31 stycznia 2016

2210

Ale że co? Że pora na nowy kapciuch? JUŻ?!


Biedny, biedny pies. Nawet miejsca do spania nie ma w tym hotelu.
Tak, pod psem są SKARBY.

2209

Eduś wyraźnie chce się zakolegować.
Zosia i Karol tolerują obecność Leśniewskiego, żywiąc przy tym głęboką nadzieję, że nigdy nie zostaną zmuszone do kontaktu cielesnego. A Eduś odwrotnie. Dochodzi ostatnio do niesłychanie gorszących scen: Leśniewski gnije na kanapie, Edzio wokół krąży, krąży, zacieśnia krążownik, sterczy przy kanapie wąchając Leśniewską stopę i wszystko dążyłoby ku szczęśliwemu finałowi (konfetti, rozbłyski gwiazd, rzygające tęczą jednorożce), gdyby nie Leśniewska nadpobudliwość.
Pies porusza się w sposób, który koty irytuje.

W każdym razie z prawdziwym zainteresowaniem obserwujemy rozwój sytuacji.

***

A jutro Dzień Gracza.
Poranek być może przywitam Kalmsem.

28 stycznia 2016

2207

Jak donoszą dobrze poinformowane źródła, Karol przywlókł z garderoby podkoszulek Prezesa i podarował go Leśniewskiemu. A ten oczywiście - do skarbca.


Ostatnio sypia jak smok - na swoich skarbach. Ma wtedy pewność, że nikt mu niczego nie rąbnie, gdy tylko zmruży oko.

2206

A gdy już wszystko zje, obiegnie, rozszarpie, obszczeka i obszcza...


Państwo zwróci uwagę na stopki złożone na podusi.

27 stycznia 2016

2205

Z rzeczy pierwszych - Leśniewski otrzymał swój pierwszy gotowany posiłek (mięsko, warzywka, ryż) i wrąbał go z takim entuzjazmem, że wióry szły. Nie, no co Wy - Prezes się złamał. Z uwagi na smród. Następnie Leśniewski padł na ciepłą podłogę i odpalił program "Szczęście in progress".
Koty jedzą na piętrze lub na ćwierćpiętrze, czyli na blacie kuchennym. Póki co - nie ma opcji, żeby jadły jak ludzie, czyli na podłodze, bo odkurzacz.
Eduś nadal bardzo pomocny.
Wszystkie koty dość widocznie wyluzowały, co napawa mnie radością.

Prezes donosi, że w ciagu dnia Leśniewski zaadaptował do swoich potrzeb kapciuch. Pewnie sądzi, że pańskie oko konia tuczy i trza dobytku strzec, bo wokół sami podli złodzieje, co to się na pewno na jego przecudnej urody obmamlaną owcę połaszczą.

Zuzia zakończyła kolejna sesję i wszyscy jesteśmy bardzo szczęśliwi. Choć trzeba przyznać, że nieźle szło jej gotowanie zastępcze. Gdyby coś zawaliła i załapała poprawkę, mogłoby się wręcz skończyć na myciu okien.

Z uwagi na te rozczulające wydarzenia, nagrodziłam się torebką.


Państwo niczym nie kręci - mam pomór torebkowy. Wykańczają się stadami. Poza tym potrzebowałam dużą czerwoną, bo mam od lat przecudną, podarowana przez Prezesa torebunię w tym kolorze firmy Wojewodzic, ale stylową, czyli: Mamusi Muminka vel angielskiej królowej. A przecież wiadomo, że arabska kobieta musi ciągnąć ze sobą cały dobytek. Do tej mieści się spory laptop i jeszcze jest miejsce na pół litra.

A w ogóle to schudłam siedem kilo i torebka mi się należy jak psu buda.

26 stycznia 2016

2204

Uprzejmie informuję, że współpraca psa marki Lesio z kotem marki Edzio w sprawie kradzieży z włamaniem oraz spożycia z folią parówki firmy Morliny jest NIEDOPUSZCZALNA.
Nie, żeby mi było jakoś szczególnie szkoda parówki, ale folia jest po prostu niezdrowa.
I ten rodzący się układ też jest niezdrowy, szczególnie że Eduś zabawia się w filantropa i rzuca psu całe paczki przysmaków-gryzaków. A pies nie jest od tego.

No, ludzie...

25 stycznia 2016

2203

To jest pies.
Pies ma kapciucha.
W kapciuchu pies ma skarby.
I Wielką Kość.


Dziś pies stanął przed ogromnym wyzwaniem. Dostał swoją pierwszą w życiu Ogromną Kość (taki gotowiec ze sklepu) i od razu kazano mu zrozumieć, że musi oddać. I to w najlepszym możliwym momencie - kiedy była już troszkę nadgryziona, cudownie ośliniona, taka pyszniutka i wyjątkowa. I tak pachniała...
A ona wtedy przyszła, powiedziała "oddaj" i zabrała. Jacy ludzie są podli, to ustawa nie przewiduje.

Za pierwszym razem pies warknął, więc usłyszał potężną reprymendę. Na wszelki wypadek wymiękł. Potem było już tylko lepiej.
- Każdy, kto przechodzi, odbiera psu kość - zarządziła ona-zła. - Pies musi oddać kość każdemu domownikowi, nie tylko mnie.
I pies oddaje. Bo co ma zrobić, biedny pies.

***

Pies został dziś sam z kotami na dłużej, bo rodzina pojechała na pogrzeb. Po powrocie Zuzanna zastała:
- miskę na kanapie,
- kupę w kuchni,
- brak skarpetki, która gdzieś powędrowała,
- swoją mysz do komputera w stanie agonalnym w psiej skarbnicy,
- psa na zakazanym pięterku.
Nienawiść wzbudziła demolka myszy. Westchnęłam, oddałam własną i zobowiązałam:
- siebie do sfinansowania nowej,
- Zuzię do zamykania drzwi od pokoju.

Koty żyją, nie wyglądają na uszczerbione.

***

Mowa pogrzebowa była udana, co wnoszę po zadowoleniu werbalnym bliższej i dalszej rodziny zainteresowanego. Oraz łobuzerskich uśmiechach reszty gości obecnych na stypie. Co prawda Prezes podsumował, że ksiądz mógł dostać palpitacji na moje alkoholowo-tytoniowe wybryki sprzed ołtarza, ale został zlekceważony. Natomiast tato zawinszował sobie, abym wygłosiła mowę na jego pogrzebie, gdyż podobno mam dryg, ale poszczułam go bliższą znajomością - zarówno jego samego, jak i licznych wybryków.
Nie skomentował.

I popłakałam się tylko raz. Na koniec. Więc to się prawie nie liczy.

23 stycznia 2016

2201

Czego nauczył się Lesio przez tydzień?

