28 lutego 2008

Dlaczego?

Oto pytanie, które nigdy nie daje mi spokoju. Nie wiem czy ja – jako osoba szczególnie uwrażliwiona na absurdy, częściej ich doświadczam, czy też właśnie one mnie jakoś szczególnie lubią, a co za tym idzie – doświadczają.
Zorganizowani w kwestii „kto z kim i o której”, wyruszyliśmy z domu o 10.00. Bez większych przeszkód dotarliśmy do kościoła w Bielsku na 11.30. I wtedy się zaczęło. Bo rozumiecie, nie może być tak, żeby moja rodzina mogła w sposób tradycyjny przeżywać jakąś żałobę. Np. moja matka musi… zatrzasnąć kluczyki w samochodzie pod kościołem.
W Bielsku.
Wieniec w bagażniku.
Trzy osoby do upchnięcia w innych przewozach.
Po mszy rzuciłam się na telefon w celu zlokalizowania jakiejś miejscowej firmy awaryjnie otwierającej samochody. Ponieważ cały czas: to odbierałam telefon, to rozmawiałam, to nawiązywałam połączenia, zgubiłam szwagra, który jechał przed nami i prowadził na cmentarz. W pewnym momencie zauważyłam, że jestem w pacie negocjacyjnym z firmą oraz w bliżej nieznanym punkcie miasta. Zamiast wydzwaniać do firm, rzuciłam się wydzwaniać do rodziny, przy jakiej (do cholery) ulicy jest impreza, bo sto razy tam byłam, ale nie od tej strony miasta i nigdy mi do głowy nie przyszło zerknąć na adres.
Wszyscy, naturalnie, mieli powyłączane telefony.
W końcu ustaliłam adres, ponownie podjęłam negecjacje telefoniczne z otwieraczami i na niuch trafiłam na cmentarz.
W samą porę na koniec imprezy…
Niestety okazało się, że nie ma szans na „włam”, bo jedyna firma, która zajmuje się tym profesjonalnie, nie ma, że się tak wyrażę, mocy przerobowych. Prezes bez słowa wyjął mi z ręki kluczyki i pojechał do Katowic po zapasowy zestaw do samochodu moich rodziców. Po czym wrócił do Bielska. W samą porę, byśmy wszyscy wrócili na Śląsk.
Irytujące?

Na dziś zaplanowano kolejne zebranie „Klubu Nastolatków”, który od lat prowadzili wujek z ciocią. Nie od rzeczy były imprezki. Wyłudziliśmy od cioci przygotowany na dziś protokół i zaśmiewaliśmy się nad nim, dopóki nie dotarliśmy do zdjęć.
Nie wiem czy zebrania będą się jeszcze odbywały. Z ostatniej strony albumu patrzył na mnie uśmiechnięty wujek, grający na swoim nieodłącznym, imprezowym bębenku. Wyraźnie nadawał rytm jakiejś zbiorowej, pijackiej śpiewce, bo wielce był z siebie zadowolony. Trochę mi popuściło przy tym jego spojrzeniu.
I trudno nam było nie zerkać od czasu do czasu na drzwi w oczekiwaniu jego wejścia.
Czuję się okropnie.

27 lutego 2008

Ubóstwiam drrrrakę!

Wczoraj rano, niespodziewanie, dopadła mnie wiadomość o nagłej śmierci młodszego brata mojej mamy. Niewiele myśląc zebrałam swoje rzeczy i pognałam na miejsce zbiórki – w trudnych sytuacjach zawsze staramy się być razem, całą rodziną. Rzecz jest oczywiście koszmarna i nie o tym chciałam, tylko o moim ulubieniu sytuacji absurdalnych.
Siedzimy wszyscy razem przy stole, ktoś pije kawę, ktoś mineralną. Smutni, rozprawiamy na temat odchodzenia. Robi się coraz „duszniej”, jakieś zbiorowe pociaganie nosem wisi w powietrzu. Wtem, zupełnie niespodziewanie, spod stołu dobiega nas dobitne pytanie sześcioletniego wnuka zmarłego:
- Ej! A wy to w ogóle wiecie, jak jest po angielsku samochód policyjny???
Grupowo ryknęliśmy śmiechem, następnie uprzejmie zaprzeczyliśmy, jakoby kiedykolwiek dotarła do nas taka wiedza, z zainteresowaniem wysłuchaliśmy odpowiedzi młodzieńca, który dumnie był wychynął spod stołu i wyraziliśmy podziw dla jego ugruntowanych umiejętności. Kiedy emocje ucichły, dla odmiany odezwała się wdowa:
- No nareszcie. Bo już miałam wrzeszczeć: „Ciszej nad tą trumną!”. Niech ktoś opowie kawał. Nie po to całe życie spotykamy się z powodu byle bzdury, a w najgorszych chwilach śmiejemy się jak kretyni, żebyśmy teraz mieli zagęszczać atmosferę.

Fajna mam rodzinę.
Nie zamieniłabym jej na żadną inną.
A za wujkiem… Cóż. Wyjątkowo go lubiłam. Będę tęsknić.

25 lutego 2008

Dialogi późnołazienkowe

Tło, czyli tytułem wstępu:
Ponieważ w dni powszednie jestem osobą dopiętą, w dni wolne – bynajmniej. Niedzielny poranek zastał mnie w:
- bamboszkach – kolor granatowy,
- spodniach z dresu z ponaciąganymi kolanami – kolor pomarańczowy, tkanina: misio,
- bluzce – kolor biały, silnie owłosionej kotem,
- czapce mikołajkowej z pomponem – bo sobie zrobiłam kurację witaminizującą na włosy i skórę głowy, co wymagało trzymania w cieple.
Pod czapką miałam łeb obwiązany folią spożywczą samolepiącą. Pod folią – odżywka. Czapka mi nachodziła na uszy, co mi przeszkadzało, więc sobie je wyjęłam. Efekt – Gapcio z Królewny Śnieżki.
Sam smak i powab.

