18 czerwca 2012

1020

Natrafiłam na pewnien atykuł na portalu Gazety, przeczytałam i trafił mnie szlag.
Proszszsz…


Opierając się na deklaracjach byłej żony, sąd kazał płacić mieszkańcowi Katowic tysiąc złotych miesięcznie na pełnoletniego syna. Wyrok wydał zaocznie, bo wezwanie wysłał pod zły adres. Na szczęście w piątek naprawił swój błąd 
Pan Ryszard rozwiódł się z żoną w 1993 roku, gdy na świecie był już jego kilkumiesięczny syn. – Powody rozstania są nieważne, tak wyszło – mówi mężczyzna. Wyprowadził się z domu, ale – jak zapewnia – zawsze interesował się losem dziecka i łożył na jego utrzymanie. Na pieniądzach nie kończył. – W miarę możliwości kupowałem też małemu ubranka i zabawki – mówi.

Kilka lat temu, bez nakazu sądu, zwiększył kwotę alimentów z 300 do 500 zł. Na dowód ma kopie przekazów bądź przelewów bankowych. Dał też synowi pieniądze na nowe meble do pokoju i garnitur na studniówkę. Opłacał mu korepetycje (potwierdza nauczyciel, który uczył chłopca) i co miesiąc dawał kilkadziesiąt złotych kieszonkowego.
Teraz żałuje, że nie brał pokwitowania.

Pod koniec minionego roku jego była żona złożyła w sądzie wniosek o podwyższenie alimentów. Wezwanie na rozprawę zostało wysłane pod zły adres, więc pan Ryszard nie wiedział, że toczy się jakieś postępowanie. W styczniu sąd podniósł alimenty do 1000 złotych.

- O tym, że zapadł taki wyrok, dowiedziałem się dopiero po jego uprawomocnieniu, kiedy zadzwoniła do mnie była żona i zapytała, kiedy dostanie pieniądze – mówi nasz rozmówca.

Z wyroku opartego na zeznaniach kobiety dowiedział się, że stać go na płacenie, bo jeździ na wakacje do Francji (ma tam rodzinę), nie łoży na utrzymanie syna (to skąd ma kopie przelewów?), a nawet nie interesuje się nim i zapomina o jego urodzinach (pan Ryszard ma SMS-y z życzeniami dla syna).

Poszedł do sądu i zapytał, dlaczego nikt go nie wysłuchał. Przez kilkanaście miesięcy był bezrobotny i dopiero od kilku miesięcy znów zarabia. – W dobrym miesiącu najwyżej dwa tysiące złotych, zajmuję się montażem instalacji wodnych i elektrycznych – wyjaśnia.

Wskórał tylko tyle, że sąd wyznaczył rozprawę (doszło do niej w piątek – przyp. red.), podczas której pan Ryszard mógł się odwołać od podwyższenia alimentów. Jego prośba o wstrzymanie wykonalności wyroku została do tego czasu odrzucona. – Stało się tak, bo nie dołączył do sprzeciwu żadnych dokumentów wskazujących na jego aktualną sytuację finansową – wyjaśnia Urszula Bakuła z biura prasowego Sądu Rejonowego Katowice Zachód.

Sędzia Krzysztof Zawała, rzecznik Sądu Okręgowego w Katowicach, przyznaje, że wysłanie wezwania pod zły adres jest przesłanką do wstrzymania obowiązku płacenia wyższych alimentów. – Jest to jednak specjalne świadczenie na rzecz dziecka, więc sąd pewnie brał to pod uwagę, odrzucając wniosek o wstrzymanie wykonalności wyroku – mówi Zawała.

- Nie uchylam się od obowiązku płacenia na dziecko. Chciałbym tylko, żeby sąd wyznaczył takie alimenty, na które mnie stać. Równie dobrze mógł zasądzić milion. Dla mnie to tak samo nieosiągalne jak ten tysiąc. Jeśli tak działa wymiar sprawiedliwości, to nie dziwię się, że więzienia są pełne alimenciarzy – mówi mężczyzna.

Ostatnio dostał od swojej byłej żony SMS o treści: „Gdzie są alimenty, zasrańcu”.