Po pierwsze, że kot to nie jest śliczna, mięciutka, futrzana zabawka na szybkich łapkach. A oberwał od Karola tylko raz i to bez strat w ludziach i sprzęcie. Co prawda jest kocimi lokatorami zafascynowany do granic wytrzymałości i chętnie by przytulił oraz odgryzł te pyszne, sterczące, malutkie uszka, ale stara się jakoś wytrzymać.

Po drugie, żeby nie lać i nie robić kupy, gdzie popadnie. Chodzimy z nim na spacery najrzadziej co dwie godziny, załatwia się w ogrodzie i jest bardzo z siebie dumny.

Po trzecie - sprzątać zabawki. Ma swój kącik ze skarbami, czyli osławiony kapciuch, w którym oczywiście nie spoczywa, ale przechowuje. Czego tam nie ma! I piłeczka, i kosteczka, i sznur do gryzienia, i miska (co tak będzie pusta stała). Jak mu ośmiuset piłek braknie, to idzie do kociego drapaka i jakąś sobie odgryza. Albo wyciąga nową z tzw. dziupli. I do kącika. Czasem zanosi gdzieś miskę, a następnie układa w niej piłeczki - wtedy ma czego strzec jak oczka w głowie.

Po czwarte, że wieczorem zostaje na parterze. Co prawda próbuje nieustanie zalogować się na górze, ale ostatecznie, pełen rezygnacji, wybiera pomiędzy którymś z foteli a kanapą, układa sobie poduszeczki i zapada w sen.

Po piąte - szaleć z radości, że już wstaliśmy i teraz będziemy biegać, skakać oraz, ma się rozumieć, JEŚĆ. Stara się też ze wszystkich sił nie grzebać w kuwetach. Ja to doceniam - kocie gówienka na pewno są przepyszne i trzeba mieć wiele silnej woli, żeby im się oprzeć.

Po szóste: w miarę przychodzić na wołanie. Kluczem jest sformułowanie "w miarę". Oraz przynosić i oddawać piłeczkę. W miarę.

Po siódme - zwiewać z posesji. Natychmiast po przekroczeniu granicy głuchnie. Jest doskonale głuchy od urodzenia. Mozart głuchoty. Zapewnia mi tym samym tężyznę fizyczną, bo ganiam gnojka jak głupia, żeby nie zwiał na ulicę. A potem wlokę go, opierającego się ze wszystkich sił, pouczam, co mu zaraz wyrwę i kończę upocona po cebulki włosów. Dzięki tej zabawie sprowokował mnie też do wymyślenia rozwiązania w postaci koksowania psa, żeby urósł i nie mógł się wymknąć między szczebelkami (niestety wymyślił, jak to zrobić, ale nie korzysta zbyt często i nie zostawiamy go samego na zewnątrz).

Po ósme - okazywać zadowolenie po powrocie ze spaceru poprzez galop i wskakiwanie na osobę, która nieopatrznie zaległa na kanapie. A następnie zalizywanie jej na śmierć, a gdy wznosi okrzyki obronne, skakanie po niej i szarpanie za gacie. Jest z siebie na tę okoliczność szalenie dumny. Ale najpierw siada w wiatrołapie na szmacie do wycierania psich stópek. A jak ktoś zapomniał rozłożyć przed wyjściem, to siada na szmacie do obcieku obuwia. I grzecznie czeka, żeby wytrzeć mu nóżki. (W trakcie wycierania ze szczęścia odgryza wycierającemu głowę).

Po dziewiąte - zostawać w domu na niedługi czas tylko z kotami. I nikogo nie zabić oraz nic nie zdemolować.

I wreszcie po dziesiąte... że matka jest święta. Jak huknę, to umie nawet zatańczyć walca. Drogowego. Jestem ostatnią instancją i potrafię zmusić tę krnąbrną istotę do różnych rzeczy, których ABSOLUTNIE nie ma zamiaru robić. Ta umiejętność jest najcenniejsza, bo zapewnia nam szczęśliwy byt na długie lata.




Dziś był najszczęśliwszy na świecie, bo wzięłam go na ręce. Tkwił przytulony w bezruchu i pomrukiwał. To ostatnie takie szaleństwa, bo za parę kilo będzie po sprawie. Niech ma.
Dobre z niego dziecko i straszny pieszczoch. Mógłby się ukochiwać godzinami.

22 stycznia 2016

2200

Z cyklu: pieskie życie.



Na tej kanapie tak niewygodnie, to się na mnie uwalił.
I sapie.

2199

Przepraszam, że się nie odzywam, mamy wiele barwnych, a nawet mrożących krew w żyłach przygód, ale wczoraj odszedł po długiej chorobie dziadek Dzika - tata mojej ukochanej przyjaciółki. No i smutno.

Poproszono mnie, żebym go pożegnała na pogrzebie, więc zbieram się w sobie. Nie chodzi wcale o to, że  nie wiem, co powiedzieć - był szalenie barwnym człowiekiem i mogłabym o nim gadać godzinami, tylko w takich sytuacjach mówić trudno, bo klucha. Chciałabym się nie rozbeczeć na forum publicznym, a pewnie mi się nie uda.

Źródła donoszą, że umarł z uśmiechem na ustach i do ostatniej chwili wariował - cały on. Bardzo go lubiłam, był świetnym kompanem do wódeczki, pełnym pozytywnej energii, dobrych, ciepłych uczuć do bliskich i to było widać. Sam bardzo ciężko chory od lat, zawsze myślał o szczęściu i bezpieczeństwie całej rodziny. Był najdłużej żyjącym w Polsce pacjentem, leczonym Glivekiem.

Zupełnie nie potrafię sobie przypomnieć czasów, kiedy był dla mnie ojcem przyjaciółki - panem Zygmuntem. Odkąd sięgam pamięcią, byliśmy na ty. I o ile nasza kobieca przyjaźń zaczęła się dopiero od drugiego wejrzenia, bo od pierwszego serdecznie się znielubiłyśmy, by po jakimś czasie wpaść na ten sam pomysł i postanowić dać tej drugiej jeszcze jedną szansę (owocnie, co mogę stwierdzić po dziesięciu latach), o tyle z panem tatą przypadliśmy sobie do gustu natychmiast. Wobec powyższego zostaliśmy Asią i Zygusiem, co trwało przez długi czas, aż do wczoraj.

Mam mnóstwo wspomnień z nim związanych, z czego pokaźną część mogę zlokalizować w kuchni. Udawaliśmy się tam na każdej imprezie i to jest moja główna linia obrony. Zaczajaliśmy się za rogiem i Zyguś strzelał swoje nieśmiertelne hasło:
- To ty patrz czy moja żona nie idzie, a ja sobie chlapnę.
Wysoki Sądzie... poproszę o łagodny wymiar kary - ja tylko stałam na czatach.

