30 listopada 2008

O końcowym odliczaniu

Założyłam na ucho słuchawkę bezprzewodową* i zakasałam rękawy. Nie ma to tamto, rodzina musi jeść, bez względu na to czy jestem w domu, czy mnie nie ma. Ugotowałam zupę pomidorową, ogórkową i pulpety z indyka w sosie grzybowym (od lat jadamy jednodaniowe posiłki). No i naturalnie obiad na dziś – panierowane kapelusze z pieczarek, ziemniaczki i sałatkę z serkiem.
Nikt mi nie powie, że mnie nie ma, a w domu zimno, cimno i głód.
Później niech sobie radzą sami.

A teraz się wykąpię i jadę powinszować Protoplaście, co to ma dziś święto. Błogosławiona niech będzie myśl o zakupie prezentu z wyprzedzeniem!

A potem zacznę odliczać. Godzina 0 tuż, tuż.

* Jak to po co? Po to, żeby pogadać z Krynią i drugą-mamą, oczywiście.

27 listopada 2008

O życiu, które jest zasrane

Szef był dwa dni w 100licy, a w zeszły piątek w szale, więc nie widzieliśmy się całe pięć dni. Stęsknił się za mną ogromnie, co zaowocowało wczoraj wezwaniem o poranku (który nadal jest ciemną nocą) oraz uświadomieniem, że przez czas rozłąki doszedł do wniosku, że jestem pracownikiem roku co roku. Od razu członki mi zesztywniały, ponieważ takich rzeczy nikt człowiekowi bez powodu nie mówi. Zaparłam się w fotelu z lękiem oczekując ciągu dalszego.
I doczekałam się.

Dyrekcja oświadczyła, że okręt tonie i tylko ja mogę go uratować. Żebyż chodziło o zwykły nierząd – zrobiłabym to z prawdziwą radością. Ale nie, nie będzie tak łatwo! Po co mam kupczyć ciałem, na to przyjdzie czas. Najpierw się mnie awansuje, bowiem dyrektorskie tyłki większąć mają wartość niż kierownikowskie. Kupczyć się będzie, jak się okręt o dno oprze. Tymczasem, w dbałości o członki (czy ta część jest członkiem?) mam ratować resztki dobytku. I teraz to tylko ode mnie zależy, czy się pogrążymy ostatecznie.

Super.

Czuję się, jakby mnie ktoś wepchnął do dołu z gnojówką i łokciem z góry popychał, żebym się nie wydostała. Powierzchnia na wysokości ust. Najgorsze jest to, że termin od 1 grudnia, a to jest miesiąc w naszej firmie najgorszy, wymagający od dyrektorów niezwykłej wprost czjności i ogromnego doświadczenia. Którego, jak wiemy, nie mam. Więc gratulacje, nie ma wyjścia ewakuacyjnego, nie ma szalup ratunkowych. Na dno idźmy z okrzykiem „za honor i ojczyznę”.

Jestem załamana. Boję sie tak bardzo, jak jeszcze nigdy w życiu się nie bałam. Witaj środku uspokajający, mój najlepszy przyjacielu.
I uprzedzam pytania – niektórym propozycjom nie można odmówić.

