28 lutego 2012

Notka w sam raz dla MbL

O cierpliwości chciałam. I oczywiście o tym, do czego mama ma prawo. A przy okazji o tym, do czego prawo ma córka. Córka, która jest mamą. A czasem czuje się mamą własnych, mocno już starszych, rodziców.
Bo dzieci miewają problemy w szkole. Żadne to odkrycie, rzecz stara, jak świat. Sama miewałam problemy w szkole. Konkretnie w liceum. Z przedmiotów ścisłych. I nie chcę tu bynajmniej rozważać kwestii – humanista czy ścisłowiec, bo to tak naprawdę nie ma znaczenia. Jedni łapią niektóre rzeczy w lot. A inni nie.
Moja córka ma problemy w szkole. Z fizyką. I chemią. Wielkie mi odkrycie. Z uwagi na to, że matura dyszy nam w kark, wyznaczyłam cezurę czasową na samodzielne poprawienie ocen. Nie wyszło. W związku z tym zarządziłam korepetycje. Niby, że jestem bezrobotna, ale nie aż tak, żeby nie dać na masło do chlebka za ciężką pracę fizyczną, jaką jest pompowanie wiedzy do opornej głowy. Wiem, że to praca fizyczna, bo sama kiedyś udzielałam korepetycji. Tyle, że zupełnie z czegoś innego.
Zaatakowana propozycją (nienową w końcu) korków Córka – krzyczy. Ja też mogłabym krzyczeć, bo cały dzień siedzę przy komputerze i księguję. Do czego nie jestem stworzona. Tak się jakoś stało. Wybaczcie.
Ale nie. Bo czy mama ma prawo krzyczeć, kiedy w domu nastolatka oporna na wiedzę? Otóż nie. Bo ktoś musi być spokojny. Nawet, jak od wysokich tonów lasuje mu się mózg.
Dzwonię do Protoplasty, bo w końcu nikt lepiej niż on nie jest w stanie sprostać wyzwaniu znalezienia korepetytora dla opornych. On na mnie krzyczy.
Ja też mogłabym krzyczeć, bo cały dzień siedzę przy komputerze i księguję. Do czego nie jestem stworzona. Tak się jakoś stało. Wybaczcie.
Ale nie. Bo czy córka (i matka w jednym) ma prawo krzyczeć na własnego, niemłodego już w końcu, ojca choleryka? Otóż nie. A przynajmniej jakoś nie potrafię sobie tego wyobrazić.

Finalnie wszyscy się na mnie wydarli z bliżej nieznanego powodu.
Oczywiście – mogę poczekać, aż zawali tę fizykę, zostanie na drugi rok, czytaj: poniesie konsekwencje. Ale czy to coś zmieni? Czy od tego zrozumie? Czy to na pewno będzie zmiana na lepsze?
A dołóżmy jeszcze do tego faceta, który chodzi. Przechodzi koło mnie szesnasty raz. Bo on się zastanawia…
A ja tylko pracuję. Oj tam, oj tam.
No to do czego ma prawo mama, której naprawdę wiele rzeczy wychodzi już bokiem? Tak sobie pytam.
i od razu odpowiadam: matka ma prawo całym swoim życiem pracować na świętość.
A jak nie ma siły i zwyczajnie się jej nie chce załapać na santo subito?
No to już jej problem.

27 lutego 2012

Esemesy

Prezesowa do Potomstwa:
„Kupowanie na raty zawsze wyprowadza mnie z równowagi”

Prezes do Potomstwa:
„Pani od rat będzie się musiała poddać jakiejś terapii”
Potomstwo do wszystkich:
„Bardzo mnie bawicie”

26 lutego 2012

Potwierdzenie, że to nie był wyjątek

Dziś Prezes przesłał mi zdjęcie pt. „Co one robią, kiedy myślą, że ich nie widzimy”.
Podejrzewam, że Zocha przyszla się zdrzemnąć, skromną zajmując, jak widać, pozycję.
A chłopaki tylko na to czekały.
Kobiety zawsze mają gorzej…


25 lutego 2012

Kto pierwszy, ten lepszy


Godzina 01.00.
Nadciagam do sypialni.
Miejsc wolnych brak…



Zwracam laskawą uwagę PT Czytelników na myszy za kotami. Komentarz do stałych bywalców: tak, to są TE myszy. Nie wiem, gdzie w tym czasie przebywała trzecia.

