29 kwietnia 2016

2295

Horror przeżyłam. Dlaczego mnie się ciagle takie rzeczy zdarzają? Hę?!

A było tak. Wracam z roboty do domu, wjeżdżam na plac, pies wpada w histerię - niezauważenie przeszedł od fazy "nigdy dobrowolnie nie wsiądę do samochodu" do "ja będę jechał, ja, ja, jajajajajajaja i pierdnę, gdy tylko tam wlezę" - ponieważ jego zdaniem zbyt wolno otwieram drzwi, a tu się trzeba witać, biegać i skakać (z naciskiem na skakać), lizać, szarpać i piszczeć. W całym tym rozgardiaszu jakaś część mojego mózgu rejestruje kocie miauczenie. Mało tego! Ona rejestruje edkowe miauczenie!

Wyparowuję z auta, rozglądam się... a tu przez ogród sąsiadów wlecze się mój ukochany koteczek, laluniek, syneczek mamusi, kalafiorek, serduszko i ptyś. Wlecze się ku mnie na trzech łapach, czwarta sterczy groteskowo, wygięta pod jakimś dziwacznym kątem, a on patrzy mi w oczy z przerażeniem i krzyczy "matko, pomocy!!!". Białko w mózgu mi się ścięło. Mamusi ukochany koteczek, laluniek, syneczek, kalafiorek, serduszko i ptyś. Eduś! Eduś jest najważniejszy*!!!

Lesiek też go zauważył i już był przy siatce. Na szczęście, jak to zwykle w sytuacjach zagrożenia, mózg zadziałał bez zarzutu, kierując ciałem zgodnie z priorytetami. Najpierw łapsnęłam psa, zawlokłam do domu, wrzuciłam przez drzwi krzycząc "ratunku!". Zatrzasnęłam drzwi za sobą, żeby nie wybiegł do ogrodu i rzuciłam się ku bramie sąsiadów. Jak na złość, była zamknięta. Szarpałam, szukałam zasuwki, dżingsa do odblokowania - za cholerę. A po drugiej stronie malutki, srebrzysty syneczek mamusi wzywał pomocy. Musielibyście mnie widzieć i znać topografię. Przemawiając czule, żeby wiedział, że bez przerwy jest w centrum zainteresowania, rzuciłam się z powrotem do naszego ogrodu. Żeby tam dotrzeć, musiałam pokonać żywopłot, co uczyniłam bez wahania ani przez chwilę nie przestając mówić łagodnie do kota. Wpadłam jak burza na posesję, nie zważając na konsekwencje szarpnęłam za dolny brzeg siatki i przepchnęłam łapy na drugą stronę, za nic mając fakt, że siatka boleśnie wbija się w przedramiona. Przerażony kot całym kotem przylgnął do moich dłoni...

***

Chwila milczenia.

***

Wsadził łapę za obrożę preciwkleszczową i nie umiał wyjąć.

***

Pomilczmy jeszcze trochę.

***

Zuzia, która w międzyczasie zdążyła wyskoczyć przed ganek, krztusząc się ze śmiechu podsumowała:
- Kiedyś umrzesz na serce. Gdy komuś z nas coś się dzieje, to ty biegniesz jak szalona na pomoc, a tak się przejmujesz, że jak nie wiem co.
Cóż... Ano przejmuję się. Ci, których pokochałam, powinni się cieszyć. Raczej. Chyba. Tak sądzę.



* On jest nieśmiały. Subtelny i wycofany. Przyjazny, ale przerażony. Nikomu w drogę nie wchodzi, nie wadzi, nie narzuca się, krzywdy nie zrobi, po kociemu nie zareaguje, pozwala się dręczyć psu i nawet jeśli już nie może wytrzymać, to tylko kwili, żeby go ratować. Kocham laluńka do szaleństwa.

28 kwietnia 2016

2294

Lesiek, jego karabin, a nad nimi wierzba. Płacząca.


A myślałam, że nie mam talentu do zdjęć. Po prostu cza być czujnym.

Dzię bobry. Idę męczyć się w fabryce na siedząco.

27 kwietnia 2016

2293

Sprawa wygląda tak, że wstałam wczoraj o czasie, nalałam do miski świeżej wody, wzięłam szczoteczkę, komputer i telefon, a następnie leniwie udałam się na dół. Pies za mną, gdyż oto zaczęliśmy nowy dzień, będziemy biegać, skakać i okazywać radość życia.
Szłam sobie spokojnie i statecznie, aż tu nagle zakłuło mnie w kostce bólem nieznośnym. Odruchowo podciągnęłam nogę, żeby ją odciążyć i...


Spierdzieliłam się ze schodów.