25 listopada 2008

O trybie życia

Gwałtownie poszukuję pracownika. Jego zadaniem będzie w pełnym wymiarze czasu pracy przypominać mi o tym, żebym jadła. Niestety ostatnio mi to nie wychodzi.
Za to palę, jak smok, niestety. Zwłaszcza w takich dniach, jak dziś, kiedy okazuje się, że gdzieś tam wewnątrz mnie znajduje się granica odporności na debilizm niektórych osób. Nie wiem naprawdę, ile wypaliłam dzisiaj, ale krzyczałam strasznie, w całości eksploatując zasoby tzw. technicznych określeń wojskowych, jakie tylko kiedykolwiek zasłyszałam. A że mój język giętki z łatwością wyraża, co pomyśli głowa, stworzyłam przy okazji kilka niezwykle ujmujących związków frazeologicznych odkrywając, że deklinacja i koniugacja bywa przydatna w różnych sytuacjach.
Źródłem mojej frustracji stał się kierownik marketingu – szczególny zresztą idiota – który odmówił współpracy nie tylko na moja prośbę, ale również na polecenie szefa. Mało tego. Wezwał wszystkich swoich pracowników i zakazał im absolutnie ze mną współpracować! Interesuje mnie fakt tzw. chodów tego człowieka, ponieważ śmiało zauważę, że po takim wystąpieniu wywaliłabym kretyna z jego ciepłego stołeczka na jego durny, zbity pysk. I nie wie, dupek słomiany, że jego właśni ludzie natychmiast po tym do mnie przyszli, donieśli mi uprzejmie, po czym zapytali, co mogą dla mnie zrobić, jak mi pomóc i co ułatwić. Musi jeszcze zjeść dużo chleba i wypić morze wódki, żeby mieć takie relacje. Nie tylko z własnymi pracownikami, ale też z sąsiednimi, nie?

Szef osobisty przebywa w Warszawie, ale zadzwonił.
- Proszę cię, nie denerwuj się. Dasz sobie radę sama, czy potrzebujesz jakiejś pomocy?
Co dasz sobie radę? Co dasz sobie radę??? Co za pytanie kretyńskie. Przecież wiadomo, że dam sobie radę i pytanie jest retoryczne. Zapiszę sobie również stosowną notatkę w kalendarzu i gdy nadarzy się sposobność – użyję bez litości.
Nie ma zmiłowania dla złamasów.

Tymczasem pokroiłam jabłuszko na kawałki, a z czeluści szafy wydobyłam 2 mandarynki i kilka winogron. To pójdę się dowitaminizuję.

24 listopada 2008

O filmach, poczuciu humoru i – jak zwykle – o życiu

Wiem, że jestem nieco wynaturzona, ale cóż… lubię Almodovara. Nic za to nie mogę, naprawdę. Jego filmy grają na uczuciach, nawet te, które uważane są za oscylujące na granicy dobrego smaku.
Kikę wczoraj obejrzałam. 
Otóż są rzeczy, na które wyjątkowo jestem uczulona i reaguję na nie emocjonalnie. Zawsze. Nie znoszę dowcipów na określone tematy (np. rasizm czy damski debilizm), nigdy się nie śmieję, a znające mnie osoby po prostu na takie żarty w moim towarzystwie sobie nie pozwalają. I nigdy, przenigdy nie podejrzewałabym się o to, że popłaczę się ze śmiechu, oglądając scenę gwałtu.
Wychodzi na to, że wszystko jest kwestią odpowiedniego ujęcia. Jest taki rodzaj humoru, który w moim przypadku sprawdza się bez pudła. Pasjami wprost uwielbiam Monty Pythona, przekraczającego bez żenady granice absurdu w każdej dziedzinie, ale nie trawię Jasia Fasoli czy Benny’ego Hilla. Otrząsa mnie. Nie chodzi więc o abstrakcyjność sytuacji, lecz raczej o sposób jej ukazania (tej abstrakcyjności).
Czołgam się w pyle przed Kabaretem Starszych Panów, pewnie dlatego, że to nie kabaret. Ryzykuję nawet głoszenie teorii, że Latający Cyrk.. powstał dlatego, że John Cleese i spółka, poszukując natchnienia, trafili w latach 50-tych na Polskę. Rodzaj oglądu sytuacji jest niezwykle wprost przystający.

W ogóle bawi mnie abstrakcja i absurd oraz czarny humor, zwłaszcza w angielskim wydaniu. Moje myśli błądzą pokrętnymi ścieżkami i wiele wysiłku wkładam w niereagowanie na różne sytuacje, bo boję się umrzeć ze śmiechu. I już nie wspomnę o fakcie, że osoba na stanowisku powina się jakoś zachowywać, co nie zawsze mi się udaje niestety, w związku z czym mam opinię lekko niesprawnej umysłowo.
Często nasuwają mi się komentarze do humoru sytuacyjnego, który zdaję się dostrzegać wyłącznie ja. Siłą się od nich powstrzymuję, bo jest nikła szansa na to, że ktoś nadaje na podobnych falach. A jak już na kogoś takiego trafię, to chronię jak skarb. Na szczęście oboje z Prezesem mamy poczucie humoru dokładnie w tym samym miejscu, co powoduje, że nasze życie prywatne układa się niezwykle pomyślnie pomimo zwykłych, codziennych napięć. Z radością obserwuję, że to się jednak przenosi w genach i Potomstwo często zaskakuje mnie niebanalnymi skojarzeniami. Wnioskuję z tego, że stworzyłam niechcący kogoś zupełnie nietuzinkowego. Nie będzie jej łatwo, ale to cieszy.
Oby trafiła w życiu na odpowiedniego partnera.

