28 maja 2015

2090

Nie gniewajcie się, że uporczywie milczę, ale jestem tak strasznie zmęczona...

Wczoraj wybiło mi bezpieczniki na widok mężczyzny z wiertarką, z której końca ściekało - ekskjuzelemo - gówno. Oto kał stał się kroplą, co przepełniła czarę. (Każdy ma taką czarę i taką zawartość, na jaką sobie zasłużył). Było koło 19, ja - złachana do granic - usiłowałam wrócić do domu i coś zjeść, a tu, imaginujcie sobie, gówno. Coś mi pękło w środku.

Ofiarą tej sytuacji stał się, zupełnie niechcący, mój najmłodszy pracownik. Napatoczył się, a ja byłam akuracik zmiętą i zabeczaną szmatą w kącie. Gulgoczącą coś w stylu, że już nie dam rady. I umrę. Napatoczył się, że tak powiem, telekomunikacyjnie. Jako że jest chłopcem wrażliwym, zapragnął natychmiast pomagać. Niniejszym stał się pierwszym na świecie obrzuconym gównem mężczyzną, który - miast wrzeszczeć i uciekać - wyrażał dobrą wolę. Taki jasny promyczek pośrodku bagna, w jakim jestem uprzejma tkwić.

Drugi raz pobeczałam się dziś w pracy. Na szczęście dla jego systemu odpornościowego, młody człowiek został wcześniej odesłany do domu. I  nie musiał uczestniczyć w tej żałosnej sytuacji po raz wtóry. W dodatku osobiście.

W ogóle jest tak dobrze, że stałam się szczęśliwą posiadaczką kołnierza Schantza.


Jest schantza, że mi głowa nie odpadnie.

24 maja 2015

2089

Jako że na chorobowe mnie nie stać, a urlopu szkoda, w weekend leżę martwym bykiem, a może nawet i krową. Koty są w tej sprawie niezwykle pomocne. Ta bulka na kołdrze to moje kolano. Nie ma miejsca na wyprostowanie kończyn.


Na wybory zmartwychwstałam. Nie po to setki kobiet walczyły dla mnie o możliwość, żebym miała tę świadomość przeleżeć. Dziecko zostało powiadomione o tym wiekopomnym fakcie i uczciwie uczęszcza.
W całym życiu tylko raz jeden opuściłam realizację obywatelskiego obowiązku, któren winien być raczej nazywany przywilejem. Nie wiem, jak to się stało, ale zapomnieliśmy o drugiej turze wyborów prezydenckich. Gdy świadomość na nas spłynęła, Prezes pognał do lokalu, gdyż miał bliżej (głosujemy w różnych), a ja już nie zdążyłam. Posiadam na tę okoliczność malusi niesmak.

***

No więc kaszlę sobie. Dość dramatycznie. Ostatnio wykaszlałam sonatę. W każdym razie obserwuję postęp, gdyż zaczęło mi się lać z nosa. Ostatnio mam skłonność do blokady gluta w zatokach, a ACC ani aspiryny nie mogę, bo natychmiast włączają mi się krwotoki. To szczególnie stresujące w fabryce. Nie przepadam za takim uzewnętrznianiem. Się.

***

Zrobiłam wszystkie badania zlecone przez ortopedę. Wniosek jest jeden - powinnam być w tej chwili wcielona do wojska i oddelegowana na front wschodni. Zwykle bywam obiektem zawiści z powodu zębów, teraz dołączył stan ogólny. Prawdopodobnie będziecie musieli zaciupać mnie szpadlem, bo dobrowolnie nie odejdę z tego łez padołu. A palce nadal drętwe. I co pan poradzisz.

***

Włączyło mi się tęskne oglądanie zdjęć domu. Decyzja kredytowa ma się ponoć pojawić w tym tygodniu. Czuję, że nic mnie już tu nie trzyma, choć to nieprawda. Ale dusza się wyrywa do tych łąk i pól zielonych. Oraz osobistej trawy. Jeszcze to przeklnę - szczególnie przy pakowaniu. Póki co, mam blisko do raju i czekam w blokach startowych.

***

Ozdrowiały Czesław żre jak opętany. Niestety nie jest tak zupełnie idealnie, bo w oku zrobił się ogromny włókniak i musimy z nimi (Czesławem i włókniakiem) jechać do kociego okulisty do Krakowa. Wzdychamy i płacimy. Czesław przyjmuje nasze starania z aprobatą. Zofia przyjmuje nasze starania ze ślinotokiem. Powszechne stało się wezwanie: spieńmy Zofię. A pewnie i tak się skończy ustawianiem tarczycy. Zapłaczemy i zapłacimy. Miłość nie ma ceny.

