27 marca 2015

2066

Otóż Kaczka zrobiła się despotyczna. Kaczka na fejsie mnie pogania bacikiem, gdyż nadeszła wiosna i Kaczce zachciało się festiwalu. Gdy reaguję umiarkowanie entuzjastycznie, Kaczka przychodzi na blog i zawiesza głos (hę?). Ja się takiej wiosennej Kaczki nieco obawiam, więc jej festiwalowe życzenie spełnię w pewnym sensie.

Otóż nadejszły wiekopomne buty z Limango!

Proszę uprzejmie PT Czytelnicy. Oto najdroższe buty, jakie miałam w życiu. Sfotografowałam je specjalnie dla Was w mojej upadłej kuchni, tuż przy miejscu, z którego nadaję. Albowiem każde dziecko o tym wie, że spędzam czas w pomieszczeniu, gdzie moje miejsce. I tak radość, że nie w kiblu. Buty te zakupiłam za 1/5 ceny, ale przecież nikt nie musi o tym wiedzieć, prawda? Gdyż wraz z obuwiem przywędrowała oryginalna cenówka - na pudełku (to raz) oraz w ramach przyklejanych czynników irytacjogennych na podeszwie (to dwa). Rozważam pozostawienie tej drugiej i świecenie nią w różnych przybytkach. Zasadniczo nie jestem fanką tego typu rozwiązań, lecz popadłam dziś właśnie w finansową frustrację. Nie, nie chcę rozwijać tego tematu. Podkreślam również, że nie chciałam się z nim zapoznawać, uczyniono mi to siłą i podstępem, żałuję oraz poinformowałam nadawcę, by nigdy, przenigdy nie sprzedawał mi takich niusów - ja mam nader prostą konstrukcję, lubię życie takim, jakie jest, nie narzekam, nie rozmyślam nad marnościami i życzę sobie, by tak pozostało. Nawet obie dyrekcje już czegoś nauczyłam. Mianowicie w drażliwych chwilach podnoszę paluszek wskazujący i wydają z siebie dźwięk, zbliżony do "Y!". "Co?" - pytają naówczas dyrekcje, a ja odpowiadam: "Nie chcę uczestniczyć w rozmowie na ten temat". Ponieważ zwykle są to rozmowy wykraczające poza zakres moich obowiązków, dyrekcje, choć zdziwione, przystają. Zdziwione, bo jestem prawdopodobnie jedyna znaną im osobą, odmawiającą debat na temat innych ludzi.

Ale my tu pitu-pitu, a buty się gotują. Kaczko, obuwie Deni Cler wraz z torebką Monnari dedykuję właśnie Tobie. Oto one. Dopasowane nieomal idealnie.



Nadciąga sezon obuwniczy i zobowiązuję się produkować na bieżąco zdjęcia tych wszystkich okazyjnie nabytych butów i torebek. Oraz zrealizować zamówienie Kaczki, które brzmiało: "A machnijże post z etykietą i rankingiem wymarzonych". Machnę. Co mi tam. W kwestii butów jestem nieumiarkowana w jedzeniu i piciu. Takie natręctwo. Pierwszy niech rzuci kamieniem ten, co żadnych natręctw nie posiada.

23 marca 2015

2065

Trauma.

Wychodzę sobie spokojnie od rodziców, którzy są akurat pokłóceni i nie odzywają się od tygodnia. Nawet zabawnie się z nimi rozmawia, kiedy tak siedzą obok siebie przy stole naprzeciwko mnie i udają, że się nie widzą. Rozumiem, że jest to element gier i zabaw ludu polskiego oraz iż że koniecznie trzeba to robić po siedemdziesiątce. Coś jak podchody, przy czym matka ślepa, a ojciec głuchy. Zapodaję kontekst, gdyby ktoś się kiedyś zastanawiał, dlaczegóż, och, dlaczegóż mam tak nierówno pod sufitem. Jak się człowiek wychowa w takim domu, nie może mieć równo. A zauważyłam, że Zuzi się już udziela - znaczy: gwarancja z ruletki genetycznej. Dziś umarłyśmy ze śmiechu zespołowo. W kuchni. Z czego się śmiejecie, z samych siebie się śmiejecie, jesteśmy samowystarczalne, ale świat nas nie rozumie. Za to nie ma nudy.

No więc wychodzę od tych rodziców, jaja niosąc w reklamówce, bo mi matka dała. Podobno nie ojcowskie, ale włożyłam do lodówki bez zaglądania. Na wszelki wypadek. Co prawda nic nie ciekło, lecz matka mogła koagulować, ja ją o wszystko podejrzewam. Każdziusieńki remont w domu został przeprowadzony w ojcowej nieprzytomności, a żyje. Ojciec, znaczy. Zatem koagulacja wchodzi w grę, nic mnie nie zadziwi.

Wychodzę. Jaja. Samochód. Pacze, z przeciwka nadciąga sąsiad rodziców, trochę starszy ode mnie. Z trzydzieści lat z nim nie gadałam, a i trzydzieści lat temu niewiele, gdyż albowiem jest dziwnym i się czai. Coś w guście szpiega z Krainy Deszczowców. Na mój widok przemyka pod ścianą w milczeniu, lekko przygarbiony i wzrok ma dziki. Przywykłam, więc zdziwienia nie ma. Ale i czujność osłabła.

