowawczo, na co posiada liczne dyplomy. Nie pozwala wycierać nosów w rękawy ani bród w obrusy (tak, tak, były – białe), ale konkurs na najgłośniejsze siorbanie nieźle nam poszedł. Że już o propozycjach wciągania makaronu nosem nie wspomnę. Odbrązawiam niniejszym: drudzy są po prostu fajnymi, normalnymi ludźmi, dla których drobiazgi nie są problemem, a dzieci w ich domu są po prostu szczęśliwe. Bo kogo nie zachwyciłaby matka, demonstrująca przy komunijnym stole, jak się wciąga do buzi makaron za pomocą pociągania za uszy. Nawet mojemu Potomstwu się podobało, co bynajmniej nie oznacza, że my jesteśmy drętwi.

Drugiej-mamie żal było, że nie udało się jej z powodu kosmicznej ulewy prowadzać pod kościołem z eleganckim gościem (no co??? kazała mi się wystroić, to się wystroiłam), mnie natomiast – jak zawsze – żal było wyjeżdżać. Pocieszające jest jedynie, że o cykliczność spotkań wystąpiło do mnie potomstwo drugich, co znakomicie rokuje. No to czas ustalić jakieś cykle.
Że już nie wspomnę o fakcie, że tego lata nie odpuszczę sobie jakiegoś weekendu pod drzewkiem w ogrodzie. W końcu drugiej-mamie przy stole przypomniało się, że drugi-tata ma wobec mnie niespłacony dług (podpowiadam: ten od drinków z parasolką i piórka w d.pie). Może więc dam mu w końcu szansę.

Trwające w oczekiwaniu moje-waterloo.

26 kwietnia 2010

Do Kryni02 list otwarty

Kochana!

Normalnie nie mam takiego zwyczaju, ale nie mogę się do Ciebie dodzwonić, żeby powiedzieć Ci to osobiście. Ciśnienie, związane z tą sprawą, nie da mi normalnie funkcjonować. Muszę, bo się uduszę.

Jarosław startuje w wyborach. Naród go wezwał.
A NIE MÓWIŁAM???

Wisisz mi dolara.

Całuję,
moje-waterloo

Una

Notka dedykowana drugiej-mamie, jako twórczyni określenia.

Kilka lat temu w naszym związku zaistniała Una. Nie opowiadam o tym zbyt wiele, ponieważ nie odczuwam parcia na chwalenie się podobnymi dramatami. Una zawsze stara się być przydatna, pomocna i usłużna w zakresie potrzeb szanownego pana małżonka. Dzwoni, przyjeżdża (gdy nie ma mnie w domu), wysyła smski i maile. Tęskni i potrzebuje stałego kontaktu. Znoszę Uną z podziwu godną cierpliwością, ponieważ dostrzegam, że szanownemu panu małżonkowi jest z tym dość wygodnie, choć czasem nawet on traci cierliwość, gdy Una dzwoni już 20 minut po rozstaniu.

Rano Una zawsze dba, by szanowny pan małżonek dobrze zaczął dzień. Dzwoni i pyta, czy ma ochotę na pączusia i z jakim w tym dniu ma być pączuś nadzieniem. Kupuje chlebek. Kusi świąteczną szyneczką domowej produkcji. Jest zwarta, gotowa wspierać szanownego pana małżonka, robić z nim interesy oraz uczestniczyć w jego życiu w systemie ciągłym i na bieżąco. Całkiem nawet jesteśmy z Uną zaprzyjaźnione, o ile można tak to określić w podobnej sytuacji.

Ostatnio w kuchni zadzownił telefon szanownego pana małżonka. Ów przebywał w kabineciku na pięterku, postanowiłam więc oszczędzić mu szalonego galopu po schodach. Zerknęłam na wyświetlacz – Una. No to z westchnieniem odebrałam:
- Witaj, Adasiu. Tu sekretarka Twojego szefa. Zaraz podejdzie do telefonu.

