30 kwietnia 2007

Przy pracy upływa dzień

Niestety, zupełnie niezgodnie z założeniami, dzień okazał się pracowity. Co prawda dobrze się zaczynało, kierownik machnął dwie kawki, osobiście dostarczył do biurka, rozsiadł się i sprawiedliwie rozdzielił pomiędzy nas prasę codzienną. Obiecaliśmy sobie solennie, że zajęć służbowych będziemy unikali jak ognia, zatonęliśmy w interesującej dyskusji na temat mieszkania z kotami (też ma) i… na tym się skończyło. Nastąpiła bowiem eskalacja interesantów, których naspodziewanie wielu przybyło jednak do pracy i postanowiło podzielić się z nami wszystkimi problemami do siedmiu pokoleń wstecz. Po ósmej osobie doszliśmy milcząco do tego samego wniosku: nie ma to tamto, trzeba robić. I tak sobie robimy we dwoje, bo kierownictwu nie chce się przesiąść do własnego pokoju i własnego sprzętu komputerowego – pewnie mu tam smutno samemmu, biednemu misiu. Od czasu do czasu podrzucamy sobie celne uwagi, które trafiają oczywiście w próżnię, ponieważ jakoś tak jest, że nasze sinusoidy wkręcenia w zajęcia wyraźnie się rozmijają. Kiedy ja mam czas na jakąś uwagę, to on tkwi po uszy w bagnie i wprost protiwpałożnie. W końcu moje uwagi ograniczyły się do rzucania w przestrzeń:
- Kupię ci trzecią rękę.
- Po co?
- Do naciskania klamki. Albo trzaskasz drzwiami, albo zostawiasz otwarte.

Odbywające karę pozbawienia przeróżnych wolności Potomstwo donosi systematycznie, że do końca lektury pozostało mu 11 kartek. W międzyczasie wyskoczyło do biblioteki i pożyczyło następną. Proszę się nie ekscytować – zaległą, z której otrzymało zaszczytną ocenę niedostateczną. Z matką polonistką nie ma lekko – bezwzględnie wymagam czytania lektur szkolnych, skoro już cierpi na książkowstręt, przynajmniej to ma obowiązek czytać. Bryków nie uznaję i nie biorę pod uwagę, więc dziecko ma do szkoły pod górkę. Niejednokrotnie mi to zresztą wypomniało. Okazuje się bowiem, że w innych rodzinach dzieci nie mają żadnych obowiązków domowych i w dodatku nie mają matek sadystek. Co za pech, że jej się akurat trafiło. Nieszczególnie się tym przejmuję, ponieważ po pierwsze w nosie mam, co się dzieje u innych, a po drugie z doświadczenia wiem, że jest to kit wciskany starym od pokoleń. Wobec powyższych argumentów nie tylko, jak juz wiadomo, zmuszam do czytania lektur, ale i obarczam bez litości obowiązkami domowymi, wychodząc ze słusznego założenia, że rodzina nie jest od tego, żebym tam miała być kozłem ofiarnym.
Szef donosi z centralnej Polski, że bawi się dobrze, a na dowód tego przytacza na kopy opowieści o własnym ojcu, roboczo zwanym Teściem, który zawsze jest gotowy do dostarczania nam niebagatelnych rozrywek, kompletnie nieosadzonych w żadnej zrównoważonej rzeczywistości. Teść ma swój sposób na życie, który doprowadza mnie do łez radości, ilekroć tylko cokolwiek o tym usłyszę lub sama zobaczę. Zdaję sobie naturalnie sprawę, że to wszystko mnie bawi, bo mieszkamy ok. 400 km od siebie. Na codzień mógłby mnie szlag trafić.

No kończę, bo muszę mu, querva!!!! kupić trzecią rękę!

29 kwietnia 2007

W domu pustki

Szef wyjechał do rodziców i jedną malutką duszą tak wiele ubyło ;o)
Cisza nieprawdopodobna. Żyjemy z Potomstwem w jednym rytmie, głodniejemy o tych samych porach i o tych samych porach zasypiamy. Gary jakoś nam się nie brudzą, na obiad skoczyłyśmy dziś do naszej ulubionej wegetariańskiej knajpki. Czytamy. Czasem coś oglądamy. Nawet koty jakby przycichły.
A jutro niestety – komu bozia nie dała – ten wstaje i rusza do pracy. Nie będzie zbyt kolorowo, bo to koniec miesiąca i zamknięcia trzeba porobić czy długi weekend, czy nie.
Auto nadal zepsute. Uwielbiam tę atmosferę warsztatów samochodowych, gdzie panowie usiłują udowodnić paniom, że są denne, żałosne i w ogóle nie wiedzą o co chodzi. Zupełnie od rzeczy wydaje mi się, żeby mi mechnik samochodowy tłumaczył, że mam zwidy, zwłaszcza, że to nie jest w jego interesie. Finansowym. Dziwne natomiast wydają mi się te chwile ciszy, które zapadają, gdy okazuje się, że zwidów nijakich jednak nie miałam. Czeka mnie w tym tygodniu jakiś remoncik – koszty zostaną mi podane do wiadomości w poniedziałek – 7 maja. Już się cieszę.
Potomstwo odbywa karne spotkania z literaturą. Ano – nie chciało się nosić teczki, trzeba ciagnąć dziś woreczki. Ja odbywam spotkania z literaturą, w dodatku nie tylko nie karne, ale wręcz radosne. Praca leży. Zatkam uszy, zamknę oczy, może się przyleży. Naiwna jestem, co?
W empiku nabyłam dwie pozycje, z czego jednej szukałam tak długo, że jak ją zobaczyłam na półce, to myślałam, że mi się tytuły pomyliły. Aż do Szefa chciałam dzwonić w celu dokonania uzgodnień, ale się spamiętałam na czas. Kupiłam tez drugi tom Kossakowskiej, co tam, potem będę myślała o chlebie i o czymś do chleba. Przy okazji Mama zwróciła mi pożyczonego dawno temu Cejrowskiego, więc wreszcie odczuwam chwilowy spokój czytelniczy. Zwłaszcza, że Tato coś tam mruknął na temat kończenia dość zabawnego ciągu dalszego „Mistrza i Małgorzaty”, co zaowocuje kolejnym tomem. Boleję nad brakiem wanny – zawsze godzinkę można było urwać na lekturę ;o)
Skąd się biorą te dzieci, które trzeba zmuszać do czytania? Nie rozumiem tego zupełnie. Potomstwo, wychowane w rodzinie moli książkowych, obczytywane od niemowlęctwa, odczuwa wstręt do słowa pisanego. Nawet mnie to nie złości, tylko zwyczajnie żal mi jej – tego ubogiego, szarego życia.
Trzeba mieć nadzieję, że się jeszcze kiedys nawróci.
Jeśli ktoś ma dziecko, które nawróciło się na jakiejś pozycji księgarskiej – proszę o podpowiedzi, co podsuwać, bo mi już ręce opadają.
Harry’ego nie podsuwać, bo ją nudzi.
Mnie też, ale nie mówcie nikomu!