Występują:
Prezes
prezesowa

Czas akcji:
22.00

Miejsce akcji:
łazienka

prezesowa: Rozmawiałam dziś z J. i ustaliłyśmy, że ty mnie jednak kochasz całym sercem.
Prezes: Po czym wnosisz?
prezesowa: Po moim dzisiejszym wyglądzie.
Prezes: A tak. W istocie. W całej rozciągłości.

22 lutego 2008

Napięcie coraz bardziej wyczuwalne

Mamy już wyniki półfinałów i wiemy kto jest finalistą. Co ciekawe, nie są zaskakujące w żadnym stopniu. Przeszły dokładnie te trzy osoby, które były o to podejrzewane od samego początku, mimo że w międzyczasie nastąpiły tzw. okoliczności. Interesujące są inne sprawy. Doszły mię dziś plotki, że jedna z tych osób już się ułożyła z drugą i rezygnuje na jej korzyść. Znaczy nie rezygnuje w sensie, że mówi „pas”, tylko ustępuje, robi przejście, a w zamian otrzyma stołek drugiego po bogu. Tyż racja, myślę sobie. Lepsze układy i bycie drugim niż figa z makiem, z pasternakiem. Sama tę rozsądną i złotą zasadę wyznaję, wobec czego też mam plan bycia drugą (czyli w tle i to w dodatku od razu i bez walki), tylko po mniejszym bogu. Jeśli się uda. W związku z tymi okolicznościami, czyli zagraniem va banque, od dłuższego czasu żołądek mam zawiązany na supeł. Rano, wieczór, we dnie, w nocy. Jak Bóg da i partia pozwoli, to mi się rozwiąże (ten żołądek) w poniedziałek wieczorem lub we wtorek srana. A potem kolejne czekanie na własny kwit.
W związku z powyższymi okolicznościami niespecjalnie mam wenę, bo myślę o jednym w koło Macieju.
Informuję jedynie, że wczoraj odbyło się bilansowe zebranie wspólnoty. Z owacjami. Mój pierwszy bilans – mój sukces. Brawo.

Myśl na dziś (bardzo a propos), a właściwie dwie:

1. Nie rozstawaj się ze swymi złudzeniami. Gdy odejdą, ty wciąż możesz istnieć, ale przestaniesz żyć. 
    Mark Twain

2. Strategia polega na podtrzymywaniu przekonania wroga, że wciąż ma się amunicję.
    Henri Monnier

21 lutego 2008

Atmosfera oczekiwania

W zakładzie dla obłąkanych jest takie napięcie, że można by bez problemu w powietrzu zawiesić słonia. Trwa tzw. matura, czyli konkurs na nową derekcję zakładu dla obłąkanych po liftingu. Lifting polega na połączeniu dwóch odłamów zakładu w jeden PRZEDUPNY dom wariatów. Oczywiście w tej sytuacji całkowicie jasne jest, że wyrwanie stołka Boga Z Najważniejszych Najważniejszego I Łomatkobosko Klękajcie Narody jest zadaniem obarczonym niezwykłymi emocjami. W końcu można z tego żyć. I to lepiej niż nieźle. A poza tym – jaki wtedy człowiek ważny.
Zakończyliśmy właśnie dogrywkę etapu drugiego. Etap pierwszy – pisemny. Etap drugi – pisemny. Etap drugi d (dogrywka) ustny. Dogrywka była konieczna albowiem wyszło boleśnie na jaw, że w naszej części Ojczyzny są sami gieniusie i najlepsiejszych było stanowczo za dużo. Do etapu drugiego d weszło 6 osób. Do etapu trzeciego, ostatniego i wyłaniającego zwycięzcę (tydzień w nietrzeźwości) przechodzą osoby 3 (słownie: trzy). Nominacja na trzech największych świrów w zakładzie dla obłąkanych jest powodem obecnej gęstości powietrza. Sytuacja o tyle trudna, że nawet ja – nie byle jaki wyjadacz – nie jestem w stanie typować. Wszystkie osoby mają niezłe plecy. I kto wie, która najszersze. Mam nadzieję, że wreszcie się dowiemy i ruszy totalizator. Można wygrać niezłą kasę.
Nikogo nie będzie dziwił fakt poddawania się nastrojom, jeśli pomyśli, że od wyboru Boga zależy wszystko. Do obsadzenia jest kilkanaście stołków dyrektorskich i kilkadziesiąt kierowniczych. A koń jaki jest – każdy widzi. Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto odmówiłby ofercie kilku zer na pasku i fotela skórzanego. Tu westchnęła.
Nie bardzo stać mnie obecnie na rozważania jakiejkolwiek natury, ponieważ sama też bym chciała coś na swoim pasku lepszego zobaczyć. Więc kiwam się na krześle (jak w chorobie sierocej), a roboty żadnej, jak na złość, nie ma. Wszystko stanęło jak zaklęte. Robimy absolutne NIC.
Aż strach pomyśleć, jak machina ruszy i powpadają te rzeczy, które obecnie się kiszą. Skóra cierpnie.

Doprawdy… nie jestem wzorem cierpliwości.
O czym zawiadomił Państwa mój żołądek.

20 lutego 2008

Na szlaku

Nie do wiary! Okazało się, że mieszkam na szlaku. Prawie w centrum miasta, a na szlaku. Szlakiem tym podąża grupa młodych mężczyzn i włamuje się do piwnic.
„- Matkaaaaa! Znowu nam wlazł alygator!
 - Mówisz, synuś? Daj łopatę! I w łeb!”
No nie do wiary, drugi raz w ciągu 8 dni.
Tym razem włamali się do piwnicy naprzeciwko, czyli nie do wymiennikowni ciepła, tylko do tzw. graciarni. I tym razem skutecznie. Ukradli narzędzia mojemu sąsiadowi – stolarzowi. Ciekawe, że nie ukradli rowerów, ale dam sobie rękę uciąć, że jeszcze po nie wrócą. Przybył dzielnicowy z panem śledczym. Przybyli wszyscy sąsiedzi. Bardzo nam było ciasno w piwnicy. Ustaliliśmy na szybko i jednogłośnie, że drzwi wejściowe zamykamy na noc na zamek. I że to nie jest obowiązek jednej, konkretnej osoby, tylko każdego, kto wraca ok. 22.00. Oprócz tego zamontujemy w piwnicy kratę, bo graty gratami, ale wymiennikownia to naprawde drogie urządzenie i nie stać nas na jej naprawy w aspekcie globalnym. Bo zaznaczyć należy, że złodzieje kradną rury na złom. Ręce opadają.
Najbardziej przerażający w tym wszystkim jest fakt zachowania tych złodziei. Okazało się bowiem, że poprzednim razem nie tylko ja się obudziłam. Sąsiad z parteru, słysząc, że ktoś ulatnia się z klatki schodowej, wyjrzał przez okno i pooglądał sobie sprawców, którzy… pogrozili mu łomem. Policja od razu nas uprzedza, że w licznych przypadkach przestępcy nie mają stałego miejsca zamieszkania i niestety są wypuszczani na wolność. Może tylko ja uważam, że to jest jakaś koszmarna luka prawna. A może jeszcze ktoś podzieli mój pogląd.