23 listopada 2008

Moja córka

Potomstwo z powodzeniem zmienia swoje życie. Obecnie, prócz obowiązku nauki szkolnej, realizuje następujące projekty:
1. nauka jezyka angielskiego poza szkołą;
2. wynikające z punktu 1. uczestnictwo w olimpiadzie z języka angielskiego w szkole;
3. redagowanie gazetki szkolnej o wdzięcznej nazwie „Gimnazetka”;
4. wolontariat w zakresie pomocy w nauce oraz wspólnym głośnym czytaniu książek dzieciom z pobliskiej szkoły podstawowej;
5. świadczenie odpłatnych usług wspólnocie mieszkaniowej, polegające na odśnieżaniu terenu za pomocą szufli oraz soli o poranku, będącym ciemną nocą i to przed lekcjami. Zarobione w ten sposób środki zamierza przeznaczyć na zakup własnego laptopa (zajęcia ruchowe, praca fizyczna, zarobkowanie, planowanie zakupów, projektowanie wydatków);
6. gimnastyka korekcyjna (jak się mamusia wreszcie zbierze w sobie);
7. samodzielne nadzorowanie upierdliwego i wlekącego się leczenia alergii;
8. planowanie i praca nad sobą w zakresie leczenia ortodontycznego, które jest przykre, trudne, bolesne i długodystansowe.

W związku z punktem 7. ćwiczy cierpliwość, ponieważ każdy skok ciśnienia powoduje wysypkę.
Na punkt 1. naciskam. Punktami 7 i 8 steruję, co jest oczywiste. Pozostałe punkty realizuje w całości samodzielnie, na co zezwalam, ponieważ uczy się zadowalająco (co nie znaczy, że nie mogłaby lepiej, ale niech będzie – trzeba iść na ustępstwa).

No pewnie, że jestem dumna. A co myśleliście?

20 listopada 2008

Co tam z niusów

Wczorajsza narada niezwykle obfita w informacje rewolucyjne. Byłabym może przytłoczona, gdyby nie to, że jako osoba niezwykle dobrze poinformowana, wszystko już wiedziałam i widziałam dwa dni wcześniej. Więc zdążyło mi już przejść.
To bardzo wygodne, mieć różne rzetelne i ekspresowe źródła informacji, ponieważ ma się czas na ochłonięcie i profesjonalne podejście do tematu. Że o braku zaskoczenia przez grzeczność nie wspomnę.

Tymczasem Dzieje Się.
Wczoraj o 22.00 zadzwonił telefon służbowy. Taki mam nawyk, że jak widzę służbową rozmowę o tego typu porze, to ZAWSZE odbieram, bo nikt by się nie odważył do mnie zadzwonić tak późno bez ważnego powodu. Wszyscy bowiem wiedzą, że jestem wredna, podła, okrutna i mam ogólnie paskudny charakter. Nie muszę więc ekstra nikogo uświadamiać, że są pewne rzeczy, które można załatwić w pracy. No i nie muszę sobie wyrabiać opinii, bo już ją posiadłam.
No to odebrałam.
Wiadomości były takie, że mi dech odebrało i miałam potem nieco problemów z zaśnięciem. Niemniej dziś rano byłam na pewne rzeczy przygotowana, co sobie chwalę.
Powiadam wam: szwindel i kryminał. Nie zazdroszczę mojemu koledze, który z racji pełnionej funkcji musi się tym zajmować bezpośrednio. Ja sama obecnie nie muszę, lecz wielce sobie cenię wiedzę (w tej kategorii słowo „nadmiar” nie istnieje). Zwłaszcza, że być może w moim życiu na początku roku znów coś się podzieje i jest szansa, że będzie mnie to dotyczyło bardzo osobiście. Wobec powyższego dokonałam właśnie przegrupowania wojsk i rozpoczęłam procedurę przetargową na najnowsze uzbrojenie.
A teraz się przyczaję.