23 kwietnia 2010

Aktywne Życie

We wtorek 6.04 br. odbył się pierwszy trening nowej drużyny Rugby na Wózkach, która powstała dzięki staraniom Stowarzyszenia Aktywne Życie i Integracyjnego Klubu Sportowego. W skład drużyny wchodzą wyłącznie z osoby porażeniem czterokończynowym (tetraplegia), niektóre z nich pokonują nawet 200 km, żeby móc wziąć udział w treningu.

Do gry w Rugby na Wózkach niezbędny jest specjalistyczny sprzęt, aby zapewnić bezpieczeństwo zawodników i równe szanse rywalizacji sportowej – najważniejsze są wózki – inne dla zawodnika atakującego i dla obrońcy, poza tym piłki, rękawice, pachołki i inne drobne akcesoria. Niestety sprzęt ten jest bardzo drogi i przeciętna cena wózka to ok. 12.000 zł.
Prowadzimy zbiórkę funduszy na zakup wózków i prosimy wszystkich o wpłaty środków na ten cel. Wpłat można dokonywać w następujący sposób:

- bezpośrednio na rachunek Stowarzyszenia – 63 1140 2017 0000 4402 1141 4572;

- systemem płatności elektronicznych lub kartą kredytową, poprzez system Dotpay (okienko do wpłat znajduje się w prawym dolnym rogu strony www.aktywnezycie.org);

- wysyłając sms’a o treści AT.RUGBY na numer 75068, o stałej wartości 6,10 zł brutto.

Trzeba mieć jednak świadomość, że jedynie bezpośrednia wpłata na konto trafi do Stowarzyszenia w pełnej wysokości. Wpłata przelewem elektronicznym zostanie obciążona marżą firmy, obsługującej płatności, a od wpłaty sms’em należy jeszcze odliczyć podatek VAT.

Efekty zbiórki funduszy prezentujemy na diagramie w formie termometru (na stronie www.aktywnezycie.org) . Osiągnięcie poziomu 100% pozwoli na zakup jednego wózka.

16 kwietnia 2010

Dla rozluźnienia

Mam w pracy kolegę (kolega kerownik), który ostatnimi czasy oszalał już kompletnie* i dokształca się jak opętany. Nie nadążam już za liczbą odbytych przez niego studiów podyplomowych, a tu jak diabeł z pudełka wyskakują dodatkowo szkolenia. Ogółnie temat nic do życia nie wnosi, oprócz powszechnej irytacji, ponieważ kolega kerownik, napompowany wiedzą, usiłuje teorię łączyć z praktyką i wdrażać różne usprawnienia, które tylko doprowadzają ludzkość do rozpaczy, bo jak wiadomo teoria i praktyka nie tylko nie leżą obok siebie na półce, ale nawet na tym samym regale, a – jak ostatnio podejrzewam – może i w dwóch zupełnie różnych magazynach, na dwóch zupełnie innych końcach województwa.
Niemniej czasami udaje mu się wstrzelic z anegdotką.

Anegdotka.

W trakcie warsztatów, obecnym panom wezbrała w sercach jakaś żałość** i rozpoczęli wielopiętrową dyskusję na temat płci przeciwnej, której podsumowaniem było szumne hasło do wpisywania na sztandarach: KOBIETY LECĄ NA KASĘ.
Gdy zaczęli przeginać, do dyskursu wtrącił się prowadzący i powiedział:
- Ale chwila, panowie, to nie tak. Jak wiecie, mam za sobą studia psychologiczne, a więc wytłumaczę wam, jak to naprawdę działa. Otóż pewne zachowania są atawistyczne. Wiecie, jak to kiedyś było: najbardziej pożądanym w wiosce samcem był ten, który przyniósł na ramionach upolowanego żubra. Dawał pożywienie, poczucie bezpieczeństwa…
Zapadła nabrzmiała zadumą cisza, którą przerwał głos męski, pochodzący z tyłu sali:
- Ech… A teraz człowiek przyniesie do domu cztery żubry i jeszcze za to oberwie…

