31 sierpnia 2014

1879

Nie, skąd. Tak zupełnie na darmo to do tego outletu nie pojechałam.



Buty już miałam! Dlatego uważam, że to była OKAZJA i Prezes powinien być mi wdzięczny! Niech ktoś tylko słowo powie - ta na dole kosztowała 48 zł. Chyba nie będziemy się kłócić o 48 złotych? Wiecie, ile kosztuje marynarka?!
No.

Czułam wyraźne zapotrzebowanie na nową torebkę i teraz mam trzy.
Nie mam gdzie tego trzymać.
Ponawiam apel o dom. Chociaż martuuha protestuje, w spiżarni urządzę pokój dla butów i torebek. No, kto mi zabroni?! (Nie, nie wróciliśmy jeszcze do tej sprawy - tak sobie tylko gadam.

1878

Wciąż nie mamy ciepłej wody, więc postanowiliśmy wczoraj skoczyć na kawę do taty i podstępnie się tam wykąpać. Mama udała się właśnie na ucieczkę do Hiszpanii ze swoimi psiapsiółkami, więc tacie się nudzi. Możemy uznać, że to był dobry uczynek. Płatny w ciepłej wodzie.
Zużyliśmy jej troszeczkę, dokładając kawę (ciasteczka przywiozłam), poplotkowaliśmy o świecie, po czym zaczęliśmy się zbierać i wtedy Prezesowi przypomniało się, że dostałam bon na sto złotych do zrealizowania w jednym ze sklepów Fashion House, a stan jego portfela pozostawia wiele do życzenia. Nie będę mu portfela żałować.

Na parkingu palca nie wciśniesz, nie mówiąc o samochodzie. Bida w narodzie aż piszczy. Udało nam się stanąć gdzieś na szarym końcu, ale wtedy szczęśliwie odkryto, że z drugiej strony też jest wejście. I to akurat tuż przy wybranym sklepie.
- Wpadamy, wybieramy portfel, wypadamy - powiedziałam, z niesmakiem lustrując tłumy, wśród których nie znoszę się znajdować.
Przedmiot pożądania udało nam się znaleźć dość szybko i już mieliśmy opuścić ten przybytek rozpusty, gdy Prezes rzucił:
- Poczekaj, zobaczę jeszcze jedną rzecz.
Co, jak wszyscy zapewne rozumieją, doprowadziło do zguby.

Zwykle jeżdżę do outletu sama, bo i tak odwiedzamy różne sklepy. Poza tym Prezes nie lubi tam bywać, gdyż twierdzi, że nigdy nie umie dla siebie niczego znaleźć. Ładne mi nic! Marynarka, dwie koszule, portfel, buty i dwie pary skórzanych rękawiczek. Znając jego styl postępowania, poradziłam, żeby od razu wziął po jednej sztuce z obu par i wyrzucił w krzaki przed sklepem, bo i tak zgubi w przeciągu tygodnia. Zapytał więc sprzedawczyni, czy nie świadczą usługi doszywania sznurka do rękawiczek, niczym u przedszkolaków. Pani w salonie Wittchena czuje się dobrze i nie jest przyzwyczajona do głupich pytań.

Po wyjściu Prezes rozejrzał się z zadowoleniem i rzucił w przestrzeń:
- Zjadłbym pierogi z jagodami w Leśniczówce.
Pora była już w zasadzie późnopodwieczorkowa, a w Leśniczówce naprawdę dają znakomite pierogi. I piwo tam mają z malutkich browarów, nietypowe (np. z czarnym bzem). Pojechaliśmy.
Zamówiliśmy sobie obiad, rozsiedliśmy się w ogródku, obróciłam się na chwilę i wtem...
- O! Cześć!
Przy stoliczku obok Kanclerz z małżonką. Oraz psem marki "staruch ze schroniska".

Kanclerz jest wieloletnim przyjacielem mojego taty i znam go od dziecka. Konkretnie to ja byłam dzieckiem, gdy się poznaliśmy. Z Kanclerzem wiążą się tysiące przecudnych anegdot, bo jest absolutnie wyjątkowym człowiekiem i uwielbiam go. Uwielbia go również Zuzia, snując wspomnienia z lat szczenięcych, gdy to urządzała sobie konkursy w skokach z murka przez łańcuch. Kanclerz przegrywał i udawał, że tak miało być. Ot - nie da się go nie lubić.
- A co ty tu robisz, dziecko?
Pragnę podkreślić, że naprawdę mało kto mówi do mnie "dziecko".
- Postanowiliśmy zjeść pierogi. A Wy?
- A my wyszliśmy z psem na spacer.
- I tak was ku wyszynkowi pociągnęło?
- Ty to mnie znasz.
- Przysiadacie się? - zaproponowałam, bo mieliśmy większy stolik.
Przysiedli się, oczywiście.

Tak gdzieś po godzince Kanclerz zapytał:
- A nie napiłabyś się kawy u nas w domu?
- Pewnie że bym się napiła, w końcu nie byłam jeszcze w waszym nowym domu.
- Nie taki on znowu nowy.
- To tylko świadczy o pana podejściu. Wstydziłby się pan tyle lat nie zaprosić mnie na kawę.
- Widziałaś ją? - Kanclerz zwrócił się do małżonki. - Córka swojego ojca. To chodźmy.

Dom rzeczywiście ładny. Kolejny dowód na to, jak się rodzice przeliczają, zakładając, że zamieszkają z nimi dzieci.
- O 50 metrów za dużo - westchnęła do mnie Kanclerzowa w kuchni.
- Ja to nie zakładam dłuższej obecności Zuzi w tym naszym planowanym domu. I ograniczam powierzchnię do sprzątania.
- Jesteś rozsądniejsza niż ja.
Usiedliśmy przy kawie i Kanclerz sięgnął po telefon.
- A dokąd ty teraz dzwonisz? - zdziwiła się Kanclerzowa.
- Do mecenasa. Zapytam, czy wie, gdzie jest jego córka. Jak nie będzie wiedział, to mu odbierzemy prawa rodzicielskie.

/Podsłuchane - rozmowa telefoniczna połowiczna/

- Cześć. Chodzą słuchy, że zostałeś słomianym wdowcem.
Bzzz, bzzz, bzzzz...
- Bezwzględnie należy się napić i zaplanuj to. Ale ja w innej sprawie. Czy ty wiesz, gdzie jest twoja córka?
Bzzz, bzzz, bzzzz...
- Nie wnuczka! Wiem, że wnuczka jest w Anglii! Masz jeszcze córkę, pamiętasz?
Bzzz, bzzz, bzzzz...
- Ta, w domu, w domu. Ale w czyim domu!
Bzzz, bzzz, bzzzz...
- Akurat w swoim. Nie masz pojęcia, gdzie się twoje jedyne dziecko znajduje! Odbieram ci prawa rodzicielskie!
Bzzz, bzzz, bzzzz...
- Tak, wiem, że jest po czterdziestce, chociaż nie wygląda. Ale to nie zmienia faktu, że co z ciebie za ojciec, jak nie wiesz, w czyim domu przebywa twoje jedynie dziecko.
Bz.
- W moim! HA!
I tak dalej.

To był naprawdę miły dzień. A te wydane pieniądze to jakoś odpracujemy.

30 sierpnia 2014

1877

Niosą mnie emocje i dlatego powiem to, co mam do powiedzenia, czy się to komuś podoba, czy nie. To mój kawałek Internetu. Dano mi prawo do wypowiadania się autorytarnie, emocjonalnie i inne -nie, ile tylko chcę. Jak się komu nie podoba, to wynocha. Publikując informacje o moim życiu, nie zarabiam ani grosza. I nie zamierzam. Dzięki temu jestem wolna i mogę sobie mówić, co chcę. W czym wydajnie pomaga mi różowe, wytrawne, hiszpańskie.

Opowiem Wam historię mojej znajomości z Chudą. Nigdy nie poruszałam tego tematu, ale teraz uważam rzecz za istotną, więc poruszę. Przy tym ostrzegam na wstępie, że jestem stronnicza, uporczywie zafiksowana i mam na ten temat swoje zdanie, którego nic nie zmieni. Tym samym ostrzegam, że może się nie podobać. I w dupie to mam. Owszem - fajnie się obserwuje, jak to przestałam prowadzić (zgodnie z definicją martuuhy) blog niszowy. Ale w końcu nie dla taniej popularności się tu produkuję. Czemu się produkuję? Z przyzwyczajenia. Dlaczego zaczęłam? Nie mam pojęcia. Ale skoro jest Was tu jakaś liczba dziennie, to mam szansę dotrzeć do kilku osób i wykorzystam to. Mało tego, będę działać podprogowo, manipulować i wykorzystywać zależności. I co mi zrobicie.

Czytam blog od-rana-do-wieczora praktycznie od jego zaistnienia. Wtedy były inne czasy, mniej chłamu, a i tak Chuda się wyróżniała. Inteligentna, dowcipna, samokrytyczna, lekka i przyjemna. Chciało się wracać, nie tylko mnie. Tłumy waliły - i walą do dziś. Nie zawdzięcza tego ładnemu kształtowi tyłka, tylko wiedzy, umiejętnościom, zdolnościom i pracy. To są cechy, które cenię. Będę je ceniła, póki tchu w piersiach. Bo demokracja to jest taki ustrój, który byle chłystkowi pozwala powiedzieć, co mu tam w duszy gra. Miałeś, chamie, złoty róg. Mówi. Niestety. Kurwa.

Pewnego dnia, a zarobiona byłam w cholerę (ale doskonale pamiętam), Chuda napisała do mnie maila. Zatkało mnie, nie powiem. Bo wiecie... CHUDA. Gdzie ona, gdzie ja. Nie ma porównania. Na jej blog wchodziły codziennie tysiące osób. A ja byłam nikim. Anonimowym pikselem. W tym mailu opisała chęć pomocy chłopczykowi, choremu na rdzeniowy zanik mięśni typu pierwszego - czyli naszemu Mikołajkowi. I poprosiła, żebym dała jakiś swój tekst do antologii.

Jak wspominałam, zarobiona byłam wtedy po kokardę. Mail przeleciał przez wyżyny mojej świadomości, ale trafił. Nie zastanawiałam się wiele, przecież sama jestem matką, wygrzebałam jakiś post i wysłałam Chudej, nie bardzo wiedząc, co z tego wyniknie. I tak, nie zdając sobie sprawy z rozmiaru przedsięwzięcia, znalazłam się pośród Sław Internetu: Teściowej, Chudej, Drugiej-Mamy, Pierwszej-Żony, że o innych nie wspomnę. Jak to się stało, że Chuda mnie znalazła... nie wiem do dziś. W końcu nie prowadzę blogu parentingowego (booszsz... jak ja nienawidzę tego słowa). Od kiedy to pojęłam, jestem wdzięczna. Wyrosłam na znajomości z kobietami, co to nie mają sobie równych.

A potem tak już jakoś poszło. Mam na półce książkę, której jestem współautorką, choć wstydzę się trochę własnego współuczestnictwa. Bo jest żenujące na tle sław, z którymi przyszło mi tam koegzystować. Potem życie mi się zapętliło i zaproponowałam Chudej, że będę jej biegać po sprawunki, bo akurat mam czas. Dzięki temu awansowałam na redaktorkę części drugiej i trzeciej MbL, choć do dziś nie czuję, bym na to zasłużyła. Wystąpiłam w telewizorach (ale nie chciałam, przysięgam, i do dziś czuję niesmak, bo nie poszło, jak miało i było w scenariuszu, chociaż telewizory uzgadniały to ze mną pińcet razy). Wyrosłam na Chudej i na Macierzyństwie. Do dziś najwięcej wejść mam z Jej blogu. Mimo że trochę mi się udało zapracować na własną markę.

Tempus fugit, tempora mutantur, każdy musi jeść, nawet gdy ma trzysta kilo niedowagi, jak Chuda (wierzcie lub nie - wygląda niczym niedożywiony silnie wróbelek), i na utrzymaniu trzech młodzieńców, co to będą robić na taśmie na nasze emerytury. Czasy się zmieniły, jak wspominałam, więc rozsądny człowiek wykorzystuje wszelkie zasoby własne, żeby uzyskać pięć groszy i zatkać nimi gęby progenitury. Chuda nie odbiega od tego schematu, bo ma ludzi w domu. A ludzie jedzą. Po naszemu: ją.

I dlatego oburza mnie do granic możliwości, gdy na je blog przychodzą anonimowe, jedna z drugą, gwiazdeczki, i wyrzygują, że im się nie podoba linkowanie do serwisu Onet. Wyjaśnię Wam: Chuda robi coś takiego, bo jej za to płacą. Pieniądze, uzyskane w ten sposób, przeznacza na wyżywienie dzieciątek. Nie zauważyłam, żeby kupowała sobie za to złote łańcuchy, wyuzdane obuwie (jak ja) lub/i wczasy zagraniczne. I dlatego fochy czytelniczek, co to nigdy w życiu dla nikogo bezinteresownie nic, tak bardzo wyprowadzają mnie z równowagi. Bo - widzicie - zanim Chuda zaczęła odcinać jakiekolwiek kupony od własnej, tymy ręcamy wypracowanej popularności, najpierw oddała to niepełnosprawnemu dziecku. I kto wie jeszcze komu. Bo ona już taka jest - nie obnosi się z rzeczami, które robi dla innych ludzi w sposób prawdziwie biblijny (niech nie wie ręka prawa, co robi ręka lewa). Ot, zwyczajnie - niezwyczajnie: dobry człowiek. Z kościami.