***

Poza tym mamy dziś z Zuzanną imieniny. Jak zwykle trafiłam z prezentem, jestem Matką Wzorcową.
Ojciec zadzwonił z życzeniami i zawiadomił nas, że prezenty czekają koło pistoletu.
Nie wiem, co myśleć.

***

Ojciec czuje się lepiej, noga lepiej, żebra lepiej, ręka lepiej, nos lepiej. Aczkolwiek oglądałam kolano i sen z powiek zaczęła mi spędzać punkcja. Idą ciężkie czasy. Obym okazała się złym materiałem na domorosłego medyka.

19 maja 2015

2088

Ahaha, ahaha, jakie to śmieszne, no naprawdę.

Ojciec wystawił stopę z bambosza i normalnie oko mi pękło. Sina bania. Szlag mnie trafił jasny i sie pytam sie, co jeszcze ukrywa. Machał rękami w proteście, ale już było za późno, mleko się rozlało.
- Gacie w dół i siad! - wrzasnęłam.
Mores zna, zamknął się, gacie ściągnął i przycupnął jak trusia. Wcale się nie dziwię, bo to, co ujrzało światło dzienne, było nie do zaakceptowania.

Stopa lewa dwa razy taka jak prawa i sina. Udo sine. Kolano spuchnięte i sine. Uklękłam mu na tchawicy i wyszło na jaw, że ma też stłuczone żebra. W zasadzie przyszło mi do głowy, by zacisnąć ręce na krtani i zakończyć proces, ale matka mnie powstrzymała. Jednak skończyła się szkoła pod pierogiem.
- Ty do pokoju na kanapę - warknęłam do ojca. - Noga na fotel i jak się stamtąd ruszysz, to odstrzelę.
- Kapustę w domu masz? - zapytałam mamy.
- Mam.
- Nogę obłożyć kapustą, bandażem elastycznym owinąć. Pomiędzy zmianami okładów smarować żelem z arniką albo heparyną. Jest?
- Jest.
- No to ruchy, ruchy, ruchy. A jak tylko piśnie, przywalić patelnią.
Mama wyraźnie się ucieszyła.
- Zrozumiałeś?! - przeniosłam wzrok groźny na tatę. - Bo przyjadę i sama cię walnę, jak Boga kocham.

Siedzi. Nogę w górze trzyma. I jest przeszczęśliwy. Cały świat się wokół niego kręci. Zaczynam podejrzewać, że specjalnie się wypierdolił. Leki mu kup, wodę mu kup, zakupy mu zrób, zadzwoń, zabawiaj, a jak spuścisz z oka, to ucieknie i będzie chichotał. Chyba wprowadzę kary cielesne.

***

Do domu wracam, a tam zmywarka wyzionęła ducha. Przecież mówię od dwóch tygodni, że się kabel pali, co się pali, tobie zawsze śmierdzi, weź przestań i się czymś zajmij. W zaistniałych okolicznościach nałożyłam sobie lody, włączyłam film i czekam. Zadzwonił domofonem.
- Kto tam?
- Ja.
- Tak się cieszę, że wróciłeś. To szybciutko, szybciutko, bo czekam z ciepłą awanturką.
Przylazł, postał, popatrzył.
- Mechanika trzeba wezwać - powiedział.
Lekko brew mi podskoczyła, bo jeszcze żaden mechanik od kiwania się na piętach nie przyjechał. Złapałam za telefon, wydzwoniłam, ściągnęłam na dziś, obiecałam krwawą zemstę. Nie mechaniku, oczywiście.

Ale spokoju mu nie dawało. Rozmontował kawałek kuchni i... Ludzie, niech mnie ktoś przywiąże do kaloryfera i zaknebluje. Gówno zmywarka! Jak się wprowadzaliśmy, pociągnął jeden kabel i połączył. Pół kuchni mi wisi na kablu od... głośników. Któren się w końcu sfajczył i stopił. Śmierdziało. CBDO.
Odwołaliśmy mechanika. Zmywarka działa.

***

Gdybym posiadała temperament inny niż flegmatyczny, tobym ich wszystkich zatłukła.


(A jak byłam sama w domu, to Cześkowi zrobiłam zastrzyk i Zośce wcisnęłam prochy - w pojedynkę).

18 maja 2015

2087

NO, DOBRA. MOŻNA PUŚCIĆ. WYGRALIŚMY.

