31 października 2014

1971

Następną notkę kocią autorka poświęca dwóm pięknym kobietom:

IWONIE I ZMORCE.

Trudno właściwie przyznać coś innego niż to, że wszyscy są obrażeni. Przoduje syneczek mamusi, któremu muszę straszliwie się podlizywać, a on gardzi i ostentacyjnie użala się wszystkim, włączając dziadków, co to dziś wpadli na okazanie. Na mnie fuczy i warczy, czego nie robił NIGDY. Tak oto awansowałam na Najgorszą Matkę Roku nie tylko z punktu widzenia Zuzanny. Jeśli chodzi o Edka, to mam szansę na tytuł Najgorszej Matki Tysiąclecia. Przez aklamację.
Zocha zachowuje się w sposób wyważony i udaje, że Czesiek nie istnieje. Syczy na niego w ostateczności, czyli  - gdy przecinają im się ścieżki. Poza tym wypiera.
Karolek. Nie. Zamawiał. Tej. Usługi. Jest załamany gównem, które go spotkało, w dodatku za kasę, mogącą wejść w skład pożywienia.



Bardzo aktywnie uczestniczymy w kocim życiu, bo maluch jest potężnie zestresowany i uważamy, że mordobicie nie jest promocją, jaką powinien otrzymać.

Poza tym jestem zmęczona. Spędziłam cały dzień z rodzicami, a oni są kochani oraz niezwykle barwni. Tymczasem jutro muszę z nimi zrobić kolejny Tour de Nekropolie, tym razem miejscowe.


1970

Kolejną notkę kocią (to chyba trochę potrwa) dedykuję towarzyszce

ODWODNIK,

która z nieznanych przyczyn zaczęła się również pojawiać jako er-er. Mnie nie nabierze, przecież widzę, kto jest na zdjęciu, hehe.

Jadę teraz z rodzicami do Bielska na groby, więc tylko opis naszej wyprawy i wylot.
Korki były jak jasna cholera, do Bełchatowa jechaliśmy trzy godziny. Myślałam, że mi tyłek odpadnie. Ciemno się robi wcześnie, więc zgubiliśmy się w osiedlu, ale koniec języka za przewodnika i jakoś to było. W mieszkaniu przywitało nas... srylion kotów archangielskich, nie policzyłam, bo się ciągle ruszały. Do tego dwie panie, mama i córka, oraz osoba ośmiomiesięczna płci żeńskiej, bardzo kontaktowa i samodzielna. Ogólnie wrażenie, jak się spodziewałam, bardzo pozytywne. Koty nie były oddzielone od strefy życia, zajmowały wszystkie meble, wyglądały na bardzo zadowolone i zadbane. Tylko jakaś nieznana część tkwiła w izolacji i sądzę, że były to kocury kryjące.

Wizyta przebiegła gładko, choć Prezes musiał mnie saperką odspawać od podłogi, gdzie spędzałam czas bawiąc się z nieprzeliczoną rzeszą radosnych kociąt, kotek oraz kocurów, stanowiących nowy nabytek. Jeden to nawet postanowił się z nami zabrać, oblazł mnie w momencie i o mało nie pękł od mruczenia. Wybitnie był śmieszny - nieduży, drobnej budowy i wyłupiasty.

Mama Cześka to malusieńka koteczka, wielkości naszego niespełna pięciomiesięcznego pupilka. To był jej pierwszy miot. Na koniec wizyty pani przyniosła nam pokazać tatusia i to mnie położyło na łopatki. Ogólnie koty archangielskie, jak to ruski, są drobnej budowy i nieduże. Natomiast ten... BYK. I przy tym tak pięknie umaszczony oraz z taka sierścią, że szok. Pani śmiała się, że nie maja drugiego takiego kocura i nigdy czegoś w tym stylu nie widziała.

Podpisaliśmy umowę, dostaliśmy dokumenty, uiściliśmy z bólem serca, obiecaliśmy systematyczne relacje i ruszyliśmy w drogę powrotną, z której słałam do pani MMSy, a ona dzwoniła, żeby zapytać, jak jest i co sobie jeszcze przypomniała na temat życia kotka. To tylko polepszało jej wizerunek - widać, że nie są obojętni na los swoich kociąt.

Przyjazd do domu to materiał na osobna notkę, więc spróbuję wieczorem. Rodzice nic nie wiedzą o tej adopcji i chcemy ich jeszcze ściągnąć na kawę, więc obiecuję, że się POSTARAM, ale nie, że dam radę. Trzymajcie się i zaglądajcie.
W drogę.

PS Nie, nie zostawiam kotów samych. Prezes pracuje w domu. Spokojnie.

30 października 2014

1969

Wróciliśmy z Cześkiem. Wrzucam Wam parę zdjęć z podróży, bo muszę tu opanowywać sytuację, która - jak rozumiecie - jest napięta. Karol wchodzi do łazienki i wychodzi z nadzieją, że za którymś razem Czesiek zniknie. Zocha nie zapłaciła za tę opcję. Edek zajął strategicznie bezpieczną pozycję pod drapakiem. Czesiek siedzi w kontenerku. Wszyscy obserwują się nawzajem, wyrażając niezadowolenie z wykonanej usługi.




1968


Wiadomość dnia jest taka, że o 14:00... jedziemy po Cześka!

29 października 2014

1967

Rozważania o mizerii świata i upadku narodów poświęcam koleżance

IZABELLA IKA.

Niech ma. Powodzenia.


Uwaga! Notka zawiera elementy drastyczne.

Zapomniałam Wam opowiedzieć, że odnotowałam całkowity upadek jakiejkolwiek kultury wyższej oraz rzemiosła. Bo przecież dokonałam tej selekcji obuwia, skrupulatnego oczyszczenia, zapakowania i wywiezienia do obuwniczego doktora. I teraz wyobraźcie sobie, włażę do niego s tom siatom, a od drzwi witam się radośnie:
- Dzię dobry, hurtownia.
Na co pan szewc zamienia się w ułamku sekundy w żonę Lota, po czym czapka mu eksploduje i podniesionym głosem sprowadza mnie do parteru.
- Letnie buty, tak? Porządki się robiło, tak? I teraz, przed pierwszym listopada mi to pani przynosi?!
Myślę sobie, że jesień to w sumie dobra pora na oddanie letnich butów do szewca hurtem i, cóż, każdy może mieć gorszy dzień, więc zachowuję spokój.
- Ale to się nie spieszy. Nie zależy mi na czasie, jak pan zrobi, będzie dobrze.
- A gdzie ja mam te pani buty trzymać, co?! Pani się rozejrzy, wszędzie butami zapchane, nie ma się jak obrócić!!!
Myślę sobie: spokojnie. Może mu się coś przykrego przydarzyło, może kontrola skarbówki, może mu ktoś (kurwa) umarł i nie wie, co czyni. A może to mięsny, a ja się pomyliłam, przecież w mięsnym nie będą mi butów przechowywać.
- To co? - pytam spokojnie. - Mam je zabrać?
Ale w środku już zakiełkowała myśl, że jeszcze słowo i pojadę do Katowic, do tego szewca, do którego przez lata chodziłam. I pierdolę, jak bum, bum. Zyski z hurtowni ci, chłopie, przepadną, ale to twoja sprawa, bo ostatni raz rozmawiamy. Chyba mi te myśli jednak przez twarz przemknęły.
- Nie. Ale dopiero w przyszłym tygodniu będą do odbioru. Chyba żeby pani przejeżdżała w pobliżu w piątek, to niech pani zajrzy.
- Proszę się nie spieszyć, nie zależy mi na piątku - zdobyłam się na ostatnią uprzejmość. - Przyjadę na początku tygodnia.

I dalej staram się myśleć, że każdy może źle zareagować na pogodę. Bo inaczej musiałabym mu zrobić koło dupy. Po prawdzie to ja mam szewców koło domu, ale ten ma dobrą opinię i koleżanka mi go poleciła. W każdym razie powiem Wam jedno: mnóstwo małych punktów, sklepów czy zakładów usługowych narzeka, że im sieci odbierają klientów i nie mają za co żyć. Prawda jest jednak taka, że w sieciówkach nikt sobie nie pozwoli na takie zachowanie, boby wyleciał z roboty. Niewiele trzeba. Więc staram się zrozumieć, ale to nie jest ani łatwe, ani obowiązkowe. I byłoby dobrze, gdyby pan o tym wiedział.

Ten mój szewc w Katowicach ma tylko jedną wadę. Bo i niedrogo, i bardzo starannie, i sympatycznie, i nawet stara się elastycznie podchodzić do moich potrzeb w stylu: pan rozbierze te buty na części, wymieni całą skórę, a potem złoży, gdyż lubię je wielce. Włosy co prawda rwie, ale pięknie się wywiązuje. Tylko on ma punkt w ścisłym centrum, więc z dojazdem kłopot, o parkowaniu już nie wspomnę. Gdyby nie to, nawet nie szukałabym nikogo innego.

1966

Chciałam podkreślić, że

CZWOROLIST

wygląda wyjątkowo dobrze i nie uwierzyłam w zeznania, mające poświęcić jej notkę 1962. Najwyżej 1966 (albo i wyższą). Dlatego też z najlepszymi życzeniami darowuję kobiecie tekścik kulinarno - obuwniczy. A to się załapałaś. Te mają najwyższe statystyki!

Zacznę od kulinariów.
Wstałam o 9:00, w domu cisza. Nikogo nie ma i pieczywa też. Ale co to dla mnie! Przypomniało mi się, że Ola robiła niedawno sałatkę. To ja też, kto bogatemu zabroni. Sprawdźcie najpierw oryginalny przepis, ponieważ ja zawsze muszę dokonać jakichś modyfikacji. Ola ma refluks i porusza się w ograniczonym zasobie produktów, co może być bardzo przydatne, jeśli akurat macie małe dzieci, które utrudniają (jak to dzieci). Ja nie mam refluksu, więc się nie przejmuję. I.

Wzięłam sobie rukolę, którą bardzo lubię z uwagi na ostry smak. Pół persymony, pół gruszki, pół serka z niebieską pleśnią, bo jest dość słony. Do miski. Oczywiście proponuję w kawałkach, żeby potem nie było, że moje przepisy są do dupy. W tym czasie migdały na suchą patelnię i prażymy. Ola dodała solonych, ja nie lubię, bo są solone i tłuste, więc lecę z całymi w łupinach. Nie musicie w łupinach, ale one pięknie sprzątają w jelitach. Te łupiny. Gdy się uprażą - tak, migdały, nie łupiny (ostrożnie, efekt węgla lubią uzyskać w ułamku sekundy) - studzimy i do sałatki. A potem w szklaneczce mieszamy oliwę z oliwek, sok z cytryny, trochę soli i pieprzu. Polecam taki w młynku, bo mielony na miejscu. I polewamy. I wchłaniamy. 

Litościwi mogą podzielić się z rodziną, ale to nie jest obligo.
U mnie Dziecko wróciło z uczelni i wyżarło to, co nieopatrznie pozostawiłam.

***

Przyszły nowe Irregularki. Zuzia przeżyła załamanie nerwowe. Mówi, że są straszne, ale ona się po prostu nie zna. Zresztą... to ja je będę nosiła, c'nie? Muszę podrzucić do szewca, żeby fleki wymienił, gdyż stwierdzono brak jednej sztuki.


Z przodu mają kopytko wielbłąda, buchachacha!!!


Przecież mówiłam, że ja już nie potrzebuję "normalnych" butów, bo mam. A ona narzeka, ale żebyście widziały, jakie sobie buty na Wyspie kupiła. Niech no tylko pisknie. Każdy ma takie kopytka, jak chce. O!