Wy, którzy Chudej nie znacie, wierzcie mi na słowo: jest cudna. Absolutnie wyjątkowa, zainteresowana bytem drugiego człowieka, nieobojętna, nieprzechodząca mimo, nastawiona na dawanie. Podziwiam ją i szanuję, jak mało kogo. To ona, jedna z nielicznych, pozwala mi ufać, że można być katolikiem i głęboko wierzącą, skromną, cichą osobą w jednym. A przy tym mieć niebywałe poczucie humoru, dystans do samej siebie, trzeźwy umysł i dryg. Cała Dorotka, cała ona.

Pomóżmy jej zarobić pięć złotych. Klikajmy w te linki na jej blogu, bo dzięki temu dokładamy się do utrzymania jej dzieci. Zanim się o to pokusiła, zrobiła wiele, ponad miarę, dla innych. Oddała, co miała. A i dziś wykorzystuje przecież wyłącznie własny warsztat. Umiejętność trafiania do ludzkich serc. Nie ukradła tego, tylko wypracowała.
I dlatego uważam, że wypowiadanie się na temat nieodpowiedniego - zdaniem czytelników - prowadzenia przez Chudą blogu, jest karygodne. Pokażmy, proszę, że jest inaczej. Zapraszam Was wszystkich do wyrażenia opinii w komentarzach u Chudej. Obrońmy ją - ona swoją energię oddała słabszym i bardziej potrzebującym. Byłoby niegodne, gdybyśmy nie odwdzięczyli się tym samym.
Niegodne - rozumie ktoś jeszcze to słowo w spauperyzowanym do granic możliwości świecie?!

29 sierpnia 2014

1876

Godzina zero zbliża się nieuchronnie. Prezes jest kłębkiem nerwów.

Nie zdawałam sobie sprawy, że ta zmiana pracy, mimo że z wyboru i chciana, aż tak go zestresuje. Od dłuższego czasu nie potrafił znaleźć sobie miejsca. Chwytał się różnych czynności i porzucał je. Krążył po domu niczym zwierzę w klatce. Zrzędził, marudził i czepiał się. Opowiadał mi nieustannie o swojej pasji modelarskiej, którą, jak zapewne wszyscy podejrzewają, dzielę z nim ściśle teoretycznie. Im mniej teorii, tym lepiej, prawda?

Znajdowałam mu różne zajęcia, włączając sprzątanie, gdyż wyznaję zasadę, że na zmartwienie nie ma jak czegoś pożytecznego zrobienie. A i dom odarty z kurzu zaraz lepiej wygląda (Zuziu... tęsknimy za Tobą!). Wypchnęłam go na imprezę integracyjną, o której dowiedział się przypadkiem, żeby poznał ludzi, bo wtedy pierwszy dzień w pracy nie polega wyłącznie na odbieraniu milionów bodźców. Miło jest zawiesić wzrok na nieobcej całkowicie twarzy.

Na nic.

Dziś zadzwonił mu telefon. Prezes poleciał na górę odebrać (mówiłam Wam już, że jeśli zostawi się komórkę na poziomie, na którym akurat się nie przebywa, to ona ZAWSZE  zadzwoni?) i nie było go dłuższą chwilę. Poem zszedł na dół i oznajmił:
- Kierownik do mnie dzwonił.
Nowy - w Archiwum X, zwanym pieszczotliwie szpitalem dla obłąkanych, sam był kierownikiem.
- I co mówił? - zainteresowałam się, odkładając natychmiast komputer.
- Przepraszał.
- Słucham?
- Bardzo mnie przepraszał, że idzie na urlop od poniedziałku i może się zdarzyć, że przez pierwsze trzy tygodnie niewiele będę miał do roboty. Podkreślił, że to nie wpłynie ani na moje uposażenie, ani na ocenę pracowniczą.
- Jeszcze cię nie zna, a już kocha. Co będzie, gdy się poznacie bliżej?!
- Nie wiem. Może zamieszkamy razem?

Ten to się zawsze załapie. Nie dość, że od miesiąca bimba sobie koncertowo, to jeszcze mu się to bimbanie przedłuży o trzy tygodnie! I to w sytuacji, gdy ja zapinkalam jak mały autobusik i czuję się, jakbym stała przy linii produkcyjnej.
- Czy ty to wszystko jeszcze ogarniasz? - zapytał dziś Szef.
- Spoko.
- Gdybyś wyprzęgała, daj mi znać.
- Pracuję tu siódmy miesiąc i jeszcze nie wyprzęgłam. Mało prawdopodobne.
- Wiesz... Bo ja już dawno wyprzęgłem. Więc jakby co, to mnie uprzedź.
A figę! Nie takie rzeczy my robili za śfagrem po pijoku!
Chyba się przejął, bo później powiedział do wszystkich:
- Bardzo wam dziękuję, że się spięliście i przygotowaliście te projekty w tak krótkim czasie. A najbardziej dziękuję Joannie, że nad tym wszystkim panuje. Ja się zgubiłem.
Tylko udaję - mruknęłam, ale niezbyt głośno. Po co psuć taki uroczy efekt.

Aby sobie podnieść nastrój, od trzech dni bezustannie grzebiemy w kocich gównach, pieczołowicie zbierając co lepsze kawałki do pojemniczka. Cóż mogłoby bardziej nas zgnoić?

28 sierpnia 2014

1875

Wbrew pozorom to jest notka o Irenie Kwiatkowskiej.

Jestem pod wrażeniem, zwłaszcza tych, co eksplodowali tylko dla mnie.


Oczywiście, żeby była jasność, to wszystko moja wina. Gadaliśmy sobie za stodołą na tematy różne, m.in. o internetach, o tym, że jak ja tak w życiu pieprzę, to w internetach też mi się zdarza i Kolega powiedział:
- Blog sobie załóż.
- Mam od ośmiu lat - odpowiedziałam odruchowo.
I w tym momencie zorientowałam się, że szpara między zębami. Znów mi coś przez nią wyleciało. A słowa mają to do siebie, że wepchnąć z powrotem do gęby się nie da.
Na szczęście trafiło na właściwego człowieka (mam nadzieję).

On mnie znajdzie, przecież to proste jak drut. W internetach nie ma żadnej prywatności, a kto tak myśli, ten po prostu ma mniej narzędzi. Wiecie, jak to jest - aby uzyskać oczekiwane wyniki, trzeba po prostu do wyszukiwarki wrzucić właściwą frazę. Jedni mają więcej wprawy, inni mniej i nic w tym dziwnego. Taka Zmorka na przykład to łazi sobie popodglądać Prezesa. Cwaniara. Faktem jest, iż ma fory na starcie, bo widzi szczegóły mojego profilu na fejsie, który jest zamknięty dla niezakoleżankowanych. Osobistego profilu, nie Łoterlowego. (Kto się jeszcze nie przytulił do profilu Łoterlowego, ten powinien udać się tam natychmiast).

Podsumowując: porozmawiam z nim od serca. Niech czyta - ma poczucie humoru, a mnie nie ubędzie (chociaż parę kilo bym ubyła, nie powiem, ale to raczej nie tędy droga). Byle poszedł do dentysty i na wszelki wypadek załatał sobie swoją przerwę na papierosa.
Milczenie wszak złotem.
A od złota nikt jeszcze nie zbiedniał.
A biednemu zawsze wiatr w oczy.
A czy te oczy mogą kłamać?
A kłamstwo ma krótkie nogi.
A nogi...


Mówiłam, że o Irenie Kwiatkowskiej?

1874

No i się porobiło. Państwo głosujo, czy blog zamykać, czy poszatkować.

Wyszło bowiem na jaw w fabryce, że się człowiek po internetach włóczy, a co wie Jaś i Grześ, to wie cała wieś. Aż smuteczek, że o pracy już nie pogadamy. Państwo pomacha Szefowi oraz koleżeństwu. Papa. Pozostaje Wam jedynie nudzić się z moim życiem prywatnym lub też i przemyśleniami oraz działalnością wywrotową. Może z tej rozpaczy założyć jakieś stałe rubryki? Co za pech - Idiomka podebrała mi tematykę feministyczną, więc będę musiała zająć się czymś mniej nośnym. A wolę się upić.

Dla odmiany, skoro ogłosiłam na fejsie jesień, pogoda natychmiast wypiękniała. Słońce świeci, temperatura zadowalająca i nawet w pokoiczku na stryszku cieplej się jakoś zrobiło. Bo się okazało, imaginujcie sobie, że nie ocieplam wystarczająco atmosfery. A gdyby tak kocyk z domu przynieść i wejść w posiadanie kanapki... Fabryka mogłaby się stać moim topowym pracodawcą.

Koszmarnie wprost tęsknię za wyjazdem nad morze. Do tego stopnia, że na Frondzię znów mnie poniosło, gdzie przeczytałam zatrważający wpis o niestosowności noszenia bikini oraz istnienia plaż koedukacyjnych.
Co najbardziej mnie oderza w tego typu wypowiedziach, to standardowy ogląd jednostronny, czyli z punktu widzenia mężczyzn (ale nie do końca). Mianowicie: kobiety nieskromne, wodzące na pokuszenie. Odziać, względnie zamknąć i trzymać w odosobnieniu.
Artykuły mędrców katolickich na tematy damsko-męskie (każdy temat może być damsko-męski, spoko) niezmiennie mnie zasmucają. Albowiem promują one wzorzec mężczyzny jako bezwolnego, tępego, przepełnionego chucią zwierzęcia w rui 24/7. Wynika z nich każdorazowo, że mężczyzna jako taki nie panuje nad żadnymi myślami, słowami i emocjami w swoim żałosnym życiu.

Chciałam się sprzeciwić.
Lubię mężczyzn i znam wielu naprawdę fajnych. I głęboko nie bezmyślnych (czyli myślnych). Zapytani, zapewne nie odpowiedzieliby , że ich nieskromnym myślom winne są kobiety.

Schemat ten powiela się w różnych sytuacjach. Pamiętam barwną dysputę na temat uprawiania przez kobiety zawodów, uważanych za męskie. Jednym z argumentów przeciwko była teza, że kobieta na budowie będzie rozpraszała pracowników. Rodzi się we mnie natychmiast pytanie, czy to jest problem kobiety. Jeśli murarz w pracy nie myśli o murarce, tylko o dupie Maryni, to winna jest dupa czy zainteresowany? Ja w pracy myślę o pracy, nie rozbieram nikogo wzrokiem, nie konfabuluję na temat wyuzdanych pozycji seksualnych, które mogłabym przyjąć w relacji z jakimś kolegą. Jeślibym takie myśli miała, to by znaczyło, że należy dołożyć mi roboty. Sugeruję właścicielom firm budowlanych kontrolować, czy pracownicy dokładają się do wzrostu PKB, czy też nie warto odchudzić załogi. Wtedy nie będzie się trzeba przejmować kobietami-budowlańcami.
Które, oczywiście, są kompletnymi idiotkami, co widać wyraźnie na załączonym obrazku.


27 sierpnia 2014

1873

Kupiłam sobie książkę. Znowu.


To nie jest w Waszym interesie, bo może mnie wessać. A przecież mam jeszcze ledwo co zaczętego nowego Pratchetta i trylogię Ziemiańskiego "Pomnik cesarzowej Achai". Tak, miałam przeczytać wcześniej, zabrałam się, odświeżyłam sobie trylogię "Achaja", a potem odciągnęło mnie do innych czynności. W każdym razie sytuacja jest zadowalająca, bo przy łóżku leży już 5 książek i to wcale nienajcieńszych. Przystojna sytuacja.

Warunki do czytania są wielce sprzyjające, gdyż niespodziewanie zrobił się cholerny listopad. Przy tym obie dyrekcje ciągały mnie dziś po budynku na wyprzódki, za pomocą sekretarek popiskując: szybko, szybko, chodź tu!!! I raz, że od mojego latania zrobił się przeciąg, a w przeciągu to wiadomo, a dwa, że na z nagła zaimprowizowanej naradzie u naczelnego zmarzłam jak cholera.
Przy tym ubawiłam się setnie, wpadłszy w trwający już od jakiegoś czasu kocioł.
- O, jesteś! Zamów sobie kawę, czy co tam chcesz - przywitał mnie, po czym wysilił się na dowcip - Albo nie. Trzeba oszczędzać. Nie zamawiaj.
- Za późno - odpowiedziałam leniwie. - Już zamówiłam.
- Będę chyba musiał porozmawiać z sekretarką.
- Słusznie, to pana sekretarka.

Kawa jednak za ogrzewanie nie wystarczyła. Ja pijam kawę z wiadra, więc takie filiżanusie, to wiecie... Może siedem naraz, ale jedna - żart. Poza tym nie zdążyłam jeszcze zjeść śniadania. I zrobiło mi się zimno, a ci gadali i gadali. Czy wspominałam, że nie cierpię bicia piany? Nawet jeśli wspominałam, to podkreślę raz jeszcze: nie-cier-pię! Uważam to za absolutnie idealną stratę czasu, szczególnie w porze śniadania. A wiedziałam, że one tam na górze na pewno zrobiły już sałatkę i kto wie, czy nie zeżarły!