18 lutego 2008

Świńskie myśli

Mam w życiu dwa marzenia. Od lat. Niezmiennie.

Pierwsze to dom.
Poranna kawa na tarasie. Najbliższy sąsiad za płotem. Własna trawa i czereśnia w ogrodzie. W wersji idealnej – kawałeczek własnego lasu. Cisza, spokój, ciepłe, letnie noce pod własnymi gwiazdami.
Oraz oczywiście – wszystkie problemy z tym związane.

Drugie moje marzenie jest TU.
I mogą sobie wszyscy uważać, że jestem wariatką. To marzenie miałoby szansę spełnić się nawet teraz. Z tym, że nie miałoby obecnie komfortowego życia.
Wobec powyższego oba marzenia są ze sobą silnie sprzężone. I spełnią się. Jestem pewna.
Kiedy tylko będę miała dom, zanim kupię komodę i garnek, w domu pojawi się marzenie numer dwa.
O czym będę wtedy marzyć? Nie wiem. Myślę, że to samo przychodzi, kiedy życie się zmienia. Może wtedy bedę chciała jechać na Seszele? A może uprawiać sporty ekstremalne? Albo zostać ogrodniczką roku? Pojęcia nie mam.
Póki co, mam dwa marzenia, a z resztą jakoś sobie radzę. I raczej dziękuję niż proszę.

A o czym wy marzycie?

Myśl na dziś:
Kto nadto się namyśla, niewiele zdziała.
Fredrich von Schiller

17 lutego 2008

Weekendowe sukcesy

Zamknęłam bilans we wspólnocie.
Napisałam sprawozdanie finansowe.
Machnęłam tzw. opisówkę, z której bezpośrednio wynika, że jesteśmy bogami gospodarowania groszem.
Ugotowałam 4 obiady.
Zrobiłam porządki i zakupy.
Spotkałam się z Rodzicami.
Poplotkowałam sobie z Krynią i drugą-mamą.

Koszmarnie pokłóciłam się z rodziną. Na szczęscie u nas takie sytuacje nie są produkcją długometrażową.

Troszkę poczytałam i jeszcze zamierzam (mam wreszcie tę wymarzoną książkę Dziewońskiego o Kabarecie Starszych Panów – pochłaniam), a teraz idę oglądać „Dzięcioła” z Wiesławem Gołasem.
Zauważam u siebie coraz intensywniejszy odwrót od produkcji bieżących na rzecz czegoś, co już minęło, skończyło się, ale ma w sobie tyle ciepła, że nie chce się do tego nie powracać.
Wiecie, że prawie zupełnie nie oglądam telewizji? Czasem się zastanawiam, po co ten abonamet płacę (bo płacę! i satelitarną też).
Przede mną naprawdę ciężki tydzień. A tak naprawdę, to ciężko będzie do 6 marca. Wtedy rozstrzygnie się plan, dotyczący mojej przyszłości zawodowej. Więc – oby do szóstego.

16 lutego 2008

Obiecałam oglądanie

I jest szansa na obejrzenie torebeczki.
O tu.
Niestety bucików nie oglądamy, bo są z poprzedniej kolekcji i  nie ma ich na stronie Ryłki.
Ale mam nadzieję, że wierzycie mi na słowo, że są ładne.

Poza tym nie piszę dziś nic, bo mam koszmarną zniżkę nastroju.
Więc lepiej pójdę do łazienki i utopię się w umywalce.

15 lutego 2008

Uwaga – horror!

Pewnego dnia prezesowa wstała jak zwykle przed szóstą. Grubo niestety. Koty wykonywały swój odwieczny taniec. Prezesowa pełzła po ciemku (a może nie po ciemku, ale nie wie, bo nie otwarła oczu) w kierunku schodów, a rozwścieczony tłum krwiożerczych ssaków wyprzedzał ją po drodze, kompletnie bez szacunku potrącając, depcząc i popedzając okrzykami.
Prezesowa spełzła na dół i udała się do kuchni, celem przygotowania śniadanka dla ociekających śliną potworów. Ustawiła miseczki (ssaki ustawicznie tańczą, potrącają i pohukują) i wyciagnęła rękę do góry po puszkę z karmą.

Dygresja.
Karma dla ssaków jest w siedzibie Stadła przechowywana w pusze metalowej z kotkiem, w pozycji leżącej, na maleńkiej półce umieszczonej na wysokości 1,80 m. Zawędrowała tam po wyczynach Zofii, która znalazła znakomity sposób na dopominanie się o posiłek. Otóż Zofia siadała na blacie przy puszeczce i spokojnym, powolnym, wyważonym ruchem jechała pazurami po puszce. Nie znalazł się nikt, kto byłby uodporniony na ten dźwięk. Finalnie puszka znalazła się na górze, bo inne opakowania i szafki ssaki sobie otworzą. No…. może w grę wchodziłby jeszcze piekarnik, ale to chyba bez sensu.
Koniec dygresji.