Najnowsze badania Cześka dowodzą, że będzie żył. Białko całkowite jeszcze trochę podwyższone, ale globuliny w normie, leukocytoza ustąpiła. Co prawda samo oko będziemy podobno leczyć długo i upierdliwie, czego Czesław nie zamawiał, ale oko to już nie zagrożenie życia. C'nie?
Jeszcze tydzień antybiotyku, tydzień leków przeciwzapalnych i kropelek sześć razy dziennie, ale co to dla Matki Polki.

Tymczasem Zośka zgrubła jak bania. Nagle. Chodzi po prostu o to, żebym się nie nudziła.
Zgrubła kilo, co dla kota Zośki jest 1/4 Zośki, bandzioch jej w życiu przeszkadza i jest wkurwiona. Umaiłam więc Prezesa w pobranie krwi dwóm kotom. Co ma mieć łatwo, jak ja nie mam. Zocha im zresztą pokazała, haha. Radości było co niemiara, dwóch spoconych weterynarzy, spocony Prezes, minimalnie zirytowana Zofia i w końcu, po obezwładnieniu, utoczyli z tylnej łapy, bo z przedniej to się Państwo odpierdoli. Jak dzieci. Następnym razem to se sama z nią pojadę, bo naprawdę. Trzy dorosłe, niby rozsądne osoby do jednego kota. Też mi coś.

Wyniki ma dobre, prócz wątrobowych. Dostała leki na ów podrób oraz przypuszczalną diagnozę, że starsza pani i prawdopodobnie tarczyca się jej rozjechała. Jeśli tarczyca, to wątrobowe słabe, dupa rośnie i wkurw się włącza. Pasuje.
Zofia oczywiście o mało nie umarła ze śmiechu, gdy jej dosypałam prochów do żarcia. Wątrobę wzmocnił sobie Edward.

I teraz mam tak.
Antybiotyki w zastrzykach raz na trzy dni - Czesław.
Przeciwzapalne w tabletkach raz na dwa dni - Czesław.
Jedne krople do oka cztery razy dziennie - Czesław.
Drugie krople do oka dwa razy dziennie - Czesław.
Proszek na wątrobę codziennie - Zofia. Muszę kupić strzykawkę i się z nią szarpać, bo wiadomo.

Poza tym we wspólnocie remont, kredytu nie ma, a doradca przestał odbierać ode mnie telefony, w pracy... jak w pracy, po wyniki EMG muszę pojechać na koniec świata, ortopeda histerycznie stara się znaleźć cieśń nadgarstka, ale wała, bo ją ma ktoś inny, wyniki badań krwi predystynują mnie do natychmiastowego oddelegowania na front wschodni, a kręgosłup szyjny niczym szczała. I co? Jajco.
A palce drętwe.

Jezus, jak mi się chce do łąk i pól zielonych, słowo Wam daję.

Przy czym zrobiono mi badania na rodzaj temperamentu i wyszło, że jestem flegmatyczką. Nie rozumiem, dlaczego każda osoba, której to mówię, płacze. I tak się jakoś dziwnie dusi. Ja tych testów nie układałam, a temperament jest wrodzony. Więc piszcie, dzwońcie i nie dziwcie się, jak odpowiem za trzy miesiące.
O.

UPDATE.
W lecznicy spotkałam dwa chow-chowy. Umarłam z rozkoszy. To jest plan maksimum na najbliższe lata.

14 maja 2015

2086

Ciąg dalszy - fabryczny.

Zupełnie bezinteresownie pobrałam w fabryce informację, jakobym sypiała z kolegą T. Bardzo lubię kolegę T., bezpretensjonalnego i obdarzonego ponadnormatywnym poczuciem humoru, więc nawet mnie to rozbawiło. Wychodząc z założenia, że rzeczonej informacji nie pobrał przede mną, gdyż z pewnością by się podzielił, wystosowałam do kolegi T. odpowiednią korespondencję.

Drogi Kolego T.!
Donoszę uprzejmie, iż z niezależnych źródeł pozyskałam wiadomość, jakobyśmy prowadzili pożycie intymne, w dodatku wspólne. W związku z powyższym wzywam Cię do zakupienia nowej bielizny oraz ponadnormatywnej kąpieli. Będziesz odrabiał wszystkie zaległości. Nie ma tak, że coś o mnie beze mnie!!!

Kolega T. się nie ustosunkował, więc z podziwu godną samooceną założyłam, że ruszył do ww. czynności doprawdy rączo i mógł sobie połamać palce oraz wybić zęby.