- Ale jak to zrobiłaś, że nie wypadł ci ani komputer, ani telefon? - zapytała troskliwa córka, która jeszcze niedawno czyniła mi zarzuty, że spadając spowodowałam hałas wpływający negatywnie na jakość jej snu.
- Nie wiem. Mam wkodowane, że komputer kosztował więcej niż moja pensja, a telefon wciąż niespłacony. Poza tym byłam skupiona na ręce, gdyż mi się zdawało (w tej straszliwej męce), że mi się złamało.
- Ale nie złamało ci się? Gdyż, nie wiem czy wiesz, ale matkę mam tylko jedną.
- No co ty nie powiesz?!

Och, gdyby nie resztki przyzwoitości, zamieściłabym tu zdjęcie mego uroczego pośladka. Ponieważ siniec ma się znakomicie, rośnie, mężnieje i przybiera kolory odpowiednie dla typu rody zimy (chłodne granaty, czerwień wpadająca w bordo oraz zawsze ponadczasowa i elegancka czerń). Na wiosenne żółcie i zielenie trzeba będzie nieco poczekać.
Tak, zarówno dupo, jak i ręko - w kant stopnia.
Tak, smaruję.
Tak, przeciwzakrzepowe.
Tak.

Boli mnie jak cholera.

26 kwietnia 2016

2292

Przemieszczasz się, człowieku, z łazienki do sypialni. Jest bardzo późny wieczór, a może nawet noc. Pod pachą niesiesz książczynę, żeby jeszcze chwilkę poczytać, w dłoni telefon, bo rano trzeba wstać. Leniwie otwierasz drzwi i...


- Jestem twoim malutkim sceniackiem ze schlosniska. Pats, jak uska klapnięte mam. Bzusek, bzusek. I siusiaka. Kochas!

Musiałam gada zepchnąć, bo ogłuchł i nie reagował na uprzejme prośby typu "wynocha, śmiedzielu".

25 kwietnia 2016

2291

Monologi (aż palce świerzbią, żeby napisać "waginy").

Łoterloo: Zjadłeś?
Lesiek: ...
Łoterloo: Smakowało ci?
Lesiek: ...
Łoterloo: Lubisz krowie ucho?
Lesiek: ...
Łoterloo: Będziesz teraz leżał?
Lesiek: ...
Łoterloo: Co mnie trącasz?
Lesiek: ...
Łoterloo: Mówił ci ktoś, że łażenie za kimś krok w krok i trącanie go ciągle w nogę jest przereklamowane?
Lesiek: ...
Łoterloo: Czyli nie mówił.
Lesiek: ...
Łoterloo: A mógłbyś mnie bez przerwy nie popychać?
Lesiek: ...
Łoterloo: Aha. Nie mógłbyś.
Lesiek: ...
Łoterloo: Wiesz, że istnieją psy, które leżą?
Lesiek: ...
Łoterloo: Tak! Leżą i kontemplują! Nie ruszają nogami, paszczą i się nie kręcą w każdej milisekundzie swojego życia.
Lesiek: ...
Łoterloo: No, daję ci słowo!!! To jest możliwe.
Lesiek: ...
Łoterloo: Możesz nie ciamkać mi palca?
Lesiek: ...
Łoterloo: Czyli nie możesz. A wiesz, że ja zaraz zwariuję?
Lesiek: ...
Łoterloo: No, tak. Masz to gdzieś.
Lesiek: ...

I nagle położył się i zasnął!
A wtedy przyszła Zocha i na mnie wlazła. Nie chcecie wiedzieć, w jakiej pozycji piszę tę notkę.
Skończę w psychiatryku.

23 kwietnia 2016

2290

Pan Architekt od siódmej rano z łopatą w ogrodzie, ja od czternastej, bo lubię się wyspać, a i zakupy trzeba było zrobić. Drzewka posadzone, krzewy też, wysiane na grobku warzywka, kwiaty w skrzynkach na oknach. Pan Architekt oczywiście nie zgodził się na kwietne skrzynki, więc nie wzniecałam sprzeczki. Zwyczajnie: kupiłam, posadziłam i są. Będę sobie podlewała koneweczką, jak ogrodniczka z obrazków, bo kto mi zabroni.

W międzyczasie słońce zaszło, a my wyciągnęliśmy grill oraz wino. Ponieważ obróbka cieplna trwa, a wino wchodzi niepodgrzane, czekam sobie cierpliwie, w czym istotnie pomaga mi czerwone wytrawne.

PAT: Co ona tam pisze?
Zuzanna: Notkę na blogu. Niby niezainteresowana, a cały czas podsłuchuje, o czym rozmawiamy i na gorąco leci.
Łoterloo: ...
Zuzanna: I żodyn nic nie powie. Żodyn.