19 listopada 2008

Dwie uwagi na szybko

1. Za chwilę zaczyna się całodniowa narada, więc nie ma mowy o żadnej notce, niestety.
2. Dla wnioskujących adres mailowy: moje.waterloo@gmail.com. Zapraszam serdecznie.

Całusy ślę.

18 listopada 2008

Poranki

Nie ma nad ranne wygospodarowanie czasu na kawę z miłą koleżanką i wspólne ponarzekanie na F (niezwykle chwytliwe tematy):
1. forsa (a właściwie brak funduszy);
2. faceci;
3. flejtuchy.

Ad. 1 Wszędzie to samo. Wczoraj kolejna wizyta u alergologa (70 zł) oraz, w konsekwencji, w aptece (65 zł). Wciąż to samo schorzenie, coraz to inne leki, smarowidła, kosmetyki. Szlag człowieka trafia, a tu kantowski imperatyw kategoryczny. Dobrze, że choć używania nie trzeba pilnować. To wielki pozytyw.

Ad. 2 Wszędzie to samo. Studnia bez dna. Powtarzanie jak katarynka. Lepkie blaty, bajzel w szafie i ogólne rozmemłanie. Kobiety są motorem postepu. Stale wygłaszam pewną obrazoburczą teorię, że gdyby nie my, to faceci nadal huśtaliby się na palmie na ogonach. Jedynym wynalazkiem byłoby piwo i, prawdopodobnie, specjalistyczne naczynie do picia do góry nogami.
W tym zakresie tematy można by mnożyć do upadłego.

Ad. 3 Obojga płci. Tu się nie rozwinę, bo osiągnęłyśmy turpizm absolutny w tej burzliwej dyskusji i to się zwyczajnie nie nadaje do upowszechniania.

No to sobie ponarzekałyśmy, odnajdując mnóstwo punktów wspólnych. Od razy lepiej mi się zrobiło.
Do ewentualnych czytelników płci męskiej: powinniście się cieszyć, że to robimy. Co powiemy sobie nawzajem, tego nie wykrzyczymy wam. Jak się zastanowić: zysk bez ryzyka.

PS Głowa mnie zaczęła boleć już w nocy i to aż tak bardzo, że śniło mi się, że mnie głowa boli. Obudził mnie ten ból, więc postanowiłam szybko zasnąć, żeby mnie nie bolało. Wstałam z bólem głowy.
Niestety w takich sytuacjach organ odpowiedzialny za poczucie humoru mam w zaniku.

17 listopada 2008

Exposee do narodu przez lufcik

Szacowni Czytelnicy!

Niniejszym inauguruję obchody drugich urodzin rzężącej twórczości własnej w postaci elektronicznej (kto nie wierzy, niech zerknie do pierwszej notki w archiwum). Przyjmuję gratulacje, dzieci z kwiatami naprzód, prezenty – zwłaszcza wartościowe, wzniesione toasty –  jeśli załączona jest do nich butelka z uczciwym trunkiem oraz darowizny w postaci prawych środków płatniczych. Numer konta chętnie chętnym udostępnię.

A poważnie:
Dziękuję wam za ten czas, który spędzamy razem. Wielki to dla mnie zaszczyt, że chcecie ze mną być, śledzić perypetie, dzielić radości i smutki, wspierać, cieszyć, towarzyszyć.
Apeluję: BĄDŹCIEŻ!
Większą-ć bowiem ja fanką waszą niż wy moją!