Nie zeżarły. Podobno pochyliły się nad moją niedolą, gdyż albowiem poszła plota o nowym projekcie, co to musi mieć kierownika. Więc uznały, że skoro wezwano mnie na gwałt to pewnie w tej sprawie. I rzeczywiście, acz nie do końca.
Cóż... trzeba się będzie przemykać pod ścianami.
Albo i urlop wezmę, co mi przysługuje. Zawsze to jakiś sposób na przeczekanie.

1872

Samotność nie istnieje.
Nie będzie się nikt alienował.
Strażnik Teksasu czuwa.


Dzień dobry. Miłego dnia Wam życzę. Uratujcie jakiegoś kotka od bezdomności.

26 sierpnia 2014

1871

Pod zajawką poprzedniej notki na fejsie Idiomka napisała:

Przypomniał mi się tekst, jaki kilka tygodni temu opublikowały Wysokie Obcasy Extra (co zakończyło się tym, że przestałam kupować ów miesięcznik) w którym jakiś terapeuta tłumaczył, że podział obowiązków domowych musi skończyć się spadkiem temperatury w związku. Podobno kuchnia faceta odjajcza nieodwołalnie w oczach kobiet....

W związku z powyższym postanowiłam opowiedzieć Wam historię o Prawdziwym Mężczyźnie. Będzie to bezczelnie uprawiana reklama, upraszam więc całym sercem Żonę Prawdziwego Mężczyzny o nieganienie, nieżądanie ściągnięcia tego tekstu i ogólne, całkowite, wszechobecne "nie-". Natomiast wszystkie obecne tu niewiasty zaklinam, żeby się nie pakowały i nie ruszały na południe Polski, gdyż Prawdziwy Mężczyzna jest szczęśliwie zajęty od wielu, wielu lat i nie ma w planie zmieniać tego stanu.

Dawno, dawno temu, tak gdzieś w zeszłym roku (mam nadzieję, że to nie dwa lata, bo byłby wstyd) pojechałam sobie z wizytką do drugich-rodziców. Pewnie nie wszyscy pamiętacie drugą-mamę, bo od czasu majstrowania przy platformie Blog, wyniosła się na blogspot i zamknęła drzwi, a część z Was czytuje Donoszę uprzejmie... od całkiem niedawna. W skrócie - poznałyśmy się z drugą-mamą przez Internet, zakoleżankowałyśmy, a potem zaprzyjaźniły na śmierć i życie. Nieomal dosłownie. Finalnie zostałam zatrudniona na etacie ciotki-rezydentki i wykorzystuję wszystkie te - stanowczo za rzadkie i za krótkie - chwile, które możemy spędzić razem. Albo u drugich, albo gdziekolwiek. Ot, choćby, gdy z którymś dzieckiem przyjeżdżają (jak to mówią) do Miasta, do lekarza. Naonczas ściągamy ich do siebie bądź też spotykamy się po knajpach, gdzie doprowadzamy wraz z drugim-tatą drugą-mamę do absolutnej histerii, zachowując się jak - nie przymierzając - dwa szczeniaki, spuszczone akuracik ze smyczy na łące. Co przejawia się np. tubalnymi śpiewami pieśni patriotyczno-biesiadnych w miejscach całkowicie publicznych. Zaiste piękny musi być to widok: okrąglutka paniusia w średnim wieku oraz na szpileczkach i wielki chłop z całkiem białym łbem plus zaawansowaną ciążą, rozbawieni do wypęku swoim w pełni nieadekwatnym profilem osobowościowym. Co słabsze egzemplarze odpadają.

Gdy jestem u drugich, scenariusz wygląda zwykle dość standardowo, albowiem (wbrew pozorom) mamy dość podobne podejście do życia. Daruję Wam opowieści, jak to szczuje się mną początkujących narzeczonych córek, sąsiadów lub też liczne, zastępcze potomstwo. Przejdziemy sobie płynnie do opisu pewnego wieczoru.

Otóż po spełnieniu wszelkich obowiązków względem progenitury, zaopatrzyliśmy się w pewną ilość napojów wyskokowych i udaliśmy się na pięterko, gdzie została zapuszczona muza w tle, a my w trójkę (Prezes został z kotami) wdaliśmy się w niekończące dyskusje na tematy różne. Po kilku godzinach drugi-tata uznał, że ma nas dość, w związku z czym opuścił zebranie, na co żadna niewiasta nie zwróciła przesadnej uwagi. Rozparte wygodnie na kanapach i w fotelach, oddawałyśmy się nieprzerwanej kontestacji niesatysfakcjonującej nas rzeczywistości oraz snułyśmy plany i wspominałyśmy różne zabawne zdarzenia z życia.

Nie minęło 20 minut i do pokoju wkroczył On. Z tacą. Na tacy była zielona herbata dla drugiej-mamy w jej ulubionym kubeczku (bo taką preferuje), czarna z cytryną dla mnie w moim ulubionym kubasie XXL (bo taką preferuję), kanapeczki dla drugiej-mamy (gdyż uznał, że nadeszła pora i ona może mieć chęć) oraz jeszcze ciepła szarlotka na drugim talerzyku dla mnie. Szarlotkę tę zapobiegliwie upiekł drugi-tata nieco wcześniej. Tymy ręcamy. Wydał nam zaopatrzenie, huknął na progeniturę, celem zagonienia jej do łóżek, udał, że nie dostrzega wylegującej się pod stołem psiarni i byczącej się gdziebądź kociarni, mruknął:
- No to sobie gadajcie...
i oddalił się z uśmiechem do komputerka, gdzie po chwili wsiąkł, oddając się zasłużonej rozrywce.

Niechże się kto odważy i powie mi w twarz, że jego coś odjajcza. Utrzymuje dom z pierdylionem bachorów. Muruje, buduje, stawia i burzy. Łopatą macha, gdy zajdzie konieczność. Obsrane dzieckowe tyłki wyciera i obsmarkane nosy (niekoniecznie jedną chusteczką). Do lekcji goni, po lekarzach wozi. Przytula. Troszczy się. Obiad ugotuje, tort piętrowy upiecze (jaki piękny!), a jego chleb nie ma sobie równych. I jeszcze do tego czytać potrafi. I grać. I śpiewać. Ostatnimi laty nawet na parkiecie nie odpuszcza. No i nie przepuści okazji, żeby mnie buchnąć w mankiet, za co go kiedyś odjajczę własnoręcznie*.

Ten facet jest archetypem męskości. Nie bałabym się iść z nim przez ciemny las o północy. Bez chwili wahania powierzyłabym mu jeszcze ciepłego noworodka.
Głupiś pan, panie terapeuto, jak but z lewej nogi. Zajmij się pan hydrauliką - z całym szacunkiem dla tej profesji - bo do grzebania w ludzkich duszach za grosz pan nie masz inklinacji, a i wiedzy brakuje, i umiejętności.
Phi!


PS A propos temperatury w związku: drugi-ojciec zmajstrował czworo potomstwa. I dziś, po przeszło ćwierć wieku od ślubu, tak na siebie patrzą, że coś mi w brzuchu trzepocze i przestaję oddychać, żeby tylko nie przeszkodzić tym delikatnym i ulotnym emocjom.


* Po prostu na mnie poluje, świnia niemyta, bo wie, że tego nie znoszę.

1870

Dzwoni Prezes, który przeżywa właśnie Dni Ostatnie u starego pracodawcy (czyli przymusowy urlop).

- Jeśli chodzi o wyżywienie, to chciałem zaproponować: zupę ze świeżych pomidorów z kawałkami kurczaka w bazyliowej marynacie, gulasz z serc drobiowych z kaszą gryczaną i ogórkiem kiszonym, pałki z kurczaka w sosie musztardowo-miodowym z pieczonymi, ziołowymi ziemniaczkami. A na deser murzynek oblewany czekoladą, z prażonymi orzechami.
- Ale tak wszystko naraz?!
- Wybierz sobie. A ja zrobię pranie.

Nie mogę nic wybrać, bo mi słabo. To zbyt wiele bodźców, jak na mnie jedną.
Swoją drogą - co on z tym mięsem? Będę teraz musiała przez miesiąć jeść liście, żeby odreagować.

Aha! Ponieważ Prezes od 1 września będzie świadczył pracę stacjonarnie, następuje przełom w obowiązkach domowych. Gotujemy tydzień na tydzień. Jadłospis na kolejny okres wywieszany będzie w kuchni, do wglądu pozostałych domowników. Czy muszę mówić, że kto gotuje, ten kupuje?
To się urządziłam.
Omnomnomnom...


25 sierpnia 2014

1869

Mój Szef jest mistrzem. Niekwestionowana pozycja na podium. Medal i oblewanie szampanem.

Powiadam Wam, jak on potrafi zgnoić 20 osób w jednej chwili - no, nie ma sobie równych. Po prostu spędza nas do kupy i łoi. Wszystkich, dopóki jakiś pacan się nie wychyli. Zawsze się znajdzie taki. ZAWSZE. Zamiast milczeć, pragnie udowodnić, że to nie on, że w terminie, że oddałem, że się rozliczyłem. To nie ja. I wtedy łubudubu, dostajemy po kolei. Absolutne mistrzostwo świata w płynnym przechodzeniu z kierownika na kierownika. Najgorzej ma oczywiście ten, któremu trafi się ostatnia runda. Dziś Kolegę Zasłużonego pozostawiliśmy zmiętego w rogu sali jak szmata. Nie miał do kogo odbić piłeczki i dupa.

I po co się odzywać? Muszą mieć rację! Mnie to osłabia. Po co im racja, jak słowo daję? Czy tym się najeść można alboco? Czy to na konto wpływa wraz z wypłatą? Taka wewnętrzna potrzeba, żeby nie było na mnie, dajcie spokój.
- A ty co zrobiłaś? - pytały koleżanki, co to miały farta i były nieobecne.
- To co zawsze - odpowiedziałam filozoficznie.
- A co robisz zawsze?
- Ja w takich sytuacjach sprawdzam, czy mi się kokardki równo na bucikach układają. Albo czy nie mam tam jakiejś plamki. W milczeniu to sprawdzam.
- I wystarcza?
- Jeśli nie wystarcza, to znajduję na koszuli szefa paproszek. I mu usuwam. "Co robisz?" - "Tu jakiegoś śmiećka pan miał, szefie, to panu zdjęłam".
Bruzda mi, rozumiecie, bardzo pomaga. Produkuję komentarze kompletnie od czapy i nigdy, NIGDY, niczego nie udowadniam. Na pewno nie publicznie i na pewno nie w chwili, gdy jest nakręcony, jak ruski zegarek. Przecież każde dziecko wie, że rację ma ON. To nie podlega żadnej dyskusji.

Swoją drogą skurwysyństwo w narodzie jest potężne. Niektórym mało, że zwalą na kogoś publicznie. Dziś byłam świadkiem tak koszmarnego dupowłaztwa, że mi ręce opadły. Cycki nie, bo stanik. Szef kazał mi iść do niego po tym wiekopomnym spotkaniu, więc w milczeniu (!) poszłam. A tam grupa pod sekretariatem już stała. Nie-do-wia-ry! I te teksty!
- Ja mu mówiłem, szefie, żeby tego nie robił!
- A czemu mi tego przed chwilą w sali nie powiedziałeś?
- Bo jestem koleżeński i nie chciałem skarżyć (sic!!!).
To mówi facet po pięćdziesiątce, z wyższym wykształceniem, na kierowniczym stanowisku. Co za gnida! Ja pierdolę...


A wszyscy wiemy, że on tak po prostu ma. Trzeba dać mu się wyryczeć i nie reagować.
Nie ogarniam, jakimi niektórzy potrafią być świniami.
Aż dziw, że im z gaci zakręcone ogonki nie wystają.
FUJ.

1868

Jak wynika z komentarzy w notce poprzedniej, jest nas więcej - takich, co to zdecydowanie wolą seks od onanizmu.

Myślę, że takie oświadczenie jest wielce pocieszające dla części panów, którzy uważają, że nie mogą schudnąć, bo im jeleń wklęśnie.


Chudnijcie na zdrowie. Okazuje się, że cenimy Wasze doświadczenia z picia w Spale bardziej niż ten zalotny lok nad czołem. Z wiekiem nam to przychodzi, bo pewnie w młodości chmurnej i durnej nie miałyśmy jeszcze wyrobionej opinii. Poza tym - bądźmy szczerzy - też się rozwijamy, c'nie? I może Wy jednak nas - bynajmniej nie nieskazitelnej urody i ze zmarszczką tu i ówdzie - również.

Gdy się tak Andrusowi przyglądam (nie wiem, ile ma wzrostu), to dochodzę do wniosku, że on idealnie pasuje do nakreślonego przeze mnie wzorca. Przystojny chłopak nie jest - co tu kryć. Taka, powiedzmy, podtatusiała uroda i jeśli jakiemuś agresorowi w mordę, to se sama możesz dać. Ewentualnie. Natomiast w długie zimowe wieczory... Nie będę się rozczulać, ale byłoby miło spędzić.
Jeśli więc zaglądają tu jacyś uroczy mężczyźni z kompleksem, to ja Wam radzę: ćwiczcie. Mózg. Na mózgu dalej się zajedzie.