Następnego dnia wpadłam na kolegę T. na korytarzu. Na mój widok wykazał radosne podniecenie i rzucił się żwawo w mym kierunku.
- Chciałbym ustalić szczegóły.
- Szczegóły są takie, że masz się umyć, kupić stringi oraz środki wspomagające.
- A po co mi środki wspomagające?
- Cóż... Zakładam, że od zainicjowania pożycia do chwili, gdy fakt ów ujrzał światło dzienne, musiał upłynąć czas jakiś. To znamionuje LICZNE stosunki. W związku z faktem, że nie zamierzam odpuścić ci nawet jednego, powinieneś wszcząć aktywność fizyczną pół roku temu i wesprzeć się czymś. Dajmy na to farmakologicznym.
- To ja lecę do apteki.
- Najpierw receptę zdobądź, bo te środki bez recepty to psu na budę. Albo żeń-szeń.
- W proszku?
- W korzeniu.
- W korzeniu?!
- I sznurek. Przywiążesz sobie korzeń z góry lub z dołu i może dasz radę.
- Gwoździa! Mam gwoździa! Wbiję w interes, magnes w zęby i lecimy!
- Muszę przyznać, że podziwiam twoją motywację...
- Ba!
Rozstaliśmy się w ogólnej wesołości, ocierając łzy szczęścia i machając sobie czule.

Nie uważacie, że ludzie nie są odpowiednio dociążeni pracą? Gdyby byli, nie mieliby czasu na wymyślanie głupot i rozpowszechnianie ich za pomocą reklamy szeptanej.

13 maja 2015

2085

No i mamy aktualności.

Po tygodniowej terapii Czesław pojechał na badania. Czesław nie zamawiał. Na tę okoliczność zastrajkował i w kontenerku podróżnym przykrył się poduszką. Wraz z głową. W lecznicy kontenerka nie planował opuści, lecz został wyłuskanym. No to odmówił honorowego krwiodawstwa, koty tak umio. Przedziwna sprawność. Po prostu krew nie wypływa i już. Ale doktor z niejednego pieca chleb jadał i z niejednej żyły krwi utaczał, więc jakoś tam pozyskał cenny surowiec. Przy czym oko obejrzał i zawyrokował, że jest znacznie lepsze.

Z dzisiejszej, krótkiej rozmowy telefonicznej wynika, że odrobinę się ruszyło. Nadal leukocytoza jak dzwon, ale jednak trzy tysiące mnie. Pozostałe wyniki również uległy nieznacznej poprawie. Zapytano mnie uprzejmie czy przybędziemy na zastrzyk, więc poinformowałam uprzejmie, że przyjedziemy PO zastrzyk i zrobimy go w domu, gdyż Czesław jakoś za nimi nie przepada. Przyjęli z nieznacznym smuteczkiem i zaprosili po osiemnastej, gdyż albowiem mają czternaste plenum spółdzielni Zenon. Do tej pory mają się też naradzić nad utrzymaniem bądź korektą planu leczenia.

Jestem w stałym kontakcie z naszą hodowlą, która konsultuje przesłane wyniki ze swoimi weterynarzami, więc wyniki tej konsultacji przekażę do rozważań. I tyle. Cieszyć się jeszcze nie ma z czego, ale dostrzegam światełko w tunelu. Kciuki nadal nie od rzeczy.

***

Przy tym mamy już wykonany jeden operat szacunkowy, a drugi rzeczoznawca już był i jest w trakcie obróbki papierzanej. Na realizację czeka operat ostatni. Może wreszcie coś się ruszy, bo wiosna w pełnej krasie i siedzieć na tarasie zda się. Do przodu ruszyły również sprawy związane z zakupem mieszkania przez zbywców domu. Wygląda na to, że za czas nieprzesadnie długi wywalę me boskie ciało na trawie i przestanie mnie łupać w stawie.

Owszem, dziękuję, rehabilitacja bez efektów.

***

Tymczasem w dbałości o atrakcyjność pożycia, tatuś wypierdzielił się na ulicy, zaliczając rany tarte, kłute, szarpane i obite okolic licznych, w tym kolana oraz nosa. Odmówił zawiezienia na prześwietlenie (nie będzie się napromieniowywał i co mu zrobicie) oraz kontaktów z Ochroną Zdrowia (wcześniej: Służbą). W mojej wyobraźni powstały obrazy punkcji rzeczonego kolana oraz wielu innych atrakcji. Ojciec uznał, że jest sportowcem - pogratulować w podeszłym wieku - więc smaruje okolice liczne czym bądź.
Zaproponowałam matce, żeby przywaliła mu w łeb patelnią. Wezwie się pogotowie do utraty przytomności, a kolano zdiagnozuje niejako mimochodem. Przystała nader ochoczo, gdyż akurat trwają w uporczywym sporze. W związku z tym oczekuję realizacji.