16 listopada 2008

Z cyklu WYZNANIA: Czasem oglądam telewizję

I dzisiaj sobie właśnie obejrzałam. Dwa programy planowo: „Boso przez świat” Cejrowskiego i „Po mojemu” Cejrowskiego. Szczęśliwie ktoś tak to wymyślił, że Boso… leci o 10.00 na dwójce, a Po… o 10.30 na TVN Style (mam!). To ja przygotowuję niedzielne śniadanko (a najczęściej również sporą część obiadu, bo wstaję po 8.00) i staram się przed 10.00 ściagnąć Potomsto z łóżka. Ściagnąć w sensie dosłownym, bo śpi na antresoli. Jestem bowiem zwolenniczką wspólnego śniadania (czynność). Słabo nam to wychodzi w tygodniu, więc staram się być bezwzględna choć w weekendy.
I ściągam to Potomstwo, naburmuszone do granic wytrzymałości materiału, odpalam TV i mamy dwa oblicza Cejrowskiego.

Dygresja.
Kiedys Cejrowski prowadził program „WC kwadrans” i wygłaszanymi w nim opiniami doprowadzał mnie do histerii. Przez lata Cejrowski dojrzał, ja dojrzałam, oboje odrobinę się zmieniliśmy (pewnie złagodnieliśmy) i z przyjemnością odkrywam, że wiele mamy obecnie światopoglądowych punktów wspólnych.
Po dygresji.

Oblicze podróżnicze jest oczywiste i jako podróżnik ma Cejrowski z pewnością liczne grono wielbicieli. A w zeszłym tygodniu walnął w Po… wykładzik światopoglądowy, który rzucił mnie na kolana i ustawił na stałe chyba w szpalerze wielbicielek i wzdychulców. Wykładzik dotyczył bowiem nagminnie ostatnio popełnianych przez Polaków błędów językowych, które Cejrowski zgromił z pełnym okrucieństwem (uprzednio obnażywszy bez litości), bazgroląc na kartkach i wymachując pięściami.
Na okoliczność podjęcia tematyki lingwistycznej, gościem programu był Wojciech Mann – znany ze swej kultury języka. Ten pięściami nie wymachiwał, ale wypowiadał się dość autorytarnie.
Ja w tym czasie klęczałam przed telewizorem, przesyłałam im całuski i wznosiłam okrzyki silnie nacechowane uczuciowo.

To tyle o tym, co „za”.
A teraz „przeciw”.
- O co chodzi w programie „Magiel towarzyski”? – zapytałam Potomstwo.
Wzruszyło ramionami. To włączyłam.
O ZGROZO!
Dwoje prowadzących komentuje wpadki estabiliszmentu z ostatniego tygodnia. Obnaża, ośmiesza, postponuje i poniża. Przy tem korzysta z prasy roboczo przeze mnie zwanej brukową (choć w rzeczywistej kategoryzacji nią nie jest), jak „Super ekspres” itp. Kreują się na opiniotwórczych i haute culture, jakby nie wiedzieli, że kulturali ludzie  nie czytują takich gazet.

Dygresja.
Widziałam kiedyś faceta, który podszedł do kiosku i głośno poprosił o „Fakt”. I nawet się najpierw nie rozejrzał, czy nikt nie widzi. I nawet nie szeptał! O tempora! O mores!!!
Po dygresji.

Niniejszym zaliczyłam podwójne oglądanie omawianego programu – że się posłużę wyeksploatowanym dowcipem – po raz pierwszy i ostatni.

Na zakończenie: okazuje się, że telewizja czasami nadaje wartościowe audycje. I to nawet niekoniecznie o 1.00 w nocy.
Tylko trza czujnym być!
A! Przypomniało mi się a propos. W każdą niedzielę o 17.20 stacja Kino Polska będzie nadawała „Kabaret Starszych Panów”.
Ja mam, a wy?