* co skądinąd w zakładzie dla obłąkanych nie jest wcale przypadkiem odosobnionym
** tzw. zaleganie afektu (dodam – bez efektu)

9 kwietnia 2010

Dialogi na 4 rogi

Ola                           (14:15) jest u ciebie MM?
prezesowa               (14:15) poszedł
Ola                           (14:15) :(
prezesowa               (14:15) zadzwoń na komórkę ;)
Ola                           (14:15) szefowa…
prezesowa               (14:16) łi?
Ola                           (14:16) gdybyś mnie uprzedziła, że chcesz mi dziś wciulać, to zrobiłabym se peeling na tyłku
Ola                           (14:16) :)))
prezesowa               (14:16) hahahah
prezesowa               (14:16) skąd wiesz, co mam na myśli mówiąc „wciulać”…
Ola                           (14:17) no ja mam tylko jedno
Ola                           (14:17) :)
prezesowa               (14:17) musisz wypuścić swój umysł z okowów
Ola                           (14:18) ahahha
Ola                           (14:18) hhahahah
prezesowa               (14:18) :D
Ola                           (14:18) z okowów!!!!
prezesowa               (14:18) z okowów wiecznego chodzenia utartymi ścieżkami
Ola                           (14:19) a to fakt
Ola                           (14:19) przydałoby mi się
prezesowa               (14:19) a widzisz

Dla mnie na zachodzie rozpiąłeś tęczę blasków promienistą

Melancholia mnie dopadła, sama nie wiem czemu. Pewnie to wina słońca, które raczej uporczywie zachodzi niż świeci. Chciałoby się wiosny przez W.

Zielono się robi powoli, choć jeszcze nie w sposób satysfakcjonujący mnie w pełni. Widziałam już bardziej kwietne kwietnie.

To idę pobyć refleksyjna.

8 kwietnia 2010

Wielk kambak

I tak sobie powróciłam wczoraj do pracy.

W nagrodę za dobrze wypełniane obowiązki szefostwo dołożyło mi roboty, ale za to odebrało 2 etaty. Czy ja wyglądam, jakbym była z gumy? Przyparta do muru wygłosiłam mowę do ludu chińskiego przez lufcik:

1. kiedy dostałam ten dział:
- od dawien dawna były w nim 4 etaty ponad program,
- stan etatowy był święty i nienaruszalny,
- wszyscy pracownicy mieli wykorzystane 150 nadgodzin rocznie,
- terminy ustawowe standardowo nie były dotrzymywane,
- panował chaos, burdel oraz nikt nie był za nic odpowiedzialny,
- nikt nie prowadził żadnych statystyk, dotyczących równomiernego obciążenia pracą oraz ogólnego rozdziału obowiązków;

2. po upływie pół roku:
- odebrano mi 2 etaty,
- nic już nie jest święte,
- wszyscy pracownicy opuszczają budynek o 15.30,
- a w międzyczasie latają i załatwiają sobie różne prywatne sprawy,
- nikt nie wykorzystał nawet minuty ponad program (serio, serio, bez ściemy),
- cała korespondencja odchodzi terminowo, a nawet sporo przed terminem,
- każdy odpowiada za każdą sprawę, której dotknie, co wszystkim dobrze zrobiło,
- co miesiąc generuję z systemu informacje, dotyczące obciążenia pracą, przekazuję zestawienia pracownikom, bo nic o nas bez nas i nie powinni czuć się traktowani po macoszemu, zakresy czynności zostały urealnione i w dodatku każdy ma prawo zgłosić zastrzeżenia, czego nikt oczywiście nie robi, bo są przy zdrowych zmysłach,
- zdarza nam się imprezować po pracy, a czasem – o zgrozo – i podczas.

W związku z tym odbiera mi się kolejne 2 etaty i dokłada pracy.
A GÓWNO.