27 kwietnia 2007

Miałam notkę na całą stronę

Zeżarło. Właściwie nie zeżarło, tylko kliknęłam sobie w coś segregatorem. Markując pracę. I się skasowało.

A teraz to mi się zepsuł samochód i wenę szlag trafił.
Buuuuuuuu……..

26 kwietnia 2007

Wczoraj było przykre popołudnie

Bo wywiadówka niestety wypadła blado. Młoda przeżywa jakiś kryzys tożsamości – zawsze myślałam, że to się zaczyna później. Kryzysy i bunt u trzynastolatki mnie załamują, nie bardzo byłam na to przygotowana. Odmawia uczenia się, ma to gdzieś. Tzw. moralniak był wczoraj długi i bolesny. Nastapiła konfiskata sprzętu maści wszelakiej. Nastąpiła konfiskata koleżanek. I nastąpiła konfiskata zaufania. Ogólnie przykro się zrobiło, ale jako że wzniosłam się na wyżyny retoryki – mam nadzieję, że podziała. Zwyczajnie nie umiem jej wychowywać inaczej, może powinnam skroić jej tyłek, ale nie potrafię. Właściwie to jak wlać pannicy, która jest prawie taka duża, jak ja? A ja do małych nie należę. Poza tym zupełnie nie mam pojęcia, jak się do tego zabrać.
W związku z tym truję. I mam nadzieję, że to trucie odniesie jednak jakiś skutek.
Podsumowując – nie mam dziś humoru.

Waga rusza. W sumie przez dwa dni spadło mi 0,5 kg. Teraz już znacznie wolniej, ale mnie się aż tak nie spieszy i to tempo mnie satysfakcjonuje. Do urlopu jeszcze ponad dwa miesiące – zdążę. Najbardziej cieszy, że głód mnie już nie dręczy, ale i tak posiłki wyznaczają mi rytm życia. Żarcie mi się nie śni, ale kto wie, co będzie za miesiąc. Miewam wizje kulinarne :o)
Parę dni temu poinformowałam Szefa, że boli mnie głowa.
- Czegoś ci w organizmie brakuje – stwierdził – na przykład kilograma parówek.
Fakt.

25 kwietnia 2007

Status quo zachowane

Donoszę uprzejmie, że status quo zostało zachowane. Nadal pracuję w spółdzielni (czyli nadal w trzech miejscach), a mój wybór był po prostu spektakularny. To się ładnie nazywa: przez aklamację ;o)
Oczywiście żadne wybory odbyć się w ten sposób nie mogą, więc stojący na straży porządku organizatorzy zebrania natychmiast doprowadzili skandujący tłum do porządku ( ;o) ) oraz dokonali formalizacji. Największy problem był z wyborem kontrkandydata (bo kandydatury musiały być przynajmniej dwie), ale ostatecznie ciężar wzięła na siebie moja koleżanka, burcząc pod nosem:
- Wcale nie chcę, wcale nie chcę! Wszyscy będą mnie skreślali!!!
Żeby nie było – ja sama (również biorąca udział w tych wyborach – bierny) skreśliłam siebie i w ten sposób miła koleżanka otrzymała honorowy głos 1 (słownie jeden).
No i walczymy nadal. Przede mną czteroletnia kadencja, nowa-stara praca i nowe wyzwania. Mnóstwo nauki i wielka odpowiedzialność. Ale nic to – nie bądźmy minimalistami! Uczyć się trza, panie dzieju, bo jak się człowiek nie uczy, to stoi w miejscu, a jak stoi w miejscu, to się cofa. A świat wciąż jest do zdobycia, nieprawdaż? Dobry, stary świat, wszystko przetrzyma. Ludzie zdobywają go od tysiącleci, a on wciąż odkrywa przed nami coś nowego. I dobrze.
Po zebraniu przyjmowałam jeszcze gości z gratulacjami – dobrze, że Szef jest Najwspanialszy Pod Słońcem. Słowa nie powiedział, kawę parzył, dotrzymywał towarzystwa i na koniec poodwoził towarzystwo do domów. No mówię wam: WZÓR.
Na dziś obowiązki podzielone niesprawiedliwie, bo w jednym czasie Potomstwa angielski i wywiadówka. Zgaduj – zgadula: na co nie ma chętnych??? Najwspanialszy Pod Słońcem poległ w tej walce i idzie na wywiadówkę. Ja natomiast będę miała 1 h 15 m na lekturę. Super, nie??? Ja to jestem sprytna. W dodatku to czytanie jest w 100 % usprawiedliwione, bo zwyczajnie w tym czasie nie da się robić nic pożytecznego (od razu informuję, że czytanie to jest przyjemność, a nie obowiązek), np. pisać pisma do komornika, które wciąż jeszcze nie powstało. Obiecuję, że się poprawię.
W kwestii wagi odrobinkę drgnęło (minimalnie) po kilkudniowym zastoju, więc na nowo pojawia się nadzieja, że przed cielskiem świetlana przyszłość.
Kostiumie! Jeszcze chwilę cierpliwości!

24 kwietnia 2007

Dziś notka o faunie

Donoszę uprzejmie, że do notki natchnęła mnie druga-mama. Rzecz będzie o zwierzętach, które towarzyszą mi niemalże od urodzenia i bez których jakoś nie umiem żyć.
Ponieważ jestem z miasta, co widać, słychać i czuć, a dodatkowo jestem z miasta od pokoleń, nie miałam nigdy możliwości obcowania z jakimś bardziej dla mnie oryginalnym zwierzyńcem (typu krowa). Może nawet i dobrze – już teraz miewam problemy ze zjedzeniem kotlecika, a gdybym żyła w środowisku, gdzie kotleciki mają nóżki – prawdopodobnie zostałabym walczącą wegetarianką.
Wobec powyższych racji w życiu towarzyszyły mi zwierzęta miejskie, głównie koty, ale także jeden pies (choć krótko, bo potraktował nasz dom jedynie jako jadłodajnię dla bezdomnych i po uzupełnieniu zapasów zwyczajnie nas opuścił), czasami pojedyncze egzemplarze piórek, skorupek, płetw i małych futerek. O kotach pisać nie będę – wiadomo powszechnie, że mam felinofobię i przed kotami bezdomnymi uciekam zamykając oczy, zatykając uszy i śpiewając w celu uniknięcia bodźców. Czasem zdarzają się nawet zabawne sytuacje. Ostatnio np. szliśmy z Szefem nocką przez ciemne podwórko tzw. familoka, gdzie natychmiast otoczyła nas wytężoną uwagą zgrana ekipa długowąsych. Szef nie myśląc wiele przystanął, odwrócił się do kocińca i niezwykle poważnie powiedział:
- Przykro mi, wszystkie miejsca noclegowe obecnie zajęte.
A potem wziął mnie za rękę i spowodował ekspresowe opuszczenie miejsca zagrożenia.
W narodzie krąży plotka, że koty z całego miasta mają na nas oko, przekazują sobie co lepsze informacje na nasz temat, a kiedy pojawia się wakat – natychmiast przystępują do kontrofensywy. Każda z kocich grup obstawia jakiegoś żałośnie wyglądającego kandydata i podrzuca nam go w dziwnych i niespodziewanych okolicznościach. Walka jest bezlitosna, koci bukmacherzy robią fortunę, a nam pękają serca. Fortuny w tych zakładach zależą nie tylko od wielkich żebrzących oczu – często też od przedsiębiorczości wybranego kandydata. Vide Zocha, która jest podejrzewana o to, że usunięła z naszego życia Pana Stefana na zawsze i tym samym uzyskała wakat, który przemyślnie zajęła zaledwie po miesiącu.
W każdym razie obecny stan wynosi, jak wiadomo, sztuk 3 (słownie trzy) i ANI SZTUKI WIĘCEJ, mowy nie ma.
Tymczasem głośno się już zrobiło o naszej rodzinnej słabości do świni. Bynajmniej nie na talerzu. Słabość ta nazywana jest moim widzimisię. Natomiast Szef skutecznie za tym widzimisię ukrywa swoje skłonności i tylko od czasu do czasu żebrze, żeby go zaprowadzić do ZOO. Tam ląduje w dwóch miejscach: rybialni oraz dziecińcu, gdzie jest w cholerę małych świniaczków, które Szef z pełnym samozaparciem doprowadza do zaparcia poprzez przekarmienie. Ale kulturalnie – wyłącznie karmą oferowaną przez ZOO.
Słabość jest wielka i marzenie jest wielkie. Wiąże się ono ściśle z drugim marzeniem, jakim jest posiadanie domu. Nie da się bowiem stworzyć kulturalnych warunków do życia śwince w budynku wielorodzinnym. A ja sadystką nie jestem i dla zaspokojenia swoim widzimisiów nie będę zwierzęcia dręczyła. Howgh!
Ale…
Ale jak mi Szef ten dom kiedyś kupi, to ja w te pędy polecę i kupię świnkę. No ludzie!!! Wyobrażacie sobie taką sytuację: dzwonicie do drzwi, ktoś biegnie, gospodarz otwiera, a tam ryjek! Cud. Świnia is the best. Naprawdę. Świnia jest naszą bliską krewną, jest osobą inteligentną i na poziomie. Na pewno będziemy razem szczęśliwi.
CBDO.