24 lutego 2012

Ludzkość mnie irytuje

Dziś trzeci dzień nieświadczenia przeze mnie pracy. Ludzkość uznała, że to genialne rozwiązanie i mną szarga. Na różne strony szarga ona i traktuje jak popychadło.
Np. protoplasta. Chce, żebym ich zawiozła na jakieś większe zakupy. Nie ma sprawy, zawiozę. Ale ja mam jeszcze inne rzeczy do załatwienia, tak? Więc staram się jakoś umówić. Zaznaczam, że z nim najpierw staram się umówić, żeby wszystko dopasować do nich. Było nie bylo, powołali mnie na ten padół łez.
I co ja słyszę w odpowiedzi? Otóż… „zadzwonię do ciebie później, bo ja dopiero wstałem (10.30!) i nie wiem, kiedy będzie mi się chciało wyjść”. O nie, moi państwo! Otóż tak nie będzie!!!
Ustawiłam towarzystwo do pionu, od rana załatwiłam sprawy z panem od internetu (temat na osobną notkę), lekko ogarnęłam chałupę, obiad dla dziecka (oraz Prezesa, powracającego dziś z wojaży stolicznych) w lodówce, zaraz jadę na zakupy z rodzicami, ale wcześniej na pocztę i do przychodni dzieckowej, potem odbiorę Prezesa z pociągu i co do reszty to się zobaczy.
Informuję, że wstaję codziennie najpóźniej o 7.00. Za co jestem systematycznie ochrzaniana przez Potomstwo, któremu koliduję w wyjściu. I dobrze. Ja umyślnie koliduję. Żeby sobie nie myśleli, że ja umarłam, a w domu dostał dobry duszek, który niezauważalnie wszystko przygotowuje. Figa.
Od marca znajdę sobie jakieś zajęcie. Choćby wolontariat w pobliskim schronisku dla zwierząt.
Żeby mi stawy nie zdrętwiały.

21 lutego 2012

Telefon w południe

- Dostałaś wreszcie? – pyta telefonicznie moja była szefowa (wolna od poczty od dwóch tygodni) wiedząc, że od miesiąca czekam na pisemną akceptację mojego wniosku o zgodę na tzw. dobrowolne odejście.
- Dostałam. Dzisiaj.
- No to gratuluję! Cha, cha! Jesteś bezrobotna!

Ano jestem. Obie jesteśmy. Na własną prośbę w dodatku.
Dziwnie się czuję. Zapomniałam już, jak to jest – nie wstawać rano do pracy…

18 lutego 2012

Zostajesz mamą słodkiej kruszynki, a potem się zaczyna


Kiedy myślę o czasach, gdy Potomstwo było słodkim bobaskiem, przypominają mi się wyłącznie miłe chwile. Oczywiście, że byłam też niewyspana, zmęczona i przerażona. Nikt nie daje nam prostych recept na macierzyństwo. Matka rodzi się razem z dzieckiem, jak mawia pewna moja znajoma i jest to wielka życiowa prawda. Każdego dnia odkrywamy nowe, nieznane lądy. Każdego dnia uczymy się najtrudniejszej sztuki świata: jak nie zabić kogoś, kogo kocha się nad życie.

Tak sobie człowiek żyje i żyje, a czas niezauważalnie dokonuje zmian. Pewnego dnia wstajesz, człowieku, i zauważasz, że to


zamieniło ci się w to



I wtedy się zaczyna.