28 października 2014

1965

Notkę nr 1965 poświęcam Koleżance Beemwe. Będzie na taki temat, że niech się Koleżanka nad sobą zastanowi. I oczywiście...

BEEMWE            NIECH              ŻYJE!


Założyłam w końcu księgę wieczystą dla mojego małego mieszkanka, które okupuje licealny kolega, zwany potocznie lokatorem. Właściwie to mieszkanie tylko z nazwy (i aktu własności) jest moje, gdyż albowiem darowałam je Dziecku na osiemnaste urodziny. Dlatego też, jako osoba startująca po raz kolejny w wyścigu na Najgorszą Matkę Roku, postanowiłam je sprzedać. Rzeczonemu lokatorowi.

Oczywiście najpierw musiałam przysiąc na kolanach, że odkupię. Aczkolwiek tak korzystnych interesów, jakie udało mi się zrobić z kupnem obydwu naszych mieszkań, raczej nie powtórzę, bo podobno nic dwa razy się nie zdarza, a mnie się zdarzyło, więc nie liczę już na trzeci. No, chyba że dom potraktujemy jako osobną kategorię, to zapraszam szczęście serdecznie. Wtedy może i na odkupienie mieszkania wystarczy albo się Dziecku fartnie i dostanie obecne. Póki co, codziennie wysyła do kapituły konkursu maile, świadczące o mojej wredocie. Miała mieszkanie - PYK - nie ma.

Trochę się wytłumaczę. Oczywiście posiadam ze trzy prawe środki płatnicze, dedykowane mojemu wymarzonemu domostwu i stale dokładam do kupeczki (grosz do grosza, a będzie kokosza), ale mam też świadomość, że to na rozruch nie wystarczy. Nikt już nie daje kredytów na 100% wartości nieruchomości, na zadatek trzeba mieć ok. 10%, na opłaty i w końcu - na remont wraz z przeprowadzką. A tymczasem, co tu kryć - jestem coraz starsza, paliwo znacznie droższe niż w 2006, więc na wszelki wypadek nie zakładam, abyśmy dali radę przeprowadzić się o własnych siłach, jak to miało miejsce poprzednio. Odległość też będzie większa, więc jakby się nie opłaca.

Cała operacja zapowiada się na dość skomplikowaną logistycznie i emocjonalnie. Muszę więc mieć na to pieniądze. Nasze pensje nie wystarczą i nie ma o czym gadać. Sprzedaż małego mieszkania jest konieczna, szczególnie że - nieprawdopodobne! - nie jest ono obciążone hipoteką. Ergo: wolne i swawolne, brać - nie marudzić. (Kolejny mail do kapituły właśnie staruje).

Uzbierawszy wszelkie niezbędne dokumenty - sąd w Chorzowie żąda nie tylko zaświadczenia ze spółdzielni mieszkaniowej, które ta daje za darmoszkę, ale również wypisów i wyrysów z Wydziału Geodezji, za które musiałam zabulić 150 zł - ruszyłam do ataku. Mamrocząc niepochlebnie pod nosem, wrzuciłam do parkomatu piątaka, bo nie miałam drobniejszych. Parkomat nie wydaje reszty. Z dołu okazało się, że miasto wzbogaciło się o 1,5 h czasu parkowania, które nie zostało wykorzystane. Za karę się stąd wyprowadzę i mam was w odwłoku, nienażarte świnie (te czułe słowa kieruję do Rady Miasta), stracicie tym samym dwóch, a w perspektywie trzech bardzo uczciwych podatników. Nie opłacało się.

Czyli: wrzuciłam, popomstowałam i ruszyłam do sądu. W sądzie, wiadomo, zasieki, piszczące bramki, straż i nieprzyjazna atmosfera. Sympatyczna okazała się jedynie pani z ochrony, pilnująca rzeczonej bramki - pewnie po to, by nikt jej nie ukradł. Wiadomo: każdy chce mieć takie piskadełko w domu. Reszta obsługi: istne panie Halinki. Nieprzyjazne, naburczane, obrażone, że się im przeszkadza w kontemplowaniu roztoczy. Ruch znikomy, petent powiadomiony, że jest zawalidrogą, długopisów na lekarstwo, w kasie, zamiast obsługiwać interesantów, plotkuje się z koleżankami (a ty stój), wzór wypełniania druku wisi co prawda w gablocie, ale 5 m od najbliższego blatu do pisania, więc lataj tam a nazad. I naprawdę nie zabieraj pani powietrza ani ciszy swoimi durnymi pytaniami.

Byłam tak porażająco miła, sympatyczna, otwarta i uśmiechnięta, że pani Halinka o mało nie padła, rażona apopleksją. Co gorsza, w zderzeniu z bezbrzeżnie radosnym petentem, nie mogła wykazać się wyszkoleniem w zakresie obsługi rodem z lat osiemdziesiątych. Złośliwie wykazywałam pełne zrozumienie dla potknięć pani Halinki, jej niemrawych ruchów, braku humoru oraz nawiązywałam przyjazny kontakt werbalny, uderzając wprost do jej ogromnego doświadczenia, wiedzy oraz umiejętności.
Wychodzącej rzuciła jedynie nienawistne spojrzenie.
I to wszystko za jedyne 260 złotych polskich.

Termin - do miesiąca.
Będę więc gotowa na dokonanie transakcji.
Co za radość.

PS Ktoś otwarł w centrum Chorzowa drogerię Hebe, w której jeszcze nigdy nie byłam, więc na osłodę kupiłam sobie trzy maseczki na twarz i jedną, w formie rękawiczek, na dłonie. Tedy idę, wsadzę łapy w te rękawiczki. A potem będę piękna i gładka, że jak nie wiem co.

27 października 2014

1964

Update górny.

NOTKĘ TĘ, JAKBY NIE BYŁO - RÓWNOŚCIOWĄ, AUTORKA Z ROZKOSZĄ POŚWIĘCA SWOIM WIERNYM CZYTELNICZKOM, OBYWATELKOM O NICKACH:

KINIO      I     DORA.

NIECH ŻYJĄ!


Niech mi to ktoś wyjaśni, bo nie ogarniam.

Serial duński "Rząd" ("Borgen").
Scena: była pani premier u lekarza.
On zwraca się do niej per Birgitte.
Ona do niego: proszę pana.
Są mniej więcej w tym samym wieku, ale ona lepiej wygląda (musiałam). On - lekarz, OK. Ale ona była jeszcze przed chwilą najważniejszą urzędniczką w kraju!!! Stała na czele tego państwa, do jasnej cholery!

Wyprowadziłam się z równowagi i zamieszkałam w feministycznym betonie.

1963

Czasem to aż mnie korci, żeby nagrać i tu zamieścić, jak ekipa pochłania swój ulubiony posiłek, czyli małe puszeczki Gourmeta. Bo to potrójne, a niebawem (mam nadzieję) poczwórne mlaskanie, jest bezkonkurencyjne. Poza tym talerzyki czasem jeżdżą po kuchni, co daje dodatkowe efekty.
Ostatnio wpadliśmy na pomysł, żeby nie dawać im tego do misek, tylko na talerzyki, bo one wchodzą do zmywarki na 65 st. A miski są plastikowe, więc nie wchodzą i myją się ręcznie. Takiej temperatury w myciu ręcznym się nie uzyska.

A potem otwieramy myjnię na skale przemysłową, dwanaście łap i trzy, bardzo długie, jęzory. Po jedzeniu należy się umyć i każdy porządny kot o tym wie.

***

Wyobraźcie sobie, że Prezes wczoraj odkrył wyjątkową atrakcję dla melomanów. Mianowicie do sal NOSPRu można wejść na koncert za... złotówkę. Niech mi ktoś teraz wmówi, że go nie stać. Koncerty złotówkowe dają studenci Akademii Muzycznej. Zakładam, że grono profesorskie jednak nad tym czuwa i nie wystawiają początkujących. Muzyka bardzo różna, każdy może znaleźć coś dla siebie. Do końca roku mamy już wykupione trzy koncerty, w tym jeden studencki. Będziemy tacy odchamieni, że nie podchodź.

***

Zainspirowało mnie zdjęcie w internetach, a konkretnie to ze strony Foood Style. Nie bardzo wiem, jakie są składniki, ale mam wyobraźnię nie od parady, więc coś wymyślę. Inspiracja jest bardzo luźna, to kupiłam duże ziemniaki i pora, wykorzystam też masło, mleko, żółty ser i przyprawy. Jeśli się uda, podrzucę proces produkcyjny.

Na zdjęciu w Food Style danie wygląda tak:


Idę gotować ziemniaki.

25 października 2014

1962

Satynowe pantofle są piękne. Bardzo eleganckie, zdecydowane i... trochę burdelowe. Mam kilka par, najbardziej lubię te czerwone z kokardami na piętach - zaprawdę przywodzą ludziom myśli nieczyste. Od lat mam również pomarańczowe, kupione na Allegro, obszyte czarnym tiulem, wprost stworzone do zakładania w parze z czarnym koronkowym gorsetem. Oczywiście wkładam je do czegoś zupełnie innego, bo latanie po fabryce w koronkowym gorsecie mogłoby się źle skończyć (dla wszystkich), a nigdzie indziej nie chodzę.

Satynowe pantofle są więc piękne i pociągające oraz... niemożliwe do utrzymania w czystości. Po prostu nie ma na to sposobu, wypróbowałam już nawet najbardziej wyuzdane, ścierałam, prałam pianą, gumowałam. Nie i koniec. Tkanina jak tkanina - brudzi się, zwłaszcza że przy ziemi, i nic na to nie poradzisz. W związku z powyższym, choć buty - poza zabrudzeniem - są w stanie idealnym (ile razy można wyjść w pomarańczowych, satynowych pantoflach z czarnym tiulem, nawet będąc mną?!), postanowiłam wziąć z nimi rozwód.

A że dokonywałam dziś czystki etnicznej, wyciągnęłam je z szafy (tak, mam szafę na buty), skropiłam łzą, zamachnęłam się i... w ostatniej chwili walnęłam je do pralki. Co mi szkodzi - pomyślałam. - Jeśli się rozwalą i tak planowałam je wyrzucić. I co Państwo powie? Wyprane, czyściutkie, nienaruszone. Chyba wymienię fleczki.

Nie wiem, ile prań przetrwają w całości, ale jeszcze trochę razem pomieszkamy. Mówiłam już, że traktuję rzeczy podmiotowo? Rozmawiam z nimi, negocjuję, czasem się dogadujemy. Wyraźnie nie chciały się buciki ze mną rozstać. Ani chybi jest im tu dobrze. Rozdział ten poświęcam również łaskawej uwadze kotów. Czy koty wią, ile jest kotów w potrzebie?! NO!

1961

Urlop w miłej atmosferze i kotlety drobiowe. Z sałatą.
Wyrzuciłam pięć par butów. Następnych pięć przygotowałam do zawiezienia do szewca. W szafie nie widać różnicy.
I  ugotowałam kompot. Kompot, wyobraźcie sobie!
Obejrzałam też film o wampirach. Nic specjalnego we mnie po nim nie zostało.

W ogóle mam teraz taki problem, że się na filmach nudzę. Musi mnie wciągnąć i to szybko, bo inaczej nie jestem w stanie oglądać. Z drugiej strony - wciągają najczęściej filmy mało i średnio ambitne. Wiecie, jakieś nawalanki i ajlowju. A po nich nic we mnie nie zostaje. Tymczasem dzieła ambitne straszliwie mnie nużą, bruzda nie ogarnia. I co tu, panie, wybrać?