Wychodzę, jaja, samochód, sąsiad. I nagle, w tych sprzyjających okolicznościach przyrody, on mówi do mnie cześć. Minimalnie się spłoszyłam, bo jakże to tak? Cześć po trzydziestu latach zaledwie?! Ale co tam! Nie takie my rzeczy ze szwagrem... Cześć - odpowiadam i niezrażona zmierzam ku pojazdowi. A tu sąsiad, jak nie...
- Co u ciebie?
No, luuuuudzieeeeeeee...
W głowie szalona galopada myśli, jak ja mu te trzydzieści lat streszczę?! Ile mam czasu? Czy można prosić o powtórzenie pytania? Zanim się spostrzegłam, sąsiad zaczął mi opowiadać o swojej pracy. Jak gdyby nigdy nic. Takie tam tararara, o drugiej w nocy zadzwonili i musiałem zapierdzielać do dwudziestej trzeciej.

Stupor.
Ja nie jestem przygotowana na to, żeby obcy chłop gadał do mnie, jak do swego!
Wzięłam tę traumę przywiezłam do domu i mówię do Prezesa, że jaja, samochód, sąsiad, trzydzieści lat, o drugiej w nocy, do dwudziestej trzeciej, cześć, co u ciebie.
A Prezes:
- Trzydzieści lat się chłopina zbierał, żeby zagadać, weź nie krytykuj.

Ale czy ja krytykuję? Czy krytykuję ja?! Otóż nie! Po prostu boję się teraz staruszków odwiedzić, bo kto wie, kogo spotkam i co mi opowie! To jest pożądana dzielnica i ludzkość zamieszkuje w niej przez pierdziesiąt pokoleń. Łatwo nie wypłoszysz. A jak tam się czają po krzakach jacyś faceci, co od ćwierć wieku chcieli zagadać? Nie jestem na to przygotowana!!!

Mężczyźni - terra incognita.

22 marca 2015

2064

- O! Jak fajnie, że zszedłeś! - uradowałam się na widok Prezesa na schodach.
- A co? - dopytał, choć jakoś bez entuzjazmu.
- Pić! - wykrzyknęłam, naciągając kocyk pod szyję i zatrzymując film.
- Pani życzy...
- Herbatkę. I kawę. I colę! Wszystko chcę!!!


Mężczyzna mojego życia!!!

21 marca 2015

2063

Kupiłam Edkowi Cześka żeby się ode mnie odchrzanił, zwłaszcza na okoliczność rzucania klipsem od chleba. Wiecie - taki zamykacz woreczków, na którym wybita jest data. Najlepsza zabawka.
Z kotami podobnie jak z dziećmi. Po latach zrozumiałam, że nie warto inwestować zabawki i przebywającemu okresowo u nas Dzikowi rzucałam na dywan pokrywkę od garnka, drewniane coś, czego nazwy nie znam, a ma taką kulkę na końcu i służy do mieszania w makutrze, lub też i mały rondelek. To pobudza wyobraźnię. I daje pół godziny spokoju.
Aha. I piłkę dla kota. Kot i tak się nią nie bawił. Wolał klips od chleba.

Pragnę nadmienić, że nie osiągnęłam żadnego efektu, a właściwie całkiem odwrotny. Edek nadal żąda rzucania klipsem i aportuje go z godnym podziwu zaangażowaniem (trzysta razy - dopóki nie zacznę płakać), natomiast Czesiek w tym czasie wchodzi mi na głowę, żeby było trudniej schylić się po klipsa. Marzenia o świętym spokoju legły w gruzach. Przestrzegam matki, które dorabiają kolejne dzieci z myślą o ich wzajemnej interakcji.
Nie czyńcie tego - kot Wam wytłumaczy.

Czesław jest kotem pełnym dobrej woli i nieznającym, co to foch. Uważa, że każdy problem możemy rozwiązać poprzez rozmowę, więc gada jak najęty. Posiada bowiem bogate życie wewnętrzne oraz liczne przemyślenia. Którymi MUSI natychmiast się podzielić. Ze mną.
Ciszy nocnej nie honoruje, bo życie wewnętrzne toczy się również o 23.30.

Jeśli jesteś, Drogi Czytelniku, osobą, której zaświtała myśl o zakoceniu domu, a wcześniej styczności z zamieszkiwaniem kota nie miałeś, jedź do naszej hodowli kotów archangielskich i weź dwa. Gdy Cię nie będzie w domu, koty pogadają ze sobą. Kiedy wrócisz, nie będziesz mógł narzekać na nieobecność wrażeń.

Poza tym Czesław jest pieszczochem, jakich nie znała do tej pory galaktyka. Owszem, wszystkie nasze koty są bardzo kontaktowe, kochają nas, uwielbiają gości, nie separują się, nie unikają - wręcz przeciwnie. Ale Czesław to już przesadził.
Czesław uważa, że nas olśniewa. I jest zdania, że powinien być nieustannie dopieszczany oraz noszony na rękach. Poświęca wiele czasu na rozmyślania, dlaczego pozostałe koty nie mają rąk. Powinny mieć. I go nosić. Bo trzy osoby w domu, noszące Czesława, to jest zdecydowanie za mało.
Jeśli kiedyś napotkam w domu obcego człowieka z Czesławem na rękach, bez trudu uwierzę, że go wynajął.

Straciłam rachubę, ile waży, ale jest spory. A ogon nadal dłuższy od całego kota. Sierść ma wyjątkowo miękką - myślałam, że mu przejdzie z wiekiem, ale chyba nie. Zakończył prawdopodobnie wybarwianie i jest chodzącym Misterem Universum: biały, z minimalnym jakby cieniem srebrzystości na całym Czesławie, oraz bardzo regularnymi pointami we właściwych miejscach, czyli na uszkach, pyszczku, łapach i ogonie. I oczy ma niebieskie, niebieściutkie - rzadkość u kotów.

