30 sierpnia 2008

Dom pierwszy

Powiem krótko: BARDZO.

W dzielnicy o dźwięcznej nazwie: Jeleń (przypadło mi do gustu).
Dom bardzo. Działka w sam raz. Okolica bardzo, bardzo, bardzo. Dojazd do pracy idealny. Odległość ok. 25 km.
Ostatni dom w uliczce, o ile można to nazwać uliczką. Dalej tylko łąki i las – teren ochrony środowiska. A jednocześnie zaledwie 200 – 300 m do cywilizacji. Choć niezbyt słychać.
Dom niezwykle interesujący, cały na różnych poziomach. W pełni podpiwniczony, potem parter i piętro, a na dodatek strych, z którego można spokojnie zrobić coś ciekawego. Na wszyskich poziomach tarasy, ciągnące się przenajmniej na 2. ścianach budynku. Nowe okna, powiększone, wyprowadzone na drzwi tarasowe.
W ogrodzie cudna magnolia, dwa orzechy i choinki.
Re-we-la-cja.

Niestety – poza naszym zasięgiem.
Sam dom niedrogi, myślę, że dałoby się go stargować do 350 – 370 tys. Ale obawiam się, że drugie tyle trzeba by było w niego włożyć. Odjeżadżaliśmy z prawdziwym żalem.



29 sierpnia 2008

Przypomnieli sobie o mnie

A właściwie to ja im przypomniałam. Jestem na tym stanowisku juz 5 miesięcy i nikt dla mnie nie stworzył zakresu czynności. No to mi stworzyli.
Odpowiadam służbowo, materialnie i karnie za ochronę danych osobowych przed niepowolanym dostępem – w zakresie ten zapis pojawia się dwukrotnie, a w dodatku mam taki obowiązek ustawowy, jakby nie było. Pytam więc, czy liczba powtórzeń stanowi o ważności.
Przestrzegam przepisów pepoż – też dwukrotnie, ale to pewnie dlatego, żebym sobie uswiadomiła, że palę w pokoju, a w budynku jest całkowity zakaz palenia.
Przestrzegam tajemnicy służbowej i państwowej – dwa razy. Ja jej bardzo przestrzegam, bo się wstydzę opowiadać ludziom, gdzie pracuję.
Trzykrotnie przestrzegam polityki bezpieczeństwa informacji. W dodatku swojego czasu kadry dawały nam na ten temat osobne oświadczenie, które wszyscy mamy wpięte w akta. A ja zawsze wychodzę z założenia, że lepiej nie wiedzieć, bo człowiek będzie krócej przesłuchiwany.
Przestrzegam zapisów Ustawy o wychowaniu w trzeźwości i Ustawy o ochronie zdrowia (SIC!!!). Bez tych zapisów przychodziłabym codziennie do pracy na takiej bani, że w drzwi bym nie trafiała. Oczywiście zmuszałabym również do picia wszystkich pracowników. Ochronić kogoś mogłoby wyłącznie orzeczenie lekarskie o raku wątroby.

Czytam to i czytam, i tak się zastanawiam… jeden niebaczny ruch i mogę mieć WŁADZĘ NAD ŚWIATEM!!!

H  A  !  !  !

Nie, noooo, nie przemilczałam tego. Zrobiłam korekty i wysłałam do odpowiedzialnego kierownika.
I dopisałam mu, że jest gópi.