15 listopada 2008

Powoli przywykam do myśli

że w poniedziałek trzeba będzie wracać do rzeczywistości, niestety. Zaczęłam przygotowania. Kładę się wcześniej, staram się wcześniej wstawać. Dziś spędziłam ponad 4 godziny na stanowisku księgowej we wspólnocie, żeby mi się w głowie nie poprzewracało. Nuda koszmarna.
Założę się, że moi pracownicy już ze trzy dni niczego nie „wypuszczają” na okoliczność mojego powrotu. Strach się bać, jak człowiek pomyśli, co zastanie w miejscu świadczenia pracy.
Pomijając, że na bieżąco donoszą mi, że już są niezłe jazdy, a będzie jeszcze lepiej. Czynniki znaczy donoszą.
W nowym roku czeka nas kolejna reorganizacja, w dodatku znowu bardzo poważna. Zaczynam już przywykać do tego siedzenia na bombie i myślę, że jak kiedyś mi się trafi względny spokój, to nie będę mogła pracować. Reorganizacja, jak donoszą czynniki, dotknie również mojej działki i to w sposób – jak wygląda – dość konsekwentny, bo ją zlikwiduje na tym poziomie, na którym obecnie się znajduję. Dla tych co nie zrozumieli – redukcja stanowiska nastąpi.
Postanowiłam o tym nie mysleć. I tak nie mam na to wpływu. Mam nadzieję, że mnie nie wywalą, tylko zaproponują mi inne miejsce. To jest uporczywa dość nadzieja, wyznaję w sekrecie.

Urlop zaowocował dwiema parami nowych butów. Co, kogoś to dziwi? Domniemywam, że już nie, w końcu obcujemy ze sobą odrobinę czasu*, nieprawdaż? No to w poniedziałek polecę do pracy w czerwonych lakierkach. A niech wią!

* 17 upłyną dwa lata, uwierzylibyście? Bo mnie doprawdy trudno.

Specjalnie na życzenie soleil… voila! (ukradłam zdjęcie z aukcji, ale ciiiii…)

14 listopada 2008

No i po balonie

Najpierw zmarnowaliśmy trochę czasu w piwnicy. I nie, żeby tam był bałagan, skąd. Ale wino gdzieś się nam schowało.
Niemniej byliśmy zdeterminowani, więc wyciągnęliśmy je z dobrze zakamuflowanego kąta i bez litości przytaszczyliśmy na górę. Wyglądało, jakby stało już kilka lat.

Zaatakowałam go pewną ilością ręczników papierowych i okazało się, że rzeczywiście te swoje lata ma. Konkretnie to 46.

Odskrobałam liczne warstwy zabezpieczeń. Pod spodem był jeszcze wosk. Oraz drut. I sznurek.

Trochę się nadłubałam. I dodłubałam do korka. Tu powstał dylemat: jak wyciagnąć korek z tak sporej szyjki? W dodatku korek, który kruszył się w palcach.

Z zapartym tchem wbiłam korkociąg i… poszło! Nawet całkiem spokojnie i bez rozwałki.

A to wszystko dzięki zestawowi Małego Winiarza. Amatora, ma się rozumieć.

Poszły w ruch skrzętnie miesiącami zbierane butelki. Najpierw uczciwie je wyplukałam.

Potem pozostawiłam do odcieknięcia.

A na koniec, dla bezpieczeństwa, przepłukałam spirytusem, którego odrobina na szczęście znalazła sie w spiżarni.

To co? Do dzieła!

Uzbierało sie z 15 butelek.

W ramach licznych zasług zostałam mianowana testerką. Mmmmmm… Pyszne!
Białe, slodkie, ale bez przesady. I moc swoją posiada. W smaku podobne do dobrego sherry. No dobra – lepsze.
Dwie butelczyny dostaliśmy w prezencie.
W międzyczasie wysłałam sms do J.: Nie planuj nic na wieczór. Wino jest ZAJEBISTE!
Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać: O matko! Toż to historyczna chwila! Przybywam!!!

No… to wieczorem z jedną butelką się rozprawimy.
Pierwszy toast za dziadka. Niezły był z niego fachowiec.