Rozrabia.
Tłucze.
Zrzuca.
Grzebie w garach.
Wywala wszystko z półek.
Kradnie.
Pyskuje.
Żre.

A po każdym przestępstwie przychodzi, patrzy człowiekowi głęboko w oczy tym niebem, zasypuje całusami, trąca główką, przytula się całym Czesławem i... kocha oczekując niezmierzonej wzajemności. Po prostu nie można mu się oprzeć.
Uwielbiamy go i nawet nie będę udawała, że jest inaczej.

No, dobra - pomysł z leżeniem na twarzy jest przereklamowany. Ale nie mogę narzekać, wciąż waży mniej niż Karol, więc mnie oddycha się łatwiej niż Prezesowi.

Absolutna niewinność. Nie wie, o czym rozmawiamy.

17 marca 2015

2062

Jestem zła i jest mi przykro, dlatego nachodzą mnie falami różne wspomnienia, z którymi nie jestem zaprzyjaźniona. Do takich wspomnień należy moje pierwsze małżeństwo z ojcem Zuzi. Nauczyłam się, dzięki Bogu, podchodzić do tego racjonalnie i nie poświęcam temu fragmentowi mojego życia zbyt wiele uwagi. I tylko czasem pojawia się jakiś bodziec, który wydobywa z pamięci wszystkie te złe rzeczy. A potem to mija mi.

Bodziec nie musi być zresztą negatywny. Dziś akurat bodziec pozytywny nałożył mi się na trwającą, upierdliwą infekcję oraz wydarzenia z pracy - co tu kryć - niebudzące zadowolenia. I wylazło, świecąc gołą dupą. Bywa. Nikt nie jest doskonały.

Bardzo lubię patrzeć na kobiety w ciąży i towarzyszących im zaangażowanych przyszłych tatusiów. Lubię tę troskę, czułość w spojrzeniu, drobne gesty i uśmiechy. Myślę sobie wtedy, że oto nadciąga Nowy Obywatel i trafi w dobre, kochające ręce.
W ogóle lubię zaangażowanych tatusiów. I nie chodzi mi wcale o to, by byli jakoś szczególnie rozwinięci intelektualnie oraz świadomi rozbuchanych metod wychowawczych. Wystarczy, żeby kochali i okazywali to, będąc dobrymi dla własnych dzieci. Cieszy mnie sama chęć brania udziału, ten znak czasów, gdy tata przestał być świętym nieobecnym. Wczoraj byłam u takiego taty singla - on jako człowiek doprowadza mnie do rozpaczy, ale relacja z synkiem jest naprawdę przyjemna. A wiszące na lodówce kartki z deklaracjami "Kocham Cię, tatusiu" wyjątkowo ujmujące.

W każdym razie lubię te kobiety w ciąży, otulone ramieniem dumnych sprawców piętrzących się brzuchów. Myślę sobie wtedy, że ci faceci - świadomie lub nie - odkryli właśnie, co to znaczy być prawdziwym mężczyzną. I że to nie ma nic wspólnego z maczyzmem, a wiele z emocjami, które stereotypowo przypisywane są kobietom. Najpiękniejsze wyznanie miłości czyni mężczyzna, który odrywa się od meczu (lub czegoś innego, co go akurat fascynuje i tu, teraz dziejesie), by polecieć do sklepu po lody czy kiszone ogórki dla ciężarnej żony. Bez focha. Bez pretensji.
To mnie ujmuje. Tego nie doświadczyłam.

Nieszczególnie opiekował się mną mój były mąż, kiedy byłam w ciąży. I właśnie dziś przypomniało mi się, jak to jeden, jedyny raz miałam ciążową zachciankę. Tylko jeden - bo uleczył mnie z takich szaleństw skutecznie i w mgnieniu oka, fantazję na temat kiszonej kapusty kwitując oburzonym: "Chyba zwariowałaś! Wiesz, która jest godzina?!". Ano fakt - była 22.00. Poszłyśmy więc z Zuzią, naówczas jeszcze bezimienną, spać.
Bo co niby można robić o 22.00?

A potem, prawem serii, przypomniałam sobie siebie, siedzącą na podłodze w rozpirzonym remontem mieszkaniu, w rozciągniętym dresie - jednym z nielicznych ciuchów, który mieścił ośmiomiesięczny z okładem brzuch - i dłubiącą coś z owym remontem związanego oraz rozmyślającą z tęsknotą nad chwilą, gdy będę mogła wreszcie oddychać jak normalni ludzie. Rozmyślania te zostały przerwane gniewnym: "Może się wreszcie ruszysz i chociaż poprzenosisz drzwiczki od szafek?". Przeniosłam.
W końcu ciąża to nie choroba.

I ten wyraz jego twarzy, gdy się złościł, że nie wychodzimy na żadne imprezy, a ja akurat dumałam czy opłaca się siadać, skoro bez pomocy nie wstanę.
I wyraz twarzy policjanta, który zatrzymał mnie do kontroli drogowej o czwartej nad ranem. Ta litość w jego oczach, przesuwających się z mojego śpiącego, nieobsesyjnie trzeźwego męża na ogromne brzuszysko (tydzień, wytrzymać jeszcze tydzień!) i spuchnięte dłonie, ledwo dosięgające kierownicy.
- Nie chcę dokumentów. Niech pani jedzie. Tylko powolutku i ostrożnie, dobrze?

Tak patrzę na te przyszłe mamusie, na czułe gesty ich mężów czy partnerów i robi mi się ciepło w środku. Nie czuję zawiści, raczej tęsknotę za czymś, czego nie miałam i nigdy już nie doświadczę.