***

Off topic.
Przed chwilą przyszedł jeden z moich pracowników, żeby uzgodnić sprawę, dotycząca najbliższej konferencji. Akurat robiłam sobie kawę, więc kręciłam się przy szafce socjalnej i w pewnym momencie stanęłam do niego tyłem, cały czas podtrzymując rozmowę. O tyle łatwiej mi było, że widziałam odbicie jego twarzy w lustrze, czego nie zauważył. Wobec powyższego oboje udajemy, że nie wiemy, że nic do niego nie dotarło, bo gapił się na mój tyłek. A niech sobie radzi sam, co mi tam.
Ma 25 lat.
Idę przypudrować nosek.

24 sierpnia 2014

1867

Chciałam spytać, czy Was też tak rozczula ta piosenka.


A teledysk jest perfekcyjny.
Uwielbiam.

(Glanki i pacyfki też, pewnie).

1866

- To co dziś robimy? - padło pytanie o poranku.

Możliwości było kilka. ZOO upadło z uwagi na deszcze niespokojne.
- Skoczmy do IKEI - zaproponowałam. - Od dawna noszę się z zamiarem zakupu kilku rzeczy.
- Super - skwitował Prezes, który uwielbia snuć się po IKEI oraz nabywać tam różne drobiazgi. - I zjemy sobie klopsiki.
Co mu będę żałować.

Aczkolwiek nie przewidziałam, że 3/4 aglomeracji wpadło na ten sam pomysł. Banda wierzgających i wyjących jak dusze potępione bachorów. Banda popychających mnie wózkami facetów. Banda depczących mnie szpilkami lal, zafascynowanych kolorem frontów i ćwierkających do swoich silnie znudzonych Misiów:
- Zobacz, Misiu, ten będzie pasował do zasłon.
Oszfak.

Prezes wziął mój telefon i portfel do swojej torby, a potem zgubił mnie w tym tłumie ze trzy razy. Aczkolwiek trzeba mu oddać, że odnajdywał z pełnym poświęceniem. Kupiliśmy poduszki [1], poszewki na poduszki [2], kółka pod piec od gitary [3], szklaneczki [4], taboret [5], krzesło na Dzień Gracza [6], zaparzadełka do herbaty w liściach [7], torbę [8] i plasterkowacz do jajek [9].
Nie kupiliśmy popielniczek [10], po które pojechałam i obrazu, który bardzo nam się spodobał [11]. Oraz kanapy [12].

Wyzwoliwszy się z tłumu i zaniósłszy wszystko do samochodu, wróciliśmy do restauracji, gdzie było bardzo źle. Bardzo, bardzo źle. Gorzej niż między półkami. Decyzją samorządu porzuciliśmy więc klopsiki szwedzkie i przekicaliśmy do położonego w innej części miasta baru wegetariańskiego Złoty Osioł, licząc na chwilę spokoju. A figę. W Ośle szaleństwo. Pozostała część aglomeracji, która akurat nie krążyła po IKEI, postanowiła spożyć posiłek bezmięsny.
Powiadam Wam - bary wegetariańskie to jest nisza rynkowa. Jeśli się kiedyś zdecyduję na prowadzenie działalności gospodarczej, będzie to właśnie bar wege. Albo i sieć. Wzięliśmy żarcie na wynos - szans na stolik żadnych. A poza tym nie cierpię, gdy mi tłumy plują w talerz.

Obecnie Prezes wydalił się budować rzeźbę, a ja - rozpakowawszy ów kram i wyprasowawszy sobie odzież na jutro do fabryki - dogorywam w fotelu. Nie, nie solo. Zofia oblazła mnie natychmiast i udaje, że tak już było.
Gdyby nie ci ludzie, to byłby naprawdę miły dzień.



[1] Bo stare się "wyspały.
[2] Bo jak nowe poduszki, to nowe poszewki.
[3] Bo zapomniałam kupić mu w Lidli całego jeździdełka, a piec jest ciężki i mieszka w zabudowie.
[4] Bo mu potrzebne do produkowanych hurtowo galaretek. Ja nie lubię galaretek w żadnej postaci.
[5] Bo mu się przydaje, gdy gra na gitarze.
[6] Bo Rafałowi jest niewygodnie.
[7] Bo były naprawdę fajne i lepiej przemyślane niż te, które mamy.
[8] Bo trzeba było to wszystko gdzieś wrazić.
[9] Bo staremu ktoś wygryzł struny.
[10] Bo zapomniałam w tym tłumie.
[11] Bo był duży i nie chciało mu się nieść.
[12] Bo jeszcze nie zwariowałam.

23 sierpnia 2014

1865

Zdjęcia z małpą nie będzie.

Najpierw zadzwonił do Prezesa jeden kolega i namawiał go na siłownię. Do siłowni nie doszło, bo Prezes odpowiedział, że ja (!) się upieram, żeby iść do ZOO. Potem zadzwonił drugi kolega, który kiedyś był pracownikiem Prezesa, a teraz dłubie w firmie, do której Prezes przechodzi od 1 września. Poinformował, że trwa impreza pracowników i może by wpadł. Pogoniłam go w celach integracyjnych. Pójście do nowej roboty jest stresujące, wiem na pewno, bo sama zaczęłam w lutym. Bardzo mi wtedy pomogło, że znałam tam kilka osób i miałam do kogo gębę otworzyć, zapytać którędy na Rzeszów, poradzić się w sprawach zawodowych i choć na chwilę zrezygnować ze small talk. Którego - na marginesie - nienawidzę. Gdy nie ma o czym gadać, po co otwierać gębę?

Zostałam więc w domu sama i mogę ewentualnie integrować się z kotami. Karol wykorzystuje tego typu sytuacje niezwykle skrzętnie. Przylazł, obsiadł mnie i włączył motorek. On jest ciężki, lubi układać się tak, żeby człowiekowi było niewygodnie i trwa z podziwu godnym zapałem. Wytrzymałam ok. 20 minut. Potem przypomniałam sobie, że muszę siku. Na siku nie poradzę. Przeprosiłam żmiję jadowitą i poszłam sobie.

Aaaa! Bo Wy nie wiecie, czemu żmiję! Odrobaczyłam je wszystkie w środę o 6:00. Wiem, to jakiś absurd, ale tabletki należy na czczo. A ja muszę do fabryki. Na pierwszy ogień poszedł Edek - udało się bez specjalnych ceregieli. Potem Zośka - z Zośką jest czysta przyjemność, niebawem będzie wyciągała język, na którym położy się jej tabletkę i da szklaneczkę z wodą do popicia. Został Karol, który nie chciał. Nie mogliśmy o tym zwyczajnie porozmawiać! Musiał mnie skopać, podrapać oraz ugryźć w palec wskazująco - pchający. Był taki moment, gdy zaczęłam życzyć mu próchnicy zębów trzonowych. By się wyrwało i z głowy miało.

Opuszki są ukrwione. Krew waliła zgrabnym strumieniem, a następnie palec mi spuchł i zaprzyjaźnił się ze stanem zapalnym. Dziś jest już lepiej, ale dalej nienawidzę drania. I nie mówcie, że jak się kogoś nienawidzi, to się nie siedzi 20 minut w pozie dziwnej i nie drapie podłej żmii we wredny, jadowity podbródek. Może. Ale ja jestem słaba z okazywania nienawiści. W szkole miałam z tego słabą dochę.
Poza tym jest piękny i człowiek jakoś tak mu wybacza. Gad.

1864

Prezes mówi, że był bardzo grzeczny i chce, żeby go zabrać do ZOO.

Nie wiem, skąd ta mania. Ja sama nie znoszę ogrodów zoologicznych, chyba że są stworzone po to, by chronić jakiś gatunek, dążą do wypuszczenia zwierząt na wolność, a pozostawiają na stałe jedynie te osobniki, które na swobodzie żyć po prostu nie mogą. Nie sprawia mi przyjemności patrzenie na udręczone zwierzęta, których naturalnym środowiskiem są wielkie, otwarte przestrzenie lub góry i gęste lasy. Nie cieszę się z widoku stworzenia, krążącego po małej klatce od brzegu do brzegu. Smuci mnie dziki kot, którego naturalną potrzebą jest szalony bieg, a nigdy go nie zazna.

I nie ma tu żadnego znaczenia, że dziś zwierzęta więzione w ZOO, tam właśnie się urodziły. Przystosowanie gatunku do nowego środowiska ze zmienionymi skrajnie warunkami trwa setki, tysiące lat. Tak, ten konkretny egzemplarz nie zaznał realizacji podstawowej dla swojej rasy potrzeby, ale geny wiedzą. Gdyby dało się go przystosować na powrót do natury, zerwałby się i biegł lub szukał schronienia w gęstwinie. Dlatego, jeśli już, idę do dziecińca. Tam mieszkają moje ulubione świnki, a czasem króliki czy kózki. To przedstawiciele ras, przystosowanych do życia z człowiekiem od bardzo, bardzo dawna. I jakoś mniej mi źle.

Największą przykrością, jakiej doznałam w takim miejscu, był widok niedźwiedzia polarnego. Chorzowskie ZOO miało wieloletniego rezydenta, żyjącego na drastycznie ograniczonej przestrzeni, w abstrakcyjnym dla niego klimacie. Był po prostu smutny, brudny i znudzony do granic. Miałam chęć zakraść się tam nocą i wypuścić go na zewnątrz. Co oczywiście w żaden sposób nie zmieniłoby jego sytuacji. To samo ma się do hipopotamów czy słoni. Żyraf, antylop, gepardów i lwów. A także małpek. I nawet krokodyla.

Czy, podobnie jak mnie, opada Was czasem myśl, ile zła wyrządzamy my, ludzie? I to nie tylko z potrzeby zagarnięcia terenu, ale choćby dla własnej, nieprzemyślanej przyjemności? Jak potrafimy krzywdzić i niszczyć swoje otoczenie?
Jesteśmy boską pomyłką, Moi Drodzy. Bombą z opóźnionym zapłonem.
Bóg wysadzi tę ziemię, jak Ordon redutę.

PS Zaprowadzę go do małp i zrobię zdjęcie. Zobaczymy, czy ta sfrustrowana małpka nadal ma podobny nastrój.

22 sierpnia 2014

1863

- Zrobiłbyś Asieńce ogóreczków - powiedziała Asieńka do Mężczyzny Wielu Talentów tuż przed wyjściem do pracy.

Z fabryki urwała się troszkę wcześniej, poleciała do fryzjera, a potem do sklepików, gdzie kupiła sobie kompletnie odjechaną kieckę* za 29,99 zł. Skoro kiecka się udała, to szybko dołożyła sweterek i torebkę. W sumie wyszło ciut ponad 130. Nie ma o co kruszyć kopii.

A kiedy wróciła do domu, spostrzegła, że było posprzątane. I jeszcze to...


I widziała Asieńka, że było dobre.
(Lubi mnie chyba trochę, c'nie?)


* Na widok kiecki Prezes powiedział:
- Yyyyy... Hm.

1862

Dawno, dawno temu (tak gdzieś 16 czerwca 2011 roku), za górami, za lasami (w szpitalu na Goduli) urodził się Dzik. Wiem, bo przy tym byłam. Dużo emocji.
Wyobraźcie sobie, że nadal pozostaje moim chrześniakiem!
To co się nie pytacie?!

Dzik mianowicie rośnie, dziczeje i w rzucie pyskiem zaczyna doganiać Zuzannę z tego okresu. Aczkolwiek Zuzanna mówiła wyraźniej, gdyż:
a. miała zęby,
b. kiedy mówiła niewyraźnie, to jej matka z nieznanych przyczyn głuchła.
Okazało się, że ze wszystkich przydomków, nadanych Dzikowi, ten mojej produkcji najlepiej odzwierciedla jego słodki, dziecięcy charakter. Ot, zwykłe, najzwyklejsze dziecko szatana.
Możecie zupełnie oficjalnie tytułować mnie wiedźmą. Wychodzi na to, że jednak wiem. I to z wyprzedzeniem.

Aby uzmysłowić wszystkim Wielką Prawdę tych słów, przygotowałam materiał zdjęciowy. Na planie pierwszym: Dzik. Na planie drugim... mistrzostwo drugiego planu. Uważam, że to zdjęcie powinno zostać nominowane do jakiejś nagrody.

Szanowne Państwo, oto Dzik w ZOO.
I małpa...

... z załamaniem nerwowym.

21 sierpnia 2014

1861

Postanowiłam sprzedać mieszkanie.

Kiedyś trzeba zacząć czynności, dążące do wejścia w posiadanie domu. Do tego potrzebujemy gotówki na start. Gotówkę mogłabym zdobyć poprzez napaść lub sprzedaż nieruchomości. Jestem konformistką - wybrałam to drugie. Niby nic prostszego, lecz rzeczona nieruchomość ma status spółdzielczy własnościowy. Aby umożliwić kupującemu wzięcie kredytu - muszę założyć księgę wieczystą.

Sprawa na pierwszy rzut oka jest prosta. Bierze się zaświadczenie ze spółdzielni (poprosiłam mailem, dwa dni później otrzymałam tą samą droga odpowiedź, że mogę odebrać), wypełnia w sądzie wniosek, dołącza dowód, że twoje, uiszcza i za dwa tygodnie jest po sprawie.
Nie w Chorzowie. W Chorzowie potrzebuje się jeszcze wypis z rejestru gruntów oraz wyrys z mapy.

