28 maja 2012

1017

Mam nowy telefon. Na czasie. Wczoraj mało nie wyskoczyłam przez okno z rozpaczy. To nie jest teefon, to jest… ja nie wiem, co to jest.

A dziś… śmigam. Jestem genialna. Jak to znosicie?

27 maja 2012

1016

Z dzisiejszej Gazety.
Uwielbiam ich artykuły, zawsze mam wrażenie, że w redakcji wszyscy są na haju. Fajna robota.

Photobucket

7 maja 2012

1015

Z uwagi na fakt, że – na czas nieobecności Chudej - zostałam chwilowym administratorem honoris causa w różnych miejscach (na blogu MbLfb MbLlatte MbL), pilnie czytam wszystko, co publikuję. Ergo – nachodzą mię przemyślenia. Szczególnie mnie naszły po rozważaniach Monilii, którą „w całości” można znaleźć, kiedy się patrzy na Łąki Nowohuckie
No bo ja w końcu jestem zakorzeniona w ubiegłej epoce, a więc moja mama miała pod górkę. Pieluch nie było, mleka nie było, nic – panie – jak u Kononowicza, nie było. O przepraszam… było. Szaro, siermiężnie oraz lekko głupawo. I pewno było jej ciężko, zwłaszcza, że przez pierwsze półtora roku mego życia zamieszkiwała ze mną i bratem w Bielsku, natomiast tatuś w Katowicach. No to była do wszystkiego sama. Czeka ktoś na „ale”? Proszę uprzejmie.

Ale nr 1.
Była, ta moja mama, sama z dwojgiem dzieci (z tym, że jedno lat 13, więc bywało użyteczne). W domu dokładnie była sama, nie w mieszkaniu. Ale… tatę z kolei było stać na utrzmanie nas wszystkich w dwóch lokalizacjach z… uwaga! jednej pensji. I w dodatku dwa razy w tygodniu bywał „u rodziny”, a więc dodatkowe koszty. A etat był oczywiście państwowy.

Ale nr 2.
Nikt nie wmawiał w tym czasie moim protoplastom, że dziecko musi uczęszczać na basen, lekcje gry na fortepianie, prywatne zajęcia z angielskiego, tenis, polo, golf lub w golfie. Mieliśmy się uczyć, a jak się nie uczyliśmy, to wyciągano konsekwencje i posyłano na korepetycje, co było tematem wstydliwym (sam se, tuman, nie radzi). Nie odnotowano, jakoby którekolwiek z nas było z tego powodu niedorozwinięte lub społecznie upośledzone.

Ale nr 3.
Jakoś się specjalnie nie rozczulano nad opieką nad dziećmi. Przypomniało mi się, jak moi – było nie było – dość wiekowi na ówczesne standardy rodzice, beztrosko porzucili mnie i moją przyjaciółkę, obie lat 9 może (razem jednak 18!) wraz z jej młodszą siostrą (poniżej roku) w mieszkaniu wyżej wymienionych i poszli sobie na imprezę. A drzwi zamknęli na klucz. Kto by dziś zrobił coś takiego??? Dzieci bez opieki, niemowlę pod opieką dzieci, drzwi zamknięte (a jakby wybuchł pożar?) i totalna głupawka.

Ale nr 4.
Nie przypominam sobie zjawiska niejadka. Jak było żarcie, to się jadło i nie wybrzydzało, bo i tak niczego innego nie było w odwodzie i można było pójść do łóżka bez kolacji (jak to wpływa na rozwój dziecka? dajmy na to psychomotoryczny!).

Ale nr 5.
Mama z pewnością nie wiedziała, co to jest rozwój psychomotoryczny.

Ale nr 6.
W latach siedemdziesiątych alergicy nie istnieli. Alergolodzy nie istnieli. Jak mnie obrzuciło bąblem, to przyszedł pediatra, zrobił mi trzy serie jakichś zastrzyków i mi się bąbli odechciało do końca życia.

Ale nr 7.
Jak mnie zabrano na kilkudniowe badania do szpitala albo jak wyjeżdżałam na kolonie, to moja mama OD-PO-CZY-WA-ŁA. A nie: panikowała, histeryzowała, jechała ze mną. A telefonów komórkowych nie było, tak? W ogóle żadnych nie było, bo trzeba było mieć do tego znajomości.

Ale nr 8.
Kiedy szczęśliwie ukończyłam 3 lata, mama zapisała mnie do przedszkola. Najbliższego, koło domu. Nie było listy kolejkowej. Nie planowała tego w ciąży (zwłaszcza, że przedszkole było w Katowicach, a mama oraz ciąża w Bielsku). A ona sobie spokojnie wróciła do pracy po wychowawczym.

Ale nr 9.
Do szkoły poszłam za płot. Przedszkola. Nikomu się nawet nie śniło, żeby wybrać coś innego, bo: a. tak było rodzicom wygodnie, b. nikt się nie trząsł, że z powodu wyboru tej szkoły będę upośledzona i patrz punkt 2. Błyskawicznie zostałam przeszkolona na okoliczność docierania tam a nazad oraz roztoczono przede mną konsekwencje przekraczania ulicy w innym miejscu niż wyznaczone. Kiedy szłam do szkoły, mama spała (tatuś mi robił śniadanka).

Ale nr 10.
Kiedy miałam lat 6, mamie po raz pierwszy wypadł dysk, a tata potrafił zrobić kanapkę oraz – w porywach – herbatę. W związku z powyższym odbyłam przyspieszony kurs kucharski oraz, tu muszę się pochwalić: cukierniczy. Nie zatrudniono opiekunki, kucharki, sprzątaczki uważając, że jestem wystarczająco duża, żeby to ogarnąć. Chodziłam na zakupy, gotowałam itd. A to, że w domu był tata i 19-letni naówczas brat, nie było w żaden sposób pomocne.

Mogłabym tak jeszcze długo. Mama pewnie też.
Jaki z tego wniosek? Zawsze dobrze, gdzie nas nie ma.

6 maja 2012

1014

Notka z serii „pogromcy mitów”.

Mit pierwszy: koty zawsze śpią czujnie i w takiej pozycji, aby w każdej chwili mogły uciekać, ratując tym samym swe małe, kocie życie.

Przedstawiono dowody.
Dowód A:

Photobucket
Mit obalony.

3 maja 2012

1013

Chłopaki w pełni wykorzystują świąteczne popołudnie. My chyba też – łóżka nikt do tej pory nie pościelił.

Photobucket