30 września 2013

1287

Jutro na 8.00 jedziemy z Babcią Sąsiadką do szpitala. Na tę znaczącą okoliczność zakupiłam Babci szlafrok


oraz różowe kapciuszki.

Babcia Sąsiadka była uprzejma oszaleć ze szczęścia. Najpierw nieco się wzbraniała, komentując, że takiej starej nie wypada chodzić w ładnych rzeczach (co za pomysł w ogóle?), ale oko jej błyszczało. Odziała komplet lilaróż i z przewrotną satysfakcją wyginała się przed lustrem.

Przed chwilą wpadłam do niej, by poczynić ostatnie ustalenia, a Babcia Sąsiadka zapytała, czy zechcę jej kiedyś pomalować paznokcie.
- Owszem - odparłam. - Ale najpierw wybierzemy się do fryzjera, zrobić sobie kalafiury. Potem machniemy manikiur, a na koniec przyniosę błyszczyk, który mam dla pani specjalnie przygotowany. I na urodziny życzę sobie widzieć wyfiokowaną damę.
- Co też ty tam opowiadasz!
- Czyli zaproszenie na imprezę nieaktualne?
- Jak najbardziej aktualne!
- Więc stroimy się i będziemy pić. Przewidziano jakieś picie, czy tylko ą, ę przy kawusi?
- Przewidziano!
- No to zrobimy obsuwę na całą dzielnicę. Wystrojone, wyfiokowane i nawalone będziemy wracać po nocy do domu śpiewając. Pasuje?
Odpowiedzi nie było, bo ją wyobraźnia dobiła.


A tymczasem żegnam wszystkich i wracam do prąć.

1286

Piszę sobie właśnie artykulik o zaburzeniach erekcji. Dziecko jednorodne zabroniło mi wpisywania weń osobistych refleksji typu:

Zaburzenia erekcji są oczywistą odpowiedzią Matki Natury na trwające pół życia miesiączkowanie, wielomiesięczne ciąże oraz użeranie się z bachorami, partnerami i mężami. Że już nie wspomnę o teściowych. Są odpowiedzią na brak czasu dla siebie, nieustanne wybieranie jako genialnej rozrywki - kwadransika snu. A dobrze wam tak!

Smuteczek. Szkoda.


Update
Zadanie na dziś. Wytłumacz mężczyźnie, dlaczego nie wolno pozostawiać oblepionej mlekiem dyszy do pary w ekspresie na miejscu bez mycia. Można tłumaczyć jak krowie na rowie (bo to niehigienicznie, bo się przyklei i można uszkodzić ekspres, bo nie jestem tu od sprzątania po tobie). W ciągu pierwszych dziesięciu minut nie wolno uderzyć słuchającego. No cóż... nie mówiłam, że dam łatwe zadanie.

PS Klikacie dla Mikołajka? Dziś ostatni dzień! 

1285

Psę udało się nam na noc u kogoś umieścić. Niestety nie było szans na pozostawienie jej w domu, bo Zocha odkorkowała emocjonalnie. Zdążyliśmy w ostatniej chwili. Ona niby taka dziarska, ale jak coś się dzieje, to reaguje paniką i robi się agresywna.

Karol po prostu zniknął w szafie. Edek usiłował zbadać zjawisko. Było ciężko, bo psa z przyjaźni do świata goniła go po pokoju (włączając meble) i nie miał szans na spokojne obwąchanie. Prywatnie uważam, że Edek akurat cieszyłby się z tego towarzystwa, bo sunia była młodziutka i chętna do zabawy, a on może szaleć godzinami. Zdążyła opluć nam wszystkie lustra (wyraźnie nie znała zjawiska, bo wpadała na nie), zadeptać dokumentnie łazienkę, wyżreć karmę i złapać za serce.

O szóstej rano zadzwoniła koleżanka Zuzi, która zaopiekowała się psą w porze nocnej i kazała natychmiast ją odebrać. W związku z powyższym nic nie zdążyłyśmy załatwić. U nas w domu nie ma drzwi (tylko do łazienki) i nie da się zwierząt od siebie odizolować, żeby mogły przywyknąć. Na pewno pisałam (choć nie pamiętam) o czasach, gdy do domu sprowadził się Edzio. Było naprawdę ciężko, musieliśmy skorzystać z pomocy behawiorysty, a niewiele później odeszła Tusieńka i nie dam głowy, że to było bez związku.

W każdym razie piesa wylądowała w schronie. Okropne, paskudne przeżycie. Nie nadaję się do tego.



Chorzowskie schronisko nie przyjmuje psów od osób prywatnych. Musiałam wezwać straż miejską, która przyjechała po godzinie, bo dyspozytor się pomylił i wysłał ich do mnie pod dom zamiast pod schron, gdzie sterczałam. Na szczęście w samochodzie, bo zimno jak cholera. Więc puściłyśmy sobie ogrzewanie, psa się wyciszyła i zasnęła na tylnym siedzeniu. Zuzia nie wytrzymała ciśnienia i z płaczem uciekła do domu. Biedne dziecko.
Więc przyjechali, stanęli koło mnie i pracownik psa odebrał. Ja wiem, że to na pewno ma jakieś wytłumaczenie. I gdybym wiedziała, wezwałabym ich w nocy.
A humor mam zwalony na kilka dni co najmniej.

29 września 2013

WAŻNE!!!

Ludzie - Zuzia przyprowadziła do domu psa. Śliczny, na oko czteromiesięczny szczeniak, nie znam się na rasach. Suczka. Jest czarny z białymi elementami, ktoś go ewidentnie wywalił z domu albo zgubił, bardzo lgnie do rąk. U nas zostać nie może, Zośka dostała absolutnego szału, zatłucze go. Pilnie potrzebuję domu dla gnojka. Na tę noc udało mi się znaleźć dla niego lokum, ale zapowiedziano, że tylko do rana.
PO-MO-CY!!!

Dowiozę w obrębie Śląska. Nie jestem w stanie zapewnić mu żadnej opieki, więc jak coś się nie znajdzie, rano wyląduje w schronisku :(

Zdjęcie niezbyt udane, ale trudno psę uchwycić w bezruchu.
Z inicjatywy obywatelskiej zamknięta w łazience (jedyne drzwi w domu).

1284

Niech mnie ktoś zreanimuje, bo nie mogę przebrnąć przez ocenę poziomu edukacji pacjentów, dotyczącą trybu życia po transplantacji serca. Materiały mam... papierowe. Stanowisko pracy jest do dupy. Już się nosem podpieram, a tu jeszcze z tyłu dyszy na mnie to cholerne niewzwiedzione prącie...

Solennie postanawiam być zdrowa do ostatka dni swoich.

Zofia wygląda przez okno, trzymając w pyszczku jedno dziecko. Jak się jej nudzi, to je po prostu wypluwa. Z wysokości siedzącego kota. Ciekawe czy robiłaby tak samo z żywym. Macocha.

Zu posiadła swój prezent maturalno - studencki w postaci nowego laptoka. Spała z nim dzisiaj. Ta to się umie wdzięcznie cieszyć. (Poczyniła również karczemną awanturę na okoliczność odarcia sprzętu z folii. Nie, żeby chciała mieć ofoliowany - pragnęła to zrobić samodzielnie).

Klikacie?!

1283

A co ja teraz czytam? Owszem, zdolność wykonywania tej czynności powróciła na szczęście. Nałogowo, czyli wszystko w normie. Treść czytanej publikacji jest przypadkowo jedynie zbieżna z wytwarzanymi, ale mi pomaga poniekąd. Wytwarzane bowiem wynikają z faktu coraz słabszej tolerancji alkoholu, który rozmiękcza mi wolę. Na trzeźwo bowiem uciekłabym z krzykiem. Tymczasem naturalna odporność mi spadła i masz babo placek. Rzeźbię.

Czytam otóż Nieśmiertelność autorstwa profesora Andrzeja Szczeklika (pięknie wydaną przez Znak). Niesłychanie wzruszająca książka, pobudza do myślenia. Dawkuję ją sobie z umiarem i sądzę, że na pierwszym czytaniu się nie skończy.
Nieżyjący od niedawna profesor był twórcą i kierownikiem II Katedry Chorób Wewnętrznych Uniwersytetu Jagiellońskiego, rektorem Akademii Medycznej w Krakowie, która przekształcił w Collegium Medicum UJ. Wielokrotnie nagradzany i honorowany doktoratami honoris causa, łączył eseistykę z filozofią medycyny. A przy tym znano go z improwizowanych występów w Piwnicy pod Baranami (gdzie grywał na pianinie).

Wstęp do Nieśmiertelności napisał Andrzej Wajda. Do wcześniejszej książki profesora, Katharsis, Czesław Miłosz. Nie omieszkała się na ten temat wypowiedzieć Wisława Szymborska. I sądzę, że to wystarczająca rekomendacja. Ja (czyli nikt) to tylko tak... No, zachęcam. Szczególnie w dobie powszechnego zbydlęcenia.