***

A poza tym - dziś są urodziny mojej Mamy.
Wszystkiego najlepszego, Kochana. Za kilka dni wiosna!

15 marca 2015

2061

Rano dzwoni do mnie ciocia (lat 73).

- Przyślij mi zdjęcia z wigilii mailem, co?
Nie miałam pojęcia, że grasuje w internetach. Załączam zdjęcia i wpisuję w treści: "Jak sobie założysz konto na facebooku, nie zapomnij zaprosić mnie do znajomych".
Po chwili przychodzi SMS. Nie ma konta na fejsie. Jeszcze, hehehe.

Mówiłam Wam już kiedyś, jak bardzo cenię otwarte głowy? A u osób starszych brak lęku przed technologiami? Ciocia jest naprawdę fajna. I pięknie haftuje. Powiadam Wam - czad.


A ja do dupy fotografuję. Powiadam Wam - czad.

13 marca 2015

2060

Postanowiłam stworzyć specjalną kategorię. Będzie się nazywała Prawdziwa Okazja.

A co? Myśleliście, że mi przeszło? Otóż nie. Cicho siedzę, ale cały czas szukam. Grzebiemy, jeździmy, oglądamy. Bywa różnie: są domy lepsze i gorsze, droższe i tańsze oraz Prawdziwe Okazje.
Dzisiejszą Prawdziwą Okazję stanowił Dom Nad Torowiskiem.

1. Szesnastoarowa działka w jednej z bocznych uliczek niewielkiego miasteczka. W kształcie litery L. Ta działka, nie uliczka. 16 arów i jedno stanowisko garażowe. Więcej się nie zmieści. Fascynujący układ. W razie posiadania większej liczby samochodów (w naszym przypadku trzech), można rozpisywać grafik wyjazdów i powrotów lub też przelatywać ponad bogatymi nasadzeniami iglaków.

2. Pomieszczenia w  domu w porażającym rozkładzie. Mianowicie na piętrze klity, do których strach wejść, gdy wstawisz krzesło. Właściwie to nie strach. Raczej nie wejść. Taki, wiecie, pokój o powierzchni jednego metra kwadratowego. Do tego skosy, czyli możesz stać w pustym, ale tylko przy drzwiach. Jeśli otwierają się na zewnątrz.

3. Stropy na wysokości góra 2,20. Nie mam klaustrofobii, ale chciałam opuścić lokal w chwili, gdy otwarto drzwi. W środku czułam się jak Atlas dźwigający na barkach cały świat. Wrażenie potęgowały grzejniki praktycznie leżące na podłodze. Pani chciała umyć ściany, bo pomalowali najdroższymi farbami, co to miały być zmywalne, ale się nie udało. Brud i puste haki też potęgowały. Wrażenie potęgowały. Zresztą każdy maluje po swojemu, prawda? Nie musimy chcieć mieć sypialni w biskupim fiolecie.

4. Nowy wymiar pojęcia "otwarta kuchnia". Otwarta, czyli taka bez drzwi. Przy tym w stylu rustykalnym. Ja oczywiście szanuję gust każdego człowieka, ale na widok kuchni w stylu rustykalnym dostaję wysypki na podeszwach. Na całe szczęście piekarnik mało używany, bo pani piekła w nim ewentualnie jakieś mięsko. W całości piekła, bo blatów na lekarstwo. Ale na szczęście piekarnik... Lodówkę wyrzucili, bo "wszystko zapleśniałe". Nie, żebym oczekiwała starej lodówki - po prostu żadnej wilgoci w tym lokalu nie odnotowano.

5. Poniekąd poczułam się jak w domu. Gdyż w domu mam najgorsze schody świata. Wymyślił je ktoś w stanie permanentnego upojenia alkoholowego. Tam też były takie schody, tylko z moich korzysta się bez lęku amputacji głowy na wysokości obojczyków.

6. Ucieszyła nas informacja o podpiwniczeniu pod kuchnią. Trochę się zaniepokoiliśmy w chwili, gdy wyszło na jaw, że do piwnicy nie prowadzą żadne schody. Ot - wskakuje się tam. Nie wiem, jak się wychodzi, ale państwo polecili się tym nie przejmować, bo piec działa. Gazowy działa, a węglowego nie używają. Pewnie nie wymyślili, jak wrzucić węgiel. Albo nie mogli wcelować.

7. Łazienki. Taaaak, łazienki były najlepsze. Pan sprowadził dla pani kafle aż z Hiszpanii. Powodowały co prawda minimalny oczopląs, ale za to było nisko i bez okna. I kibel wymienili. Na najtańszy w markecie budowlanym.

8. W pewnej chwili pani powiadomiła nas, że okolica bardzo spokojna i cicha. Przynajmniej tak podejrzewam, bo nie jestem najlepsza w czytaniu z ruchu warg. Dźwięków nie zarejestrowałam, bo przez salon przejechały w tym czasie trzy pociągi. Przysięgam Wam - byliśmy tam kwadrans i przejechały trzy pociągi!!! Ale na szczęście pan poinformował nas, że od czasu, gdy zaistniały Koleje Śląskie, dużą część połączeń wycofano. Teraz jedzie tamtędy tylko 87 koma 6 % połączeń krajowych.

9. Zainteresowałam się, gdzie leży szambo. Otóż leżało za domem. Z uwagi na punkt pierwszy, podjazd beczki do próżnienia rozwalił mi system wyobraźni. Okazało się, że WUKO podjeżdża od zewnątrz. Po torach. I przerzuca, jak pan był łaskaw ująć, trąbę nad płotem.