Druga wielką prawdą życiową jest powiedzenie: małe dzieci, mały kłopot; duże dzieci… No właśnie. Blog to przestrzeń publiczna, więc powiem tylko: duże dzieci… o ja cię…
Bo małe krzywdy, tęsknoty, smutki nie są oczywiście wcale małe czy nieważne. Ale duże… Duże to już, jak mawiał Kipling, zupełnie inna historia. Jak ci się dziecko (wybrać pasujące): ubabrze, rozwrzeszczy publicznie, posika, rzuci komuś piachem w oczy, wstanie o trzeciej pełne werwy do zabawy to naturalnie JEST problem. Szyty na miarę tego, kto wrzeszczy lub wstaje.
Zupełnie inaczej rzecz ma się, gdy dziecko wraca do domu zalane w pestkę albo, co gorsza, w ogóle nie wraca, nie odpowiada na twoje telefony lub odpowiada obraźliwie i nadal nie wraca.
Osoba, która nie doświadczyla takich atrakcji może naturalnie myśleć, że w porządnych domach takie rzeczy nie mają miejsca. Porozumiewasz się przecież ze swoją kruszyną, dzielisz smutki i radości, przytulasz, nosisz, leczysz i ogólnie rozumiesz. Właściwie to czujesz, że przestrzeń zrozumienia pomiędzy wami jest wypełniona po brzegi. I nie wiesz jeszcze, że już za chwileczke, już za momencik, przestaniesz być dla niej osią wszechświata i staniesz się ostatnią osobą, której chciałoby się coś wytłumaczyć lub powierzyć jakiekolwiek tajemnice. A już na pewno staniesz się kimś, czyje recepty na życie pochodzą z epoki węgla (jak dobrze pójdzie, to brunatnego, a nie kamiennego) i żaden rozsądny nastolatek nie będzie z takiego badziewia korzystał.
Stań przed lustrem, mamo, i zapytaj sama siebie: czy jesteś gotowa na krzyk i rzucanie przedmiotami lub, w wersji przeciwnej, na kompletną olewkę i całkowite milczenie? Czy jesteś gotowa na to, że twoje mądre dziecko, które dotychczas przynosiło do domu świadectwa z paskiem, nagle ze wszystkich (lub prawie wszystkich) przedmiotów będzie miło oceny niedosteteczne? Czy jesteś gotowa na bezsenne noce, które nie wynikają z żywotności twojego skarbeczka, lecz z jego – niezaakceptowanej przez ciebie – nieobecności? Czy wiesz, jak wygląda komisariat policji o pierwszej w nocy? Czy chcesz się dowiedzieć?
I wreszcie… Czy wiesz, co odpowiedzieć na oświadczenie: NO I CO MI ZROBISZ???
Mówię Wam, życie mamy uczy pokory. Wyrozumiałości. Nieoceniania.
Życie mamy uczy, jak wyciagnąć rękę do drugiego człowieka, który jest Wam zupełnie obojętny, a jedynym łącznikiem między Wami jest to, że przeżywa rzeczy, które Wy już przerobiłyście.
Życie mamy pozwala odkrywać w sobie cechy, których istnienia człowiek by się nie spodziewał. Gigantyczne pokłady cierpliwości, umiejętność zmilczenia, kiedy w środku erupcja wulkanu, umiejętność mówienia, kiedy w środku kulisz się w pozycji embrionalnej. Każdego dnia uczymy się najtrudniejszej sztuki świata: jak nie zabić kogoś, kogo kocha się nad życie.
PS Chciałam z tego miejsca podkreślić, że kocham ją nad życie.