Skądinąd wiem, że mój prywatny ojciec zamówił już w księgarni także Katharsis i trzecią książkę tego samego autora - Kore. Szykuję się.
Co mi przypomniało lata szczenięce, kiedy, jako najsłabsze ogniwo łańcucha, musiałam zawsze czekać, aż książki zostaną przetrawione przez protoplastów, nim mogłam się do nich dorwać osobiście. No pewnie, że podkradałam. Miałam swój tajny schowek pod łóżkiem. Do dziś nie wiem, czy nie odbierali, bo go nie znali, czy też po cichu kształtowali w ten sposób moją wrażliwość czytelniczą, zakładając, że sami mogą trochę poczekać. Niemniej awanturowali się niezwykle malowniczo.

Tak. Czytaliśmy przy posiłkach. Mama od czasu do czasu zbierała się w sobie, urządzając karczemne awantury z tego powodu. Po czym sama przepadała całkowicie z jakąś książką, będąc nikczemnie wykpiwaną, co znosiła nadzwyczaj godnie. Niezwykłym wprost zdarzeniem jest fakt, że Zuzanna nie została zarażona tym bakcylem. Nie potrafię tego zrozumieć i po cichu bardzo, BARDZO jej współczuję. Biedne dziecko.

28 września 2013

1282

Ukończyłam niniejszym artykuł o jakości życia pacjentów z wyłonioną stomią.
A teraz mała ankietka.

Czy mam ochotę:
a. umrzeć,
b. porzygać się,
c. wyskoczyć przez okno,
d. obudzić się w dniu, kiedy gotowe będą kolejne dwa teksty.

Podpowiedź: jeden traktuje o zaburzeniach erekcji.

1281

Proszę bardzo.
Niestety  nie jestem uzdolniona fotograficzką, co stwierdzam z przykrością. Ale są. Moje fuksjowe szpileczki.


A następnego dnia jechałam do mamy i wykończyłam się na kobaltowo (nie daję głowy za określenie tego koloru). I nagle, och, och, przed szafą mą magiczną stojąc, zrozumiałam, że nie posiadam przystającego obuwia. A wtedy nastąpiło olśnienie! Widziałam w lokalnym spożywczaku!
No i rzeczywiście.


Odcienie rzeczywiste różnią się od tych na zdjęciu. Szczególnie na dolnym.

PS Muszę mieć dom, bo mi się buty w szafce nie mieszczą.

1280

I zapomniałabym dodać, że nikt, NIKT poza panem doktorem nie zachował resztek przyzwoitości, widząc moje buty.
Różowe buty.
Na trzynastocentymetrowej szpilce.

Ten, jako jedyny, nie skomentował.

27 września 2013

1279

Donoszę uprzejmie, że wczora z wieczora udałyśmy się z Babcią Sąsiadką na konsultację do innego lekarza. Medyk ów, powiadomiony uprzednio o naszej wizycie, wykazał się atencją, przyjaznym podejściem do pacjenta oraz dużą dozą umiejętności w zakresie manipulacji psychologicznej (w postaci np. całowania rączek, na co panie w tym wieku - w przeciwieństwie do mnie, ale zniosłam dla dobra sprawy - bywają łase).

Babcia Sąsiadka została przebadana. Zebrana i usystematyzowana przeze mnie bogata dokumentacja medyczna uległa przeglądowi. Doktor machnął USG, nie tylko piersi, sprawiającej problem, ale także drugiej i nawet tarczycy, zapytawszy wprzódy uprzejmie, czy pacjentka raczy wyrazić na to zgodę. Raczyła. A następnie tonem nieznoszącym sprzeciwu zawyrokował:
- We wtorek rano wpada pani do mnie na oddział. Zmianę usuwamy. Piersi nie usuwamy. Do południa przeprowadzimy badanie mikroskopowe i będziemy mieli pełną informację. W środę z żalem panią pożegnam i wypiszę do domu. Następnie radioterapia, bo dla pani to najfajniejsze rozwiązanie. I to już wszystko. Będzie pani żyła długo i szczęśliwie, zapomniawszy niebawem, kto pani tę dziurkę wydłubał.
- Zabieg w znieczuleniu miejscowym czy pełnym? - zapytałam przytomnie, aby już ustalić, że Babcia Sąsiadka miejscowego nie ogarnie.
- Jak szanowna pani sobie życzy - zwrócił się pan doktor do zainteresowanej.
- Uśpić! - pisnęła Babcia natychmiast. - Najlepiej na wieki, bo mam tego wszystkiego dosyć.
- Nic z tych rzeczy - zareagował doktor przytomnie. - Za żadne pieniądze nie pozbawiłbym świata takiego kwiatu, jak pani.
I tym celnym komentarzem zamknął Babci usta, a następnie pożegnał nas czule i pognał do kolejnego pacjenta (dzikie, nieprzebrane tłumy).

Chwilę trwało nim Babcia Sąsiadka ogarnęła się emocjonalnie.
- Jak to w środę do domu? - zwróciła się do mnie z lekka nieprzytomnie.
- A tak to. Zabieg zminimalizowany, dużych strat w ludziach i sprzęcie nie będzie.
- Nie ogarniam tego.
- Nie szkodzi. Ważne, że nie będzie pani musiała długo patrzeć na współcierpiących.
- Słuchaj no... A o jakim docencie on ciągle gadał?
- Pani patrzy, pani Małgosiu. Tu mam rączki - podsumowałam, kręcąc dłońmi kółka w powietrzu.
- Nie miałam pojęcia, o co chodzi, ale uznałam, że ty pewnie wiesz. Więc trzymałam buzię na kłódkę.
- I dobrze, ja wiem.
- Po znajomości tu byłyśmy, co?
- Chodźmy już, bo późno.
- Wiedźma jesteś. Wszystko wiesz i tak to jakoś załatwiasz, że... Ja to za tobą nie nadążam. Upijmy się.
- Służę. Po drodze jest Żabka, kupię wino.
- I bardzo dobrze.


A przed chwilą...
Dzwonek do drzwi - za nimi Badyl (syn Babci Sąsiadki).
Chciał podziękować.
Tak, oczywiście we wtorek pojedzie do szpitala. Tak, mamę w środę odbierze. Tak, zabierze ją do siebie po hospitalizacji. Tak, będzie jeździł z nią na naświetlania. Tak, do lekarza na wizyty kontrolne też.
I w ogóle jest wdzięczny.
ALLELUJA! Świat nawrócił i zdąża we właściwą stronę.


Update
Mam nadzieję, że klikacie dla Mikołajka? Bo finiszujemy niebawem.

26 września 2013

1278

Nie
Do
Wiary.

Boli mnie gardło. I ucho. Dawno nic mnie nie bolało (ironia i sarkazm).

Zmykam skontrolować, czy Protoplaści nie uganiają się w miejscu po balkonie, bo są zakusy. A na dwudziestą z Babcią Sąsiadką do nowego doktora.
Czymta kciuki. Doniosę uprzejmie.

25 września 2013

1277

Lukier na babeczce macierzyństwa.

W życiu piękne są tylko chwile - śpiewa głos w radiu, a ja zdrapuję lukier i oblizuję się z rozkoszą. Nic to, że nieco przeterminowany. Mam specjalny segregator, którego główną funkcją jest zachowanie świeżości produktu. W najgorszych chwilach sprawdza się znakomicie.

Bez okazji. Ot, tak. Z miłości.

Uwagę zwraca fakt bycia (jeszcze!) najukochańszą osobą
na świecie. Ba! Na Świecie!

I to wyczucie, by nie postarzać i tak już mocno stetryczałej
protoplastki. (100+200+300+400+500=1500!).

W bardziej dojrzałym wieku (córki) stałam się... niezastąpiona.
Ja i moja portmonetka.

I na koniec najsłodszy lukier, jaki otrzymuje się od osoby finiszującej w gimnazjum. Kwiat to rzadki, w pełni chroniony. Przechowuję do dzisiaj.




- Co ty tu fotografujesz? O Jezuuuu...
- Mam tego pełne szafy.
- Znowu będzie się ze mnie naigrawać publicznie?
- Niewłaściwe słowo. Chwalić się będę.
- To zielone... Czekaj, ja też chcę zrobić zdjęcie. Nie do wiary!

24 września 2013

1276

Ze specjalną dedykacją dla Zmorki. Bo mi się nie chce grzebać w archiwum.

Oto lokatorzy. Dzicy. Żadnych opłat nie wnoszą. Pożerają zasoby portfela. Kradną. Wszędzie rozrzucają kudły. Nieustannie domagają się mojego zainteresowania (szczególnie Edward). Z nieznanych przyczyn wciąż muszą się na mnie pokładać. Czasem grupami.
Okresową śmierdzą paszczą. Niektórzy bardziej.

Karol, zwany roboczo "weźtęgrubąświnię"

Zofia - najwyższe stanowisko menedżerskie w domu

Edward - kot asystujący (ew. syneczek mamusi)*

Oczywiście nie jest to moje ostatnie słowo.