Raz posunął się wręcz do granic absurdu. Usłyszawszy, że ktoś nadchodzi, wepchnął mi w rękę swojego papierosa, a następnie głośno i dobitnie pouczył:
- Asia, ja ci mówię: rzuć to świństwo!!!
Wesoło mieliśmy.

Ostatnia nasza wspólna impreza odbyła się w grudniu. Poszliśmy z Zygusiem - jakżeby inaczej - do kuchni i paląc spoglądaliśmy przez okno na nocny pejzaż.
- Dobrze ci się mieszka? - zapytał.
- Rewelacyjnie. Może chciałbyś zobaczyć, co? Powiedz tylko kiedy, to przyjadę po was, posiedzimy przy kominku, dostaniesz łiskacza, pogadamy.
- Na wiosnę byłoby fajnie. Na tarasie byśmy posiedzieli - odpowiedział, jakby lekko nieobecny. - Ale wiesz przecież, że ja nie dożyję do wiosny.
Nie zdążył do  mnie przyjechać. Krępował się odwiedzać kogoś spoza rodziny ze względu na efekty uboczne swojej choroby.

Na przełomie roku leżał kilka dni w szpitalu. Wpadłam do niego, przyniosłam książki - żona siedziała grzecznie na krzesełku w kącie sali, a wokół leżącego jak basza Zygusia uwijały się dwie pielęgniarki.
- Ty to się umiesz urządzić - zaśmiałam się. - Od kiedy nie pracujesz, wyraźnie ci się nudzi, a tu laski się wokół uwijają i jeszcze cię głaszczą. Tylko jak się czujesz z myślą, że żona na to patrzy?
- Właśnie! - huknął. - Kochanie, idź już sobie do domu, odpocznij.
Taki był z niego dowcipniś.

Wierzę głęboko, że w zygusiowym niebie trwa właśnie niezła bibka.
Nie wypij sam wszystkiego, dobra? Bo ja się trochę spóźnię.

21 stycznia 2016

2198

Przydybałam, ale na schodach. Karol załapał się jedynie na drugi rząd, bo Edward jest żądny widowiska, jak - nie przymierzając - rzymska hołota.


Przeżyliśmy skandal kiełbasiany.
Otóż Eduś ma pewne nawyki. Na przykład uważa, że gdy ja kroję kiełbasę, to jestem zobowiązana rzucić mu kawałek, a on za nim pobiegnie, dopadnie, zamorduje i pożre. Zamyśliłam się, zapomniałam, że jest trudna sytuacja i sięgnęłam po wędlinę. Eduś przybył natychmiast - kiełbasa jest silniejsza od wielu lęków. Przybył, to rzuciłam. Eduś skoczył, dopadł i już miał zamordować, gdy nagle Lesio skoczył i też zapragnął dopaść, a jest dwa razy większy i ma rozdarty ryj.

Zakotłowało się.

W wyniku kotłowaniny Edek otrzymał swoją kiełbasę na schodach, które przebiegają przez obrzeża kuchni (jak widać na załączonym obrazu). Konkurencja w dostępie do kiełbasy została znienawidzona.

20 stycznia 2016

2197

- Jestem twoją wymarzoną kobietą, prawda? - rzucam w przestrzeń, spoglądając na swoje odbicie przed wyjściem na spacer z psem.
- Uwielbiam patrzeć na was przez okno. Te turbolacie, w które masz wsadzone spodnie z dresu, jak u Jakuba Wędrowycza. Kaptur na głowie, absurdalnie niepasujący do tego wszystkiego płaszcz, obowiązkowy pet i ten pojebany pies, okrążający cię pięćset razy. Zawsze wtedy myślę, żeby skoczyć po telefon, nakręcić film i zamieścić w sieci z opisem: "Bezdomni kręcą mi się po ogrodzie".


***

Padły ostatnie szańce - Eduś doszedł do wniosku, że zbyt wiele z Big Brothera go omija. Okazuje się, że pierwszy rząd został zaplanowany na trzy koty. Muszę uchwycić taki moment, kiedy one z zapałem śledzą z kominka psie poczynania. Będą Państwo zachwyceni.

Pies jest za to zachwycony, bo byłam w mieście, gdzie są SKLEPY i przywiozłam mu różne pyszności. (Tak, kotom też przywiozłam, co za pytanie!). Dostał nadziewaną kosteczkę wielkości mikro i był nieobecny przez godzinę. Właściwie nie wiem czy udało mu się ją zmęczyć, czy też ukrył gdzieś przemyślnie.

A w domu śmierdzi i nie mogę odkryć źródła.
Mam węch jak myśliwski ogar. To przekleństwo.

2196

O, Wy sępy bezlitosne! Macie! Tak, sam się tak urządza - szlachta!


19 stycznia 2016

2195

Postępy w relacjach są przeogromne. Jak to nie należy między zwierzęta wpychać paluchów! Lesio jest u nas zaledwie czwarty dzień, Zośka drzemie w gabinecie Prezesa na dole, Karolek wykupił abonament (miejsca w pierwszym rzędzie) na widowisko life pt. "Pies w domu" i nawet Edzio, bardzo uprzejmie poproszony i przekupiony chrupkami, schodzi kilka stopni, ale zaraz ucieka. Faktem jest, że pies po prostu genialny: na górę praktycznie nie wychodzi. W związku z tym koty mają azyl, w którym zawsze mogą się schronić. I wcale nie muszą uciekać pod łóżka, wystarczy rozłożyć kota w pościeli.

Zosia postanowiła wrócić do żywych ignorując psa, choć oczywiście bacznie go obserwuje. Karol jest Lesiem po prostu zafascynowany (nie podejrzewałabym). Ma przy tym niezbędną dawkę ruchu, bo z pierwszego rzędu na kominku widać albo salon, albo hall. A przecież trzeba znać całość odcinka, więc gdy ja stoję w hallu i rzucam piłkę do salonu, to pies jest to tu, to tam. Więc Karol łazi po kominku zgodnie z ruchem piłki. Oczywiście o żadnym zbliżaniu się nie ma mowy, ale widzę, że chętnie by Lesia powąchał, tylko po kociemu - cichutko i od tyłu. Sęk w tym, że to ruchliwa bestia, więc kończy się na burczeniu z jednej strony i pojedynczych szczeknięciach z drugiej.

Tylko mamusi laluniek, biedaczysko, jest najmocniej zestresowany. Poza tym wiadomo - mój kot, mój pies. Konkurencja. A Eduś nie lubi. On chce mieć cały świat dla siebie, a nieśmiały. Nie wypuszczamy też kotów, póki co, na spacery, żeby nie przeżywały stresu związanego z ruchomym torem przeszkód przy powrocie. Jak się w miarę oswoją i przestaną stresować obecnością Lesia, zaczną z powrotem uskuteczniać przebieżki. Każdy musi mieć pewność, że dom jest tym właśnie miejscem, do którego należy - w razie potrzeby - uciekać.

