28 lutego 2010

Gardło Sobie Podrzynam Dibbler

Kto był chętny na teksańską masakrę piłą mechaniczną? Bo mamy w ofercie, a jakże.
Odbyła się w piątek, w pracy, w moim pokoju, po godzinach i była ściśle związana z określeniem roli mojej oraz młodego człowieka w tak zwanych stosunkach.
Było na tyle burzliwie, że młody człowiek w pewnym momencie włączył radio, żeby sprzątaczce nie było za łatwo.

Więc mam ogromną ochotę wziąć jutro urlop na żądanie, żeby mnie nie było. W sytuacji, gdyby dyskusja miała się rozwinąć.
Masz babo placek.

25 lutego 2010

Jest już później, paćko

Tylko obecnie nie nadążam ładować, jak w starym dowcipie.

Było bardzo miło. Dżentelmen nie pozwolił mi nawet zamieszać w torebce, żebym nie zbliżyła się przypadkiem do mojego portfela. Strzeliłam dwa gole, w tym jeden samobój. Zapytana, która faza gry najbardziej mi się podoba odpowiedziałam, że ta, kiedy w ogóle udaje mi się trafić w piłeczkę.

A poza wszystkim, Moje Drogie… Powiedzmy sobie prawdę (choć szeptem): kiedy jest się panią w wieku balzakowskim*, spędzenie wieczoru na graniu w piłkarzyki, w zadymionej knajpie poniżej poziomu ulicy, z młodym chłopakiem, który nie zaprosił tam przecież rzeczonej pani bez powodu, działa lepiej niż liftnigujący krem od Diora. Słowo.

* gdy sobie uświadomiłam, że to określenie dotyczy MNIE, zebrało mi sie na wymioty. Ale prawdy nie da się bez końca zamiatać pod dywan.

PS Tak, oczywiście poprosił o następny raz. Tak, oczywiście odmówiłam. Drogi Pamiętniczku, co za szczęście, że nie jest jeszcze tak źle, jak podejrzewałam.

22 lutego 2010

Nie mogę już

W sobotę otrzymałam nagrodę za wydajną pracę. Schyliłam się nad zmywarką i… ale było fajnie. Tym razem wysiadł mi odcinek lędźwiowy. W opozycji do szyjnego, który wysiadł mi wcześniej, ale powrócił. I to dwukrotnie (jedno i drugie). Poruszam się jak własna prababka, odgrzebana na cmentarzu jakieś 6 godzin temu.

Miałam nadzieję, że poniedziałek, w związku z powrotem szefa, będzie lepszy. Cóż za rozczarowanie, naprawdę. Zaglądam stale do lustra, żeby sprawdzić czy dumne poroże jest już dobrze widoczne. Jedyna przyjemność, jaką mam, to walenie na odlew wszystkiego, co sobie myślę (typu: tak, oczywiście, że to zrobię, przecież musisz mieć na kogo zwalić, jak to wszystko szlag trafi). Jak dotąd uchodzi mi bezkarnie.
Zresztą… nie martwię się – wywalą mnie, bo coś nie pójdzie czy wywalą mnie, bo szef się w końcu obrazi, co to za różnica.

W razie czego zamieszczę ogłoszenie o treści:
JELEŃ, WÓŁ ORAZ KOŁO GOSPODYŃ WIEJSKICH W JEDNYM – POSZUKUJE PRACY OD ZARAZ.

19 lutego 2010

Bolesna prawda musi ujrzeć światło dzienne – kocham mojego szefa

Jest to dla mnie uczucie całkowicie nowe i odkrywam je ze zdziwieniem. Ono we mnie wzbiera i buzuje z siłą pożaru. Gdybym je wypuściła na wolność, zadziałałoby jak klęska żywiołowa. Zmiotłoby wszystko na swojej drodze. Ogień, żar i upalny podmuch. Ta tęsknota za nim jest wprost przejmująca. Dniami i nocami marzę, by przyszedł do pracy, był obok, na wyciągnięcie ręki i…

… żebym go już nie musiała zastępować.

17 lutego 2010

Przyjełam zakład…

A przecież aktualności polityczne wyraźnie dają do zrozumienia, że hazard jest niezdrowy i skóra brzydko narasta przez to na piętach. Dałam się skusić, bo jestem strasznie zarozumiała i poszłam na pewniaka. Dostałam prztyczka w nos od losu.