* Autorką tego zdjęcia jest Ania. Kiedyś miałam gdzieś zalinkowany jej blog fotograficzny, ale mi się zgubiło. Więc odsyłam do kulinarnego.

1275

Na wietrzną rzeczy pamiątkę noszę w kolejnych portfelach niezbity dowód fatalnej jakości mego macierzyństwa. Naturalnie za cholerę nie potrafię sobie przypomnieć, o co poszło. Istnieje domniemanie, że powodem był brak pociągu do edukacji szkolnej, na co dość jednoznacznie wskazywałaby data wytworzenia dokumentu oraz wybitna koślawość pisma i wstręt do ortografii (córka polonistki).

Tak nam w pamięci zostają róże i puchy, nader łatwo zacierając rodzicielską podłość.


W kolejnym odcinku róż i puch. Dla ocieplenia atmosfery.

23 września 2013

1274

Ale żeby AŻ TAK?!


1273

Łech, łech, łech!!!
Zatrzasnęła sobie kluczyki w samochodzie. Oraz całe dobro. Torebkę, znaczy. Telefon. Wszystko.

A mówiła mamusia, że to jest dziwny samochód i nie wolno iść na łatwiznę. Nie zamykać zamka od strony kierowcy, gdy się nie ma kluczyków w garści. W ogóle nie zamykać w ten sposób, tylko normalnie.
Albowiem kluczyki już byli dorabiane.
Chyba zadzwonię do mamy. Która jest mistrzynią w zatrzaskiwaniu kluczyków w samochodzie.
Niech wie, że jej geny nie poszły na marne!

1272

...
Trudno mnie znaleźć?

Jak to policja, nigdy jej nie ma, kiedy jest potrzebna, haha.

Ależ my zawsze jesteśmy, tylko w okrojonym składzie.

Taaa... Mocno rozproszeni. Typowa reakcja chemiczna: nasycenie policjantem w środowisku spada i staje się niedostrzegalne.

No. A jak się wreszcie pojawiamy, to nas mylą z listonoszem.
...

- Mamo?
- Tak?
- Dlaczego gadasz z dzielnicowym od ósmej rano? A potem piszecie sobie smski?!
- Pewnie mu się przyjechać nie chce. Widziałaś, jak pada?
- A co on? Na rowerze się porusza?
- Ty się poruszasz samochodem, a chce ci się teraz wyjść?
- No, nie. Ale w końcu wyjdę.
- On też wyszedł.
- Po czym wnosisz?
- Przestał pisać.
- Hehe, nasyca policjantem środowisko!
...

Kiedyś mieszkałam w Siemianowicach. Po jakimś czasie zorientowałam się, że dzielnicowym jest mój kolega z klasy z liceum. Nie wiem, czy mu nie wpływało na wizerunek noszenie mi siat do domu.
W związku z powyższym uważam, że pisanie smsów jest zdecydowanie mniej obciążające zewnętrznie. I obecny dzielnicowy wyraźnie ma to przekalkulowane.

(Nie, nie robi błędów ortograficznych).

(No co? Ja mam jakiś taki charakter, że wchodzę w relacje. Nic za to nie mogę).


Update 
Zaraz przyjdzie mamaPiotra i powie: "Cała Asia, nic na pół".
Odpowiadam: "Na władzę nie poradzę. A poza tym mam taniej, bo nie wypija mi kawy".

22 września 2013

1271

Po powrocie do domu dzwonię domofonem Babci Sąsiadki. Ona nigdy nie pyta, kto idzie, tylko wygląda przez okno. Czekam z uniesioną głową.
Patrzy na mnie z góry.
- Hej, królewno! Spuść swoje warkocze - wołam.
Oczy jej się uśmiechają i grozi mi palcem. Wchodzę na górę.
- Zdrzemnęła się pani trochę?
- Tak.
- I co, lepszy humor?
- Nie.
- A co pani teraz robi?
- Płaczę i się boję.
- A ja nie mówiłam, że ma się pani jeszcze nie bać? To przepraszam. Ja sprawdzam kalendarz i poinformuję panią, kiedy należy zacząć się martwić i płakać. Zanim to nastąpi, pojedźmy do fryzjera zrobić się na laski.
- No coś ty. Po co? Jestem stara, paskudna i nikt mnie nie lubi.
- A kto pani takich głupot naopowiadał?
- Nikt mi nie musi mówić. Mnie się już nie da lubić. Zrzędzę ciągle. Narzekam. Wszystko mi się nie podoba.
- Coś takiego. To widać jakaś jestem nienormalna, bo ja panią lubię.
- Wcale że nie.
- Nie? To po co tu przychodzę?
- No nie wiem właśnie.
- Ha! Tu panią mam.
- A przyjdziesz na moje urodziny?
- Ach! Imprezka będzie? No pewnie! Tańce na rurze, hulanki, swawole?
- Myślałam raczej o kawie i ciastku.
- Trudno, niech będzie. A potem się upijemy we dwie.
- Jesteś wariatka, wiesz? Powiedziałam synowi, że chcę, żeby przyszła moja przyjaciółka. Po głowie się popukał. Że za młoda jesteś. Ale co on tam wie.
- Właśnie. Za młody jest, żeby coś wiedzieć - głaszczę ją po ręce. - Dziękuję.


Fajnie tak zasłużyć na słowo przyjaciel.

1270

Dobra, dziewczyny. Potrzebuję wsparcia i to szybko.

Rozmawiałam z Babcią Sąsiadką na temat moich wątpliwości co do zalecenia lekarskiego w postaci mastektomii wraz z wycięciem węzłów chłonnych pachowych. Babcia Sąsiadka jest bardzo obciążona, a przecież z pewnością wiem tylko o części jej problemów zdrowotnych, a nic o sprawach dziedzicznych czy czynnikach ryzyka.

Która z Was miała z guzami piersi styczność, która może mnie jakoś pokierować, co mam teraz robić? Babcia Sąsiadka zgodziła się na konsultację u innego lekarza. Nie mam kompletnie pojęcia, jak to załatwić, do kogo uderzyć najpierw, co wymaga skierowań itd. A czasu bardzo mało, bo 14 października ma się zgłosić do szpitala.
Jest ktoś ze Śląska, kto zna jakieś konkretne namiary? Rozpuszczam wici, gdzie się da.
Pomóżcie mi.

W razie czego można pisać na adres: moje.waterloo/at/gmail.com. Jak kto ma adres z nazwiskiem - korzystać. Jak kto ma numer telefonu - wysłać sygnał, oddzwaniam.

21 września 2013

1269

Babcia Małgosia ma raka piersi. 14 października idzie do szpitala na mastektomię.
Depresja, stany lękowe, nadciśnienie, cukrzyca i dwa udary to na pewno wciąż zbyt mało jak na jedną osobę?

20 września 2013

1268

Ale co? No co?!
Korektoruję. Redakcjuję. Korespondentuję, przyciskam, naciskam, prowokuję, biorę na ambicję. Posunęłam się nawet do grożenia kocią kupą.
Kto nie miał ze mną styczności na tym poletku, ten zuch. I niech sobie pielęgnuje stan ów.

Tymczasem dzwoni Matka Chrzestna.
- Poszłam do ginekologa. Na Kasę.
- We wrześniu?
- Właśnie.
- Mieli jeszcze limit?
- Nie. No to mówię pani w rejestracji, że nie ma sprawy, wezmę wizytę prywatną. Skoro już się zmobilizowałam...
- I co? Bardzo drogo?
- Zaskakująco.
- Zaskakująco drogo?
- Nie. Pani mi odpowiedziała, że doktor nie przyjmuje prywatnie.
- A to dlaczego?
- Bo on się brzydzi brać od ludzi pieniądze.

Fascynująca historia. Ciekawe, z czego on żyje. Pewnie z jedzenia.


Update: I, ach, ach, nie do wiary! Zepsuł mi się bark prawy. Czy ja wyrabiam jakąś normę za całą dzielnicę?!

19 września 2013

1267

Wraca przed północą. Wymiana uwag, chichoty. Po chwili spoglądamy na siebie znacząco. I jakoś tak ciągnie nas do kuchni.
Północ. Żremy. Pomiędzy jednym kęsem a drugim na wyprzódki komentujemy, jak to nie powinno się jeść o tej porze.
Wpół do pierwszej. Popychamy czekoladą.

- Wszyscy się ze mnie śmieją.
- Dlaczego?
- Bo jak pojawia się coś nowego do jedzenia, to ja mówię, że ty tego nie lubisz, więc nie ma co próbować, na pewno nie będzie mi smakowało.
- Jesteś klonem.
- Ano jestem.

18 września 2013

1266

O, żesz... Nie mogłam się powstrzymać.
Dlaczego nikt, uświadomiony muzycznie (np. taka martuuha), nic mi o tym nigdy nie powiedział?!
Istnieją formy życia, o których nie miałam pojęcia!