***

Łoterloo: Babcia dzwoniła. (Relacjonuję przebieg rozmowy).
Zuzanna: Oesuuu. Ale to TWOJA matka. Moja jest bardziej normalna.
Łoterloo: Noniegadaj!!!

21 kwietnia 2016

2289

Telefon do wetki.

Wetka: No, co tam? Co tam?
Łoterloo: Mogę podać temu świrowi Nifuroksazyd?
W: Sraka?
Ł: Wykopuje się gnojek do sąsiadów, kurom wszystko wyżera, kompostowniki czyści, gnijącym śmieciem nie pogardzi. I tulipany. I dereń. Trawa, kijek, worek, szyszka, koci kloc. Kupa w spray'u.
W: O, fuj.
Ł: No, fuj. Mamy tu zasieki, jak w czasie działań wojennych, a i tak znajdzie wyjście.
W: Z psami tak bywa, niestety. Teraz Nifuroksazyd i Smectę. Przegłodzić. Wieczorem Nifuroksazyd i Smectę.
Ł: Będzie bardzo szczęśliwy na okoliczność braku posiłku.
W: Haha, znam go, więc wyobrażam sobie bez trudu!

Pytanie pierwsze. Skąd wetka po słowie "świr" od razu wie, o kim mowa? Pytanie było retoryczne.
Pytanie drugie. Jak podać psu Smectę, która jest w proszku? Odpowiedź: wysyp na dłoń i pozwól oblizać. Działa szczególnie w sytuacjach, gdy nie cierpisz lizania i umożliwienie rzeczonego jest dla psa prawdziwym świętem. Opłacało się uciekać przed jęzorem.

20 kwietnia 2016

2288

No, dobra.

Towarzystwo nie wytrzymało, więc i ja uchylę Wam rąbka tajemnicy. Szanowne Państwo... nadchodzi Macierzyństwo bez lukru 4! Tym razem, wyobrażo sobie, w wersji papierowej i z gołymi babami!!! Będą mogli ustawić na półce.


I ja tam byłem, miód i wino piłem, na zdjęciach mnie nie ma, ale jak zwykle popsułam wszystkie teksty. Wiadomo - redaktor najgorszą wersja człowieka.

Także tego... szykujcie zaskórniaki. Kiedy konkretnie i za ile - nie wiem. Ale jak zawsze DLA MIKOŁAJKA.

18 kwietnia 2016

2287

Uwaga, drastyczne zdjęcia!

MORDERCA!!!


Kaczuszka nie zamawiała tej usługi.

UPDATE
Ciesz się, że nie szczekasz - taka była impreza!


17 kwietnia 2016

2286

Mój pies - na permanentnej ucieczce.


Od nas do sąsiadów się przekopuje pod płotem. Później wykorzystuje system nieszczelności pomiędzy ogrodzeniami. I proszę bardzo - ochotnik do przejechania traktorem. Nie mam już siły do walki.

Tymczasem zakwitły pierwsze panuarchitektowe tulipany.


Niestety dugo nie postoją, bo niektórzy czują presję, żeby ich stale doglądać.


W tym czasie inni wykorzystują tę pasję na swój sposób.


W każdej innej sytuacji inni są zaganiani do domu, ponieważ Leśniewski uważa, że miejsce kota jest wewnątrz. Przyzwoity kot, który pragnąłby przewietrzyć futerko, musi zorganizować psu przekop do sąsiadów, rzucić mu tam piłkę i... można wypoczywać.

Obroże, póki co, sprawdzają się. Żadnych nowych kleszczy nie odnotowano.

15 kwietnia 2016

2285

O, proszę bardzo, jak piesek pomaga w ogródku.


Sąsiedzi bardzo się ucieszyli, że wyczyścił kompostownik i pomógł kurom z jedzeniem, bo strasznie kapryszą. Poprosiłam Pana Architekta, żeby nie zakopywał dziury, bo to nie ma najmniejszego sensu.

A poduszka na krzesło wygląda tak:


W rzeczywistości ma ładniejszy kolor.

13 kwietnia 2016

2284

Moje dziecko - miszczyni galaktyki.

Osoby:
Zuzanna (lat 21)
Łoterloo, jej matka (trochę starsza, ale niedużo)

Miejsce akcji:
łazienka

Czas akcji:
w tej chwili

Łoterloo: Pamiętaj, gdybys kiedyś musiała wyjąć kleszcza, to trzeba go wykręcać w stronę przeciwną do wskazówek zegara.
Zuzanna: Ty mi wyjmiesz.
Łoterloo: Ale jakbyś była beze mnie.
Zuzanna: To ja kiedyś będę bez ciebie?!!!