10. W ogóle prawdziwa okazja, bo tory leżały 5 cm od płotu. Teraz już się tak nie buduje! Myślę, że Prezes mógłby wejść w jakieś układy z maszynistami - zwalnialiby koło domu, on by wskakiwał i jechał do roboty. Albo w ogóle z okna. Dachowego. A ja bym robiła zdjęcia i zamieszczała w internetach, chełpiąc się bohaterem we własnym domu.

I to wszystko za jedyne pół miliona.
Dom miał jakieś 65 lat, ale za to instalacja wodna z plastiku.
Brać, nie gadać, bo od kwietnia państwo zatrudnią agencję nieruchomości i trzeba im będzie prowizję zapłacić.

12 marca 2015

2059

W Świecie Dysku wstawał świt.

Wszystko powoli budziło się do życia. Nawet w pałacu Patrycjusza zaufany służący odważył się rozsunąć zasłony. Na posterunku Straży kapitan Marchewa, kończący nocny dyżur, ziewnął i przeciągnął się. Ruch uliczny nabierał mocy - Ankh Morpork nigdy nie zasypiało. Tylko w zabudowaniach Niewidocznego Uniwersytetu panowała cisza - jego mieszkańcy nie nawykli otwierać oczu tak wcześnie.

I wtedy ktoś nacisnął guzik. I... wszystko się skończyło.

***

- JAK TO SIĘ TERAZ MAWIA W MŁODZIEŻOWYM SLANGU? ZWIJAMY SIĘ? - mruknął Śmierć.
- ...
- TAK CZY SIAK, ZWIJAMY SIĘ, TERRY...


I poszli.

9 marca 2015

2058

Jak kupić buty. Miniporadnik.



Zasada nr 1
Mów do niego, kiedy jest czymś bardzo zajęty. Np. pracuje, gra, ogląda mecz. Mężczyźni są raczej jednotorowi. Jest duża szansa, że będzie chciał się ciebie pozbyć i odpowie: tak, kochanie, tak (i weź odejdź mi stąd teraz). Jesteś w ogródku i witasz się z gąską. Potem już tylko konsekwencja w działaniu i: przecież się zgodziłeś!

Zasada nr 2
Zakup butów musi kojarzyć się pozytywnie. Czaisz, jak to jest z uczeniem różnych nowych umiejętności? Np. kota to ja uczę za pomocą chrupka antywłosowego, któren jest dobrem największym. Oczekuję określonego zachowania i chrupek. Kot potem myśli, że fajnie dać obciąć sobie pazury, bo chrupek. Wszyscy stoją w kolejce, wyciągając odnóża i krzycząc: mnie, mnie najpierw. Z mężem (partnerem) identycznie. Np. przywlecz do domu okazałą siatę, a uprzejmie zdziwionemu małżonku powiedz:
- Wiesz, kochanie, doszłam do wniosku, że nie jesteś królikiem i nie możesz ciągle jeść trawy. Dziś golonko!
A potem lecisz na zasadzie wzajemności (kto jeszcze nie czytał Cialdiniego, do roboty).

Zasada nr 3
Jeśli już kupiłaś buty i masz problem z przeszwarcowaniem ich do domu, pamiętaj żeby nie robić tego przed posiłkiem. Polak głodny to zły. Solidny obiad (ugotowałam rosołek, ale nie ten, co zawsze, tylko wg przepisu twojej mamusi, bo wiem, że taki wolisz), polecam deser - cukier osłabia czujność, ewentualnie piwko, bo jak wypije, to nie pojedzie na 15 lat do sąsiedniego województwa, a przecież jest za leniwy, żeby iść piechotą.

Zasada nr 4
Jeśli już kupiłaś i udało ci się wnieść (bez pudełka, oczywiście), to buty do szafy i cisza. Pamiętaj: najważniejszym słowem, jakie powinna znać kobieta jest "STARE". Żadnych nowych butów w domu. Żadnych. Nawet jednego obcasika. Wszystkie są stare i kupiłaś pięć lat temu na 50. rocznicę ślubu cioci Halinki i wujka Henia. Nie pamiętasz, kochanie?! W ogóle nie zwracasz na mnie uwagi! (Malusi wyrzut w głosie nie zaszkodzi, dobre poczucie winy nie jest złe).

Zasada nr 5
W twojej fabryce NIGDY nie ma premii. Goła pensja. Zawsze. Podłe sknery.
Nie wiadomo, kiedy ci się przydadzą zaskórniaki.
Zaskórniaków nie wydajemy na: dzieci, utrzymanie, umeblowanie, wczasy. Nigdy. Nie.
ZROZUMIANO?!
Wmów mi, że dzieci są tego warte. Buchacha! Że co? Że po angielsku nie będą mówiły? Wszyscy nie muszą mówić po angielsku, to przereklamowane, niech się uczą innych języków. Np. polskiego. A poza tym, my nie chodziliśmy na angielski i ogarniamy. A gimnastykę artystyczną to sobie w dupę można wsadzić w Anglii na zmywaku.

Zasada nr 6
Przyłapana na gorącym uczynku masz prawo posunąć się do ostateczności. Płacz jest na miejscu, bo udrażnia kanaliki łzowe i czyści spojówki. Ciosy poniżej pasa są na miejscu, bo... są skuteczne. Bez sensu jest palić kalorie na coś nieskutecznego.
- Jesteś niewdzięczny! Ja to wszystko tylko dla ciebie! Widziałam, jak patrzysz na tę rudą Zośkę z czwartego! Już mnie nie kochasz, a ja tak się staram!!! (Tu żałość i o, biedna ja).