Przebudzenie spłynęło na prezesową w momencie dotknięcia puszki. Była PUSTA.
Gwałtownym ruchem prezesowa rzuciła się do ukrytego w kącie opakowania, w którym Stadło przechowuje większe ilości karmy, czyli zapasy. Opakowanie zamknięte na cztery spusty.
Było PUSTE.
Prezesowa zdrętwiała. Taka sytuacja nie miała miejsca jeszcze nigdy.
Trzy pary czujnych ślepi z niepokojem śledziły każdy ruch prezesowej.
Prezesowa poczuła się poważnie zagrożona. Rakiem wycofała się z kuchni i biegiem ruszyła na górę.
- Nie ma żarcia dla kotów – wyszeptała panicznie, szarpiąc Prezesa za ramię.
- To się kupi – jęknął Prezes przez sen.
- Ale WCALE nie ma!
- To pójdę do sklepu…
- Ale sklep jest czynny od siódmej!
- To pójdę o siódmej.
- Ale one na mnie patrzą!!!
- Co ja zrobię – mruknął Prezes i obrócił się na drugi bok.
Prezesowa bezszelestnie zsunęła się po schodach i uciekła do łazienki. W ostatniej chwili rzuciła okiem w kierunku kuchni. Trzy pary podejrzanie zmrużonych ślepi popatrywały na nią z dezaprobatą.
Prezesowa bez słowa zatrzasnęła za sobą drzwi i dla pewności przekręciła zamek.
Kto wie, co mogło się wydarzyć…

14 lutego 2008

Wysoki Sądzie, to się stało zupełnie przypadkiem

Wysoki Sądzie!
Już dwa tygodnie usiłuję dojść do banku. Niby jest niedaleko, ale pogoda nie sprzyja, nie chce mi się wyjść, nawet jeśli mogę. Pewnie bym to już załatwiła, ale przy okazji fuzji kawałka mojego banku z innym bankiem, część placówek sobie poszła i mam teraz nie po drodze.
Trudno więc mi się dziwić, Wysoki Sądzie.
Dziś się wreszcie zdecydowałam i wyruszyłam. Już w trzeciej sekundzie wyruszenia uznałam, że pomysł był ZŁY, bo padze. I to w dodatku coś bliżej nieokreślonego. Jednak głupio się było wycofać. Jak się już zwolniłam u dyrekcji, to nie ma to, tamto. 
Więc brnę. Zabrnęłam. Kolejki nawet nie było, bo pora chyba niechodliwa. Załatwiłam, co było do załatwienia i postanowiłam wrócić inną drogą niż zabrnęłam. Inna droga wiedzie przez główną ulicę handlową, na prawo od rynku.

I chyba nie można mieć do mnie pretensji, Wysoki Sądzie, że sobie kupiłam te buciki, tak?
W końcu ja korzystam z doświadczeń.
A doświadczenia są takie, że nie ma co zbyt długo się namyślać.
Poza tym kosztowały 119 zł, więc nie ma o czym w ogóle gadać.
Mam rację?
To proszę o łagodny wymiar kary.

Myśl na dziś:
Istnieje kilka dobrych zabezpieczeń przeciw pokusie, ale najpewniejszym z nich jest tchórzostwo.
Mark Twain

13 lutego 2008

Mężczyźni to ZŁO

Dwa tygodnie temu prezesowa z Prezesem i Potomstwem weszli niechcący do Baty, bo wciąż jeszcze trwają wyprzedaże i o tej porze można nabyć but zimowy za bezcen. Obuwie prezesowej nie zainteresowało, ale kątem oka dostrzegła niezwykle pociagającą torebeczkę. Posuwiście i pod ścianą, dla niepoznaki przeglądając kozaki młodzieżowe, zbliżyła się do niej i łapczywie zajrzała do środka. Prezesowa lubi torebeczki z przedziałkami i kieszonkami, a nie znosi worów, w których długopis gryzie w tyłek kartę kredytową, pchającą się na szminkę. Torebeczka pod tym względem była wprost zachwycająca. Z drżeniem ręk prezesowa odwróciła metkę i z zadowoleniem spostrzegła, że torebeczka jak najbardziej pozostaje w jej możliwościach finansowych. Radośnie zapięła zamek, rączym kłusem ruszyła w stronę Prezesa i ustawiła się przed nim w pozie kuszacej, niewykluczającej rzęs firanek.
- Niepokoisz mnie – czujnie zareagował wprawiony w bojach Prezes – Jest coś na rzeczy?
- Torebeczkępięknąznalazłamijestminiezbędziewprostpotrzebna – odparła radośnie prezesowa jednym tchem.
- Torebeczkę? – załamał się Prezes – Czterdziestą piatą? Mowy nie ma! Torebeczki nie da się nosić bez nowych bucików, już ja cię znam. Chodź stąd szybko, bo mi słabo.
Na takie dictum prezesowej nie pozostawało nic innego, jak śmiertelnie się obrazić i w pozie naburmuszonej udać się do domu.
Czas mijał.
Prezesowa harowała w pocie czoła, uzgodniła ten %$#*(%$&* bilans we wspólnocie, a także zrobiła 25748349178988779 innych rzeczy, które predystynowały ją do wszelakich nagród. Nie można powiedzieć, Prezes ślepy nie jest. Przybył do domu i bezczelnie oznajmił:
- Kochanie, idą Walentynki. Pomyślałem sobie, że w tej sytuacji oraz w uznaniu twych szczególnych zasług na niwie, wyrażam zgodę na zakup torebeczki.
Prezesowa, która rzeczoną decyzję i tak już podjęła, lekce sobie ważąc zdanie Prezesa w tej sprawie, poczuła koniunkturę i postanowiła kuć żelazo, póki gorące. Natychmiast po pracy wparowała do Baty, rozejrzała się czujnie jak pies gończy ogar i uderzyła do sprzedawczyni.
- Proszę pani, widziałam u państwa piękną torebeczkę (tu szczegóły) i chciałabym ja nabyć. Tu i teraz. Natychmiast i szybko.
Pani sprzedawczyni spojrzała na prezesową z wyższością, wydęła wargi, prychnęła i odpowiedziała:
- Cha, cha! Proszę pani! Chyba pani żartuje.
- Absolutnie. Jestem poważna jak głaz.
- Nie ma.
- Jak to nie ma? Przecież to nowa kolekcja?
- Wyszły.
- Jak to wyszły?
- Proszę pani. Jak do nas przychodzą takie madrze uszyte torebeczki, to schodzą na pniu. Skończyły się we wszystkich Batach na całym Śląsku.