Przegrałam…

Negocjowałam przez pół dnia stawkę, a potem się tym znudziłam i przystałam na ostatnią propozycję. O, święta naiwności! O, chorobo umysłowa! A żebym tak w stosownym momencie dostała wysypki w ramach ostrzeżenia!
Oczywiście, że wyciagnęłam z tego wnioski i W ŻYCIU się więcej z nikim o nic nie założę. Tylko co z tego?
Honorowym trza być, nie?
No to teraz muszę pójść na randkę z własnym pracownikiem. Czy ktoś ma jeszcze takie majtki, z których da się wyciągnąć gumkę, żebym mogła się widowiskowo zastrzelić?

14 lutego 2010

- I co teraz robisz?

- zainteresowała się telekomunikacyjnie Krynia
- Piekę tarty – westchnęla prezesowa.
- Z czym? – czujność Kryni natychmiast wzrosła, jak to zawsze przy przepisach.
- Jedną z tuńczykiem, pomidorkami i papryką, a drugą z porami i szynką.
- Dwie chochelki dają przepis na tartę z porami – podsumowała Krynia, jak zwykle dobrze poinformowana.

Prezesowa nie była poinformowana, co jest już pewnym standardem. Postanowiła więc prędko nadrobić zaległości. Pobieżała i… chwycił ją paroksyzm zazdrości, która nie przerodziła się w zawiść tylko dlatego, że obie autorki Chochelek są jej znane oraz bliskie sercu. Piekny i niezwykle apetyczny serwisik.
Prezesowa, opanowawszy niskie uczucia przez zaledwie dobę uznała, że jest kobietą renesansu, którą trudno zaszufladkować i, prócz licznych sztuk pięknych oraz zupełnie niepięknych, posiadła również sztukę kulinarną. Postanowiła więc na tym tle wypłynąć.

Niedzielnym popołudniem przebiegle zasugerowała Potomstwu wycieczkę po kurtkę zaznaczając, by nabyło także pappardelle, a następnie rzuciła się do kuchni, by pogłaskac niskie uczucia wewnatrz swojej jaźni.
Oczywiście pappardelle są w pewnym stopniu rozpasaniem, lecz jest to makaron inny niż inne, więc nie warto z niego rezygnować na rzecz tańszych. Prezesowa wyznaje bowiem złotą zasadę, że największym grzechem w kuchni jest skąpstwo.

Jedna ręką wyciągnęła prezesowa z szuflady rondelek, nalała do niego wody i postawiła na płycie, celem uczynienia rosołku. Preferowany jest cielęcy Knorra, gdyż posiada charakterystyczną tylko dla niego zaletę niezajeżdżania rosołkiem. Inne zajeżdżają, ale ja się nie upieram. Drugą ręką prezesowa wyciągnęła z szufladki większy garnek, nalała do niego wody, osoliła i postawiła na płycie z myślą o zawrzeniu i ugotowaniu pappardelle. W tym czasie trzecią ręką z lodówki wyciągnęła cebulkę i boczek, i zamknęła za sobą nogą, bo czwarta ręka jeszcze jej nie wyrosła, ale to tylko kwestia czasu. Prezesowa zachowuje się w kuchni dość nonszalancko i rzadko trzyma się jakichkolwiek przepisów, bo na setę nie ma w domu jakiegoś składnika. W związku z powyższym daje się ponosić wyobraźni oraz lekce sobie waży wszelkie miary, posługując się głównie tzw. naokiem i wmiędzyczasem.

Więc w owym międzyczasie wydłubała patelnię, nalała na nią odrobinę oliwy i zrumieniła delikatnie drobno skrojoną cebulkę, a następnie szczodrze dorzuciła równie drobnego boczusia, podśpiewując pod nosem i czerpiąc przyjemność z roznoszącego się aromatu. Wyłączyła pod rosołkiem, do wrzącej wody wrzuciła pappardelle i zajęła się produkcją sosu śmietanowego. W tym celu w kolejnym rondelku rozpuściła odrobinę masła, dodała mąki czuwając, by zasmażka się nie zrumieniła. Następnie dolała do zasmażki przygotowanego wcześniej rosołku i zamknęła japę, bo została ostrzeżona przez Potomstwo z głębi mieszkania na okoliczność nieznoszenia tego podśpiewywania. Kiedy podstawa sosiku uzyskała właściwą konsystencję, chlapnęła do niej szczodrze jogurtem naturalnym, bo nie używa śmietany. A kiedy wszystko ładnie się ze sobą połączyło, posoliła i wcisnęła cytrynę*. Przez palce oczywiście, bo jest niehigieniczna, ale nie przepada za pestkami w sosie. Bulk, bulk, powiedział sosik, co pogłaskało prezesową czule po uszku, więc przelała go na patelnię, wprost do ślicznie zrumienionej cebulki oraz profesjonalnie podsmażonego boczku.

