27 marca 2010

Okazuje się, że jeszcze czymś można mnie zaskoczyć

Dziwacznie jakoś wczoraj do południa spłynęły do mnie tylko dwie teczki z korespondencją. Moja dzienna norma waha się w granicach 20 – 40 (sic!). Ponieważ odbywałam mnóstwo spotkanek, jakoś nie pobudziło to mojej czujności w sposób dramatyczny. Około południa jedna z moich pracownic poprosiła o pilne spotkanie w problematycznej sprawie. Po dwóch minutach drzwi się otworzyły i… staneła w nich liczna grupa z wielkim pakunkiem oraz chochocikiem. Pakunek wysunął się na czoło, a zaraz za nim T., oświadczając znad folii, że wypadałoby, abym wstała, gdyż nie będą się ze mną widzieli do świąt i zamierzają mnie obsypać pocałunkami na zapas. Zaskoczona dałam się obsypać, a następnie zapytałam, czy coś się stało z pracą. Chichocik wzmógł się w tylnych rejonach grupy, natomiast T. oświadczył, że strajkują. Ponieważ nie mam zwyczaju być łamistrajkiem, pogoniłam MM po ciastka i zarządziłam kawę.

Przebiegając w międzyczasie przez sekretariat zauważyłam sterty piętrzących się MOICH teczek. Wysypało się… Moi pracownicy urządzili króciutką naradę służbową i postanowili podarować mi dodatkowy dzień wolny, załatwiając całą korespondencję we własnym zakresie i bez mojego udziału!

Ja mam słabe serce i oczy na mokrym miejscu, naprawdę.
Już dawno nikt mnie niczym tak nie ujął.
No lubią mnie, co? A tak się starałam, żeby nigdy do tego nie doszło!
Bzdura. Jestem rozklejona i rozczulona do nadal.

26 marca 2010

O tym, czego można zapomnieć


Zapomnieć można właściwie wszystkiego. Ja na przykład nałogowo zapominam, w którym miejscu na parkingu pod sklepem postawiłam samochód. Zapominam kluczy. Oddać Protoplastce jej gary, w których przyniosłam do domu tzw. łaskawą wałówkę. Raz nawet zapomniałam zabrać ze sobą do pracy laptopa.

Ale żeby zapomnieć zabrać do domu własnej żony???
Przeanalizuję ten nabrzmiały fakt szczegółowo.

25 marca 2010

Dialogi na 4 nogi

prezesowa         (14:50) zasada, mój Sancho Pansa, jest następująca: nie kop pana, bo się spocisz
MM                   (15:05) niech i tak będzie SINIORITO
prezesowa         (15:06) czasem jestem taka dowcipna, że sama nie mogę ze sobą wytrzymać
MM                   (15:13) no cóż
prezesowa         (15:14) no cóż… oczekiwałam jakiegoś barwniejszego podsumowania mojego zarozumialstwa
MM                   (15:21) to może wykonam FALĘ MEKSYKAŃSKĄ – to takie południowe
prezesowa         (15:21) BRAWO – uwielbiam TAKIE teksty

24 marca 2010

Wykrzyknikowo

Szefowa wróciła ze zwolnienia lekarskiego po wypadku! Czuję się cudownie! Jestem radosna, jak skowroneczek i lekka , jak piórko! Nic mnie dziś nie wyprowadzi z równowagi!!!

Żegnaj, dyrektorskie pełnomocnictwo! Żegnaj praco ponad siły! Żegnajcie problemy 1400. pracowników!

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!!! Zaraz oszaleję ze szczęścia!!!

Witaj mój zaległy urlopie!!! Tęskniłam.

23 marca 2010

Reality Show cz. 7 – złoto dla wytrwałych

Z racji obciążenia obowiązkami nie aktualizowałam reality show. Trochę się nazbierało, więc podzielę na odcinki i będę snuć swą opowieść jeszcze przez czas jakiś.

Odcinek 7 jest zagadką.
Co może zrobić obiekt w dziedzinie służbowej, aby rozbudzać uczucia prezesowej w stosunku do własnej osoby?

czas na zastanowienie

podpowiedź:
Dział, któremu przewodzi prezesowa, zajmuje się m.in. rozpatrywaniem klientowskich reklamacji. W związku z tym prezesowa stale jest nieszczęśliwa, bo wszyscy klienci, którzy do niej trafiają, nienawidzą całego zakładu dla obłąkanych, z prezesową na czele, jako przedstawicielem.