13 listopada 2008

Urlop mija

W zastraszającym tempie w dodatku. Jesteśmy po kilku wycieczkach, ale tak się rozleniwiłam, że nie chce mi sie nawet obrobić zdjęć, żeby je tu powstawiać. Mimo to obiecuję, że się poprawię i chociaż Cieszyn wam pokażę albowiem wart-ci on tego jest.
Tymczasem sporą część mojego życia spędzam na różnych przyjemnościach typu „leniuchowanie” oraz na kłótniach z jednorodną córką. Ponieważ wiele czasu spędzam w domu, mamy go dla siebie pod dostatkiem i możemy się kłócic, ile dusza zapragnie. O wszystko, nawet o rzeczy, ktorych nie podejrzewacie. Najczęściej kłócimy się o przestrzeń prywatną. Dla niewtajemniczonych: ja chcę, żeby ona posprzątała w swoim pokoju, a ona chce, żebym ja tam nie wchodziła. Ona uważa, że pokój jest jej przestrzenią prywatna, a ja – że jestem właścicielką lokalu jako całości.
Punktów wspólnych brak.

Tymczasem biegnąc rączym kłusem po schodach, potknęłam się o kota, nóżka mi się podwinęła i objechała ze stopnia, a potem na dodatek przywaliłam w stopień poniżej okolicą kostki wraz z podwiniętą nóżką. Ergo – spuchło.
W trakcie tych dramatycznych wydarzeń druga noga nie próżnowała i postanowiła zrobić coś oryginalnego, więc walnęła o kant stopnia kolankiem. Ergo – siniec, jak się patrzy.
Nie mogę nawet powiedzieć, że mam jedną nóżkę bardziej, bo mam obie, w dodatku każdą w innym miejscu.

Wobec powyższych okoliczności rzuciliśmy się do sprzatania tej stajni Augiasza. Na tę okoliczność pokłóciliśmy się okrutnie. Muszę przyznać, że niezłą mam parę w płucach. Wnioskuję po wydobytych decybelach.

No i nawet nie zauważyłam, kiedy zrobiła się szesnasta.

A jutro mamy silnie ugruntowany zamiar rozprawić się z baniakiem wina, co będzie uwiecznione w sesji fotograficznej z prawdziwego zdarzenia. Nie napalajcie się jednak nadmiernie, bo wino ma około 40. lat i sesja może się zakończyć na odpuknięcięciu balona i głębokim namyśle, jak się dobrać do galarety. Gdyby jednak tak się nie stało – doniosę uprzejmie.

9 listopada 2008

Z cyklu: ulubione

Jestem u teściów :D

- Jakby się wam zachciało – mówi teściowa o 22.00, opakowując talerz z ciastem lnianą ściereczką – to ciasto stawiam na schodkach do piwnicy.
- Taaaa, jasne.  W nocy wstaną i będa jedli – kwituje z przekąsem teść.
- Ale jakby się wam zachciało, to na schodach chłodno, jak w lodówce – upiera się teściowa.
- Ty im raczej talerz do pokoju wstaw. Jeszcze sobie po ciemku nogi połamią!

4 listopada 2008

A w Krakowie…


Na Grodzkiej pada deszcz… oznak, że odzyskaliśmy niepodległość.

Przygotowania idą pełną parą.

Łącznie z wielce interesującymi (oryginalny widok).

Poza tym na górze król a na dole cesarz.

Mało widać? To proszę bardzo!

I jeszcze te dysonanse. Jest w nich coś, co mnie porywa.
Taki Wawel. Niezły zabytek.

Ale i do królów docierają nowinki techniczne.

Lubię Kraków z jego monumentalnością.

I jesienną nostalgią.

Oraz dowcipnym przymrużeniem oka.

Przeokropnie było zimno.
I niezły metraż mieli ci królowie.
Ale to tylko tak na marginesie.

Dialogi na cztery nogi

Występują:
Prezes
przesowa

Czas akcji:
19.30

Miejsce akcji:
samochód zaparkowany w centrum

prezesowa: O, patrz! Kotek! Jaki ładny! Wołamy go?
Prezes: Jasne… Zawołasz i wtedy się okaże, że on już od dawna jest spakowany i właściwie ze wszystkimi się pożegnał*!!!

* Dla tych, ktorzy ew. nie załapali: prezesostwo ma niebywałą wprost zdolność przyciągania bezdomnych kotów jak magnes. Nie wiadomo – dlaczego.