Ostatnio na tapecie zaistniał "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął". Przyjemny, ale na raty oglądałam. Nie sądzę, żeby to coś z filmem, raczej ze mną. Zwoje mi się przepaliły czy co? A już jak film nakręcono przed rokiem '90, to jakaś klapka mi w mózgu klapie od strzału. Są na to jakieś tabletki? Tabletki się łatwo łyka.

Jutro grzybowa.

24 października 2014

1960

Bardzo, bardzo proszę: Państwo skoczy do Kruszyzny i przeczyta, co ona napisała o Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Się dziewczyna narobiła, wszystko, co mogła, przeczytała sama (czyli nie korzystała z interpretacji, maszerując do źródła), notkę - jak zeznaje - pisała pięć godzin. I dobrze jej wyszło! Chwała!

Kto ma opinię wyrobioną za, ten się poczuje lepiej, znajdując potwierdzenie słuszności swych wyborów.
Kto ma opinię wyrobioną przeciw, ten być może zyska szansę na przemyślenie pewnych spraw.

Wiem, że nie powinnam pisać tego, co teraz napiszę, ale nie bez znaczenia jest fakt, że Krusz deklaruje się oficjalnie jako katoliczka oraz urzeźbiła trzy dorodne niewiasty, aspirując tym samym do wielodzietności. A tekst jest mądry, pozbawiony uprzedzeń, wyważony, przemyślany (5 godzin nie stukała przecież w klawikord) - po prostu DOBRY.
Polecam Wam go serdecznie, bo odpowiednie daje rzeczy słowo.
Rekomenduję go Wam.
Nie podskakiwać, tylko smarować do lektury, ale już!

1959

Pojechałyśmy dziś z mamą do Caritasu, bo tam znaleźli schronienie ludzie z zawalonej po wybuchu gazu kamienicy. Zawiozłyśmy jakieś ciepłe ciuchy, oni goli zostali - straszne. Podobno prezydent miasta obiecał każdej z rodzin mieszkanie zastępcze i 5.000 zł bezzwrotnej zapomogi. Obawiam się, że to pomoc wyłącznie dla tych, którzy mieli mieszkania komunalne, przecież nie dadzą lokali tym od własnościowych, a tam była wspólnota mieszkaniowa z przewagą wykupionych. No i te 5.000 - oczywiście doceniam, że choć tyle, ale co ci ludzie mają zrobić z taką kwotą?

Straszne to wszystko. Wyobraźcie sobie, że stoicie o 5:00 rano w piżamach na ulicy i nie macie NIC. Dobrze, że choć z życiem udało Wam się ujść. Nie macie dokąd pójść, czym umyć zębów, majtek na zmianę, dokumentów. Pewnie się cieszycie, że obok stoją dzieci, bo mogłyby nie stać. Serce się kraje, przecież nie zawiniliście, żyjecie jak wszyscy - chodzicie do pracy, kupujecie bułki w piekarni na rogu, myślicie, czy uda się na najbliższe wakacje uzbierać trochę forsy, żeby gdzieś wyjechać. Spłonęły Wam zdjęcia po dziadkach - jedyne pamiątki, które łączyły Was z tamtym, dawnym światem. I jesteście skazani na czyjąś łaskę, przecież sami sobie nie poradzicie.

To ustawia do pionu.
Życie jest cholernie kruche.
Wszystko jest cholernie kruche i może się skończyć w każdej chwili. I nic nie będziemy mogli zrobić.
Trzeba się cieszyć z DZIŚ, bo tylko to jest nasze. Tylko ta jedna, ulotna chwila, która zaraz minie. Jutro nie istnieje, a wczoraj przepadło.

Dużo ostatnio myślę o nietrwałości, ulotności i tym, że nie mamy pojęcia, co nas czeka, a psujemy sobie jedyny dostępny czas mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Oraz myślą. Nie chcę zapamiętać, że zamiast przytulić bliskich i powiedzieć im, że ich kocham, jacy są dla mnie ważni - darłam się jak idiotka, że znów ktoś porozsiewał brudne skorupy po całej chałupie zamiast włożyć je do zmywarki. Może to ostatnie, co ode mnie usłyszą albo ostatnie, co ja do nich powiem? Słabo.

To ja już, panie tego, wolę się cieszyć, że mnie dziecko wygnało z mojego kuchennego stołeczka, bo sprząta. I że się przeniosłam z komputerem do sypialni, więc całe towarzystwo pogalopowało za mną, zajęło pół łóżka i otwarło myjnię.


Świat jest taki fajny, a ja przecież mam już z górki, to muszę szanować sobie każdą chwilę. Nie, nie muszę. Chcę. Nic już nie będzie takie samo, nic się nie powtórzy. Głupio by było przegapić.

23 października 2014

1958

Mam dla Państwa złą wiadomość. Czesiek dzwonił, że się zesrał. Nie jedziemy, niestety. Wyprawa krzyżowa odroczona na czas nieznany. Tak, też mi przykro.

1957

Kruszyzna się pyta, co jest w piekarniku. Otóż nie uznałam za konieczne podawać Wam przepisu, ponieważ w piekarniku spoczywają Leniuszki. Ja tę nazwę wymyśliłam, R w kółeczku, uważam, że niezwykle adekwatna. Choć mogłyby też nazywać się Ratuszki, bo uratują sytuację. Każdą.

Otóż ustalmy na początek, co ma pani domu. Odpowiadam: pani domu ZAWSZE ma w zamrażalniku ciasto francuskie, które z kolei ma to do siebie, że nie zaimplementowało cukru, więc można je wykorzystać w każdej trudnej sytuacji. Oraz hobbystycznie. I nie mówcie, że to jakiś problem. Na zakupach dorzucacie do kosza ze dwa zwitki i ładujecie je do zamrażary po powrocie w pielesze. Potem mi podziękujecie.

Nie ugotowałaś obiadu? Ciasto francuskie.
Cholerni goście wpadli niczym grzyby w barszcz? Ciasto francuskie.
Rodzina snuje się po kątach, rzęzi i żąda? Ciasto francuskie.
Naczelna zasada kuchenna (byle się nie spocić)? Ciasto francuskie.
Ten, kto wymyślił mrożone ciasto francuskie, powinien dostać Nobla.

Co, mianowicie, można z tego ciasta?
Można np. rolki z parówką - dzieci się ucieszą, gdyż gminna wieść niesie, że nie wolno ich karmić parówkami, bo pies z budą zmielony. W związku z powyższym każde porządne dziecko dałoby się pokroić za parówkę. Tak to właśnie z zakazami bywa.
Można przekąski - tniecie w paseczki, posypujecie solą, kminkiem, ziołami, czym tam chcecie. Jak kogoś melanż poniesie, niech tworzy oryginalne kształty. Uwaga! Chrupanie wciąga.
Można tartę obiadową (i na słodko też). Bierzesz sobie formę, wykładasz ciastem francuskim, ładujesz do środka resztki z lodówki, w szklance mieszasz 3 jajka ze śmietaną lub jogurtem oraz solą i pieprzem, zalewasz, wstawiasz do piekarnika, a na 10 minut przed wyjęciem posypujesz żółtym serem (żeby się nie spalił). Przy tym pilnujesz się, żeby nie zeżreć połowy.
No i w końcu można Leniuszki.

One są kołem ratunkowym, gdy chcesz wyjść na Zapierdolnistą Panią Domu, co to w szpileczkach i fartuszku, z braku lepszych zajęć, wypełnia dom zapachem pieczonego ciasta all year long. Bierzesz se to ciasto i tniesz w kwadraty. Otwierasz lodówkę i sprawdzasz, co jest na granicy przydatności (jeśli goście, których nie lubisz, weź przeterminowane, może się zesrają i będziesz mieć spokój) - a to zapomniana puszka brzoskwiń, a to słoik z kompotem, sugerujący mech i porosty, w ostateczności konfitura, którą otwarli, zjedli dwie łyżeczki i porzucili (świnie marnotrawne), a ta dogorywa. A może jabłka wychodzą z koszyka? Proszę uprzejmie, voila!

Mnie akurat nic nie wychodziło, ale licytacja trwała, więc pocięłam to ciasto, dwa jabłka umyłam i pokroiłam w plastry (ze skórką), wyłuskując gniazda nasienne dość krzywo. W puszce z niespodzianką* odkryłam resztkę rodzynek sułtańskich, więc wsadziłam w każdą jabłeczną, krzywą dziurkę. Rogi zagięłam do środka, tworząc sakiewki. Górę ciasteczek pomalowałam żółtkiem. Na miejsce spojenia kapnęłam konfiturą z róży. Wszystko trwało jakieś 7 minut, a nikt mi nie podskoczy. Rozumiecie teraz, dlaczego nazywam te ciasteczka Leniuszkami?

Fajnie wychodzą również z brzoskwiniami z puszki i roboty jeszcze mniej, bo zapuszkowane brzoskwinie z natury rzeczy występują w połówkach, więc można się nawet nie ufifrać. Ciasto człowiek w kwadraty, czekoladę (gorzką) połamie, na środek przyszłego ciastka kładzie kostkę czekolady, przykrywa połówką brzoskwini, opierdoli żółtkiem naokoło i do pieca. Czas pracy skraca się do minut czterech, a wieńce i fanfary te same.

Ciastka, wynikłe z francuskiego, nie są przesadnie słodkie, co uważam za plus. Głąbom należy kazać żreć nad talerzykami, bo ciasto takie, jak wiadomo, składa się z warstw i, co za tym idzie, kruszy się jak jasna cholera. A nie po to odwalamy numer z czerwonymi pazurami do podłogi, żeby po jakiejś bandzie nieudaczników sprzątać.

Mogę sobie wyobrazić, choć nie próbowałam, że z ciastem francuskim dobrze konweniuje np. miód i płatki migdałów. Albo różne dżemy - fanatycy mogą zawinąć w rogaliki, ale muszą mieć świadomość, że czas przygotowania się wydłuży, a i ręce trzeba potem umyć, bo się tłuste paluchy na dziecku odcisną.

No. Mówię Wam, ciasto francuskie jest the best. A jak ja coś mówię, to wiem.


* Doprawdy - czasem znajduję tam wiórki kokosowe sprzed roku.

22 października 2014

1956

Licytacja trwa.

Wczoraj on:



Więc ja dziś na to:


Nie będzie mi się tu popisywał!

1955

Wstałam o godzinie nieprzyzwoitej, czyli 8:45.
Zjadłam śniadanie.
Wypiłam herbatę.
Pojechałam do fryzjera.
Zrobiłam zakupy.
Ogarnęłam kuchnię.
Nakrzyczałam na Zuzię.
Zuzia nakrzyczała na mnie.
Pomyślałam, żeby zrobić rogaliczki z ciasta francuskiego z jabłkami.
I chce mi się spać.

Pogoda barowa. Brak konieczności wyjścia do pracy powoduje, że deszcz przestał mi przeszkadzać. W domu idealna cisza, przerywana jedynie okazjonalnie kocimi okrzykami, które mają mnie zachęcić do wydania posiłku. Edward natychmiast wyczuł koniunkturę i zalogował się w opcji "syneczek mamusi", na okoliczność czego porzucił jedzenie chrupek z miski, żądając karmienia z ręki. W sumie radość, że nie łyżeczką.

Siedzę sobie w kuchni na moim stołeczku, pomiędzy drewno a tyłek zaimplementowałam poduszkę, plecami opieram się o kaloryfer. Ciepło, cicho, pusto - lubię. Opędzam się od myśli o konieczności kontynuowania pracy nad cudzym doktoratem. Jeszcze mi się nie chce. Jeszcze to odpycham. Ale tylko przez chwilę, bo dałam słowo, że w tym tygodniu skończę.
Fajnie jest niczego nie musieć.
Ale do pracy wrócę z przyjemnością.
Fajnie jest mieć do czego wracać.