koniec czasu na zastanowienie

Przychodzi prezesowa pewnego dnia do jednego z pokoi, zajmowanych przez jej pracowników, w którym notabene siedzi MM. Wkracza, od progu radośnie wita się z ludzkością. Ludzkość natychmiast rzuca się na prezesową, ponieważ jest ona, zwłaszcza ostatnio, towarem deficytowym. Prezesowa opędza się jak od przykrego owada, rozbieganym wzrokiem szukając drogi ucieczki. Ponieważ pracownicy w rzeczonym pomieszczaniu, z pominięciem oczywiście obiektu, są dość zdyscyplinowani i jak prezesowa na nich huknie, to zajmują grzecznie miejsca oraz z przesadną gorliwością rzucają się do pracy, proces rozrywania przełożonego na strzępy zostaje opanowany. W zapadającej, pieszczącej mile ucho ciszy, przed przyjmujące wyraz ulgi oblicze prezesowej przypływa MM, dzierżąc w dłoni plik dokumentów i ustawiając się pomiędzy nią, a jedyną drogą ucieczki. Prezesowa z westchnieniem przejmuje dokumentację, przegląda ją, a w tym czasie MM scenicznym szeptem oświadcza:

- Sprawa była skomplikowana i klient się japił. W związku z powyższym udałem się do niego do domu w godzinach popołudniowych i wytłumaczyłem mu niewłaściwość jego zachowania. Na tę okoliczność sporządziłem notatkę służbową. Z pewnością szefowa przyzna, że się staram! Ja tego zwykle nie robię!
- Robisz to wyłacznie dla mnie?
- Ma się rozumieć!!!
- A więc przyznaję – przyznaje prezesowa, nie wiedząc czy się śmiać, czy płakać, czy może pochylić głowę w pokorze przed tym płomieniem.

Kilka godzin później prezesowa opowiedziała tę historyjkę swojemu szefowi, a następnie rozbrajająco zaproponowała:
- W razie, gdyby następowały jakieś zmiany, sformuj mi dział złożony z samych chłopców. Wtedy zobaczysz, co jeszcze możemy dla państwa zrobić.
Z błysku w oku szefa prezesowa wywnioskowała, że w ewentualnej zmieniającej się rzeczywistości otrzyma w darze stu pracowników i wszyscy będą kobietami po pięćdziesiątce.
W końcu trzeba jej dać szansę, żeby się mogła wykazać.

19 marca 2010

Dokonało się!

Szumne hasło przywitało mnie w drzwiach mieszkania J., gdzie zostałam wezwana „na jednej nodze” z powodu walenia się świata.
- Bardzo się cieszę, podskakuję, gratuluję i całusków moc – podsumowałam, ponieważ znam osobiście szefa J., bardzo go lubię, szanuję i jestem mu dozgonnie wdzięczna za pewne wydarzenia z przeszłości. Wobec powyższego jego zmaterializowana wreszcie habilitacja oddziaływuje na mnie osobiście.
- Ale jest problem. – J. przeszła płynnie do rzeczy – Laurka.
Westchnęłam. Ciągle tak mam. Była nawet taka chwila, gdy uznałam, że mogę z tego żyć. Po pięćdziesięciu następnych przypadkach zbrzydło mi.
- Długopis i kartka! – zarządziłam tonem nieznoszącym sprzeciwu, ponieważ zasadniczo nie odmawiam w takich sytuacjach. A J. nie odmawiam nigdy niczego, bo ją kocham uczuciem całkowicie czystym oraz wypranym z wszelkich negatywnych emocji.
Atrybuty pisarza laurek zostały dostarczone w mgnieniu oka, a z nimi kieliszek demi sec, które zresztą przysmyczyłam własnoręcznie. A potem już tylko…

Ten sam garniturek biały,
ten sam wyraz twarzy śmiały,
takie samo dumne czoło,
ten sam wzrok, co toczy wkoło.

Niby nic się nie zmieniło,
ale Szefa nam przybyło.
Jakby wyższy, w barach szerszy,
więc niesiemy w darze wierszyk.

I w meandry, i w zakola,
jeśli taka Twoja wola,
płyń więc, prowadź nas – okręcie!
Nie doktorze, lecz DOCENCIE!!!

17 marca 2010

Powolutku, dostojnym krokiem,

pod pachą dzierżąc kalifornijskiego Zifandela, natomiast w garści hiszpańskie Tinto (oba czerwone oraz demi sec), przemierzam sklep w kierunku oczekującego Prezesa.
- Nie wspominałaś wcześniej, że dzisiejszy wieczór zamierzasz spędzić u J. I to naprawdę do późna. – oświadcza Prezes,
- Po czym wnosisz? – pytam niewinnie, a po jego westchnieniu dodaję – Na dziś jest tylko jedna. Druga po to, żeby tu zbyt prędko nie wracać.

Podsumowując: mam w barku dwa wina i leżę trzeźwa w łóżku o 19.20.
Oto zagadka,

12 marca 2010

Bywamy obrzydliwi

Nie zawsze bowiem żarciki w godzinach służbowych mogą być na poziomie.