23 kwietnia 2007

Cholera jasna, co za dzień

Donoszę uprzejmie, że fajnie się poniedziałek zaczął – palcem sobie do nosa nie moge trafić, że o innych otworach nie wspomnę. Bardzo zły znak – wiadomo powszechnie, że jaki poniedziałek, taki cały tydzień. Ludziom się coś chyba w główkach pomieszało, latają jak z pieprzem i mnie tez każą! Najbardziej rozbawił mnie dziś kierowniczek, który zaproponował mi szkolenie dotyczące czasu pracy. W piatek. I w sobotę. Zważając na fakt, że w przyszłym tygodniu wszyscy z działu oprócz mojej skromnej osoby są nieobecni i się długołikendują (ładny polski wynalazek), wydałam błyskawiczny sąd w sprawie tej sytuacji, określający z dokładnością co do centymetra, gdzie mnie może kierowniczek pocałować. O! Sam se w sobotę na szkolenie! Zwłaszcza, że potem ma osiem dni wolnego. A ja pójdę następnym razem. Jak dożyję.

W odchudzaniu zastój jakiś bolesny nastapił. Do czwartku szło jak po sznurku, a potem się zatrzymało i stoi. Niestety. Ja wiem, wiem, że to musi trwać, ale z racji charakteru żądam natychmiastowych wyników powalających na kolana!!! Przestoje mię bowiem zniechęcają.

Wyobraźcie sobie, że zdążyłam w weekend z paroma sprawami, naprawdę. Serce rośnie. I dom posprzątany, i zakupy zrobione, i rodzina ugłaskana, i obiad ugotowany niedzielny, i księgowość uaktualniona, i nawet z rodzicami udało mi się spotkać. Nie napisałam niestety pisma do komornika, bo już mi się nie chciało. To zostawiam sobie na dzisiejszy wieczór. Tu wzdycham.

Jutro z kolei czeka mnie popołudnie, a może i wieczór, w spółdzielni, gdzie dziś jeszcze pracuję, a jutro będę pracowała, jak mnie wybiorą :o)
W sumie, po wstepnym wymiotowaniu krwią, że już tego robić nie będę i koniec, doszłam do wniosku, że tak naprawdę to ja bardzo lubię tę pracę. To już prawie pięć lat, kiedy dzielę czas pomiędzy dwie firmy i mimo braku czasu wiem na pewno, że byłoby mi przykro, gdyby się to skończyło. Nauczyłam się przez te lata naprawdę wielu rzeczy i wykorzystuję je na codzień. Np. obecnie w trzeciej pracy :o)
Przywykłam do rytmu dwóch, a obecnie trzech zajęć, nauczyłam się dzielić swój czas, a właściwie rozciągać go tak, żeby na wszystko starczyło. I na dom, i na bliskich, i na przyjaciół. To naprawdę da się zrobić – jeśli ktoś uważa, że się nie wyrabia, niech sobie kupi kozę – jak w tym żydowskim dowcipie. Wszystko jest kwestią odpowiedniej organizacji.

Dobra, wracam do pracy, bo jak opuszczę ręce – nagle coś dziwnego zaczyna się dziać na moim biurku i zasłania mi widoczność.

Adieu!

20 kwietnia 2007

Piątek

- 4 800 kg.

Z powodu utraty wagi humor poprawił mi się gwałtownie. Zepsuty został natychmiast po przybyciu do pracy. Czyli standard. Czy ktoś jest zorientowany, kto wymyślił narady służbowe? Jest ktoś? Jakby można było zlinczować tego myśliciela, to ja się zgłaszam.

Ze strony koleżanki – psujki trwa milczenie. Bardzo sobie to cenię. Mam naszykowaną lodówkę, w razie, jakby zadzwoniła. Wejdę do lodówki i stamtąd będę z nią rozmawiała.
Czynem przestępczym koleżanki podzieliłam sie z M., który wie, o co chodzi. 15 minut zajęło mi umieszczanie mu na miejscu gałek ocznych.
- Nie wierzę, to niemożliwe! – podsumował.
A jednak.
Ustaliliśmy, że człowiek pod wpływem emocji robi straszne głupstwa, co jest dla nas cenną nauką na przyszłość.
Na tym dyskusja się zakończyła, albowiem M. płynnie przeszedł do rozmowy z centralą i rozmowa ta zdenerwowała go 20 razy bardziej niż mnie czyn przestępczy prawiebyłejkoleżanki. Przynajmniej tak wnoszę z objawów: niekontrolowane dźwięki, trzęsące się ręce, piana na całej twarzy.
Rozmowy z centralą są, jak widać, szkodliwe – proszę się wystrzegać.

Cieszę się, że weekend zagląda w okna. Co prawda mam do zrobienia trzy duże rzeczy: księgowość wspólnoty, odpowiedź na pismo komornika, którą trzeba szczególnie przemyśleć i wizytę quasi-towarzyską u kuzyna, który toczy nierówny bój ze swoim pracodawcą na okoliczność niewypłacania mu wynagrodzenia. Występuję tam w roli eksperta, wskazując dokumentację, która stanie się środkiem dowodowym w sądzie pracy, bo inaczej nie pociągnie.