Zasada nr 7
Do butów dokup koronkową bieliznę i pończochy ze szwem. Pamiętaj, żeby współgrało kolorystycznie, bo mężczyźni widzą całość, a nie poszczególne elementy. Dzieci sprzedaj babci. Nie wahaj się wyjść na sukę, będzie miał co wspominać. Pamiętaj! Buty są tego warte!!!

Zasada nr 8
Jeśli przyłapie cię na gorącym uczynku - atakuj. Najlepszą obroną jest atak. Zażądaj torebki do kompletu, sukienki do kompletu, żakietu do kompletu, fryzjera do kompletu, kosmetyczki do kompletu, wczasów na Majorce do kompletu. W ostateczności posuń się do zażądania nowego samochodu. Na koniec okaże się, że - co za ulga - zapłacił TYLKO za buty!

Zasada nr 9
Puść go na imprezę z kumplami, niech się spije jak świnia i wróci o czwartej nad ranem, rozchełstany, z goździkiem w zębach i pieśnią na ustach. Odczekaj aż będzie miał kaca. Zrób karczemną awanturę (pamiętaj, by krzyczeć piskliwie i nie mieć w domu żadnych zimnych napojów). Daj się przeprosić butami.

Złota zasada nr 10
Sama znasz swojego męża najlepiej, co ja ci będę...

***

No, jest problem. Limango zaatakowało mnie podstępnie. Świnia, nie Limango. Okazało się, że mam w domu torebusię Monnari:


A Limango bez cienia zażenowania:



- Widziałeś?! - krzyknęłam oburzona nad uchem pracującego Prezesa. - Widziałeś coś takiego?! Ktoś powinien tego zabronić! Świnie! I to na przednówku!!!
- Uhu - mruknął Prezes, zainteresowany wyłącznie programowaniem dla pracodawcy.
- Co ja mam teraz zrobić?!
- Uhu...
- Jak dostanę przelew za tę chałturę, co wiesz, to sobie kupię. Jak sądzisz?
- Uhu...
- Gorzej, jak nie dostanę. Co wtedy?
- Tak, tak... To straszne.
- Właśnie. To byłoby straszne, przegapić taką okazję. Pięciokrotnie przecenione. Darmocha.
- Dobrze, dobrze. Jestem bardzo zajęty, wiesz?
- No, wiem. Tak ciężko pracujesz. To ja pójdę, zrobię dla ciebie obiadek, dobrze?
- Tak, obiadek. Zrób.

Nigdzie nie stało, że nie można mieszać zasad dowolnie. Można. Trochę tego, trochę owego, byle skutecznie.
To pa. Lecę na Limango!

7 marca 2015

2057

Debilne pseudoargumenty, z którymi spotkacie się w czasie dyskusji o prawach kobiet.
Samouczek.

W przypadku przemocy wobec dzieci w grupie sprawców dominują kobiety.
Nawet jeśli tak jest - choć nikt nie zdobywa się na przytoczenie żadnych badań - w tym kraju to kobiety właśnie zajmują się dziećmi. W przeważającej większości. Trudno lać dziecko, gdy nie ma nas w domu.

To nieprawda, że mężczyźni są częstszymi sprawcami przemocy - może fizycznej, ale nie psychicznej.
Przeczytałam ostatnio artykuł, w którym autor żali się, że matki wymagają od ojców, żeby opiekowali się dziećmi. Przemoc psychiczna czystej wody i koszmar dla mężczyzn. Już miałam to skomentować, gdy inni mężczyźni przedefilowali po autorze czwórkami.

"Coraz więcej analiz wykazuje...", "Badania mówią inaczej...", "Statystyki...".
Pokaż. Jeśli w ogóle są, chcę wiedzieć kto je wykonał, w jakim kraju, na czyje zlecenie i jakie zadano pytania. Istnieje bowiem możliwość, że to był ktoś w typie Ordo Iuris - instytucji skrajnie prawicowej i na takie zlecenia działającej. Poza tym można zadać pytanie: "Czy mąż Panią bije?" lub pytanie: "Czy zetknęła się Pani kiedykolwiek z przemocą mężczyzny wobec kobiety?" i na podstawie odpowiedzi wysnuć wnioski, że przemoc mężczyzn wobec kobiet nie istnieje. Bo akurat mnie mąż nie bije. Nie mam męża.

Badania wykonane w USA mówią...
Badania wykonane w Afryce mówią, że mamy utrudniony dostęp do wody.

Z jednej strony mówimy, że kobiety i mężczyźni są równi, a z drugiej chcemy tworzyć przepisy, które stawiają kobiety w lepszej sytuacji. Parytet jest przejawem seksizmu.
Nie mówimy, że kobiety i mężczyźni są równi (czym? wzrostem?). Mówimy, że wszyscy ludzie powinni mieć równy dostęp do dóbr i nie powinni być oceniani na podstawie płci (wyznania, koloru skóry, orientacji seksualnej itd.). Próbujemy stworzyć przepisy WYKONAWCZE, które do takiego stanu doprowadzą.

Zajmujemy się głupotami, a tymczasem jest tyle naprawdę ważnych problemów - np. dziura budżetowa.
Dla mnie jest ważne, żeby frank nie drożał, bo mam kredyt we frankach. Dla rodziców małych dzieci jest ważna dostępność placówek opiekuńczych. Dla ludzi starych istotna jest opieka geriatryczna. Z punktu widzenia niepełnosprawnych podstawowe jest zniesienie barier architektonicznych.
Czymś, co łączy nas wszystkich, jest potrzeba, żeby nie pierdolić bez sensu.