Pracę przyjęłam, bo ja się pracy nie brzydzę.
Zamiast 2 etatów oddaję 1 i oświadczam, że to koniec.
Żądam pieniędzy dla ludzi.

Póki co, aktualne i zaakceptowane są wyłącznie dwa pierwsze punkty.
O trzecim przypomnę przy premii.

27 marca 2010

Okazuje się, że jeszcze czymś można mnie zaskoczyć

Dziwacznie jakoś wczoraj do południa spłynęły do mnie tylko dwie teczki z korespondencją. Moja dzienna norma waha się w granicach 20 – 40 (sic!). Ponieważ odbywałam mnóstwo spotkanek, jakoś nie pobudziło to mojej czujności w sposób dramatyczny. Około południa jedna z moich pracownic poprosiła o pilne spotkanie w problematycznej sprawie. Po dwóch minutach drzwi się otworzyły i… staneła w nich liczna grupa z wielkim pakunkiem oraz chochocikiem. Pakunek wysunął się na czoło, a zaraz za nim T., oświadczając znad folii, że wypadałoby, abym wstała, gdyż nie będą się ze mną widzieli do świąt i zamierzają mnie obsypać pocałunkami na zapas. Zaskoczona dałam się obsypać, a następnie zapytałam, czy coś się stało z pracą. Chichocik wzmógł się w tylnych rejonach grupy, natomiast T. oświadczył, że strajkują. Ponieważ nie mam zwyczaju być łamistrajkiem, pogoniłam MM po ciastka i zarządziłam kawę.

Przebiegając w międzyczasie przez sekretariat zauważyłam sterty piętrzących się MOICH teczek. Wysypało się… Moi pracownicy urządzili króciutką naradę służbową i postanowili podarować mi dodatkowy dzień wolny, załatwiając całą korespondencję we własnym zakresie i bez mojego udziału!

Ja mam słabe serce i oczy na mokrym miejscu, naprawdę.
Już dawno nikt mnie niczym tak nie ujął.
No lubią mnie, co? A tak się starałam, żeby nigdy do tego nie doszło!
Bzdura. Jestem rozklejona i rozczulona do nadal.

26 marca 2010

O tym, czego można zapomnieć


Zapomnieć można właściwie wszystkiego. Ja na przykład nałogowo zapominam, w którym miejscu na parkingu pod sklepem postawiłam samochód. Zapominam kluczy. Oddać Protoplastce jej gary, w których przyniosłam do domu tzw. łaskawą wałówkę. Raz nawet zapomniałam zabrać ze sobą do pracy laptopa.

Ale żeby zapomnieć zabrać do domu własnej żony???
Przeanalizuję ten nabrzmiały fakt szczegółowo.

25 marca 2010

Dialogi na 4 nogi

prezesowa         (14:50) zasada, mój Sancho Pansa, jest następująca: nie kop pana, bo się spocisz
MM                   (15:05) niech i tak będzie SINIORITO
prezesowa         (15:06) czasem jestem taka dowcipna, że sama nie mogę ze sobą wytrzymać
MM                   (15:13) no cóż
prezesowa         (15:14) no cóż… oczekiwałam jakiegoś barwniejszego podsumowania mojego zarozumialstwa
MM                   (15:21) to może wykonam FALĘ MEKSYKAŃSKĄ – to takie południowe
prezesowa         (15:21) BRAWO – uwielbiam TAKIE teksty

24 marca 2010

Wykrzyknikowo

Szefowa wróciła ze zwolnienia lekarskiego po wypadku! Czuję się cudownie! Jestem radosna, jak skowroneczek i lekka , jak piórko! Nic mnie dziś nie wyprowadzi z równowagi!!!

Żegnaj, dyrektorskie pełnomocnictwo! Żegnaj praco ponad siły! Żegnajcie problemy 1400. pracowników!

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!!! Zaraz oszaleję ze szczęścia!!!

Witaj mój zaległy urlopie!!! Tęskniłam.