PS W piątek odbyła się rozprawa, podczas której sąd zmienił swoje wcześniejsze orzeczenie i zmniejszył alimenty panu Ryszardowi do 300 złotych.
No proszę – kupował ubranka i zabawki. Jak wynika z tekstu, miał łożyć 300 zł. Łożył. Podobno. Do tego dokładał misia i parę skarpetek. Potem, kiedy syn podrósł, a pieniądz nieco się zdewaluował, zauważył, że można więcej. Więc dał więcej – 500. Mebelki kupił. I garnitur (jeden). I korepetycje opłacał. I kieszonkowe dawał… A nikt mu przecież nie kazał! No i na wszystko ma kwity. Każdy, kto coś robi z miłości, zawsze zbiera kwity.
Przepraszam, ale ja tu u siebie jestem.
KURWA!
Dawał kieszonkowe i inne dzińdziboły. Czy nie tak robią ojcowie? Płacił za korepetycje – jak rozumiem, nie miał odebranych praw rodzicielskich, a więc jego obowiązkiem było wspóluczestniczyć w wychowaniu dziecka, w tym w pobieraniu przez niego nauki, a więc również w pomocy w tej nauce. Może jego 500 zł (i drugie 500 zł matki) nie starczało na wyżywienie, ubranie, leczenie, środki higieny osobistej, połowę czynszu i opłat za media, dojazdy, naukę, rozrywkę itp.? Wszak dbał o syna, co rok wysyłał mu sms-y z życzeniami (sic!) i ich kopie (na dowód) przechowuje w telefonie (sic!).
Ta wstrętna megiera napisała do niego per „zasrańcu”. No świnia po prostu. A może pracuje na kasie w Lidlu za 1.500 zł i od nadmiaru przesyłanych przez byłego męża pieniędzy pomieszało się jej w głowie? Ciekawe, dlaczego wystąpiła o rewaloryzację alimentów? Jakoś nikt nie wspomina, że skoro syn był pełnoletni, to nie matka, która – jak wynika z tekstu – nigdy tego nie zrobiła, ale on sam o to wystąpił. Dlaczego? Ciekawa sprawa. Może potrzebował na piwo… A może na buty??? Bo może z tym płaceniem przez 18 lat wcale nie było tak różowo, jak dziennikarzyna przedstawia.
W dodatku sąd wysłał wezwanie pod adres, gdzie tatuś nie przebywa. Może specjalnie wprowadzono sąd w błąd? A może tatuś się wyprowadził i nie podał swojemu dziecku nowego adresu, żeby pozbyć się kłopotu?
No to poszedł do sądu z pretensjami, bidulek. I sąd mu szybciutko obniżył alimenty do złotych polskich trzystu. Tatuś musi mieć za co żyć. Dziecko, które sprowadził na świat, już nie.
A gówniarz rozwydrzony niech żre trawę.
Dawno nie czytałam czegoś tak OBRZYDLIWIE kłamliwego i stronniczego. Wstyd.

16 czerwca 2012

1019

Usłyszeć od obcej osoby (w dodatku płci żeńskiej): to pani CÓRKA??? Ma pani pełnoletnią córkę??? Ależ to niemożliwe!

Bezcenne.

11 czerwca 2012

1018

Życie nie polega wyłącznie na robieniu czegoś dla ducha, co akurat zawsze wydawało mi się oczywiste, bo czytaczem jestem nałogowym. Nie masz, ach, nie masz nad kanapę, kocyk, herbatkę i dobrą książkę. Okazuje się jednak, że rzecz ta posiada jedną wadę… tyłek rośnie. Trzeba więc porzucić ciepłe gniazdko i zachować się rozsądnie.

Fatalna to historia, że rozsądek łączy się z litrami potu i zadyszką. Do tego zaprawdę trzeba mieć motywację. Ciekawe, że do leżenia z książką nie. Toczę więc tę nierówną walkę z samą sobą kiedy tylko się da. No bo muszę przyznać, że lenistwo czasami zwycięża.

Paradoksalnie do boju zagrzewa mnie hasło Prezesa, na pierwszy rzut oka demotywujące, „pamietaj, że nie idziemy tam dla przyjemności”. Fakt, przyjemności nie ma. Ale jest satysfakcja. Kiedy bieżnia się zatrzymuje, a ja odruchowo zastanawiam się czy zejść, czy spłynąć, rzut oka na wyświetlacz z przyjemną, trzycyfrową liczbą spalonych kalorii, wynagradza mi cały wysiłek. Na leżąco bym tego nie osiągnęła.

Porażające, jak bardzo można zmienić ciało, po prostu ruszając się z kanapy. Nie chodzi mi bynajmniej o jakieś niesamowite efekty wizualne, bo takich nie ma. Chodzi raczej o formę. W całkowitej likwidacji zadyszki przeszkadzają co prawda papierochy, ale ta wytrzymałość, te odciski na dłoniach… bezcenne. Że odciski na dłoniach od chodzenia? Kto wątpi, niech nastawi bieżnię maksymalnie pod górkę i włączy prędkość 6,5 km/h. Wizualizacja spektakularnego fikołka z wybiciem zębów o pulpit wydajnie pomaga w produkcji odcisków wewnątrz skrupulatnie zaciśniętych na uchwytach dłoni. Prezes proponuje mi rękawiczki do ćwiczeń, ale ja uważam, że lepiej to przeczekać – zejdzie i już się nie pojawi.

Tak więc proteiny, ograniczenie tłuszczu, cukru i węglowodanów. I ruch. Uch, uch! Dam radę!