Poza tym chciałabym posprzątać. Razem z rodziną. Chciałabym inne rzeczy porobić razem z rodziną. Chciałabym zobaczyć się z J., która wróciła wczoraj z Tunezji, przywożąc zapewne opaleniznę oraz sporo miłych wrażeń. Z Mamą muszę trochę pogadać, znowu nie mamy dla siebie wcale czasu. O leżeniu i gniciu w kącie to już nie wspominam.

Zbroję się na byłego małżonka, bo szpiedzy donieśli, że ma zamiar zafundować Potomstwu pobyt nad morzem w długi weekend. Zafunduje, owszem. Zaraz po tym, jak spłaci zaległości alimentacyjne. Inaczej może sobie morze wsadzić wiecie gdzie. Jeśli mu się zmieści.

Skończyłam tom 1 powieści Mai Lidii Kossakowskiej i mam chrapkę na drugi. Muszę nabyć drogą kupna, bo nikt ze znajomych nie posiada.
Chwilowo przerzuciłam się na „Merde. Rok w Paryżu” i stwierdzam, że Francuzi nie robią nic dziwnego. Z punktu widzenia Polaków, oczywiście. Dla Angola rzeczywiście może być to szok.

Matko, kończę, bo dostałam słowotoku.
Nie przemęczajcie się dziś.
Wypoczywajcie w sobotę i niedzielę – ma być piękna pogoda.
Pa pa.

19 kwietnia 2007

Dzień czwarty

- 3 600 kg.

Więcej nnie piszę, bom okrutnie rozeźlona.
Jak podejrzewałam, pomaganie koleżance źle się skończyło, zanim się na dobre rozpoczęło. Nie wiem, czy jest taka głupia, czy też jest zwyczajnie złym człowiekiem, ale zaszkodziła mi w pracy.
Po prostu cudownie.
O niczym innym nie marzę, jak udowadnianie, że nie jestem wielbłądem. Wiem, że to dość trudne, bo przerabiałam.

18 kwietnia 2007

Małe epitafium

- 2 800 kg.
Zaczynam się łapać na tym, że odchudzanie dominuje mi na blogu. Więc to tyle na dzisiaj.

W końcu skoczyłyśmy z Potomstwem na zakupy i dzięki temu nie robi już obciachu rodzinie swoim obuwiem. Nawet nie wyszło tak drogo. Przymierzanie 20 biustonoszy po prostu ją wczoraj zabiło. Ma chyba dość na długo.

Pogoda się nam spsuła, a ja mam w planie jutro wyjazd na cmentarz do Wartogłowca, do mojej nieodżałowanej Szefowej. Tęsknię za nią, za jej racjonalnym podejściem do wielu spraw, za tym bezpieczeństwem, które dawała, za kopalnią wiedzy, za poczuciem humoru, za charakterystycznym śmieszkiem i kaszlem (miała astmę i paliła jak parowóz), za jej bezpośrednim stosunkiem do ludzi, za normalnością.
Bardzo mi jej brakuje, nie tylko w pracy. Dzwoniła do mnie czasem popołudniami i wieczorami, i to nigdy nie był uciążliwy obowiązek wysłuchiwania rozterek szefa. Była mi bardzo bliska.

Przeżyłam mocno jej odejście – najpierw do Krakowa, gdzie ją przenieśli, bo nie mogli wyrzucić na bruk. No cóż – nowa władza przyszła i pozamiatała.
- Przyjedź do mnie – mówiła – Mam fajne dwupokojowe mieszkanko i będziesz miała gdzie spać. Pójdziemy na spacer, pośmiejemy się, pogadamy.
- Pewnie, że przyjadę, kiedy tylko Pani zechce – odpowiadałam.
Nie zdążyłam.
Jeździłam za to do szpitala, kiedy tylko zechciała mnie widzieć. Widziałam, jak gaśnie, jak zmienia się z dnia na dzień. Byłam świadkiem odchodzenia, mam nadzieję, że miłym sercu.
Nie było mnie tam, kiedy odeszła na zawsze. Wiem, że byli z nią bliscy. To było dla mnie bardzo ważne – że nie umierała sama.
Byłam chyba pierwszą osobą, nieobecną w szpitalu, która się o tym dowiedziała. Właśnie miałam wywiadówkę w szkole. Uciekłam z niej do Mamy i tam płakałam przez dwie godziny. Nie mogłam się z tym pogodzić i do dziś nie mogę. Wydawało mi się, że jest jak skała, nienaruszalna. Że będzie zawsze, że zawsze pomoże, że wysłucha, że obróci w żart. Że będzie robiła kawały i śmiała się z nich do rozpuku. Że pójdziemy znów do knajpy i ona będzie przez 4 godziny opowiadała dowcipy – aż mi się słabo zrobi ze śmiechu.

Do dziś mam nadzieję, że nagle zadzwoni telefon i znajomy głos w słuchawce powie:
- Noooo cześć, mała.
Że okaże się, że to wszystko mi się śniło.

Trudno jest pogodzić się z odchodzeniem.
Życie oczywiście toczy się dalej, ale miejsca po takich ludziach w naszych sercach zostają puste na zawsze.

Cieszę się, że ją spotkałam. Cieszę się, że mogłam uczyć się od niej solidnej pracy. Że rugała mnie bez litości, bo to nauczyło mnie uwagi i czujności. Że pomogła mi stać się lepszym człowiekiem.

17 kwietnia 2007

Poranek dzień drugi

2 kg mniej.
Proszę się nie napalać, u mnie to normalne. Woda schodzi po prostu. Ale niebywale podnosi mnie to na duchu, nie mogę powiedzieć. Z dnia na dzień ten ubytek wagi będzie się zmiejszał.
Wszystkich, którzy chcą wiedzieć, jak to zrobić, odsyłam np. TU .
Od razu mówię, że wiadomą sprawą jest, że nie chodzi o dietę, tylko o sposób żywienia w ogóle. Więc obiecałam sobie, że przejde na dietę rozłączną, o ile mi się uda – na zawsze. Zwyczajnie trafiają do mnie argumenty (o czym już pisałam) o wydzielaniu enzymów trawiennych różnych dla białek i węglowodanów. Myślę, że po pierwszym okresie katowania się małą liczbą kalorii, po prostu będę się starała nie jeść kotlecika z frytkami :o)
Oprócz tego piję naturalnie dużo wody, biorę witaminki oraz wyciąg ze skrzypu polnego (żeby ładnie sikać), nie piję kawy i wbrew swoim zwyczajom wypiłam wczoraj tylko jedną herbatkę – na pocieszenie, wieczorem. A normalnie piję 1154848786354948 kubków dziennie. Lubię, no co?
Mam okropne nawyki żywieniowe, jestem jak dziecko, uwielbiam słodycze. Niestety po trzydziestce zauważyłam, że przemiana materii pozostawia wiele do życzenia. Już nie mogę sobie pozwolić, jak to miewałam w zwyczaju, bo to, co zeżrę jak wściekła, pozostaje ze mną na długo.
Nie możemy, Proszę Państwa, zapominać, że ja mam niesprzyjające warunki – Szef młody (my młodzi, my młodzi, nam kaloria nie zaszkodzi) i szczupły – nie zna w ogóle żadnych napięć żywieniowych. W dodatku sądząc po rodzinie – pozostanie taki do śmierci. Potrafi zjeść pół kilo cukierków czekoladowych na jedno posiedzenie i nic.
Matka natura zwyczajnie jest niesprawiedliwa.
Niestety ja jestem antytypem w kwestii kultury fizycznej. Ze sportów to tylko eurosport. Lubię pływać, ale oczywiście nie chce mi się ruszyć tyłka i pojechać na basen. Grubego tyłka!!! Kiedyś jeździłam konno – to świetny sport, pracują nawet mięśnie w małym paluszku u nogi. Ale rozleciało się. Może uda mi się jednak coś zrobić w tym kierunku, aktywności fizycznej znaczy, bo nie jeździectwa. Wiosna przyszła, panie sierżancie i jakoś tak bardziej mi się chce. W zimie jestem jak niedźwiedź – najchętniej zakopałabym się w jakimś leżu i przeczekała. Nawet, jak jest sprzyjająca. Zmarzluchostwo mam rozwinięte do ostatecznych granic.