23 marca 2010

Reality Show cz. 7 – złoto dla wytrwałych

Z racji obciążenia obowiązkami nie aktualizowałam reality show. Trochę się nazbierało, więc podzielę na odcinki i będę snuć swą opowieść jeszcze przez czas jakiś.

Odcinek 7 jest zagadką.
Co może zrobić obiekt w dziedzinie służbowej, aby rozbudzać uczucia prezesowej w stosunku do własnej osoby?

czas na zastanowienie

podpowiedź:
Dział, któremu przewodzi prezesowa, zajmuje się m.in. rozpatrywaniem klientowskich reklamacji. W związku z tym prezesowa stale jest nieszczęśliwa, bo wszyscy klienci, którzy do niej trafiają, nienawidzą całego zakładu dla obłąkanych, z prezesową na czele, jako przedstawicielem.

koniec czasu na zastanowienie

Przychodzi prezesowa pewnego dnia do jednego z pokoi, zajmowanych przez jej pracowników, w którym notabene siedzi MM. Wkracza, od progu radośnie wita się z ludzkością. Ludzkość natychmiast rzuca się na prezesową, ponieważ jest ona, zwłaszcza ostatnio, towarem deficytowym. Prezesowa opędza się jak od przykrego owada, rozbieganym wzrokiem szukając drogi ucieczki. Ponieważ pracownicy w rzeczonym pomieszczaniu, z pominięciem oczywiście obiektu, są dość zdyscyplinowani i jak prezesowa na nich huknie, to zajmują grzecznie miejsca oraz z przesadną gorliwością rzucają się do pracy, proces rozrywania przełożonego na strzępy zostaje opanowany. W zapadającej, pieszczącej mile ucho ciszy, przed przyjmujące wyraz ulgi oblicze prezesowej przypływa MM, dzierżąc w dłoni plik dokumentów i ustawiając się pomiędzy nią, a jedyną drogą ucieczki. Prezesowa z westchnieniem przejmuje dokumentację, przegląda ją, a w tym czasie MM scenicznym szeptem oświadcza:

- Sprawa była skomplikowana i klient się japił. W związku z powyższym udałem się do niego do domu w godzinach popołudniowych i wytłumaczyłem mu niewłaściwość jego zachowania. Na tę okoliczność sporządziłem notatkę służbową. Z pewnością szefowa przyzna, że się staram! Ja tego zwykle nie robię!
- Robisz to wyłacznie dla mnie?
- Ma się rozumieć!!!
- A więc przyznaję – przyznaje prezesowa, nie wiedząc czy się śmiać, czy płakać, czy może pochylić głowę w pokorze przed tym płomieniem.

Kilka godzin później prezesowa opowiedziała tę historyjkę swojemu szefowi, a następnie rozbrajająco zaproponowała:
- W razie, gdyby następowały jakieś zmiany, sformuj mi dział złożony z samych chłopców. Wtedy zobaczysz, co jeszcze możemy dla państwa zrobić.
Z błysku w oku szefa prezesowa wywnioskowała, że w ewentualnej zmieniającej się rzeczywistości otrzyma w darze stu pracowników i wszyscy będą kobietami po pięćdziesiątce.
W końcu trzeba jej dać szansę, żeby się mogła wykazać.

19 marca 2010

Dokonało się!