28 sierpnia 2008

Chciałabym być oryginalna

Ale mi się nie udaje. Czy będziecie zaskoczeni, jeśli napiszę, że o 7.30 szef wezwał mnie do siebie i dalejże na ten sam temat? To już się robi męczące. Dodatkowo z każdym dniem coraz baczniej obserwuje się minę, z jaką pojawiam się na horyzoncie, a następnie komentuje to obficie. Dziś nie przejawiałam entuzjazmu, choć muszę przyznać, że tym razem byłam przygotowana: przyszłam wcześniej, zdążyłam zrobić sobie oko i nawet zapalić.
Mimo wszystko w sumie nie mam na co narzekać, bo z powodu drobnego problemu, ktory wałkujemy już trzeci dzień (problem wynosi jakieś dwa miliony), do mnie nikt nie wnosi uwag osobistych, natomiast jedna miła pani straci stołek, na którym usadawia swój chudy tyłek od 10. lat. A wydawało jej się, że tak będzie siedziała do emerytury. Niu, niu, niu.
Oczywiście i tak ja jestem na linii strzału starego, bo mnie ma pod ręką. Nie usterkuje mojej pracy, ale jak potrzebuje kogoś ochrzanić, to wzywa rzeczoną, bo ona ma tylko 2 piętra do przebycia.
Dziś kolejna sesja, bo przyjadą dyrektorzy z Opola i Katowic, którzy – jak mniemam – bedą obtańcowani i ja w tym muszę uczestniczyć, niestety. Trochę mnie to stresuje, bo jestem z natury osobą konstruktywną i jak występuje problem, to natychmiast zastanawiam się, jak go rozwiązać, a nie tracę czasu na bezprzedmiotowe narzekanie, jak mi jest źle.

A poza tym to jestem wściekła, bo moja centrala wydaje mi przez telefon polecenia, żebym postępowała niezgodnie z przepisami. W dodatku nawet nie dzwonią do mnie, tylko do mojej pracownicy. A ja w tej działce mam akurat bezpośrednią odpowiedzialność finansową za podejmowane decyzje. I nawet nie da się tego zwalić na dyektora.
Więc niech mnie pocałują w zad.

27 sierpnia 2008

Nie do wiary

Posadziłam tyłeka na stołeka, wsadziłam filtr w przerwę na papierosa i zadzwoniła komórka.
- Szef cię wzywa do siebie – oznajmiła sekretarka.
- Nie do wiary. Kolejny dzień z rana będzie mnie obtańcowywał? – wyraziłam wątpliwość związaną z jakością pracy.
- Dziś jest w lepszym humorze – pocieszyła mnie sekretarka i odłożyła słuchawkę.
Prawdą jest, że sekretarka bywa osobą najlepiej poinformowaną. Z uśmiechem na ustach wkroczyłam do jaskini lwa.
- Pani kierownik, widzę, dziś radosna – mrukną stary, łypiąc na mnie znad pisma.
- Ja się, szefie, pozytywnie nastawiam, bo inaczej nie zniosłabym takiej serii.
I był w lepszym humorze, czyli andropauza sinusoidalna. Temat powrócił, ale w innym ujęciu. Wściek minął, mam nadzieję, że bezpowrotnie.
Pracownica odpowiedzialna za wzniecającą rozszalałe emocje działkę siedzi w kącie i posypuje sobie głowę popiołem. Wyciągnęłam ją stamtąd za ucho i poinstruowałam na okoliczność bierzsiędorobotyaniesmędźmitu. Podziałało.

Rozpoczynamy działalność związaną z oględzinami ewentualnych lokum (loków???). Odrzuciłam wczoraj propozycję zakupu działki i postawienia na niej domu drewnianego. Dom to ma być dom. A poza tym – za duża strata na cieple.
Będę wam donosić uprzejmie z pola boju.

26 sierpnia 2008

Przelotem

Wpadam tylko na chwilę, żeby powiedzieć dwa słowa, ponieważ dziś mam rewelacyjny dzień. Pierwszą zjebkę od naczelnego otrzymałam jeszcze przed papierosem rozpoczynającym, że już nie wspomnę o kawie. Drugą – w dwie godziny później. Potem byłam u niego po raz trzeci, ale już mu chyba powietrze uszło albo uznał, że teraz pojedzie po kimś innym, bo przy mnie pojechał po jednym z dyrektorów.
Może to już andropauza.
Mój osobisty przełożony jest w związku z tym w dniu dzisiejszym wyjątkowo małomówny, bo jemu też się obrywa, choć zaledwie rykoszetem.