Myśl na dziś:
Mężczyźni to ZŁO!!!
Nigdy, ale to absolutnie NIGDY nie słuchajmy ich w żadnej sprawie.
Gdyby nie oni, czterdziesta piąta torebeczka byłaby naszą własnością!
Tu i teraz.

12 lutego 2008

Porozmawiajmy o czymś zabawnym

Wczoraj pracowałam w domu do 23.30.
Nie skończyłam i część spraw zabrałam ze sobą rano do biura.
Już pracuję.
Po południu pracuję w spółdzielni.
Wieczoram orka we wspólnocie.
Obym w ogóle wybrnęła z impasu.

Czas na pytania.
Nie uważacie, że powinnam być potentatką finansową?
Dlaczego nie jestem?

Myśl na dziś:
Istotne problemy, z którymi się zmagamy, nie mogą być rozwiązane na tym samym poziomie myślenia, na którym je stworzyliśmy.
Albert Einstein

11 lutego 2008

Wypadki chodzą po ludziach

Ale nie tylko.
Po świętych też.

Photobucket

Ten wypadek nawet odrobinę przerażający, nie sądzicie? I nie chodzi mi bynajmniej o ubytek na kiecce.
Choć nie święci garnki lepią, to nie mam pewności, czy anioł to przeżył.

Myśl na dziś:
Największą satysfakcję intelektualną sprawia mi przedstawienie spraw trudnych w sposób możliwie jasny i przystępny. Jeśli bowiem ktoś tego nie potrafi, to znaczy, że sam danej kwestii nie rozumie.
prof. Władysław Tatarkiewicz

PS W zalewie kretynizmu oraz nabzdyczenia, trudno mi się dziwić, że po takim stwierdzeniu zajmuję w stosunku do Profesora pozycję naklęczną.

10 lutego 2008

Umiejętnie rozdzielam zadania

Na przykład Potomstwu każę leżeć w łóżku.
Słucha mnie zaledwie połowicznie i część dzisiejszego dnia tam właśnie spędziła. Obecnie przebywa przed komputerem, powrzaskując sobie na temat pracy redaktora bezczelnego gazetki szkolnej. Ponieważ jestem osobą rozsądną i zdaję sobie doskonale sprawę, że nic nie wskóram, dbam jedynie o skarpety na nogach i bluzę na garbie. Niech będzie, że można ze mną negocjować.
Prezes na szczęście lepiej przeszkolony. Kazałam mu zrobić obiad i on robi. Powrzaskując od czasu do czasu na okoliczność dziur w edukacji kulinarnej. Ale zapachy są przyjemne.
Sobie kazałam pracować, ale strasznie się od tego migam. Znaczy jeszcze się nie wzięłam i udaję, że zdążę. Jaki będzie efekt, pojęcia mnie mam.
Oprócz tego kazałam Kryni i drugiej-mamie ze mną rozmawiać. To, jak one mnie traktują, to jest po prostu skandal. Jedna wisi na telefonie i uniemożliwia mi dodzwonienie się, a druga w ogóle doprowadziła do kompletnego rozładowania aparatu i ni hu hu. Przynajmniej jedną udało mi się zdyscyplinować, korzystając z dobrodziejstwa komunikatorów internetowych.
Ładuje się.
Zobaczymy, co z tego wyniknie.

9 lutego 2008

Jestem przeokropnie niegrzeczna

A to wszystko dlatego, że jak tylko wydarzy się w moim życiu coś:
- zabawnego,
- budującego,
- ciekawego,
- zastanawiającego
- i inne,
zaraz lecę, żeby was o tym powiadamić. Z tego powodu zostałm ochrzaniona przez własne dziecko, ale oj tam.

Do rzeczy.
W nocy jakaś świnia włamała nam się do piwnicy. Właściwie to o mało co, a by się włamała, ale zniszczyła nam drzwi wejściowe oraz piwniczne, prowadzące do wymiennikowni ciepła. Na szczęście, mimo przynajmniej jednej pary drzwi do wymiany (koszty!), tuman do środka się nie dostał. Na szczęście, bo – choć nie przechowujemy w tym pomieszczeniu jako wspólnota żadnych przedmiotów, to aparatura tam się znajdująca jest droga jak cholera. Nie mówiąc już na przykład o dokonaniu przez złodzieja przy okazji ewentualnej awarii ciepła w całym budynku.
Przed południem udaliśmy się z Prezesem, jako ciało, do komisariatu policji, celem złożenia stosownego doniesienia o popełnieniu czynu karalnego, gdyż mniemamy, że to do nas należy. Odbyliśmy krótką i niepodnoszącą na duchu rozmowę z dyżurnym, który załamał się nerwowo po przedstawieniu mu celu naszej wizyty oświadczejąc, że co dziś za dzień, do diaska, to już któreś z rzędu włamanie na naszej ulicy, a w dodatku mają cztery zatrzymania i wszyscy funkcjonariusze urobieni po pachy. Finalnie nie miał kto nas wysłuchać. Jako że jesteśmy ludźmi ugodowymi, zostawiliśmy panu adres i numer telefonu informując, że nie ma sprawy i stawimy się, jak będą mieli wolne moce przerobowe.
O godz. 17.30 zadzwonił domofon i przybył do nas funkcjonariusz po cywilu. Przyjęliśmy go przewrotnie kawą i ciasteczkami, usadziliśmy przed komputerem, żeby nie musiał bazgrać ręcznie (Gospodi! jakie oni robią błędy ortograficzne, a word chociaż trochę wspomaga w tej materii), przedstawiliśmy mu problem, dokonaliśmy spisania notatki służbowej, odebraliśmy zapewnienie, że zgłosi się do nas dzielnicowy, bo i tak nie ma co wszczynać sprawy, gdyż złoczyńca nie zostanie ujęty, sprawa będzie umorzona, a wizyta dzielnicowego jest więcej warta, bo reszta to nawet funta kłaków.
Oświadczenie przyjęliśmy ze zrozumieniam, w końcu znamy życie.
Funkcjonariusz odbył z nami swój pierwszy raz (Kryniu, jak widzisz, inni też mają ze mną swoje pierwsze razy) albowiem, jak nas natychmiast poinformował, nigdy jeszcze w życiu nie miał możliwości spisywania dokumentacji na komputerze u pokrzywdzonych w domu. Bardzo mu się podobało.
Na koniec obdarowaliśmy pana z uśmiechem nową teczką na dokumenty, bo ta, którą miał ze sobą, była po prostu żałosna.
Funkcjonariusz spłonął rumieńcem jak dziewica, a oczka mu się zaświeciły.
- Czy ja powinienem traktować to jako gadżet reklamowy? – spytał nieśmiało.
- Ależ naturalnie, nie jest to nic innego – odparłam zgodnie z prawdą.
- Znaczy, że nie osiągam żadnych korzyści majątkowych?
- Absolutnie. Po prostu został pan zmuszony do przyjęcia tego całkowicie bezwartościowego gadżetu.
- Strasznie się cieszę. Bo wie pani… to co ja tu mam, to służbowe jest. I już się rozpada ze starości. A wie pani, jak to u nas ze sprzętem…
- Ależ nie ma o czym mówić.
Funkcjonariusz, rodosny jak skowroneczek, życzył nam miłego wieczoru i ruszył w dalsze interwencje.
A Prezes pojechał do Obi celem zakupienia blach, wkrętów i innych tam. Bo drzwi trzeba zabezpieczyć. Zanim kupimy nowe. Z blachy. Bo rzeczywiście brak ogrzewania w lutym jest fatalnym pomysłem.