Z innej beczki. Zadzwoniła do mnie wczoraj druga-mama i uświadomiła mi, jak bardzo za nią tęsknię. Zżyłyśmy się przez ten miesiąc po prostu nieprawdopodobnie. Niby nie mieszkamy tak daleko od siebie, ale wiecie, jak to jest. Brakuje mi jej codziennej obecności, tego, że zawsze rozmawia się o czymś ważnym i w dodatku na poziomie. Czuję się jak pies, tak sobie leżę i gwiżdżę przez nos. Wszystkim, którzy nie znają drugich-rodziców osobiście informuję, że to naprawdę są cudowni ludzie. A przy tym normalni do granic, dowcipni, weseli i prawdziwi.
Nie zapomnę, jak spotkaliśmy się po raz pierwszy. W drodze powrotnej do domu, zwykle oszczędnemu w wypowiedziach Szefowi buzia się nie zamykała. A ja miałam takie ciepło w środku. I ono już zostało. Nie mogę powiedzieć, że cieszę się, że to wszystko się wydarzyło – gdybym mogła, chciałabym oszczędzić drugim cierpień, ale cieszę się, że w tych trudnych chwilach mogłam być tak blisko. Dzień operacji drugiego-taty zostanie już we mnie na zawsze. Wszystkie te godziny bycia z drugą-mamą tak blisko, dzielenia z nią takich emocji…
Ech…

Ktoś się będzie musiał przeprowadzić ;o)

16 kwietnia 2007

Przyszedł czas diet

Donoszę uprzejmie, że w czym, jak w czym, ale w odchudzaniu to ja mam wprawę. Otóż ja się, Szacowni Czytelnicy, odchudzam całe życie. I nie przestanę!!!
Nadeszła wiosna i słońce boleśnie obnażyło całą, ukrytą dotąd pod warstwami odzieży, prawdę. Stanęłam dziś na wagę i ona wybuchła, niestety. A, jak wiadomo, mamy w planie w tym roku wymarzony urlop w ciepłych krajach, gdzie człowiek będzie zmuszony pokazać to i owo.
Wolałabym, żeby mężczyźni mdleli na widok moich uroczych kształtów, a nie z przerażenia.
Poza wszystkim po prostu źle się czuję, w ciuchy nie wchodzę, jestem ociężała i mam już tego dość. Na szczęście moi bliscy zwykli wspierać mnie w trudnych chwilach, a Najlepszy Mężczyzna na Świecie nigdy ani słóweczkiem nie wspomina, że powinnam uszczknąć coś z tej lub tamtej strony. Pewnie dlatego jeszcze żyje.
;o)
Więc dziś, Proszę Państwa, poranek – dzień pierwszy. Plany są szeroko zakrojone albowiem mam zamiar przejść na dietę rozłączną. W ogóle. Trafia bowiem do mnie argument związany z enzymami trawiennymi wydzielanymi w zależności od potrzeb. Myślę, że dieta nie jest szczególnie obciążająca i z takim sposobem żywienia dam sobie radę na stałe.
Rodzina nie będzie przymuszana, bynajmniej.

Na wszelki wypadek kupiłam sobie piękny, wiosenny kostium (za bezcen w dodatku) w rozmiarze za małym.
Powiem Wam, jak się w niego wbiję. I to będzie piękna chwila.

Spokojnie oczekuję informacji od koleżanki z problemami, odbywam rozmowy telefoniczne z kuzynem – chwilowo z powodów zdrowotnych uwięzionym w domu, opiekuję się kotem J. (wczoraj SAMA wyciągnęłam trzy kleszcze – FUJ), która wybyła na tygodniowe wojaże, marzę o pogaduszkach z Mamą, mam w planie życie towarzyskie, pracuję, pracuję, pracuję i muszę kopsnąć się do sklepu z potomstwem, bo nie ma butów i majtki mu z tyłka zlatują. Chciałabym pobyć trochę z Szefem, naprawdę.

Myśląc pozytywnie – macham Wam nóżką.

15 kwietnia 2007

Czemu nic nie piszę

Donoszę uprzejmie (ponieważ zostałam upomniana), że nic nie piszę, bo jest niedziela. W niedzielę człowiek powinien wypoczywać. A przynajmniej udawać, że jego wymarzonym wypoczynkiem jest rozkontowywanie różnych należności, drukowanie dokumentów do ZUSu i różne takie ćmoje-boje.
Piątkowe popołudnie miałam trudne. Owa koleżanka o „pomóżmi” ma problem z dublowaniem błędów. Moja przyjaciółka bardzo ładnie to ujęła mówiąc, że popełniamy te same błędy, bo już je znamy.
Więc koleżanka błąd zna znakomicie, ponieważ miała męża psychopatę, który ją wykańczał. Rozwód z mężem psychopatą był niezwykle uciążliwy, bo pomijając fakt, że ciągnął się latami (a sprawa majątkowa dopiero przed nimi), to jeszcze obfitował w niezwykłe atrakcje w postaci np. dużej grupy psychologów badających delikwentów. Rzecz niezwykle przykra, zwłaszcza w wykonaniu dziecka nieletniego, które w końcu zafundowało sobie traumę na okoliczność przejść rodziców.
Koleżanką w pewnym momencie zopiekował się pewien miły pan. Znaczy pan nie jest miły i starałam się to koleżance wytłumaczyć już dawno, ale wszyscy wiedzą, jak to się słucha w takiej sytuacji. Koleżanka nieprawdopodobnie wprost potrzebowała wsparcie i otrzymała je. A teraz nadszedł czas zapłaty. Ponieważ miły pan okazał się psychopatą gorszym niż były małżonek, co w końcu wiedziałam już od dawna, ale kto by mnie tam słuchał.
Koleżanka nadrabia właśnie swoje błędy, wypłakując mi się w rękaw obficie i samodzielnie formułuje wnioski pt.:
- A mówiłaś mi przecież, a mówiłaś!
W związku z powyższym jestem zwolniona z wymądrzania się i robię za słuchacza aktywnego oraz wannę na łzy.
Jakkolwiek by o tym nie pisać – sytuacja jest okropna, wstrętna, paskudna i rozgrywa się na moich oczach.
Oczywiście nie zapominamy o dziecku, które lat ma 7.
Nie zapominamy, prawda?
No.
Ja nie zapominam.
I strasznie mi tego dzieciaczka żal, aż boli.