W każdym razie - jest barwnie.
Oby do przodu.

2194

Moi Drodzy!

Ja tu wyjaśnię oficjalnie, co już napisałam w komentarzach. Otóż nie martwcie się, że z Lesia wyrośnie jakiś Lech. Mnie jest naprawdę wszystko jedno. Z chwilą, gdy jakiekolwiek zwierzę przekracza próg naszego domu i zostaje laluńkiem mamusi, jego wygląd, wzrost i zarost nie mają żadnego znaczenia. Przecież i tak wiadomo, że członkowie mojej rodziny są najpiękniejsi na świecie.

Nie szukaliśmy małego gabarytowo psa. Ani dużego. W ogóle nie szukaliśmy nikogo konkretnego, skoro upadł pomysł z ryżym lwem. Po prostu postanowiliśmy komuś pomóc, dać dom, przytulić do serca i wygląd nie ma z tym związku. Zależało nam jedynie na szczenięciu - a to ze względu na wprowadzanie do domu kociego. Nie mamy doświadczenia z psami, co oświadczam z pełną pokorą, więc nie bardzo mam pomysł na adopcję dorosłego psa. Szczeniak się nauczy, gdzie jego miejsce (na kanapie z mamusią), koty ustawią go odpowiednio i wszystko będzie git.

Nie mamy więc doświadczenia, ale mamy duże serca. A przy tym mamy też mózgi, bo serce to trochę za mało. Czytamy, dokształcamy się cały czas. Nie popadamy w hurraoptymizm, pies nie należy na pewno do łatwych, jeśli go odpowiednio nie wychowamy, wlezie nam na głowę. Przy tym podkreślam, że ustawianie Lesia na końcu łańcucha pokarmowego w naszej rodzinie nie ma nic wspólnego z miłością. Pies jest po prostu zwierzęciem stadnym, a w stadzie role i miejsca są ściśle wyznaczone. Myślę, że on tego potrzebuje bardziej niż my. A niunianie przez mamunię jest przecież w pakiecie.

Po tych kilku dniach wyraźnie widać, że to jest mój pies. Oczywiście zachwycamy go wszyscy, ale jak trwoga, to matka najlepsza. Poza tym nie ma jak wyciągnąć kilometry psa na kanapie (na pleckach), nos mi włożyć pod pachę i tak drzemać. A gdy wstanę - zeskoczyć rześko, biegać, skakać, szaleć i udawać się do kąta z miną skrzywdzonej niewinności, jeśli pogrożę palcem.

Prezes jest świetnym wychowawcą, co zostało udowodnione na kotach. Ma wiele cierpliwości i jest nieustępliwy. Jak się Lesio drze na kota, to Prezes interweniuje, delikatnie acz stanowczo zmuszając go do uległości. No cóż, musi się nauczyć, bo to, co wybaczamy słodkiemu szczeniaczkowi, może nie nadawać się do wybaczenia 30-kilowej landarze. A poza tym: czego Jaś się nie nauczył...

Ogólnie Lesio jest cudny. Pogodny, przyjacielski, żywy, ruchliwy, szczęśliwy, że nas ma. Jest też pojętny, dzięki czemu napięcie w relacjach międzygatunkowych zmniejsza się z dnia na dzień. Powolutku, zgodnie z kocimi potrzebami i bez interwencji z naszej strony - czyli pospieszania. Oczywiście nie oczekujemy jakiegoś optymizmu, w zupełności wystarczy nam obojętna tolerancja. Byle wszyscy mogli funkcjonować w miarę niezakłócony sposób.

Jeszcze za krótko jest z nami, żeby w pełni zaufać. Instynktownie garnie się do mnie, co nie dziwi. Jest przecież malutki, a ja jestem mamą i on to na pewno czuje. Serce mi wczoraj pękało, kiedy jechaliśmy sobie we dwoje samochodem do lecznicy. Grzecznie leżał na siedzeniu pasażera i strasznie płakał - nie wiem czy ktoś go nie wywalił z samochodu. A on jeszcze nie ma pewności, że to się nie powtórzy. Całą drogę odbywaliśmy więc rozmowę wyjaśniającą, że tu jest DOM, tu jest RODZINA i NIGDY, PRZENIGDY się go nie pozbędziemy. Zostanie już z nami na zawsze. Liczę, że kiedyś zrozumie i uwierzy.

W tym wszystkim strasznie mi żal Edka i muszę mu poświęcić więcej czasu.




PS Moi Drodzy Psiarze!
Dołączywszy do grona powiem Wam jedno: nie macie pojęcia o życiu. Dziś dałam Lesiowi tabletki: a on wziął, zjadł i jeszcze był zadowolony. Spróbujcie, mądrale, podać tabletkę kotu!!!

18 stycznia 2016

2193

Trzydzieści kilo?
TRZYDZIEŚCI KILO?!

Przepraszam bardzo, ale muszę ochłonąć po wizycie u weterynarza.

Poza tym koszmarny maminsynek. Kroku beze mnie nie zrobi. Wchodzę do domu, Prezes wychodzi i woła tumana, żeby poszedł się wysikać, a ten nie. On z mamusią będzie siedział na fotelu. Albo na kanapie, najlepiej na mojej głowie.

W lecznicy zrobił taką bardachę, że wstyd się znowu pokazać. Szmata go zaatakowała. Wielka, zła szmata chciała go pożreć i musiał dramatyzować przez piętnaście minut. Ale żebyście widzieli, co zrobił po zastrzyku! No, jak żyję, nie trafiłam na taką histerię. Wył, płakał, rzucał się na plecy, gryzł, co mu się napatoczyło - a to wszystko służyło wyłącznie do wlezienia mi na ręce. Z tej mianowicie pozycji świat w ogóle nie jest groźny.

Ale kino przy wychodzeniu z gabinetu... W każdym razie musiałam go nieść do samochodu na rękach. Jego. Karmę. Leki. Książeczkę. Telefon. Portfel.
Psa se do domu przyniosłam.
To mam.

***

Niestety biegunka jest na tyle niepokojąca, że dostaje antybiotyk. Oraz do jutra ma głodówkę. Żal mi małpiszona, widać, że go ssie. Za to mamy pyszną karmę, kupioną u weterynarza. I, hmmm, ma dostawać porcje dla szczenięcia dużego psa.
No, paczy Państwo - a adoptowałam szczeniaczka, co to miał być niewielkich gabarytów. Przesz ten dureń do śmierci będzie chciał, żebym go nosiła na rękach!!!

***

Miszczostfo drugiego planu.


2192

Odcinek piąty.