Oprócz tego chciałam nieśmiało zauważyć, iż po liczbie komentarzy pod poprzednią notką wnoszę, że wyjątkowo jesteście zainteresowane kontaminacją ptasio-dupską. Skądinąd wam się nie dziwię, sama jestem nakręcona, zwłaszcza, że (mam nadzieję) mnie przyjdzie to obejrzeć na własne oczy. Opowiem wam ze szczegółami, słowo, słowo.

Z innej beczki. Jak wiecie, piorun nam pierdzielnął w szczypiorek i się spalił domofon. Z domofonem jest problem, bo to nieco przestarzały typ, ciężko o części, a i uszkodzenia okazały się  nieco większe niż zakładaliśmy. Wczoraj w skrzynce wspólnoty znaleźliśmy lokatorską korespondencję:
„Bardzo prosimy o naprawę domofonu. Z góry dziekujemy”.
Wała.
My tam przecież nie mieszkamy i nam nie przeszkadza (ociekanie ironią).
A poza tym to nie z góry, bo z parteru.

25 sierpnia 2008

Wypoczynek w full wypasie

No co się pytacie, przecież wiadomo, że było fajnie. Prześmierdziałam sobie blisko 4 dni pod brzózką, a i apartamentów gospodarzy nie oszczędziłam. Rozmowy poważne o życiu przeplataliśmy chichotkami (z naciskiem na chichotki), a żarliśmy na potęgę, jak opętani. Aż dziw, że się w człowieku tyle mieści. Winko też było, a jakże. Wieczorami, w rzeczonych apartamentach. Druga-mama za każdym kieliszkiem upominała drugiego-tatę:
- Pamietaj, że ty możesz jeden kieliszek okazjonalnie.
Drugi-tata ustalił odgórnie, że okazja jest.
Obecnie wykona się solidną przerwę w alkoholizmie, tak gdzieś do października, na który zostaliśmy oficjalnie zaproszeni w związku z planem pieczenia rogalików z różą. Również wykonaną przez piękne rączki pana domu.

Na marginesie chciałam uprzejmie Szanownemu Państwu nie polecić naszych wspólnych spotkań, bo rozmawiamy przy jedzeniu o kupie i grzybicy, co może niektórym wrażliwszym egzemplarzom odebrać apetyt. I w ogóle jesteśmy mało eteryczni.

Do wypadków przy pracy zaliczamy jedynie Kacpra, który wsadził sobie w oko farbę olejną. Tę od malowania drzwi. Fachowej pomocy udzielono. Aha – ten przedpokój, co to go druga opisywała, zaiste wizjonerski. Drzwi do kibla zdążyli założyć przed naszym przybyciem.

I jeszcze chciałam powiedzieć, że ja tam śpię, jak dziecko. Wstawaliśmy o wstydliwych porach i w ogóle nie dawaliśmy dzieciom dobrego przykładu. Wyjeżdżałam tęskniąc.
Drugim dajemy teraz szansę na rewitalizację i ogóle podreperowanie się po upierdliwych gościach.

PS Drugiemu-tacie uprzejmie przypomniano, że jest mi winien latanie po posesji z piórkiem w dupie oraz topless. Się wymoże.
PPS On mówi, że to piórko to nie jest strusie, tylko pawie. Czy ja chciałam, żeby ktoś mial dodatkowe oko w tyłku? Niech mnie ktoś utwierdzi w przekonaniu, że takie kabaretowe wachlarze to są robione ze strusich piór.

21 sierpnia 2008

Tak, to możliwe

Wzieliśmy 2 (słownie: dwa) dni urlopu. Wyprawiliśmy Potomstwo w świat o 5.40. Załatwimy parę spraw i jedziemy do drugich. A tam będziemy im gnić pod drzewkiem, aż się zaśmierdniemy.
Konkretnie to do niedzieli.

Tak, tak, pozdrowię ją od was.