1265

Bardzo dziwne i trudne rozmowy. Takie, których człowiek zupełnie się nie spodziewa. Z kimś, kogo nie widuje się latami, a jeśli się spotyka, to ma się złe, przepełnione pretensjami relacje. W obie strony.
Nie wiem... Może trzeba było jakoś sensowniej piętnaście, dwadzieścia lat temu.
Nie wiem. Może wtedy się nie dało.
W każdym razie z pewnością mam teraz o czym myśleć. W końcu długie, zimowe wieczory za pasem.

1264

Wszystkich, co już na fejsiku, z góry przepraszam. Ale tutaj się rozwinę, więc jeszcze nic straconego.

Tak już jest, że od czasu do czasu w moim życiu pojawia się nieuchronne. Próbuję z tym walczyć, wziąć na przeczekanie, ominąć jakoś, coś tam czary mary. Mowy nie ma. Dopóki nieuchronne dotyczy spraw o profilu: złapać gumę, otrzeć zderzak o ścianę (nie ja, ona), w plecach być połamaną, to trudno. Nie ma rady. Ale czasem ono dotyczy...

Z racji zawodu poznaję przez internet różnych ludzi, współpracuję z nimi i często, przynajmniej na początku, nie spotykam osobiście. Znajomości niejednokrotnie pięknie się rozwijają w formie pisemnej. Oni mi tekścik, ja im poprawki, oni mi focha, ja im cierpliwie, czasem się godzą. A czasem nie i wtedy schody, ale w końcu przeszkody są po to, by je pokonywać.
I tak onegdaj rozwija mi się dyskusja via e-mail z pewnym sympatycznym człowiekiem płci zdecydowanie przeciwnej.
- To co? Reguły mamy ustalone.
- Owszem.
- Więc napisz, co masz napisać, i wyślij mi.
- Czy jesteś zainteresowana zdjęciami?
I już czuję to znajome mrowienie w palcach, i już wiem, że to musi się stać...
- W ubraniu czy bez?

To samo przytrafia mi się w relacjach bezpośrednich. Staram się, jak mogę, ale tak naprawdę nie mogę, bo to się pcha, szarżuje i koniec. Odwiedzam na przykład hurtownię artykułów fryzjerskich. Obsługę stanowi dwóch miłych panów.
- Czy mają panowie lakier do włosów Allwaves?
- Owszem.
- A czy mogę kupić jeden?
- Byle nie pół.
I już czuję to znajome mrowienie w języku, i już wiem, że to musi się stać...
- Ach! To znaczy, że panowie nie rżną?

- I nie próbowali udowodnić, że jednak? - docieka na fejsiku martuuha.
I już czuję to znajome mrowienie w palcach, i już wiem, że to musi się stać...
- Nie. Choć jeden był niczego sobie - odpowiadam niezwłocznie.
Naturalnie wszyscy rozumiemy doskonale, że uwaga ta pozostaje całkowicie bez związku. Całkowicie.

Tak, wiem. Nie powinnam. W końcu to nie z półki angielskiego have to, zakładającego przyczynę zewnętrzną, tylko raczej must, czyli: muszę, bo się uduszę. A przecież jestem dorosła. W końcu trafię na kogoś kompletnie wyzutego z poczucia humoru, lecz przepełnionego poczuciem honoru (za Mariuszem Szczygłem to powtarzam). I być może zarobię w ucho. Rzeczywiste bądź mentalne.
No więc nie jestem do końca pewna, jak to właściwie jest z tą moją dorosłością.


Tymczasem dziecko jednorodne, przybyłe zaledwie, dostarcza licznych atrakcji.
Już to pisemnych:


już to werbalnych:
- Mamo, tak mnie wychowałaś, żebym odnosiła się z szacunkiem do innych ludzi i nie była rasistką. Ale wierz mi... ci Hindusi to naprawdę!;

już to sensualnych.
Poziom pierwszy (otarty zderzak, jak wspominałam, mamy za sobą).
- Nie martw się - pocieszam. - Całkiem nieźle ci wyszło. Zderzak plastikowy, nic nie będzie rdzewiało, tylko lakier zdarty. I warto podkreślić, że mój pierwszy pocałunek był o wiele bardziej znaczący. Przydzwoniłam w drzewo, aż rama poszła*. W dodatku nie swoim samochodem, tylko mamy.
- Moja by mnie zabiła.
Poziom drugi.


Życie jest jednak jedyne w swoim rodzaju.

* To był Wartburg. Konstrukcja na ramie. Naprawdę.


Mikołajek na górze.

17 września 2013

JEST!



Wróciła moja kruszynka. Superwoman. I nawet nie krzyczy - przypomnijcie mi tę chwilę za parę dni.
Śliczna.
Tęskniłam bardzo.


PS Tak, nie było mnie przez chwilę. Jeździłam na szmacie. Kupowałam. Siekałam. Ubijałam. Poddawałam obróbce cieplnej.
- Gdzie moja rolada?!
No, już grzeję. Już :o)


Update: Zocha szczęśliwa, jak pączek w maśle. Po pierwotnej fazie udawania, że nie wie, kim jest osoba przybyła, nastąpiła faza druga - wędrowanie z uniesioną kitą i dawanie wszystkim do zrozumienia, kto jest szefem.
Włączyłam ogrzewanie. Kto zrobił to zimno?!

15 września 2013

1263

Byłabym zapomniała. Zdjęcie pochodzi sprzed czasu jakiegoś i wykazuje, że nie ma człowiek w domu bezpiecznego schowka, gdy wróg czyha.

Wiem, że żółte. Mam w kuchni lampę w postaci żółtych kul i tak wychodzi. 
Przepraszam, że nie czuję wyrzutów sumienia.

Śniadania dla wychodzących zawsze były wkładane do mikrofalówki. Całkiem się nieźle sprawdzało, aż przyłapałam Edka w pozie: łapy tylne i tylna część kota stoją na, łapy przednie wraz z głową znajdują się w. Całość skręcona pod katem, którego nie potrafię nawet określić.

Dzięki kotom nauczyliśmy się wszyscy porządku z prawdziwego zdarzenia. I jeszcze trochę dzięki mrówkom w poprzednim mieszkaniu. Jak raz zobaczysz ciastko, wędrujące na tysiącu odnóży, to ci się na zawsze odechce pozostawiania żywności na blatach kuchennych. Jedzenia też się odechciewa, ale tylko na jakiś czas.

Tymczasem zdjęcie potwierdza, że nie ma bezpiecznego miejsca na brudne łachy. Bo w pralce grzebie gruby, a w koszu siedzi Zofia. I trzeba cholernie uważać, żeby kota nie wyprać, choć obiegowa opinia głosi, że prać można, byle nie wirować. Ale jakoś nie mam odwagi sprawdzić tego w praktyce.
Przerobiliśmy podobną historię u rodziców, gdzie pralka była otwierana do góry i mama o mały włos byłaby wyprała kota wraz z koszulami ojca. W ostatniej chwili coś gada pobudziło i wystawił łapę. Pewnie do śmierci nie wiedział, że to mu znacznie przedłużyło bytowanie na tym łez padole.

A jak z oka spuścisz, to rozniesie zużyte skarpety po całej chałupie. Przynajmniej dźwięki przy tym wydaje, więc można powziąć jakieś przypuszczenia co do niecnych zapędów.

Dziecko wraca we wtorek. Spróbuję zrobić zdjęcie powitalne, ale nie gwarantuję, że się uda.

Pamiętajo o Mikołajku?

14 września 2013

1262

Rodzicom niedawno ucięto balkon. Warto podkreślić – w znakomitym stanie (solidna, niemiecka robota, że tak pojadę uproszczeniem), nietknięty zębem czasu od lat bez mała siedemdziesięciu. Albowiem ktoś odkrył, że w pierwotnym projekcie balkony figurowały jako drewniane. Nawet najstarsi górale nie udzielają wyjaśnień, dlaczego budynek ten niezgodnie z projektem wykończono (balustrady metalowe) i oddano do użytkowania. Solidnie zresztą, jak wspominałam, wykończono, bo czas jakby je przeoczył. Te wykończenia.

Protoplastów musiałam związać i porzucić w kącie, żeby nie wybiegali z impetem na miejsce po balkonie. Dodatkowo – demontując antenę – pozbawiono ich dostępu do telewizji. Jaka by tam nie była, przeklęta kultura obrazkowa, to jednak stanowi pocieszenie dla emerytów. I leżą teraz w kącie, pozbawieni kultury fizycznej i sportu oraz wątpliwej rozrywki. Mają za to mnóstwo czasu na przemyślenia, dotyczące bzdurnego wydatkowania ich osobistych środków z emerytur. Gdy tymczasem w rurach niesie odgłosami męczenników.