Odkryłam nową jakość życia, zawierającą łażenie w ciemnościach po śniegu w piżamie. Zawsze marzyłam, jak zapewne rozumiecie. W dodatku będzie to moje stałe zajęcie, bo wstaję pierwsza, a pies musi się przecież wysikać. Wobec powyższego mój poranek wygląda następująco.

Wstaję. Jest ciemno i do dupy. Łóżko działa jak gigantyczny elektromagnes.
Wydaję kotom śniadanie, mam niedaleko, bo obecnie miski są w sypialni.
Idę się wysikać, żeby mieć cierpliwość i żeby mi oczy nie pękły.
Schodzę na dół.
W ułamku sekundy zostaję ofiarą tajfuna energii, który przez noc mało nie umarł z tęsknoty.
Na piżamę zakładam bluzę i kurtkę, na bose stopy buty Prezesa, bo swoich nie chce mi się wyciągać z szafy. Trochę kłapią, ale ojtam.
Pacyfikuję tajfun, żeby założyć mu obrożę. To nie jest łatwe. Tajfun marzy, żeby wejść mi na głowę i zalizać na śmierć.
Biorę smycz (nie jest potrzebna, ale chodzi o gest) i idziemy.
Głowa odpada mi z zimna w ciągu ułamka sekundy.
Samodzielnie funkcjonujące struny głosowe chwalą psa, że wytrzymał z fizjologią do spaceru. Pies jest szczęśliwy i dumny.
Obchodzimy dom dookoła i pies jest już zalogowany pod drzwiami. Wcale nie ma w planie żadnego rozpasania w zakresie chodu.
Wchodzimy do domu, pacyfikuję tajfun, który pęka ze szczęścia, że oto wróciliśmy do domu.
Wycieramy ręcznikiem łapki. Pies jest bardzo dumny z zaistniałych okoliczności i chętnie poddaje się czynnościom, pogryzając mnie pieszczotliwie w nadgarstek i przebiegle kombinując, jak mnie liznąć po twarzy.
Rozbieram się z powrotem do piżamy i idę nakarmić psa.
Potem takie tam, zwykłe czynności: mycie, malowanie urody, pakowanie człowieka w ciuchy.
W międzyczasie przytulam i ukochuję nieszczęśliwe koty.
Budzę Prezesa, bo przecież tajfun dostanie histerii, gdy tylko zamknę za sobą drzwi.
Zakłądam buty i płaszcz, wypuszczam tajfuna raz jeszcze, żeby sobie siknął.
Oddaję psa Prezesowi i odjeżadżam, z oddali słysząc histeryczne jęki na okoliczność porzucenia na zawsze.
Wyrabiam się w godzinę piętnaście - jestem boginią.

Byle do lata.

17 stycznia 2016

2191

A tu, prawda...


Gdy tymczasem...


No, no, no...

(Paczom się na siebie).
(Tak, doszło do pyskówki).

2190

Odcinek czwarty.

Jest dobrze. Lesio zapędził się na górę i chyba oberwał po nosie od Karola. Obaj bardzo to przeżyli. Obecnie na widok Karolka Lesio wycofuje się popiskując. I tak ma właśnie być. Jest najmłodszy, ma najkrótszy staż ze wszystkich domowników i nie może wybijać się na dominującą pozycję.

Zosia sama zeszła na schody i leżąc na stopniu obserwowała Lesia z góry, korzystając z jego nieświadomości. Kiedy ją zauważył, zaczął szczekać, więc kazałam mu zostawić. W odpowiedzi Zośka nawarczała na świat i poszła do Zuzi. Ale statecznie.

Oba objawy uważam za znakomite i bardzo się z nich cieszę. Pamiętajmy, że pies jest w domu od niespełna 24 godzin. Nie jest agresywny, tylko ciekawy, ale koty nie są przyzwyczajone do tego typu żywiołowości. Muszą znaleźć jakąś drogę do wspólnych relacji i na pewno tak będzie. Potrzebny jest tylko czas.

Psiur załatwia się na zewnątrz i uwaga! nawarczał (jeżąc sierść na karku) na kretowisko. Zdrowy objaw! Naturalna pułapka na krety in progress. Nie uwierzycie - od wczoraj pojawiły się dwa świeże kopce. Czy te zwierzęta nigdy nie zasypiają, do cholery?!

Lesio dołączył do fan-klubu ogrzewanej podłogi. Bardzo mu się podoba, że ogród taki duży, zapędza się coraz dalej, pilnie kontrolując czy mu nie uciekamy. Jedyne miejsce, którym ewentualnie mógłby wydostać się na zewnątrz, czyli brama i furtka, okazały się na szczęście niesprzyjające do tego typu eskapad. Głowa przechodzi między szczeblami, ale barki już się nie mieszczą. To mnie mocno uspokoiło. Jeśli nie będziemy nieuważni, nie powinien uprawiać żadnej samowolki. (W przeciwieństwie do kotów).

I tak nam leniwie upływa weekend. Koty robią, co należy do kotów, czyli gniją sobie, pies padł w otoczeniu swoich zabawek i korzysta z dobrodziejstwa łóżka elektrycznego. A my pijemy herbatkę i oddajemy się rozrywkom.


2189

Odcinek trzeci.

Wczoraj wieczorem pies narobił bardachy. W charakterystycznym dla niego szale wpadł do pokoju Zuzi, gdzie zgromadziła wszystkich przerażone koty, rzucił się do miski z wodą, walnął w nią, rozbryznął na świeżo malowane przecież ściany, po czym się w to wszystko wywalił. Pies demolował, Zuzia krzyczała, koty zachowywały się histerycznie, pandemonium.

W końcu irytacja Zuzi obróciła się przeciwko psu. Ten, niewiele myśląc, z podkulonym ogonem rzucił się do wyjścia, zbiegł po schodach, przygalopował do kanapy, na której leżałam, przeskoczył mnie i padł od strony oparcia jak martwy - łapami do góry. Po prostu spał tu od tygodnia. Kiedy Zuzia zeszła po schodach gestykulując obficie, machając rękami i wykrzykując, gdzie jest miejsce psa i dlaczego nigdy w życiu nie wejdzie do jej pokoju, Lesio leniwie otworzył jedno oko i spojrzał na nią mętnie oraz całkowicie bez zrozumienia.
Cwana gapa, rzec by można.

Poza tym noc przespał na kanapie w salonie, bo tak sobie wybrał. Odprowadził mnie po prostu do łazienki na górze, obszedł* wszystkie pokoje, po czym wrócił na kanapę. Biegunka chyba się skończyła, bo ani kupy, ani kałuży nigdzie nie było. Koty wyszły z ukrycia i spały w sypialni. Gdyby tak zostało, bylibyśmy zachwyceni i koci świat pewnie też.

Rano pies wstał, spotkaliśmy się w salonie, poszli z Prezesem na spacer, Lesio się wysikał i posadził kupsko, co bardzo nas ucieszyło. Będziemy z nim wychodzić najczęściej jak się da, żeby zrozumiał, że załatwiamy się na zewnątrz. Odnosimy wrażenie, że mu zimno - chyba będzie potrzebował swetra.