12 lutego 2012

Do czego ma prawo mama

Ostatnimi czasy antologia Macierzyństwo bez lukru robi się coraz popularniejsza. Na tę okoliczność naszła mnie refleksja, że mój blog, w przeciwieństwie do większości antologiowych, jest mało macierzyński. Postanowiłam więc pozastanawiać się nad różnymi aspektami tego zagadnienia, do czego wszystkich również serdecznie zachęcam. Że już nie wspomnę o kupowaniu antologii i pomaganiu tym samym Mikołajkowi.
Ponieważ od kilku miesięcy mam bezpośrednią styczność z wychowywaniem nie tylko nastoletniej córki, ale i kilkumiesięcznego chrześniaka, jakoś sama – jako pierwsza – nasunęła mi się refleksja na temat tego, co wolno, a czego nie wolno mamie. Do czego mama ma prawo? Czy mama może być niezadowolona? Czy jeśli jest, oznacza to, że jest też złą mamą? Zacznę drastycznie…
Czy mama ma prawo do zrobienia kupy w spokoju?
No przepraszam, może kogoś uraża mój tok myślenia. Ale akurat kupa jest czymś, od czego nikt z nas nie jest wolny. Ani matka, ani prezydent, ani papież. Z tym, że prezydentami i papieżami są głównie mężczyźni. Natomiast mamami głównie kobiety. I o ile tym pierwszym i drugim można być w pojedynkę, o tyle to ostatnie zakłada, że jest nas do tego niezbędnych przynajmniej dwoje (lub dwie).
Kiedy jesteś mamą człowieka, który ma prawie 18 lat, to można domniemywać, że masz prawo do kupy, robionej w spokoju. Ale oczywiście żadna to reguła.
- Mamoooo!!! Muszę suszarkę (prostownicę, perfumy, cień do powiek)!
- Mamoooo!!! Długo tam jeszcze będziesz? Innym też chce się siku!
- Mamoooo!!! Przez ciebie spóźnię się na autobus (randkę, imprezę, spotkanie ze znajomymi)!
- Mamoooo!!! Kot chce wejść do łazienki (sic!)!
Ogólnie w przypadku siedemnastolatki rzecz można jakoś ułożyć. Sprawa ma się zupełnie inaczej, kiedy w grę wchodzi osoba kilkumiesięczna.
Znany mi blisko osobnik niespełna ośmiomiesięczny, wychowywany przez mamę singielkę, radośnie popyla po domu w chodziku. Nie popyla, co warte zaznaczenia, przesadnie często, ale czasami jest zobligowany z uwagi na rzeczoną kupę na przykład. Należy przyznać, że radzi sobie z tą czynnością nadzwyczaj zgrabnie, za nic mając meble czy przejścia pomiędzy pomieszczeniami (nie ma progów, nie ma problemu). Z niezwykłą gibkością potrafi czynić zwroty (akcji również) i inne figury akrobatyczne. Nie mieści się jednak z ustrojstwem w drzwiach do łazienki. Pytanie brzmi: czy matka singielka, pracująca w czterech miejscach (bo tatuś uiszczać nie zamierza) oraz wychowująca syna, ma prawo do kupy? Oto jest pytanie.
Wiem z całą pewnością, że rzeczona matka defekuje czasami w asyście syna, zaklinowanego w drzwiach i donośnie wyrażającego sprzeciw. I teraz zastanówmy się, czy ma ona prawo powiedzieć, że jest czasem zmęczona i jej wysublimowanym marzeniem jest paść na łóżko i spać nieprzerwanie przez dwie godziny?
Dalszym etapem tych rozważań byłoby już karkołomne wprost pytanie, czy ta matka ma prawo do jakiegoś życia osobistego. Czy na przykład może wydalić się z domu przy niedzieli i spotkać się towarzysko, nie ciągnąc za sobą, jak arabska kobieta, całego dobytku w postaci kaftaników, koszulek, skarpetek, pieluch, butelek, smoczków, torebki i w końcu, było nie było, sporego potomka?
A tak w ogóle to podziwiam jej samozaparcie. (Tak, tak, dobrze podejrzewacie. Właśnie tu jestem i niańczę). Młodzieniec bowiem na mój widok rozdarł twarz, gdyż zapomniał, kim jestem (widział mnie ostatnio wczoraj) i wył jak syrena okrętowa przez pół godziny, zanim udało mi się go spacyfikować.
A w takiej sytuacji opuszczenie (histerycznie drącego się) dziecięcia jest nadzwyczaj trudne.
Ale nie niemożliwe. CBDO.
Tymczasem napisałam przydługawą notkę na blogu i zrobiłam sobie kawę. Ale on się zaraz obudzi i będzie gotów żyć pełnią życia. Więc kończę.
A już w następnym odcinku rozważania na temat bycia matką nastolatki.