Niechże mi ktoś wytłumaczy, tylko w miarę prosto, bo ja jestem nieskomplikowana, skąd bierze się pomysł, że lepsze nie jest wrogiem dobrego. W mieszkaniu moich rodziców, znajdującym się w kamienicy o rodowodzie wojennym jeszcze, różne rozwiązania techniczne, choć z punktu widzenia dzisiejszego może nieco przestarzałe, sprawdzają się bez pudła. Ściany są z cegły, że bombą nie rozerwiesz, oddychają i pięknie regulują temperaturę. Podłogi, gdyby się człowiek szarpnął na odsłonięcie ich z tego wszystkiego, co latami przykrywało, aż porażają piękną i trwałą deską. Wykończenia przypodłogowe wmontowano w ściany na 20 cm - nie do ruszenia. I tak dalej, i tym podobne.
Te balkony, wymagające odarcia ze starych farb i wykończenia kaflami na podłogach, przetrwałyby jeszcze kilka pokoleń. Balustrad NIE DA SIĘ wyrwać ze ścian. Trzeba je było uciąć, żeby się budynek nie zawalił. W zamian, jak znam życie, dostaną coś, co po pięciu latach będzie podobne absolutnie do niczego. Gdzie zatem sens w wydatkowaniu środków?

Ja próbowałabym przekonać miejskiego konserwatora zabytków, że to jest działanie bzdurne, kosztowne i szkodliwe. Albowiem nie od dziś wiadomo, że takiej jakości, jaką potrafiono uzyskać lat temu siedemdziesiąt, dziś już się nie uświadczy. Bo każdy próbuje wszystko jak najtaniej. A kto kupuje tanio, kupuje dwa razy. Niestety.
Deski zwykle nie są wysuszone w odpowiednim stopniu i rozejdą się prędzej czy później. Finalnie całość za jakiś czas będzie wyglądała jak krzyżówka karmnika z rzygowiną kangura.

Nie, nie mam pojęcia, jak wygląda rzygowina kangura. Ale pewnie nienajlepiej. 

A przecież miło by było pomyśleć, co znajduje się tuż za końcem nosa. Czy się mylę?

13 września 2013

1261

Uważam, że listy motywacyjne to debilizm. Nie rozumiem sensu tej instytucji.

Z uwagi na zmęczenie materiału, piszę coraz bardziej abstrakcyjne. Ciekawe, czy ktoś to czyta. I czy nie dla beki.

Aha! I mleko znowu podrożało, co stwierdziłam wczoraj w sklepie. Co jest z tymi krowami?

1260

A tak w ogóle to idzie zima akurat, chwycił mróz i śnieg już spadł, a ja nie mam płaszcza. Albo jakieś żałosne strzępy sprzed lat zasiedlają mi wieszaki - i nie, żebym była znudzona, ale są już w takim stanie, że śmieją się ze mnie bezdomni - albo inne takie, co to można by w zasadzie jakąś biedę okryć, gdyby nie fakt, że się z biedy wylęgło rozpasanie i musiałabym ją okrywać dwoma. Naraz.

Tak. Urosło mi. Nie piszę, że dupsko, bo ja się brzydko nie wyrażam.

Kiedyś tam byłam w sklepie i widziałam, ile płaszcze kosztują. Więc parówkowym skrytożercom mówię stanowcze NIE! No to znalazłam sobie mimochodem taką stronę, gdzie widnieje płaszczyk, radujący me niedowidzące oko w miarę rozsądną ceną. (Zważmy, że ja jednak noszę latami). I co się okazało? Mianowicie, że łansajz. Czyli coś pomiędzy 34 a 38. I dodatkowo z bawełny, więc to wcale nie jest płaszcz, tylko tzw. narzutka. Czyli czasem chroni w pomieszczeniach, jak od okna wieje. Nie za bardzo wieje, oczywiście.

Do wyboru pozostała mi szmaciarnia, więc płynnie przemieściłam się na Allegro, bo innej tak wielkiej szmaciarni nie znam. I planuję wyłożyć jakąś doprawdy niewielką gotówkę na ten zbożny cel.
No, chyba że wróci wreszcie ta brytyjska burżujka i mi fundnie.

Tak. Sama też się ubawiłam, jak to przeczytałam.

Myślę ostatnio o karierze zbieracza puszek. Albo innego odpadu.

12 września 2013

1259

Świnie.
Płot postawili nieprzejrzysty i teraz się muszę przez okno wywieszać, żeby zrobić zdjęcie. W dodatku z takiej perspektywy zupełnie nie widać, że kopara znajduje się w dziurze jak Berlin. Czyli mamy jasność, gdzie konkretnie stanie blok. Przy śliwce. Z okien będą rwali. Dranie.


W międzyczasie padłam ofiarą wykorzystywania na wszelkie możliwe sposoby. Auto jej umyj. Na przegląd jej pojedź. Zatankuj do tego, bo inaczej nigdzie nie pojedziesz na pozostawionych oparach.
Pa, pieniążku, pa.
- Przyjedź po mnie na lotnisko i zrób na obiad rolady. I kluski. Z uprzejmości nie każę ci robić czerwonej kapusty.
- Och! Doceniam.
- Pragmatyzm. I tak nie zrobisz.

A już się kroiło, że będzie trochę spokoju. Ten pan, co ze mną mieszka, wybywa na tydzień, więc mogłabym pławić się w lenistwie i życiu towarzyskim. Ale nie. Wraca, będzie rozrzucać śmierdzące skarpety, żądać mięsnych posiłków oraz odmawiać wykonywania jakiejkolwiek pracy, powołując się przy tym na wakacje, zmarnowane przy maszynie. A także tłuc się po północy, gdy ściąga do domu. W takich chwilach człowiek skupia się uporczywie na myśleniu, że nośnik genów. Kontynuacja bytu. Metafizyka.
Bardzo się skupia.


Aha! Do Mikołajka to wiecie - górą.

9 września 2013

1258

Ha!
HA!

H A !!!

Wezwanie z poprzedniej notki się zdezaktualizowało.
Martaaaaa!!!

1257

Pragnąc wyjść naprzeciw oczekiwaniom martuuhy, zasięgnęłam języka u Kaczki, co przetarła szlaczki. Bo Kaczka jakoś tak sprawniej mebelki po pokoikach poukładała i pod obrazkiem ma drzwiczki do różnych, różnistych miejsc. Wiem, że nie tego żądała martuuha - czytelniczka abonamentowa (szczególne ukłony, do nóżek się ścielę) - ale jak spełnić jej prośbę... nie mam pojęcia. Tymczasem otwieram skrócik do dzieciaczków, przekonanych o konieczności budowania toalet, gdzie się tylko da, oraz do lepiejów, co to się nam cudownie rozmnożyły i szkoda byłoby to stracić.

Natomiast postulat martuuhy brzmiał następująco: zrób boksik na ostatnie komentarze. Bo tak się porobiło, że człowiek nie nadanża. Więc proszę bardzo - kto wie, jak to zmontować - rąsia w górę. Albo może ktoś wie, gdzie takiego gotowca znaleźć, ergo dorwać się do kodu HTML, to poproszę o link. Ja sobie wkleję. Chyba. Jak mnie rozum nie opuści całkowicie.

Ze spraw zabawnych - spotkałam dziś kolegę. Samo w sobie zjawisko nie byłoby dziwne, gdyby nie fakt, że nie widzieliśmy się lat przynajmniej dwadzieścia. I pewnie gdybym chciała się z nim skontaktować, to za cholerę by mi się nie udało. A tu wpadamy sobie na siebie pod sklepem w pobliżu naszych domów rodzinnych (ja przyjechałam do rodziców, on - jak się okazuje - co jakiś czas bywa w Katowicach i zamieszkuje naówczas w starym mieszkaniu swojej mamy).
- Stefan! - pisnęłam na jego widok. - Lata cię nie widziałem!
- O! Co u ciebie?
- No wybacz... Jak mam ci to opowiedzieć w dwóch zdaniach?
- Fakt.
Od tego momentu rozmowa potoczyła się gładko i na tematy różne, jakbyśmy przerwali ją w zeszłym tygodniu.

Najzabawniejsza okazała się wymiana zdań na temat pracy zawodowej.
- Co ty w ogóle robisz? - zapytałam kolegę ze zwykłego, ludzkiego wścibstwa.
- Jestem adiunktem na UJ-cie - westchnął, jakby nie odczuwał satysfakcji. - A ty?
- Ja? Ja jestem menelem.
- ?
- Permanentnie bezrobotna, ale mam na wino.
- Gdzie popełniłem błąd? - dociekał, kiedy zaczął ponownie oddychać.