21 października 2014

1954

Jazzowe wtorki (polecam).

Dziś Bałdych-Sendecki-Doctor Trio. Notka ze strony NOSPR:

Adam Bałdych to dziś jedno z najbardziej gorących nazwisk polskiego i europejskiego jazzu. Od momentu podpisania kontraktu z ACT Music w 2012 jego kariera nabrała niebywałego tempa. Kalendarz koncertowy Adama jest szczelnie wypełniony – gra w najlepszych salach koncertowych, współpracuje ze świetnymi muzykami, by wymienić tylko Iiro Rantalę, Verneri Pohjolę i Yarona Hermana, z którym zarejestrował najnowszy album The New Tradition. Jest uwielbiany przez publiczność i poważany przez krytyków – Ulrich Olshausen z Frankfurter Allgemeine Zeitung napisał o nim: „Bez wątpienia Adam jest najbardziej zaawansowanym technicznie skrzypkiem naszych czasów, możemy się po nim spodziewać wszystkiego, co najlepsze”. Ma na koncie wiele nagród i wyróżnień, w tym tę najbardziej prestiżową – Echo Jazz przyznaną mu w 2013 przez niemiecki przemysł muzyczny.
Pianista i kompozytor Vladislav "Adzik" Sendecki studiował fortepian w Wyższej Szkole Muzycznej w Krakowie. W 1974, wspólnie z Jarkiem Śmietaną założył grupę Extra Ball, a następnie, z Andrzejem Olejniczakiem, zespół Sun Ship. W 1981 wyjechał do Szwajcarii, a później do Niemiec, gdzie mieszka do dziś. Współpracował m.in. z Klausem Doldingerem, Billym Cobhamem, Michaelem i Randym Breckerami, Larrym Coryellem, Michałem Urbaniakiem. Od 1996 jest stałym pianistą (także kompozytorem i aranżerem) NDR Big Band (wystąpi z NOSPR 22.10.2014) – najlepszej orkiestry jazzowej w Europie. Jego styl jest syntezą jazzu, muzyki klasycznej (romantyzmu, impresjonizmu) i fusion z elementami world music. New York Village Voice uznał go za jednego z pięciu najlepszych pianistów jazzowych na świecie.
Marcio Doctor, Argentyńczyk mieszkający w Hamburgu, ceniony perkusjonista. W 2006 grał w zespole Randy`ego i Michaela Breckerów – zarejestrowany na żywo album Some Skunk Funk zdobył nagrodę Grammy.
Trio zaprezentuje program złożony z utworów Bałdycha, Sendeckiego i Doctora, muzykę tworzoną spontanicznie, pełną żywiołowej energii i błyskotliwych, nasyconych wirtuozerią improwizacji. 

Znamy się z Prezesem jak łyse konie, więc w zasadzie moglibyśmy nie wymieniać żadnych uwag, ale robimy to dla przyjemności.
- Kluczowy moment koncertu był na samym początku - perorował Prezes po wyjściu. - Wtedy, gdy perkusista zaczął wyciągać te swoje dewocjonalia...
- Czekałam prawie dwie godziny, żeby ci to powiedzieć.
Bawiliśmy się znakomicie, bo muzycy naprawdę wysokiej klasy, a koncert - jazzowe improwizacje na tematy różne. Mamy zaliczoną salę kameralną i traktujemy to jako preludium do sali głównej. Bilety BARDZO drogie, więc skwapliwie wybierzemy repertuar. Jednak z drugiej strony... Byłoby grzechem nie korzystać, mając pod nosem najlepszą salę koncertową w całej Europie i jedną z lepszych na świecie, prawda? Kawy też można się napić.


Czuję nadciągający imperatyw kategoryczny zwiedzania Muzeum Śląskiego i jego oryginalnych, podziemnych sal, rozjaśnionych (uwaga!) światłem dziennym. Po tylu latach wreszcie okazało się, że nie mieszkamy na żadnym zadupiu, więc planujemy korzystać z tego do wypęku.
A jazzowe wtorki, jak to wtorki - co tydzień. Na kameralną bilety po trzy dychy. Jak tu nie pójść?

(Obejrzyjcie zdjęcia).

1953

Prezes codziennie opowiada mi co lepsze kawałki ze swej międzynarodowej pracy. Szczególnie ukochał swego obecnego, hinduskiego zleceniodawcę, który mówi do niego all day long. Jest przy tym tak zaangażowany, że z radością pozostaje w robocie po godzinach, by tylko móc gadać do Prezesa, nie zważając, iż wybiła mu właśnie 22:00.
Prezes uważa, że jest to odrobinę uciążliwe, ponieważ nie może niczego napisać, albowiem wciąż musi odpowiadać na niekończące się pytania Wassifa. To są pytania w stylu oślim ze "Shreka", czyli: "Daleko jeszcze?!".

Wczoraj Wassif był na amfie i nie przestawał tak uporczywie, że Prezes zagadał do swojego kierownika projektu, żeby coś z tym zrobił, bo nie jest w stanie pracować. Kierownik z dużym zaangażowaniem rzucił się tłumaczyć Wassifowi, by się zamknął i osiągnął skutek!
Wassif milczał przez całe pięć minut.
A kiedy u nas wybiła 16:00, a u Wassifa nie wiadomo która, Wassif nadal mówił, nie zważając na fakt, że zarówno Prezes, jak i kierownik projektu ulotnili się bez słowa.
Ot, różnica kultur.

- Wassif przeszedł dziś samego siebie - powitał mnie Prezes, wracającą do domu. - Otworzył sobie dwa okienka i w jednym pisał do mnie na komunikatorze, a w drugim pisał do mnie maile. w tym samym czasie.
- Co chcesz - westchnęłam. - On ma taką robotę. Zatrudnili go, żeby z tobą gadał. Nic więcej. I on chce się wykazać.

***

U R L O P!

Oprowadzając mnie do wyjścia, Jaś dogłębnie przeanalizował zaistniałą sytuację.
- Nie będziesz widziała fabryki przez dwa tygodnie! - stwierdził z westchnieniem.
- TAK!!! - zapiszczałam radośnie, po czym wykonałam taniec bioderek.
- I nas nie będziesz widziała dwa tygodnie... - zawiesił głos, przypatrując mi się. - Czemu milczysz?
- Czekam aż odwrócisz się do mnie tyłem, bo nie chcę być ostentacyjna. Okażę radość za twoimi plecami.

***

Dziś idziemy na koncert jazzowy do nowego, jeszcze ciepłego budynku NOSPRu. Dwa w jednym: odpoczywam i odchamiam się.

19 października 2014

1951

Państwo się okresowo upomina o notki obuwnicze, więc spieszę zasięgnąć opinii, jak się Państwowi podobajo takie Irregularki:





Gdyż mianowicie zapragnęłam je posiąść okazjonalnie.

PS Rozpoczynam buszing na ebay'u. Buszing and polowing.

18 października 2014

17 października 2014

1949

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o rzetelności, ale wstydziliście się zapytać.
#zadługienieczytam

Natrafiłam dziś na artykuł, który odrobinę mnie zirytował. Jednak wcale nie z powodu, o którym być może pomyślicie zaraz po jego przeczytaniu. Ponieważ w miarę upływu czasu teksty znikają, pozwolę sobie przekopiować całą treść, a linkuję z poczucia przyzwoitości.

- Czuję się jak bohaterka Kafki - mówi Anna Kopyść, matka samotnie wychowująca dziecko. Od ponad roku toczy bój z urzędnikami o wypłatę becikowego. Ci nie dają za wygraną, mimo że rację kobiecie przyznało już Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej oraz Wojewódzki Sąd Administracyjny. I wciąż przywołują pojęcie "rodziny"
Wszystko zaczęło się w czerwcu ubiegłego roku, kiedy mieszkanka warszawskiego Mokotowa zgłosiła się do władz dzielnicy o wypłatę becikowego. Ustanowione jeszcze za rządów PiS jednorazowe świadczenie w wysokości tysiąca złotych miało przyczynić się do wzrostu liczby urodzeń w Polsce. Początkowo otrzymywali je wszyscy rodzice. Z czasem jednak zdecydowano, że będzie przysługiwało jedynie tym, którzy najbardziej go potrzebują, i ustalono kryterium dochodowe. Jeśli dochód w rodzinie przekracza 1922 zł na osobę, pomoc się nie należy.

Ministerstwo. Dochód ojca w tym przypadku nieistotny

Anna Kopyść wychowuje dziecko samotnie. Dlatego we wniosku w ogóle nie uwzględniła dochodów ojca dziecka, z którym ani nie mieszka, ani nie tworzy związku. Zrobiła to zgodnie z wytycznymi podanymi na stronie internetowej Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. Jednak Wydział Spraw Społecznych i Zdrowia dla Dzielnicy Mokotów uznał inaczej i zażądał również wglądu w zarobki mężczyzny.

- Mówiłam im, że nie mają racji, ale oni swoje. Napisałam więc do ministerstwa, by wyjaśniło sprawę - opowiada pani Anna. A w piśmie z resortu czytamy: "Jeżeli (...) jest pani matką samotnie wychowującą dziecko, to do składu rodziny i obliczaniu dochodu rodziny przy ubieganiu się o tzw. becikowe nie jest wliczany ojciec dziecka jak i dochód przez niego osiągany". Urzędników pismo z ministerstwa jednak nie przekonało - dochody mężczyzny wliczyli i doszli do wniosku, że pieniędzy jest za dużo, zapomogi więc nie przyznali.

Urzędnicy. Bo rodzic dziecka jest członkiem rodziny

- To ministerstwo się myli? Jedna dzielnica Mokotów wie, jak powinno być? Znam kobietę spoza Warszawy, która jest w podobnej sytuacji jak ja, a pieniądze dostała - dziwi się pani Anna. Dlatego zgłaszała się do kolejnych instytucji - Samorządowego Kolegium Odwoławczego i Rady Warszawy. Bezskutecznie.

Kobieta pokazuje stos dokumentów - uchwał, zawiadomień, decyzji. Powołując się na ustawę o świadczeniach rodzinnych, miejscy urzędnicy powtarzają w nich, że "rodzina to m.in. rodzice i dzieci" i trzeba "traktować rodzica jako członka rodziny". Takie argumenty padają m.in. w piśmie od Rady Dzielnicy Mokotów ze stycznia tego roku.

- Czuję się jak bohaterka Kafki. Naprawdę! - rozkłada ręce matka. - Jak można tak postępować? Przecież mam opinię ministerstwa, wyrok sądu. Jak można ich nie uznawać?

Sąd. Rodzina to też faktyczne pożycie, bliskość

Zniecierpliwiona opieszałością urzędników Anna poskarżyła się do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. A ten uchylił ich wcześniejszą decyzję. Sąd zwrócił uwagę, że intencją ustawodawcy było to, aby pomoc "trafiła do osób najbardziej potrzebujących". "Nie ulega wątpliwości, że osobami potrzebującymi takiej pomocy są przede wszystkim osoby samotnie wychowujące dziecko" - czytamy w uzasadnieniu wyroku.

Sąd zwrócił uwagę, że "w ostatnich latach w sposób istotny zmieniła się wykładnia dotycząca pojęcia 'rodziny'". Przywołał też orzeczenie Sądu Najwyższego z 2005 r., który stwierdził, że "pokrewieństwo nie stanowi wyłącznego kryterium zaliczenia do najbliższych członków rodziny".