8 lutego 2008

Powiedzonka roku z zakładu dla obłąkanych

Na przyjaciół, pojawiających się w chwilach sukcesu:

„Świat się ze mną dzisiaj buja
i znajomych mam od ch..a”

Z tego samego powodu:

„Cieszę się, gdyż mam nową przyjaciółkę.
Od wczoraj.
Konkretnie to od 19.00″

Na długofalowe plany firmy:

„Doszłam do wniosku, że naszej firmie trzeba zapewnić drogę prawidłowego rozwoju. W tym celu od dziś będziemy spotykać się wieczorami i stawiać tarota”

Na sposób odnoszenia się do siebie w pracy:

„- Jaka pani dziś dla mnie miła…
 - Tak, mam korzystny biorytm”

Naturalnie żadne z powiedzonek nie jest mojego autorstwa. Ale serce rośnie, jacy my teraz europejscy.

Myśl na dziś:
Człowiek, który nie czyta zupełnie niczego, jest lepiej wyedukowany niż ten, kto czyta tylko gazety.
Thomas Jefferson

7 lutego 2008

Jak utrudnić sobie życie – odsłona pierwsza

Właściwie nic oryginalnego. Wystarczy pojechać do sklepu.

Prezesowa skończyła pracę i w drodze do domu postanowiła (słusznie skądinąd) uzupełnić zapasy żywności. Ostatnimi czasy prezesowa nieco niedomagała, a co za tym idzie – jakość wykonywanych zakupów stała pod znakiem zapytania albowiem, jak wiadomo, Prezesi stworzeni są do innych celów. Już pod sklepem prezesowa odrobinę się skonfundowała odkrywając, że nie ma w ogóle drobnych, więc o wózku nie ma co marzyć, bo to nie Tesco (dla niezorientowanych: w Tesku wózki są bezmonetkowe) i trzeba będzie wlec koszyk. Pilnie dokonała korekty planu zakupów, bo nie jest wielbłądem, a ma jeszcze przecież torebkę tyciusią (jak listonosz). Nastrojona pozytywnie wkroczyła i uczyniła, co należało.
Wlokąc za sobą kosz wypełniony do granic skonstatowała, że dziecko dzwoniło o picie. Chwyciła w zęby dużą butlę i nie ocierając potu z czoła (zima jest, nie? prezesowa nosi płaszcz, a w sklepie jest ciepło), bo nie miała wolnej kończyny, rączym czołganiem zmierzała do kasy. Przy kasie niestety był mały korek, pani z agencji pracy tymczasowej troszkę sobie nie radziła, więc prezesowa, która nie zdążyła jeszcze wypakować góry dobra na taśmę, postanowiła przenieść się do kasy numer dwa. Pełnym poświęcenia ruchem zerwała się do biegu, żeby nikt jej nie uprzedził. I wtedy się zaczęło.
Przed prezesową stali w kolejce mili starsi państwo z bochenkiem chleba i plasterkiem sera, a kończyła się kasować młoda matka z dyszącym, wyrywającym się i wrzeszczącym trzylatkiem. Kasjerka nacisnęła podsumowanie i…
- 65,18 – powiedziała.
- Ojej… – uroczo spłoniła się młoda matka – nie mam tyle. Mam 50 zł.
- To proszę coś odłożyć – zaproponowała uprzejmie kasjerka i zadzwoniła po panią od storna.
O dziwo pani stornowa przybyła bardzo szybko. Ale to nic nie znaczy, bo młoda matka nie mogła podjąć decyzji, co jest jej niezbędne do życia. Po 10-minutowym namyśle odłożyła płatki śniadaniowe, 3 czekolady, ciasteczka kruche za 7,35 zł i jeden jogurt. Było ciężko, wiem. Bez ciasteczek ani dydu.
Kasa się uzgodniła, dziecko zostało unieruchomione i wrzaski zginęły w oddali. Mili starsi państwo załatwili sprawę od ręki i przyszła kolej prezesowej.
- 63,27 – podsumowała kasjerka.
Prezesowa spokojnie podała kasjerce kartę kredytową i zajęła się pakowaniem zakupów.
Uwaga na marginesie: prezesowa rzadko korzysta z jednorazowych siateczek, bo ich nienawidzi, ma zakupione w IKEA piękne papierowe torby (udźwig: 30 kg – ale nie udało mi się wypróbować, bo tyle nie pociagnę), które – niestety – po ostatnich zakupach zostały w domu.
- Karta nieważna – kasjerka wydała wyrok, groźnie spoglądając na prezesową, którą jakby kto ukłuł w tyłek.
- O przepraszam – zachichotała nerwowo indagowana, przypominając sobie, że rzeczywiście, ważność karty upływa z końcem stycznia – Ma pani rację. A ja mam nową kartę.
- Nic nie szkodzi – odpowiedziała kasjerka, przyjmując od prezesowej tę samą kartę, tylko z nową datą.
Prezesowa, wyluzowana, kończyła pakowanie. Tłum za plecami gęstniał.
- Karta nieważna – nieco wyższym tonem oświadczyła kasjerka.
Zza pleców prezesowej ozwał się pomruk tłumu, który gęstniał. I w tym momencie prezesowa (kretynka jedna) przypomniała sobie, że kartę trzeba aktywować w bankomacie.
- Pani poczeka sekundę – pisnęła prezesowa i rzuciła się w kierunku bankomatu, który – szczęśliwym zbiegiem okoliczności – znajdował się własnie obok kasy. Z wrażenia włożyła kartę odwrotnie i wywiązała się szamotanina.
Pomruk tłumu stał się jakby wyraźniejszy.
Na szczęście sytuację udało się opanować, bo tłum gęstniał i prezesowa szczęśliwie opłaciła zakupy. Tłum westchnął. I w tym momencie okazało się namacalnie, że wszystkie reklamówki, których użyła prezesowa, mają wadę w postaci dziury na spawie…
- Cóż, ma pani gorszy dzień, jak widzę – podsumowała kasjerka, a tłumowi przebrało, więc naparł, żądając natychmiastowego kasowania.
Spłoniona wdzięcznym rumieńcem prezesowa zbierała dziadostwo z podłogi, a jej wyjście ze sklepu było po prostu spektakularne. Rekord na setkę z obciążeniem. I pisk opon na parkingu.