Zuzanna: Spuść kleszcza w klozecie.
Łoterloo (spuszcza w umywalce).
Zuzanna: Fuuuuj!!! To nie jest klozet! Gdzie mam teraz umyć ręce?!
Łoterloo: W dupie.
Zuzanna: Ale tam nie ma wody!!!

Łoterloo: Zafarbuj mi włosy, co?
Zuzanna: I co? I co jeszcze? Może z frytkami?!


UPDATE
Zuzanna (do psa): Czemu pierdzisz? Czemu przychodzisz tu i pierdzisz?!!! Musisz się wyprowadzić! Może nawet uronię łzę.

UPDATE2:
Zuzanna (w trakcie farbowania): Te uszy! Weź te uszy! Po co ci te uszy! Do niczego nie służą, a tylko przeszkadzają!

12 kwietnia 2016

2283

Drogie dziatki!
Dziś odpowiemy sobie na pytanie, dlaczego nigdy nie dojdzie do porozumienia pomiędzy grupą walczącą o całkowity zakaz aborcji (anti-choice*), a zwolennikami prawa wyboru (pro-choice). Nie, nie mam zamiaru analizować wszystkich argumentów. Zajmę się tylko jednym, ale za to koronnym, co pomoże wszystkim zrozumieć, że rozmawiamy o zupełnie różnych sprawach i nici porozumienia za cholerę tu nie będzie.

Aborcja to morderstwo, bo zarodek to człowiek.
Aborcja to aborcja, bo zarodek to zarodek.

Różnica pomiędzy poglądami grup anti- i pro-choice w tym względzie bierze się z operowania zagadnieniem człowieczeństwa na zupełnie innych poziomach. Jeden z nich jest stricte biologiczny: dostrzega człowieka w zarodku, dąb w żołędziu, kurę w jaju. Z tego punktu widzenia teoria jest słuszna. Rzeczywiście nie podlega dyskusji, że z ludzkiego zarodka magnolii nie będzie, a ze strusiego jaja nie wylęgnie się korzeń mandragory. Kiedy przedstawiciele grupy pro-choice mówią, że zarodek to nie człowiek, nie znajdują więc zrozumienia u fanów życia od poczęcia (a może i jaja oraz plemnika) do naturalnej śmierci**. Z bardzo prostej przyczyny nie znajdują go - bo myślenie na poziomie biologicznym rządzi się zupełnie innymi prawami.

Tymczasem zwolennicy wyboru postrzegają człowieczeństwo jako pewne dojrzewanie, stawanie się. Powiedzenie Gorkiego "człowiek - to brzmi dumnie" nie odnosi się przecież do debila na dwóch nogach; ono mówi o pewnym zespole cech, które wyróżniają gatunek homo sapiens spośród innych gatunków. I są to cechy zdecydowanie nabyte.

Myśl ta zyskuje odzwierciedlenie w stosunku do istot ludzkich w krajach Dalekiego Wschodu. Upraszczając: gdy tonie dziecko i starzec, w tym rejonie geograficznym ratuje się starca. Dziecko to zaledwie potencjał - tymczasem stary człowiek jest pewnym nośnikiem doświadczeń, wartości, wiedzy, umiejętności. Posiada życiową mądrość, może być nauczycielem. Jego szala na wadze społeczeństwa natychmiast rusza w dół. Bo dziecko to dopiero materiał na człowieka.

Nie oburzajcie się i nie angażujcie w to rozważanie emocji. Kultura świata zachodniego jest pajdocentryczna. Przyzwyczajono nas myśleć, że dziecko to dobro największe. Tymczasem logice Dalekiego Wschodu trudno coś zarzucić. Mały człowiek pozostawiony samemu sobie najpewniej zginie, z punktu widzenia grupy, prócz przedłużenia gatunku (a i to niepewne), niczego nie wnosi. Osoba, która ma za sobą całe życie, doświadczyła już tak wiele***, że może uchronić społeczność od niejednej katastrofy. Gdy tak o tym pomyśleć, trudno zaprzeczyć, że dla grupy jest cenniejsza.

Przedstawiciele grupy pro-choice, czasem nawet nieświadomie, hołdują teorii, że człowiekiem się staje. Rośniemy, doświadczamy, dojrzewamy i dopiero nasze uczynki zaczynają świadczyć o człowieczeństwie lub jego braku. Z tego punktu widzenia zarodek, niezdolny w dodatku do samodzielnej egzystencji, ma zdecydowanie mniejszą wartość niż ukształtowana istota ludzka, jaką jest matka. Nie jest człowiekiem - może się nim stać, ale niekoniecznie. Więc tu i teraz winien po prostu ustąpić.