PS Na osłodę samotnych dni i nocy…

…Karol Wystylizowany

PA PA

20 sierpnia 2008

Koszmary codzienne

W zeszły wtorek wyszedł w Tatry mój kolega z pracy. Doświadczony w chodzeniu po górach, przewodnik, o znakomitej kondycji, fascynat. 2 lipca urodziło mu się drugie dziecko, więc postanowili w domu, że w trosce o rodzinę, zawiesi hobby na kołku. Wieczorem nie zszedł do kwatery. Żona zgłosiła zaginięcie.
Dowiedzieliśmy się o tym przypadkiem, w czwartek, kiedy już drugi dzień poszukiwali go ratownicy z psami. Pogoda była nieszczególna. Jak na złość wszystko działo się po stronie słowackiej.
Znaleźli go w piątek, z rozbitą w miazgę głową.
Ciężko mi o tym pisać. Miły, dowcipny chłopak, szalenie inteligentny człowiek, znakomity fachowiec, szef kluczowego w naszej firmie działu. Dla mnie osobiście – bardzo lubiany kolega, bez którego żadna impreza nie mogła się obejść. Ciepły, uśmiechnięty, zawsze pomocny. Miał 34 lata.
Zostawił, znaną nam świetnie, żonę i dwóch synków: czteroletniego i półtoramiesięcznego.
Nie możemy się otrząsnąć.
Nie możemy wyobrazić sobie, że już go nie będzie.

Spieszył się w swój ostatni, jak zaplanowali, rejs. Pożegnalny. Spieszył się tak bardzo, że ten jeden, jedyny raz w swojej karierze miłośnika gór, nie zrobił ubezpieczenia. Akcja ratunkowa obejmowała nie tylko pracę ludzi i zwierząt, ale także śmigłowców. Pogotowie wystawiło żonie kolosalny rachunek. Bombardowaliśmy ich tak intensywnie, że ustąpili z uznania części kosztów i nie policzyli pracy helikopterów. To była największa część faktury. Ale i tak do zapłacenia dostało 30.000 zł za akcję ratowniczą, a przed rodziną jeszcze wydatki, związane z pracą prokuratora, sekcją zwłok, sprowadzeniem ciała do kraju, pogrzebem. Jak opętani organizujemy pomoc finansową, zbieramy pieniądze między sobą i wyłudzamy je od kogo się da. Dziewczyna jest nauczycielką…
Od kilku dni wiszę na telefonie z prawnikami, przedzieram się przez przepisy podatkowe. Nie sztuka udzielić pomocy, stwarzając komuś następny problem w postaci ryczącego urzędu skarbowego.
Nie mogę powiedzieć – nasza firma zachowuje się przyzwoicie, wyciagnęliśmy część forsy z socjalnego, bombardujemy dyrekcję w Warszawie o wysupłanie pozostałych środków.

Zostało puste miejsce. Zamknięty pokój. Niepodpisana lista obecności.
Poranne spotkania z kolegami i koleżankami o smutnych oczach. Przy papierosie. Zwykle w milczeniu.
I dzieci, z których jedno nie będzie znało taty, a drugie zaraz go zapomni.
Szkoda.

17 sierpnia 2008

Kto komu i do czego

- Wiecznie jestem wam do czegoś potrzebna! – złoszczę się, po raz n-ty odrywana od jakiejś czynności do wypowiedzenia się o rzeczy zupełnie tego niewartej.
- To twoja rola życiowa: być niezbędną. Im wcześniej to zrozumiesz, tym lepiej to zniesiesz – wytrąca mi oręż z rąk Prezes.

No i się tu człowieku wypisz.

16 sierpnia 2008

Przemyślenia


- Wstałem. Zastanówmy się. Cóż to za dzień dziś mamy?



- Ohyda. Co będę robił?



- Już wiem, zrobię to, co umiem najlepiej. A frajerzy niech idą do roboty.

13 sierpnia 2008

Zjawisko atmosferyczne przez okno w nad łóżkiem

Zerwał się wiatr

Potem się zachmurzyło

Potem zmierzchło

I się rozpadało

Oraz nastąpił koniec świata

Na szczęście w naszym klimacie w końcu wszystko jakoś się rozwiązuje

12 sierpnia 2008

Jak tu nie umrzeć ze śmiechu

Opowiadam całą historyjkę, żeby był pełen kontekst.