Wojewódzki Sąd Administracyjny zwrócił uwagę na inne równie ważne czynniki - "wspólnotę ekonomiczną (pozostawanie we wspólnym gospodarstwie domowym), wspólne zamieszkanie, faktyczne pożycie, powiązanie, bliskość". I podkreślił, że w spornym przypadku "ojciec dziecka tak naprawdę nie jest członkiem rodziny", a wliczanie jego dochodu jest bezzasadne. Po pierwsze, "przeczy celowi ustawy", po drugie, z pieniędzy ojca kobieta nie korzysta.

Choć minął rok, końca sprawy nie widać

- Zapytałam sędzię, ile czasu potrzeba, by cała sprawa wreszcie się zakończyła. Pamiętam jak dziś słowa, że przecież nikt nie będzie się odwoływał - wspomina pani Anna. Jednak Samorządowe Kolegium Odwoławcze zaskoczyło wszystkich i złożyło skargę kasacyjną. A w niej zarzucają, że wyrok wydano "z naruszeniem prawa materialnego", a więc artykułów ustawy o świadczeniach rodzinnych "przez błędną ich wykładnię polegającą na przyjęciu, że rodzic dziecka nie jest członkiem rodziny tego dziecka, jeśli nie prowadzi z nim wspólnego gospodarstwa domowego".

O komentarz poprosiliśmy rzecznika dzielnicy Mokotów Jacka Dzierżanowskiego. Zapytaliśmy m.in., dlaczego pomimo opinii ministerstwa i wyroku sądu dochód ojca został wliczony; czy zdaniem urzędników tak ministerstwo, jak i sąd się pomyliły; co, jeśli i tym razem sąd nie przyzna miastu racji. - To są dane osobowe i wrażliwe, więc nie będziemy się w tej sprawie wypowiadać - usłyszeliśmy.

Ciągnącą się ponad rok sprawę rzecznik tłumaczy w ten sposób: - To precedensowa sprawa. Ustawodawca nie doprecyzował przepisów, które, jak pokazało życie, mogą być różnie interpretowane. Przykre jest to, że to złe prawo uderza w najbardziej potrzebujących. Sprawa cały czas jest w toku, bo Samorządowe Kolegium Odwoławcze napisało kasację od wyroku. Zajmiemy się tą sprawą, jak tylko wyrok stanie się prawomocny, a sąd zwróci nam akta.

W Naczelnym Sądzie Administracyjnym, do którego akta sprawy trafiły na początku września, słyszymy, że czas oczekiwania na rozprawę to około półtora roku.

- Nie chodzi już tylko o mnie. Zastanawiam się, ile jeszcze osób potraktowali w podobny sposób. Boją się, że jak ustąpią w moim przypadku, to przyjdą następne? - pyta pani Anna.
Naturalnie, jak zapewne wszyscy podejrzewają, posypały się komentarze. Że urzędasy, że ponad prawem, że robią, co chcą, że biedna kobieta... Tymczasem z treści tego artykułu wynika tylko jedno: etos dziennikarski zdechł już tak dawno, że nikt nawet nie pamięta, jak wyglądał. Pismaki cenią jedynie tanią sensację, z żadna tematyką się nie zapoznają, a słowo "rzetelność" ominęło ich na lekcjach polskiego. A "urzędasy"... no, cóż - MAJĄ RACJĘ.

O co tak naprawdę chodzi?
Obowiązek łożenia na utrzymanie dziecka spoczywa w pierwszym rzędzie na jego rodzicach. Aby nie opisywać wszystkich możliwości, skupmy się na tym jednym przypadku. Z doniesień wynika, że matka wychowuje dziecko sama, a ojciec jest nieobecny i nie pomaga finansowo. W zwiazku z powyższym matka uznała, że powinna zwrócić się o pomoc do społeczeństwa. Czyli do mnie. I do Was również. Nie mam nic przeciwko pomaganiu ludziom, pod jednym atoli warunkiem: że nie uważają mnie za dojną krowę i kompletną idiotkę.

Dziecko ma w tym przypadku dwoje rodziców. Jeśli matka pozostała z dzieckiem sama, winna - dla jego dobra (sic!) - pozyskać środki, potrzebne na utrzymanie, również od ojca. Służy do tego celu sąd rodzinny oraz sprawy alimentacyjne. Jeśli matka (dajmy na to) unosi się honorem i nic od ojca nie chce, to powinna być konsekwentna i nie oczekiwać pomocy ode mnie. Ponieważ, jakby to powiedzieć... nie miałam przyjemności. Złośliwie podejrzewam, że zachodzi tu sytuacja, którą chce się zamieść po dywan:
- ojciec istnieje i łoży, ale nieoficjalnie, a oboje chcą sprytnie wykorzystać sytuację,
- ojciec istnieje, ale w związku małżeńskim, i łoży, ale po cichu, żeby się żona nie dowiedziała, a bohaterka chce wykorzystać sytuację,
- ojciec istnieje i nie łoży, a bohaterka jest poinformowana, co powinna zrobić, ale lubi, jak się świat wokół niej kręci,
- ojciec istnieje i nie łoży, ale bohaterka jest idiotką i nie robi, co się do niej mówi, a media, jak to media.

Wracam do wątku głównego, czyli: obowiązek łożenia na utrzymanie dziecka spoczywa w pierwszym rzędzie na jego rodzicach. Co powinna zrobić matka? Udać się do sądu po alimenty, które zostaną zasądzone. Pobrać alimenty i doliczyć do wniosku. Jeśli ojciec uchyla się od płacenia - oddać sprawę do rąk komornika, a zaświadczenie o wszczęciu postępowania egzekucyjnego dołączyć do wniosku. Wtedy byłaby czysta, ponieważ czarno na białym wykazałaby, że dołożyła wszelkich starań, by zapewnić dziecku byt. A gmina rękami MOPSu wypłaciłaby jej becikowe, bo miałaby podkładkę.

Jestem głęboko przekonana, że takiej informacji w MOPSie jej udzielono, bo ani pierwsza, ani ostatnia. Sama przez coś w tym stylu przeszłam w ubiegłym roku i, choć strasznie się denerwowałam (głównie z uwagi na deadline i możliwość utraty pieniędzy, które były nam bardzo potrzebne), trudno mi podważać słuszność oczekiwań instytucjonalnych. Z jakiegoś powodu pani nie robi tego, co powinna, a media zwąchały okazję do taniej sensacji. Informacje o sądzie i ministerstwie są bowiem w tekście wysoce enigmatyczne i wyraźnie wyrwane z kontekstu. Sąd nie jest instytucją, która ma udzielać porad prawnych. Sąd odpowiada na zadane pytanie. Ani treści pozwu, ani wyroku i uzasadnienia nie znamy. Od porad prawnych są natomiast kancelarie prawnicze i tam bohaterka powinna się udać, a zapewne wyłuszczyliby jej krok po kroku, jak ma się zachować. Choć muszę wyznać, że jestem głęboko przekonana o fakcie doinformowania w samym MOPSie.

Do kogo mam pretensje? Otóż do mediów, jak zwykle. Dupę se dadzą ogolić za trzy grosze, w Sevres pod Paryżem powinni stać, obok metra i kilograma, jako wzór bezczelności, nierzetelności i cwaniactwa. Dołożę do tego ogródka swój kamyczek: i jeszcze pisać jeden z drugą nie umieją, jakby zasnęli w piatej klasie szkoły podstawowej i do tej pory się nie obudzili. (Tu wyrzuciłam z siebie niechęć, związaną z wysiłkiem, który musiałam wczoraj włożyć w poprawianie "artykułu" po jednej takiej - ŻENADA i SKANDAL).
Nie badają.
Albo badają i jeszcze gorzej - umyślnie wycinają niektóre wątki, żeby bardziej zatykało dech w piersiach.

Ja do Was, Kochani Moi Czytelnicy, apeluję! Wątpcie. Pamiętajcie, że pierwsza część powiedzenia "Myślę, więc jestem" brzmi: "Wątpię, więc myślę" (really!). Dziennikarze NIGDY nie piszą o faktach. Oni je wyłącznie interpretują, by uzyskać efekt sensacji. Najczęściej głupio interpretują. Dlatego dziennikarzy (z kilkoma tylko wyjątkami) dzielę na debili lub szmaciarzy. Bo ja mam w pracy odwagę, żeby być rzetelną i bronić swoich racji. Nawet gdy są niepopularne. A kto nie zna mojego szefa, ten nie zrozumie, że sprzeciw w tym przypadku jest heroizmem. I wiecie co? Potem mi za to dziękuje. Nie pierwszy to szef z podziękowaniami i nie ostatni. Dziękują zawsze ci myślący, nawet jeśli są porywczy (obecny powiedział mi dziś przed upływem czasu pracy: idź do domu, proszę, widzę, że jesteś zmęczona). A mój teraźniejszy jest miszczem wrzeszczenia przed zadumą.

Życie musimy przeżyć tylko ze sobą. Partner może odejść, dzieci i rodzice odejdą na pewno - każde w swoją stronę. Tymczasem co rano, od dziś do nieskończoności, patrzeć będziemy w lustrze jedynie na własną, wredną gębę. Ja lubię (przyznaję perwersyjnie) przyglądać się tym malutkim zmarszczkom, które wyskakują wokół oczu, gdy się uśmiecham. A robię to często, bo jestem uczciwa. Głównie wobec siebie.
Czego i Państwu z serca życzę.

16 października 2014

1948

Wiecie, po czym rozpoznać szefa na poziomie?

Szef na poziomie dwie godziny przez zakończeniem dniówki mówi:
- Kto może, niech idzie do domu i odpocznie. Od tygodnia jest bardzo ciężko, a będzie jeszcze gorzej. Nie ma potrzeby, żebyście tu siedzieli. Każdą chwilę wykorzystujcie na odpoczynek. Bardzo wam dziękuję za wszystko, co robicie. Ja z kolei zrobię, co w mojej mocy, żeby wam to wynagrodzić.

Naczelny zapunktował. Zatkało mnie. A mnie rzadko zatyka.
I teraz powiedzcie, że bez powodu lubię tę robotę.

1947

Jaka piękna wiosna tej jesieni!

Mimo zapowiadanych pogorszeń, świat ma się znakomicie. Rankami jadę przez mgły, a w radiu zapowiadają opady. Na szczęście pogoda nic sobie nie robi z planów meteorologicznych i żyje własnym życiem, dopieszczając nas ciepłem i słońcem. Wciąż noszę balerinki na bose stopy, jeszcze nie zakładam kurtek. Czuję się rozpieszczona.

Na tę okoliczność rozpieszczam trochę Szefa, który przechodzi właśnie apogeum wkurwu i ryczy na wszystkich jeszcze przed poranną kawą. O tej porze to ja mam słabą odporność. Wszyscy mają. W związku z powyższym, jako specjalistka najwyższej klasy, zostałam oddelegowana przez zespół do załatwienia tej sprawy. Powracając z misji wojennej, napotkałam rząd wpatrzonych we mnie nieomal modlitewnie oczu. Zgrabnym ruchem wytarłam dłonie w gacie.
- No! To kto ma coś do załatwienia, leci teraz.
- Jak ty to robisz?! - kwiknął tłumek.
- Nie mogę wam zdradzać tajemnic warsztatu. Oglądnie rzecz ujmując - miziam mu ego.
Tłumek poderwał się i rączo ruszył ku smoczej jamie.

Zostałyśmy we dwie.
- Co ci powiedział? - dopytała koleżanka.
- Że jest wdzięczny za dobre słowo.
- Lizus.
- Wal się. Dzięki mnie parę osób uniknie dziś środków na uspokojenie. Powinniście założyć jakiś fundusz, bo na razie żerujecie na mnie za darmochę.
I pokazałam jej język, co przyjęła, chichocząc entuzjastycznie.

I tak to się plecie, ecie-pecie. Wracam do zajęć, jakoś nie chcą czekać.