Każda dyskusja powinna zaczynać się od ustalenia pojęć, którymi będziemy operować. Jeśli tak nie jest, każdy gada po swojemu i zwykle nie można odnaleźć płaszczyzny porozumienia.

A (tak na marginesie) zakaz aborcji nie ma nic wspólnego z ochroną życia. Ma za to wiele z władzą.
Ale to temat na zupełnie inne rozważania.


* Nie ma czegoś takiego jak "pro-life". Wszyscy jesteśmy pro-life z przyczyn oczywistych. Nie mówicie o zwolennikach zakazu aborcji pro-life, bo słowa mają znaczenie. To są ludzie zainteresowani zakazem wolnego wyboru. Tyle.
** Czasami się zastanawiam czy jak mi samochód przypierdoli na pasach, to jest to naturalna śmierć. Ale oj.
*** Rozmawiamy oczywiście o sytuacji wyidealizowanej.

11 kwietnia 2016

2282

Z cyklu: Złote myśli Dzika*.

Mycie uszu mnie upokarza.


* Informacja dla osób, które trafiły tu niedawno: Dzik jest moim chrześniakiem. 16 czerwca ukończy latek pięć. Czas leci, że tak westchnę odkrywczo. Dopiero co go rodziłam.

10 kwietnia 2016

2281

Oskarżony odbył karę pozbawienia wolności na mocy wyroku sądu dwudziestoczterogodzinnego, wydanego w trybie przyspieszonym. Przestępstwo w postaci wypicia wysokiemu sądowi kawy było ciężkie i niewybaczalne. Oskarżony został osadzony w tzw. kapciuchu, gdzie smutnie wzdychał, pojękiwał i skąd próbował zbiec w trakcie odbywania zasądzonego wyroku.

Po uwolnieniu wyszedł z kapciucha, machnął ogonem, zrobił dwa kroki i się położył. Tylko dwa kroki od celi, ale był wolny! Był wolny i SAM mógł decydować.
A nie mógł się położyć nigdzie indziej, bo tam właśnie stałam i wieszałam pranie. Z miejsca odosobnienia byłam tak samo widoczna, ale niech żyje wolność, wolność i swoboda.

Wszystkich, którzy pragną zarzucić wysokiemu sądowi okrucieństwo, informuję, że szklanka z kawą była ustawiona na stole. Pies na stole z ryjem w mojej latte jest  nie do przyjęcia. Koniec, kropka.
Pies na stole bez ryja w kawie też jest nie do przyjęcia.

PS Oto inne przejawy przestępczej działalności.


8 kwietnia 2016

2280

Baleriny wyglądają tak.


Ale to jeszcze nie koniec. Gdyż albowiem udało mi się to, co udaje się niezwykle rzadko, a właściwie to prawie nigdy. Pierwszy raz, konkretnie. Udało mi się kupić ICki do kompletu!!!


Buty są złote i torebka jest złota, a do tego na fajki i kartę kredytową. Albo może i nie na kartę, kiedy będę gdzieś szła w tych butach i z tą torebką, to w ramach karty wezmę ze sobą Pana Architekta. Niech wie, jakie ma szczęście w życiu.

Pod butami i torebkami znajduje się nasz najnowszy stół ogrodowy, z którego jesteśmy bardzo dumni, chociaż dziura za mała. Gdy Pan Architekt przestanie mieć gorączkę, to powiększy tę dziurę. I co? Sprawdziła się zapowiedź Manufaktury? Skreatywniałam od nietypowych sytuacji? Pomyślałam i znalazłam rozwiązanie! Wzięłam, kazałam PATu zrobić i będzie zrobione. Geniusz w czystej postaci.

Tylko kto zgasił słońce, bo nie wiem. I nie mogę korzystać z parasola. W ogóle nie mogę korzystać z nowych mebli ani nawet z tarasu, bo zimno jak w psiarni. ZUO.

7 kwietnia 2016

2279

Brawo ja.

Wynorałam w internetach, że Jysk pragnie wyprzeć w moją stronę parasol ogrodowy o średnicy 3 m za jedyne 100 zł (plus podstawa kamienna 135 zł). Normalnie pomyślałam sobie: wstanę. Wstanę, naciągnę na dupę coś bardziej wyjściowego niż dres, postaram się nie kaszleć, pojadę, kupię. Nie, żeby mi przez myśl przeszło jakąś urodę sobie namalować, skąd! Albo inne szpilki. Ze wsi jestem, to zobowiązuje, więc się wystroiłam w baleriny z Biedry*. Z zeszłego sezonu, bo pies nie zdążył.