Osoby:
O.
M.
prezesowa

Czas akcji:
12.00

Miejsce akcji:
przestrzeń telekomunikacyjna

dzwoni telefon
prezesowa: Zakład dla obłąkanych, prezesowa, słucham.
O: Dzień dobry… Tu pracownik O. Łączę rozmowę.
prezesowa: A łącz se. Ale z kim?
O: Z M.
M: Halo. Tu pracownik M.
prezesowa: Czego, grzecznie pytam?
M: Powiem krótko. (radosnym szczebiotem) Wieś Maca???
prezesowa: Dziękuję uprzemnie. Wieś Maki mi się odkładają w oponie.
M: Hmmm… To inaczej. (radosnym szczebiotem) Lodzika???
prezesowa: Moja droga… Lodzika to ty będziesz oferowała, jak będziesz miała przełożonego mężczyznę.
M: Gadanie. Wlezę pod biurko i ani piśniesz. To idę po lodziki dla innych! Pa, pa.

9 marca 2010

Kiedy jest mi naprawdę ciężko

otwieram szufladkę w szafce nocnej i wyciągam z niej „Kubusia Puchatka”. Śpi tam sobie spokojnie tuż obok Przyjaciela, mojego przyjaciela z dzieciństwa. Nie powiem wam, ile Przyjaciel ma lat, bo wyszłoby na jaw, że jest w wieku balzakowskim.

Nie mam już więcej zabawek z dzieciństwa. Mam natomiast książki, co uważam za zupełnie niegroźną chorobę. Po prostu nie umiem pozbywać się książek i koniec. Wobec powyższego oświadczenia wnoszę, że Krynia głęboko docenia, że podarowałam jej kiedyś „Dzienniki” Marii Dąbrowskiej. I to wcale nie dlatego (docenia), że rzeczone „Dzienniki” są moją ulubioną książką. Bynajmniej.
Chodzi o trud rozstania.

Mój szef też najwyraźniej przeżywa trud naszego rozstania, ponieważ jak tak dalej pójdzie, będzie musiał się ze mną rozstać. Gdyż zejdę. I on najwyraźniej zaczyna to rozumieć, ponieważ zawezwał dziś moją koleżankę i poprosił, żeby mi pomogła, ponieważ albowiem się przepracowuję.
Albo go przeceniam, a tylko mi się pogorszyło na wyglądzie.

Wpadłam dziś do domu i pomyślałam naprędce, że koszmarnie zaniedbuję ostatnio rodzinę. Wobec tego olśnienia w ciągu pół godziny:
- rozładowałam zmywarkę,
- załadowałam zmywarkę,
- posprzątałam ten chlew i umyłam zlew (ekskjuze za częstochowski),
- dorobiłam kuleczki ziemniaczane do skrzydełek, zmontowanych wcześniej przez Prezesa,
- machnęłam risotto na jutro, bo Potomstwo sobie zażyczyło,
- wykonałam sałatkę owocową,
- przesortowałam szmaty i puściłam pralkę,
- zmyłam lakier, bo mi odpryskał i zrobiłam prawie cały manicure,
- prawie cały, bo musiałam wyjść i odebrać Potomstwo z angielskiego.

Jestem właśnie obiektem podziwu podstawowej komórki społecznej.

Uprzedzam ich, żeby się nie nagrzewali, bo to prawdopodobnie odosobniony przypadek.

Szefowa podobno wraca za dwa tygodnie. Przetrwam, przetrwam, przetrwam…

8 marca 2010

Najzabawniejsze zdanie, jakie ostatnio przeczytałam

„I tytanicznym wysiłkiem woli przełamawszy wrodzone opory, zabrał się do myślenia”.

Andrzej Pilipiuk: Homo bimbrownikus.

Jakie na czasie, mój boże…

7 marca 2010

O 21.40

w niedzielę zorientowałam się, że z nieznanych bliżej przyczyn nie spędziłam przez cały, niezwykle krótki, łikend ani jednej minutki na moim ulubionym krzesełku. Na Śląsku takie krzesełko się nazywa ryczka. Nie badam, czy chodzi o ryczenie. Otóż moja ryczka jest jedynie poniekąd ryczką, ponieważ ma pochodzenie skandynawskie i nabyłam ją w IKEi. W dodatku wcale nie jest ryczką, tylko schodkiem. A właściwie dwoma. Bardzo to praktyczne.

Ja tu, panie dziejaszku, takie ulubione miejsce mam. W kuchni oczywiście, gdzie moje miejsce. Siadam sobie, czytam książki albo, czego można się spodziewać – blogi. Palę papieroski i popijam sobie, co tam mam pod ręką, czasem wino (pamiętam taką onegdysiejszą notkę własną zimową, że mnie stać na wino, no więc nadal mnie stać, ostatnio zwłaszcza mentalnie). Opieram się nieco. O kaloryfer, ma się rozumieć, gdyż lubię ciepełko. Tak się przebiegle urządziłam.