15 października 2014

1946

Co by Wam tu?

Nosem się podpieram. Szef znajduje dla mnie coraz to nowe zastosowania, a każde bardziej irytujące. Poziom trudności wzrasta, już chyba przestał się zastanawiać nad faktem, że ja jestem "z zewnątrz", czyli laik (skromna polonistka). Przyznaję, że niektóre rzeczy robię i nawet mu nie mówię, bo na 100% chciałby poprawiać (wtedy sobie przypomni, że nie jestem z branży), a ja nie mam teraz ani siły, ani czasu na dyskusję o wymianie ale na lecz.
Dziś posunęłam się do kradzieży.

Mianowicie ukradłam mu książkę z biblioteczki w gabinecie, bo mi zabrakło zgrabnego sformułowania i przypomniałam sobie, w której pozycji rzecz ładnie opisano. Ryzyko było spore, bo on jest uczuony na punkcie tych książek i, choć na pewno by mi pożyczył, zaraz chciałby wiedzieć po co, a ja nie umiem kłamać. Pewnie bym wyznała, on zapragnąłby autoryzacji, czas leci, roboty po czubki kucyków. Więc ustaliłam gryplan z sekretarką, wystawiłam czujki, zwinęłam książkę. Poziom trudności wzrósł przy odkładaniu jej na miejsce. Udało się bez strat w ludziach i sprzęcie. Artykuł opuścił mój komputer via e-mail i może się nawet o nim nie dowie. Oby.
Konsultację odbyłam z kimś innym i chwatit'.

Niech to się skończy, bo wykorkuję. Mam do poprawienia doktorat, który zalega, a u doktoranta też deadline. Oczywiście odnosi się ze zrozumieniem do zaistniałej sytuacji, lecz zaznacza, że i jego promotor ciśnie. Tymczasem po powrocie do domu nie mam już na to siły, gdyż mi się w fabryce zwoje całkowicie rozprostowują. Poprawiam z doskoku, po stronie. Rzecz jest z branży medycznej, czyli specyficzne słownictwo, wymagające dużego skupienia. Ale nie takie rzeczy my ze śfagrem po pijoku. No i nie pierwszy to mój doktorat na medycznej Alma Mater. Choć dla mnie to raczej macocha.

Nawaliłabym się, ale nie mam siły nalać.
Może Prezesa zawołam?

PS W tym pędzie zapomniałam zarejestrować, czy wciąż jestem chora, czy już przeszło.

14 października 2014

1945

Normalnie poszczuć Was cycem i od razu wymiękacie. Inna sprawa, że trudno się dziwić, bo cycki są fajne. Przy tym coraz więcej ślicznych modelek się pojawia - ja szczególnie lubię tę panią, która prezentuje nam Kleksika. Jest taka wesolutka i sympatyczna, że mam ochotę się do niej przytulić. Zresztą Ewa Michalak, jak widać na zdjęciach, ma modelki w naprawdę różnych rozmiarach, a także - uwaga - wieku. Ostatnio zauważyłam panią w MOIM wieku. Tak przynajmniej sądzę.
Mam dziwne przeczucie, że to będzie jakiś nałóg.

Ekspres pojechał do naprawy, a właściwie to pozwiedzał Śląsk, ponieważ okazało się, że serwis czynny do 16:00. Rozczulają mnie takie rzeczy. Kto otwiera punkty usługowe dla bezrobotnych? Najgorsze, że Prezes pracuje do 17:00. Zgaduj-zgadula, kto jutro kopnie się do Katowic i będzie smyczył tego grata w rękach? Pomstuję odrobinę, bo oczywiście z miejscami parkingowymi jest kłopot i nie wiadomo, jaką trasę będe musiała przebyć z kawiarką wtuloną w mymłon. To jest duża kawiarka. Poza tym ma same zalety. No i po dziesięciu latach miała prawo się zepsuć.

W robocie nadal szaleństwo, a ja - chyba ze zmęczenia - znów się wychyliłam, nieboga. Po prostu nie mogę słuchać, jak Szef brnie, a nikt nie reaguje. Skunksy. Żaden się nie odezwie.
- 52 - podsumował Szef, studiując swoje notatki.
- 47 - nie zdzierżyłam po dłuższej chwili idealnej ciszy, bo mam swoje notatki i moje są lepsze.
- Nieprawda! Mam notatki!
- 47 - odpowiedziałam spokojnie. - 21, 18 i 8.
- Marian, ile u ciebie? - Szef postanowił mnie zniszczyć.
- Yyyyy... - odpowiedział Marian twórczo.
- 21 - podbiłam. - U niego 21, Paweł ma 18. No i 8.
- Nie macie pojęcia, co się tu w ogóle dzieje! - grzmiał Szef. - Niech ktoś natychmiast to policzy.
- 47 - zabrzmiało z drugiego końca sali.
- Mam tego dosyć! Gdzie jest tablica? Niech ktoś ustawi tablicę i wypisze na niej ile sztuk w każdym miejscu. Kupić tablicę i ustawić mi w sekretariacie! Kto się tym zajmie? - czujny wzrok Szefa obiegł salę. - Joanna!
Moje ucho nietoperza odebrało mściwe chichoty.
- Mamy tablicę - podrzucił naczelny - na korytarzu.

Rzeczywiście stoi tam taka tablica do pisania mazakami. Wielka jak słoń. Gdy jest do czegoś potrzebna w konferencyjnej, to Szef ZAWSZE się o nią potyka. Przyciaga go niczym magnes. Jeśli ustawimy zawalidrogę w drugim końcu sali, on na pewno tam pójdzie tylko po to, żeby się potknąć. Przecież nie ustawię mu grzmota w sekretariacie, bo się zabije. Poza tym nie byłoby miejsca na oddychanie. Choć po spotkaniu ktoś zaproponował w kuluarach, żeby wstawić tablicę, gdy Szef już będzie w gabinecie. Znalazło się nawet paru ochotników, nie powiem.

- Po co tu przyszłaś? - zapytał mnie uprzejmie pół godziny później w zupełnie innym miejscu.
- Żeby powiedzieć, że tablicy tu nie wstawię - poinformowałam najspokojniej, jak umiałam.
- Jak to: nie wstawisz?!
- Nie wstawię, bo się pan potknie i zrobi sobie krzywdę. Jest za duża.
- Wcale się nie potknę!
- Nie wstawię. Jest pan chory i zmęczony, nieszczęście gotowe. Mowy nie ma. Zrobiłam grafik wielkości A4 i mogę panu przykleić na ścianie. Tablicy nie będzie.
- Jesteś okropna i w ogóle mnie nie słuchasz - burczał.
- Nieprawda - wywiodłam go do sekretariatu, a tam sekretarka, uprzedzona o potrzebach, wydłubała skądś niewielką tablicę korkową i ustawiła na kaloryferze. - No i proszę bardzo: tu przyczepimy grafik i wszystko jasne.
Mruknął coś niezrozumiałego.
- Bardzo ładnie wygląda - podsumowałam z zadowoleniem, przyglądając się dziełu. - Od dzisiaj będę pilnowała, żeby dane były aktualne. Codziennie. Koniec nieporozumień.
- Dziękuję - dodał pod nosem.
- Proszę bardzo, nie ma sprawy.

Czasem bywa naprawdę nieznośny. Ale trzeba mu przyznać, że "dziękuję" umie powiedzieć. A ja wiem, że to tak naprawdę znaczy "miałaś rację". Dzięki temu jeszcze go nie zabiłam.

13 października 2014

1944

No i se, frajerka, zrobiłam. Bo czasem człowiek jakiś taki naiwny albo nieprzewidujący. Ogląda tego fejsbuka, tu zajrzy, tam coś bąknie, polubi... i ma! Wzięłam se polubiłam Ewę Michalak. Kara za lekkomyślność nadeszła.

Tak kicam po tym fejsbuku, kicam, pacze...

Kleksik
Za co?! Przesz byłam grzeczna! Nie wolno tak człowiekowi.
Ledwo się ogarnęłam, a tu...

Paris, Paris
Ciepłota ciała wyraźnie mi się podniosła. A palec na przewijarce nie chciał przestać i...

Takie Śnieżki (I nawet Ewa Michalak też)
Już myślałam, że to największa kara, kiedy zobaczyłam BAMBINO!


I na koniec, tak po prostu, dobili mnie majtkami.

AAAAAAA!!!
Chcę. Chcę to wszystko, niech mi ktoś kupi, nie bądźcie świnie. Przecież to nie tak, że ja oczekuję tego zakupu od jednej osoby. Możecie się podzielić. Pomnożyć. Jakie Wam tam działanie matematyczne pasuje. Czy nie widzicie, że łkam?! Widzicie i możecie tak patrzeć?!
Co za ludzie bezwstydni!!!

Tak nie powinno być, żeby się kobieta męczyła. Ktoś powinien temu zaradzić.


/Wszystkie zdjęcia są własnością intelektualną pani Ewy Michalak i pochodzą z jej strony oraz fanpage'a na fejsbuku/

12 października 2014

1943

Podstawowym złem całego świata jest moja lewa dziurka w nosie. Wydostają się tędy na świat osobne byty. Żyjące własnym życiem uosobienia kosmitów. Błe.

Przeleżałam weekend i mam nadzieję, że to było dobre rozwiązanie i zaprowadzi nas ku jasnej, świetlanej przyszłości. Dziś wieczorem wstałam, zrobiłam porządek w kuchni i obiad na jutro, gdyż niestety zaczyna się właśnie mój tydzień obiadowy.
- Pochwal - powiedziałam do Prezesa, który napłynął z czeluści smoczej jamy, zwanej przez niewprawionych gabinetem.
- Za co?
- Do przygotowania jutrzejszego obiadu zużyłam wszystkie resztki z dzisiejszego. Nic się nie zmarnowało. To ja - twoja oszczędna pani domu. Wzór cnót wszelakich.
- Obyś tylko oszczędności nie spożytkowała na buty.
- Phi! - podsumowałam, bo "phi" jest znakomitym podsumowaniem KAŻDEJ dyskusji. Polecam do stosowania.

A teraz pójdę i z powrotem się położę, by wstać o poranku świeża i radosna niczym skowroneczek. Wierzę, że lewa dziurka mojego nosa się dostosuje.
Czego i Państwu życzę.

10 października 2014

1941

Wyobrazi Państwo sobie, że wzięłam dziś udział w dyskusji na fejsie. I to w dodatku publicznej (w sensie - na fanpage'u, a nie czyimś profilu), co zdarza mi się niezwykle rzadko. Przyzwyczaiłam się, że jeśli coś mruknę, jestem nazywana feministycznym betonem, lewakiem, niedorżnietą i brzydką grubaską czy tam np. feminazistką. Uważam to wręcz za komplementy. Tymczasem dzisiaj szczęka mi opadła.

Dziś, Państwo imaginuje, nazwano mnie:
- paternalistką,
- niemyślącą,
- niepoważną,
- kurwinistką,
- kucykiem gimnazjalnym.
Zarzucono mi także:
- ból dupy,
- pieczenie dupska,
- nieadekwatność,
- niezrozumienie sytuacji geopolitycznej,
- nierozumienie potrzeby edukowania kobiet i dziewcząt,
- szafowanie pojęciami,
- dyskredytowanie idei,
- uwłaczającą i obraźliwą postawę wobec kobiet,
- rzucanie oskarżeniami.