Dygresja
Ten pies jest niezmordowany. Dostał gryzaka i zasuwa od dwóch godzin. A co się nasapie!
Koniec dygresji

Nie chciało mi się jak jasny gwint, ale trzy metry parasola za stówę i w dodatku na korbkę... (Korbka w cenie). Kolor - jasna zieleń. Znaczy parasol, nie korbka. Ja mam dom kolor jasna zieleń, więc wiecie. Pojechałam.
Pani w sklepie została zaskoczoną propozycją wyparcia parasola ogrodowego o średnicy 3 m za stówkę. Ale ja jestem twarda. Wypierali informacyjnie w internetach? To co nie ma, jak ma być. Poszczułam panią na komputer z asortymentem, a sama ruszyłam w regały, bo bez bodźców się nudzę. I to było zgubne!

Najpierw natrafiłam na ordynarne, plastikowe klapki za pięć zeta. Jako że ostatnimi czasy wszystkie moje klapki nabrały zwyczaju opętanego galopowania po ogrodzie, by w końcu pogryźć jeden drugiego i skończyć w śmietniku, na widok ordynarnych, plastikowych klapków za pięć zeta robię się nieznośnie pożądliwa, dyszę, pocę się i drżą mi ręce. Ale ponieważ cechuje mnie ogłada, dobre wychowanie i takt - wzięłam jedne. (I teraz myślę, że głupio zrobiłam). Następnie upolowałam przecudnej urody józiowe rękawiczki robocze w groszki. Rękawiczki te będą mnie wspierać w udawaniu, że coś zrobię w ogrodzie. Znalazłam wreszcie pokrowiec przeciwdeszczowy na rzeczony parasol ogrodowy za dychę.

I poduszki na krzesła.
Za dwieście.
(Tu tik nerwowy).

Dobrze, że pani dotarła w końcu do tego parasola za stówę, bo nie wiadomo, co mogło się jeszcze wydarzyć. Do tego stopa za 135 i już mogłam wychodzić lżejsza o prawie pięć paczek...
Zapakowałam to wszystko do samochodu i mnie tknęło, że obok sklep Majster, posiadający w swej ofercie WSZYSTKO, więc udałam się celem zakupienia kości dla psa. Wynik? Dwie kości, gryzak w kształcie kółka, rybki dla kotów, saszetki dla kotów oraz guma do żucia. Dla mnie.

I teraz stoję przy tej kasie, a przede mną babcia, na oko miała z czterysta lat. Nabywa tuje. W doniczkach. Kiedy wyciągała te tuje z kosza na taśmę, to się zrobiłam nerwowa. Gdy zaczęła je wkładać z powrotem do kosza, nie wytrzymałam, odebrałam jej to wszystko, powkładałam do kosza i patrzę, co będzie dalej. A ona zapłaciła, przełożyła do siat, zarzuciła na plecy i idzie. No, sorry, ale wtedy to już mnie poniosło. Dogoniłam ją jeszcze w sklepie. Okazało się, że mieszka w sąsiedniej galaktyce i zamierza dostać się tam środkiem masowej zagłady. Znaczy... yyyy... komunikacją miejską. Z tymi siatami na plecach. Miała jakiś metr wzrostu, przysięgam. To nie na moje słabe nerwy!!!

Zawlokłam babcię, tuje w siatach, kości dla psa, gryzak w kształcie kółka, rybki dla kotów, saszetki dla kotów oraz gumę do żucia dla mnie do samochodu. Upchnęłam. Wysłuchałam historii całego życia, bo do sąsiedniej galaktyki jednak kawałek. Zostawiłam namiar na pana, co bierze dychę od trzy razy większej tui niż kupiła i jeszcze przywozi za darmo do domu, pouczyłam, żeby nie jeździła sama tak daleko i nie dźwigała ciężarów, pożyczyłam zdrowia i zwiałam. Wszystko to na pewno dlatego, że wczoraj przeczytałam u Gosi z Manufaktury Radości, żeby wybić się z chodzenia utartymi ścieżkami i raz zrobić coś inaczej, bo to zapewnia większą kreatywność w rozwiązywaniu różnych różności.

I wiecie co? Gdy wróciłam do domu, okazało się, że noga parasola ma za dużą średnicę w stosunku do dziury w stole! No to teraz kreatywność przyda się jak cholera.

Poza tym w Jysku...

* Mówiłam Wam, że mam baleriny IC? Nie? Mam. HA!

6 kwietnia 2016

2278

Drogie dzieci! Dziś opowiem Wam o tym, jak się rodzi plotka.

Rozmawiam z kolegą K. na korytarzu.
Ł: Co trzeba zrobić, żeby się przenieść do innej przychodni?
K: Nic specjalnego. Po prostu idziesz, wypełniasz deklarację. No i wybierasz lekarza.
Ł: Ja to pewnie jeszcze położną środowiskową. Gdyż podobno jestem w wieku rozrodczym, haha.