Sterczeliśmy pod klatką moich rodziców jakieś pół godziny, więc kiedy się zorientowałam, przerwałam to szaleństwo i udałam się na górę. Drzwi mieszkania były uchylone. Wlazłam bez pytania o rację.
- Zamknąć? - rzuciłam w głąb lokalu.
- Zamknąć - mruknęła mama z kuchni. - Słyszymy cię od pół godziny i zastanawiamy się, kiedy wreszcie przyjdziesz.
Ludzieeee... poczułam się, jakbym znowu miała piętnaście lat :o))))))

8 września 2013

1256

Rąsia do góry, kto się za Dzikiem stęsknił? Luuuudzieeee... on tak klepie, że dajcie spokój. Dziś zaprezentował mi wywrotowe:
- Ciooociaaa! Na pupie z górki zjechałem!
(Rujnując sobie gatki na parkingu).
- Widziałaś, jaka KOPARA?!
(Wskazując mebel nr 2).

Szaleństwo werbalne.
Największą karą jest dla niego obecnie stwierdzenie: nie będziemy z tobą rozmawiać. Gdyż ma parcie na gimnastykę buzi i języka.

A wygląda tak:



I rządzi. I ludzkość po kątach rozstawia. I nie stosuje się do niczego. Absolutnie.


Update: Cisza się skończyła. Trwa lokalny festyn na pożegnanie lata. Ojacieżpierdzielę...

1255

Cisza.

Lubię to miejsce w niedziele. Przynajmniej lubiłam, dokąd budowa nie ruszyła, bo skutkiem budowy jest zagęszczenie ludności na centymetr kwadratowy i niebawem nawet w niedziele już tu cicho nie będzie. Tymczasem większość lasu wciąż stoi, choć ptaki chyba się spłoszyły, bo słabo je słychać. Wiem na pewno, że coś się stało, bo obudziłam się dziś przed piątą, a o tej porze zwykle strasznie drą ryje. Nie darły. I teraz też jakoś tak...

Siedzę sobie w kuchni na jedynym słusznym zydelku i pilnuję rozmrażania mięsa. Nie żeby tego trzeba było jakość szczególnie doglądać, ale Ędward nie śpi. On jest niezwykle ogarnięty, gdy w pobliżu pojawia się sugestia ścierwa. Zapobiegliwy taki. Potrafi zapobiec zjedzeniu go przez nas. Znaczy mięsa, nie Ędwarda. Po cichu potrafi zapobiec i praktycznie niezauważalnie. Więc trwam na posterunku, bo myślę, że musaka, składająca się wyłącznie z bakłażana i pomidorów może być... yyy... oryginalna w smaku.

Oprócz tego mam komputer i nie waham się go używać. W tle Maria Czubaszek, obdarzona dużą dozą mego sentymentu, mówi właśnie, że ma nienachalną urodę. To jest chodzący zbiór złotych myśli, muszę sobie w końcu kupić ten wywiad rzekę z nią. Kupić, przestudiować, przestudiować, przestudiować i jeszcze do tego powrócić. Zauważyłam już dość dawno, że istnieją książki, które zyskują przy kolejnym czytaniu. Na pewno należy do nich cała twórczość Pratchetta - w tłumaczeniu Piotra Cholewy, oczywiście (Prószyński). To, co wydaje Rebis, nadaje się wyłącznie do podpierania kulawych szafek. Tak więc wychodzi, że mam skłonność do określonego typu rozrywek: książki, które są jak wino (im dłużej koło nich chodzę, tym lepsze), wino, które jest jak wino... Nie będę ukrywała, że nawet mężczyźni, bo to się czasem w magiczny sposób łączy z intelektem.

Dobra. My tu pitu, pitu, a babka się sama nie upiecze. Idę.

Wy też idźcie.


Update: Kto dziś nie spał w nocy (oprócz mnie)? Ledwo jakiś wniosek statystyczny wyciągnę, już mi wyniki badań zepsują.

7 września 2013

1254

Ponieważ wczoraj pojawiła się rekordowa liczba komentarzy (głównie dzięki mnie, sama se piszę, a potem prowokuję), dziś czas na schłodzenie atmosfery. Chciałam o książkach, więc mało kto będzie coś mówił - tu zarechotała radośnie i zaniosła się kaszelkiem.

Bardzo lubię czytać beletrystykę, dla której tłem są miejsca mi znane. Niestety nie jestem z Poznania, więc pozostaje mi tylko oblizać sobie nos z zazdrości dla mieszkających tam czytelników Jeżycjady. Tyle książek, rozgrywających się na ulicach, którymi chadzają codziennie. Mniam. Mogą sobie śledzić każdy krok bohaterów - kilku pokoleń bohaterów! Mogą przymnkąć oczy i widzieć budynki, place, parki, słyszeć dzwonki tramwajów, buczenie autobusów, wszystkie odgłosy miasta. Mogą nawet posunąć się do takiego bezeceństwa, by zabrać książkę pod pachę, ustawić się w jakiejś opisywanej akurat scenerii i smacznie podczytywać. No, bardzo.
Nie mieszkam też w Krakowie ani w Warszawie, więc praktycznie cała radocha mnie omija. I to nie jest to samo - pojechać i zobaczyć. Czasem akcja wkracza w zaułki, których przyjezdny nigdy nie pozna; przemyka się bramami starych kamienic, o których zwiedzającym się nawet nie śniło; dotyka płotków na wewnętrznych podwórkach, do których nikt, poza mieszkańcami, nie ma dostępu. Smakować miejsca, opisywane w książkach można tylko wtedy, gdy się z nich pochodzi.

Na szczęście dla mnie, pewnego dnia na rynku literatury fantastycznej wyrósł Jakub Ćwiek, urodzony co prawda w Opolu i przez dłuższy czas zamieszkały w Głuchołazach, ale - jak się okazało - człowiek drogi, która zawiodła go na czarny Śląsk, by ten mógł stać się scenerią dla kilku powieści. Właściwie to czytałam z tej półki dwie.

Akcja pierwszej, Ciemność płonie, rozgrywa się praktycznie w całości na dworcu w Katowicach, a więc w miejscu, które dziś praktycznie już nie istnieje. Specjalnie nie piszę, że na starym dworcu, ponieważ w centrum Katowic, nieopodal obecnego węzła kolejowego, stoi stary dworzec, gdzie pociągi zatrzymywały się na przełomie XIX i XX w. Piękny, monumentalny budynek, z tego, co wiem, w rękach prywatnych. Stoi więc i niszczeje, nikomu do niczego niepotrzebny, aż się serce kraje. Można by go znakomicie wykorzystać, jest bardzo nastrojowy. Cóż... potrzeba do tego sporo prawych środków płatniczych.
W miejscu tego nowszego starego dworca wybudowano nowy, dostosowany do obsługi osób niepełnosprawnych, umożliwiający spędzenie jakoś czasu, potrzebnego na przesiadanie się z jednego pociągu do drugiego, które nie zawsze następuje błyskawicznie. Prawdopodobnie bardziej nowoczesny, czystszy i elegancki. Ale ja znakomicie znałam każdy kąt tamtego, jego paskudnie śmierdzące zaułki, estakadę (w Katowicach zawsze umawiało się w dwóch miejscach: pod zegarem, czyli u wejścia głównego stacji kolejowej albo koło żaby - naprzeciw zejścia z estakady dworcowej), odrapane kioski z gazetami, żarciem i badziewiem, stałych bywalców dworcowego baru (to raczej z widzenia).
Ponieważ całe dzieciństwo i młodość spędziłam w Katowicach (choć się w nich nie urodziłam), czuję, że to właśnie jest moje miejsce na ziemi. Znam tam różne dziwne przejścia i z prawdziwą przyjemnością podążałam za bohaterami powieści Ciemność płonie.

Ostatnio, po jakimś już czasie od wydania, kupiłam sobie Dreszcz Ćwieka i właśnie finiszuję. Tym razem akcja rozgrywa się w kilku miejscach. Odrobinę w centrum Krakowa (to każdy widział, więc dość łatwo ogarnąć), a większość w Katowicach na osiedlu Tysiąclecia (zwanym pieszczotliwie przez mieszkańców Tauzenem) i w centrum, a także w Chorzowie i w drodze pomiędzy.
Więc znów przemykam przejściami podziemnymi pod dworcem, jeżdżę tramwajem na trasie centrum - Tauzen - Chorzów (w realu nie robiłam tego od lat), siedzę na trawniku przed blokiem na Tysiącleciu, gdzie mieszkało bardzo wielu moich znajomych, uśmiecham się do Żyrafy przed ZOO, mijam AKS, w którym czasem robię zakupy czy Wesołe Misteczko.
Dużo też mówi się gwarą, która brzmi wokół mnie na co dzień.
I fajne to.
Lubię.

PS Znalazłam też dwa błędy. W Chorzowie przy USC mamy Plac Hutników, a w książce redaktor przeoczył pomyłkę i powstał Plac Hutnika. Wspomina się również o ulicy Telewizyjnej (wiadomo, pod wieżą), która w rzeczywistości mieści się w granicach administracyjnych Katowic, a w powieści występuje w Chorzowie.
No i jeszcze jedno. Żaden, absolutnie żaden Ślązak nie powie sztygar. To je sztajger!


Linka do Mikołajka nie będzie. Bo nie. Sami sobie znajdźcie. 
Dla ułatwienia podam, że znajduje się między notką 1228 a 1229.