U kuzyna sytuacja nabrała rozmachu negatywnego, w związku z czym czeka mnie kilka kolejnych sprawdzianów człowieczeństwa.
Idę zbierać siły przy kolacji, bo od jutra zaczynam się odchudzać, więc i tego nie będzie.
Byle do lipca, bo w lipcu urlop i na dwa tygodnie zatkam uszy.
Czego i Wam życzę.

13 kwietnia 2007

Tym razem nie podebrałam

Donoszę uprzejmie, że tym razem nie podebrałam drugiej-mamie informacji, bo była bardzo jej i bardzo zamykająca.

Moi Drodzy!

Koniec wieńczy dzieło.
Drugi-tata wraca dziś do domu.
Wszyscy wracają do swoich zajęć.
Dziękuję Wam wszystkim, że byliście z nami przez miesiąc.
Dziękuję, że przychodziliście tu, żeby poczytać, co mam do powiedzenia o drugich-rodzicach.
Mam nadzieję, że polubiliśmy się trochę i będę bardzo dumna, jeśli będziecie wracać mimo, że tematyka będzie już inna.
Bardzo mnie to wszystko zmieniło. Bardzo przywiązałam się do Magdy i Marka.
Bardzo będzie mi brakowało ich codziennej obecności.
Dobrze, że są telefony!

A więc…

To by było na tyle – jak mawiał klasyk!

AMOR OMNIA VINCIT!!!

11 kwietnia 2007

Wymiana esemesowa

18.40 druga-mama: Marek zrobił kilka kroków na własnych nogach!

18.42 moje-waterloo: Oooooo!!! Pogratuluj mu ode mnie!

18.45 druga-mama: Ok.

18.47 moje-waterloo: Marek to pikuś, ale ty napisałaś SMS!!!

18.51 druga-mama: Ee tam! Już dawno się nauczyłam. Ty wiesz? On rozwiązuje sudoku!

18.51 moje-waterloo: Hahahahaha

Nie do wiary

Donoszę uprzejmie, że przyszła dziś do mnie koleżanka i strzeliła mówkę. Mówka rozpoczynała się od słów: „Muszę ci coś powiedzieć”, a kończyła się: „Błagam cię, pomóż mi”.
Zabawne.

Tak, od razu odpowiadam – pomogę. Mimo, że chyba nie powinnam. Mimo, że może choć raz w życiu powinnam zadbać o własny interes, zamiast babrać się w czymś, co potencjalnie może mi zaszkodzić. Pomogę, bo płacze i jest nieszczęśliwa, a ja już zapomiałam, że była kiedyś dla mnie nieprzyjemna.
No chyba, że powinnam zacząć brać lecytynę?

W każdym razie to niewiarygodne – może jakoś sporo ostatnio nagrzeszyłam i muszę zadośćuczynić?
;o)

PS Kotu został jeszcze jeden komplet zastrzyków.
Tymczasem Potomstwo pisze jutro sprawdzian po podstawówce.
Trzymajcie kciuki.

10 kwietnia 2007

Święta, święta i… ziewam sobie

Donoszę uprzejmie, że wstałam o zwykłej porze, ale organizm nie ma wcale zamiaru przystosować się do gwałtownie zmienionych warunków. Kiwam się więc przed komputerem i cierpię.
Całe moje jestestwo odczuło dziś potężny protest związany z dzwonkiem budzika.
O 5.35!
Na co mi przyszło, biednemu misiu.
Nie mogę powiedzieć – święta były pracowite i to nie tym typowo ponoć damskim zajęciem. Przesiedziałam chyba z 8 godzin przy komputerze, przestrajając się z myślenia szpitalnego na księgowe. Jestem zafascynowana swoimi postępami w tej dziedzinie, hehe.
Po odbębnieniu księgowości z jednej firmy, zajęłam się problemami finansowymi drugiej i tak jakoś szło.
Na szczęście od zwariowania ocalił mnie świateczny obiad u rodziców, który przyniósł nam nową świecką tradycją ;o)
Nigdy o tym nie pisałam, choć od dawna mam przygotowaną notkę.
Otóż wyznam w sekrecie, że ja mam specyficzną rodzinę. Mówię na nią: włoska i to chyba dość dobrze ją określa. Wczoraj byliśmy w wąskim gronie – zaledwie ośmioosobowym, ale i tak widzom niewprawionym mogłoby to zaszkodzić. A co dopiero, jak zjedzie się nas więcej…
W związku z utrudnieniami komunikacyjnymi, do gry weszła wczoraj laska szamańska. Nie… bynajmniej – nie laliśmy się nią po głowach, choć wyznam, że były chwile, gdy chciałam przywalić mojemu bratu. Laska, Proszę Szanownych Państwa, służy do utrzymywania się przy głosie. Bo u nas jest trudno ;o)
Wszystko szło nawet składnie do chwili, gdy Protoplasta uznał, że skoro jest głową rodu, to należą mu się szczególne względy i skombinował nie wiadomo skąd drugą laskę, nazwaną roboczo laską wodza. Niestety laska wodza daje podobno głos wodzowi zawsze, kiedy tylko zechce, co wprowadza zamęt w i tak już mocno podkręconej dyskusji.
Dodatkowo laska miała na wyposażeniu… dzwonek rowerowy…
Boszzzzzz…

Tak, tak – kocham moją rodzinę. Naprawdę. Uwielbiam ten ruch, to przekrzykiwanie się i nawet to, że narybek (najmłodsi, czyli nasze dzieci) pozwalają sobie na uszczypliwe uwagi pod adresem swoich twórców. To tylko znaczy, że czują się bezpieczne, a także – że wiedzą o tym, że będą wysłuchane. Bez względu na wiek.

Chciałabym zatrzymać te chwile. ostatnio coraz częściej nawiedzają mnie myśli o przemijaniu.
A więc – chwilo, trwaj!

6 kwietnia 2007

Wiadomość roku

Drodzy i Kochani!

Donoszę uprzejmie, że mam dla was prawdziwie wartościowy prezent do przekazania od wielkanocnego zajączka.

Po pierwsze primo: Pan doktor powiedział przed chwilą drugiej-mamie, że właśnie nadeszła ta chwila, kiedy może zacząć się cieszyć.

Po drugie primo:…


TADAAAAAM!!!
Drugi-tata w przyszłym tygodniu zostaje wypisany do domu!!!

Po trzecie primo: Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że rehabilitacja nie będzie mu potrzebna i ma zaplanowany 100% powrót do zdrowia.

I to wszystko doniósł wam rozradowany do niemożliwości uśmiechlosu, podkradając podle tę przyjemność drugiej-mamie.

Nie mogłam wytrzymać!!!