W tym momencie mija nas moja pracownica M. Zatrzymuje się i wybucha entuzjazmem.
M: Jesteś w ciąży?!
Ł: JA?!
M: Bo mówiłaś, że wybierasz położną...

W tym momencie mija nas koleżanka A.
A: Jesteś w ciąży?!!! Słyszeliście? Asia jest w ciąży!
Ł: Kurwa. Jeśli gorączka i kaszel są objawami ciąży, to tak, jestem w ciąży.
K: Gdybym ja się dowiedział, że moja żona jest w ciąży, to na pewno dostałbym gorączki. I kaszlu. I chyba jeszcze bym wymiotował. Więc tak - to SĄ objawy ciąży.
A: Ooooo... Ja też bym wymiotowała. I może zemdlała. I umarła. Tak, to są objawy ciąży.
Ł: Święta naiwności! A ja tylko chciałam zmienić przychodnię...

5 kwietnia 2016

2277

Z cyklu: Złote myśli Dzika.

Najgorsza jest ta psia ślina.

Babcia Dzika: Poczekaj chwileczkę, babcia się tylko uczesze i możemy iść.
Dzik: Nie czesz się. Jak na starą babę, to całkiem dobrze wyglądasz.

***

Zaległość primaaprilisowa.

Jedziemy samochodem, w radiu dzieci opowiadają, jak nabierały rodziców. Jedno mówi, że przestawiło matce budzi z szóstej na piątą, haha, ale się mamusia zdziwiła.

Łoterloo: W przyszłym roku też ci tak zrobię.
Pan Architekt: Dziękuję, ja już miałem swój Prima Aprilis. O trzeciej rano obudził mnie potworny smród. Wyszło na jaw, że Lesiek zesrał się w gościnnym. Co było robić? Sprzątnąłem. Kiedy skończyłem, przeszedł Lesiek, powiedział Prima Aprilis i zesrał się w tym samym miejscu.
Łoterloo: Może ci się wydawało?

***

Dzięki, że pytacie - czuję się potwornie. Jutro idę do pracy tylko po to, żeby po niej udać się do lekarza celem pozyskania tzw. L-4. W dupie to mam.

4 kwietnia 2016

2276

Kochani!

Bardzo dziękuję za życzenia: i te urodzinowe, i dotyczące zdrowia. Przepraszam, że nie odpowiadam na Wasze komentarze, ale nie mam siły. Informuję uprzejmie, że mimo gorączki zdobyłam się na wzięcie udziału w wiekopomnym wydarzeniu i polecam to i Wam. Panie piszą o sobie, panowie mogą pisać o swojej trosce o bliskie kobiety. Kopiuję tu wszystko bez formatowania, bo nie mam siły formatować.

Na fejsie założono wydarzenie Trudny Okres. Tym, którzy z fejsa nie korzystają, kopiuję treść:

Rząd pragnie kontrolować nasze macice, komórki jajowe i ciąże. Czy to nie miłe, że tak o nas dba? Ułatwmy mu zadanie - informujmy Panią Premier Beatę Szydło o szczegółach naszych cykli.
Tak, jak zrobiły to Amerykanki w stanie Indiana ( http://www.dose.com/health/28000/Women-Troll-Indiana-Governor-With-Hilarious-Calls-About-Their-Periods )- zasypmy naszą Prezes Rady Ministrów informacjami, pytaniami lub wątpliwościami związanymi z naszym cyklem miesiączkowym, miesiączką, owulacją, upławami. Niech ma pełną kontrolę nad tym, co się u nas dzieje, niech skupi się tylko na nas! Może przypomni sobie, że też jest kobietą. A jeśli nie, to przynajmniej jej Kancelaria będzie miała jakieś pożyteczne zajęcie - otwieranie i czytanie setek maili i komentarzy, odbieranie dziesiątek telefonów to przecież ich praca!

Jak?

Dzwoniąc pod numer: +48 (22) 694 75 70 (Sekretariat Prezesa Rady Ministrów Beaty Szydło)
E-malując: sprm@kprm.gov.pl (Sekretariat Prezesa Rady Ministrów Beaty Szydło)
Komentując na fanpage'u Pani Premier: https://www.facebook.com/BeataSzydlo/?fref=ts
Dzwoniąc pod numer: +48 222 500 115 (Departament Spraw Obywatelskich)
E-mailując: kontakt@kprm.gov.pl (Departament Spraw Obywatelskich)
Komentując na fanpage'u Kancelarii Premiera: https://www.facebook.com/kancelariapremiera

A także:

jaroslaw.kaczynski@sejm.pl
beata.szydlo@sejm.pl
biuro@pis.org.pl
skep@episkopat.pl
kontakt@stopaborcji.pl

Co?