***

W fabryce również wesoło, o czym ciąg dalszy nastąpi.

7 maja 2015

2084

Nie samym domem żyje człowiek.

Jest więc tak.
Czesiek ma najprawdopodobniej wirusowe zapalenie otrzewnej. I albo się nam go uda uratować, albo nie. Choroby tej nie można potwierdzić żadnymi testami, działamy trochę po omacku, wykluczyliśmy białaczkę i HIV. Jeśli diagnoza jest trafna, ma prawdopodobnie lepszą wersję tej choroby, czyli niewysiękową. To zwiększa jego szanse. Gówno jak cholera.
Nie zaraża - jedyna radość w tym bagnie.

Więc zapewne rozumiecie, że nie chce mi się gadać. Oraz nie chce mi się rozwodzić nad etiologią tego zjawiska, zwłaszcza że jest trudne do ustalenia.

Tymczasem podaję leki przeciwzapalne w tabletkach. Antybiotyki w zastrzykach. Jedne krople do oczu cztery razy dziennie, a drugie dwa. Oraz miziam. Przytulam. I noszę. Wszyscy miziamy, przytulamy i nosimy. A w międzyczasie pracuję w fabryce, pracuję we wspólnocie, pracuję w domu, kredyt usiłuję zdobyć krwią y blizną, błąkam się po bankach w poszukiwaniu prawych środków płatniczych, uczę Zuzię prowadzić duży samochód (z powodzeniem - zdolna po mamusi), jeżdżę rodzicom za ziółkami, wożę na zakupy, zamawiam im różne dobra w internetach, kupuję bilety, bo mają zamiar uprawiać wypas w postaci urlopu nad morzem. Rehabilituję sobie rękę. Diagnozuję sobie rękę (z czego, jak zwykle, nic nie wynika). Oraz wysłuchuję marudzenia, że zasypiam na filmach. A Szef szczęśliwie powrócił i wszystko znów jest na przedwczoraj.
Jestem wykończona.
Byle do.

I nie ma, Moi Drodzy, takiej opcji, żeby człowiek wymyślił jakiś scenariusz, a potem go zrealizował. No, po prostu musi się zdupić, gdyż tak świat jest zorganizowany.
Żeby mi się nie wydawało, że lekką stópką oraz również suchą przejdę przez wszystko.

3 maja 2015

2083

Tak w ogóle, zapanował porządek oraz mir domowy i to jeszcze przed majówką. Gdyż albowiem zawiozłam pijaczkę na tę imprezę, a było koło 20:00. Potem wróciłam do domu. Kiedy otwierałam drzwi, to się dziecko wdarło, czyli Karol wyszedł na klatkę schodową. Jakiś taki rozpasany jest ostatnio. Więc mu mówię: wracaj, worze na kocią karmę, ale już. A on, że nie.
Nie, to nie.
Zamknęłam drzwi, myślę sobie, za chwilę go wpuszczę z powrotem, a niech se posiedzi pięć minut, sam zobaczy.

W Święto Pracy postanowiłam pijaczkę ściągnąć z łóżka już koło 14:30. Zwykle stosuję takie tanie chwyty typu: dziecko, Boga w sercu nie masz, już piętnasta, zgnijesz w tym wyrze. Standardowo w odpowiedzi spływa na mnie pomruk nadchodzącej nawałnicy. A tu niespodzianka, pomruku nie było. Tym razem łóżko ukłuło mnie podle w środek jaźni.
- Co z ciebie za matka?! Wróciłam o czwartej, A KAROL STAŁ POD DRZWIAMI!!!

Jużem chciała zripostować, że to nie moja ręka, ale... oszit! Faktycznie. Zapomniałam Karola. To ci kara, osiem godzin na wycieraczce.

Z niebios, czyli dziury w suficie, spłynął komentarz Jaśnie Nam Panującego Prezesa.
- No, popatrz. A ja się zastanawiałem idąc spać, czemu Zośka i Czesiek siedzą w przedpokoju i wgapiają się w drzwi wejściowe.
Zwalmy to na Edka.
On nie chciał ratować.
Żmija.

PS Karolek obecnie milusi jak babeczka z kremem, kilo czekolady i ptyś.