Jakiś czas temu, tuż przed przeglądem, podrzuciłam samochód do naszego zaprzyjaźnionego warsztatu, żeby zamontowali w nim nowe radio, bo stare się zepsuło. Panowie radia nie zamontowali, ale za to podnieśli samochód, żeby zerknąć czy wszystko w porządku, ponieważ jesteśmy tam stałymi klientami, a wiedzieli, że przegląd za dwa dni. Jak to w takich sytuacjach bywa, okazało się, że mamy poważny problem, ponieważ skorodowała nam jedna z podłużnic. Blacharz, kooperujący z naszym zaprzyjaźnionym warsztatem, odmówił naprawy. Następnie odmówiło również 35784481416996615 innych. Babranina, ale niekosztowna, to nikomu nie chce się spawarki odpalać.
W międzyczasie, 31 lipca, upłynęła data przeglądu technicznego, więc pognałam na stację diagnostyczną w nadziei, że może diagnosta ma problem ze wzrokiem. Przeprosiłam, że spóźniłam się o jeden dzień, pan machnął ręką i powiedział, że nie szkodzi, a następnie udowodnił mi, że z oczami wszystko w porządku. Podarował mi kartkę z dwutygodniowym, warunkowym dopuszczeniem do jazdy z prędkością 40 km/h i to tylko na dojazd do blacharza. Rozpoczęłam krucjatę, uwieńczoną sukcesem, bo okazało się, że znajomi mają znajomego blacharza, który po znajomości i z łaski może mi to przespawać. Tak się stało.
Wczoraj samochód powrócił do naszego zaprzyjaźnionego warsztatu na naprawę tulei wahaczy oraz geometrię i o 16.00 pognałam z powrotem na przegląd, żeby zmieścić się w tych 2. tygodniach. Pan obejrzał podłużnicę, na wahacze machnął ręką, wziął dowód rejestracyjny, zerknął i zapytał:
- A co pani robiła przez ostatni rok?
- Nie bardzo pamiętam – odpowiedziałam – Wymieniałam olej, bo to standard i sprzegło, bo mi poszło, normalka. I chyba nic więcej.
- Ja nie o to pytam – pan podsunął mi dowód rejestracyjny pod nos – Miała pani zrobić przegląd do 31 lipca. Ale 2007…

NIKT NIE ZAUWAŻYŁ, ŻE NIE MAMY BADAŃ TECHNICZNYCH OD ROKU!
Ani ja, ani Prezes, ani nasz warsztat, ani poprzedni diagnosta, który nas warunkowo dopuszczał do jazdy.
Zapomnieliśmy zrobić…
Zabawne, jeśli weźmie się pod uwagę, że latałam, jak opętana, żeby zdążyć w terminie…

9 sierpnia 2008

Jak zachować zdrowy poziom szaleństwa*

….i  doprowadzić do niego innych.

1. Podczas przerwy obiadowej siadaj w swoim samochodzie z suszarką do włosów skierowaną na przejeżdżające samochody i sprawdzaj czy zwalniają.
2. Za każdym razem, gdy ktoś cię o coś prosi, pytaj czy chce do tego frytki.
3. Postaw na swoim biurku kosz na śmieci z napisem DO ZAŁATWIENIA.
4. Przez trzy dni z rzędu zaparzaj w firmowym ekspresie kawę bezkofeinowa. Kiedy już wszyscy uwolnią się od kofeinowego nałogu, przejdź na Espresso.
5. Na swoich czekach i przelewach w rubryce „tytułem” wpisuj zawsze „za usługi seksualne”.
6. Ustaw jasność swojego monitora na maksimum, a kontrast na minimum i wmawiaj wszystkim, że tak ci wygodnie.
7. Nieużywajżadnychznakówprzestankowychanispacji.
8. Gdy to tylko możliwe, zamiast chodzić – podskakuj.
9. Pytaj wszystkich jakiej są płci.
10. Przy okienku DRIVE THRU precyzuj, że twoje zamówienie jest „na wynos”.
11. W operze podśpiewuj wraz z aktorami.
12. Idź na wieczór poezji i zapytaj dlaczego wiersze się nie rymują.
13. Dowiedz się, gdzie robi zakupy twój szef i kupuj dokładnie te same rzeczy.
14. Noś je zawsze następnego dnia po tym, jak szef był ubrany w taki sam strój (jest to szczególnie efektywne, gdy twój szef jest przeciwnej płci).
15. Wysyłaj e-maile do reszty współpracowników, informujące dokąd się udajesz np: „Jeśli ktoś by mnie szukał, to jestem w ubikacji.”
16. Z pięciodniowym wyprzedzeniem mów swoim znajomym, że nie przyjdziesz do nich na imprezę, bo nie jesteś w nastroju.
17. Mrucz w windzie.