Grzanie zostało ograniczone do minimum, bo pappardelle właście „dochodziły”, a sosik miał tylko „przejść” smakiem składników, więc prezesowa wydłubała garść orzechów włoskich, rozdziadkowała je i lekko połamała na niezbyt małe części. A potem dorzuciła do sosiku.
No to makaron na talerze, na to sos i…



Zdjęcie sobie „pożyczyłam”, ale nie wiem, od kogo. Niemniej – dziękuję.

I byłby to już koniec, gdyby nie…

- Wysyłam ostatnio sygnały – oświadczyła w przestrzeń prezesowa.
Prezes westchnął, gdyż jest mężczyzną doświadczonym dziesięcioletnim blisko związkiem z prezesową i doskonale wie, że rzeczy nie dzieją się bez przyczyny.
- Jakież? – zapytał, choć wcale nie chciał.
- Definiujące mnie jako kobietkę, a nawet kobieciątko – doprecyzowała z satysfakcją prezesowa, ponieważ wszystko szło po jej myśli. – Mnóstwo obcych panów chce się mną obecnie zaopiekować, więc skądś to się musi brać.
- Kupię ci to wino – poddał się Prezes, sam będąc miłośnikiem dobrych trunków oraz pacyfistą, z obrzydzeniem myślącym o laniu w mordę obcych panów, którzy palą się do roztaczania opieki nad prezesową.

Więc prezesowa przygotowała dwa kieliszki i z uśmiechem nalała do nich rubinowego trunku, który niezwykle stylowo, leciutko tłustą warstwą zatańczył na ściankach, roztaczając wokół aromat tytoniu i wanilii.

Smacznego!

* Tak, cytryna jest konieczna. Proponuję na poczatku dodawać jej po trochu, żeby uzyskać własny poziom zadowolenia z zawartości cytryny w sosie. Potem idzie już łatwiej i bez mierzenia.

To, co ja widzę, a czego Wy nie widzicie

Weszłam sobie w statystyki, patrzę, a tu ponad 70 000 odwiedzin. Żeby nie było… mam dowody. O, proszę:

Wszystkim odwiedzającym, zwłaszcza stałym bywalcom, serdecznie dziękuje zespół prezesowa & Co.

9 lutego 2010

Piłam wczoraj CUDNE wino


Postanowiłam więc wejść w jego posiadanie, ponieważ gwałtownie odczułam do niego stosunek osobisty. Rzadko się udaję do sklepów niewirtualnych, bo mi się nie chce chodzić po centrach handlowych. No to poszukałam paluszkami.
Buuuuu…
Rozrzut cen od 114 zł do 169 zł.

Szukam sponsora dla mojego rozpasania. W miarę niewymagającego.

1 lutego 2010

Moja praca nie przestaje mnie zadziwiać


Zostałam dziś bowiem przypadkową korepetytorką trzech nader wybujałych młodzieńców (razem ok. 6 m długości). Zabawnie się nawet poczułam, stojąc między nimi – jak grzybek w sosnowym lasku.
Oczywiście doceniam wolę walki – kończą właśnie technikum za rogiem (kształcące w moim zawodzie wykonywanym) i przebiegła nauczycielka zadała im zadanie domowe, dotyczące technologii, którego nie potrafili samodzielnie rozwiązać. Przyszli więc do źródła. Bardzo mi się podobało, że im się chce. Obecnie oczekuję na ocenę.

Niech Pan Bóg broni tej kobity, jeśli będzie mniej niż pięć…

Mój szef (1,76 m i to w jego własnej ocenie) trafił akurat w moment rozdziału wiedzy. Gdy młodzieńcy wstali, wzniósł wzrok do nieba (czyli na czubek jednego z gości) i jęknął:
- Gdzie my byliśmy, gdy oni tak urośli?
- Ja tam stałam w kolejce po rozum. W dodatku dwa razy – odparłam niezrażona.
I trzeba docenić mój takt. Mogłam bowiem dodać… „nie wiem, jak dyrektor”.