Szumne hasło przywitało mnie w drzwiach mieszkania J., gdzie zostałam wezwana „na jednej nodze” z powodu walenia się świata.
- Bardzo się cieszę, podskakuję, gratuluję i całusków moc – podsumowałam, ponieważ znam osobiście szefa J., bardzo go lubię, szanuję i jestem mu dozgonnie wdzięczna za pewne wydarzenia z przeszłości. Wobec powyższego jego zmaterializowana wreszcie habilitacja oddziaływuje na mnie osobiście.
- Ale jest problem. – J. przeszła płynnie do rzeczy – Laurka.
Westchnęłam. Ciągle tak mam. Była nawet taka chwila, gdy uznałam, że mogę z tego żyć. Po pięćdziesięciu następnych przypadkach zbrzydło mi.
- Długopis i kartka! – zarządziłam tonem nieznoszącym sprzeciwu, ponieważ zasadniczo nie odmawiam w takich sytuacjach. A J. nie odmawiam nigdy niczego, bo ją kocham uczuciem całkowicie czystym oraz wypranym z wszelkich negatywnych emocji.
Atrybuty pisarza laurek zostały dostarczone w mgnieniu oka, a z nimi kieliszek demi sec, które zresztą przysmyczyłam własnoręcznie. A potem już tylko…

Ten sam garniturek biały,
ten sam wyraz twarzy śmiały,
takie samo dumne czoło,
ten sam wzrok, co toczy wkoło.

Niby nic się nie zmieniło,
ale Szefa nam przybyło.
Jakby wyższy, w barach szerszy,
więc niesiemy w darze wierszyk.

I w meandry, i w zakola,
jeśli taka Twoja wola,
płyń więc, prowadź nas – okręcie!
Nie doktorze, lecz DOCENCIE!!!

17 marca 2010

Powolutku, dostojnym krokiem,

pod pachą dzierżąc kalifornijskiego Zifandela, natomiast w garści hiszpańskie Tinto (oba czerwone oraz demi sec), przemierzam sklep w kierunku oczekującego Prezesa.
- Nie wspominałaś wcześniej, że dzisiejszy wieczór zamierzasz spędzić u J. I to naprawdę do późna. – oświadcza Prezes,
- Po czym wnosisz? – pytam niewinnie, a po jego westchnieniu dodaję – Na dziś jest tylko jedna. Druga po to, żeby tu zbyt prędko nie wracać.

Podsumowując: mam w barku dwa wina i leżę trzeźwa w łóżku o 19.20.
Oto zagadka,

12 marca 2010

Bywamy obrzydliwi

Nie zawsze bowiem żarciki w godzinach służbowych mogą być na poziomie.

Osoby:
O.
M.
prezesowa

Czas akcji:
12.00

Miejsce akcji:
przestrzeń telekomunikacyjna

dzwoni telefon
prezesowa: Zakład dla obłąkanych, prezesowa, słucham.
O: Dzień dobry… Tu pracownik O. Łączę rozmowę.
prezesowa: A łącz se. Ale z kim?
O: Z M.
M: Halo. Tu pracownik M.
prezesowa: Czego, grzecznie pytam?
M: Powiem krótko. (radosnym szczebiotem) Wieś Maca???
prezesowa: Dziękuję uprzemnie. Wieś Maki mi się odkładają w oponie.
M: Hmmm… To inaczej. (radosnym szczebiotem) Lodzika???
prezesowa: Moja droga… Lodzika to ty będziesz oferowała, jak będziesz miała przełożonego mężczyznę.
M: Gadanie. Wlezę pod biurko i ani piśniesz. To idę po lodziki dla innych! Pa, pa.

9 marca 2010

Kiedy jest mi naprawdę ciężko

otwieram szufladkę w szafce nocnej i wyciągam z niej „Kubusia Puchatka”. Śpi tam sobie spokojnie tuż obok Przyjaciela, mojego przyjaciela z dzieciństwa. Nie powiem wam, ile Przyjaciel ma lat, bo wyszłoby na jaw, że jest w wieku balzakowskim.

Nie mam już więcej zabawek z dzieciństwa. Mam natomiast książki, co uważam za zupełnie niegroźną chorobę. Po prostu nie umiem pozbywać się książek i koniec. Wobec powyższego oświadczenia wnoszę, że Krynia głęboko docenia, że podarowałam jej kiedyś „Dzienniki” Marii Dąbrowskiej. I to wcale nie dlatego (docenia), że rzeczone „Dzienniki” są moją ulubioną książką. Bynajmniej.
Chodzi o trud rozstania.