Skażona

Donoszę uprzejmie, że jestem skażona jakaś.
Tak, u drugich się polepszyło i nie potrzebują mnie już tak bardzo.
Tak, u kuzyna się polepszyło i nie potrzebują mnie już tak bardzo, choć pozostało do załatwienia parę rzeczy.
Pozostało puste miejsce, tak?

No to wczoraj zawierałam umowę z panią sprzataczką we wspólnocie i po zawarciu rzeczonej, ruszyłam z panią na obchód majątku, w celu definitywnego ustalenia: co, gdzie i dlaczego trzeba posprzątać. Moją uwagę skupiła w pewnej chwili wisząca z okna J., która syczała pianissimo i dawała mi różne znaki, z których wywnioskowałam, że mam wejść na górę. No to weszłam – w końcu może mieć do mnie jakąś sprawę wagi urzędowej, nie?
Nie.
W drzwiach stała J. jakaś taka niewyraźna i wskazująca. Palcem. Na kota.
- Jaga zalała całą chałupę – oświadczyła – patrz na nią, jak się zachowuje.
Patrzę. Ani chybi stan zapalny pęcherza.
- Te, która godzina? – pytam wdzięcznie.
- 19.35.
- No to dzwoń do lecznicy, do której czynne, ale żywo!
- Nie mam przy sobie ani grosza. No i jak ja tam dojadę?
- Zamknij się i dzwoń.
Okazało się, że lecznica czynna do 20.00. Zostało nam 20 minut. J. złożyła oświadczenie, że nie ma czym dojechać. Popukałam się znacząco w czółko.
- Wskakuj w buty, ja lecę do siebie, biorę kosz i jestem tu za minutę.
Po minucie stała na parterze z kotem w garści.

Słuchajcie, złamałam wczoraj wszystkie znane mi przepisy ruchu drogowego, tnąc wściekle na czerwonym, zawracając pod prąd, przekraczając podwójną ciągłą. Finalnie przejechałam po torowisku.
Zdążyłyśmy. Pan doktor zrobił Jadze zastrzyk, potem drugi zastrzyk, potem Jaga wyraziła swoją opinię na ten temat i zapakowała się do kosza z prędkością światła. A nie mogłyśmy tego dokonać uprzednio we dwie normalnej wielkości kobity.
Schorzenie naprędce zostało zdiagnozowane jako syndrom urologiczny, J. została skutecznie zastraszona i zaczęła wyglądać jak zajączek. Następną godzinę poświęciłam na: dowiezienie ich do domu, tłumaczenie J., żeby nie ryczała na kota, że drapie, bo kot ma stresa, jest mu niedobrze, chce mu się sikać i obcy chłop zaatakował go strzykawką, a także wgniótł mu brzuch w kręgosłup. Oraz dokładne i skuteczne wytłumaczenie, że z syndromem da się żyć, tylko trza twardym być i nie dać się kotu zastraszyć.
Ostatnie to już przy piwie.
Dziś znów jedziemy, ale już nie będziemy robić takich cyrków.
Szef w środę oswiadczył:
- W okresie świątecznym nie ruszysz się z domu na krok. Jedyne twoje wyjście to ZE MNĄ na obiad do rodziców.
Opowiadam to J.
- Kiedy złożył oświadczenie? – pyta.
- Wczoraj.
- Hehehehe. Lecznica ma dyżur w święta.

No. Życie toczy się się swoim torem. Ludzie zdrowieją, koty też, mam nadzieję. Brat wraca z harówki zagranicznej, więc będę mogła wyżyć się na nim na okoliczność starzenia się, łysienia, siwienia i innych.
Dziecko ma karę i zajączek w tym roku go ominie.
Chyba, że nie wytrzymam.
Jak mnie trochę wcześniej zwolnią dziś z pracy, to chyba nie wytrzymam.
Jestem okropną matką – konsekwencji za grosz.

5 kwietnia 2007

Rozwiewam wątpliwości

Donoszę uprzejmie, że wbrew oczekiwaniom niektórych osób, druga-mama uprzedziła mój telefon i zadzwoniła do mnie już o 10.00, oznajmiając, że się wyspała.
Zeznała także, że nie tylko została przegoniona przez drugiego-tatę w dniu wczorajszym, lecz, że tak powiem – ogólnie. Co za tym idzie – dzwoniła z domu, bardzo zadowolona z faktu, że może sobie pomieszkać.
Drugi-tata dobrzeje z chwili na chwilę, co objawia się uszczypliwością oraz rozwiązaniami drastycznymi (patrz: przegonienie Ptasia ;o)).
Lekarze odstawiają mu leki przeciwskurczowe i zaczną powoli drugiego-tatę pionizować, najpierw za pomoca sadzania na łożu boleści. Bardzo się z drugą-mamą cieszymy na myśl, jak będzie zasuwał po oddziale z pomocą śmiesznego chodzika na kółkach, przy którym wygląda się trochę, jak przy barze. Zawsze jakieś urozmaicenie. W razie czego skombinujemy mu rozrywkę w postaci kolegów z roku, z którymi będzie mógł się trochę pościgać po korytarzu za pomocą kółeczek.
Drugi-tata podchodzi do naszych pomysłów nieco sceptycznie implikując, że niech się chłopaki ścigają, a on się ścignie do najbliższego fotela.

Wszyskie niedawne wydarzenia zaczynają wyglądać, jak ponury sen. W dodatku wreszcie wszyscy się z tego snu budzimy.

Druga-mama ubolewa nieco nad nieprzygotowanymi świętami, ale śmiem oponować. Uważam bowiem, że te właśnie święta są najpiękniejszymi w ich życiu. Może osobno, ale razem. Mimo niesprzyjających okoliczności i nieba walącego się na głowę.
W pięknym stylu – chrakterystycznym dla drugich-rodziców. Pełnym miłości, ciepła i zrozumienia.

Kochani!
Przeszliśmy razem bardzo wiele, towarzysząc drugiej-mamie i drugiemu-tacie w bardzo trudnej drodze.
Z okazji zbliżających się świąt życzę Wam więc, żeby nasza nowozadzieżgnięta przyjaźń nigdy się nie skończyła. Żebyśmy wszyscy wyciągnęli z tej historii właściwe wnioski: o tym, co w życiu naprawdę ważne, czym się kierować, dokonując życiowych wyborów, jak być blisko i na co można machnąć ręką.
Życzę Wam miłości i światła.
Spokoju.
Czystych sumień.
Otwartych serc.
Dobra – żeby Was zawsze otaczało.
Szczęścia.
A najbardziej, jak już pisała druga-mama, żeby Miłość zawsze zwyciężała Śmierć!

4 kwietnia 2007

Trochę dziwne samopoczucie

Donoszę uprzejmie, że dziś, po raz pierwszy od trzech tygodni, nie rozmawiałam z drugą-mamą. Czuję się z tym dziwnie.

Fakt – cały dzień pracy spędziłam na negocjacjach płacowych ze związkami zawodowymi. Jeśli ktoś uczestniczył kiedykolwiek, wie – że tam nie ma przerw. Bije się pianę bezustannie, w sali narad, na papierosie, siedząc, stojąc, jedząc.