Założenie księgi wieczystej kosztuje 260,00 zł. To jest przeszkoda pierwsza, ale cóż... jakieś koszty trzeba ponieść. Przeszkoda druga jest taka, że urząd miasta pracuje do 17:00 tylko raz w tygodniu. Najwyraźniej statystyczny obywatel jest bezrobotny. Odczekałam do owego wiekopomnego dnia i udałam się. Znalazłam wydział geodezyjny, wjechałam (jest winda - stara i śmierdząca, ale jeździ i... godo po ślonsku) na czwarte. Na czwartym powiedziano mi, że oczywiście, proszę bardzo - zapraszają na trzecie. Zlazłam.

W pokoju samotna niewiasta, zajmująca się nudą. Wyłuszczywszy problem, otrzymałam wniosek do wypełnienia. Po wypełnieniu - informację, że mam przyjść w poniedziałek, odebrać rachunek, zapłacić w kasie, wrócić, odebrać dokumenty. W poniedziałek pracują do 15:00 i o co mi chodzi. Rachunku wystawić od ręki nie mogą i o co mi chodzi. Dokumentów od ręki? O co mi chodzi!
Chodzi mi mianowicie o 150,00 zł, które pobierają za tę usługę.

Kwota z 260 wzrosła do 410. Czas z dwóch tygodni - do dwóch miesięcy. Wiem, bo zadzwoniłam do sądu. Wkurw też mi wzrósł. W końcu krzywa zwyżkuje i o co Wam chodzi.

1860

Badanie terenowe rozpoczęte [1].
(Notkę tę dedykuję towarzyszce Odwodnik, którą kocham - NAPRAWDĘ).

XXX [2]: Hej
Łoterloo: Oryginalne [3].
XXX: Czesc Marcin [4] milo mi pogadamy [5]
Łoterloo: A będziesz używał znaków przestankowych?
XXX: co
Łoterloo: Pytasz, co to są znaki przestankowe?
XXX: Wolna [6] [7] [8]
Łoterloo: Niestety - inteligentna.

Koniec rozmowy.

Obiecuję regularne relacje.


[1] Pisownia tekstów zachowana, bo bez tego byłoby mniej śmiesznie.
[2] Płeć męska, lat 27.
[3] Naprawdę. Napisałam orYginalne. I czekam.
[4] Mój były mąż ma na imię Marcin. Na tę okoliczność zawsze odczuwam minimalne mrowienie w kontaktach.
[5] Jakiś niepokój się pojawił c'nie?
[6] Nie, kurwa. Miałam taka ambicję, żeby być lumpenproletariatem, ale ni chuja wyżyć się z tego nie da. Poszłam do bauera. Na etat.
[7] On się pyta czy co?
[8] Amerykanka - to jedyne, co mi się nasuwa.

20 sierpnia 2014

1859

Nadszedł mail. Służbowy.

Wczoraj nadszedł i nie chciało mi się go czytać, więc to wyparłam i poszłam do domu. Dziś doznałam małego ataku kaca moralnego. Bo może tam piszo, że coś powinnam zrobić, a ja tak leję grubym siurem. Trochę nie teges. Otwarłam. Pińcet załączników. Zaczęłam je czytać od początku.
Nuda.
Bla, bla, bla.
Przeczytałam sobie wszystkie w wordzie, ziewając ogniście, i przeszłam do excelowych. Patrzę, patrzę, a tam wynagrodzenia dla uczestników. Przejrzałam bez emocji, aż tu nagle...
Chco mi zapłacić! Bardzo uczciwie w dodatku!!!

Zalała mnie fala wzruszenia oraz kilka innych uczuć, gdyż albowiem forsa zdecydowanie znajduje się w obrębie mych sfer erogennych. Szczególnie godziwa.

Niesamowite, jak można człowieka zmobilizować, mówiąc, że się zapłaci za trud. A dając mu to na piśmie, osiąga się efekty wręcz nieprawdopodobne. Powiadam Wam, odechciało mi się nawet przerw na kawę. Poczułam się rześka i kreatywna oraz gotowa na wszelkie wyzwania. Pracować za pieniądze w miejsce ekwiwalentu? Toż było moim marzeniem!
Pójdę jutro, przytulę Szefa do piersi mej obfitej. Wszakże to jego zasługa. Niniejszym zabukował sobie w moim sercu wyściełane siedzisko oraz zaskarbił niekończące się łaski.

***

W nocy siekło mnie w łopatce. Wstałam rano pokręcona. Żal serce ściska, że nie widzieliście, jak zapinam kieckę na plecach. Okazało się, że jestem niezwykle wymowna, ale mam ograniczony zasób słów. Pomiędzy "ał" i "ała" tkwiły wyłącznie tzw. techniczne określenia wojskowe. Za to niezwykle barwne i wielokrotnie odmieniane przez przypadki i osoby.

Po południu, w Lidlu, pani kasjerka wrzuciła mi do kosza puste reklamówki. Z trudem się powstrzymałam, żeby nie powiedzieć jej czegoś do słuchu. Zwyczaj walenia pierwszym artykułem do kosza uważam za debilny. Dziś, w aspekcie utrudnień motorycznych, za szkodliwy. Wyjęcie tej folii kosztowało mnie bulgot w nosie. Ktoś powinien zostać za to ukarany!

***

Mam ochotę na torebkę. Nie wiem, w jakim kolorze. Na ładną. W dodatku chęć tę odczuwam od kilku miesięcy, ale nic mi w oko nie wpadło. Przyjmuję sugestie. Linki proszę zamieszczać w komentarzach.

1858

My tu sobie pitu-pitu, a Królowa czyta!!!


I co teraz powiecie? HĘ?!
To proszę się nie garbić i nie przeklinać.

Uwaga, będzie odchamianie. Ekhm, ekhm.
Have a nice day, Your Majesty!

Czego i Państwu życzę.

19 sierpnia 2014

1857

No, dobra. Nie mogę pozwolić, żebyście zadeptali resztki honoru i tak się płaszczyli.
(Popłaszczcie się trochę, za 10 lat nikt nie zwróci uwagi, że to było po następnej notce).

Nie chciało mi się rano wstać, a musiałam i to mnie zirytowało.
Natychmiast okazało się, że jestem gruba.
Wsiadłam do samochodu, a tam rezerwa się świeci, co za wieś. Znowu. Ile bym nie mówiła, żeby zakończyć ten proceder...
Poza tym wyszło na jaw, że jestem gruba.
Podjeżdżam pod fabrykę, a na parkingu przed drzwiami jakiś młot mi miejsce zajął. Obcy młot w dodatku, bo własnego bym zrypała.
I przy tym ledwo się za kierownicą mieściłam.
No, nic. Zaparkowałam obok. To on wylazł z samochodu i na mnie naryczał, że źle stoję. Obcy młot. Pod moją fabryką.
Wysiadam, patrzę, a tu jestem gruba!
Normalnie przesada.

W fabryce jakby się sprzysięgli. Nie dość, że byłam gruba, to jeszcze ciągali mnie po spotkaniach, które zaczynały się od mojego: "po ki grzyb śmy tu przyleźli?", a kończyły moim: "przesz pytałam na początku - po ki grzyb śmy tu przyleźli?".
Niektórzy za punkt honoru wzięli realizację projektu: rozbawić Asię. Z nadwagi nie da się rozbawić. Tylko mnie wkurzyli.
Służbowa poczta mailowa wyprowadza mnie z równowagi, ale dziś osiągnęła szczyt i zwyczajnie, po ludzku mnie wkurwiła. A przecież byłam za gruba.
Mało tego! Weszłam se na fejsa, a tam dyskusja, że jak kto gruby, to jego wina i niech się odchudza, a nie marudzi.
!@#$%^&*(!@#$%^&*@#$%^&)*&^%$#@@#$%&(*&^%$!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Później z równowagi wyprowadziła mnie matka, uczelnia Zuzi, koleżanka Zuzi, moja koleżanka z krótką pamięcią, Edek, Prezes i Zmorka, która rzygnęła na mnie panią magister, chociaż wie, że od tego się nie chudnie.
Wspominałam już, że do tego jestem gruba?! I idzie jesień?!!!

Właściwie powinnam się nażreć czekolady, ale nie mogę, BO JESTEM GRUBA.
A poza tym nie mamy w domu.

Chcę jechać nad morze i zepchnąć się do wody w ramach akcji Greenpeace'u.

1856

Ponieważ jestem zła, rozżalona, sfrustrowana i nie w sosie, postanowiłam się dziś nie odzywać.
Dziękuję za uwagę.

18 sierpnia 2014

1855

Podnieciłam się.

No co? No co się cieszą? Ja się głównie yntelektualnie podniecam, niestety. Ale, prawda, lepszy rydz niż nic. I teraz ja napiszę, dlaczego się podnieciłam. Napiszę, czy tego chcecie, czy nie! Taki mam imperatyw. Kategoryczny. Uwaga.

Otóż mówię dziś Prezesu:
- Gadu gadu sobie zainstaluję, gdyż albowiem nie korzystam i korzystać nie zamierzam, lecz numer posiadam archiwalny, z początków istnienia gospodarki kapitalistycznej i żal, by tak odebrali bez pardonu.
Jak powiedziałam, tak zrobiłam.
Istotną kwestią jest tu fakt, iż gdy dorosłam, dojrzałam i się urwałam, to konta personalizuję, imię, nazwisko podaję (nawet w mailach), ba - mało tego - zdjęcie nawet zamieszczam. Lekko rozmazane i na tle liścia, żeby powiało nadzieją i odwróciło uwagę od zmarch.


Więc wzięłam, zainstalowałam, a potem nawet odpaliłam i mówię:
- To ja sobie widoczność ustawię, nie byłam tu widoczna z dziesięć lat. Tak jakoś od czasu, gdy odciąłeś mnie od Internetu i w piwnicy trzymasz.
Bo trzeba Wam wiedzieć (albo przypomnieć), że my z Prezesem to się w internetach poznaliśmy, a on jest szczególarz (co było do udowodnienia) i przewidujący, więc eliminuje ryzyko. Tym samym łańcuch mi przykrócił, no, mówię Wam, bardzo dużo wysiłku kosztuje mnie dosięgnięcie do klawiatury. Zaraz po tym, jak wygryzę dziurę w drzwiach piwnicznych i na wolność się wydostanę. Chwilowo.

No to sobie ustawiłam i pacze, jak się ładnie słoneczko świeci. Na górze się świeci, bo maki mają pasek na górze. A tu nagle: brzdęk! Wiadomość się pojawiła. Zaglądam - jako żywo, nie znam człowieka. I mówi on do mnie słowa, których ja bym obcemu nie powiedziała, gdyż jestem z dobrego domu. Prawie z fortepianem. To zamknęłam i udaję, że nie zauważyłam.
A tu: brzdęk! Następna. I następna. I następna. Na jednej to się nawet skupiłam, gdyż nienajmłodsza już jestem i szczegół czasem do mnie nie dociera. Powiększyłam, patrzę na wprost, w lewo głowę przegięłam, potem w prawo... Co on tu ma w profilowym?
Fiut. Wygląda na selfie.
Oszfak.

Ja już, Państwo Drogie, nie nadanżam za światem. Znaczy, że teraz to komunikator nie służy do komunikacji, tylko do wyszukiwania sobie partnerów, że tak powiem: erotycznych? Gdyż nie podejrzewam, aby me zdjęcie z liściem wzbudziło w kimś takie emocje, że zapragnął wiecheć róż do mych stóp (jakże gustownie obutych) i już. Ajlawju i zostańzemnąnazawsze. Zwłaszcza tego z fiutem nie podejrzewam. Znaczy, ja się oczywiście bardzo cieszę, że posiada wyposażenie. Przecież bez tego źle by mu się sikało, a i głos piskliwy. Ale żeby tak kobietę w oko? Fiutem? Bez kawy nawet? I to w poniedziałek?!

Czuję to znane skądinąd mrowienie. Może rozpocznę nowe badania terenowe? Inspirująca myśl.

1854

Porozmawiajmy jeszcze o bruździe.

To jest bardzo fajny temat. Zwykle jestem obśmiewana, ponieważ fascynują mnie ludzkie postawy i przemyślenia. Prawdopodobnie dlatego że są skrajnnie różne od moich.
Na przykład bruzda jest chorobliwie uczciwa. Przestałam z tym walczyć. To jest informacja dla PT Czytelników - te wszystkie bzdury, które ja tu opisuję, miały miejsce naprawdę, bo nie umiem kłamać. Jeśli zdarza mi się czasem trochę Was podpuszczać, to raczej w tematach społecznych, jak słynna debata o flirtowaniu w pracy. Natomiast rzeczywistość skrzeczy, jak na blogu*.

Opowieści o bruździe będą dziś dwie. Jedna całkiem świeża, tegoroczna, a druga wręcz przeciwie, czyli zamierzchła. Jak się Państwo zorientuje, rzecz wydarzyła się w epoce kamienia łupanego, czyli - gdy byłam nastolatką. Tak, byłam nastolatką, naprawdę. PRZYSIĘGAM! Nie, takie duże dzieci się  nie rodzą. Tak, moja matka ma się znakomicie, jak tylko można się mieć po siedemdziesiątce. Choć, jak wiadomo, nie wygląda. Na siedemdziesiątkę nie wygląda! A stugębna plotka głosi, że jesteśmy podobne. Więc może i mnie trochę tego genu się dostało. Zuzia natomiast jest moją kopią, więc jeśli ja mam, to i ona. Cieszysz, się, dziecko drogie**?