Mój szef też najwyraźniej przeżywa trud naszego rozstania, ponieważ jak tak dalej pójdzie, będzie musiał się ze mną rozstać. Gdyż zejdę. I on najwyraźniej zaczyna to rozumieć, ponieważ zawezwał dziś moją koleżankę i poprosił, żeby mi pomogła, ponieważ albowiem się przepracowuję.
Albo go przeceniam, a tylko mi się pogorszyło na wyglądzie.

Wpadłam dziś do domu i pomyślałam naprędce, że koszmarnie zaniedbuję ostatnio rodzinę. Wobec tego olśnienia w ciągu pół godziny:
- rozładowałam zmywarkę,
- załadowałam zmywarkę,
- posprzątałam ten chlew i umyłam zlew (ekskjuze za częstochowski),
- dorobiłam kuleczki ziemniaczane do skrzydełek, zmontowanych wcześniej przez Prezesa,
- machnęłam risotto na jutro, bo Potomstwo sobie zażyczyło,
- wykonałam sałatkę owocową,
- przesortowałam szmaty i puściłam pralkę,
- zmyłam lakier, bo mi odpryskał i zrobiłam prawie cały manicure,
- prawie cały, bo musiałam wyjść i odebrać Potomstwo z angielskiego.

Jestem właśnie obiektem podziwu podstawowej komórki społecznej.

Uprzedzam ich, żeby się nie nagrzewali, bo to prawdopodobnie odosobniony przypadek.

Szefowa podobno wraca za dwa tygodnie. Przetrwam, przetrwam, przetrwam…

8 marca 2010

Najzabawniejsze zdanie, jakie ostatnio przeczytałam

„I tytanicznym wysiłkiem woli przełamawszy wrodzone opory, zabrał się do myślenia”.

Andrzej Pilipiuk: Homo bimbrownikus.

Jakie na czasie, mój boże…

7 marca 2010

O 21.40

w niedzielę zorientowałam się, że z nieznanych bliżej przyczyn nie spędziłam przez cały, niezwykle krótki, łikend ani jednej minutki na moim ulubionym krzesełku. Na Śląsku takie krzesełko się nazywa ryczka. Nie badam, czy chodzi o ryczenie. Otóż moja ryczka jest jedynie poniekąd ryczką, ponieważ ma pochodzenie skandynawskie i nabyłam ją w IKEi. W dodatku wcale nie jest ryczką, tylko schodkiem. A właściwie dwoma. Bardzo to praktyczne.

Ja tu, panie dziejaszku, takie ulubione miejsce mam. W kuchni oczywiście, gdzie moje miejsce. Siadam sobie, czytam książki albo, czego można się spodziewać – blogi. Palę papieroski i popijam sobie, co tam mam pod ręką, czasem wino (pamiętam taką onegdysiejszą notkę własną zimową, że mnie stać na wino, no więc nadal mnie stać, ostatnio zwłaszcza mentalnie). Opieram się nieco. O kaloryfer, ma się rozumieć, gdyż lubię ciepełko. Tak się przebiegle urządziłam.

I stwierdzam nagle, że żyję ostatnio dziko do tego stopnia, że cały łikend nie siedziałam na mojej skandynawskiej ryczce, co mnie zirytowało, więc przyszłam. Nastrój mi topuje, bo zrobiłam bilans. I po raz pierwszy w życiu zgodził mi się w jeden dzień. Doprawdy niesłychane.

Mniej mnie jakoś cieszy, że jutro trzeba do pracy. A chciałam nadmienić, że mam jeszcze 6 dni urlopu. Zaległego, tak, tak. Powiem coś dziwnego: nie chcę pieniędzy! Żądam dni wolnych. Zresztą wygraliśmy trójkę w lotto. Swoją drogą, to po prostu żenujące, żeby wygrywać trójkę, jak jest kumulacja 8 milionów. A ja po 20 latach znalazłam wreszcie zegarek, który mi się podoba. Poszłam go nawet przymierzyć, bo to fajne postać sobie przed lustrem w zegarku za dwa tysiące.