6 lutego 2012

Robiliście kiedyś

kontrolę skrzynek pocztowych przy temperaturze – 23? Nie??? To nie polecam.
Jutro dzień trzeci i mam nadzieję ostatni. Bo jak to potrwa dłużej, to coś mi odpadnie. Np. twarz.

5 lutego 2012

Z listów Chudej

„Kochana, jakoś bardzo zabawne to Twoje macierzyństwo, ledwie wyskrobałam ze dwie-trzy notki o wiekszym stopniu dramatyzmu”*.
No Państwo Drodzy!
Od czasu, kiedy latte24.pl publikuje nasze teksty, zrobiło się naprawdę niebezpiecznie. Niektórym koleżankom nieźle się dostaje, ja wychodzę z domu wyłącznie w przebraniu (czapa z pomponem, okutana szalikiem po uszy), bo nie wiadomo, za ktorym rogiem czają się dziarskie forumowiczki, które wychowały już pierdylion dzieciątek jak z reklamy kaszki, a i czas mają na kosmetyczkę oraz wymiotowanie publiczne na tych tam forumach. A przy tym zadbane są wielce, bo i włosy prostują, malują sobie urodę na twarzy. To ja przypuszczam, że one znajdą czas, żeby mnie odszukać i spuścić mi łomot, bo ja czasem nie maluję tych paznokci, przyznaję ze wstydem. BO MI SIĘ NIE CHCE. A już w życiu bym się nie przyznała, że wolę wypić wino w większej ilości w damskim towarzystwie. I jak mam wybierać pomiędzy pacykowaniem a nadużywaniem alkoholu, zawsze wybieram to drugie.
Zresztą wszyscy PT Czytelnicy przecież wiedzą, że moim marzeniem jest zostać alkoholiczką.
Oraz świnka wietnamska.

No i ja te teksty takie piszę proste do zrozumienia i śmieszne, bo mam nadzieję, że one mnie oleją, te forumowiczki, na rzecz takiej fjakfrustratki na przykład. Bo ona się nie patoli. A w tym kraju wszyscy ferują wyroki zanim zapoznają się z tematem, to widzą tylko piankę na fali, a zgłębiać im się nie chce. I wychodzi, że kobita ma wyłącznie żal do świata za te bachory, za te noce nieprzespane i inne katary oraz sraczki. Ale oj tam.
Na tym tam… fejszbuku napisałam, że ogólnie to ja się cieszę, że plują. Bo nieważne, co mówią. Ważne, aby w ogóle mówili.
Tu dźwięk monet wpadających do skarbonki.
Jak już sobie po nas pojeździcie, normalne, zdrowe polskie matki – kupcie proszę naszą antologię. To pozwoli Wam utwierdzić się, umocnić w nienawiści do nas, nieudacznych i wynaturzonych.
A Mikołajkowi przyda się każdy grosz.
PS Pasjami uwielbiam, jak moje życie komentują dwudziestoletni studenci pci mięskiej. Gdyż oni WIĄ!
* Chuda, pszepszam Cię, że tak bez pozwolenia zacytowałam. Ale było mi potrzebne celem nawiązania. Rozumisz… taka zgrabna wolta intelektualna.