Poza tym trzyma się człowieka, przychodzi na wezwanie, przestaje szczekać, kiedy mu mówię, żeby się zamknął. Tego pilnuję szczególnie, bo moja cierpliwość jest nieomal bezbrzeżna, ale nie obejmuje darcia ryja na okrągło. Lesio zdaje się to przyjmować do wiadomości. Oczywiście piszczy i jęczy ze szczęścia, ale to mi nie przeszkadza. Swoją porcję pieszczot i swoją histerię z tego powodu pies ma prawo odbyć codziennie.

Stoję w łazience na dole, z kanapy w salonie dobiega mnie dialog.
- Uspokoisz się na chwilę?
- Mmmm, yyyy, mmmm, pi.
- Ale wiesz, że jesteś kompletnym kretynem?
- MMMMMMM!!!

A na załączonej ilustracji Prezes z Lesiem, po wyczyszczeniu pieca, wyrzucają popiół do pojemnika.


PS Niestety, ach, niestety - Lesio przyniósł sobie z góry jedną z myszek Zosi. Myślę, że zemsta się nie przeterminowuje i nadejdzie czas, gdy zrozumie, że to było złe.
Pojechałam wczoraj do spożywczego i pies poszatkował mi klapki. To wina Prezesa.

* O ile ten wściekły galop można nazwać obchodzeniem.

16 stycznia 2016

2188

Odcinek 2

Pies wyszedł z Prezesem na spacer po ogrodzie. Rośnie nam kolejny entuzjasta - trzeba go było wynieść. Wypisz-wymaluj nasze koty. Po czym  oczywiście zlał się w domu. Doceniam uprzejmość, że kupę zrobił na środek kafla. Łatwo się sprzątało.

Pies został wykąpany, bo walił jak gówno w przeręblu. Teraz wali po prostu mokrym psem. Za to przestał się drapać.

Koty wypierają to wszystko pod łóżkiem w sypialni. Jest bardzo atrakcyjnie. Edek skorzystał z faktu, że Lesio jest kąpany i nieopatrznie zszedł na dół. Obecnie frontowi jedności pod łóżkiem przybyło argumentów.

Pies opanował chodzenie po schodach. Jest przeszczęśliwy. Koty wpadły z tego powodu w depresję. Już nigdzie nie są bezpieczne.

Pies ma na 100% ADHD. I musi uczestniczyć we wszystkim. Najbardziej rozdarty jest w chwili, gdy Prezes idzie do gabinetu, Zuzia na górę a ja do kuchni (gdzie moje miejsce). Przecież się nie rozerwie!!!

Bieganie wokół kominka okazało się sportem kultowym.

2187

Odcinek 1

Opętaniec. Tyle Wam powiem.

Najgorsze, że drze mordę, więc koty się go boją. Myślę, że musi upłynąć jakiś czas, zanim pies przyzwyczai się do domu i przestanie szaleć oraz koty przyzwyczają się do jego psiej obecności. Panie w schronisku uprzejmie nas uprzedziły, że dzicz i mamy nie dać sobie wejść na głowę. Robimy, co możemy, również w sensie dosłownym.
No i leje jak z cebra. Oraz pierdzi.



2186

Prezes: Co teraz czytasz?
Łoterloo: "Moje córki krowy".
Prezes:...
Łoterloo: Wyobrażasz sobie taką sytuację, że przychodzisz i pytasz, co teraz czytam, a ja mówię NIC?
Prezes (odrobinę nerwowo): Nie, nooooo... Możesz akurat być między książkami*...

***

Prezes (z ulgą): Mamy już wreszcie wszystkie Lapidaria, z czego tom piąty dwa razy. Uspokoiłem się.


* Co to znaczy "być między książkami"?


Na marginesie.
Prezes: Trzeba kupić legowisko.
Łoterloo: Przecież mamy. Gdzie dałeś kapciuch**?
Prezes: O, w garażu jest.
Łoterloo: To przynieś. Co prawda pies nie spędzi w nim nawet pięciu sekund, ale niech się nazywa.
Prezes: Położę je pod schodami, koło kominka i tam będzie spał.
Łoterloo: Hahhahahahahahahahha.
Prezes: Ja go nauczę!
Łoterloo: Tak, jak Edka nauczyłeś***? Kapciuch jest po to, żeby mógł go poszatkować.


** Takie legowisko z gąbki, wiecie. Wszystkie koty się z tego śmieją.
*** Bo to było tak. Jak kupiliśmy Edka, to on był zsocjalizowany, ale wieczorami kładł się na fotelu na dole i tam spał. Prezes wytrzymał dokładnie dwa takie wieczory. Trzeciego porwał Edka histerycznie w ramiona, zaniósł na górę, wsadził do łóżka i dobitnie pouczył:
- TU. RODZINA. ŚPI.
Zgadnijcie, gdzie Edek od tej pory śpi. Nauczył!


Łoterloo: Koleżanka mi tu**** radzi, żeby kupić kość gumową i taką do zżerania. Z nadzieniem. Tylko mamy uważać, żeby była z kości, a nie ze sprasowanej skóry. Myślisz, że Lesio ma jeszcze mleczne ząbki? Bo psy bardzo ząbkują, wiesz? U kotów to się tak nie rzuca w oczy.
Prezes: Znaczy, że będzie wszystko gryzł?
Łoterloo: No, będzie.
Prezes. Hełm. Hełm z drutu. Nałożę mu i po gryzieniu.


**** Na fejsbuniu.

PS Roladki łososiowe ze szpinakiem z Tesco są bardzo dobre.


Podsumowanie
Nie wiem czy kiedyś Wam mówiłam, ale Prezes to jest taki facet, że on teoretycznie się strasznie napierdoli i ja to znoszę (i nawet mnie to śmieszy). Bo wiem, że mózg mu wypełnia czaszkę, a resztę ciała miłość. Inaczej bym z nim nie żyła 15 lat.

15 stycznia 2016

2185

Rodziców trzeba zawiadomić.

Zadzwoniłam wczoraj, tato odebrał, a ja doszłam do wniosku, że mama jest lepszy odbiorcą.
- Mamy nie ma. Poszła z koleżankami na koncert do NOSPRu.
No to zaczęłam od czytnika e-booków. Że Prezes przeprogramował, wszystko jest w porządku i w sobotę im przywieziemy. Tato się ucieszył w imieniu mamy i zapragnął wiedzieć, o której ich uszczęśliwimy. Wzięłam głęboki oddech i poinformowałam, że przed południem odbieramy pieska, to przyjedziemy ich zapoznać. Oraz przywieźć czytnik.
- Skąd ten piesek? - zapragnął wiedzieć.
- Ze schronu. Malutki. Ktoś go wyrzucił w zimie, został znaleziony na działkach.
- Ze schronu? To jedźcie, jedźcie, czekamy na was.