Wydarzenie to, dla każdego, kto zna mnie choć odrobinę, byłoby nieomal śmieszne, gdyby nie rzucało światła na komunikację w Internecie, a wręcz komunikację w ogóle. Z przykrością stwierdzam, że mało kto umie czytać. Większość osób zamiast skupić się na tekście, dorabia wyłącznie (własne) emocje i to komentuje. Przy tym w miarę przybywania komentarzy, emocje te eskalują, klapy na oczach zaciskają się coraz mocniej i jedzie już wyłącznie bluzg.

Co interesujące, nie odkryłam w sobie przy tej okazji żadnej złości, a wyłącznie smutek, ponieważ moi Szacowni Interlokutorzy byli osobami bardzo młodymi. Gdzie popełniliśmy błąd?! Co my, rodzice - otwarci na świat, szanujący inność i odrębność, walczący o równe prawa dla wszystkich - zrobiliśmy źle, wychowując next generation? Gdzie popełniliśmy błąd? Jakich podstaw w przekazywaniu wartości zaniedbaliśmy, że nasze dzieci tak kompletnie opacznie odczytują... no, właśnie - co odczytują? LITERY?!

Muszę to przemyśleć.

1940

Cieszyłam się wczoraj, że nie muszę pracować w weekend?
Żarto - kurwa - wałam.

- Potrzebuję takich materiałów - ogłosił Szef rano. - I przygotuje mi je...
Cała sala w ułamku sekundy spadła z krzeseł na podłogę i ukryła się pod stołami. Jestem chora, to za wolno reaguję.
- ... Asia.
- W weekend też? - zapytałam z płonną nadzieją.
- Tak.


A pogoda taka piękna. Muszę szybko wymyślić, komu wtrynić zadanie, żeby się uwolnić. Idę sprawdzić, kto w weekend stoi na flance i pilnuje dóbr.

9 października 2014

1939

- I jak ci się pracuje w czasie klęski żywiołowej? - zapytał mnie dziś w windzie Szef.
- Klęską to jest moja infekcja - odpowiedziałam ze smutkiem. - Resztę ogarniam.
Szef spojrzał na mnie przeciagle, po czym zaniósł się koncertowym kaszelkiem. Po wypluciu górnej drogi oddechowej podsumował:
- Widziałem cię dzisiaj w wyjątkowo niespodziewanych lokalizacjach.
- Człowiek chce się przydać, jak umie.
Nic na to nie odparł, tylko przyglądał mi się w zamyśleniu.

W sumie to mam nienajgorzej, bo nie muszę przychodzić w weekend. Są tacy, co muszą. Jak szaleć, to szaleć.

***

Wpłaciłam zaliczkę na kota przecudnej urody - kaprala Czesława Jedziniaka. Kot donosi, że zabierze ze sobą kocyk. Oraz dowód osobisty. I umowę o współpracy. Będzie to pierwsze zwierzę w tym domu o udokumentowanej proweniencji. Znaczy - zwierzę o udokumentowanej proweniencji, bo my mamy i możemy się wykazać, jeśłi wola. Dom też ma. A nawet Edward lekkomyślnie nie zabrał do nas żadnych papierów, na czym mi zresztą nie zależało. W tym przypadku też mi wisi, ale skoro już ma, to niech bierze. Dowiemy się, jak miała na imię jego prababka.

Jedynym powodem, dla którego zapragnęłam kota dyplomowanego, jest wstręt do pseudohodowli. Nie będę wspierała biznesu, który jest nastawiony na wyeksploatowanie matek do cna, prowadzi chów wsobny i ogólnie traktuje zwierzęta jak przedmioty. Całe życie przygarniałam koty z przysłowiowej ulicy i ratowałam z tarapatów życiowych. Jeśli mam mieć hodowlanego, to chcę wiedzieć, że się tam zwierzaki kocha. I rozmnaża z pomysłem, a nie na oślep, źle, głupio, podle.

Jak sądzicie - kiedy objawi się kolejny czworonóg?
Kim będzie?
I dlaczego nie dwa?

***

Chyba się położę. Nie mam co prawda w domu windy, ale za to mam łóżko. Też niegłupi wybór.

8 października 2014

1938

Chorowanie jest takie przygnębiające...

Łoterloo (kaszle leżąc na kanapie i wyglądając żałośnie).
Zuzanna: Maaamoooo! Zatykaj otwór!
Łoterloo (zatyka palcem ucho i nadal kaszle).
Zuzanna: Całkiem nieśmieszne.

Nieśmieszne? Bu.

1937

Kochani!

Bardzo Was przepraszam, ale musiałam włączyć weryfikację do komentarzy. Żeby nie przegapić żadnej z Waszych wypowiedzi, mam ustawione powiadamianie o nich mailem. Dziś w nocy przyszło ponad 100 wiadomości. Spam wychwytuje to na blogu i w przeważającej większości przypadków nie pokazuje na stronie głównej, co nie zmienia faktu, że maile przychodzą. Chłop zażądał, żebym poszła spać do lasu.

Wiem, że to utrudnienie, że źle widać, że nie lubicie. Sama nie lubię, ale już nie mogę. Za dużo. Nie gniewajcie się i nie zniechęcajcie - bardzo lubię dialog z Wami, tyle dowcipnych i ciepłych komentarzy się pojawia, nie chciałabym tego stracić.

Zapytam po gierkowemu:
- POMOŻECIE?!

7 października 2014

1936

To wszystko przez Idiomkę, bo mi nie pozwoliła się leczyć siłą woli. Wykpiła to! Niedobra. Za karę powinna przyjechać i mnie pielęgnować. Chcę być zapielęgnowana. Chcę owinąć się w kocyś, leżeć i wołać herbatki. I żeby mnie ktoś bawił lekką i niezobowiązującą konwersacją. Albo mi poczytał. Idiomka umie czytać, toby mi poczytała. Idiomka, torbo jedna, pakuj manele, masz niedaleko.
Czy ktoś chcętny pójść za mnie jutro do fabryki?
W fabryce akuracik sodoma i komora.
Teksańska masakra piłą mechaniczną.

Poza tym tęsknię za wypłatą. Ktoś powinien mi wypłacić. W dodatku mieli dać pieniążka za ostatnią końferęcję i nie dali. Wciąż żyję złudną nadzieją, że jeszcze razem z wypłatą dadzą. W ogóle bym nie pogardziła. Mówiłam może, że ja się mało pogardliwie odnoszę do pieniędzy? Ostatnio się schyliłam przed Biedrą, bo 7 groszy leżało na parkingu, to co tak będzie leżeć. Samo. Wzięłam, się schyliłam.
Idąc tropem komentarzowego podziwiania: nie dość, że jestem taka - śmaka, to jeszcze mi się byk ocieli i 7 groszy na parkingu znajdę. I katar. Też wzięłam, co mam nie brać, jak dają.
Kontynuując - daliby, bo zbieram na kota.
Kota muszę zaliczkować.

Czytam se w końcu tę Achaję - trylogię numer dwa. Gdybym miała telewizor, bym patrzyła tępo, bo i tak nie ma na co. Ale że nie mam, to czytam. Przez to czuję się inteligentniejsza, co jest mi potrzebne, gdy posiądę infekcję, gdyż w czasie infekcji nie czuję się atrakcyjną, również intelektualnie.
A w fabryce taki zapierdol, że normalnie dyrektor powiedział dziś do mnie "dziękuję" i nawet się nie zająknął. Będę pielęgnowała to wspomnienie, żeby zatrzeć tamto z tekstem "co, ze mną się nie napijesz?!".

Oby się tylko jakaś winda nie popsuła, bo na myśl o drałowaniu schodami mam ochotę od razu się położyć. A jutro będę dużo drałować.

Niech mnie ktoś przytuli. Aha! I chcę takiego. Niech mi ktoś kupi.


1935

Nagle i niespodziewanie okazało się, że stuknęło nam stu lajkerów na fejsie. Chyba ustanowię jakąś nagrodę - np. seta dla setnej. Albo wprowadzę jakąś nową, świecką tradycję, że przy każdej pięćdziesiątce z "okrągłą" osobą umawiam się na kawę i ja stawiam. Można przyjechać na wycieczkę na Śląsk, jeśli kto ciekaw. Martuuhę bardzo proszę, żeby nie odlajkowywała i nie czekała na 150, bo nie potrzebuje pretekstu, tylko chęci.

Tymczasem ktoś w końcu na mnie nasmarkał. Jeszcze nie jestem pełnoobjawowa, ale czuję, jak mi śluzówka w zatokach buzuje, a budzę się z bólem gardła, który na szczęście szybko przechodzi. Może mnie minie boczkiem?
Trochę to wina Prezesa, który mściwie zwerbalizował, że ja tak rzadko choruję. Wygadał! Proszę o propozycje kary.


W pracy dziś z rana dopadł mnie istny szał. Szef wyjechał, ale wraca, więc wszyscy, którzy cieszyli się na niespodziewany spokój, właśnie doznali nieziemskiego rozczarowania. Plany się zmieniły, zamiast trzytygodniowego luzu w pakiecie było tylko półtora dnia. Jest to dość symptomatyczne i wygląda niczym klasyczna promocja, czyli gówno w papierku. W momencie sprzedaży na oko bosko, a potem zaczyna podśmierdywać.

Zadzwoniłam do kadr z pytaniem, ile mam jeszcze urlopu i okazało się, że 18 dni. Może z okazji kota wziąć te nieszczęsne dwa tygodnie? Muszę w tym roku, bo mi grusza przepadnie.
No i mam o czym myśleć.

6 października 2014

1934

Prezes wpatruje się z ojcowskim zadowoleniem w zdjęcie kotka.
- Kapral Jedziniak wygląda na harpagana! - stwierdza.
Następnie przenosi wzrok na mnie, już z lekkim obrzydzeniem.
- I znowu zrobisz z niego kolejnego laluńka!!!

Oszywiście. Mamusia uwielbia rozpuszczać wszystkie zwierzątka do granic nieprzyzwoitości.

1933

Dzię dobry.

Kot do mnie napisał, że się poleca do odbioru. Jesteście gotowi na czwartego kota?!
Mówię Wam, takie miałam przeczucie, że on na mnie czekał. To trochę jak z tym domem w lesie - cały czas jest na rynku. Nie umiem wytłumaczyć tych przeczuć, ale one często bywają trafne.

Hodowlę można znaleźć TUTAJ.
Kotek ma na imię Azis (ale to już niedługo), liczy sobie miesięcy cztery i obecnie wygląda tak:


Ciudo, nie?
Tak, to rusek jest, tylko inaczej umaszczony. Ma dowód osobisty!

5 października 2014

1932

Ale się rozkręcił... mówię Wam!

Ciasto na pierogi wyrobił, rozwałkował, powykrawał. Nawet stolnicę po sobie umył.
Placek upiekł. Ze śliwkami. O, jak zarabiał dzielnie, chłopina:


A potem gruszki zaprawił. W occie. Do mamy mu kazałam zadzwonić, bo jego mama robi najlepsze gruszki na świecie. Burczał, burczał, ale załatwiłam go szantażem. Nie jest znowu taki, żeby się nie przyznał, więc przyszedł i powiedział:
- Fakt, mama ustaliła zupełnie inne proporcje.


Ciekawa jestem, bo te ogórki to mu całkiem nieźle wyszły.

Potem przyszedł i podsumował:
- Jak już będziemy mieli ten dom, to trzeba jeszcze gruszę zasadzić, z własnych będę zaprawiał. Zostanę moim ojcem!
Kocham mojego teścia, ale uciekłam z krzykiem. No i będzie trzeba drzewo kwasem podlać, bo przecież mu nie zabronię zasadzić, dobre żony tak nie robią, tylko mają swoje sposoby. Tu szantażyk, tu kąpiel w kwasie. A to wszystko dla dobrze przemyślanego wspólnego dobra. Przesz wnuki przyjadą, pójdzie które do ogrodu, gruszką w łeb dostanie i potem będzie za późno na nie chciałem. Jakby chciał modelarnię w domu zrobić, to też mu nie zabronię, skąd. Będę kibicować. Małe dzieci są takie nieuważne, ale na dziecko nie można się gniewać, ono nie chciało, tylko podziela pasję.