Co? Że znowu w dygresje? To nie ja, to bruzda. Państwo się odchromoli.

Ale do rzeczy. Otóż na urodziny Prezes kupił mi misia w Misiolandzie. Marzyłam o tym misiu dość długo i gdy wreszcie doszło co do czego, byłam bardzo szczęśliwa i chciałam nosić go JUŻ. Tymczasem dokonując ostatecznych oględzin z przykrością odkryłam, że miś posiada rysę. Zawnioskowałam więc o wymianę misia na inną sztukę. W Misiolandzie nie jest to żaden problem, ale w tym akurat salonie panie miały tylko jednego. W związku z tym zaproponowały mi, bym wzięła, co jest, a one zamówią na wymianę z innego sklepu, ściagną i wymienią. Luz, gdyby nie bruzda.

Bo towar zwraca się nieużywany, prawda? A ja zamierzałam użytkowac wewtej chwili. I koniec. Co oświadczyłam paniom. Panie nie mogły powiedzieć mi niczego wprost, gdyż towar wymienia się nieużywany. Ale sugestia była wyraźnia. Nie przewidziały bruzdy. Bruzda mówi, że towar wymienia się nieużywany i koniec. Finał? Mam misia z rysą. I bruzdę. Przypuszczam, że jeszcze długo się ze mnie śmiały.
To, że mogłam dokonac wymiany po ponoszeniu sobie misia, przyszło mi do głowy 3 miesiące później.
Koniec opowiadania pierwszego, aktualnego. Przechodzimy do ajlawju.

Będąc dziewczęciem młodym byłam przeokrutnie zakompleksiona. (Kto jeszcze o tym nie czytał, wraca TUTAJ). W związku z powyższym ani mi w głowie nie powstało, że jakiś uroczy młodzieniec może być mną zainteresowany. Co oczywiście nie przeszkadzało mi z kolei w interesowaniu się płcią przeciwną, zwłaszcza gdy miała czoło wysokie i myślące, a nad nim lok, a pod nim orli nos oraz wąs niczym Aramis (tu się kłania dobór lektury). Wąs miała, ma się rozumieć, pod nosem, w innym punkcie wyglądałby głupio.
Tacy ponadnormatywnie zachwycający byli Bracia Be. Szczególnie starszy. I ja go, tego starszego, zaprosiłam do wspólnego udania się na imprezę. A on, o dziwo (przecież byłam potworem), wyraził zgodę. Zaskakująco chętnie, ale nie skojarzyłam faktów.

Wbijanie się w jakieś szmaty w tamtych czasach, by uzyskać EFEKT, zasługuje na osobną notkę, bo kreatywność musiała być potężna - wszak w sklepach ekspedientki, puste półki i haki. A my dziś nie o tym. Pomijam również samą imprezę, bo nie o nią chodzi. Chodzi o koniec, który wieńczy dzieło. I o bruzdę.

Młodzieniec ów uroczy, jeden z Braci Be, a wzdychały do nich tłumy, odbył ze mną te hulanki, a następnie, o wyznaczonej przez rodziców porze, był mię odprowadził do domu. Kultura na najwyższym poziomie. Zaznaczam, że byłam członkinią fanklubu, ale nie rościłam sobie, gdyż - jak w notce 1416. Tak więc wieczorem późnym, a wręcz nocą młodą, starszy z Braci Be odbywa ze mną podróż środkami masowej zagłady (podpowiedź dla młodzieży: my nie mieliśmy samochodów, no co Wy!), następnie drogę z przystanku pokonuje pieszo, w kulturalnej odległości, by pod samym domem, w nagłym zrywie uczuć, objąć mnie (ach! jak w romansie!) i złożyć solenny pocałunek na mym policzku. Stanowiącym, jak wiadomo, element stały wyposażenia mojej koszmarnej i pokrzywionej osoby.

No, tego się nie spodziewałam!!! Nie, żebym nie chciała. Pewnie że chciałam! Marzyłam o tym!!! Ale do głowy mi nie przyszło, że to w ogóle możliwe (bruzda), więc podskoczyłam, jak ukłuta w tyłek szpilką. Starszy z Braci Be odebrał to w jedyny sposób, w jaki może odebrać takie zachowanie nastolatek. Pożegnał się grzecznie i spłynął z mego życia na zawsze. Odrzucony chłopiec nie powraca. Nie w tym wieku.

I zostałyśmy we dwie z bruzdą na tym chodniku jak dupy wołowe. A ja tylko chciałam omdleć w jego ramionach (tak, wiem, dobór lektury), lecz posiadałam jedynie przygotowanie teoretyczne. I nikt mnie nie uprzedził, że w życiu zdarzają się zachwycający chłopcy, którym - ot tak - podobają się dziewczyny, na okoliczność czego zdarza im się składać solenne pocałunki. Mógł zrobić jakiś wykład, czy co? Uprzedzić? Albo co.
No.

PS Bruzda wpadła na trop jakieś pół roku później.


* Tu należy dodać, że czasem to się wydaje nieprawdopodobne, ale również wynika z bruzdy. Bruzda generuje absurdalne sytuacje. A że jest częścią mnie, to ja nie oponuję i tak sobie wszystko leci swoim torem.
** Pewnie że czyta. Wszystko mi tu wyczytuje. A potem moralniaki i punkty karne. Od klęczenia na grochu mam na stałe wgłębienia w kolanach. Taki że niby specjalistyczny profil.

17 sierpnia 2014

1853

Na specjalne życzenie Zmorki - pokaz. Wyciągnęłam tylko kilku żołnierzy, żeby się nie wydało. I tak się wyda, bo przypuszczalnie zajmują powierzchnię ściśle wymierzoną. W milimetrach.



Bardzo precyzyjna robota. (Zwróćcie uwagę na piasek i kępy trawy pod stopami).

Przy okazji wyszło na jaw, jak to możliwe, że Prezes ze mną wytrzymuje. Anielska cierpliwość po prostu ;o)

1852

O hobby.

Możecie się np. czasem zastanawiać, co Prezes mówi, opcjonalnie: myśli, gdy kupuję kolejne buty. Czy on to jakoś przeżywa? Czy w jego wnętrzu czają się emocje, które kiedyś eksplodują, dzięki czemu butozbiór będzie można kupić na Allegro za złotówkę? A może nieopatrznie, przypadkiem zupełnie, utnie mi jedną nogę, pozbawiając ulubionego hobby?
Otóż nie.
Albowiem kto nie jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Prezes bowiem cichaczem uprawia własnego konika i nie należy dać się omamić cichością ani spokojem tego zajęcia. Przy tym uporczywie mydli mi oczy. A ja udaję skrzętnie, że daję sobie wmówić. Dziś - jeszcze przed umyciem zębów - skorzystałam z okazji i zdobyłam Dowód.


Dlaczego ja się tym ekscytuję? Bo hasło wywoławcze brzmi:
- Kupuję tylko kolory podstawowe i mieszam.

Może ja, Drodzy Czytelnicy, nie jestem przesadnie lotna. Może maturę zdałam przeszło 20 lat temu, więc większość wiedzy, wpajanej mi w trudzie i znoju przez zmęczonych życiem nauczycieli uległa zapomnieniu. Może. Ale jakoś tak do dziś pamiętam, że kolory podstawowe mamy... TRZY: żółty, niebieski i czerwony.

Nie, żeby mi to przeszkadzało, skąd. Jak już onegdaj wspominałam, konik modelarski nawet mi odpowiada i to znacznie bardziej niż płetwonurkowy. O wiele silniej niż muzyczny (gitara basowa + uczciwy piec, opcjonalnie klawisze). Oszczędza sobie człowiek wielu negatywnych emocji. Nie rozważa, że nie zawarł mu umowy ubezpieczeniowej na życie i być może nie będzie czego do gara, a nawet do miseczki.

Ale dowody trzeba mieć, nie?

16 sierpnia 2014

1851

Jako ta tam... eeee... cęlębrytka, mam wszędzie chody. Znaczy to, że ludzkość chodzi i wygląda. Dobrze wygląda lub mię. I czasem znajduje. O:


Znaleziono w Warszawie na Chmielnej. Gdyby ktoś umiał to dla mnie ukraść, to proszę o kontakt.

Franczesko! Jestem wdzięczna :o)

1850

Zaplanowaliśmy kolejne spotkanie rodzinne - wszystko w ramach zadzieżgnięć, których jestem inicjatorką. Dobrze nam idzie, więc trzeba kuć żelazo, póki gorące.

Wczoraj o pranku pogoda mnie zachwyciła. Nie za ciepło, nie za zimno, słonecznie, lekki wiaterek. Idealne warunki do ploteczek w ogrodzie. Pochłonęłam moje dietetyczne (eliminacja: pieczywa, makaronów, ryżu, słodyczy) śniadanko...


... i w drogę. Rodzice czekali przed domem. Tato oczywiście naburczany. W związku z powyższym nie siliłam się na lekką i niezobowiązującą konwersację, gdyż zrozumiałam jakiś czas temu, że podtrzymywanie rozmowy nie jest moim obowiązkiem (nie było łatwo, ale dałam radę).

Pogoda zepsuła się w 10 minut po naszym przybyciu. A tu altanka, zastawiony stół, porcelana po dziadkach na pomocniku. Deszcz postanowił tego nie uszanować. Więc ja postanowiłam się przeciwstawić. W środku dysputy na temat zwijania maneli do domu zarządziłam tonem nieznoszącym sprzeciwu:
- Ścieśnić się, żeby na nikogo nie kapało, patrzeć w talerze i konwersować, jakby nigdy nic.

I co powiecie? Deszcz się poddał! W połowie obiadu zaczęło się przecierać, a przy deserze zaświeciło słońce i pogoda jak drut utrzymała się do naszego wyjazdu. Z gracją odebrałam powinszowania i gratulacje. A było czego, bo same przyjemności. Jeden kot rozpostarty na leżaku jak basza, drugi dyndający na drzewie niczym przerośnięty owoc. Trawnik skoszony (kuzyni się postarali), posiłek pyszny, przygotowany zgodnie z preferencjami węższej grupy (Prezesostwo), czyli drób i warzywa. Rozmowa kleiła się przez sześć godzin i nikt nie musiał tańczyć, śpiewać ani się rozbierać. Gdyby nie moja Stalowa Wola, mogliśmy to wszystko stracić na rzecz dusznych pomieszczeń wewnętrznych.

Nie dyskutujemy o polityce, choć pewnie bylibyśmy zgodni.
Wymieniamy się przepisami kulinarnymi.
Znowu zapomniałam wziąć stewii, wyhodowanej specjalnie dla mnie przez starszego z kuzynów.
Nikt się nie upił (lubię alkohol, nie lubię pijanych).
Poczuciem humoru błyszczą nawet ci członkowie rodziny, których o skłonność do dowcipasków nigdy bym nie podejrzewała.

Bardzo, bardzo miły dzień.

PS Jest jeszcze jedna rzecz, w której muszę umaczać paluchi, ale cierpliwie czekam na właściwą chwilę.

15 sierpnia 2014

1849

Jak nakarmić trzy koty - najnowsza gra komputerowa dla wytrwałych.


1. Bierzesz trzy koty. Jeden ma sraczkę, drugi śmierdzące stolce, trzeci latające rzepki kolanowe.
a. Kotu ze sraczką należy dwa razy dziennie podać 1 1/2 tabletki antybiotyku oraz probiotyk w zawiesinie. Musi być odstęp pomiędzy podaniami. Kot nie chce, ale wcześniej wyrwało mu się zęby żujne, więc jest przewaga.
b. Kotu, produkującemu bomby biologiczne, należy podać probiotyk. Ale w kapsułkach. Kot nie chce.
c. Kotu z latającymi rzepkami należy ograniczać racje, gdyż powinien zrzucić trochę kota z pożytkiem doczesnym w postaci odbarczenia rzepek. Kot nie chce.
Utrudnienie nr 1: koty jedzą razem.
Utrudnienie nr 2: kot ze sraczką żywi się suszem, akceptuje mokre, ale tylko wybrane; robi łaskę i trzeba go specjalnie zapraszać, ale gdy ktoś zostawi susz, to wciąga po nim, a jest za gruby.
Utrudnienie nr 3: kot biologiczny zabójca wciąga wszystko, co za szybko nie ucieka - uwaga na mrożonki w folii i palce, przy mokrym wyjada wszystkim z misek i czasem - niechcący - zjada inne koty.
Utrudnienie nr 4: kot z rzepkami żywi się suszem, rzadko wciąga mokre i stroi fochy; susz wyżera ze wszystkich dostępnych misek, a ma wielki łeb, wszystko ma wielkie, innym trudno się dopchnąć.