To jeden z moich ulubionych spamów. Takich naprawdę ulubionych. Z całego serca.

8 sierpnia 2008

Schiza sięga zenitu

Nie gadam z Wami dzisiaj, bo dyrekcja wybiera się na spotkanie z wicepremierem i każe mi też iść. Jak wszyscy podejrzewają – jestem zachwycona do granic możliwości. Uwielbiam takie sytuacje, w ogóle mnie to nie stresuje… Zaczynam się zastanawiać nad jakimś spektakularnym upadkiem ze schodów do godz. 10.oo, może wtedy uda mi się uniknąć tego tego zaszczytu.
Ludzie! Blisko 12.ooo pracowników w naszym regionie, a ten sobie obrał mnie. No co za złośliwość podła i nieprzewidziana! W dodatku nie pozostało mi nic innego, jak z uśmiechem podziękować za to wyjątkowe wyróżnienie i oznajmić, że czuję się nieprawdopodobnie doceniona oraz zachwycona faktem, że szef obdarza mnie takim niesamowitym zaufaniem.
A wziąłby ze sobą swojego zastępcę, nie?
Ma dwóch, to mógłby sobie wybrać.
Znowu mi ślinianki zastrajkują od tego suszenia zębów. I te rozmowy… Ja to doskonale znam. Ja to przerabiam regularnie, choć nie AŻ NA TAKIM szczeblu. I w dodatku z obrzydzeniem. I myślę sobie, że soleil o wiele lepiej by się do tego nadawała. A ona sobie bezczelnie jeździ po jakichś Ogrodzieńcach, zamiast się zatrudnić w Archiwum X i zwolnić mnie z tych zaszczytów, co to mnie ciągle kopsają.

Rzec by można, że żółć mi się uszami wylewa, nieprawdaż?

PS Samochody naprawione. Co za ulga – jeden problem z głowy.
PPS Mam chwilową zapaść finansową. Znaczy – mam nadzieję, że chwilową.

7 sierpnia 2008

Dyskusje z Archiwum X

Osoby:
prezesowa
koleżanka M.

Miejsce akcji:
przestrzeń telekomunikacyjna

Czas akcji:
8.30

M. jest od wczoraj obrażona na prezesową, bo prezesowa coś jej załatwiła, odmawiając kategorycznie przyjęcia gratyfikacji.

prezesowa: Ecie – pecie, czy żyjecie?
M: Żyjemy, ale jesteśmy na panią kierownik obrażeni i się do pani nie odzywamy.
prezesowa: Ok, nie ma sprawy. Niemniej mam dla twojego syna plecak i trzeba go odebrać.
M: Odbiorę w milczeniu. Za jakąś godzinę.
prezesowa: To wpadnij. Pomilczymy na temat.
M: Zaproszę cię na kawę. Mailem. Wypijemy ją w milczeniu.
prezesowa: Pędem przybędę. Dla porządku wyślij pustą wiadomość.
M: Nie omieszkam.