Jeśli jakaś kobieta rzeczywiście wnosi coś istotnego do nauki/kultury/życia społecznego/itd. lub szczególnie wykazuje się zawodowo, to zastanie wyróżniona. Nie musimy tego robić ze względu na jej płeć. Jeśli to nie nastąpi, znaczy, że nie zasłużyła.
Tak, oczywiście. Np. Maria Skłodowska-Curie, której wręczono nagrodę jako... żonie Piotra Curie. Albo Maria Goeppert-Mayer, o której istnieniu 99,9% polskiego społeczeństwa nie ma nawet pojęcia.

99,9% społeczeństwa to nawet jednej książki rocznie nie czyta, a co dopiero z wiedzą o Marii Goeppert-Mayer.
Argument bez związku. 90% społeczeństwa jest mięsożerna - czy to powód, żeby nie promować wegetarianizmu? 90% społeczeństwa nie choruje na choroby rzadkie - czy to powód, żeby nie starać się o dostępność terapii dla chorych?

Kobiety domagają się równego dostępu do stanowisk pracy. Może pójdą do kopalń?!
Mój ulubiony, nieodzowny argument górniczy. MUSI pojawić się w każdej dyskusji o feminizmie.
Kobiety nie muszą iść do kopalń, bo już tam są, tylko na najgorzej płatnych stanowiskach (co nie ma związku z ciężkością pracy), a do tych dobrze płatnych się ich nie dopuszcza. Istnieją kobiety, które chciałyby zjechać pod ziemię. Mało tego - zabiegają o to latami. Nikt nie daje im szansy. Inna sprawa, że zwykle są to kobiety bardzo dobrze wykształcone, więc pracowałyby w nadzorze. Jeszcze by tego brakowało, żeby jakaś BABA rozkazywała MĘŻCZYZNOM.

Nie można zatrudniać kobiet w budowlance, bo faceci się na nie gapią zamiast pracować i jest dużo wypadków.
Kobiety nie są odpowiedzialne za seksualność mężczyzn. W pracy się pracuje. Uporczywe wgapianie się w kogoś, komentowanie, dwuznaczne propozycje są molestowaniem. Pracodawca powinien zwolnić z pracy osoby, wykazujące takie zachowania.

Mężczyźni też są ofiarami przemocy!!!
Nikt nie przeczy. Chodzi o rozmach. Najnowsze statystyki policyjne znajdziesz pan/i TU.

Nie wiem, skąd bierzesz takie informacje. Mnie nikt nigdy nie zgwałcił, nie molestował ani nie traktował gorzej, bo jestem kobietą.
Przykład osobisty śmierdzi.

Nie róbmy z kobiet idiotek, którym trzeba dawać specjalne prawa.
To nie są specjalne prawa. To są prawa podstawowe.

Łatwo znaleźć dziesiątki argumentów na zaprzeczenie twoim teoriom, ale ty i tak nie zrozumiesz.
Mów prostym językiem i powoli, to zrozumiem. Nie mów idiotyzmów. Tego nie rozumiem.

Jeżeli nie widzisz głupoty w tym, co mówisz, to trudno o dyskusję.
Widzę głupotę w tym, co mówisz ty.

Im bardziej postrzegamy mężczyzn jako agresorów, tym bardziej wtłaczamy kobiety w rolę ofiar.
Im bardziej postrzegamy ludzi w kolejkach do lekarza jako chorych, tym są chorsi.

Nie uważam, że Polska jest krajem patriarchalnym.
Really? A ja przeciwnie. Dyskusja zamknięta z uwagi na brak punktów stycznych w wypowiedziach. Plus: przykład osobisty śmierdzi.

W krajach skandynawskich wprowadzono ustawę antyprzemocową i wzrosła skala przemocy. W Polsce nie mamy tego problemu.
W krajach skandynawskich wzrosła skala zgłaszania przemocy. W Polsce nie mamy takiego problemu.

Moja żona mówi, że nie masz racji.
Moja nie mówi. Nie mam żony. Opcjonalnie: leję ją w mordę, żeby się nie odzywała.


Mogłabym tak w nieskończoność. Niektóre wydają mi się nawet zabawne. Moje pytanie do osób, używających tego typu argumentów brzmi:
DLACZEGO TAK BARDZO NIENAWIDZISZ/BOISZ SIĘ KOBIET?!

4 marca 2015

2055

Obejrzałam wreszcie, lata odwlekając, przedstawienie Teatru Telewizji Śmierć rotmistrza Pileckiego. Trudne to było oglądanie. Tak trudne, jak może być styczność z ogromną, ludzką, narodową, osobistą, państwową, rodzinną, systemową tragedią dla osoby, która wychowana została w czci dla ojczyzny. A oprócz tego jest człowiekiem.
Przedstawienie, ma się rozumieć, powinien obejrzeć każdy. Sama odwlekałam, ale przecież nie chodzi o to, by łykać jak gęś to, co łatwe i przyjemne. Idzie też o namysł, rozważania i stawianie pytań. Jeśli nam zależy, by ten człowiek w środku się rozwijał jakoś.

Wiele we mnie pomieszania uczuć, trochę niezgody i lekcja pokory. Znowu. Ale ja to cenię. Twórcy Śmierci… zrobili widzowi psikusa. Jakże łatwo byłoby widzieć świat czarno-białym. Ci - dobrzy, ci - źli. Pilecki - samotny bohater naprzeciw ludzi systemu - podłych, odartych z ludzkich uczuć, sprzedawczyków. Takich, co to możemy ich jednoznacznie potępić. Bezwolnych sługusów radzieckiej Rosji, tym większych, że przecież polskich żołnierzy, którzy przelewali krew za ojczyznę. A potem bez cienia wstydu katowali, odbierali człowieczeństwo i mordowali nawet własnych towarzyszy broni.