Dziś zadzwoniłam, żeby pogadać z mamą.
- Ojciec ci wszystko powiedział?
- Żebyś wiedziała jak! Wróciłam do domu przed 23, a on do mnie: usiądź sobie wygodnie, nie denerwuj się, Asia dzwoniła, muszę ci coś powiedzieć. No to od razu się zdenerwowałam, jak rozumiesz. Co za głupek.
- Ej! Sama go sobie wybrałaś na męża, to teraz reklamacji nie uwzględnia się.
- Nawet trochę?
- Po 45 latach?! Masz coś z refleksem?
- No, faktycznie. Teraz to już chyba muszę się z nim męczyć.
- Na mnie nie licz. Ja się męczę z wami obojgiem.
- Biedactwo. Faktycznie - nie masz łatwo.

No i czekają na nas i nowego członka rodziny. Zuzia zdecydowała, że będzie miał na imię Lesio.

14 stycznia 2016

2184

I jak się Wam podoba?


Odbieramy w sobotę. Nie, jeszcze nie wiem, jak go nazwiemy, ale to się wyklaruje.

2183

No i mamy sprawę załatwioną.

Prezes dostał maila od pani z hodowli, żeby porozumieć się telefonicznie. To zadzwoniłam. Omówiłyśmy wszystkie szczegóły, psy mają być do odbioru w kwietniu. Na koniec zapytałam o cenę.

- Dobrze, że to ty zadzwoniłaś - podsumował w późniejszej rozmowie Prezes. - Ja bym zemdlał.

Kto tam apelował, żeby wziąć psa ze schroniska?
- To ja wolę uratować komuś życie - stwierdził Prezes.
Wobec powyższego mamy ustalone. Będzie testowanie naszych prozwierzęcych umiejętności na żywym, nieznanym całkowicie organizmie. Ale ja tam się nie martwię. W końcu to nie słoń.

13 stycznia 2016

2182

Prezes, niosiony falą sukcesu, zdążył nawet psa nazwać i to zanim wróciłam do domu. Czynność sama w sobie była absurdalna, bo skoro zwierzę głuche, to mu nie zależy, ale w końcu po chałupie nie może plątać się nikt bezimienny. Właściwie to Prezes z Zuzią poinformowali mnie, że ogłoszenia już nie ma - czli śledzili. Lubię to.

Przy okazji powstało pospolite ruszenie i Prezes wysłał maila do wybranej przez nas wcześniej hodowli, która planuje miot na wiosnę tego roku. Zobaczymy, co odpiszą. Reproduktor jest odjazdowy, jak machnie szczeniaczki podobne do siebie, to będziemy mieli psa wszech czasów. Jeśli ktoś jeszcze nie jest zorientowany, to wybraliśmy rasę chow-chow i odbyło się to po wielu studiach, dotyczących psich charakterów. Tym, którzy niepokoją się, że to krnąbrne psy, przypominam, że my mamy koty w ilościach hurtowych. Nie istnieje pies, który przebiłby w czymkolwiek Zośkę, wierzcie mi. Ja właściwie nie spodziewam się żadnych problemów z dogadaniem się, ponieważ jeszcze się taki nie urodził, kto by mi podskoczył. Nawet ta czarno-biała kundlica, co to absolutnie wszystkich sobie podporządkowała. Do mnie tylko pyskuje, ale grzecznie robi, co jej każę. W przeciwieństwie do poleceń reszty rodziny, na które odpowiada gromkim śmiechem lub okazaniem Oka Saurona z podpowiedzią, gdzie można ją ewentualnie cmoknąć.

I tak to sprawa psa ruszyła - właściwie zgodnie z moimi wcześniejszymi planami. Zaraz po przeprowadzce mówiłam bowiem, że połowa przyszłego roku to będzie dobry moment. I widzi Państwo. Wiedźma po prostu.

To ja idę, oddam się pracy. Miłego dnia Wam życzę.

12 stycznia 2016

2181

Wśród podbić na fejsie trafiłam dziś na rozpaczliwy apel o pomoc. Obiektem był piesek. Pękło mi serce.

Napisałam mail do Prezesa o treści:
Kochanie... czy możemy zaopiekować się starym, chorym, brzydkim, ślepym i głuchym pieskiem? Jeśli my tego nie zrobimy, to jego już nikt nie zechce.
I załączyłam link.

Po chwili zadzwonił Prezes. Trochę się obawiałam, że każde mi się stuknąć w głowę. Ślepy i głuchy? Jak się z nim porozumieć?!
- Tak? - nieśmiało rzuciłam w słuchawkę.
- Wcale nie jest brzydki.

Kocham tego faceta i jestem przekonana, że nie mogłam trafić lepiej.

A apel dotyczący pieska zniknął. Pani, której numer telefonu widniał w ogłoszeniu, nie odbiera. Ufam, że ktoś zdążył przede mną i piesek szczęśliwie dotrwa do końca swoich dni w miłości, cieple i z pełnym brzuszkiem. Czego mu z serca życzę.

10 stycznia 2016

2179

Należę do tego szczęśliwego odsetka osób, które nigdy nie skorzystały z pomocy Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Nie skorzystałam ani ja, ani nikt z moich bliskich. Jesteśmy prawdziwymi szczęściarzami - nie dotknęło nas wiele rzeczy, stających się udziałem znanych mi osób: ból, strach, marzenie, żeby to wszystko się nie wydarzyło. Farciarze.

I dlatego, TYM BARDZIEJ, będę grała z Orkiestrą do końca świata i jeden dzień dłużej.

Jestem mamą. Wiem, co to lęk o dziecko, choć mam piękne, mądre, zdrowe i dorosłe. Wiem, co to czuwać nad czyimś snem, sprawdzać w nocy czy oddycha, chłodzić rozpalone czoło, płakać po cichu w łazience, kiedy na moment zaśnie, że je boli, a ja nie mogę pomóc. Ale przecież nie doświadczyłam wielu rzeczy, będących udziałem beneficjentów Orkiestry. Nie doświadczyłam osobiście i jestem za to ogromnie wdzięczna.

W imię tej wdzięczności, ale też dla dzieci, ich rodziców, dziadków, bliskich, przyjaciół - będę grała z Orkiestrą. I nie ma takiej siły, która mogłaby mnie powstrzymać. Cieszę się, że od jakiegoś czasu Orkiestra gra też dla osób starszych, bo to jest zapomniana, wykluczona grupa, która nie rokuje i której, jak się pewnym osobom wydaje, nie trzeba szanować. Tymczasem to są ludzie wyjątkowi, bo dzięki  nim żyjemy. Może odrobinę wdzięczności.