Czy muszę dodawać, że w tamtej poprzedniej kasie kolejka wymieniła się zgoła trzykrotnie?

Mysl na dziś:
Pieniądze są lepsze od ubóstwa, chociażby ze względów finansowych.
Woody Allen

6 lutego 2008

Dzień deszczowy i ponury

Siedzę sobie w pracy i myślę, że właściwie to chciałabym siedzieć zupełnie gdzieś indziej. Na przykład na wyspach Bahama. Zresztą nie jestem wybredna, mogę i na Seszelach, co mi tam. Przeżywam permanentny brak nasłonecznienia, co mnie demotywuje zdecydowanie. Nie wiem, jak wy, ale ja zdecydowanie urodziłam się w niewłaściwej szerokości geograficznej. A może i nawet w długości. W każdym razie w całej rozciągłości. Naturę mam południową (wrzaski), a urodę niepołudniową, ale mogę się podciągnąć. Jestem gotowa na ustępstwa, co mi tam. Się blond ściągnie, się opali, się zwolni i wykorzysta sjestę. Nie jestem znowu taka uparta, żeby nie ustąpić w żadnej dziedzinie. 

W pracy zabawnie – dwie kierowniczki w dziale, a jak ja poszłam na zwolnienie, to ściągnęli kierownika z urlopu. No cóż – bez wyrobnika nie razbieriosz. Czekam na zmiany, które zostaną potwierdzone w przyszłym tygodniu, a nastąpią od 1 kwietnia. Tymczasem nawet w przyszłym tygodniu, jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, to i tak nie będę się cieszyła. Nie ma co głupieć na zapas. Upiję się, jak dostanę papier do ręki. Upiję się, powiadam wam. Nigdy tego nie robię, ale tym razem trzeba oddać cesarzowi, co cesarskie. Koniec wyrobniczenia.
Jeśli wszystko nie pójdzie po mojej myśli – postanowiłam zmienić pracę. W końcu na zakładzie dla obłąkanych świat się, nieprawdaż, nie kończy. Zmiany są potrzebne. Pracuję tu już 8 lat, na trzech stanowiskach i uważam, że jeśli nie Oksford, to co? Myślę, że człowiek w ciągu lat ośmiu może się sprawdzić i awansować, a jak się nie sprawdza, to może powinien pójść gdzieś indziej. To pójdę. Na Seszele ;o) 

Myśl na dziś:
By ukarać mnie za moją pogardę dla autorytetów, los mnie samego uczynił autorytetem.
Albert Einstein

5 lutego 2008

Kobieta domowa prowadzi obserwacje

Rano przyjechali panowie i rżną. Bez skojarzeń, proszę. Gałęzie rżną. Najpierw urżnęli trochę zaraz niedaleko moich okien.

O:

Photobucket

A potem się, cholera, rozkręcili. Przerzucili się na drzewa rosnące kawałek dalej i rżną je tak po kawałeczku od jakichś 5 godzin. Melduję posłusznie, że drzew jest coraz mniej i zaczyna wyglądać, że znikną w całości. Panowie mają jakby werwę.

O:

Photobucket

I normalnie mnie to martwi, bo nie jestem fanką wycinania drzew w mieście.
Tak, wiem: trzeba podcinać gałęzie.
Tak, wiem: Śląsk jest bardzo zielonym miejscem.
Ale, do diaska – bez przesady!!! Ja okropnie lubię to, że mam drzewa ze wszystkich stron, że patrzę na laseczek, że zielono i intymnie. Tymczasem od frontu stan zadrzewienia uległ całkowitej anihilacji, bo okazało się, że teren był prywatny i firma wytła. Potem się dowiedziałam, że mój laseczek nie jest mój, tylko miasta i miasto go wytnie, bo sprzeda teren pod zabudowę.
Przepraszam bardzo… Czy ja sobie kupiłam mieszkanie pod laskiem, czy pod blokiem? AAA??? Jak się tu wprowadzaliśmy, to zaczynało wyglądać, jak w bajce o śpiącej królewnie, co to ją las nieprzebyty zarósł ze wszystkich stron. A dziś się zdecydowanie pogorszyło.
I ja, proszę państwa, protestuję! Ze wszystkich sił.
Póńdę i zadzwonię do Prezesa, żeby mi kupił domeczek. Najlepiej pod laskiem. Albo w lasku. Z kawałkiem lasku. Żeby mi nie wytli.

Widzicie? Muszę wracać do roboty, bo bycie kobietą domową mi nie służy.