2. Do dyspozycji masz broń w postaci... nie masz nic poza światłością umysłu.

3. Śniadanie. Rano wydajesz wszystkim susz. Kot biologiczny zabójca nie chce suszu, bo chce mokre. A potem jest głodny. Pozostałe koty są za grube, ale nie przejmują się tym i wyżerają pozostawiony, bezpański susz. Musisz czujnie pilnować misek. Jeśłi nie upilnujesz, pierwsze punkty karne.
Po godzinie bierzesz kota ze sraczką i sadzasz na blacie w kuchni. Kot jest zaintrygowany. Pozostałe koty są zaintrygowane, ale piętro niżej. Z szafki wyjmujesz smakołyki w postaci dentali albo odkłaczacza. Kot ze sraczką jest skoncentrowany. Kot biologiczny zabójca już wisi ci na gaciach. Kot od rzepek w razie czego może was wszystkich staranować, gdyż ma gabaryt.
Przygotowany wcześniej antybiotyk wpychasz kotu ze sraczką, mamiąc go wizją wchłonięcia smakołyków. Cieszysz się, że pomyślałeś i pozwoliłeś wyrwać mu zęby boczne. Cieszysz się, że palce masz nadal na miejscu. Kot usiłuje wszystko wypluć, co oczywiście mu się udaje. Drugie punkty karne. Czynność powtarzasz do skutku, czyli jakieś siedemnaście razy. Cieszysz się, że masz zapewnioną aktywność fizyczną. Po upchnięciu antybiotyku w kota, wydajesz nagrodę.
W międzyczasie oganiasz się kopniakami od kota biologicznego zabójcy, który też chce. Istny taniec św. Wita. Ręce w pląsie, nogi w pląsie. Oczy w oczopląsie, bo obserwujesz, co robi kot z rzepkami.
Poddajesz się i dzielisz smakołyki pomiędzy wszystkich. Trzecie punkty karne.

4. Obiad. Wydajesz wszystkim susz. Powtórka ze śniadania. Po obiedzie odstawiasz z kotem ze sraczką ten sam numer, co z antybiotykiem, ale tym razem z probiotykiem. W zawiesinie. A potem wszystkie te same numery z wszystkimi kotami. Kot z rzepkami obżarł się ponad normatyw. Czwarte punkty karne i utrata dostępu do ekspresu z kawą.

5. Kolacja. Wydajesz:
a. kotu ze sraczką pół saszetki mokrego, resztę suszu - mokre może być zaakceptowane, ale nie musi, więc być może będziesz błagać na kolanach (jeśli błagasz - punkty karne).
b. kotu biologicznemu zabójcy saszetkę mokrego, w które podstępnie wmieszasz probiotyk, uwolniony z kapsułki - kot wyżera ze wszystkich misek (jeśli nie zeżre probiotyku - punkty karne i utrata dostępu do amfetaminy).
c. kotu z rzepkami, jak kotu ze sraczką (jeśli wyżre susz kotu ze sraczką - punkty karne i utrata dostępu do barku).
Cały czas musisz czujnie kontrolować, co się dzieje, bo na ki grzyb probiotyk kotu z rzepkami albo i na ki grzyb susz kotu bombie biologicznej. Jeśli nie dopilnujesz, karne sprzątanie.

Godzinę później odstawiasz numer z antybiotykiem i kotem ze sraczką. Kończą ci się odkłaczacze. Jutro powtórka. I powtórka, i powtór... Wizyta kontrolna w poniedziałek.

Koty są cudownymi zwierzętami. Polecam każdemu.

14 sierpnia 2014

1848

Skierka delikatnie i z wdziękiem przypomniała mi na fejsie, że nasza zagadka, dotycząca kwadratu, nie została rozwiązana. No, faktycznie. Ale (i tu zaczynam mówić z lekkim zadęciem oraz nosowo - czyli foch) nikt się przesadnie nie dopominał! To jak mam być cęlębrytką, jeśli mnie nie bombardujecie, nie czyhacie przed moim domem w ramach papajaców i nie piszecie listów miłosnych!!!
Wiecie, ile to się trzeba w takiej sytuacji nawysilać?!
Dokąd to człowiek poleźć nie musi, żeby go przypadkiem zdjęło?!
Ilu osobom nogę trzeba podłożyć, by się dorwać do mikrofonu?!
Hieny! Sama se dla siebie mam być cęlębrytką? To jest trudne! Nawet gdy w lustro patrzę, to widzę jedynie, że znów mi pryszcz wyskoczył na środku dekoltu!

A właśnie że Wam powiem. A potem będę udawać, że już byłam zmęczona Waszą namolnością.
I żeby mi to było przedostatni raz.

Uwaga. Będą obrazki.

Faza pierwsza - trzy patyki:


Faza druga - kwadrat:


A teraz wytłumaczenie (się). Podejrzewam, że u mnie może to tak działać, bo ja jestem amatorką języka (od: łac. amo, amare - kochać). Wieloznaczność polszczyzny uważam za zachwycającą. Bawię się słowami, oddzielam je od desygnatów, przyglądam się brzmieniom. Moim bogiem od kiedy pamiętam jest Jeremi Przybora. Pewnie nie raz pisałam, że gdyby było mi dane, uklękłabym przed nim i ucałowała w dłoń. Mistrz nad mistrze. Moja językowa miłość wszech czasów.

Wystarczająco się wytłumaczyłam?

Aha! Pamiętajcie, że to może być jedno z możliwych rozwiązań. Zakładam, że myśli innych osób mogą podążyć skrajnie odmiennymi ścieżkami. Chciałam tylko pokazać, o co chodzi. Podejrzewam, że zdolność do pokazywania rzeczy zwykłych w zaskakujący sposób jest szczególnie ceniona w reklamie. Ale pewności nie mam, gdyż nie pracowałam.

1847

Zrobiłam dla Państwa zdjęcie, gdyż nie mam nawyku zostawiać radości tylko dla siebie. Oto bar kanapkowy w stołecznym mieście Chorzowie. Państwo powiększy i przeczyta kartkę.
Takie cuda to tylko u nas, hehe.


13 sierpnia 2014

1846

Mój mózg z bruzdą lubi badania terenowe. Bywa - daje to dość ciekawe wyniki. A czasem przygody.

Na przykład od lat pasjonuje mnie pytanie: co to jest rura - wyjaśnij bez gestykulacji. Tutaj istotna jest nie tyle sama treść odpowiedzi (znam idealną, składającą się z czterech słów), co zachowanie odpowiadającego. Jeśli nie wierzycie, przyjmijcie ode mnie ten skromny dar i ruszajcie w teren. Pamiętać jedynie należy, by odpytywać zawsze jedną osobę, bo inaczej nie ma zabawy - ludzie się nakręcają nawzajem i zgapiają od siebie. Wynika to z faktu, że mało kto potrafi kreatywnie podchodzić do zadań, większość osób ulega sugestii i nie umie już opuścić wyślizganych torów.

Pamiętam sprzed lat warsztaty z psychologiem, w czasie których pokazywano nam, kursantom, mechanizmy rządzące "chadzaniem utartymi ścieżkami". Jednym z zadań, które otrzymaliśmy na samym początku były trzy ołówki (zapałki, patyczki, obojętnie) i polecenie: ułóż kwadrat. O ile sobie przypominam, byłam jedyną w grupie, której się udało. Dzięki bruździe prawdopodobnie. Ot - u mnie odmiennie przebiegają impulsy elektryczne.

Właśnie - a propos. Spotkałam się dziś na kawie z moją byłą dyrektorką. Rozmawiałyśmy o tysiącu różnych spraw, jak to zwykle i wypłynęła również sprawa strony internetowej jej firmy. Robimy strony internetowe, więc jej to zaproponowałam, ale bardzo po koleżeńsku, czyli - jeśli miałaby chęć. Skwitowała to informacją o koleżance, która wraz z mężem para się tego typu działalnością. Po czym zapadła w króciutką zadumę i podsumowała:
- Chociaż... wiesz co? Ja ją znam prywatnie, jest dowcipna i inteligentna. Ale ciebie znam zawodowo i wiem na pewno, że w pomysłowości mało kto cię przebija.
Czyli działanie bruzdy jest jednak widoczne.

To wszystko są dygresje, ma się rozumieć. Bo jakoś tak dzisiaj przypomniało mi się, że onegdaj, w ramach badań terenowych, niezbędnych (jak mi się wydawało) do napisania pewnego tekstu, postanowiłam zbadać fenomen nawiązywania znajomości damsko-męskich przez internet. Owszem, nasz związek z Prezesem też ma swoje korzenie w czeluściach sieci, ale to były inne czasy. Raczkowanie, że tak powiem. Poznaliśmy się na czacie, co do dzisiejszego przemysłu ma się nijak.

No to założyłam sobie fikcyjne konto na serwisie randkowym, w cały proces wciągając Prezesa, gdyż potrzebowałam niezależnego konsultanta. Największy problem stanowiły zdjęcia - przesz swoich nie zamieszczę, jeszcze mnie kto przypadkiem trafi i będzie. Odbyliśmy naradę wojenną, czego wynikiem stało się buszowanie po takichż portalach, ale w Rosji. Znalazłam stosowną panią, ładną, ale raczej erotyczną niż porywająco piękną, rąbnęłam jej zdjęcia i poszło.

Podkreślam, że rozszyfrowana zostałam tylko raz. Pewnie dlatego, że uporczywie uchylałam się od spotkań w realu (nie o to wszakże chodziło, tylko o zachowania ludzi). Nie nagabywała mnie żadna kobieta. Faceci obecnie natychmiast przechodzą do spotkań i nie chcą wdawać się w żadne zawiłe konwersacje - ergo: czego by nie deklarowali, chodzi wyłącznie o konsumpcję, uczucia nie mają nic do rzeczy. Inteligentni i dowcipni mężczyźni są na wyginięciu i gatunek ten należy objąć bezwzględną ochroną. Tylko raz było mi przykro, że oszukuję.

Facet, któremu coś "nie stykało" okazał się sympatyczny i zabawny. Wyznałam mu prawdę, nie podając personaliów. Okazało się, że tak naprawdę nie szuka znajomości z kobietami, ponieważ jest ciężko zakochany w dziewczynie, którą poznał przez internet właśnie i stara się za wszelką cenę odgrzać ten kontakt. Resztę robi dla sportu, ale nie wychodzi poza klawiaturę. Co ciekawe - był przystojny. Pomagał mi, odpowiadając na pytania, zadawane wprost. Dowiedziałam się od niego wielu ciekawych rzeczy o zachowaniach kobiet randkujących w sieci (na czym mi zależało, a czego sprawdzić empirycznie nie mogłam). Rozstaliśmy się w miłej atmosferze i bez żalu.

Gość, w relacji z którym doznałam wyrzutów sumienia, efektem czego była likwidacja konta i zniknięcie bez wieści (badania i tak zostały ukończone), rzeczywiście szukał emocji i kogoś na stałe. Pochodził z epoki randek przedinternetowych, było ode mnie sporo starszy i rzucała się w oczy jego szczerość. Pozbawiony całkowicie charakterystycznej dla tego typu relacji nachalności, zdawał się bezbronny i wystawiony na strzał. Nie miałam sumienia oszukiwać go dłużej, ale nie chciałam, żeby dowiedział się, że jest królikiem doświadczalnym, bo to mogłoby sprawić mu przykrość. Wymyśliłam jakiś w miarę prawdopodobny powód, poinformowałam go o likwidacji konta w portalu i zniknęłam jak sen złoty.

Tak zakończyła się jedna z ciekawszych przygód badawczych, których byłam uczestniczką. Jeśli wpadnę na równie intrygujący pomysł, nie omieszkam Wam o nim opowiedzieć. Tymczasem wracam do rury, która nikomu w niczym nie zagraża oraz nikogo w żadnej mierze nie krzywdzi.

1845

Sama sobie wróciłam do tych wspomnień sprzed Wielkanocy 2007 i powzruszałam się na nowo. Byłam wtedy w oku cyklonu - dla kogoś z zewnątrz może to tak nie wyglądać, ale emocje sięgały zdecydowanie górnego pułapu. Chyba powinnam do tego kiedyś wrócić i opisać szczegóły.

Tymczasem mam następującą refleksję: za cholerę nie można powiedzieć o tym blogu niczego konkretnego. O poglądach politycznych jest. O społecznych - jest. O gospodarce - jest. O życiu codziennym - jest. O filozofii - jest. Nawet szafiarką zostałam, bo w końcu te buty z szafy wyciągam. No to lecimy w żarcie.

Zrobiłam nową zupę.

Dla mnie to jest nowość, bo nie krążę po internetach w poszukiwaniu natchnienia. W związku z powyższym podzielę się z Wami, gdyż nie jestem skąpą.

Krem z buraków z prażonymi migdałami.
(Zawsze mam problem z ilościami produktów).

Bierze się wywar (ja robię z rosołku w kostce) i wrzuca do niego 3 obrane i pokrojone w kawałki buraki oraz jeden takiż ziemniak. Się gotuje. Gdy się ugotuje, to dorzuca człowiek surowe jabłko. Ja dorzuciłam pół, bo mam na stanie dwoje domowników. Się miksuje na gładko. Się drobno sieka świeże zioła (w moim przypadku tymianek, kolendrę i lubczyk). Dorzuca do gara i pieprzy.
Potem migdały się praży na suchej patelni.
I je.

Zaskakująca mieszanka smaków.

I teraz jestem blogiem kulinarnym. Też. Zachęcam Was do spróbowania - rzecz nieskomplikowana, niewymagająca wiele zachodu, a smaczna i oryginalna (przynajmniej dla mnie).

A w ogóle to dzień dobry. I miłego dnia!

12 sierpnia 2014

1844

W komentarzu do notki 1840 Oisaj napisał:
Ale jak się ma tak ładną żonę jak moja, to już można mieć odrobinę nadziei że jednak zostanie jeszcze ze swoim brzydalem ;)
I to mnie natchnęło do formy notki, która i tak musiała dziś powstać.