6 września 2013

1253

Ponieważ mitenki była taka uprzejma wrzucić nam powalający link, to ja będę uprzejma podnieść go na stronę główną, żebyśta Państwo se nie musieli kopiować i wklejać.


Cudne. Lepsze niż oryginał (moim zdaniem). Inna sprawa, że ja jestem w Stence permanentnie zakochana od lat, więc pewnie trudno mnie podejrzewać o choćby strzępki obiektywizmu.

Chciałam też nadmienić, że po szczepieniu boli rączka. I teraz. Jeśli jesteś mamusią lub tatusiem nieletniego, który po wizytach szczepiennych psuje ci noce... obudź w sobie współczucie. Jestem duża, a i tak mi przykro. Raczej więc nie oszukuje, podły kombinator.

I ostatnia uwaga. Chyba dziura miała rację, bo koty strasznie pakują. Tak już od trzech dni circa about. Chyba idą słoty, pluchy, zawieruchy. Jednym słowem: ZUO!



Update.
A wicie, że wszyscy śpicie wyłącznie pomiędzy 2 a 4? Zwróciłam na to uwagę w statystykach (tam mam takie przystojne wykresiki). Rzecz się powtarza z podziwu godną regularnością.

1252

Rehabilitacja. Tak, zdecydowanie rehabilitacja. Koniecznie powinnam ją sobie...
...wykupić.
Niech mnie pocałują w krąg.
W ramach wykupywania, opłaciłam sobie szczepienie przypominające na WZW. Ale od początku.

Otóż odniosłam wrażenie, że pani doktor była jakby nieco urażona moimi wynikami badań. Prześwietlenie, nie dość, że wyszło i to ostro, to jeszcze nie wykazało zmian z półeczki: złamania, pęknięcia, przemieszczenia, wysunięcia dysków, ograniczenia przestrzeni międzykręgowych itd. Na szczęście pani doktor odkryła odwapnienia, co wpompowało w nią nieco życia i umożliwiło wydanie kilku zaleceń.
Bardzo kłopotliwa sytuacja wytworzyła się w trakcie oglądania wyników badań krwi. Wszystko w normie. WSZYSTKO.
- A ten cholesterol... - zawiesiła głos lekarka, która parę dni wcześniej eufemistycznie* przekazywała mi, że jestem zdecydowanie za gruba i za blada. - Cóż... Niesamowity wynik. Dawno nie widziałam, żeby ktoś miał taki wysoki dobry cholesterol.
- Jak wspominałam, pani doktor, taka blada i przezroczysta to ja jestem z natury. Zwłaszcza że się nie opalam, bo mi się robią od tego przebarwienia.
- Beta karoten niech pani bierze - ucięła, sznurując usta w linijkę i zajmując się wpisywaniem wyników do karty.

Dostałam końską dawkę witaminy D oraz wapnia. Zaraz to sobie skonsultuję z jedynym fachowcem, któremu w tym zakresie ufam. Ale wykupiłam. Nie jestem znowu taka. No i sprawdziłam też, że basen jest ogólnodostępny codziennie od 7.45 do 10.15. W nosie mam ich płatną rehabilitację. A trochę ruchu się przyda. Choć na myśl o zimnie ciut mnie otrzepuje.

Wynik przeciwciał WZW wyniósł 53. Na kartce stoi, jak byk: odporność osłabiona.
- Może sobie to doszczepię?
- Doszczepić to jak spadnie poniżej dziesięciu**.
- Pani doktor, jeśli można - jestem zdania, że skoro wybuliłam na to sporo kasy i dałam się trzykrotnie pokłuć, to może warto jednak tę cudownie uzyskaną odporność zachować.
- Jak pani sobie chce. Wypiszę pani zgodę.

Idę do pielęgniarek w rejestracji, które znam od lat.
- Dziewczyny, przeciwciała z WZW wyszły mi na poziomie 53.
- Ojej! To niech pani natychmiast doszczepia! Genia jest na dziecięcym. O, tędy, przez zaplecze zapraszamy. Co tam będzie pani latać naokoło.
I tak to, zamiast przejmować się plecem, przejęłam się żółtaczką. Za sześć dych. I jestem bardzo zadowolona. Tak na marginesie - wydaje mi się, że sześć lat temu płaciłam za te szczepionki w aptece znacznie więcej.

Ogłaszam koniec chorowania. Zalecenia lekarskie były do dupy, pomaga mi stary, dobry, ordynarny Kapsiplast za 2 zł. Trochę jestem jeszcze ograniczona ruchowo i bólowo, ale środków nie biorę, bo szkoda wątroby. A plastry przeciwbólowe typu APAP między bajki można włożyć. Najlepiej zostawić je w aptece, gdzie ich miejsce. Niech się tam przeterminowują.


Tymczasem na spornym terenie przybył kolejny mebel.


I poczyna sobie śmiele.


Wygryzł kawałek lasku. (Tak, wlazłam na teren budowy, żeby zrobić to zdjęcie. A co?).


Co gorsza, wykopał też wielką dziurę tuż przy śliwce.


I teraz trochę się martwię, że jeśli nie ma ona porażającej woli życia, to na wiosnę już nie obsypie się kwieciem. Korzenie poszarpane.
Źli ludzie.


KLIKU KLIK


* Eufemizm grubymi nićmi szyty.
** Poniżej dziesięciu, jak informuje karteczka: całkowity brak odporności.

5 września 2013

1251

Ach, strach, strach, rany boskie!
Rany boskie...



Och, służba zdrowia!

Najpierw gabinet zabiegowy w zakontraktowanej przychodni. Pani pielęgniarka miła, mimo że rzuciła się na mnie z ostrym narzędziem.
- Przepraszam bardzo, czy mogę coś zasugerować?
- Proszę.
- Ta. Bo widzi pani, kiedyś robiono mi tomografię z kontrastem i obsługiwał to pewien młody człowiek.
- Odporny na sugestie?
- Owszem. Skłuł mnie potwornie, a i tak się skończyło na tej.
- To ja pominę etap z próbami.
- Jestem niezmiernie wdzięczna.

Cukier 107. Luz bombalina. Reszta wyników jutro.

Następnie RTG odcinka lędźwiowego. Zupełnie inna przychodnia.
- Na którą pani umówiona?
- Na żadną. Dzwoniłam we wtorek i usiłowałam się umówić, bo obecnie oczekiwanie sprawia mi duży problem. Osoba, która odebrała telefon, powiedziała, że nie umawiają państwo na RTG. Trzeba po prostu przyjść.
- Absolutnie trzeba się umówić.
- Proszę pani, ja się ledwo ruszam. Dojechać tutaj, to dla mnie kłopot. Dlaczego udzielają państwo informacji niezgodnych z prawdą?
- Ja tam nie wiem, z kim pani rozmawiała. A przygotowana pani do zdjęcia?
- Nie wiem, co powinnam zrobić.
- Być na czczo i mieć opróżnione jelita. Również z gazów.
- Przypadkiem jestem przygotowana. Ale tego również mi nie powiedziano. Dlaczego nie udzielają państwo podstawowych informacji?
- Niech pani idzie na pierwsze piętro i poprosi technika, żeby panią przyjął poza kolejnością.
(#%^&*!!!)

Na piętrze. Pusto.
- Dzień dobry, czy jest możliwość, aby zrobiła mi pani zdjęcie kręgosłupa lędźwiowego poza kolejnością?
- A co się stało, że się pani nie umówiła?
(Opowiadanie po raz wtóry).
- Skierowanie poproszę. Nie ma pani pieczątki na skierowaniu.
(#%^&*!!!)
- Czy to znaczy, że mnie pani nie przyjmie?
- Przyjmę w drodze wyjątku. Muszę tylko zadzwonić do pani przychodni i potwierdzić wydanie skierowania.

Po operacji.
- Kiedy mogę zgłosić się po wynik?
- Za trzy tygodnie.
- Żartuje pani sobie?
- Bynajmniej. Nie mamy lekarza do opisów i są robione z doskoku, jak się ktoś kompetentny znajdzie.
- A może mi pani wydać płytę bez opisu?
- Mogę. Ewentualnie.

Moje pytanie brzmi: dlaczego służba zdrowia robi takie rzeczy? Dlaczego nie można wydać kompletnego skierowania, umówić pacjenta na wizytę, poinformować o niezbędnych przygotowaniach? A gdybym nie miała samochodu i, w zaistniałej sytuacji powolnego i okraszonego bólem dreptania, musiała jeździć komunikacją miejską od Annasza do Kajfasza zupełnie niepotrzebnie?
Świństwo.
A przecież ja sobie radzę, ale jest wiele osób: niepełnosprawnych, starych, unieruchomionych, biednych - których nie stać na wożenie się taksówkami - i co one mają zrobić?
Zwykłe, podłe chamstwo.