Och, zorientowałam się, że jestem Bree z Desperate housewives. Urocza kobieta.

1931

Robię przerwy, bo mnie Oisaj zryczał, że za szybko piszę i on nie nadanża. Pozwoliłam mu więc wziąć oddech i zająć się rodziną, bo dzieci płaczą, że tatuś nic, tylko śledzi te posty Łoterloo. Nie będę przecież przeciw dzieciom występowała!

Tymczasem gdy Państwo spało, u Prezesostwa włączono linię produkcyjną pierogów. Po 130. zabrakło mi ciasta i nie miałam sumienia kazać Prezesowi dorabiać. Nie o 21:00. Zadzwoniłam do mamy:
- Chce ci się kleić pierogi?
- A co?
- Został mi farsz, mogę go podarować protoplastom z pożytkiem doczesnym i wiecznym.
- Dajesz. Mąkę mam, śmietanę mam, mogę porzeźbić.
I sprawa załatwiona.

Kupiłam sobie dyńkę, bo dotąd nie faszerowałam pierogów dyńką. Soczewica to must have dziesięciolatki. Ruskie - podstawa bytu. No i szpinak - lubimy, ale domowe, bo muszą być doprawione, a większość "zewnętrznych" szpinakowych jest po prostu trawiasta. Facebook zripostował, że cztery farsze to skandal i orgia, po czym zalał się żółcią z zazdrości. Mama Piotra zażądała przepisów. Tedy proszę uprzejmie. Jak zwykle - nie oczekuje Państwo ilości.

Soczewica u góry po prawej.


Soczewica

Najważniejsze! Zanim przystąpi Państwo do jakichkolwiek czynności, zamyka oczy i przypomina sobie naczelną zasadę kuchenną: Byle Się Nie Spocić. Powtarza Państwo osiem razy, żeby się utrwaliło. Już? No to jedziemy dalej.

Biere państwo soczewicę - dotąd wypróbowałam zieloną i różową słowackiej firmy NOE. Na opakowaniu piszo, żeby namoczyć na dwie godziny i solić po ugotowaniu. Wyśmiewam takie instrukcje, płuczę, solę i od razu stawiam na płytę. Jeśli w trakcie gotowania sama z siebie się nie rozleci, to wykańczam ją blenderem. Nie będzie mi soczewica fikała.

Następnie siecze Państwo (można maczetą, jeśli kto ma) cebulę i przeciska przez praskę czosnek. Martuuha leci po czosnku nożykiem, bo ona nie idzie na łatwiznę. Reszta przypomina sobie hasło przewodnie. I tu dygresja: nie używamy czosnku chińskiego, gdyż brak w nim allicyny oraz w smaku jest do dupy. A my lubimy do kubka. Smakowego.

Soczewica się ugotowała, więc ją Państwo odcedza i - jeśli wola - traktuje blenderkiem. Czosnek z cebulką wrzuca na olej, dodaje curry i chilli, zrumienia mieszając (uwaga, lubi się nagle przypalić, więc ostrożnie). Po zaobserwowaniu zrumienienia, wali Państwo ciapę soczewicową na patelnię i doprowadza do pomięszania. Nie zmysłów, składników. Choć i o to pierwsze nietrudno, bo aromaty takie, że ma człowiek ochotę wsadzić twarz w patelnię. Ostrzegam, że można się poparzyć.

Ciasto sobie Państwo robi, jakie chce. Ponieważ jestem leniwa oraz mam dobrze ugruntowaną naczelną zasadę kuchenną, usypuję sobie kurhanek z mąki i powoli dodaję pełną śmietanę aż do powstania jednolitego ciasta.  Najchętniej robię to rękami Prezesa, który stał się jakby ciut ofiarniejszy od chwili, gdy poinformowałam go, że ciasto można wyrabiać w jednorazowych rękawiczkach gumnianych i wtedy mu się nic do rąk nie przyklei.

Wałkujemy, wykrawamy, faszerujemy, sklejamy, gotujemy w osolonym wrzątku. W międzyczasie bierzemy sobie sporą garść łuskanego słonecznika i prażymy na suchej (!) patelni. Gdy pierogi toną we wrzątku, rumienimy masło. Na ugotowane pierożki wylewamy je serdecznie i z rozmachem posypujemy uprażonymi ziarnami. Uwaga! Przy prażeniu trzeba stać, bo ze słonecznikiem, jak w kreskówkach: biały, biały, biały... pyk! Zwęglony.

Przy stole staramy się zachować resztki przyzwoitości: nie obżeramy się do granic wytrzymałości, nie wyrywamy talerzy dzieciom, nie doprowadzamy swoich związków do całkowitej destrukcji. Przecież zawsze możemy zrobić więcej. Najwyżej się zamrozi, c'nie?

PS Czy inne przepisy też zapodać?

2 października 2014

1930

Jeden z najlepszych wpisów na fejsie ever. A komentarze wywaliły mnie w kosmos, więc pozwólcie, że się z Wami podzielę. W końcu dziś czwartek (czyli mały piątek) i dobrze mieć się z czego cieszyć.


Nagłówki nie do ogarnięcia, 5 września o 11:35

Kraków. Zajęcia na teatrologii.
- A teraz nauczę Państwa rozróżniać performance od instalacji. Otóż: jeżeli wychodzą Państwo z mieszkania, otwierają drzwi i widzą człowieka robiącego Państwu kupę na wycieraczkę, to to jest performance. A jeżeli otworzą Państwo drzwi i zobaczą na wycieraczce kupę - to mamy do czynienia z instalacją.

XXX: A jeśli Państwo wdepniecie w kupę, to jest happening i interakcja.

XXX:  JESTEM NA TAK.

XXX: Jeszcze trzeba podziękować Matce Whitney Houston.

XXX: Matce Boskiej Whitney Houston.

XXX: A, i jeszcze trzeba podziękować Beyoncé, bo ona też jest z Houston.

XXX: Natomiast gdy po otwarciu drzwi widzimy wszystkich sąsiadów robiących kupę na wycieraczkę, mamy do czynienia z happeningiem.

XXX: Albo flash mobem.

YYY: Albo z gównem.

XXX: YYY <brawa>

XXX: A jeśli otworzą Państwo drzwi i ów człowiek poprosi Państwa o papier i Państwo podacie rolkę, to stajecie się mecenasami.

XXX: A jeśli dopadniecie Państwo osobę, która pozostawiła tę kupę i dacie artyście w dziób, to mamy do czynienia z krytyką teatralną.

XXX: A jeśli kupa będzie miała wetkniętą flagę biało-czerwoną, to jest to przestępstwo.

XXX: Jak Kraków, to tę kupę ktoś na pewno kroi maczetą.

XXX: A jeśli wcześniej ów człowiek zapukał do Państwa drzwi i zapytał, czy może to zrobić, to (bez względu na Państwa odpowiedź) znaczy, że odbyły się konsultacje.

XXX: "(...) różnice między happeningiem a performancem widział w tym, że będący udanym dzieckiem awangardy dadaistycznej i futurystów happening powiązany jest z „aurą skandali i prowokacji”, podczas gdy performance zwraca się bardziej do wewnątrz, do ogniskowania napięć, w celu wyzwolenia w sobie stanów, które umożliwiają twórcze rozładowanie."


XXX: Czyli wydeptanie szlaczka w kupie ma sens taki sam jak jej sprzątniecie: mamy do czynienia z wewnętrznym procesem, który skutkuje twórczym działaniem.

1 października 2014

1929

I

Skontaktowałam się z hodowlą od tego archangielskiego cudaczka. Ostatni wolny kocurek. Ma już cztery miesiące, więc może to na nas właśnie czeka? Ponieważ ktoś w jego sprawie dzwonił wcześniej, umówiłyśmy sie z panią na telefon w poniedziałek lub wtorek, żeby potwierdzić, czy kotek nadal bezdomny. Jeśli tak, wpłacam zaliczkę i czekamy aż wyniki badań potwierdzą wybicie w domu clostridium. No i jedziemy do Bełchatowa. Powiedziałam pani, że teraz bałabym się wziąć malucha z uwagi na drobnoustroje w domu i chcę mieć najpierw potwierdzenie, że będzie bezpieczny. Chyba jej się to spodobało.

Hodowla ma fanpage na fejsie i po obejrzeniu zdjęć stwierdzam, że to dobre miejsce. W żadnej pseudohodowli koty nie wylegują się na niemowlęciu :D

II

Odklostridiowywanie idzie pełną parą i cały czas zdobywamy nowe doświadczenia.

Zofia jak zwykle cudowna. Proszę ją grzecznie, żeby wskoczyła na blat i otwarła pyszek, ładuję tableta i wskazuję chrupki w nagrodę. Zofia łyka bez dyskusji, pobiera zapłatę, odczekuje na wankomycynę, pobiera zapłatę, upewnia się, czy jeszcze czegoś od niej chcę i idzie sobie. Kaczko - instynkt Cię nie oszukał. To jest kocia mistrzyni świata.

Edek toczy pianę z pyska. Dosłownie. Nie gryzie, nie drapie, ale trochę histeryzuje. Dziś jednego tableta zmarnował, ale i tak mam nadmiar, więc macham ręką. Odpuszczam mu w takich sytuacjach, żeby się swobodnie wyślinił w kącie, ładuję dugiego tableta, wanko, a nagrodę pobiera sam.

Karol pragnie mojej śmierci. Gryzie, drapie albo zaciska szczęki z uporem godnym lepszej sprawy. Wije się jak wąż, a śliski się robi niczym ryba w wodzie. Odmawia współpracy i nawet zapłaty. Po aplikacji do kota obraża się na śmierć. Za chwilę ostatnie podejście tego dnia. Już czuję wzruszenie.

Wanko nie możemy rozpuścić w wodzie, bo po kontakcie proszku z rozcieńczaczem, trzeba to zużyć natychmiast. Koty mobierają ilości minimalne, więc nie bardzo jest jak działać zawiesiną. Prezes wymyślił, żeby moczyć palec, przyklejać do niego trochę proszku i wycierac w koci język. W przypadku Zosi i Edka to jest łatwe, a u Karola niewykonalne, chyba że komuś nocami odrastają palce. Machnęłam mu na nosa, więc zlizał i już się ucieszyłam, kiedy zadzwonił jeden z konsultantów medycznych i zabronił, bo kot może od tego stracić węch. To nieco skomplikowało sprawę, bo mnie jakoś te palce nie odrastają. Wycieram więc palucha w pyszczek z nadzieją, że się obliże. Innej rady nie ma.

Zuzia odklostridiowała nieruchomości, Prezes kuwety.
Liczę, że się uda.
Wesoły autobus, mówię Wam.

III

Rodzicom o planach dokocenia na wszelki wypadek nic nie mówię, co się mają denerwować i wymyślać problemy. Byłoby dwukrotnie, a tak tylko raz i w dodatku post factum, czyli kot już mieszka i pozamiatane. Ciekawe, że przed wzięciem następnego kota nie odczuwam żadnego stresu. Natomiast przed kupnem domu koszmarny. A dom nie choruje i nie umiera złośliwie w nieprzewidzianym momencie. Dziwne.

IV

Zuzanna jutro odbywa pierwsze zajęcia. Wszystko wraca na znane tory, czyli my do pracy, ona do nauki, koty w barchany. Gdybym jeszcze schudła, uznałabym, że życie jest wspaniałe.