Oisaj jest twórcą licznych zdań, które pobudzają mnie do przemyśleń. Kiedyś np. powiedział mi, że jego zdaniem kobiecie milej jest usłyszeć komplement od wysokiego bruneta niż od niskiego grubaska (Jaśku, wybacz, że tak zdradzam nasze tajemnice, ale to mi idealnie konweniuje). W związku z czym czułam się w obowiązku, by zwerbalizować swoje przekonania, gdyż wyraźnie sterują życiem mym.

Uwaga! Będzie historyczne wyznanie!

Niebywale pociągają mnie mężczyźni uważani za brzydali, obdarzeni przy tym dużą dozą inteligencji oraz poczuciem humoru.

Koniec wyznania, teraz argumentacja. (Można wypuścić powietrze - tak, lepiej TĄ stroną).

Otóż doświadczenie życiowe podpowiada mi, że brzydale (nie dyskutujemy o gustach, przyjmijmy taką nomenklaturę dla łatwości wykładu) często zdają sobie sprawę ze swych (prawdziwych lub wyimaginowanych) braków na rynku "brania". W związku z powyższym, aby móc zaistnieć, po prostu bardziej się starają. Gdyby mnie ktoś zapytał, czy wolę spędzić rok w głębokiej tajdze z głupawym Adonisem czy błyskotliwym Igorem, nie zastanawiałabym się nawet przez ułamek sekundy. Albowiem uroda nie jest żadną wartością. Tak, wiem, lepiej być młodym, pięknym, zdrowym i bogatym niż starym, brzydkim, chorym i biednym. Lepiej zainteresowanemu. Ale czy otoczeniu?

Spotkałam już w życiu naprawdę wielu mężczyzn. I po stokroć milej mi było toczyć cudowne dysputy, z których przez każdą dziurkę wystawiał mordę inteligentny chichocik, z brzydkim facetem niż lansować się na dzielni z lokalnym przystojniakiem, co to z podziwu godną regularnością ma we łbie powietrze, skwapliwie wymieszane z sianem. Bez trudu potrafię wyobrazić sobie czułość i dojrzałe uczucie, które szczególnie ujawnia się w przydługie zimowe wieczory, łączące mnie z facetem mądrym, dobrym a brzydkim. Po latach bowiem chemię często szlag trafia. I trzeba mieć czym to zapchać.

Dygresja.
Wiecie czym się różni seks od onanizmu? Otóż po tym pierwszym człowiek ma z kim pogadać.
Koniec dygresji.

I to było preludium. Właśnie zdążamy do sedna.
Świat odgryzł mi dziś kawałek serca. Umarł Robin Williams.
Niekształtna, owłosiona małpa ze zbyt długimi rękami i takimż nosem.
Facet z przerażająco przesadną mimiką.
Mistrz gadania głupimi głosami.
Kurdupel o sylwetce przetrenowanego lekkoatlety, z tych, co to - rozumiecie - rzuty.

Zakochałam się w tym błyskotliwym, piekielnie zdolnym, przekornie i nieśmiało uśmiechniętym brzydalu od pierwszego wejrzenia. Kiedy świat ujrzał po raz pierwszy Stowarzyszenie umarłych poetów miałam 16 lat i nie chłopcy - moi równolatkowie - główni bohaterowie tej opowieści, ale właśnie ich nauczyciel skradł mi serce na zawsze. Śmiałam się z nim i płakałam przez ćwierć wieku. Dostarczył mi nieprzeliczonych wzruszeń. Ukształtował po części człowieka, jakim się stałam.

Och, Kapitanie, mój Kapitanie! Będę CHOLERNIE tęsknić.


Oświadczenie końcowe.
Gdy umrze Dustin Hoffman, wyjadę w Bieszczady i ślad po mnie zaginie.


PS Nie jestem rasistką. Wiem, że zdarzają się mężczyźni przystojni, obdarzeni przy tym wybitnym intelektem, rozpasanym poczuciem humoru oraz dobrocią. Wiem, bo mam takiego w domu (trafiło się ślepej kurze ziarno). Ale umówmy się - to jest margines marginesu (przeddzidzie śróddzidzia zadzidzia dzidy). Taka wartość statystycznie nieistotna. Więc nie przeszkadza mi w wyciąganiu przytoczonych powyżej wniosków.

1843

Zupełnie nie wiem, kiedy to się stało.

Wydaje mi się, że zawsze byłam taka. Trochę ześwirowana, lekko stuknięta, chętna do psikusów, ale tak naprawdę to zwykła, najzwyklejsza. Nie widzę w sobie niczego szczególnego. Przeglądam się w lustrze: głowa - jest, dwie nogi, dwie ręce, ot, taki sobie człowiek. W lekko ponadnormatywnym, miękkim rozmiarze. Tylko gdzieś tam w środku tej pani w średnim wieku, ale nie wiem, czy inni to widzą, ciągle siedzi młoda dziewczyna, która nie zdążyła się wyhasać, bo musiała prędko dorosnąć, żeby zająć się malutką jak okruszek córeczką. Nigdy nie żałowałam. Nigdy do końca nie spoważniałam.

A tu nagle wokół tylu ludzi, którzy chcieliby powiedzieć mi dobre słowo. Większość z nich nawet mnie nie zna. Nie wie, jakie robię miny, kiedy z całej siły powstrzymuję chichot, żeby się nie wydostał i nie zamienił poważnej sytuacji w groteskę. Nie widzieli, jak za plecami oficjeli strzelam jaskółkę, bo potwornie nie znoszę nadętych sytuacji. Muszę wtedy wyglądać komicznie, bo w końcu na zewnątrz jestem panią po czterdziestce, w sukience i na szpilkach. Wyraźnie chcącą, za Tygryskiem, odrobinę pohopsać.

Internet to magiczne miejsce. Wiem, że można dzięki niemu zaprzyjaźnić się na zabój. Poznałam to lata temu, gdy moja droga skrzyżowała się z drogą drugiej-mamy. Że można, ot tak - na zawsze. Kto nie zna tej historii, niech wróci do marca 2007 roku i zacznie czytać po kolei od tej notki. Właśnie uświadomiłam sobie, że przyjaźnimy się z drugą-mamą od przeszło siedmiu lat. Ile się znamy - nie potrafię powiedzieć.

Wtedy, w 2007, poznałam siłę internetu, dotknęłam jej i po raz pierwszy zrozumiałam, jaką niesamowitą ma moc. Coś zaczęło dziać się samo, potem rosło, pęczniało i przybierało nieprawdopodobne rozmiary. Tym czymś była ludzka dobroć, solidarność, współczucie, chęć niesienia pomocy OBCYM LUDZIOM. Realnej, namacalnej pomocy. W pewnym momencie przestałam ogarniać cały proces i tylko stałam, i gapiłam się z rozczuleniem. To było COŚ.

Internet to magiczne miejsce. Można się w nim zakochać na zawsze (martu - historia jest, z dzisiejszego punku widzenia, banalna). A przynajmniej na 14 lat, to wiem na pewno. W każdym razie - gdyby coś się zmieniło, nie omieszkam Was powiadomić. Bo już się z tym zrosłam. Żadnej prywatności, jak mówi Prezes.

Internet to magiczne miejsce. Można tu poznać nieprzeliczone rzesze cudownych, wspaniałych ludzi. Nigdy nie miałabym takiej szansy bez internetu. Trwam w nabożnym zadziwieniu. Skąd Wy się bierzecie? Jak to robicie, że jesteście tacy fajni? Dlaczego, do cholery, przychodzicie tu z podziwu godną regularnością, otaczacie mnie dobrymi myślami, serdecznością i ciepłem? Zupełnie nie potrafię wyłapać momentu, kiedy to się stało. Nie rozumiem, dlaczego ja.

I wiecie co? Dziękuję Wam. W jakiejś ulotnej chwili przestałam być anonimowym pikselem, bajtem bez znaczenia i stałam się realnym człowiekiem z krwi i kości (oraz tłuszczu - dużo, dużo tłuszczu), do którego z całego świata (wiem, co mówię) spływają dobre myśli i pozytywne wibracje.
Gdyby ktoś chciał mi to odebrać, odgryzłabym sobie nogę.
Wcale nie dlatego, że jestem nerdem (bądź w wersji lajtowej - geekiem), który nie ma w realu relacji. Nie, nie. Jakieś kobiety wciąż mnie nienawidzą, spoko.
Zawsze potrafię powiedzieć coś tak kosmicznie głupiego, że pęka kra.

Czy ja potrzebuję to zrozumieć? (Tak się zastanawiam). Nie, chyba nie. Wystarczy mi, że jest.

11 sierpnia 2014

1842

Obożebożenko, znowu kot się zepsuł. W dodatku Ten!

Mam dziwne przeczucie, że Zuzia niebawem się odezwie. Odkąd wyjechała, kot był już zepsuty trzykrotnie. Obecnie jelito. Nie, nie wypadło. Sra, że tak to ujmę kolokwialnie. I w dodatku broczy.

Pani doktor, ujrzawszy mnie w drzwiach, podniosła brwi i spytała:
- Kto tym razem?
- Zośka.
- Zosieńka? A co jej się stało?
- Sra.
Wspólnie przeanalizowałyśmy chyba wszystkie możliwości i doszłyśmy do wniosku, że to prawdopodobnie przez antybiotyk na okoliczność zębów. To był paskudny antybiotyk, bardzo wiele skutków ubocznych, w tym zrypanie układu pokarmowego. Ale nie było wyjścia - Zochna zepsuła sobie zęby po prostu koncertowo.

Kiedy po badaniu rozważałyśmy różne możliwości, Zosia usiadła na stole tyłem do lekarki (jej nie trzeba trzymać u weterynarza, ona jest damą). Całą swoją postawą wyrażała stanowczy sprzeciw. Siedziała twardo tyłem i gapiła się w ścianę. Nawet wąs jej nie drgnął. Obraza majestatu w każdym calu.
Gdy w ruch poszły kolejne zastrzyki uderzyła w czułe struny córeczki mamusi. Przytuliła się do mnie całym ciałkiem i wtuliła mi nos w załamanie łokcia. I do tego załamania powiedziała wiele brzydkich słów. Bidusia. Nie zdajecie sobie sprawy, jak ja kocham tego kota. Jest absolutnym cudem natury. Z jednej strony łagodna, kochająca i opiekuńcza, a z drugiej niezłomna i twarda jak skała.

A potem wlazła do kosza i w ramach protestu się porzygała.

Na pocieszenie obejrzałyśmy sobie miejsca po zębach, które zagoiły się koncertowo. Aż nie do wiary, zważając na te kratery, które widziałam wcześniej. I noga też w absolutnym porządku. Cała reszta kota poza tyłkiem funkcjonuje wzorcowo.
Kolejna wizyta w środę. W międzyczasie zajęciem dla mnie jest pilna obserwacja stolca. Marzyłam.

A teraz leży na dywanie u Zuzi i niby tak zupełnie bez emocji, spod przymrużonych powiek przygląda się Edkowi. Dla postronnego obserwatora - drzemie. Ale mnie nie oszuka. Jej wyraz twarzy mówi:
- No, podejdź, podejdź! Mam pistolet i łopatę, nikt po tobie nie zapłacze.

1841

Wstałam dziś o piątej. Ufam, że to ostatni raz.

Odwiozłam Prezesa na pociąg do stolnicy, gdyż albowiem jego dyrektor uznał, że Prezes jest absolutnie niezbędny na posiedzeniu zarządu. Przez całą drogę do Katowic Prezes rozważał, czy wybrać opcję "jeszcze mnie to obchodzi", czy rżnąć ordynarnie głupa. Doradzałam wersję nr 2.

- Napisałam wczoraj notkę o naszej rocznicy - wyznałam w ramach przerywnika.
- Człowiek nie ma za grosz prywatności - mruknął.
- Nie chcesz wiedzieć, co napisałam?
- Nie.
- Nie?
- Nie. Ja mam dolby surround i full kolor na okrągło. Wolę nie wiedzieć, co ty myślisz. To mnie utrzymuje w pionie.
Łyżka dziegciu w beczce miodu.

Z drugiej jednak strony... Znam kilka osób, które zwariowały, bo dowiedziały się, co ja myślę. A przecież to był tylko fragment. Dłuższy pobyt w moje głowie mógłby doprowadzić do kryzysu światowego oraz masowych samobójstw. I dlatego należy Prezesa pochwalić za zdrowy rozsądek. Oraz odwagę. On ze mną mieszka!

***

Tymczasem światło dzienne ujrzały buty nr 2.
Ujęcie standardowe:


Ujęcie niestandardowe:


 Ujęcie niestandardowe było konieczne, gdyż urok i czar obuwia nr 2 w ujęciu standardowym się gubi.

Z tymi butami historia jest zabawna, ponieważ ujrzałam je po raz pierwszy, gdy kosztowały chyba ze 130. Wpadły mi w oko. Mocno. Ale 130? Mowy nie ma - pomyślałam. - Trzeba przyjść na wyprze. Po czym zapomniałam. Znalazłam je na końcu sklepu, wcale nie szukając (no bo zapomniałam). Jedne jedyne, ostatnie. Mój rozmiar. Czekały. Trudno interpretować to inaczej.
Pamiętajcie - trzeba mocno chcieć, to się zrealizuje.

Aha! Jeszcze obuwnicze oświadczenie: jestem feministką.
W białych szpilkach w kwiatki.