Nie jest tak łatwo.

Polecam szczególnej uwadze trzy role: sędziego podpułkownika Jana Hryckowiana, zagranego przez Marka Kalitę, prokuratora majora Czesława Łapińskiego, w którego wcielił się Andrzej Niemirski i pułkownika UB Józefa Różańskiego w znakomitym odtworzeniu Jacka Rozenka. (Oraz muzykę Pawła Szymańskiego i, naturalnie, scenariusz wraz z reżyserią Ryszarda Bugajskiego).

Sędzia Jan Hryckowian - zbrodniarz i oprawca okresu stalinizmu, sędzia, adwokat, żołnierz AK. Odznaczony Krzyżem Walecznych za zniszczenie niemieckiego transportu kolejowego i Srebrnym Krzyżem Zasługi za walkę z okupantem. W sprawach oficerów AK i WiN haniebnie wsławił się wieloma wyrokami śmierci i długoletniego więzienia. Nigdy nieosądzony za zbrodnie stalinowskie. Zmarł w 1975 r.

Prokurator Czesław Łapiński - absolwent podchorążówki, uczestnik kampanii wrześniowej i Powstania Warszawskiego, wywiadowca AK, oskarżyciel w procesach wielu wojskowych, żądający dla nich (skutecznie) kary śmierci. W 2002 r. powstał przeciw niemu akt oskarżenia w sprawie tzw. mordów sądowych. Do procesu nie doszło - zmarł w 2004 r. na chorobę nowotworową. O, ironio - w warszawskim Centrum Onkologii u zbiegu ulic Roentgena i… rotmistrza Pileckiego. Pochowany na wojskowych Powązkach.

Józef Różański, a właściwie Józef Goldberg (sic!) - adwokat, stryj historyka Jerzego Wojciecha Borejszy, związany z NKWD jeszcze od przedwojnia, znany donosiciel, żołnierz Armii Czerwonej, wsławiony osobistym uczestnictwem w rozstrzeliwaniu więźniów w Starobielsku, armijny politruk. Zasłynął też jako zboczeniec, sadysta i kat, który lubował się w torturach, a uzyskane tą droga zeznania dopasowywał do tez oskarżenia. Odznaczony Orderem Krzyża Grunwaldu I i II klasy, Krzyżem Oficerskim i Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski i Złotym Krzyżem Zasługi. Osądzony z zabawnym wyrokiem w roku 1955, na fali audycji Józefa Światły, i ponownie w roku 1957 - gdy wyrok podwyższono do 14 lat. Po wyjściu z więzienia bez problemu znalazł pracę w Mennicy Państwowej (gdzie siedział sobie spokojnie do emerytury). Zmarł w 1981. Nigdy nie okazał skruchy.

dygresja
Teraz wszyscy zrozumieją, dlaczego ja całe życie tak bardzo wzbraniam się przed jakimikolwiek odznaczeniami. Otóż nie wiadomo, jaki śmieć nosi na piersi takie samo odznaczenie. NIE.
koniec dygresji

dygresja
Zauważyliście jak dawno nie było dygresji?
koniec dygresji

Nie będę pisała, jak ukazano w przedstawieniu te trzy postaci. Zobaczcie sami. Jeśli zechcecie, pogadamy o tym w komentarzach lub w jakiejś innej notce. Nie mogę odbierać Wam prawa do wrażeń i przemyśleń. Zresztą… lubię Wasze komentarze i refleksje. Bardzo. Więc nie zapomnijcie się ze mną podzielić.

3 marca 2015

2054

Z nieznanych przyczyn umysł mam jak rzeszoto - wszystko jakoś tak dziurawo przecieka i nie umiem napisać nic do rzeczy. W związku z powyższym informuję Was uprzejmie, że zostałam szczęśliwą posiadaczką pierwszej irregularkowej torebki! Jest absolutnie i cudownie niepraktyczna, na którą to okoliczność będzie chadzała na koncerty do NOSPRu. Bo nigdzie indziej nie chadzam, biedna sierota.

Torebka wygląda tak:


Na tej gwiazdce, co ją widać z boku, jest naszyty firmowy guzik. Wnioskuję z tego, że guzik będę w życiu miała, ale już się pogodziłam.
A kokarda nie jest taką zwykłą kokardą - ona jest w środku wypchana, stanowiąc milusią, grubusią podusię. Torebka została w fazie wstępnej zaakceptowana przez martuuhę, w przeciwieństwie do innej torebki irregularkowej, którą zapragnęłam mieć. Tamtą wdeptała w ziemię kopytami, rżąc rozgłośnie.
A ja się boję Tej Osobie sprzeciwić. Really.

***

Wracając do NOSPRu.
Dzwoni do  mnie onegdaj Matka Chrzestna. Rozmowa, jak można się spodziewać po przeszło czterdziestoletniej znajomości (łomatkobosko, na świecie są ludzie, których znam ponad 40 lat - powinna być jakaś ustawa, która tego zabrania), toczy się gładko, ale ja wiem, że skłąnia się ku upadkowi. Ja do NOSPRu, a ona…
- Muszę kończyć - mówi.
- Ja też. Wychodzę.
- Dokąd idziesz?
- Na koncert do NOSPRu.
- Hmmmm… - zawiesza się Matka Chrzestna. - A ja po wiadro.
Tak oto proza życia dobiera nam się do rzyci.