I stwierdzam nagle, że żyję ostatnio dziko do tego stopnia, że cały łikend nie siedziałam na mojej skandynawskiej ryczce, co mnie zirytowało, więc przyszłam. Nastrój mi topuje, bo zrobiłam bilans. I po raz pierwszy w życiu zgodził mi się w jeden dzień. Doprawdy niesłychane.

Mniej mnie jakoś cieszy, że jutro trzeba do pracy. A chciałam nadmienić, że mam jeszcze 6 dni urlopu. Zaległego, tak, tak. Powiem coś dziwnego: nie chcę pieniędzy! Żądam dni wolnych. Zresztą wygraliśmy trójkę w lotto. Swoją drogą, to po prostu żenujące, żeby wygrywać trójkę, jak jest kumulacja 8 milionów. A ja po 20 latach znalazłam wreszcie zegarek, który mi się podoba. Poszłam go nawet przymierzyć, bo to fajne postać sobie przed lustrem w zegarku za dwa tysiące.

I co? Że rzeczywistość skrzeczy? Mam to gdzieś. Nie zamierzam jutro pracować ani minuty ponad wymiarowe 8 godzin. A potem wybiorę się do tzw. lokalu. I nadużyję alkoholu.
No dobra… Trochę tylko nadużyję, bo wtorek nie sobota. Możecie obstawiać zakłady, kto koło mnie usiądzie. Nadmieniam jedynie, że MM jest wysoko punktowany, więc dużej wygranej nie będzie.

5 marca 2010

Reality Show cz. 6 – bunt na Bounty

Wypada doprecyzować, że osładzanie życia nazywa się Bounty Dark. Wcześniej to nie wydawało mi się istotne, ale zapatrywanie się zmieniło.

Rzecz wydarzyła się w środę późnym popołudniem.

dygresja

Ponieważ reality ma się dobrze, musimy go jakoś nazwać, tak? O ile sobie przypominam, już tu kiedyś zamieszczałam dyskusję z komunikatora, więc niech zostanie MM.

koniec dygresji

MM przybył tanecznym krokiem, popatrzył ze współczuciem na moje lekko już zajeżdżające zwłoki, wyciągnął rękę i położył przede mną Bounty Dark.
- A dlaczego właśnie to – powiedział – porozmawiamy jutro. Oczekuję wybujałych koncepcji.
W odpowiedzi mogłam tylko westchnąć.
W czwartek przetrzymał mnie do południa. A potem nawiązał. Teleinformatycznie. Niestety, chyba się co do mnie pomylił, bo nie jestem ostatnio w stanie wykrzesać z siebie ABSOLUTNIE NIC. Nawet usilnie zachęcana.
Przypłynął pod koniec pracy.
- Słucham propozycji – oświadczył – ostatnia szansa.
- Chcesz, żebym się rozpłakała?
- Podpowiadam: hasło reklamowe.
- …
- Smak raju… wieczorem. O sobie mówię – doprecyzował i uśmiechnął się promiennie.
Poczułam, że nie dam rady podnieść nogi, żeby kopnąć go w tyłek.

Dziś mówi do mnie per „feldmarszałku”.
Przepraszam, nic za to nie mogę. Nie umiem go nie lubić. Nie umiem nie śmiać się z jego żartów. Nie umiem go zabić.

PS Muszę o tym pisać. Nie mogę pisać o pracy, bo jestem na wykończeniu. Dziś rano obudziłam się z płaczem. Jak zacznę pisać o pracy, to wyskoczę przez okno. A ludzie narzekają na bezrobocie – wybacz im, Panie, bo nie wiedzą,co czynią.

4 marca 2010

Teksańskiej masakry łagodne zakończenie

Zupełnie poważnie obawiałam się, że młodego człowieka będzie trzeba przenieść w inne miejsce. Na szczęście Teksańska odbyła się po południu w piątek, więc przez weekend wszyscy mieli czas, by ochłonąć, co przyniosło efekty.

W poniedziałek nie odzywał się ani słowem… do 12.00. A potem nie wytrzymał. Kiedy zamigał mi na pasku, nie będę ukrywała – lekko ścisnął mi się żołądek. Na szczęście okazało się, że kontakt uległ modyfikacji, czyli jednak to, co powiedziałam w piątek, zostało przemyślane, przetrwawione i wdrożone. Rozmowy nadal trwają, nadal są dowcipne, ale neutralne. A poza tym stara się osłodzić mi życie – ciężkie obecnie. Dosłownie osłodzić. Wczoraj – czekoladkami. Prawdopodobnie już bardzo widać, jaka jestem zmęczona.

Podsumowując, powiem tylko jedno: szkoda, że nie szef. Bo jak to wszystko potrwa jeszcze trochę, to się wykończę.