W dupie mam głębokiej, co ludzie mówią o Owsiaku. Ten śmieszny, podstarzały już facet w czerwonych okularach porwał Polskę jak nikt do tej pory. Odnalazł w nas wszystkich okruch dobra i wydobył go na światło dzienne. Wyleźliśmy dziś  Prezesem w tę paskudną niepogodę, by sobie udowodnić, że jest w nas to, co widzi Jurek. Z dumą nieśliśmy na płaszczach czerwone serduszka. Ufam, że przyczyniliśmy się do czegoś dobrego. Że pomogliśmy komuś - małemu, dużemu. Inaczej wszystko nie miałoby sensu.

A progenitura powróciła w południe do domu po wczorajszej imprezie, wpadła do salonu i z impetem przykleiła swoje własne serduszko na środek torebki. Byłam z niej dumna - nie pierwszy raz zresztą.
I na pewno nie ostatni.

Kto z różnych przyczyn nie zdołał wesprzeć dziś Orkiestry, niech się nie przejmuje, bo ona gra cały rok. Aukcje na Allegro będą jeszcze szły i cegiełki też można dokładać. Bez wychodzenia z domu.
Jeśli jednak z jakichkolwiek przyczyn nie chcesz wspierać Orkiestry - nie szkodzi. Pomóż komuś innemu, dobrze? Wesprzyj jakąś fundację, naszego macierzyństwowego Mikołajka, inne blogowe dzieci, kup świeczkę Caritasu. Whatever.
Pomaganie jest sexy!


6 stycznia 2016

5 stycznia 2016

2177

By stosownie opowiedzieć o klęsce żywiołowej, trzeba cofnąć się nieco w czasie do chwili, gdy latem ze snu wyrwał mnie jakiś dziwny dźwięk. Z nagła przebudzona zastygłam, oczy wytrzeszczając w ciemność i wstrzymując oddech. Następnie szturchnęłam Prezesa łokciem.
- Obudź się. Ktoś się włamał do domu!
Obudzony śródnocnie Prezes zwykle nie wykazuje woli współpracy.
- Zwidy masz. Śpij.
- Ale ktoś tu jest! I nas zabije! Idź i sprawdź!!!
Poszedł.
Wrócił i wytłumaczył mi, co on ewentualnie może zrobić, jak jeszcze raz obudzę go w środku nocy.

Z niedzieli na poniedziałek obudził mnie dziwny dźwięk. Z nagła przebudzona, zastygłam - oczy wytrzeszczając w ciemność i wstrzymując oddech. Trzask - trzask, powtórzyło się bardzo wyraźnie. Po krótkiej analizie uświadomiłam sobie, że to piec, a konkretnie podajnik. Jakby się zaciął. Oczyma wyobraźni natychmiast ujrzałam nas, ofiary zatrucia czadem, wynoszonych przez przedsiębiorstwo pogrzebowe w zgrabnych workach koloru noir. Jednakowoż pomna ostrzeżeń, co ewentualnie może mi zrobić obudzony nocą ciemną Prezes, zwlekłam się z łóżka i boso podążyłam ku schodom.

Światło! Światło w przedpokoju prowadzącym do garażu! Ktoś się włamał!!!
Być może sądzicie, że zadzwoniłam na policję, obudziłam Prezesa lub choć uzbroiłam się w jakieś zabójcze narzędzie? Nic z tych rzeczy. W amoku, piżamie i na bosaka dotuptałam do drzwi garażowych, otwarłam je gwałtownie i dziarsko zakrzyknęłam:
- A co się tutaj dzieje?!!!
- Podajnik się spierdolił - dotarła do mnie wysoce zniesmaczona informacja z kotłowni.

Finalnie Prezes napalił w piecu ręcznie, a następnie wrócił do łóżka z twardym postanowieniem zabrania się za naprawę w bardziej sprzyjających okolicznościach przyrody, czyli za dnia.
- Myślałam, że ktoś się włamał - zaczęłam swoją śpiewkę.
- Tak, włamał się i poszedł nam napalić w piecu! Jesteś nienormalna!!!



Podsumowując.
Wstałam przed szóstą i było 19 stopni. Prezes nie poszedł do pracy (czyli do swojego gabinetu), tylko zabrał się za ogrzewanie. Oraz przesłał mi na tę okoliczność SMS o treści: Naprawiłem ten j3#$%y piec!!! W międzyczasie napalił też w kominku i całe szczęście, bo atmosfera była niesprzyjająca i samochody pozdychały. W każdym razie: wróciwszy z fabryki zastałam w salonie 25 stopni i musiałam założyć klapki, bo podłoga była tak gorąca, że nie dało się chodzić po niej boso. Szaleństwo.

A on został Bohaterem We Własnym Domu.
Tak mam: piękny, inteligentny, z poczuciem humoru i jeszcze piec naprawi. O!

1 stycznia 2016

2176

- Chodź na spacer - powiedziałam do Prezesa i oboje zastygliśmy w niemym przerażeniu.
Gdyż mnie się takie koncepty zasadniczo nie imają. A tu niespodzianka. Poszliśmy.

Zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam, że odwykliśmy wszyscy od zimy, więc te kilka stopni poniżej zera dały nam popalić. Szczególnie że okoliczne pola, lasy i łąki nie posiadają właściwości miejskich zabudowań, więc temperatura odczuwalna zdecydowanie niższa.
Szliśmy sobie uliczkami naszej dzielni, komentując zapamiętale wszelkie zabudowania (gdyż oboje jesteśmy od lat paru fanami zabudowań jednorodzinnych i nie przepuszczamy okazji do burzliwej dysputy) i dotarliśmy w końcu do jednego z moich ulubionych domów. Od samego początku myślę, żeby zrobić zdjęcie i Wam pokazać, ale jakoś do tego nie doszło. A skoro dziś na nogach, to nie myśląc wiele wyciągnęłam telefon i...


Odpowiadam na niezadane pytanie: tak, tam są okna. Widać je, gdy się stanie na drugim końcu budynku. Między oknami a żywopłotem jest jakieś 40 cm prześwitu. Nie wiem czy na całej długości domu.

Zdjęcie zrobiłam w ostatniej chwili. Pstryknęłam, bramka się otwarła i z posesji wyszli państwo z pieskiem na spacer. Nie zastanawiając się wiele, wcisnęłam telefon w kieszeń i udawałam, że mnie tu nigdy nie było.

Nie umiem tego skomentować i jestem zafascynowana od pierwszego wejrzenia.

A tak w ogóle, to hapynujer. Będzie dobrze, nie martwcie się. Ludzkość ma niewiarygodną wolę przetrwania i jest twardsza niż karaluchy. Postarajcie się po prostu być szczęśliwi i lubić siebie samych. Reszta się jakoś ułoży. Serio, serio.