6 sierpnia 2008

Nadzieję mam

Wygląda na to, że wychodzimy na prostą. Taką przynajmniej mam nadzieję. Dostarczyłam wczoraj samochód do znajomych w Mysłowicach, Pan Głowa Domu poinformował mnie, że w warsztacie jestem zbędna, zabrał auto i pojechał. Pani Domu zrobiła mi kawę i nawet obiad, wyobraźcie sobie, a następnie zabawiała przez dwie godziny. Telefonicznie doniesiono, że auto przyjęte, koszt do strawienia, a obiad darmowy.
Pełni wdzięczności wypiliśmy z gospodarzami kawę i wypaliliśmy fajkę pokoju, a następnie udaliśmy się do Protoplastów, których pozbawiliśmy środka komunikacji, by z kolei do warsztatu, w którym podobno mamy wykupiony abonament, podrzucić drugi samochód. I tak to ostaliśmy się o pożyczonym. Szczęśliwie, jak wiadomo, wielbią mnie tłumy i to do tego stopnia, że otrzymałam od rozhisteryzowanej gawiedzi kilka propozycji pożyczenia środka komunikacji, co jest wysoce dziwnym trafem. Mogę wybierać i przebierać, lecz tego nie robię, bo jeszcze mi kto stuknie i będzie na mnie. A matka – wiadomo – jest tylko jedna i kocha mnie, więc wybaczy, jakby co. Rodzice nie są niestety w uprzywilejowanej sytuacji.

Przede mna jeszcze odbiór jednego samochodu z warsztatu i haracz, odbiór drugiego i haracz, dwa przeglądy techniczne i haracz, dwa ubezpieczenia OC i haracz. A potem to tylko rok szkolny i haracz oraz planowany na wrzesień ortodonta, który z pewnością na dzień dobry zaśpiewa sobie z pięć tysięcy. Więc żegnaj urlopie, żegnaj wypoczynku.

Przyjmujemy zaproszenia od wszystkich lekkomyślnych, którzy chcieliby nas u siebie gościć, żywić nas przez kilka dni oraz pokazywać okolicę. Jak nam kto do baku naleje, zapewni sobie dozgonną wdzięczność.
Jesteśmy miłą, spokojną rodziną i potrafimy się zmyć już po pierwszej sugestii, że zaczynamy śmierdzieć.
Luz.

5 sierpnia 2008

Spiętrzyło się

Mało tego, że nie piszę. Niestety nawet nie czytam, więc nie tylko nie wiem, co się dzieje u mnie, ale i – co u was. Błąkam się, krążę, jest coraz później, samochodu nie przepuścili mi przez przegląd, 100 blacharzy nawet nie chce zajrzeć pod samochód, nie mówiąc już o wykonaniu naprawy. Wyżebrałam wczoraj audiencję u blacharza (w Mysłowicach – sic!), obsługującego moich znajomych. Narazie zyskałam tyle, że pojadę i ktoś w ogóle wyrazi zainteresowanie. A czy naprawi – to inny temat. Tkwię w niepewności czy opłacać OC, bo jeśli nikt się nie pochyli nad moim rączym rumakiem, to będę musiała sprzedać go na części i ubezpieczenie mi do tego niepotrzebne. Czas się kurczy w tempie zastraszającym, bo jest wyliczony zarówno na OC, jak i na naprawę. Całkowita dupa, że tak powiem.

Potomstwo wciąż nieobecne i nie uszczęśliwia mnie nadmiernie rozmowami, jakoś tak głupio się czuję. Nawet Zocha zrobiła się marudna i przyszła wczoraj się poprzytulać do naszego łóżka, co jej akurat nie zdarza się nigdy. Tęskni.

Poza tym standard, roboty w piguły, w pracy na nic nie mam czasu, a po pracy mam tak dość, że nawet nie odpalam komputera. Nawiasem mówiąc mamy nowy, ale jeszcze się nie wypowiadam na temat jakości pracy, bo nie udało mi się skorzystać. Oglądam za to (jak na mnie) sporo filmów, bo dostałam w prezencie wymarzony odtwarzacz. Nie mogę tutaj dostać się do fotobaketa, więc zamieszczam wam link do oglądania.
Tak, jest w kolorze pink, a co, nie wolno?