Wszystko i ze szczegółami. Często i masowo. Chwaląc się, martwiąc, pytając.
Na przykład pochwalcie się, że dostałyście okres punktualnie.
Napiszcie, jak jest obfity i ile trwa.
Opisujcie, jak się zmienia. Jak się czujecie, co boli, jakich używacie podpasek.
Pochwalcie się, że właśnie macie owulację.
Martwcie się o śluz.
Zwierzajcie się, gdy się spóźnia.
Cieszcie się, gdy się kończy.
Pytajcie o dni płodne.
Żądajcie informacji na temat bólów podbrzusza.
Dzielcie się radością, że krew gęsta i zdrowa.

Zasypcie ich, zalejcie ich szczegółami w ilościach hurtowych.
Niech mają to, o co proszą - pełną kontrolę nad naszymi narządami do rozrodu i pełną wiedzę o naszej kobiecości.
I niech mają przez to naprawdę TRUDNY OKRES.
#TRUDNYOKRES

To może być źródłem natchnienia (im naprawdę się udało! I są wyraźne efekty - poważna rozmowa): https://www.facebook.com/Periods-for-Pence-565501973618299/?fref=ts.


Oto wiadomość, którą wysłałam do pana prezesa Kaczyńskiego:

Szanowny Panie Prezesie!
Pragnę bardzo podziękować, że tak się Pan troszczy o sprawy związane z moją rozrodczością. Pragnę Pana poinformować, że wciąż jeszcze mogę, chociaż niektóre koleżanki przechodzą już menopauzę. Widzi Pan - czasem się zastanawiam czy nie byłoby wygodniej mieć to z głowy, żeby wreszcie ten okropny lęk o niechcianą ciążę przestał mi towarzyszyć, ale zaraz potem przypominam sobie, że przecież mam córkę. Ot, niekończąca się opowieść.
Skoro jest Pan tak bardzo zainteresowany, co tam między moimi nogami, spieszę zawiadomić, że cykl mi się kończy, za dwa dni miesiączka. Jak zawsze o tej porze koszmarnie bolą mnie piersi, a tym razem do objawów premenstruacyjnych dołączyła koszmarna infekcja. Mam gorączkę, trudno mi wstać z łóżka, a przy tym nie potrafię się ułożyć - bo te piersi. Może mógłby mi Pan coś na to poradzić ze swego bogatego doświadczenia?


Pozdrawiam serdecznie - będę pisać częściej.
--
Joanna Skotnicka

Po stosownych przeróbkach (liczby, osób), wysłałam ją również we wszystkie inne miejsca. Szczególnie cieszyła mnie ta do episkopatu.

Pomyślcie, że ja to robię z gorączką, więc wszystko inne jest łatwiejsze. Literaci do piór!
A ja do łóżka.

UPDATE:
Nie zapomnijcie o prześwietnej kancelarii, która stworzyła projekt ustawy! Piszcie do Ordo Iuris!
biuro@ordoiuris.pl

3 kwietnia 2016

2275

W ramach prezentu urodzinowego Zuzia zaraziła wszystkich.
Umieram na gorączkę.
Nie ma nam kto szklanki wody podać.

2 kwietnia 2016

2274

Hapi berzdej tu mi.

W ramach prezentu zrobiłam sobie ławkę.


Ugotowałam zupę, zrobiłam pranie, pozmywałam i jestem bardzo zadowolona. Zuzia ma infekcję z atrakcjami w postaci skoków temperatury do 40 stopni, więc odmówiłam wszystko, co chciało być na dziś umówione i usiłuję co rusz przekonać ją, by coś wypiła lub zjadła. Czasem (nieprzesadnie często) mi się udaje.

Lesiek założył dziurę w płocie, uciekł do sąsiadów, wyjadł wszystko kurom, a potem udał się do szopki, ukradł suchy chleb i uciekł. Sąsiedzi odnieśli się do tego ze zrozumieniem.
Jest tak pięknie, że nie życzę sobie niczego więcej. Abyśmy tylko zdrowi byli.

1 kwietnia 2016

2273

Poszłam się podpisać na liście.

Zawsze było tak, że każda grupa zawodowa miała listy w teczce innego koloru. Moja była akurat błękitna. Idę, patrzę - kadry doszły do wniosku, że teczki się wyszmaciły, więc wymieniły na nowe. Teraz wszystkie są niebieskie.

No to gryps - pomyślałam. Codzienne poszukiwanie, która moja. Poszukiwanie poprzed studiowanie nazwisk. Ale nie! Opisały!
Rozgarnęłam kupkę i padłam.

Bo niby wszystko jest jasne.


Aż tu nagle...


Szefa nie ma, to myszy harcują.