Poskarżyłabym się na tę lekarkę, która dała mi niekompletne skierowanie i nie powiedziała, jak przygotować się do badania, do kierownika przychodni. Jest jeden problem. Ona jest kierownikiem przychodni.
Kurtyna.


Tymczasem podjeżdżając pod dom, zauważyłam nowy mebel.


A teraz przyszli. I rżną.
Drzewa padają jak muchy. Smutne.


PS Lubię Danutę Stenkę, wiecie? Uważam, że jest śliczna.
PS2 Do Mikołajka TĘDY.

4 września 2013

1250

Wpół do ósmej jeszcze nie odgwizdali, a tu ciemność nadchodzi. Chciałam stanowczo zaprotestować. W ramach tego protestu wrzasnęłam do dziury w suficie:
- Wpół do ósmej jeszcze nie odgwizdali, a tu ciemność nadchodzi.
- Jesień idzie, nie ma na to rady - burknęła dziura filozoficznie.

Rada. Nie róbcie sobie dziur w sufitach, bo one za grosz człowieka nie potrafią podnieść na duchu.

(A dziecko oczywiście milczy).
(Flądra).

1249

Budowa trwa. Przyjechali panowie koparkowi i wbili pozostałe słupy. Poczułam atak klaustrofobii.



Za chwilę drzew między słupami nie będzie. Poczułam atak żądzy chlorofilu. Z powodu konieczności uzupełnienia pobłogosławiłam fakt, że przez nieobecność Zuzanny trawniki nie zostały skoszone (a to się ucieszy). Mogę więc iść nażreć się trawy. Roniąc krokodyle łzy, nawilżające pozostałe zieleńce z pożytkiem doczesnym.

Rozochoceni panowie koparkowi przypuścili atak na śliwkę, więc poleciałam ratować. (Poleciałam! Haha!). Widzi mi się, że odsiecz powzięta we właściwym momencie, bo za 3 minuty byłoby po wszystkim i to w sposób wielce niekulturalny, czyli poprzez atak koparką.
Ruiny i zgliszcza.


Zainteresowanym przypominam, że jeszcze niedawno śliwka wyglądała tak:


Z pomocą przybyła martuuha, gotowa osobistą piersią, nieodzianą w stosowny rozmiar biustonosza, bronić do ostatka. Szczęśliwie obyło się bez ofiar w ludziach, bo panowie koparkowi okazali się dość ustępliwi, mimo że nie widzieli w akcji naszego tandemu, a wyłącznie jedno koło, silnie w dodatku wybrakowane.

Och, powiadam Wam, martuuha jest kobietą nieznośną. Przecież zdaje sobie doskonale sprawę, że jestem obecnie uszkodzona (szczęśliwie wciąż jeszcze nie na umyśle), ale lekce to sobie waży, zmuszając mnie do bezustannej aktywności. I to nie byle jakiej.
Mianowicie muszę jedną ręką ją unieruchamiać, drugą wciskać jej do gardła lejek, trzecią wlewać do lejka kawę, czwartą wpychać pożywienie. Normalnie nic nie chce ta podła osoba. Nic! To ja rano wstaję, piekę dla niej świeże rogaliczki z konfiturami z róży (made by Chuda), a ta się zapiera wszelkimi posiadanymi kończynami. Musiałam użyć szantażu, że powiem producentce konfitur o odmowie, spowodowanej mikrą jakością produktu. Dopiero wtedy chwyciło. Chuda działa na wyobraźnię.

Nader wcześnie się Martuuha Niepokorna zrolowała, mamiąc mnie opowieściami o wizytach lekarskich. A przecież wszyscy wiedzą, że ośrodki zdrowia (hahahaha!) to odwiedzam ja. W dodatku dopiero jutro. No cóż... Może ją jeszcze czymś zwabię. I pewnie nie będzie to jedzenie.
Zastanowię się, czy mam jeszcze jakieś zalety prócz umiejętności wytwarzania posiłków.

PS Państwo klikajo.

PS2 Widziałam później, jak koparkowi obżerali resztkę owoców ze śliwki. Całkiem chwacko im to szło.

3 września 2013

1248

A tymczasem...
...myszy dokonują przeglądu wydarzeń bieżących. Nic takiej myszy nie rusza. Nic. A jak się rozwaliła, niecnota!


1247

Życie jest takie niesprawiedliwe.

Nie dość, że po wizycie w przychodni (okupionej krwią i blizną, dojechać tam i odsiedzieć w poczekalni było koszmarem) leżę martwym bykiem, co i tak nie jest komfortowe, bo zastanawiam się jedynie, czy bardziej mnie boli, jak leżę na lewym boku, na prawym, czy na wznak; nie dość, że rujnuję sobie wątrobę jakimiś koszmarnymi lekami przeciwbólowymi, które i tak nie skutkują; to jeszcze jestem oblegana przez koty, z których każdy chce leżeć ze mną, a najlepiej na mnie*.
A potem nagle trzaska okno i ten kot, co się akurat dorwał do leżenia mi na brzuchu, wystrasza się niezwykle, w ułamku sekundy cały się najeża, podskakuje i zwiewa, w skoku wydrapując mi dziurę w palcu na pół centymetra.
I jakby tego było mało, oglądam film o handlu dziewczynkami, który jest STRASZNY. I nie chcę go oglądać, nie chcę tego wiedzieć, ale muszę. Człowieczeństwo mi każe.

W czwartek jadę na badania i rentgen, w piątek znowu do lekarza z wynikami. Może wątroba wytrzyma.

Oczywiście nikt mi nie powiedział, że muszę mieć do zdjęcia opróżnione jelita. Inaczej zaciemnią obraz. I po co wtedy w ogóle pstrykać? Ale pani w rejestracji nie informuje. Może nie ma tego w zakresie obowiązków. W końcu jej nie boli, nie?
Człowiek musi sam wiedzieć. Wszystko. A jak nie wie, to jego problem. I jego ała w plecach.

Narzekam sobie trochę, ale przestanę bardzo szybko. Bo na świecie jest mnóstwo o wiele ważniejszych rzeczy.


* Ale strzeliłam sienkiewiczowskie zdanie. No, no.

1246

Kiedyś mi martuuha powiedziała (może konfabuluję, ale nie wydaje mi się, jakoby napisała to w komentarzach), że czasem jak czyta mnie i odwodnika, to się jej myli, kto jest kto.
- Jasne - burknęłam. - JASNE.
Ale oczywiście nie porzuciłam tematu.

Rzadko czytuję blogi na bieżąco. Zasadniczo zaglądam codziennie do drugiej-mamy, ale to z przyczyn osobistych (wiem, że ona robi to samo, bo mi powiedziała, hehe). Wszystkie pozostałe ulubione blogi czytuję zrywami. Mniejszymi bądź większymi. Taki już jestem sobek, zainteresowany jedynie końcem własnego nosa.
Bardzo za to wszystkich przepraszam. Po prostu od dawna już bardziej mnie wciąga życie poza siecią. W każdym razie jestem w miarę na bieżąco, bo zrywy opiewają na nadrabianie zaległości od poprzednich zrywów.

Czyli mamy już za sobą rachunek sumienia (z jakiegoś powodu to piszę) i szczere wyznanie grzechów. Pokutę solennie odbędę, jak mi nawrzucacie. O postanowieniu poprawy prawdopodobnie nie ma co marzyć. Wery sory.
I teraz do rzeczy.
Zebrał mnie zryw na odwodnika. Wchodzę i... teraz już wiem, o czym martuuha mówiła. Wydało się. Miała kobita rację.

PS Drobimex robi jedne z lepszych parówek, jakie jadłam. (Mówię o kiełbaskach bankietowych). I nawet nie są ODRAŻAJĄCO drogie.
PS2 Jak odzywa mi się jakieś przypomnienie w telefonie, to pokazuje się też w komputerze. Mimo że nie są ze sobą połączone żadnym drucikiem. Ach, lubię te produkty firmy na A!


I tego... przypominam o Mikołajku. Wiem, że nie trzeba, bo pamiętacie. Ale ja tylko tak, żebyśta się czuly dopieszczone.

2 września 2013

1245

Wyskoczyłam tylko na moment do sklepu. Nic szczególnego, drobne zakupy, nawet bez dźwigania (nie dźwigam, bo mi nie wolno - nie, nie jestem w ciąży!). Nie pamiętam nawet, po co się schyliłam. Właściwie to nie mam sobie nic do zarzucenia, bo zrobiłam wszystko zgodnie z regułami sztuki. Nie tyle się schyliłam, co przykucnęłam. I podniosłam coś zupełnie nie ciężkiego.
I mi chrupło.
Tak w okolicach krzyżowo - lędźwiowych.
Ojacież...

Zysk taki, że siedzę prosto. Ruszam się spokojnie. Nawala, że hej.
I wypraszam sobie komentarze, że w tym wieku to już tak jest. Żeby nie było, że nie ostrzegałam, bo naprawdę teraz nie jestem w humorze. Au, au.

A tu klikamy dla Mikołajka.