Fakt – potem musiałam odebrać samochód z warsztatu (jedyne 630 zł) i pojechać na przegląd techniczny (jedyne 170 zł). Jeśli ktoś wykonywał kiedykolwiek, wie – że czasem trzeba poświęcić sporo uwagi panu diagnoście, żeby go energia nie rozniosła. Bo oni lubią się przyczepić do każdego gówienka.

Fakt – finalnie musiałam porozmawiać z przedstawicielami mojej grupy członkowskiej w spółdzielni. Jeśli ktoś działał kiedykolwiek w takich strukturach, wie – że to bywają trudne rozmowy. Bo czasem na trudne tematy.

Fakt – musiałam w końcu pójść do fryzjera, ale siły miałam tylko na stwierdzenie:
- Weź maszynkę i jedź na glacę.
Na szczęście moja wieloletnioobsługująca fryzjerka nie takie rzeczy już widziała, więc zlitowała się nad moim nonkonformizmem.

Fakt – paliwo mi wyszło, auto miałam brudne jak wóz z gnojówką, jakiś kot się do mnie przyczepił na stacji benzynowej i myślał, że się załapał i już zamieszkał, musiałam się tyłem wstawić do garażu, żeby za widoka sprawdzić sobie poziom oleju, dziecko przyniosło wypis ocen ze szkoły i dostałam apopleksji.

Fakt – wróciłam po 20.00 (a wyszłam o 6.45). I to bez jedzenia, bo nie było czasu.
Ale jakoś mi łyso.

To zadzwonię rano i postaram się donieść, co trzeba.

3 kwietnia 2007

Bardzo ładne wyglądy

Donoszę uprzejmie, że dziś w szpitalu przywitało mnie całkowicie przytomne i absolutnie drugo-tatowe (drugo-tackie?) spojrzenie z poziomu.
- Jak masz mi coś złośliwie przyfasolić, to teraz – zagaiłam uprzejmie.
Zbył mnie uśmiechem.
Nawet powiedział, że to nie przeszkadza, jak mu brzęczymy nad uchem.
Za nic w świecie nie chciał wydać szczegółów męskiego spotkania z kolegami z roku. Którzy przywieźli soczki. :o)
Jest wciąż najpopularniejszym pacjentem na oddziale.
- Kim jest pani mąż? – zapytała drugą-mamę żona sąsiada z łóżka po lewej.
- Pilarzem – odpowiedziała druga-mama. Rezolutnie i zgodnie z prawdą.
- Eeeeee… – mruknęła pani żona. Niedowierzająco mruknęła ci ona!

A tak poważnie, to drugi-tata wygląda bardzo fajnie. Gada bardzo do rzeczy. Nie wykonuje dziwnych czynności.
Oczywiście, zgodnie z poleceniem drugiej-mamy, nie cieszymy się tak ostentacyjnie, bo pan doktor powiedział, że jeszcze się nie cieszymy, a jak pan doktor mówi, to tak pewnie jest i się nie cieszymy.

No nie wiem, jak wy, ale ja się bardzo cieszę!

:o)))))

2 kwietnia 2007

Spotyka mnie dziś trochę miłych i zabawnych rzeczy

Dzwoni obcy numer telefonu i obcy, daleki głos mówi do mnie:
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
- Cześć Tomciu – odpowiadam bez emocji.
- Cholera jasna, przygotowywałem się do tego cały dzień i się nie udało!
- Znam cię 31 lat. Mnie nie oszukasz, spróbuj z żoną!

Dzwoni bardzo znajomy numer telefonu i znany, ciepły głos ryczy na całe gardło:
- Sto lat, sto lat, niech żyje stara dupa nam!!!
- A co ty taka wyrywna? – pytam.
- Czekałam od 1 stycznia, aż się postarzejesz i będę mogła ci to wytkąć!

Dzwoni zaznajomiony kontakt zawodowy z jedej z prac:
- Usmiechu, słońca i tego ciepła, którego ma Pani tak wiele, żeby go nigdy nie zabrakło, chciałem życzyć w imieniu swoim i całej załogi z okazji 20 urodzin!
- Jakie to niezwykłe – odpowiadam – wszyscy mi życzą z okazji osiemnastych, a pewnych rzeczy nie da się ukryć, prawda?
- No właśnie, co będę kłamał, że ma Pani 18, jak wiem, że 20!

Dzwoni Protoplasta:
- Mam dla ciebie laurkę.
- Super!!! W pewnym wieku człowiek zaczyna rozumieć, że to są najlepsze prezenty!
- Och, nie martw się, coś do laurki też się znajdzie.

Dzwoni Szef:
- Jakie masz plany na popołudnie?
- No wiesz, praca, Potomstwo na angielski, obiad ugotuję…
- Chrzań to, kupię ci ten wymarzony odtwarzacz!

I ciągle ktoś dzwoni albo pisze, wysyła sms. I wszyscy życzą tego samego. Sobie.
- Żebyś się tylko nigdy nie zmieniła.

Fajnie jest żyć.

1 kwietnia 2007

Wiadomości z frontów

Najpierw drugi-tata.

Doczekaliśmy się tzw. skurczu naczyniowego – efektu przeprowadzonej operacji. Stan drugiego-taty nieco się pogorszył. Wg lekarzy skurcz ten może potrwać do 10 dni. DO. Więc wzmóżmy wysiłki, aby drugi-tata został skurczowym rekordzistą i załatwił sprawę w dni dwa. Uprzejmie uprasza się zgromadzonych o przesyłanie pozytywnej energii i wielu dobrych myśli.

Teraz Z.

Nadeszły wreszcie dobre wiadomości. Odłączono go od respiratora, oddycha samodzielnie. Wciąż czekamy na wznowienie pracy nerek. Jest w miarę przytomny. Jadę do niego za chwilę.
Proszę was o trochę serca dla obcego człowieka. Przy okazji drugiego-taty poświęćcie dobrą, ciepłą myśl osobie mi bliskiej. Bardzo tego potrzebuje.

Dzwoni Protoplasta:
- Zaproś ojca na kawę. Masz jeszcze siłę?
- Dla ciebie zawsze, tatusiu. Przyjedź, kiedy zechcesz. Nie zapomnij zabrać ze sobą mamy ;o)

Dziecko smarka, jak wściekłe:
- Mamo, zwolnij mnie z basenu…
- Jasne. Jak mi padniesz niczym kawka, oszaleję.

Nikt nie chce być ofiarą systemu, która obierze ziemniaki.
Idę tam. W końcu trzeba utrzymywać porządek w tym szaleństwie.

Na szczęście świeci słońce. Na szczęście jest wiosna. W zimie to wszystko byłoby nie do wytrzymania.

Zauważyłam, że na blogu wyskakują jakieś kompletnie abstrakcyjne godziny. Jest 13.20. Czy to efekt zmiany czasu?

Najgorsze jest to czekanie

Ostatnia, nocna wiadomość miała dobry początek:
- Zaczyna się wybudzać.

Ale zaraz po tym poszło:
- Obustronne poreanimacyjne zapalenie płuc. Nerki nie działają.

Muszę przestać. Muszę zatkać uszy i nie myśleć o tym. Muszę się wysilić, bo mi dziecko płacze – nie wytrzymuje napięcia.