I co? Że rzeczywistość skrzeczy? Mam to gdzieś. Nie zamierzam jutro pracować ani minuty ponad wymiarowe 8 godzin. A potem wybiorę się do tzw. lokalu. I nadużyję alkoholu.
No dobra… Trochę tylko nadużyję, bo wtorek nie sobota. Możecie obstawiać zakłady, kto koło mnie usiądzie. Nadmieniam jedynie, że MM jest wysoko punktowany, więc dużej wygranej nie będzie.

5 marca 2010

Reality Show cz. 6 – bunt na Bounty

Wypada doprecyzować, że osładzanie życia nazywa się Bounty Dark. Wcześniej to nie wydawało mi się istotne, ale zapatrywanie się zmieniło.

Rzecz wydarzyła się w środę późnym popołudniem.

dygresja

Ponieważ reality ma się dobrze, musimy go jakoś nazwać, tak? O ile sobie przypominam, już tu kiedyś zamieszczałam dyskusję z komunikatora, więc niech zostanie MM.

koniec dygresji

MM przybył tanecznym krokiem, popatrzył ze współczuciem na moje lekko już zajeżdżające zwłoki, wyciągnął rękę i położył przede mną Bounty Dark.
- A dlaczego właśnie to – powiedział – porozmawiamy jutro. Oczekuję wybujałych koncepcji.
W odpowiedzi mogłam tylko westchnąć.
W czwartek przetrzymał mnie do południa. A potem nawiązał. Teleinformatycznie. Niestety, chyba się co do mnie pomylił, bo nie jestem ostatnio w stanie wykrzesać z siebie ABSOLUTNIE NIC. Nawet usilnie zachęcana.
Przypłynął pod koniec pracy.
- Słucham propozycji – oświadczył – ostatnia szansa.
- Chcesz, żebym się rozpłakała?
- Podpowiadam: hasło reklamowe.
- …
- Smak raju… wieczorem. O sobie mówię – doprecyzował i uśmiechnął się promiennie.
Poczułam, że nie dam rady podnieść nogi, żeby kopnąć go w tyłek.

Dziś mówi do mnie per „feldmarszałku”.
Przepraszam, nic za to nie mogę. Nie umiem go nie lubić. Nie umiem nie śmiać się z jego żartów. Nie umiem go zabić.

PS Muszę o tym pisać. Nie mogę pisać o pracy, bo jestem na wykończeniu. Dziś rano obudziłam się z płaczem. Jak zacznę pisać o pracy, to wyskoczę przez okno. A ludzie narzekają na bezrobocie – wybacz im, Panie, bo nie wiedzą,co czynią.

4 marca 2010

Teksańskiej masakry łagodne zakończenie

Zupełnie poważnie obawiałam się, że młodego człowieka będzie trzeba przenieść w inne miejsce. Na szczęście Teksańska odbyła się po południu w piątek, więc przez weekend wszyscy mieli czas, by ochłonąć, co przyniosło efekty.

W poniedziałek nie odzywał się ani słowem… do 12.00. A potem nie wytrzymał. Kiedy zamigał mi na pasku, nie będę ukrywała – lekko ścisnął mi się żołądek. Na szczęście okazało się, że kontakt uległ modyfikacji, czyli jednak to, co powiedziałam w piątek, zostało przemyślane, przetrwawione i wdrożone. Rozmowy nadal trwają, nadal są dowcipne, ale neutralne. A poza tym stara się osłodzić mi życie – ciężkie obecnie. Dosłownie osłodzić. Wczoraj – czekoladkami. Prawdopodobnie już bardzo widać, jaka jestem zmęczona.

Podsumowując, powiem tylko jedno: szkoda, że nie szef. Bo jak to wszystko potrwa jeszcze trochę, to się wykończę.