4 lutego 2008

Mój pobyt w domu jest atrakcyjny

I to nie tylko dla mnie. Bo, że dla mnie, to chyba jasne. Nikt mi nie rzęzi do ucha. Nikt mi poleceń nie wydaje. Głupich przeważnie. Nikt mnie nie posyła niewiadomo dokąd. To plusy. Aha: telefony wyłącznie oczekiwane. To mnie trochę dziwi, ale ok.
Mój pobyt w domu atrakcyjny jest zwłaszcza dla kotów, które uwielbiają, jak ktoś je niańczy całymi dniami. Ostatnio mają dobrą passę. Najpierw Potomstwo chorowało tydzień przed feriami. Potem były dwa tygodnie ferii, z czego jeden spędziliśmy w komplecie. Następnie przez pół chwilki były same nim zaraza ścięła mnie jak młodą brzózkę i znów ktoś siedzi z nimi w domu, niańczy, wysłuchuje przemówień (w nieprzyzwoitej ilości), podkarmia i ogólnie dba.
Nie ma jak być kotem.

Trauma pojawi się w najbliższym czasie, kiedy wszyscy wybędą koło siódmej.
Póki co, Karol zmontował do mnie mowę erudycyjną, a następnie, dla podkreślenia jej wagi, wlazł na biurko, siadł przede mną i miział mnie wąsami po twarzy. A potem ziewnął mi prosto w nos. Koszmar. Co on je?
To są właśnie chwile, kiedy cenię sobie swoje życie zawodowe.
Ot i wszystko.

3 lutego 2008

Zaprzeczanie schematom

Wbrew temu, co Szanowni Czytelnicy sobie tam myślą, w naszym domu nie tylko Karollo zdobywa wszelkie chwilowo zwolnione przez nas miejsca. Naturalnie, wpycha się na fotele. W dodatku z prędkością światła. Ot, kaszlnął sobie człowiek solidnie, aż go podniosło, a po kaszlnięciu siada na kocie. To fakt. Było do okazania.
Nie możemy jednakże obciążać tą upierdliwą cechą wyłącznie Karolla. Albowiem w sukurs przychodzą mu inni. Aż strach pomyśleć, co by było, gdybyśmy stracili żałosne resztki rozsądku i ściągnęli do domu więcej zwierząt.
A muszę wyznać, że królik miniaturowy przewija się ostatnio przez rozmowy dość istotnie.
NIE!!! Natychmiast porzucam tę myśl.
Nie możemy wszakże zapominać o mojej maleńkiej słabości w postaci świnki, prawda? Zaledwie jakiejś trzydziestopięciokilowej słabości. No.

Ale do rzeczy.
Więc: podsiadają, zajmują przedziwne miejsca, wpychają się i korzystają z wszystkich udogodnień, z których my korzystamy i w dodatku starają się nas z nich wypchnąć.
I mam na to dowody.
Wysoki Sądzie: dowód nr 1!

Photobucket

2 lutego 2008

Daję głos

Wpadam tu właściwie tylko dlatego, żeby wam powiedzieć, że nadal żyję. Wyobrażam sobie bowiem, jak niepowetowaną stratą byłoby dla was moje przeniesienie się do lepszej rzeczywistości. Właściwie to tak się pocieszam, bo nie ma, jak pomyśleć sobie w chorobie, że komuś na człowieku zależy, ktoś czeka i tęskni.
Zwłaszcza, że obecnie jestem na etapie: „nikt mnie nie kocha”, „świat się na mnie mści”.
Tak pewnie będzie do momentu, aż przestanę gorączkować.
Naprawdę to myślę sobie, że mnie nawet samo chorowanie tak nie męczy, tylko świadomość, że nie jestem panią samej siebie. Słaba jak staruszka, trzy kroki zrobię i siadam, bo się męczę. Co za gówno, moiściewy! Nie znoszę takiej niemożności panowania nad swoim ciałem.
Najwyższy w swojej dobroci, najwyraźniej znając moje nastawienie, oszczędza mi zwykle tego typu atrakcji. Wobec tego jeśli już się pojawią, to ja je przyjmuję z pokorą, choć naturalnie jestem nieszczęśliwa, jak porzucony szczeniak. No inie bezrefleksyjnie.
Poza tym przyjdzie mi nadrobić liczne zaległości.
Zaczęłam poważnie myśleć nad wejście w posiadanie prywatnego laptopa, bo jak człowieka zmoże, to by sobie chociaż pizgnął w skrabelki, a na siedząco nie da rady. Jakbym miała wersję prywatną (Prezes ma, ale służbowy i go zabiera na całe dnie do pracy – co za brak zrozumienia), to bym sobie czytała i grała na leżąco. A że nie mam, to kicha.
Przynajmniej jest weekend i mogę sobie powisieć na telefonie z Krynią i drugą-mamą (taki mam pakiecik wykupiony). To cieszy.

1 lutego 2008

Leżę

Najbardziej męczące są: brak snu spowodowany gorączką i bóle nóg. Z tego samego powodu. Poza tym wszystko gra, bo od kataru jeszcze nikt nie umarł ani od kaszlu czy od innych tam pierdół.
Dziś obudziłam się o 2.40 i nie spałam aż do 7.00. Przysmyczyłam sobie laptopa do łóżka i przeczytałam wszystkie zaległe notki na moich ulubionych blogach. Ostatnio nie miałam czasu nawet na drugą-mamę, a to już jakaś pomyłka.
Chciałam nawet napisać notke, ale jak pomyślałam o waszych minach, kiedy zobaczycie godzinę wpisu (np. 4.20), to zrezygnowałam.
Obecnie przewietrzyłam sobie pokój, zaścieliłam łóżko, zrobiłam pranie, zjadłam sniadanie, wypiłam kawę i chyba wrócę na górę z książką. Oto plus tej sytuacji – mogę sobie gnić, ile chcę i czytać do upadłego. Akurat mam do przeczytania kilka pozycji, więc zamierzam nurzać się w tej przyjemności, ile wzlezie. Zaraz jeszcze zrobię listę zakupów, wyślę Prezesowi mailem i tyle wysiłku na dziś. Albo wrzucę jeszcze jedno pranie. O!